-
nowość
-
promocja
Historie równoległe: Nieme imperium - ebook
Historie równoległe: Nieme imperium - ebook
Otwarcie monumentalnego, trzytomowego cyklu Pétera Nádasa Historie równoległe, uznawanego za jedno z najważniejszych osiągnięć współczesnej prozy europejskiej. Pierwszy tom wprowadza główne postaci i podstawowe linie narracyjne: od Berlina 1989 roku, gdzie w parku zostaje znalezione ciało nieznanego mężczyzny, po budapeszteńskie mieszkania, baraki, gabinety i sypialnie, w których historia zapisuje się w ciałach i relacjach. Nádas łączy rodzinny fresk, powieść inicjacyjną i kryminał, tworząc gęstą, zmysłową prozę o pamięci, pożądaniu, przemocy oraz milczeniu. Nieme imperium odsłania skalę i ambicję całego projektu: Europę widzianą z bliska, przez relacje i ciało, zamienioną w prawdziwe laboratorium losów XX wieku. W przekładzie Elżbiety Sobolewskiej ta wielowarstwowa narracja zachowuje swoją precyzję i rytm, otwierając przed polskim czytelnikiem pełnię stylu pisarza.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68310-62-7 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Tamtego pamiętnego roku, kiedy runął mur berliński, nieopodal poszarzałego marmurowego pomnika królowej Luizy znaleziono ludzkie zwłoki. Zdarzenie miało miejsce kilka dni przed Bożym Narodzeniem.
Zmarłym był około pięćdziesięcioletni, zadbany, elegancko ubrany mężczyzna. Na pierwszy rzut oka wyglądał na szacownego przedstawiciela klasy średniej, bankowca albo menadżera. Wokół lśnił padający powoli śnieg, ale nie było dość zimno, więc natychmiast topił się na parkowych ścieżkach, a pozostawał tylko na źdźbłach trawy. Policjanci, którzy przyjechali na oględziny, postępowali zgodnie z procedurami i ze względu na warunki pogodowe trochę się spieszyli. Zamknięto całą okolicę i dokładnie ją przeszukano, posuwając się spiralnie, zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara, tak aby zabezpieczyć wszystkie ślady. Denata ostrożnie rozebrano za prowizorycznym parawanem z czarnego plastiku, ale nie dostrzeżono niczego, co mogłoby wskazywać na to, że do śmierci mężczyzny przyczyniły się osoby trzecie. Na ofiarę natknął się student, który biegał tu każdego poranka. Był jedyną osobą, której mogli zadać parę pytań. Kiedy zjawił się, by pobiegać, panowała jeszcze zupełna ciemność, biegł tą samą drogą co zawsze i o tej samej porze.
Gdyby było inaczej, gdyby nie zadziałały rutyna i przyzwyczajenia, gdyby nie pamiętał dokładnie każdego kamienia czy cienia, zapewne nie dostrzegłby zwłok. Światła odległych latarni ledwie tu docierały. I zauważył ciało zwisające z ławki – tłumaczył nerwowo policjantom – ale tylko dlatego, że na ciemnym płaszczu zostało trochę śniegu.
Biegł równym krokiem, kiedy z boku coś nagle błysnęło – wyjaśniał zbyt gromkim głosem.
Mężczyzna ciągle mówił, wewnątrz kordonu pracowało coraz więcej funkcjonariuszy. Działali w idealnych wręcz warunkach, w tych godzinach bowiem poza nimi w parku nie było żywej duszy, nawet gapiów. Jeden z nich przy użyciu lampy błyskowej fotografował coś na gołej, mokrej ziemi, coś, co dwóch techników zdążyło już oznaczyć cyframi.
Kiedy zaczął po raz trzeci, zauważył z niepokojem, że już wszystkie ślady zostały opatrzone numerami, i ogarnął go strach, jak gdyby to nie on odkrył zwłoki, nie on zawiadomił policję, ale sam był sprawcą, którego niebawem skonfrontują ze śladami zbrodni.
Był jak ostrze, nie umiałby powiedzieć, jak ostrze czego, może żyletki albo lodowatej myśli, ale o tym nie mówił.
Istotnie, w pierwszej chwili przeszyła go myśl, że zabił własnego ojca. Nie wiedział, dlaczego przyszło mu to do głowy, dlaczego życzy mu śmierci, ale tego też nie wyjawił policjantom.
Pozostało niewiele spraw, o których mógł otwarcie mówić.
Oni jednak zbytnio się nim nie interesowali, policjanci w cywilu oraz w mundurach przychodzili i odchodzili, czasami szeptali między sobą zdania, których nie rozumiał.
Nie chcieli dłużej go zatrzymywać, swoje dane zdążył podać już dwa razy, odnotowali w protokole, że będzie zeznawał jako świadek, mimo to nie potrafił stamtąd odejść.
Policjanci wymieniali się co chwilę.
Kiedy biegnie, naprawdę na nic nie patrzy, na nic – powtarzał nerwowo – wtedy po prostu nie myśli. Z punktu widzenia psychosomatyki to podstawowy warunek równomiernego biegu – wyjaśniał. Ale kiedy po dwudziestu minutach drugi raz przebiegł obok leżącego na ławce ciała, przemknęło mu przez myśl, że tylko na wystygniętych zwłokach śnieg się nie topi.
