Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Historie prawdziwe i Nie – political fiction - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 marca 2026
3399 pkt
punktów Virtualo

Historie prawdziwe i Nie – political fiction - ebook

Książka Zbysława Ciszyńskiego to prawdziwy literacki rollercoaster rozpięty pomiędzy wartką sensacyjną akcją a refleksją quasifilozoficzną. Komuś może przywodzić na myśl kultową powieść "Autostopem przez galaktykę" Douglasa Adamsa czy próbę pastiszu – tak różnych przecież w swojej poetyce – global conspiracy thrillers Roberta Ludluma i postmodernistycznych dzieł Eduarda Mendozy. Ale tak naprawdę jest to po prostu oryginalne pisarstwo Zbysława Ciszyńskiego. "O Historiach prawdziwych i Nie" przeczytałem gdzieś, że nie jest to „książka, którą się tylko czyta – to opowieść, którą się przeżywa”. I jeszcze, że „to nie jest książka dla każdego – ale ci, którzy wejdą do tego świata, zostaną tam na długo”. Pełna zgoda. Aha, i dodam tu na koniec wątek osobisty. Nie ja byłem pierwowzorem pojawiającego się na kartach tej książki osiadłego na Śląsku socjologa. Ów socjolog (dla znajomych Little Chris), wielbiciel Bonda, jest – w "Historiach prawdziwych..." – autorem światowego bestsellera "Sztuka wojny". Dzieło mojego autorstwa – "Według Tukidydesa. Rozważania socjologa literatury nad «Wojną peloponeską»" – jest ledwie tłumaczone (i to tylko we fragmentach) na francuski. 
Krzysztof Łęcki

Zbysław Ciszyński – człowiek, który woli drażnić prawdą niż uspokajać kłamstwem. Podróżnik, fotograf, meloman i kronikarz codzienności, daleki od sztuki zamiatania spraw pod dywan. Pisze, bo nie potrafi inaczej – i nie zamierza milczeć wobec otoczenia, w którym hipokryzja i matactwo stały się codzienną walutą. Zamiast tłumu przytakiwaczy wybiera jednego lojalnego przyjaciela. Zamiast kompromisu – szczerość. Zamiast idola – Umberto Eco, którego ślady tropi we własnym pisaniu.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Sensacja
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8308-895-2
Rozmiar pliku: 920 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

W świecie, który śpi z otwartymi oczami, a własne złudzenia nazywa doświadczeniem, rodzi się pytanie o to, co ukryte najbliżej – tuż pod powierzchnią jaźni. _Historie prawdziwe i_ _Nie_ to podróż w głąb świadomości, w przestrzeń, gdzie rzeczywistość pęka, a przez szczeliny prześwituje coś więcej niż zwykłe „nie”.

„Nie” jest tu nazwą własną – miejscem, ideą, odbiciem, które wymyka się logice i jednocześnie ją odsłania. To kontestacja świata, który znamy, i zaproszenie do spojrzenia na siebie z perspektywy, której zwykle unikamy.

Ta powieść to mentalne salto w tył: zanurzenie w to, co niewygodne, prawdziwe i nieuchwytne. Wędrówka przez symulacje, role i maski aż do punktu, w którym zaczyna się Nie.OD AUTORA

Pomysł na tę książkę podsunęło mi codzienne życie, a zwłaszcza jego nonsensy. Inspiracją była również historia współczesna. Czerpałem też z własnych doświadczeń, ponieważ pracowałem w różnych miejscach, dzięki czemu poznałem wielu interesujących ludzi. Kontakty z nimi sprawiły, że zapragnąłem lepiej zrozumieć otaczającą mnie rzeczywistość. Pojąć zachowanie tłumu pozbawionego wszelkiego krytycyzmu w ocenie pracy polityków oraz ich nędznego dorobku. Ocenić oczekiwania zwykłych ludzi, na których wpływa zarówno polityka, jak i ślepy los. Zmierzyć się z odwiecznym pytaniem o sens naszego istnienia…

Przy okazji uchylę też rąbka tajemnicy – w książce pojawiły się również wątki fantastyczne. Zainspirowały mnie tajemnicze historie, które usłyszałem od różnych ludzi. Mam nadzieję, że spodobają się czytelnikom i sprawią im podobną frajdę jak mnie ich napisanie.

Życie jest zagadką, a jej rozwiązanie wymaga intelektualnego wysiłku, dlatego ludzie łączą się w grupy, podobnie jak zwierzęta w stada, aby zdobyć pożywienie i przetrwać. Intelektualne potrzeby przejawia niewielu, a pozostali szukają zaspokojenia wyłącznie potrzeby bezpieczeństwa dla siebie oraz dla swych rodzin. Ludzkość z tego właśnie powodu jest przewidywalna i zarządzalna, ale zarazem podatna na wszelkiego rodzaju zakłócenia. Fałszywe założenia w rodzaju: „myślę, więc jestem” czy „istnieć to być postrzeganym” to bez wątpienia dorobek filozoficzny, który jednak nie ma szansy na przetrwanie w erze cyfryzacji życia, robotyzacji wszelkich procesów i rzucania się ludzkości w objęcia technologii – sztucznej inteligencji, która przyuczona do służebnej roli wobec ludzi odegra ważniejszą rolę, niż twórcy jej powierzyli.

Niestety, człowiek nie wyciąga wniosków z historii i najczęściej oddaje władzę w ręce ludzi leniwych i nieprzydatnych, których główną kompetencją staje się retoryka – sztuka mówienia i zmiany tematu w razie niemożności odpowiedzi na trudne pytania. To spojrzenie przeciętnego śmiertelnika, który nie potrafi sobie odpowiedzieć na wiele pytań, a zatem oddaje resztę we władanie Kościoła czy wiary w Boga stwórcę. Ta perspektywa dla równowagi ma również swoją hierarchię: Wiernych oraz Nauczycieli, aby władać wspólnotą i dać im poczucie bezpieczeństwa, wskazując drogę do zbawienia bądź potępienia, podobnie jak władza ziemska do dobrobytu lub nędzy.

Proste i skomplikowane zarazem. Ja odnalazłem w swojej powieści wspomnienia, sny oraz marzenia stanowiące mikrokosmos, który interesuje każdego z nas, a jednak pozostaje niezbadany, niezrozumiały, choć niezwykle istotny, aby odnaleźć wewnętrzną równowagę i drogę do tego, co większość z nas nazywa szczęściem. Czyż nie?

Paradoks jednak polega na tym, że według mojej oceny niewielu ludzi stawia sobie pytanie, co to jest szczęście. Zamiast go poszukiwać, dołączają do grupy, która podsuwa gotowe odpowiedzi, wskazując poglądy, postawy i zachowania, jakie należy piętnować. W ten sposób powstają wierni oraz niewierni, obrońcy oraz napastnicy, dobrzy oraz źli.

Ta polaryzacja sprawia, że w istocie zamiast postępu cywilizacji mamy niepokoje i wojny. Smutne, ale prawdziwe. W konfrontacji z rzeczywistością nauka się dystansuje i zajmuje rozwojem nauki dla niej samej, dla naukowców, a nie dla postępu. Religia natomiast, jak napisał pewien filozof utożsamiany z materializmem, to opium dla ludu – niech modlą się i pracują, bo takie ich miejsce w świecie bogobojnych i bezbożnych, a raczej biednych i bogatych.

Jak na instrukcję obsługi to powinno wystarczyć – miłej lektury!

OSTRZEŻENIE: Jeśli polubiłeś swoje życie i nie zamierzasz go zmieniać – określając siebie jako popularnego wyznawcę oraz jednego z wielu – podaruj tę książkę komuś, kto tak jak ja usiłuje zrozumieć otaczającą go rzeczywistość i uważa siebie za buntownika, nonkonformistę lub tylko niesfornego malkontenta, który próbuje coś zmieniać w swoim życiu i nie poddaje się po poniesionych porażkach.

Zbysław CiszyńskiROZDZIAŁ 1
W SIECI INTRYG NIGDY NIE WIADOMO, KTO JEST OFIARĄ, A KTO PRZEŚLADOWCĄ¹

_Dziecko jest dla rodziców pilnie strzeżonym skarbem. Zdarza się jednak, że rodzice doprowadzają do nieszczęścia, pisząc scenariusz jego życia, zamiast żyć własnym życiem, które dostali do czasu, gdy zamkną oczy i_ _odpłyną w_ _odwieczny sen. Znaki w_ _snach są ważne i_ _nie można ich ignorować. Jeśli dziecko nie słyszy od rodziców, że jest kochane, skąd będzie wiedzieć, czym jest miłość?_

(Złysław, _Kroniki Niebieskich. Czasy przedindustrialne_², słownik pojęć)

POLSKA, WARSZAWA – LOTNISKO OKĘCIE, INDIE – JAIPUR
30 WRZEŚNIA 2002

Jak zwykle zamiast zająć się swoimi sprawami, Cichy zadzwonił do zrozpaczonego Maksa i spotkał się z nim o szesnastej na lotnisku Okęcie w Warszawie. Wcześniej odwołał spotkanie w Londynie, tłumacząc się złym samopoczuciem. Pogoda była fatalna, więc niechęć do realizacji planów w jego poukładanym życiu była czymś zaskakującym. Niemal jak propozycja dolania Coca-Coli do szlachetnej whisky, za który to tekst powinno się dostawać w ryj, a już na pewno za dodatkowy głupawy uśmiech.

Był chyba niespecjalnie przekonujący, ale usłyszał to, co chciał:

– _Okay, no problem, see you soon_³_._

Dzień był mokry i zimny, trwał sezon na grypę, więc jego słuch wyłapywał non stop smarkanie w chusteczkę, kaszel lub kichanie na przemian z chrząkaniem. Pomyślał, że dobry słuch to jednak przekleństwo, i zaczął się rozglądać za najbliższą kawiarnią. Wykonał niepełny obrót i zauważył lokal zaledwie trzydzieści metrów dalej. Podszedł i zamówił kawę, choć musiał odpowiedzieć na dodatkowe pytania o mleko i cukier, jakby wszyscy w tym kraju pili kawę z cukrem i mlekiem jak Holendrzy. Coś chyba bąknął, że to Warszawa, a nie Amsterdam, bo gość się skrzywił i popatrzył na niego spode łba.

W biegu złapał kawę na wynos, za którą _de facto_ zapłacił pięćdziesiąt złotych. Kawa kosztowała dwadzieścia, ale zachciało mu się płacić gotówką i facet zniknął, podczas gdy Cichy pobiegł szukać stanowiska odpraw uboższy o kilkadziesiąt złotych, klnąc pod nosem, że to złodziejstwo, a nie handel. Dlaczego tak zdzierają z tych klientów?

Odprawił się do New Delhi, a Maks wręczył mu podręczną torbę, w której, jak powiedział, jest parę przedmiotów oraz honorarium. Na twarzy Cichego pojawił się chyba grymas niezadowolenia, bo Maks zaczął go uspokajać i obiecywać, że wszystko mu wyjaśni, po czym błagalnym tonem dorzucił, że ma plan, w którego realizacji Cichy musi mu pomóc, co podkreślił wielokrotnie z miną desperata. Poza tym dodał, że zabrał pieniądze, tylko nie chce się dać załatwić jak pierwszy lepszy kretyn i skończyć na wysypisku śmieci. Cichy zastanawiał się przez chwilę, skąd u biznesmena taki język, ale postanowił nie być aż tak małostkowy – przy niewysokim Maksie wyglądał jak jego goryl i uznał, że taki układ mu odpowiada. Przynajmniej na razie.

Po chwili zauważył, że Maks poczuł się nieco pewniej. Wyprostowany od razu wyglądał inaczej – nie jak ofiara, skazaniec, tylko jak myśliwy, który wybiera się na polowanie. To zaskakujące, ale automatycznie Cichy również poczuł się lepiej – bardziej pewnie.

Nigdy wcześniej nie leciał pierwszą klasą, ale Maks wytłumaczył, że to konieczne przy długim locie – przez Dubaj do New Delhi – który potrwa około dwunastu godzin. Następnie mieli do pokonania ponad trzysta kilometrów do Jaipuru, gdzie zgodnie z instrukcją zarezerwował dwa pokoje w Heritage Hotel: jeden na swoje nazwisko Maksymowicz, a drugie na Smith.

Trochę rozmawiali na temat kontaktu z porywaczami, jak przekazać okup, aby odzyskać córkę Maksa – Adel, oraz jak ją ponownie wprowadzić do społeczeństwa. Maks planował skorzystać z pomocy poleconego specjalisty i poddać córkę tak zwanej terapii wyjścia. Powoływał się na autora książek _Psychomanipulacja w_ _sektach_ oraz _Jak uwolnić się od manipulacji psychicznej w_ _sekcie_⁴. Opowiadał o tym z taką swobodą, jakby sam te książki napisał, a na dodatek próbował namówić Cichego do ich przeczytania. Ten w zamian chciał mu rzucić krótkie „spierdalaj”, ale ugryzł się w język.

Jednym z wariantów, które Maks brał pod uwagę, było wejście do sekty, lecz ostatecznie uznał to za tani chwyt dobry dla naiwnych – nie dla bandytów. Zdarzało się bowiem, że matka weszła do sekty, aby uwolnić córkę, i tam została. Zastanawiał się również, czy nie wynająć kilku najemników, wspomniał, że miał kilka ofert, ale odrzucił je jako zbyt ryzykowne. Cichy był nieziemsko zmęczony i marzył o tym, aby się trochę zdrzemnąć. Maks jednak nadawał jak katarynka… Dodał też, że operacja nie powinna trwać dłużej niż miesiąc i że Cichy nie musi się martwić pracą, bo nie ma czym.

To było prawdziwe zaskoczenie. Cichy uśmiechnął się z niedowierzaniem: Maks sam przecież poświęcił życie pracy. Dopiero gdy wszystko się zawaliło, gdy jego ukochana córka zniknęła, a potem zażądano za nią okupu, zrozumiał, że są w życiu sprawy ważniejsze niż zadowolony szef, nowy inwestor czy dochodowy biznes. Dotarło do niego, że to, co robił dotychczas w trosce o przyszłość Adel, w jej rzeczywistości nie znaczyło naprawdę nic. Maks postanowił zatem, że w tej sytuacji woli zginąć, ratując córkę, niż wynająć człowieka, który wręczy bandytom okup i – daj Boże – przywiezie ją do domu, do Polski.

„Wszystko to jest jakieś popieprzone” – pomyślał Cichy i zasnął.

Spał dość twardo, bo półprzytomny wysiadł dopiero w Dubaju, a potem znowu zasnął w lotniskowej poczekalni. Maks wszystkiego pilnował, więc po kolejnej drzemce wsiedli do samolotu lecącego do Indii.