Gdzieś o tym czytał. I wtedy przystanął, by przyjrzeć się z bliska.
W berlińskim Tiergarten, w Zwierzyńcu, działy się różne rzeczy, a mówiąc ściślej, nie bardzo mogło zdarzyć się coś, co się jeszcze nie zdarzyło. Policjanci obojętnie słuchali jego zeznań, jeden z nich dyskretnie odszedł na bok z plastikowymi woreczkami, by kontynuować pracę, po chwili dołączył do nich trzeci, którego zostawili sam na sam z młodym mężczyzną. Ten wciąż nie mógł się uspokoić. Opowiadał o zajściu temu nowemu w taki sposób, jakby każdy szczegół krył w sobie sto kolejnych, jakby wszystko wymagało wyjaśnienia, jakby swoimi objaśnieniami odkrywał jakąś nieziemską tajemnicę, podczas gdy przemilcza własną.
Nie było mu zimno, jednak drżał na całym ciele. Policjant w cywilnym ubraniu podsunął mu pled – niech pan się okryje – ale tamten ze złością odrzucił pomoc, jakby własne zdrowie, na przykład to, że się przeziębi albo że się dziwacznie trzęsie, ani trochę go nie interesowało. Pewnie z nerwów dostał gorączki, co dla funkcjonariuszy nie jest zjawiskiem nieznanym. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jakie wywiera na nich wrażenie. A dobrego nie wywierał, poniekąd tak czuł, to zaś sprawiło, że chciał opowiedzieć o wszystkim jeszcze bardziej szczegółowo. Policjant tymczasem miło, niemal z sympatią, przypatrywał się jego twarzy zdradzającej wzburzenie, a także całemu ciału, nogom i rękom, gestykulacji, rozważał, czy jest cholerykiem, czy może ascetą, człowiekiem o wysokiej inteligencji i wrażliwym, czy też zwyczajnym miejskim idiotą, którego nie obchodzi nic poza nim samym.
Tak bardzo spragnionym rozmowy, że będzie gadał do jutra. Jak ktoś, komu nigdy nie przydarzyło się nic ważnego, a teraz trafiła mu się wielka przygoda. Któremu powierzono tajemnicę wszechświata.
Wzbudzał w nich raz litość, raz niepokój. W końcu mógł mówić już tylko do tego jednego policjanta, wręcz zniewolił go swoją gorączkową opowieścią, przytłoczył swoim niezrozumiałym sposobem zachowania, gwałtownością ruchów, które jakby łamały się pod presją samodyscypliny.
Policjant metodycznie lustrował sylwetkę, a także wszystkie detale ubioru młodego człowieka o tak przeciętnej prezencji, że trudno było ocenić jego pozycję społeczną, zapytał, co ten studiuje i na jakiej uczelni, chytrze zapewniając, że nie pyta o to służbowo, lecz z czystej ludzkiej ciekawości. Takiego pytania bowiem w zasadzie nie wolno mu było zadać. Wiedział z doświadczenia, że kilka niewinnych słów może zatrzymać ten bezsensowny, chorobliwy potok zdań. Śmierć choćby obcej osoby potrafi doprowadzić do histerii nawet najbardziej zrównoważonego człowieka. Zresztą spytał nie po to, żeby uczynić zadość formalnościom, po prostu interesowało go, czy swoim zaciekawieniem zdoła powstrzymać tę lawinę samouwielbienia. I czy ma do czynienia z wiarygodną osobą. Był doskonale wyszkolonym śledczym, którego nie zmylą nieoczekiwane mocne wrażenie czy wybujała wyobraźnia, ale nie umiał się powstrzymać, by nie rzucić przynajmniej jednego podchwytliwego pytania.
Trudno było jednak choć na chwilę nie stracić spokoju, czy to w pierwszych godzinach śledztwa, które policja, używając złodziejskiego żargonu, nazywa maglowaniem, czy też w jego kulminacyjnym momencie, kiedy wynik jest wprawdzie jeszcze niepewny, ale wszystko już zaczyna składać się w całość. Czasami zastawiał małe pułapki. Tacy śledczy jak on zawsze uważają swoje pomysły za bardziej skuteczne niż rozwiązania powszechnie stosowane w kryminalistyce przez mniej odważnych kolegów. Jego podejście było pomysłowe, a metody stosował niekonwencjonalne. Używając branżowego języka: zamiast schematem sylogistycznym posługiwał się metodą heurystyczną, co czasami prowadziło nawet do tego, że naruszał przepisy.
Młody mężczyzna pod wpływem beznamiętnych pytań przestał wyrzucać z siebie potoki słów; studiuję filozofię i psychologię – odpowiedział zaskoczony. A mówiąc to, zastanawiał się, na co policjant zwraca uwagę i co może mu się w nim rzucić w oczy.
Tak myślałem – odpowiedział śledczy obojętnym tonem.
Co tamten dostrzega na jego szyi, na koszulce czy dresie.
Wreszcie przestał mówić. Jakby zdał sobie sprawę, że to wszystko, o czym opowiada, nikogo nie ciekawi. Pozostałych policjantów i śledczych interesowały inne szczegóły zajścia.
Nie obchodził ich ani on, ani jego zeznania.