Na lotnisku w New Delhi uderzył w nich upał, choć było tuż przed północą. Czekała ich jeszcze kilkugodzinna droga taksówką do hotelu. Po odebraniu bagażu Maks przygotował dwie setki i od niechcenia zaczął się rozglądać za taksówkarzem. Wybrał jednego z kłębiących się wokół nich i krzyczących:

– _Sir, I_ _am a_ _perfect driver, I_ _will give you huge discount, come to me!_⁵

Cichy niespecjalnie potrafił się odnaleźć w tej sytuacji – po raz pierwszy zobaczył Indie na własne oczy – ten biedny kraj krzyczał o pomoc. Mężczyzna poczuł dziwny zapach, który przyprawiał o zawrót głowy. Było to gorące powietrze połączone z wonią przypraw i smrodem spoconych ludzkich ciał. Uszy z kolei atakował nieznośny jazgot.

– Dasz radę, Cichy – mruknął pod nosem.

Ta ksywka pasowała do niego, ponieważ nie znosił ludzi ani wszelkich interakcji. Czasami wydawało mu się, że tak został zaprogramowany. Gdy miał pracę do wykonania, zastanawiał się co i jak, a następnie to robił. Ludzie nie byli mu do niczego potrzebni. Tylko przeszkadzali, a on tego nie lubił. Tak po prostu.

Tak właśnie przywitały ich Indie. Po wyjściu z klimatyzowanego budynku lotniska skończył się komfort i nagle trafili do innego świata, w którym zaczęło się inne życie. Rozmyślania przerwał władczy ton Maksa:

– Wsiadaj, Cichy, mamy transport do Jaipuru. Kierowca mówi, że pojedziemy około czterech godzin, że ma klimatyzację i wygodne auto.

Kluczyli kilka minut pomiędzy zaparkowanymi samochodami, a tu i ówdzie pojawiały się prowizoryczne namioty, w których spali ludzie. Inni leżeli zawinięci w koc na chodniku. Maks sprawiał wrażenie obojętnego, ale jego towarzysz widział coś takiego po raz pierwszy w życiu. Obraz slumsów i biedoty przekraczał jego wcześniejsze wyobrażenia o biednym kraju. Tutaj okazuje się, że mieć dach nad głową, nawet jeśli jest on nędzny, to już coś, bo nie wszyscy mają takie szczęście. Potykanie się wieczorem o ludzi śpiących i przyrządzających jedzenie na ulicy, która staje się częścią domu, to inny wymiar ubóstwa. Każdy, kto to zobaczył na własne oczy choć raz, nie zapomni tego długo. Zrozumienie tego zajmuje chwilę i trudno to porównać do ubóstwa w Polsce czy Europie – było to przerażające. Jednak w oczach tych ludzi Cichy odnalazł bezmiar pokory, zadowolenie, może nawet szczęście, a na pewno akceptację stanu faktycznego. Daleko im było do polskiej frustracji i wiecznego malkontenctwa…

Maks ponownie wyrwał Cichego z zadumy. Dotarli do Jaipuru trochę wcześniej, więc wypłacił kierowcy dodatkowe sto dolarów, po czym jeszcze raz spojrzał na zegarek i dorzucił kolejną setkę.

– _Thank you sir, thank you so much_⁶ – podziękował z wdzięcznością kierowca i zaoferował pomoc z bagażami, aby je dostarczyć do recepcji hotelu Heritage.

Tam z uśmiechem przywitał ich pracownik recepcji z rękoma uniesionymi do góry w powitalnym geście:

– _Welcome back, Mr. Smith, good to see you again. How was your trip? Two single rooms are available as requested_⁷.

Cichy poczuł konsternację. Maks już tu był… O co chodziło?

Maks spojrzał na niego z tajemniczym uśmiechem, mrugnął i odpowiedział rzeczowo recepcjoniście:

– _Everything is okay. We are extremally tired after a_ _long trip. Please let me know in case new messages are left for me_⁸.

Towarzysz patrzył na Maksa z niedowierzaniem zaskoczony jego przemianą. Natychmiast chciał zapytać, co to wszystko znaczy. Nagle zamiast zrozpaczonego ojca, który rozmawiał z nim pierwszy raz, szlochając, z przerażeniem w oczach, zobaczył silnego człowieka z charyzmą, który wydaje polecenia, a nie o coś prosi. Maks spojrzał na niego z uśmiechem i powiedział:

– Prześpijmy się choć trochę, umieram ze zmęczenia. Powiem ci, co wymyśliłem, a raczej o czym myślałem, gdy byłem tu poprzednio. Bo kiedyś już tutaj byłem.

Następnie powoli ruszył za bagażowym do pokoju, a Cichy posłusznie udał się za nim z głową pełną zamętu i pytań.

INDIE, JAIPUR
2 PAŹDZIERNIKA 2002

Cichy obudził się wcześnie – jak zwykle kilka minut po szóstej, a zatem nie spał zbyt długo. Pierwsze chwile były nerwowe, bo nie był pewien czasu lokalnego, ale okazało się, że na stoliku hotelowym obok Biblii oraz telefonu stało radio z zegarem.

Na zewnątrz tętniło życie – Jaipur to była przeszło trzymilionowa metropolia, która jak na ten kraj nie była ogromna, ale jak na warunki polskie była całkiem spora. Poczuł w nozdrzach delikatny zapach jakby przypraw, które pachniały całkiem przyjemnie.

Po szybkiej toalecie – goleniu i prysznicu – udał się do hotelowej restauracji, gdzie obsługa kłaniała się w pas, powtarzając jak mantrę:

– _Good morning, sir. How can I_ _help you?_⁹

Miał wrażenie, że służalczość tubylców nie tyle była wyuczona, ile weszła głęboko w DNA społeczeństwa jako piętno kolonializmu. Na dodatek podział społeczeństwa na kasty utrwalał ten schemat.

Było to jednak dość irytujące dla osób introwertycznych, nieco wycofanych, do jakich zaliczał się Cichy, mających swoje życie i swój świat, w którym to oni wyznaczali granice. Inni ludzie stanowili otoczenie, z którym jego świat wchodził w przeróżne interakcje. Z jednej strony nienawidził chaosu, a z drugiej wiedział, że tylko chaos daje gwarancję przeżycia w tym świecie – bycie przewidywalnym nawet w wieku emerytalnym dla niektórych było nudą, a dla niego pułapką, w którą łatwo można wpaść. Tutaj z kolei uświadomił sobie, że na swoje nieszczęście dał się złapać na swój pieprzony altruizm, a Maks Maksymowicz to tajemniczy gość, który wykorzystał jego współczucie i litość – uczucia, których tak naprawdę nie znał wcześniej, ponieważ w jego życiu dominowały samotność i walka o przeżycie od dziecięcych lat, co dało mu instynkt drapieżnika. Ciężka praca połączona z wrodzoną inteligencją zaowocowała nieograniczonymi możliwościami rozwoju, ale buntowniczy charakter powodował, że łatwo się pakował w kłopoty. Wydobywał się z nich dzięki niezliczonym cudom i pomocy swego anioła stróża, choć wolał to nazywać instynktem przetrwania, z którego był dumny.