Od pewnego czasu biegał w błyszczących obcisłych spodenkach, żółtych albo czerwonych. Wzrok śledczego błądził po jego udach i przyrodzeniu. Ten wzrok był tak natarczywy i przeszywający, że w końcu musiał przyjrzeć się mężczyźnie, który stał przed nim w pustym o porannej porze parku, pośród leniwie padających płatków śniegu. Jego ustom, oczom, wyjątkowo gęstym, wysoko osadzonym brwiom, wszystkiemu, co przecież dotychczas też widział, czołu, niesfornym kręconym włosom. Miał przed sobą człowieka o łagodnym usposobieniu, który patrzył na niego przenikliwie i niemal ze smutkiem, jakby już wszystko o nim wiedział i teraz po kolei wyciągał z jego przeszłości najskrytsze tajemnice, a nawet mu współczuł. A przecież roztargnionemu śledczemu przypomniało się jedynie, co kilka dni wcześniej przeczytał w jakimś durnym kolorowym piśmie, kiedy czekał w klinice stomatologicznej na swoją kolej – że w Niemczech co roku siedemnaście tysięcy maturzystów zapisuje się na filozofię, a dwadzieścia dwa tysiące na psychologię. Co oznaczałoby, że za życia jednego pokolenia dziesięć milionów osób zajmuje się kondycją ducha i duszy, to wielka liczba, aczkolwiek handlem, finansami czy wojskowością trudni się kilka razy więcej.
Młody człowiek zamilkł, czuł, że śledczy ma go za nic i lekceważy jego naukowe zainteresowania. Stał tam w przepoconym dresie i nie przestawał drżeć.
Co czyniło go bezbronnym.
Funkcjonariusz tymczasem, starszy o jakieś dziesięć lat prawnik z wykształcenia, w ciszy, która nagle zapadła, spytał, czy mają go odwieźć do domu, i szybko dodał, że chętnie to zrobią. Skoro nie chce pledu. Woleliby, żeby jedyny świadek zajścia się nie przeziębił. Używał liczby mnogiej niczym tarczy: to nie on mówi, nie on składa tę propozycję, lecz organ. Aczkolwiek z namaszczenia tego organu to właśnie on raz po raz omiatał mężczyznę przenikliwym spojrzeniem. Jakby badał podejrzaną dla kryminalnych okolicę. Albo zdjąwszy okulary śledczego, wreszcie uważnie przyglądał się człowiekowi z tłumu.
Nic dziwnego, że młody mężczyzna nie przyjął propozycji.
Ten człowiek niepostrzeżenie coś z nim zrobił, ocenił go i zaszufladkował, więc za chwilę może postąpić z nim, jak zechce. Widział jego jasne czoło, ciemne, kręcone włosy, jakby przytrzymujące wzrok, i duże, pełne, miękkie wargi. Musiał mieć się na baczności.
Jednym gestem, w sumie dość obcesowo, odrzucił propozycję, myślał tylko o tym, aby stąd pójść, ale jego głos nie zdradzał emocji.
Powiedział jedynie, że jeśli zajdzie taka potrzeba, to w święta na pewno nie, lecz zaraz potem będzie do ich dyspozycji.
Policjant jednak nie okazał zainteresowania tą ofertą. Z pewnością łaskawiej by ją potraktował, gdyby tamten nie odrzucił jego propozycji. Spisali dane studenta, nagrywając zeznania, utrwalili jego głos, niestety nie miał przy sobie żadnego dokumentu potwierdzającego tożsamość. Zresztą wobec braku poszlak przeciwko niemu nie mieli prawa go legitymować.
Jutro muszę jechać do domu – powiedział młody mężczyzna z zakłopotaniem.
Zdał sobie sprawę, że przy każdym słowie szczęka zębami.
To znaczy, że mieszka pan w Berlinie – zauważył dobrotliwie śledczy – ale pański dom jest gdzie indziej.
Nie pojmował, że ciało potrafi tak zawieść i poniżyć człowieka.
Śledczy może jednak coś z tego wszystkiego zrozumiał, podziękował studentowi za uprzejmą pomoc, po czym skinęli do siebie głowami.
W Berlinie mieszkam tymczasowo – rzucił student, starając się zapanować nad szczęką, czuł, że za tyle wyrozumiałości winien jest wdzięczność.
Z jakiejś przyczyny jakby nie potrafili się pożegnać.
Moi rodzice mieszkają w Pfeilen, tam się urodziłem. Fakt, że trochę za miastem.
Co to za miasto – zapytał policjant i przez chwilę patrzyli na siebie nieufnie.
Na północy – wskazał palcem i dodał: – Niederrhein.
Nigdy o nim nie słyszałem, ale z pewnością to moja wina.
Od dawna mamy tam letni domek, jednak rodzice mieszkają w mieście. To mała mieścina, nie musiał pan o niej słyszeć.
Młody człowiek próbował uprzejmie się uśmiechnąć, ale przypominało to raczej grymas.
Nie wiadomo, który z nich pierwszy wyciągnął dłoń. Podali sobie ręce, a ten uścisk dłoni obydwu wprawił w zakłopotanie.
Policjant przedstawił się: doktor Kienast – powiedział niepewnie.