Na śniadanie wziął jajecznicę, smażony boczek, dwa tosty i kawę. Mniej więcej w połowie jedzenia pojawił się recepcjonista i przekazał informację, że ktoś czeka na pana Maksyma Maksymowicza w recepcji. Przez chwilę przemknęła mu przez głowę myśl, aby podać numer pokoju Maksa, ale zamiast tego wykrztusił tylko:

– _Let them wait a_ _while, I_ _need to finish my breakfast_¹⁰.

Samo nazwisko Maksymowicz do tej pory nie budziło w nim żadnych skojarzeń, ale zestawienie Maksym Maksymowicz – a nie Maks – zabrzmiało bardzo z rosyjska.

Recepcjonista posłusznie się oddalił, a Cichy zaczął się zastanawiać, co takiego wymyślił Maks, czy porywacze już się z nim skontaktowali i co robił wcześniej w Jaipurze… Instynkt podpowiadał mu ograniczone zaufanie do kogoś, kto ze zrozpaczonego ojca przekształcił się nagle w innego człowieka – z ofiary w myśliwego. Czyżby rzeczywiście miał jakiś plan? Czy jeszcze ktoś brał udział w tej akcji? Kim jest Maks, a raczej Maksym? Czy po raz pierwszy w życiu ktoś go nabrał?

W takich momentach potrafił się skupić, bo panika w niczym nie pomaga, a na ucieczkę było ciut za wcześnie. Poza tym zwykle nie uciekał, a jeśli czasem się to zdarzało, starał się zapomnieć o strachu – pewność siebie to podstawa. Odczuwał jednak pewien niepokój. Czyżby znowu odezwał się instynkt lub intuicja?

Z zadumy wyrwał go podchodzący nieśmiało kelner z wyrazem twarzy mówiącym aż nadto, że oczekujący się denerwują, a Maks się nie pojawił. Cholera, we wczorajszych wieczornych uzgodnieniach zabrakło precyzji!

Nieopodal recepcji Cichy zauważył dwóch ciemnoskórych mężczyzn, znacznie niższych od niego. Jeden z nich podszedł do niego i się przywitał:

– _Good morning, sir, your friend Alex needs your help. Please come with us. He is expecting you. Take the phone to talk to him_¹¹.

Zaskoczony odebrał połączenie.

– Halo, czy to ty, Maks? Czy możesz mi wyjaśnić, o co chodzi? Jesteś Maks, Maksym czy Alex? Kim ty, kurwa, jesteś, bo zaczynam się denerwować!

– Cichy, skup się i słuchaj. – Jego głos był spokojny i władczy. – Wszystko już uzgodnione, tylko role trochę się odwróciły. Może dlatego, że zameldowałem cię jako siebie, a siebie na twoje nazwisko, czyli Bąbel – prychnął z lekką ironią. – To naprawdę śmieszne nazwisko jak na kogoś takiego jak ty. Sprawy potoczyły się szybko, a ja, tak jak mówiłem, ryzyko wziąłem na siebie – dodał już poważnym tonem. – Posłuchaj mnie uważnie. Kiedy odzyskasz Adę¹², natychmiast uciekaj z Indii. Wtedy ja dam im torbę z pieniędzmi, ale dopiero gdy mi potwierdzisz, że masz moją córkę. Okej? Taki właśnie jest plan, o którym rozmawialiśmy. Powiedziałem im, że inaczej wysadzę w powietrze siebie, pieniądze i cały ten ich bajzel. Mam materiały wybuchowe i oni o tym wiedzą. Jak myślisz, po co tu byłem wcześniej? Przecież nie na wakacjach… Twoje zadanie jest proste, masz odebrać Adę i bezpiecznie przywieźć ją do Polski. Tylko tyle. Zaszyj się jednak w Nepalu na tydzień lub dwa. W Katmandu działa doskonały fałszerz dokumentów, który zrobi wam nowe papiery. Wszystko już zorganizowałem i opłaciłem, będzie czekał na ciebie, a szczegóły znajdziesz w przewodniku, który włożyłem ci do torby. Masz tam nie tylko pieniądze, ale też lewe dokumenty, które dla ciebie przygotowałem. Taki plan B na wszelki wypadek. Niczym się nie martw i przepraszam za problemy, jeśli się pojawią. Nie wszystko ci powiedziałem, bo nie chciałem cię niepotrzebnie narażać ani przestraszyć. Poza tym mógłbyś się wycofać lub nie odegrać swojej roli tak naturalnie jak wymaga tego sytuacja. Może być z tej całej akcji duży rozpierdol, ale uwierz mi, musiałem iść na całość, aby odzyskać córkę. Ponieważ brałem pod uwagę, że to naciągacze i może wcale jej nie mają, wymyśliłem plan B z bombą. Mam jeszcze pluton najemników czeczeńskich, a raczej miałem mieć, ale chyba mnie wystawili, bo wzięli zaliczkę i nie pojawili się w umówionym punkcie. Kazałem im rozwalić całe to miejsce i może w ten sposób mnie ocalą, a jeśli nie, to zauważ, że w sumie miałem bombowe życie… – zrobił pauzę i zaśmiał się pod nosem. – Zajmij się, proszę, Adą, bo zasłużyła na drugą szansę. Jedź z nimi, bo dałem im tylko godzinę, później wysadzam to miejsce, a najemnicy mają zabić wszystkich pozostałych. To będzie rzeź, mówię ci. – Znów lekko się zaśmiał. – Pośpiesz się i nie daj dupy, twardy masz być, Cichy – zakończył rozmowę Maks i się rozłączył, a Cichy podszedł zrezygnowany do sfatygowanego auta nieokreślonego koloru z napisem „Taxi”.

Chyba niemrawo się poruszał, bo sam jednak nie wsiadł, raczej w końcu wepchnęli go do taksówki na tylny fotel. Był spokojny i pozwolił się skrępować, zaprotestował jednak stanowczo, gdy chcieli zasłonić mu oczy. Być może się obawiali, że będzie sprawiał im za dużo problemów, bo odpuścili. Język, którym się posługiwali, brzmiał jakoś dziwnie – jak mieszanina falujących dźwięków, bardziej wykrzyczanych niż wypowiedzianych.

Jazda zajęła im około dziesięciu minut. Samochód upominał się o serwis, a jego zawieszenie skrzypiało na przemian z kanapą, w którą Cichy się zapadł. Miasto było zatłoczone, a kierowcy nieustannie na siebie trąbili, jakby to był ich dodatkowy język. Wjechali do czegoś, co mogło być pozostałością hotelu – całkowita ruina, która sprawiała wrażenie budynku w katastrofalnym stanie jak po trzęsieniu ziemi. Dookoła jednak tętniło życie. Po zaparkowaniu samochodu Cichy został z niego wyprowadzony i wprowadzony do dużego pomieszczenia na parterze. Skrępowane ręce nie zostały związane z tyłu, tylko z przodu, co dużo mówiło o tych ludziach – amatorzy. Zawodowcy zrobiliby to inaczej – ich celem byłoby absolutne kontrolowanie sytuacji. Chyba na jego twarzy zagościł uśmiech, a poziom adrenaliny z początkowego poziomu „walcz i zabij, gdy będzie trzeba” spadł do poziomu „uważaj na dzieci w pobliżu, bo możesz niechcący zrobić im krzywdę”. Skąd było w nim tyle spokoju?

Rozejrzał się po pomieszczeniu, do którego nagle wszedł kolejny człowiek, wprowadzając trzy młode dziewczyny podobnej budowy, z wygolonymi głowami, ledwo trzymające się na nogach – pobite lub naćpane, innej opcji nie było. Były ubrane w jakieś łachmany, w coś, co przypominało worki na ziemniaki. Nie przypominało to meksykańskiego poncha, tylko właśnie worek na ziemniaki, w którym są otwory na głowę oraz ręce – obraz nędzy i rozpaczy. Miały związane ręce – również z przodu – a dodatkowo nogi powiązane pętami, które uniemożliwiały im ucieczkę.

– Witaj, Maks!

Człowiek o ciemnej karnacji i ostrych rysach twarzy świadczących o wschodnim pochodzeniu odezwał się do niego poprawną angielszczyzną zdradzającą jednak hinduskie korzenie. Nie miał typowej urody hinduskiej, a raczej musiał mieć domieszkę chińskiej, koreańskiej bądź japońskiej krwi ze względu na skośne oczy, które wpatrywały się w gościa z przenikliwością. Akcent przypominał londyński, który Cichy znał ze swoich prywatnych oraz służbowych kontaktów. Ponadto spotykał w Londynie mnóstwo imigrantów z Indii, więc był z nim dobrze osłuchany.

„Bez tego komunikacja z Hindusami to wyższa szkoła jazdy” – pomyślał i uśmiechnął się dyskretnie.

Nieznajomy odpowiedział również tajemniczym uśmiechem i nieco cynicznie dodał:

– Przyprowadziłem ci trzy dziewczyny, ale tylko jedna z nich jest tą, za którą żądamy okupu. Pozostałe dwie to mała zagadka dla tatusia, który nie jest tatusiem, prawda? Maks myślał, że jest cwaniakiem i że ma do czynienia z głupcami, ale trochę się przeliczył! Teraz nas straszy bombą, a ja zamierzam was zabrać do niego i dalej pobawić się w łamigłówki. Co ty na to? Fajny pomysł? Ty, te panienki i ja. Jak mam się do ciebie zwracać? Ja nazywam się Pedro.

Cichy intensywnie się zastanawiał, co zrobić w tej sytuacji. Przeklinał w myślach swoją beztroskę oraz fakt, że nawet nie zajrzał do torby, którą wręczył mu Maks. To wszystko było jakieś spontaniczne i dziecięco naiwne, a w sumie zbyt proste. Czyżby zawiódł go instynkt? W walce wręcz może by sobie poradził z gościem, ale co dalej? Jak osiągnąć zamierzony cel bez planu, z tak wieloma niewiadomymi? Same zagadki – koszmar jakiś. Bez magii ani rusz… Próbował jednak nie tracić fasonu.

– Mów mi Rob, jeśli ta ksywka cię nie przeraża. – Tutaj ugryzł się w język, ale trochę za późno, bo tamten szyderczo się roześmiał. Zabrzmiało to jak przyjęcie wyzwania. – Zakładam, że jesteś tutaj z tego samego powodu co ja, to znaczy dla pieniędzy. Załatwmy więc sprawę wymiany córki Maksa: ty dostaniesz pieniądze, a Maks córkę…

Pedro znowu się roześmiał, ale jego twarz wyrażała głęboką dezaprobatę, rozczarowanie, a może nawet zażenowanie zaistniałą sytuacją. Imię sugerowało pochodzenie hiszpańskie lub meksykańskie, ale on na takiego nie wyglądał. Jego oczy miały w sobie tyle beztroski, taką pewność siebie, że Cichy niemal mu tego zazdrościł. Na pewno w tej chwili miał przewagę. Zapewne był u siebie i kontrolował sytuację, a Cichy nagle się pojawił w nie swojej bajce. Ba, nawet nie był uzbrojony, a gdyby w torbie była broń, to już by mu ją zabrali… Był kompletnie nieprzygotowany, a przecież wszystko miało być proste.

Aby zyskać trochę czasu, postanowił się czegoś więcej dowiedzieć od tego Pedra.

„A potem niech się dzieje, co chce” – pomyślał nieco buńczucznie. „W końcu żyje się tylko raz, a odejście z hukiem jest lepsze niż praca do emerytury”.

Tymczasem Pedro wpatrywał się w niego przenikliwym wzrokiem i być może ujrzał strach w jego oczach. Dlatego Cichy postanowił przejąć inicjatywę, odzywając się zaczepnie:

– Nie mam czasu na te wszystkie pierdoły! Powiedz mi, co masz do powiedzenia, i kończymy tę zabawę, bo zaczynam się nudzić.

Zrobił krok w tył i ziewnął.

Pedro zbliżył się do niego lekko kołyszącym się marynarskim krokiem, i powiedział, cedząc słowa, jakby przygotowywał się do ataku:

– Chyba tylko udajesz durnia, bo na niego nie wyglądasz. Mówisz, że facet o imieniu Maks ma córkę i że masz mu pomóc ją odzyskać. Tyle że Maks albo w ogóle nie istnieje, albo to jedna z tożsamości Carlosa, której postanowił użyć, by wciągnąć cię w swoje gierki. To przecież jest oszust i bandyta! Nie wiedziałeś o tym?

Na moment zapadła cisza, a Cichy musiał mieć nietęgą minę, bo Pedro spojrzał na niego ze zwątpieniem i pokręcił głową z dezaprobatą.

– Skądinąd to zapewne postać wybitna – kontynuował – człowiek orkiestra: aktor, komik, cudotwórca i biznesmen w jednej osobie, ale przede wszystkim bandyta, który się szarogęsi na nie swoim terenie i udaje zatroskanego ojca. On, który co najmniej od dekady zaopatruje w dziewczyny całe północne Indie, może nawet Tajlandię. Tylko coś mu się w głowie popieprzyło, bo jedną z nich postanowił odzyskać, więc opowiada ci jakieś niestworzone historie. Otrząśnij się i daj mi to, co masz, a ja resztę załatwię i zajmę się Carlosem. – Spojrzał na przyprowadzone dziewczyny, które przykucnęły w kącie i obejmowały się nawzajem, szlochając. – Dziewczynami się nie przejmuj. Mamy ich pod dostatkiem, więc jak nie te, to inne ci znajdziemy. Jest na nie popyt, więc musi być podaż. Takie interesy prowadzimy i radzę ci nie wtykać nosa w nie swoje sprawy. Tak będzie lepiej, dla ciebie przede wszystkim, nie musisz umierać za cudze grzechy i wiesz przecież, że nie naprawisz tego świata. Teraz przetnę twoje więzy, a ty spokojnie podasz swoją torbę. Potem zadzwonię do niego i przekażę ci telefon, aby ustalić warunki wymiany. Dam ci jedną z dziewczyn, a ty potwierdzisz telefonicznie Carlosowi, że ją masz. Zrozumiałeś?