Tytuł doktora zawisł pomiędzy nimi. W dotyku dłoni pełnych wypukłości było coś uderzająco cielesnego. Tytuł doktora kojarzył się raczej z leczeniem. Mniej więcej coś takiego obiecywał. I wyróżniał go z nieprzebranego tłumu, do którego obaj należą. Młodego człowieka wręcz zmroziła intymność tego gestu, nieśmiały, acz wiele obiecujący sposób, w jaki tamten się przedstawił. Nie odpowiedział.
Jeżeli ten drugi będzie ciekaw jego danych, sprawdzi sobie w protokole, który przed chwilą spisał ich umundurowany kolega. I w przekonaniu, że już bez przeszkód może wrócić do biegania, ruszył przed siebie.
W końcu nic się nie stało.
Po kilku chwilach jednak zrozumiał, że błędnie ocenił sytuację i własne możliwości. Znów spodziewał się po sobie więcej, niż mógł osiągnąć. Bo zaiste stało się coś ostatecznego, nad czym trudno będzie przejść do porządku dziennego. Jeśli w ogóle uda mu się uratować własną skórę. Zdradziło go gadulstwo, po co wypaplał, dokąd jedzie, czemu z własnej woli się tłumaczył. Zwolnił kroku, po czym zmieniając rytm biegu, spróbował znów przyspieszyć, ale drżały mu uda i kolana, nie mógł złapać oddechu, a przede wszystkim czuł na plecach spojrzenie tego przeklętego policjanta.
Ten długo odprowadzał go wzrokiem, po czym polecił technikowi, żeby zabezpieczył ślady stóp. Na jego dłoni pozostał dotyk ręki drugiego człowieka, jej ciepło wniknęło w skórę i pomiędzy mięśnie, i było to więcej niż przyjemne, aczkolwiek ocena tego dotyku niewątpliwie stanowiła element śledztwa. Kienast, który swój doktorat poświęcił dziejom czynności dochodzeniowych – okresowi magicznemu, mitycznemu i racjonalnemu – w oczach swoich kolegów dbających o naukową ścisłość i przestrzegających surowych urzędowych procedur jawił się jako fantasta. I gdyby nie jego wyjątkowa spostrzegawczość oraz godna zaufania wiedza merytoryczna, chętnie podważyliby stosowane przez niego metody.
Powoli świtało, w świetle odległych latarni wciąż jeszcze było widać padający śnieg.
W uścisku dłoni tamtego poczuł wielką siłę i dziwne drżenie, we wzajemnej dysharmonii. Pomyślał, że może chłopak bierze narkotyki, a kiedy jest na głodzie, jego twarz wydaje się nerwowa, zmęczona i przedwcześnie postarzała.
Ciągle jeszcze widział jego smukłą sylwetkę w padającym śniegu, między drzewami.
To beznadziejne – pomyślał, choć nie umiałby powiedzieć, kogo lub co miał na myśli.
Jakby dostał mu się kolejny beznadziejny przypadek. Zawdzięczał to okoliczności, że nikt go nie zmienił podczas służby. I jakby nadchodzące święta Bożego Narodzenia tylko temu miały służyć, by wszystko pogmatwało się jeszcze bardziej. Choć w tej sprawie miał ustalić właściwie dwie proste kwestie: tożsamość mężczyzny oraz to, czy do jego śmierci nie przyczyniły się osoby trzecie. Przeczuwał, że choć rzecz jest prosta jak kij od szczotki, nie będzie umiał załatwić jej należycie. Ten chłopak namieszał w sprawie. Ciekawszy był drugi beznadziejny przypadek, którym zajmował się od niemal dwóch miesięcy. Ojcobójstwo, do którego przyznała się matka, żeby chronić współżyjącą z ojcem nieletnią córkę.
Po nocnym dyżurze często odczuwał przygnębienie, do którego dołączał strach, skądinąd uzasadniony. Naturalne ludzkie lenistwo w ten sposób znajduje sobie pretekst czy wytłumaczenie. Kienast był jak wielki kot, lubił wszystko, co miękkie, ciepłe i wygodne.
Już choćby z tego powodu upłynęło sporo czasu, nim zidentyfikowano zwłoki, ofiary nikt nie szukał, nawet po świętach.
Zanim ciało umieszczono w chłodni, koroner dokonał pierwszych, najbardziej niezbędnych oględzin. Technicy kryminalni dokładnie zbadali rzeczy denata. I nawet wtedy nie dostrzeżono ani na jego ciele, ani na ubraniu śladów, które mogłyby wskazywać na jakąkolwiek przemoc. Prawdopodobnie mężczyzna doznał na ławce zawału serca.
Nie uszło jednak uwagi Kienasta, że na wszystkich częściach garderoby zmarłego brakuje wszywek z markowym logo. Kiedy trudno ustalić czyjąś tożsamość, takie wszywki są bardzo pomocne. Trzeba je poddawać rutynowym oględzinom: wywrócić na lewą stronę płaszcz, marynarkę i sprawdzić podszewkę. W przypadku koszuli albo swetra wszywki należy szukać na kołnierzu lub na karku, w spodniach – po wewnętrznej stronie paska. Czasami, na skarpetach albo bieliźnie, logo marki jest wyhaftowane, na tańszych tekstyliach znajduje się zwykły nadruk. Takie wskazówki bywają cenniejsze niż _bertillonage_, czyli jedenaście danych potrzebnych do identyfikacji ciała, lądujących najczęściej w czeluściach biurek i banków danych. Zmarły nie nosił tanich ciuchów. Doktor Kienast oglądał już trzecią czy czwartą sztukę, dłońmi w rękawiczkach wyjmował z opisanych plastikowych woreczków poszczególne części ubrania, i kiedy po raz kolejny zobaczył, że miejsce, gdzie było logo, jest puste, aż zasyczał z zaskoczenia.