Cichy skinął głową, aby zakończyć ten koszmar jak najszybciej. Jego bielizna i koszula przyklejone były do ciała, a napięte mięśnie czekały na decyzję. Potrzebował planu – tu i teraz, ale go nie miał. Pozostawała improwizacja…

Pedro zbliżył się do niego niemal tanecznym krokiem, przerzucił sporych rozmiarów nóż, a raczej małą maczetę do lewej ręki, a następnie pewnym ruchem przeciął pęta. Cichy czekał na moment, gdy wzrok Pedra będzie skupiony na jego rękach, a klinga maczety znajdzie się poniżej jego bioder. Błyskawicznie zrobił krok do przodu, zasłaniając głowę przed ostrzem maczety – rękami, a dokładnie kośćmi przedramienia. Następnie uwięził lewą rękę Pedra, chwytając klingę maczety prawą ręką, a prawą nogą wykonał podcięcie zewnętrzne – technika znana uprawiającym judo w różnych wariantach, dobra na ulicę i walkę w trudnych warunkach, której mało kto się spodziewa, a jest zawsze skuteczna do kontrataków. Dodatkowym uderzeniem lewą ręką w brodę doprowadził do twardego lądowania przeciwnika na posadzce. Pedro stracił przytomność natychmiast po upadku, a Cichy trzymał jego maczetę – piękną broń z rękojeścią wykonaną z kości jakiegoś zwierzęcia. Widniała na niej inskrypcja w języku angielskim: _Krew wrogów przelewaj bez wahania, aby twoja krew była bezpieczna…_ Dalej napis był niewyraźny. Związał nieprzytomnego – ręce z tyłu oraz nogi. Oddychał, ale puls miał słaby. Zapewne będzie potrzebował pomocy.

Następnie rozejrzał się po pomieszczeniu, podszedł do przerażonych dziewczyn i powiedział spokojnie:

– _Girls, tell me who is Adel_¹³.

Wszystkie patrzyły na niego z przerażeniem i wskazywały na siebie. Nie takiej odpowiedzi oczekiwał i nie był na nią przygotowany.

***

Cichy był kompletnie zdezorientowany – w jego głowie emocje toczyły bój z racjonalną oceną sytuacji i poszukiwaniem rozwiązania. Rozpoczął właśnie wojnę z jakimś bandytą, a jedyną bronią, jaką dzierżył w ręce, była maczeta. Konfrontację jeden na jeden wygrał – tak mu się przynajmniej wydawało – ale co teraz?

Dziewczyny wyciągały do niego ręce, a ich wzrok – nieobecny, zaćmiony, odurzony – wskazywał skalę cierpienia tych młodych jeszcze kobiet tak sponiewieranych przez los. Nigdy nie chciał się z nikim wiązać i definiował siebie jako samotnego wilka, a z racji swoich zainteresowań oraz przybywającej liczby wrogów nie chciał narażać swoich bliskich na porachunki z innymi.

Spojrzał z pogardą na Pedra, który nadal nieprzytomny leżał u jego stóp. Stopień improwizacji go przerażał, bo nie wiedział, ile ma czasu, aby się wydostać z tej pułapki, ani co zrobić z tymi biednymi dzieciakami. Dodatkowo w jego głowie dźwięczały jeszcze słowa Pedra o Carlosie – największym przestępcy tego świata. Kim jest Maks i o co w tym wszystkim chodzi? Jego zdaniem to wszystko nie pasowało do całej tej układanki i żałował, że niepotrzebnie zlitował się nad zrozpaczonym ojcem, skoro chodziło o wpływy w handlu ludźmi. Ponownie zaklął pod nosem.

Kątem oka zauważył karafkę z wodą, wziął ją i wylał jej zawartość na twarz nieprzytomnego, po czym szturchnął go kopniakiem w okolicy żeber, co leżący powinien był poczuć.

– Pedro, obudź się! Muszę ustalić z tobą kilka kwestii.

Mężczyzna jęknął i z cierpieniem na twarzy otworzył oczy. Spojrzał na Cichego wściekłym wzrokiem, a następnie wycedził kilka niezrozumiałych przekleństw w różnych językach. Ostatnie było jasne i zrozumiałe:

– _Fuck, fuck!_¹⁴ Czy zdajesz sobie sprawę z tego, co właśnie zrobiłeś? Jesteś w nie swoim rewirze z człowiekiem, którego nie znasz, i chcesz oddać za niego życie? Głupcze! Dlaczego zakładasz, że nie jest nam po drodze? Chciałeś jedną panienkę, a dostałeś trzy. Czy to cię nie zastanowiło? Carlos to bezwzględny drań, morderca, pozostawia po sobie spaloną ziemię i trupy. Tutaj nie chodzi o jedno życie, tylko o wiele istnień. To jest spory biznes, a ty się wplątałeś w niezłą awanturę. Na dodatek nie chcesz tego zrozumieć. Carlos sprzedał je na wschód, a następnie innym opowiada niestworzone historie o wykupie uprowadzonych dzieci, córki i tak dalej. To wszystko są wierutne bzdury. Zapłacił okup, dostałeś trzy zamiast jednej, więc uciekaj czym prędzej, a jeśli Carlos cię nie zabije, gdy przestaniesz być mu potrzebny, zrobię to ja. Pamiętaj, że cię ostrzegałem i że dotrzymuję danego słowa.

Cichy nie wytrzymał i wymierzył mężczyźnie potężny cios prawą ręką, uderzając go w okolicy skroni, po którym tamten ponownie stracił przytomność. Następnie podszedł do zakładniczek, uspokoił je i pokazał drzwi, którymi bezpiecznie wyszli na zewnątrz. Dookoła panował zgiełk, więc łkające dziewczyny wyprowadził przez podwórko na ulicę.

Czuł potrzebę wyjaśnienia zaistniałej sytuacji. Czy Carlos – jeden z najbardziej poszukiwanych przestępców świata – i Maks to ta sama osoba? Czy któraś z zakładniczek jest Adą? Jak wydostać się z nimi bez dokumentów? Czy w Indiach może liczyć na jakąś pomoc?

Poruszali się naprzód, a on asekurował trzymające się kurczowo siebie dziewczynki, które mogły mieć po kilkanaście lat. Po pokonaniu zaledwie trzystu metrów zauważył coś w rodzaju hotelu, więc postanowił wejść do środka. Nie przypominało to europejskich hoteli, nawet tych obskurnych, ale wewnątrz było całkiem schludnie. Potrzebował czasu, żeby się uspokoić i dać zakładniczkom dojść do siebie, i zdecydować, co dalej z nimi zrobić. Był też ciekaw, co Maks umieścił w torbie oraz jakimi środkami dysponuje.

Wewnątrz przywitał ich właściciel, który z kamienną twarzą poprowadził całą czwórkę do pokoju na najniższej kondygnacji. Pokój był mały i bez okien, ale nie wybrzydzali. Cichy wręczył właścicielowi banknot pięćdziesięciodolarowy. Twarz mężczyzny rozjaśniła się w uśmiechu, choć nadal milczał, a następnie dał klucz do pokoju, nie zadając żadnych pytań.

Cichy wprowadził dziewczęta do środka i polecił po angielsku, aby na niego zaczekały, ponieważ pójdzie kupić im jakieś ubranie i coś do jedzenia. Patrzyły przerażonym wzrokiem, choć liczył na to, że dojrzy w nich odrobinę nadziei, bo to byłby dobry sygnał.

Wyszedł i na wszelki wypadek zamknął drzwi na klucz. Wrócił po dwudziestu minutach z trzema identycznymi sukienkami w rozmiarze M oraz czterema zestawami samosów i Coli, które kupił za rogiem. Jedzenie pachniało całkiem przyjemnie. Wchodząc do pokoju, zobaczył, że dziewczęta siedzą owinięte w ręczniki, bo wykorzystały jego nieobecność na kąpiel. Łazienka, a w zasadzie wnęka za kotarą, wystarczyła, aby doprowadziły się do porządku. Wyglądały już znacznie lepiej, odurzenie minęło, a na jedzenie rzuciły się tak żarłocznie, że obawiał się bijatyki. Po tym posiłku przestały się trząść ze strachu, oddychały normalnie i usiadły na łóżku, przechylając się i podkurczając nogi pod brodę. Wszystkie wpatrywały się w niego, jakby czekały na sygnał, aby opowiedzieć swoją historię.

Wskazał na pierwszą po lewej – Natasza, tak się przedstawiła, miała piętnaście lat. Pochodziła z Moskwy, z zamożnej rodziny, która miała krewnych w Szwecji. Natasza wyjechała na wakacje z rodzicami do Sztokholmu, gdzie podczas zakupów z koleżanką poznały uroczego Amerykanina, który zaprosił je na prywatkę do siebie – skłamały, że obie mają po siedemnaście lat. Nic nikomu nie powiedziały i przyjechały do niego. Po wypiciu bezalkoholowego drinka obie zostały odurzone, znalazły się w niewoli, związane i zakneblowane. Nie wiedziały, w jaki sposób pojawiły się w Indiach, gdzie były głodzone, bite i zmuszane do kontaktów seksualnych z mężczyznami. Każda z nich dostała nowe imię: Alex, Ada, Alexis – ale nikt się tym nie przejmował i wszystkie reagowały na imię Ada. Poprosiły o zawiadomienie ambasady rosyjskiej i szwedzkiej oraz rodziców, że żyją i zostały odnalezione.

Cichy pokiwał głową ze współczuciem i obiecał, że jak najszybciej zawiadomi ambasady obu krajów.

– Jestem Ada – odezwała się po polsku trzecia dziewczyna. Była z nich najdrobniejsza. Siedziała nadal przestraszona, a jej splecione ręce, które trzymała przed sobą, nadal drżały, jakby trzęsła się z zimna. – Uciekłam z domu, proszę pana, mieszkałam w Warszawie. Poznałam chłopaka, Irka z Wrocławia, który mnie zaprosił do siebie. Pojechałam do niego, ale zamiast Irka czekały na mnie jakieś zbiry, które mnie związały i zrobiły mi zastrzyk. Jednego ugryzłam, bo zaczął mnie obmacywać. Niczego więcej nie pamiętam.

– Czy twoim ojcem nie jest Maks, a matka nie ma na imię Alice?

Ada spojrzała na niego z niedowierzaniem i odpowiedziała, że nie. Ojciec odszedł od nich, gdy się urodziła, a mama ma na imię Irena. Ponieważ spoglądała na pozostałe zajadające samosy, powiedziała, że to tyle, i również poprosiła o zawiadomienie polskiej ambasady. Po chwili jednak poprosiła jeszcze o kontakt do niego w Warszawie. Machinalnie sięgnął po swoją wizytówkę i jej ją wręczył, a ona przeczytała:

– Jakub Bąbel, menedżer… Bardzo dziękuję za pomoc.

Cichy postanowił również się posilić, a następnie wyjął papierosa.

– Wiecie może, co to za typ ten Pedro?

Odpowiedziały, że pilnował ich od kilku dni i wspominał, że zostaną sprzedane na Bliski Wschód, jeśli dobrze pójdzie i jeśli się spodobają, a jeśli nie, to zostaną w Indiach i trafią do licznych tutaj burdeli na kilka lat. Dodały jeszcze, że Pedro pracuje w policji, która prowadzi takie interesy, bo za zwykłą pensję nie można w tym kraju normalnie żyć.

Polecił dziewczynom czekać na kontakt z ambasady. Nakazał, aby pod żadnym pozorem nie wychodziły z hotelu, zwłaszcza że lokalna policja jest zamieszana w handel ludźmi. Potwierdziły, że rozumieją, i podziękowały mu za pomoc. Uratowana Polka podeszła do niego i jeszcze raz podziękowała, tuląc się jak dziecko do ojca. W pierwszym momencie chciał się odsunąć, ale oddał uścisk i szepnął jej, że wszystko będzie dobrze i że są teraz bezpieczne. Na koniec wręczył każdej po sto dolarów na jedzenie, ubranie lub inne wydatki i wyszedł z hotelu, polecając zamknąć drzwi na klucz.

Poszedł do najbliższej budki telefonicznej i zadzwonił do ambasad: Szwecji, Rosji i Polski, przekazując informacje, że nieletnie uciekły z niewoli, a on umieścił je w hotelu Nice Feelings w Jaipurze. Pracownicy ambasady podziękowali za informacje i zapewnili, że jeszcze dzisiaj ktoś je odbierze i zajmie się nieletnimi oraz zorganizuje dokumenty i transport do kraju. Następnie wykręcił numer Maksa, ale się nie dodzwonił – abonent był poza zasięgiem sieci. Zaklął pod nosem, a potem zadzwonił na lotnisko w New Delhi i zarezerwował lot do Warszawy. Spojrzał na zegarek i stwierdził, że musi się pośpieszyć. Zatrzymał taksówkę i obiecał kierowcy sto dolarów, jeśli dojedzie na lotnisko w New Delhi w cztery godziny. Taksówkarz z entuzjazmem się zgodził, więc Cichy usadowił się na tylnej kanapie czegoś, co przypominało samochód marki Łada z lat osiemdziesiątych, i zamknął oczy.

Wiatr wdzierający się przez uchylone szyby po chwili uświadomił mu, że w aucie nie ma klimatyzacji, a zatem będzie musiał jeszcze kupić na lotnisku jakieś ciuchy do przebrania, aby nie cuchnąć w samolocie przez kilkanaście godzin. Miał jednak cichą nadzieję, że ta cała awantura już się skończyła, a misja, której się podjął zakończona została pełnym sukcesem – w trzy dni, które poświęcił i wyrwał z własnego życia początkującego biznesmena, a to nie była wygórowana cena. Przeliczył, że w torbie ma sto tysięcy dolarów. Uznał, że wywiązał się z umowy zawartej z Maksem, niezależnie od tego, czy jego córka została uprowadzona, czy nie, niezależnie od tego, czy był Carlosem, czy nie. Czuł też złość na siebie, że jako młody, łatwowierny, dobry człowiek, za jakiego się uważał, dał się wplątać w tę całą historię, w wyniku czego poszukiwała go już być może miejscowa policja, a jeśli tak, to jego podróż może się zakończyć jeszcze na lotnisku w New Delhi. Maks wspomniał co prawda o możliwości zdobycia lewych papierów, ale Cichy bynajmniej nie uważał się za ściganego przestępcę, który miałby się obawiać zatrzymania. Poczuł ekstremalne zmęczenie i pokonał go sen.

Mniej więcej trzy i pół godziny później taksówkarz go obudził, prosząc o zapłatę za kurs i napiwek. Cichy zapłacił mu i podziękował, a następnie wszedł na teren lotniska – z bagażem podręcznym udał się do stanowiska odprawy. Na pobliskim monitorze zobaczył poruszający komunikat o zbiorowym samobójstwie dziewięćdziesięciu sześciu osób, które w Jaipurze rytualnie odebrały sobie życie jako zadośćuczynienie za wszechobecne zło. Samospalenie, którego ci ludzie dokonali, miało im pomóc w odrodzeniu się w lepszym bycie. Coś mu jednak podpowiadało, że ofiar byłoby więcej, gdyby z Maksem nie odbili trzech dziewcząt, chyba że to zbieg okoliczności – co było raczej mało prawdopodobne, bo jakoś nie wierzył w przypadki.