Był sam, jego syknięcie odbiło się echem od wyłożonych kafelkami ścian sali.
W porządku, kiedy wszywka wydaje się komuś zbyt jaskrawa, drażni skórę albo denerwuje go, że w ogóle tam jest, wypruwa ją z płaszcza czy z marynarki. Można zrozumieć, kiedy usuwa logo ze swetra lub z koszuli, bo drapie go w szyję, ale po co, do cholery, wycina ją z paska spodni, skoro akurat tam, po jego wewnętrznej stronie, jest zupełnie niewidoczna. To mania, ale jaki może mieć sens? Stał nad zwłokami, a złościł się, jakby miał do czynienia z żywym człowiekiem.
Co za maniak usuwa z ubrania wszystkie elementy mogące służyć identyfikacji? Inni w ogóle nie zauważają tych wszywek albo nawet je lubią, bo są dumni ze swoich markowych rzeczy. Racjonalna odpowiedź nasunęła się sama. Mania prześladowcza, przymus ukrywania się, uzasadniony albo nieuzasadniony lęk, pragnienie, by nie zostawiać po sobie śladów. Po prostu zniknąć. Przyglądał się zwłokom i ubraniu.
Na zaskakująco małych, przeźroczystych, wykonanych z lekko błyszczącego materiału spodenkach dostrzegł sporą plamę spermy. W każdym razie lubił kolor niebieski, wszystkie jego odcienie.
Mężczyzna, który białe prążki na niebieskim tle tolerował tylko w przypadku koszuli.
Trochę za wiele tego niebieskiego, za wiele.
To nudny człowiek.
Ta monotonna elegancja musiała służyć mu za maskę, a tak naprawdę cierpiał na nerwicę natręctw albo jakąś manię. Wymagający człowiek, w którym buzowały namiętności, dbał o siebie, ale był nie do zniesienia. Na cienkich, granatowych skarpetach z delikatnej bawełny też nie było logo marki. Wypruto je również ze szwu srebrzyście połyskujących slipów w kolorze śliwki, został tylko wystrzępiony skrawek. To były wyjątkowe spodenki. Takie noszą zamożni fetyszyści. Przyjrzał się widniejącej na nich wielkiej plamie spermy. Pozostałości po bezustannej erekcji, wycieku spermy albo niewielkiej ejakulacji. Będzie czego szukać na materiale spodni. Już widział spiczaste, wyjątkowo ostre nożyczki do wycinania skórek, którymi jednym ruchem wycięto wszywkę.
Ten człowiek maniacko się ukrywał i chyba w każdej godzinie życia liczył się ze śmiercią.
Na jego szczupłych, kościstych nadgarstkach nie dostrzegł śladu po zegarku, obrączki też chyba nie nosił. A jednak Kienast sądził, że był żonaty. Jako kawaler miałby więcej śmiałości i zamiast slipek pod eleganckim ubraniem nosiłby _jockstrap_ z białej albo czerwonej satyny. W jego czarnym portfelu z miękkiej skóry znaleziono zaskakująco wysoką kwotę pieniędzy, ale nie było w nim nic osobistego. Co też sugerowało, że szukał szybkiej okazji do płatnego seksu, i dostał go znacznie taniej, niż się spodziewał. Wreszcie czarne sznurowane półbuty – jedyny element jego garderoby, który o czymś informował, nie tyle o właścicielu, ile o nich samych; solidne włoskie buty, jednej z najlepszych marek, jakie można kupić tylko w Londynie. I było coś jeszcze, z czym doktor Kienast nie wiedział, co począć. Zapach tego ciała. Otóż wcale nie przykry, wręcz przeciwnie. Jakby duszący damski zapach, który Kienast całkiem niedawno poczuł gdzieś z bliska i wydał mu się przyjemny.
Już się z nim zetknął przelotnie i nie uznał go za odrażający. Możliwe, że przypominał mu jakiś inny zapach, i dlatego wydał mu się znajomy, ale tamtego już nie potrafił sobie przypomnieć. Sądził, że to zapach damskich perfum, bo był cięższy i słodszy niż woń wody po goleniu, męskich perfum czy dezodorantów. Pachniało nie tylko ubranie, ale także ciało. Zwłoki potrzebowały jeszcze pół godziny, żeby wystygnąć; tyle utrzymuje się zapach ludzkiego ciała. Doktor Kienast czuł nieodpartą chęć, żeby je obwąchać jak pies policyjny. Nie miał odwagi, ale martwe ciało niezmiennie budziło jego zawodową ciekawość. Powąchał powietrze, wydało mu się, że przez intensywną woń pachnidła przebija stęchła, gorzka woń tytoniu. Jak gdyby nieboszczyk stronił jednak od perfum. W gruncie rzeczy Kienasta bawiło własne tchórzostwo.
Tak, nie ulegało wątpliwości, na palcach zmarłego widniały brązowe przebarwienia świadczące o nałogu tytoniowym.
Tymczasem nie znaleziono przy nim ani papierosów, ani zapalniczki, ani zapałek.
Jedynie klucze w czarnym skórzanym futerale, pod ławką.
Ciało było czyste i nietknięte. „Nietknięte” – to pierwsze słowo, które przyszło mu do głowy, kiedy jeszcze w parku rozbierano zwłoki, a on w świetle reflektorów zaczął oglądać ostrożnie zdejmowane ubrania. Dlatego ten zapach wydawał się tak uderzający. Leżało przed nim ciało człowieka, który prawdopodobnie nie lubił niczego ani nikogo dotykać. To częste zjawisko wśród fetyszystów. Ulegają tylko swoim najsilniejszym skłonnościom albo temu, co ich bez reszty pociąga. Wchodzą w relację nie ze sobą nawzajem, nie z kimś, lecz z symbolicznymi przedmiotami, które stykają się z czyimś ciałem. W tym sensie ci ludzie pod każdym względem odróżniają się od pospolitych wielkomiejskich egoistów, którzy nawet w obecności drugiej osoby są zajęci wyłącznie sobą.
Kiedy Kienast przyglądał się niemal pozbawionemu owłosienia, gładkiemu, proporcjonalnemu ciału, pomyślał, że ten człowiek był suchy. Z takim pojęciem jak suchość bądź wilgotność ciała pierwszy raz spotkał się na uczelni, kiedy studiował antyczne techniki śledcze i czytał oryginalne teksty na temat greckiej medycyny. Taka śmierć nie pasuje do suchego człowieka. Według Galena śmierć na atak serca jest typowa dla osobników wilgotnych albo mokrych.
I pomyślał też, że to nie jego zapach, nie pasuje do niego, że w ostatnich godzinach życia przeszedł nań z ciała innej osoby.
Ktoś, kto zdradza, za każdym razem przynosi do domu obcą woń. I nic nie pomogą prysznic, mydło ani szorowanie, te obce zapachy, bez względu na to, czy ładne, czy wręcz odrażające, okazują się niewiarygodnie trwałe.
Czasami są wyczuwalne nawet na drugi dzień, jakby osiadły na włoskach w nosie, i niewierny nie ma innego wyjścia, jak ulec grzesznym myślom i wrócić do ich źródła. Doktor Kienast bardzo młodo się ożenił i równie młodo rozwiódł, właśnie z powodu swojej niewierności. I kiedy teraz, powodowany takimi uczuciami, bezsprzecznie miłymi, z rozmarzeniem wspominał w towarzystwie nieboszczyka tamte słodkie powroty, przypomniała mu się mądra kobieta o ochrypłym głosie, o której nikt by nie powiedział, że skrycie prowadzi szaleńczą, zawziętą, namiętną walkę z własną brzydotą i z tej przyczyny szafki jej przestronnej łazienki skrywają cały arsenał perfum, kremów, mleczek do twarzy, pianek do kąpieli, szminek oraz pudrów, mimo że była senselierką i powinna wykazywać wobec kosmetyków więcej powściągliwości. Wiedziała, że niewiele dzięki nim osiągnie. Ona mogłaby wiedzieć. Rozpoznałaby ten ciężki zapach z cierpką nutą w głębi – pomyślał, i ta nagła myśl kazała mu podnieść do nosa granatowy sweter zmarłego. A nuż rozpozna ten zapach.
Może tamta kobieta przypomniała mu się, bo podobnie pachniało jej ciało.
Miał wrażenie, że czuje napięcie i lekkie, powstrzymywane drżenie jej mięśni.
Ciało nie zapomina.
Kobieta szczytowała w milczeniu, z otwartymi ustami, krzyczała dopiero chwilę później, po orgazmie, ale i wtedy próbowała dławić w sobie ten krzyk. Jednak nie, na granatowym swetrze zapach perfum był ledwie wyczuwalny, silniej pachniał papierosowy dym.
Czyli woń perfum pochodziła z jego ciała.
Z sali oświetlonej zimnym światłem jarzeniowym prowadziły na korytarz dwie pary drzwi wahadłowych. Przez jedne przywożono denatów, przez drugie wywożono ich do chłodni i stamtąd transportowano na sekcję zwłok. Skrzydła drzwi cicho stukały, zapewne gdzieś zostawiono otwarte okno.
Kienast nie słyszał odgłosu kroków na korytarzu. Kiedy nadstawił ucha, na biurku obok zadzwonił telefon. Doktor lekko zadrżał, telefon nadal dzwonił, nie odbierał go.
Z powodu zawodowej ciekawości nie pierwszy raz znalazł się w krytycznej sytuacji i musiał postąpić wbrew zasadom dobrego wychowania czy nawet przepisom prawa. W przeciwnym razie nie umiałby podążać za sposobem myślenia przestępców i nie wybrałby takiego zawodu. Odłożył sweter, wziął do ręki koszulę w biało-niebieskie paski i zyskał całkowitą pewność, że mężczyzna najprawdopodobniej nie w tym swetrze i nie w tej koszuli spędził ostatni dzień swojego życia, ale przebrał się po południu albo – szybko zmienił zdanie – wczesnym wieczorem. To bardzo proste. Na ubraniu czuć było jeszcze zapach proszku do prania i płynu do płukania, a może nawet pachnidełka umieszczonego w szafie. A ostatnie godziny spędził w pomieszczeniu pełnym papierosowego dymu, w gospodzie, barze, taniej restauracji, w miejscu niegodnym jego pozycji społecznej.
Perfumy wyczuwało się jedynie na dole koszuli i na spodenkach, które wydzielały też woń szybko rozkładającej się spermy. Telefon ciągle dzwonił, poza tym nie było słychać żadnych odgłosów. Kienast podszedł do nóg nieboszczyka i, jakby prosząc ziemskie szczątki bliźniego o wybaczenie, dotknął jego stóp, po czym pochylił się nad genitaliami. Telefon umilkł, znów dało się słyszeć, jak skrzydła drzwi obijają się o siebie w przeciągu. Przymknął oczy, chyba bezwiednie, by nie patrzeć z tak bliska. Uderzył go przenikliwy zapach penisa. Wszystko wskazywało na to, że jego przypuszczenia są słuszne. Mężczyzna uprawiał co najwyżej seks oralny, na pewno nie waginalny czy analny, sekcja zwłok pozwoli na bardziej szczegółową ocenę. Ciężki zapach perfum osiadł na gęstym owłosieniu łonowym i rzadszym, już mocno posiwiałym na podbrzuszu, stąd rozchodził się po sali. Kienast nie chciał stracić ani chwili. Usłyszał kroki. Dopóki jeszcze nie przyszedł koroner, musiał kontynuować oględziny. Ani na klatce piersiowej, ani pod pachami, ani za uszami nie wyczuł zapachu. To były ostatnie wątpliwe miejsca, uznał, że już naprawdę zrobił wszystko, co mógł, i wszystkiego się dowiedział. Na ciele pozostał zapach obcych perfum.
Skrzydła drzwi wahadłowych otworzyły się w chwili, kiedy Kienast podnosił głowę.
Jakby przed chwilą całował się z trupem.
Szybko się odwrócił i powiedział, że jeśli idzie o niego, jest gotów.
Znalazłeś coś ciekawego? – zapytał wesoło koroner. Był w Instytucie Medycyny Sądowej dyżurnym lekarzem, z którym śledczy pozostawał w miłych, codziennych kontaktach. Co oznaczało, że od czasu do czasu dochodziło między nimi do większych czy mniejszych tarć, ale, jak to się mówi, umieli z tym żyć.
Zostawię to raczej tobie – powiedział Kienast tonem pełnym kurtuazji – ale byłbym niezmiernie wdzięczny – dodał bez odrobiny zażenowania – gdybyś ty też powąchał jego brzuch i owłosienie łonowe. To jakieś perfumy, pachnące mydło, ale nie wiem, ki diabeł.
Może rozpoznasz – dodał.
Koledzy doktora Kienasta bronili się czasem, udając, że nie słyszą, co mówi, o co prosi czy czego sobie życzy. I to nie tylko ci, którzy rzadko z nim pracowali, ale także jego bezpośredni podwładni. W tym środowisku zazwyczaj wszyscy zwracali się do siebie po imieniu, ale starali się trzymać z dala od niego i jego manii. Uchodził za dziwaka, któremu należy pozwolić na to i owo, stopując go jednak, nim wciągnie człowieka w swoje ciemne, nieczyste sprawy. Teraz było podobnie. Doktor Kienast czekał, aż koroner zrobi to, o co go prosił – ale tamten nie zareagował. I wcale nie dlatego, że nie pochwalał takich metod, po prostu nie usłyszał owej prośby.
Zdziwiony Kienast tylko burknął pod nosem.
Nie mógł zrozumieć, jak to jest, że ludziom wystarczy tak niewiele, i gdzie się podziewają ich ludzka ciekawość czy zawodowe zainteresowanie.
Skończywszy rutynowe oględziny, koroner stwierdził, że nieznany z nazwiska, około pięćdziesięcioletni, zadbany i z wyglądu zdrowy mężczyzna zmarł najprawdopodobniej kilka minut przed pojawieniem się parkowego biegacza.
Choć niewykluczone, że śmierć nastąpiła trochę później.
Można sobie nawet wyobrazić – wtrącił doktor Kienast nie bez złośliwości – że on wciąż żyje.
To są bardzo świeże zwłoki – odparł koroner lekko urażonym tonem – zobacz, proszę.
Podniósł rękę zmarłego, wskazał na paznokcie i ją opuścił. I jakby tego nie było dość, wcisnął palec w udo nieboszczyka.
Całkiem możliwe – wyjaśniał – że skonał właśnie wtedy, kiedy karetka i wy dotarliście na miejsce. Gdyby ten poranny biegacz znalazł go chwilę wcześniej albo szybciej zawiadomił policję, albo gdybyście się nie guzdrali, lekarze z pogotowia pewnie przywróciliby go do życia.
Doktor Kienast zapytał, czy ciało nie jest w zbyt dobrym stanie, by podejrzewać zawał jako przyczynę śmierci.
Koroner roześmiał się z ulgą. Niech nie zadaje takich durnych pytań, jak jakiś dyletant.
Nie, nie – Kienast zaczął się usprawiedliwiać – pytam o to tylko dlatego, że się zastanawiam, czy nie powinniśmy pójść całkiem innym tropem.
Gdybym chciał być drobiazgowy – odparł koroner, nie rozumiejąc, do czego zmierza Kienast – powiedziałbym, że na pierwszy rzut oka w istocie można by tak sądzić, ale to za mało, by cokolwiek ustalić.
Trzeba poczekać na sekcję – dodał po chwili.
To nie są zwłoki schorowanego człowieka – upierał się doktor Kienast.
Spójrz na jego nogi i na klatkę piersiową. Brzucha też nie ma, musiał pływać albo grać w tenisa, nie wiem, w każdym razie uprawiał jakiś sport. Trzeba by pobrać próbki z brzucha i przyrodzenia – dodał – na slipach są ślady spermy, i próbkę z odbytu, bardzo cię proszę.
Kto wie, może to wcale nie jego sperma. I dowiedzieć się czegoś o sposobie ostatniego współżycia. Wygląd członka nie wskazuje na stosunek analny ani waginalny.
Przykro mi – odparł koroner zniecierpliwionym tonem – ale nie mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć nic więcej ani wydać innej opinii. Trzeba ustalić wszystkie szczegóły, żeby dowiedzieć się, co zaszło. I dokładnie zbadać spermę. Z pewnością, jak zwykle, otrzymam od doktora listę ze wszystkim, czego potrzebuję. A co do wyglądu nóg denata czy uprawiania przezeń sportów wysiłkowych, to prawdopodobnie w młodości jeździł na rowerze.
Śledczy był zaskoczony. Nie przyszło mi to do głowy – zawołał.
Nabrzmiałe żyły, to jasne, jeździł na rowerze.
Potem już wszystko szło utartym torem.
W tych szalonych dniach wiele osób zmarło z powodu udaru czy ataku serca, nagle, nieoczekiwanie, ale wszystkie miały przy sobie dokumenty.
Czasem ocieplało się, jakby nadchodziła wiosna, to znów temperatura spadała i robiło się potwornie zimno. Było mroźnie i sucho, padał śnieg. Jak gdyby pogoda też dokładała swoje do panującego zamieszania.
Zwłoki wywieziono przez drugie drzwi do pomieszczenia, gdzie, lekko wychłodzone, miały czekać, aż prokurator wyda zezwolenie na sekcję i pobranie tkanek. Zmarły miał na szyi małą plamkę. Możliwe, że ktoś znienacka objął go od tyłu i wessał się albo ugryzł, zostawiając, jak to się mówi, malinkę i drobne podskórne wylewy. Ktoś, kto być może nie widział go od dawna. Nie mówili o tym, ale obaj wiedzieli, że ten ślad należy natychmiast zabezpieczyć. Robi się to za pomocą wosku stomatologicznego: trzeba nałożyć go na to miejsce, a następnie negatyw wypełnić gipsem, w ten sposób powstaje odcisk warg czy zębów nieznanej osoby, podejrzanego albo ostatniego świadka. Dotychczas jednak nikt nie skonfrontował zeznań studenta z opinią koronera.
Nikt nie zadał sobie pytania, co ów dobrze sytuowany dżentelmen mógł robić w nocy czy o świcie w osławionym parku, nikt nie spytał o to, jakim cudem na jego ramionach i rękach jest tyle śniegu, skoro zmarł niedawno. Tak czy siak śledczy miał mnóstwo roboty w sprawie dziewczyny podejrzanej o ojcobójstwo. I wiedział, że dopóki nie dostanie wyników od techników kryminalistycznych, nie warto nad czymkolwiek się zastanawiać. Matka przyznała się do zabójstwa nie z samopoświęcenia. To była dla niej jedyna szansa na uniewinnienie. Gdyby do winy przyznała się córka, matkę pewnie skazano by za współudział w przestępstwie. Niekiedy było lepiej, gdy Kienast odkładał sprawy na bok i pozwalał im dojrzeć. Po południu półprzytomny z niewyspania z trudem zebrał siły i kiedy w pośpiechu szykował dokumenty dla prokuratury i federalnego urzędu śledczego, jego wzrok znów zatrzymał się na nazwisku młodego mężczyzny: Döhring.
Ciekawe, że takie mocno neurotyczne osoby, jeśli tylko mogą, idą studiować psychologię albo filozofię. Co raczej utrudnia im życie, niż ułatwia. Podczas tych kilku lat stają się wprawdzie mądrzejsze, ale to wcale nie znaczy, że dowiadują się czegoś więcej o swoich problemach.
Wybuchł śmiechem i kiedy odczytał adres studenta, Fasanenstrasse, pokiwał głową z zadowoleniem. Chłopak ma beztroskie życie, może spokojnie studiować, nie musi obawiać się biedy – pomyślał, po czym świeżo założone dossier szybko włożył do koperty jako dokumentację jednej ze spraw bieżących.
A student nazajutrz o świcie, tak jak sobie zaplanował, wyjechał z miasta.
------------------------------------------------------------------------
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------