INDIE, LOTNISKO W NEW DELHI
3 PAŹDZIERNIKA 2002

Cichy podążał w kierunku hali odlotów i rozglądał się po lotnisku, marząc o kawie. Nie działała klimatyzacja, tylko wentylatory mełły powietrze, które było wilgotne i gorące jednocześnie. Budynek lotniska był stary, zaniedbany i mocno nasłoneczniony, dlatego Cichy czuł się jak wewnątrz rozgrzanego kuchennego piekarnika. Nagle z prawej strony podszedł do niego uśmiechnięty Hindus – sikh, bo w czarnym turbanie na głowie. W Anglii spotykał ich głównie w usługach finansowych. Mieli specyficzną wymowę, która nazywana była złośliwie przez Brytyjczyków szczekliwym angielskim.

– _Are you Mr. Sichy?_¹⁵

– _Yes, I_ _am called Cichy. What’s up?_¹⁶ – zapytał grzecznie, ale intuicja nakazała mu się rozejrzeć i ocenić sytuację.

Odetchnął z ulgą – było bezpiecznie, ale znowu nie wiedział, co się dzieje. Dookoła przechodzili ludzie, ale trudno było nazwać ich tłumem, co najwyżej stanowili tło, w które wtopił się ze swoim rozmówcą. Nieznajomy nosił jasne spodnie i bluzę, a Cichy był w sfatygowanym garniturze, który nadawał się wyłącznie do wyrzucenia i wręcz krzyczał: „Ten facet ma problemy!”. Spodziewał się bardziej czegoś w rodzaju obławy policyjnej niż posłańca, który na niego czeka i zna jego wygląd. Uśmiechnął się na myśl, że w opisie jego postaci mogło paść określenie typu wielkolud, goryl czy gość o rozmiarach dwóch Hindusów.

Przybysz wpatrywał się w niego ze spokojem, który niezbyt pasował do sytuacji. Cichy nerwowo zbliżył się o pół kroku, prostując postawę, a torbę z pieniędzmi trzymał w lewej ręce, jak przystało na praworęcznego.

– _What’s up man? I_ _am in a_ _hurry!_¹⁷ – powtórzył zniecierpliwiony.

Sikh sprawiał wrażenie zmieszanego i nadal wpatrywał się na zmianę to w Cichego, to w jego torbę. On trzymał w ręce taką samą torbę i uśmiechając się, w końcu odpowiedział:

– _I_ _have a_ _message from Maks to you. He asked me to give you this bag, but you cannot travel with two ones. You need to move your stuff to a_ _new one or the other way around, you can do it in the restroom_¹⁸.

Cichy skinął głową na znak, że zrozumiał, a sikh natychmiast wskazał mu najbliższą toaletę. Tam wręczył mu drugą torbę i odwrócił się do niego plecami, aby mógł spokojnie przepakować pieniądze. Były w niej dodatkowe banknoty – tym razem nie dolary, lecz funty brytyjskie. Cichy uznał, że należy wynagrodzić sikha za wykonanie zadania, i wręczył mu tysiąc dolarów, ale Hindus nie chciał ich przyjąć, mówiąc, że został już opłacony przez Maksa kilka tygodni wcześniej.

„Maks, ty skurczybyku, jak to wszystko udało ci się zaplanować?” – pomyślał Cichy ze złością, ale jednocześnie z pewną ulgą, że może jednak zgodnie z jego deklaracją zadanie pozostanie tym z kategorii łatwych.

Kiedy sikh oddalił się z pustą torbą, życząc mu powodzenia, Cichy wszedł do jednej z kabin i zaczął przeglądać zawartość torby. Znalazł w niej trzy paszporty na trzy różne nazwiska: Ralph Stawski – lat trzydzieści siedem, zamieszkały w Chicago, John Smith – lat czterdzieści jeden, zamieszkały w Kapsztadzie, Keith Heart – lat czterdzieści trzy, zamieszkały w Londynie.

Przez moment był zdezorientowany, ale zobaczył w torbie dyktafon ze słuchawkami, więc go włączył i odtworzył ostatni zapis z poprzedniego dnia. Zapis był bardzo dobrej jakości, Maks mówił do mikrofonu spokojnym i aksamitnym głosem:

– Cześć, Cichy, to ja, Maks…

Cichy chciał oczywiście przesłuchać całe nagranie, ale dyktafon informował, że trwa ono dwie godziny i trzydzieści cztery minuty, a on nie miał teraz tyle czasu. Z brytyjskim paszportem w ręce udał się do stanowisk Air India oraz British Airways, aby jednak polecieć do Wielkiej Brytanii, a nie wracać do Polski. Nie mógł się doczekać momentu, gdy wsiądzie do samolotu i odtworzy wiadomość od Maksa. Pragnął poznać inną historię niż tę usłyszaną od Pedra: że stał się narzędziem w rękach przestępcy Carlosa. Chciał wszystko zrozumieć, choć miał przeczucie, że jego dalsze życie się zmieni właśnie przez Maksa. A to niestety nie był powód do radości…

------------------------------------------------------------------------

¹ Prześladowca to nonkonformista, który wymaga reedukacji i resocjalizacji.

² Czasy przedindustrialne, czyli czasy feudalizmu oraz kapitalizmu jako formy napędzającej ludzkość, w istocie według socjalistów i populistów będące formą wyzysku. Era technologii i rozwoju datowana jest od upowszechnienia Internetu oraz AI jako interfejsu Niebieskich do komunikacji z Ziemianami.

³ Okej, żaden problem, do następnego razu (ang.)

⁴ Autorem wspomnianych książek jest Steven Hassan, były członek Kościoła Zjednoczeniowego, czyli sekty Moona. Dzięki działaniom rodziny został wyrwany spod wpływów sekty i wyspecjalizował się w terapii wyjścia.

⁵ Panie, jestem świetnym kierowcą, dam ci duży rabat, jedź ze mną! (ang.)

⁶ Dziękuję panu, bardzo dziękuję (ang.)

⁷ Witamy z powrotem, panie Smith, miło pana widzieć ponownie. Jak podróż? Dwie jedynki przygotowane zgodnie z zamówieniem (ang.)

⁸ Wszystko w porządku. Jesteśmy bardzo zmęczeni po długiej podróży. Proszę dać znać, gdyby zostawiono dla mnie jakieś wiadomości (ang.)

⁹ Dzień dobry panu. Jak mogę panu pomóc? (ang.)

¹⁰ Niech chwilę poczekają, muszę skończyć śniadanie (ang.)

¹¹ Dzień dobry panu, pana przyjaciel Alex potrzebuje pańskiej pomocy. Proszę pójść z nami. Oczekuje pana. Proszę z nim porozmawiać przez telefon (ang.)

¹² Ada – skrót od Adel.

¹³ Dziewczyny, powiedzcie mi, która to Adel (ang.)

¹⁴ Kurwa, kurwa! (ang.)

¹⁵ Czy pan Cichy? (ang.)

¹⁶ Tak, tak na mnie mówią. O co chodzi? (ang.)

¹⁷ O co chodzi, człowieku? Śpieszę się! (ang.)

¹⁸ Mam dla ciebie wiadomość od Maksa. Poprosił mnie, abym dał ci tę torbę, ale nie możesz podróżować z dwiema. Powinieneś przepakować swoje rzeczy do nowej torby lub odwrotnie, a możesz to zrobić w toalecie (ang.)
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij