Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Homer na nasze czasy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 sierpnia 2026
6399 pkt
punktów Virtualo

Homer na nasze czasy - ebook

Kim był Homer? Czy w ogóle istniał? I dlaczego, po upływie trzech tysięcy lat, wciąż czytamy „Iliadę” i „Odyseję”?

Przez stulecia uczeni spierali się o niego, spekulowali na jego temat i popadali w obsesje. Szukali go starożytni filologowie i romantyczni nacjonaliści, którzy widzieli w nim duszę narodu. Mickiewicz i Tołstoj czerpali z niego garściami, pisząc swoje epokowe dzieła. Psychiatrzy leczyli „Iliadą” weteranów wojennych. A sam Homer przez lata towarzyszył żołnierzom na wojnach, również tych współczesnych – zagrzewał ich do walki w okopach Gallipoli i w ruinach Mariupola – i pomagał zrozumieć, jak przemoc wpływa na człowieka.

„Iliada” i „Odyseja” powracają do nas w najkrytyczniejszych momentach dziejów. Dziś także mają szczególne znaczenie.Bo okazuje się, że nigdy nie wróciliśmy spod Troi, Achilles wciąż ginie przedwczesną śmiercią, Odyseusz nadal szuka drogi do domu, a bogowie przyglądają się nam z Olimpu z mieszaniną rozbawienia i troski.

Co jeszcze chcą nam powiedzieć starożytni?

I jak mogą nam pomóc?

To erudycyjna i porywająca historia – pełna odkryć, napisana z przekonaniem, że antyczne eposy są doskonałą odpowiedzią na nasze czasy.

*

Marek Węcowski, polski badacz starożytności, autor nominowanej do nagrody Nike książki „Tu jest Grecja! Antyk na nasze czasy”,zabiera czytelnika w podróż godną Odysa. To epicka wędrówka śladami Homera, śledztwo skupione wokół jego osoby i uważna lektura opowieści, które stały się rdzeniem europejskiego myślenia, działania, polityki i literatury.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8427-280-0
Rozmiar pliku: 8,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Niemożliwe jest, by bez bożego zrządzenia, bez natchnienia Muz i Apollona, powstała poezja tak wzniosła i tak wspaniała, a do tego tak pełna słodyczy, żeby tak długo urzekała nie tylko ludzi tego samego języka i mowy , ale też wielu spośród barbarzyńców , nawet niektórych mieszkających bardzo daleko. Myślę też, że wielu jeszcze bardziej nieuczonych barbarzyńców słyszało imię Homera, chociaż nie wiedzą dokładnie, czy idzie o jakieś zwierzę, roślinę czy o coś innego.

Dion Chryzostom, _O Homerze_, 6–8

Być może niektórym ludziom wyda się czymś zbytecznym deliberowanie nad Homerem: skoro on sam nie uważał za właściwe powiedzieć cokolwiek o sobie, a nadto był aż tak wstrzemięźliwy, że nawet nie wymienił własnego imienia.

Pseudo­-Plutarch, _O Homerze_ 1.1 (przeł. W. Appel)

Mówi się, że każdy badacz starożytności chciałby napisać książkę o Homerze, a każdy inny chciałby go lub ją przed tym powstrzymać.

Anthony Snodgrass, _Homer and the Artists_, 1998

Kiedy wykluczymy niemożliwe, to, co pozostaje, nawet nieprawdopodobne, musi być prawdą.

Arthur Conan Doyle, _Znak czterech_, 1890HOMER I BECZKA PANDORY

Pewnego zimowego wieczora wiele lat temu wracałem z pracy warszawskim Nowym Światem. Panowało przejmujące zimno, ale jeszcze bardziej zmroził mnie napis reklamowy: „Pandora. Wkrótce wielkie otwarcie!”. Pewnie podświadomie poczułem, że właściciele sklepu dysponowali już informacjami, których nie mieli jeszcze inni śmiertelnicy.

W poemacie Hezjoda z końca VIII wieku p.n.e. zatytułowanym _Prace i dni_ dowiadujemy się, że wysłana przez bogów Pandora nieopatrznie otworzyła wielką beczkę (w. 100–104). Z powodu drobnej pomyłki renesansowego humanisty Erazma z Rotterdamu (1466–1536 n.e.; il. 1) błędnie mówimy o skromnej „puszce Pandory”, ale Hezjod miał na myśli niepokojąco duże naczynie. Był to podstępny dar Dzeusa dla całej ludzkości. Od tamtej pory

nieprzeliczone smutki wędrują wśród ludzi –

pełna jest nieszczęść ziemia, pełne jest także ich morze;

dniem pośród ludzi choroby, inne zaś znowu nocą,

gdy tylko chcą, wędrują, nieszczęścia niosąc śmiertelne

w ciszy, bowiem głos im odebrał Dzeus wielce mądry.

Tak to uniknąć nie można nigdy Dzeusowych zamiarów.

Dzisiaj wiemy, że po krótkiej przerwie przytulnego „końca historii”, którą zawdzięczaliśmy demokratycznemu przełomowi roku 1989 – europejskiego, a zwłaszcza polskiego _annus mirabili__s_ – w bieżącym ćwierćwieczu z beczki Pandory wyszły po kolei światowy terroryzm i wynikające z niego konflikty zbrojne oraz inne, następujące po sobie kataklizmy. Globalne i lokalne kryzysy gospodarcze, międzykontynentalne migracje cierpiących uchodźców, coraz wyższe fale antydemokratycznego populizmu, ekscentryczny angielski brexit, śmiercionośna pandemia koronawirusa, okrutna wojna w granicach Europy, a także, co jeszcze wczoraj wydawało się zupełnie niewyobrażalne, rozpad politycznej wspólnoty łączącej obie strony Atlantyku. I co może najbardziej zaskakujące – na naszych oczach wraca świat, w którym to nie tyle bolesne procesy gospodarcze czy wielkie, agresywne ideologie, ile niezważające na nic plany i osobiste ambicje pojedynczych ludzi zagrażają losom milionów zwykłych śmiertelników. W gruncie rzeczy wracamy w ten sposób do dziejowej normal­ności, w której niepewność jutra albo wręcz przeczucie możliwej katastrofy staje się normą, a nie dziwacznym wyjątkiem, lekceważonym przez większość głosem Wernyhory czy Kasandry.

To dobry moment, żeby wrócić do Homera.

***

W minionych _belles époques_, czyli „pięknych epokach” – przed pierwszą wojną światową albo przed naszym ogólnoświatowym zamętem sto lat później – mogło się wydawać, że uważna lektura antycznych eposów należy do mijającego świata „wysokiej kultury”. Służy w najlepszym razie estetycznej przyjemności elit, niekiedy zdolnych z Homerem obcować w greckim oryginale, wykształconych w najlepszych szkołach Europy i obu Ameryk. Oczywiście _Iliada_ i _Odyseja_ zawsze były używane w naszym kręgu kulturowym do przepracowania indywidualnych doświadczeń wojny, uchodźctwa, obcości, żałoby, cierpienia, choroby czy po prostu – nieubłaganie przemijającego ludzkiego życia. W porywczym, młodzieńczym Achillesie i w skrytym, starzejącym się Odysie rozpoznawały się pokolenia antycznych Greków i Rzymian, a po nich Włochów, Francuzów, Niemców, Anglików, Holendrów, Polaków i każdego innego ludu szeroko rozumianej Europy i obszarów daleko poza nią. Kilka lat temu Jonas Grethlein, błyskotliwy niemiecki filolog klasyczny z Heidelbergu, opisał swoje ciężkie zmagania z nowotworem w znakomitej książce _Mein Jahr mit Achill. Die Ilias, der Tod und das Leben_ (Grethlein 2022; „Mój rok z Achillesem. Iliada, śmierć i życie”). Cieszyła się ona w Niemczech sporą popularnością.

Moja książka zakłada jednak coś więcej. Wyrasta z przekonania, że _Iliada_ i _Odyseja_ najmocniej działały w kulturze w momentach szczególnych, przełomowych, gdy całe społeczności czuły, choćby podświadomie, potrzebę poszukiwania nowej drogi, innej tożsamości, konieczność zbiorowego, wspólnego przetrwania szczególnie brutalnych dziejowych sztormów wraz z ich praktycznymi, ale przede wszystkim moralnymi wyzwaniami. I może nie jest to przypadek. Zobaczymy, że _Iliada_ i _Odyseja_ powstały w podobnych czasach. Czy dzięki temu Homer może się nam przydać właśnie dzisiaj? Nie jako publicystyczne lustro, w którym oglądamy własne lęki, lecz jako rozmówca, który już dawno temu starał się odpowiedzieć na najtrudniejsze pytania, jakie dręczą nas również dziś.

U Hezjoda, którego jeszcze wielokrotnie spotkamy w tej książce – Grecy nieustannie łączyli jego imię z Homerem – niedbała, a może wyrachowana Pandora zatrzasnęła pokrywę swojego przeklętego naczynia zbyt szybko, żeby wypuścić z niej Nadzieję (w. 96–99). Czytelnicy _Prac i dni_ zastanawiają się, co to znaczy. Czy bogowie po prostu pozbawili ludzkość jedynej pomocy w jej niezliczonych nieszczęściach? Czy może przeciwnie, Nadzieja wciąż mieszka wśród ludzi, pod warunkiem jednak, że potrafimy ją sami odnaleźć?

Bliższa jest mi ta druga interpretacja. W innym poemacie, zatytułowanym _Narodziny bogów_ lub _Teogonia_ (gr. _Theogonía_), Hezjod dał Grekom szczegółową mapę rodzinnych i towarzyskich związków pomiędzy bóstwami. Gdyby za jego przykładem spekulować na temat najbliższej rodziny Nadziei (gr. _Elpís_), trzeba by ją uznać za rodzoną siostrę Homera, choć relacje między nimi, jak to w rodzeństwie, bywają napięte. Po tej lekturze zrozumiemy dlaczego.

***

Układ książki wymaga kilku słów wyjaśnienia. Starałem się napisać ją tak, by krok po kroku dojść do końcowych wniosków, ale każdą z jej części można czytać osobno, zależnie od zainteresowań, a nawet nastroju chwili.

Część pierwsza zaczyna się od współczesnych wojen i cofa w czasie do Grecji archaicznej, by odpowiedzieć na pytanie, jak kształtowała się legenda Homera. Pokazuje też, jak _Iliady_ i _Odysei_ używano w europejskiej tradycji: w okopach Gallipoli i gabinetach propagandystów, w pracach psychiatrów leczących weteranów i w wierszach poetów umierających na froncie.

Część druga to historia ludzi, którzy Homera szukali – od aleksandryjskich filologów po romantycznych nacjonalistów i dwudziestowiecznych uczonych. Opowieść o sporach zakorzenionych często nie w nauce, lecz w polityce i ideologii.

W części trzeciej proponuję własne odczytanie obu poematów – prywatne i ryzykowne. To próba zrozumienia, o czym Homer naprawdę myślał: co chciał powiedzieć swoim słuchaczom o wojnie, śmierci, powrocie do domu i miejscu człowieka w świecie.

Część czwarta jest najbardziej hipotetyczna. Staram się w niej odtworzyć historyczne i intelektualne tło, w którym Homer tworzył, a więc świat rodzących się greckich miast­-państw, poleis, i pierwszych wielkich pytań o to, jak ludzie mają żyć razem, niepoddani władzy jednostki ani bóstwa. To tu, jak sądzę, kryją się źródła zarówno sukcesu _Iliady_ i _Odysei_ w świecie greckim, jak i zdumiewającej ich aktualności w naszym. Pewności jednak nie ma, bo jak słusznie zauważył Lukian z Samosat, błyskotliwy grecki pisarz z czasów Marka Aureliusza, wiarygodne odpowiedzi uzyskamy dopiero wtedy, gdy będziemy mogli zapytać Homera osobiście. Bohater jego satyry _Historia prawdziwa_ (2.20) znalazł Poetę na Wyspach Szczęśliwych pośrodku Atlantyku, a więc pewnie gdzieś na dzisiejszej Maderze. Homer oznajmił mu wówczas, że pochodzi z Babilonu, nie jest ślepcem i tak naprawdę nazywa się Tigranes. Trudno powiedzieć, czy nas Poeta w zaświatach potraktuje kiedyś poważniej.

Część piąta, ostatnia, wraca do teraźniejszości. Staram się w niej pokazać, że okoliczności, w których Homer tworzył, i sprawy, które go trapiły, nie są wcale tak odległe od naszych. Że _Iliada_ i _Odyseja_ powstały w świecie pełnym niepewności, politycznych wstrząsów i pytań o podstawy wspólnoty – i że właśnie dlatego przemawiają do nas dzisiaj, gdy nasza beczka Pandory znowu została otwarta.

***

Zanim dojdziemy do ostatniego etapu tych poszukiwań, będę używał imienia Homera na określenie poety albo poetów odpowiedzialnych za powstanie _Iliady_ i _Odysei_. Dla urozmaicenia czasem „Homera” zastąpię „Poetą” – pisanym wielką literą. To na razie tylko skrót myślowy albo wygodna konwencja, ale stoi za nią wiele wieków funkcjonowania tych poematów w naszym świecie. Myślę zatem, że do pewnego momentu możemy się nią wspólnie posługiwać.

Dalej wrócimy jeszcze do poniższych, mocno złośliwych słów Jana Parandowskiego na temat studiów nad Homerem (Parandowski 1994: 29). Tutaj posłużą mi one za usprawiedliwienie:

Z przerażającym uporem miriady umysłów krzątały się w tym zaułku wiedzy. Ani jeden heksametr nie uniknął osobnej rozprawy albo artykułu w czasopiśmie naukowym, a jeśli przez parę pokoleń udało mu się ukryć przed okiem powag uniwersyteckich, stawał się w końcu łupem nauczycieli prowincjonalnych, którzy, na kształt kłusowników, szli śladami wielkich łowów . Literatura o Homerze rosła jak rafa koralowa, przez taki sam proces krótkotrwałego życia i mineralnej śmierci; książki i broszury mnożyły się, pożerały wzajemnie i marły na półkach bibliotek, wyczerpawszy w rok, w miesiąc, niekiedy w parę dni swe bezużyteczne istnienie.

Ograniczę zatem do minimum stosowany przez specjalistów aparat naukowy, wspominając w tekście tylko szczególnie dla mnie ważnych uczonych (propozycje dalszych lektur można znaleźć na końcu książki). Zresztą smutek badań homeryckich polega właśnie na tym, że nawet gdy chcemy powiedzieć o Homerze coś nowego, nie mamy pewności, że ktoś już tego nie napisał w niezliczonych „książkach i broszurach”, które przez wieki obumarły w rafie koralowej nauki.

Jeśli nie podaję nazwiska tłumacza lub tłumaczki tekstu starożytnego albo nowożytnego, to znak, że odpowiedzialność za przekład wziąłem na siebie. Wyjątkiem będą eposy Homera i Hezjoda. Jeżeli nie zaznaczę inaczej, będę posługiwał się przekładami Kazimiery Jeżewskiej dla _Iliady_ (Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1986 ), Jana Parandowskiego dla _Odysei_ (wyd. 2, Czytelnik, Warszawa 1956), a Jerzego Łanowskiego dla _Teogonii_ oraz _Prac i dni_ Hezjoda (_Narodziny bogów (Theogonia). Prace i dni. Tarcza_, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999).

I jeszcze jedno. W książce maksymalnie uprościłem zasady transkrypcji i transliteracji słów greckich. Gdy to naprawdę konieczne, by pokazać różnicę w stosunku do naturalnej polskiej wymowy, zaznaczam akcent słowa, a jeszcze rzadziej długość greckich samogłosek.

Warszawa–Rzeszów–Ateny

30 grudnia 2024 – 18 marca 2026Homer naszych wojen*

Ale już Hektor Patrokla o wielkiej duszy zobaczył,

gdy ten się cofnął, i nagle cisnął weń ostrzem spiżowym,

szybko skoczywszy do niego z bliskich szeregów. Grot włóczni

nisko w podbrzusze ugodził, na wskroś przeorał je spiżem.

Padł w proch Patroklos z łoskotem. Żal straszny przejął Achajów.

i śmierć go natychmiast, co kończy wszystko, okryła.

Dusza zaś z ciała pierzchnęła, wzleciała za bramy Hadesu,

płacząc na gorzki swój los, że męskość porzuca i młodość.

(_Il.,_ XVI 816–857)

Patroklos zginął, bo poszedł za daleko. W zbroi swego przyjaciela Achillesa, uskrzydlony bitewnym sukcesem, znalazł się pod murem Troi, choć nie było mu to pisane przez Los. Ogłuszony przez Apollona, padł z rąk Hektora. Ta śmierć – heroiczna, piękna i niesprawiedliwie przedwczesna – stała się archetypem każdej wojennej śmierci na polu walki. I wciąż nim pozostaje.

Kuźnia narodów

W finale filmu _Gallipoli_ Petera Weira (1981) młodziutki sprinter Archy Hamilton rusza biegiem z okopów. Jest ochotnikiem, kowbojem z dalekiej farmy w Australii. Żeby trafić do wymarzonego wojska sfałszował swoją metrykę urodzenia. Za chwilę dosięgną go kule, zginie podobnie jak ponad dwadzieścia tysięcy takich jak on. Pod ogień tureckiej broni maszynowej i artylerii pchał ich upór i chorobliwie ambitna strategia Winstona Churchilla, pierwszego lorda admiralicji, który jednym śmiałym manewrem chciał zagrozić Stambułowi i wyeliminować z wojny Imperium Osmańskie. Za klęskę Churchill zapłacił pierwszą, choć nie ostatnią, utratą stanowiska w rządzie. Łączne straty po obu stronach – liczone w zabitych, rannych i ciężko chorych – wyniosły około czterystu tysięcy żołnierzy.

To była jedna z najbardziej bezsensownych jatek pierwszej wojny światowej. Trwała niemal rok – od 19 lutego 1915 roku do 9 stycznia roku 1916. A jednak to właśnie tam, w ogniu wyniszczających walk na wąskim skrawku lądu u wejścia do cieśnin tureckich, na półwyspie Gallipoli w Dardanelach, ukształtowało się kilka nowoczesnych nacjonalizmów.

Pod dowództwem Mustafy Kemala, późniejszego Atatürka („Ojca Turków”), wykuwały się zręby współczesnej tureckiej świadomości narodowej.

Dla Australii i Nowej Zelandii 25 kwietnia – rocznica lądowania wojsk ANZAC (Australian and New Zealand Army Corps) na półwyspie w 1915 roku – do dziś jest najświętszym dniem pamięci narodowej.

Inaczej było w przypadku Niemiec. Początki nowoczesnego niemieckiego nacjonalizmu sięgają epoki wojen napoleońskich, niemal sto lat wcześniej. I tam właśnie zaczyna się nasza historia – bo wtedy jesteśmy świadkami niezwykłej wojennej kariery germańskiego _alter ego_ Homera.

A z helleńskim Homerem w Dardanele jeszcze wrócimy.

Niemiecka _Iliada_

W pierwszych latach XIX wieku, po kolejnych upokarzających klęskach Prus i Austrii z rąk Napoleona, niemiecka elita intelektualna szukała nowych symboli wspólnoty. Właśnie wtedy wielki romantyk August Wilhelm Schlegel (1767–1845) ogłosił, że odnaleziona pół stulecia wcześniej starogermańska _Pieśń o Nibelungach_ jest „niemiecką _Iliadą_”.

Prawią nam stare pieśni o przeszłości cudach:

O bohaterach słynnych, o znojach, o trudach,

O godach i rozkoszy, o łzach i boleści,

O bojach i zapasach – słuchajcie powieści!

Niegdyś w Burgundii śliczne dorastało dziecię

Krwi królewskiej, – Krymhilda. Żadna jej na świecie

Nie dorówna urodą, co z latami rosła –

A potem mężom tylu zagładę przyniosła.

Niejeden chrobry rycerz na ślubne kobierce

Pragnął ją poprowadzić, pozyskać jej serce,

Bo urocza jej krasa każde oko pieści

A cnoty zdobić mogą cały ród niewieści.

(_Pieśń o Nibelungach_, I 1–12; przeł. L. German)

To początek średniowiecznego eposu, w którym chwała od pierwszych wersów splata się z zapowiedzią zagłady, a jej ostatecznym „narzędziem” – jak Helena w _Iliadzie_ – będzie najpiękniejsza kobieta świata. Nibelungów rozsławił później w swojej tetralogii _Pierścień Nibelunga_ Ryszard Wagner. Jednak akcja jego czterech „dramatów muzycznych” (_Złoto Renu_, _Walkiria_, _Zygfryd_ i _Zmierzch bogów_), wystawionych w 1876 roku w teatrze operowym w bawarskim Bayreuth, nie ma wiele wspólnego z treścią _Pieśni_. W swojej pierwotnej wersji epos opowiadał o świecie bohaterów rządzonym przez honor, wierność i zemstę: o niezwyciężonym herosie Zygfrydzie, zdradzonym przez własnych sprzymierzeńców, oraz o Krymhildzie, żonie Zygfryda, która po jego śmierci podporządkowuje całe swoje życie bezlitosnej sprawiedliwości.

Dla Schlegla _Pieśń o Nibelungach_ to – podobnie jak jego zdaniem _Iliad_a dla starożytnych Greków – pradawna, ludowa poezja wyrażająca nieskażone cnoty oraz pierwotnego ducha narodu. Od tego momentu w kulturze i nauce niemieckiej XIX wieku pojęcie „niemieckiej _Iliady_” trzeba traktować niemal dosłownie. Dość powiedzieć, że jeden z największych badaczy Homera oraz twórców nowoczesnej filologii klasycznej Karl Lachmann (1793–1851; spotkamy go jeszcze w tej książce) zajmował się jednocześnie _Pieśnią o Nibelungach_.

Schleglowi chodziło jednak o coś więcej niż literacką analogię. Chciał uczynić z eposu oręż w walce z tyranią cesarza Francuzów, z którym ówczesnym Niemcom mieli kojarzyć się dzicy Hunowie z _Pieśni o Nibelungach_. Przeciwko takiemu uwspółcześnianiu eposu protestował Wilhelm Grimm. Ironizował na temat idei „niemieckiej _Iliady_”, przekonując, że Nibelungowie są dla większości Niemców równie obcy jak sam Homer. Mało kto podzielał jednak jego zdanie.

Dla wielu niemieckich intelektualistów propagowanie _Pieśni o Nibelungach_ i wprowadzenie jej do lektur szkolnych w Prusach miało przywołać ze średniowiecznych zaświatów „niemieckiego ducha bohaterskiego”. Tak rozumianą misję realizował między innymi Johann August Zeune (il. 2), który w 1813 roku, już po klęsce Napoleona w Rosji, gromadził w Berlinie tłumy słuchaczy wykładami wymierzonymi w rewolucyjne „francuskie bałwochwalstwo” i poświęconymi prastarym wartościom _Nibelungów_. W romantycznym zapale planował nawet posyłać w teren rzesze niewidomych uczniów swojej berlińskiej szkoły. Chciał, by na wzór ślepego barda Homera wędrowali po niemieckich wsiach i miasteczkach, recytowali _Pieśń o Nibelungach_ i budzili w ten sposób niemiecki patriotyzm.

Zeune wydał też tłumaczenie na współczesny niemiecki archaicznego przecież eposu (zapisanego w dialekcie średnio­-wysoko­-niemieckim). Wkrótce ukazało się ono ponownie, tym razem w ogromnym nakładzie, w „polowym i obozowym” formacie kieszonkowym. Pruska młodzież miała nieść _Nibelungów_ ze sobą jak potężny talizman, gdy ruszała na zachód, by latem 1815 roku wraz z Anglikami dopaść Napoleona pod Waterloo. Wśród tych, którzy na ochotnika dołączyli wówczas do niemieckiej „wojny wyzwoleńczej”, znalazł się i Karl Lachmann, i wielu innych zwolenników ruchu oczyszczenia języka niemieckiego oraz odrodzenia niemieckich studiów klasycznych z jego pokolenia.

Kolejna fala popularności eposu napłynęła wraz z wojną francusko­-pruską (1870–1871) i utrzymała się w latach bezpośrednio po niej. Bywało wówczas, że niemieccy czytelnicy otrzymywali kilka nowych wydań _Nibelungów_ rocznie. Tragiczni bohaterowie eposu – Zygfryd i jego zabójca Hagen – weszli razem do panteonu narodowych świętych, a „niemiecka _Iliada_” znalazła stałe miejsce w duchowym arsenale niemieckiego militaryzmu. Niemiecką linię obronną we Francji w czasie pierwszej wojny światowej nazwano „Fortyfikacją Zygfryda”**, a w 1945 roku, zaledwie na miesiąc przed kapitulacją Trzeciej Rzeszy, w akcie ostatecznej desperacji z resztek różnych rozbitych oddziałów sformowano ostatnią frontową jednostkę SS. Ta 38 Dywizja Grenadierów nosiła nazwę „Nibelungowie”***.

Tymczasem przed pierwszą, a nawet drugą wojną światową w niemieckim gimnazjum klasycznym, szczytowym osiągnięciu dziewiętnastowiecznego systemu edukacji, pomimo obecności „niemieckiej _Iliady_”, niepodzielnie władały prawdziwe eposy Homera. To one dla kolejnych pokoleń niemieckich humanistów były szkołą wyobraźni, estetyki, literackiej wrażliwości, a nawet etyki. Można wręcz powiedzieć, że grecka _Iliada_ stworzyła nowoczesne Niemcy w o wiele większym stopniu niż _Pieśń o Nibelungach_. Ówczesnym niemieckim elitom było zresztą po drodze nie tylko z Homerem jako wzorcem surowego, antycznego piękna. Również jako z prapoetą dumnych, „aryjskich”, rzekomo jeszcze „czystych rasowo” – i dzięki temu wojowniczych oraz zwycięskich – Hellenów.

Nowożytna kariera wojenna _Iliady_ była jednak zupełnie inna niż _Nibelungów_. A w każdym razie o wiele bardziej skomplikowana.

***

Zacznijmy od karykatur z czasów pierwszej wojny światowej. W czo­łowym berlińskim piśmie humorystycznym „Kladderadatsch” pojawiały się wtedy regularnie patriotyczne rysunki satyryczne nawiązujące do _Iliady_. Niektórym z nich towarzyszyły wierszowane, propagandowe parafrazy odpowiednich wersów poematu.

W lutym 1915 roku Achilles – największy z herosów Homera – strzeże wraz z niezłomnym niemieckim żołnierzem zimowych okopów na froncie zachodnim we Flandrii. Ale już w kwietniu, w pierwszych miesiącach walk na półwyspie Gallipoli, na okładce „Kladderadatsch” Trojanie i Achajowie salutują szefowi niemieckiej misji wojskowej w Turcji, baronowi Colmarowi von der Goltzowi (1843–1916). Na okładce z początku maja Dzeus, Atena i Hermes patrzą z Olimpu na kampanię dardanelską – owoc ohydnej chciwości Johna Bulla, karykaturalnego uosobienia Anglii i najgorszego szwarccharaktera niemieckiej prasy tego czasu. Nieco później, w maju 1915 roku, John Bull, w swojej ulubionej roli władcy mórz Posejdona, jest już spychany do wody przez tureckich żołnierzy. Jego trójząb wydaje się bezsilny wobec, jak głosi podpis, „bagnetów Allaha”. W lipcu zaś ukazała się niezwykle bogata w symbole karykatura zatytułowana „Bitwa przy okrętach. Z nowej _Iliady_” (il. 3). Oto w przerwie meczu tenisa albo krykieta osobnik o imieniu „Churchilles” – zblazowany angielski arystokrata w sportowym stroju – gnuśnieje w namiocie z papierosem w dłoni i przy szampanie. Tymczasem jego armia (w szkockich kiltach!) załamuje się na dardanelskim brzegu pod naporem obrońców Troi niczym Achajowie w XII pieśni Homera pod nieobecność Achillesa skłóconego z Agamemnonem. Turecki Hektor jest już tylko o krok od spalenia okrętów najeźdźcy.

Po drugiej zaś stronie Dardaneli Homer nie był narzędziem wojennej propagandy. Czekała go rola znacznie poważniejsza.

Achilles i poeci

„Powiedz mi, Achillesie, / Czy trudno umierać ci przyszło?” – Patrick Shaw­-Stewart (il. 4) napisał te słowa w 1915 roku na wyspie Imbros, podczas trzydniowej przepustki. Przed wojną był błyskotliwym oksfordzkim klasykiem, najlepszym studentem swojego rocznika – porzucił jednak karierę akademicką, by zostać najmłodszym w dziejach dyrektorem jednego z szacownych londyńskich banków. Gdy wybuchła wielka wojna, zgłosił się na ochotnika – jak niemal wszyscy jego koledzy. Z Imbros mógł teraz patrzeć i na półwysep Gallipoli, i na Troadę.

Po tamtej stronie wody walczył kiedyś Achilles. Ale Shaw­-Stewart nie szukał w nim wojennego heroizmu. Szukał odpowiedzi na pytanie, czy da się umrzeć tak, jak umierali bohaterowie Homera – z sensem, z wyboru i ze świadomością ceny.

Achilles in the Trench

_I_ _saw_ _a_ _man this morning_

_Who did not wish to die;_

_I_ _ask, and cannot answer,_

_if otherwise wish I._

_Fair broke the day this morning_

_Upon the Dardanelles:_

_The breeze blew soft, the morn’s cheeks_

_Were cold as cold sea­-shells._

_But other shells are waiting_

_Across the Aegean Sea;_

_Shrapnel and high explosives,_

_Shells and hells for me._

_Oh Hell of ships and cities,_

_Hell of men_ _lik__e me,_

_Fatal second Helen,_

_Why must_ _I_ _follow thee?_

_Achilles came to Troyland_

_And_ _I_ _to Chersonese;_

_He turned from wrath to battle,_

_And_ _I_ _from three days’ peace._

_Was it so hard, Achilles,_

_So very hard to die?_

_Thou knowest, and_ _I_ _know not;_

_So much the happier am I._

_I_ _will go back this morning_

_From Imbros o’er the sea._

_Stand in the trench, Achilles,_

_Flame­-capped, and shout for me._

1915

STAŃ W OKOPIE, ACHILLU

Spotkałem dziś człowieka,

Co ginąć nie chciał wcale.

Czy ja chęć taką miałem,

Sam siebie spytać się bałem.

Nad Dardaneli cieśniną

Wstawał już dzień pogodny,

Jak muszli morskich łusek

Dotyk wiatru był chłodny.

Tam za Egejskim Morzem

Inne czekają mnie łuski –

Pociski, bomby, szrapneli

Piekielnych ogni rozbłyski.

O, piekło miast i okrętów,

Piekło, jak ja, szarych ludzi,

Dlaczego nowa Heleno,

Me pożądanie wciąż budzisz?

Achilles przybył pod Troję,

Pod Chersonezem ja będę tkwił;

On zmienił gniew na walkę, ja

Na wojnę pokoju trzy dni.

Powiedz mi, Achillesie,

Czy trudno umierać ci przyszło?

Tyś wiedział, a ja nie wiem,

Taką nad tobą mam wyższość.

Jutro znów będę w okopie,

A ty, Achillu, daj słowo,

Że staniesz tam razem ze mną

W wieńcu z płomieni nad głową.

1915

(przeł. T. Sławek)

Tragedia bankiera­-poety zaczyna się od obserwacji banalnej i druzgocącej zarazem: istnieją ludzie, którzy na wojnie nie chcą umierać. Homer nie jest tu ozdobą ani literacką aluzją. Jest wspólnym językiem poety i jego czytelników. I jest też naturalnym punktem odniesienia w egzystencjalnym rachunku, który próbuje przeprowadzić Shaw­-Stewart. _Was it so hard, Achilles__,_ / _So very hard to die__?_ – Achilles znał odpowiedź. Wyruszył pod Troję z pełną świadomością, że dla nieśmiertelnej sławy musi tam młodo zginąć. Shaw­-Stewart tej pewności chyba nie ma.

Wiersz ten ma jednak również konkretny, biograficzny rdzeń. Gdy Shaw­-Stewart stacjonował na greckiej wyspie Skyros, przewodniczył wojskowej ceremonii pogrzebu swojego Patroklosa – zmarłego tam przyjaciela, wojennego poety Ruperta Brooke’a, nazwanego przez W.H. Audena „najpiękniejszym mężczyzną Anglii”. W opublikowanym pośmiertnie niedokończonym wierszu Brooke widział siebie jako jednego z wielu poległych bohaterów, których bracia Sen (gr. _Hypnos_) i Śmierć (gr. _Thanatos_) uniosą do ojczyzny z pola bitwy w Dardanelach – niczym herosa Sarpedona spod Troi w _Iliadzie_ (_Il._, XVI 681–683).

Doświadczenie śmierci przyjaciela musiało ciążyć, gdy Shaw­-Stewart pisał ostatnią strofę swojego liryku. Wezwanie skierowane do Achillesa, by stanął obok w okopie, w wieńcu z płomieni nad głową, jest zarazem wezwaniem do umarłych, żeby towarzyszyli żywym.

Wiersz szybko stał się symbolem – i to nie tylko przez okoliczności powstania. Ze względu na dobry francuski – wyniesiony z Eton – Shaw­-Stewart służył później jako oficer łącznikowy Royal Navy z oddziałami francuskimi w różnych punktach Morza Egejskiego; otrzymał najwyższe odznaczenia wojskowe Trzeciej Republiki. Uparcie starał się jednak o przeniesienie na front zachodni. Gdy wreszcie to osiągnął, powierzono mu tymczasowo dowództwo batalionu piechoty. Mniej więcej w tym samym czasie na stanowisko dowódcy innego batalionu we Francji uciekał, ratując swoją chwilowo skompromitowaną karierę, mózg operacji pod Gallipoli – Winston Churchill.

Komandor porucznik Patrick Shaw­-Stewart zginął w błocie francuskiego okopu trafiony w usta odłamkiem szrapnela przedostatniego dnia 1917 roku. Mniej więcej tak, jak pisał.

Jego wiersz – i on sam, przeczuwający nieuchronny koniec – okazali się przedstawicielami całego pokolenia. Bohaterska śmierć dała poecie nową, trwałą sławę, o wiele trwalszą niż ta, którą wcześniej zapewniała mu londyńska prasa brukowa jako członkowi skandalizującej „zepsutej koterii” (ang. _The Corrupt Coterie_) – grupy modnych intelektualistów i arystokratycznych utracjuszy płci obojga.

Sięgający po Greków młodzi „poeci wojenni”, którzy tworzyli i ginęli w czasie pierwszej wojny światowej, to w świadomości Brytyjczyków fenomen niemal równie ważny, co w Polsce młodzieńcza poezja okupacyjnego „pokolenia Kolumbów”, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego czy Tadeusza Gajcego. W pięknej scenie otwierającej film _Rydwany ognia_ Hugh Hudsona (1981) – z niezapomnianą muzyką Vangelisa – rektor Gonville and Caius College w Cambridge zwraca się do powojennego rocznika studentów, wspominając ich poległych w „Wielkiej Wojnie” starszych kolegów: „teraz tragicznym zrządzeniem losu ich marzenia stały się waszymi marzeniami”. Krainom mniej szczęśliwym niż stara Anglia nie były dane nieustanna odnowa i ciągłość pokoleń ponad dziejową katastrofą. Dlatego Achilles, przedwczesna ofiara wojny przecinającej jego szlachetny i obiecujący żywot, musiał wziąć na siebie ciężar personifikacji całych narodów.

***

Tylko czy w ogóle traktowanie Achillesa jako figury nowoczesnego heroizmu ma sens? Takie wątpliwości miał już Karol Marks. W _Ideologii niemieckiej_ (1845–1846) trzeźwo pytał, „czy możliwy jest Achilles w dobie prochu strzelniczego i ołowiu” (oraz w ogóle _Iliada_ w czasach maszyn drukarskich). Robert Graves, autor słynnych _Mitów greckich_, a w młodości jeden z „poetów wojennych” lat pierwszej wojny światowej, w 1941 roku stwierdził, że „silnik spalinowy nie sprzyja poezji”. A jednak w czasie bitwy o Anglię i później opinia publiczna wciąż karmiona była opowieściami o rycerskich lotnikach, wśród których znajdowali się też obiecujący młodzi artyści. Dwaj poeci, współpracownicy biura _public relations_ Ministerstwa Sił Powietrznych, wydali nawet antologię _Air Force Poetry_ (London 1944; „Poezja sił powietrznych”), zbierającą wiersze napisane przez pilotów oraz personel latający i naziemny RAF****.

W niezwykłym, wyprzedzającym swoją epokę filmie _Sprawa życia i śmierci_ Michaela Powella i Emerica Pressburgera (1946) wyobrażenia te sięgają aż do poczekalni Wydziału Lotniczego w raju. Szczęśliwie polegli w ostatnich dniach wojny alianccy piloci niecierpliwie czekają tam na przyjęcie do grona aniołów. Jeden z nich, były student Oksfordu, zakochał się w głosie radiotelegrafistki, który towarzyszył mu w ostatnich chwilach przed śmiercią. W wyniku niebiańskiej pomyłki pozostał wśród żywych i stał się ideałem subtelnego, szlachetnego poety w służbie RAF.

W wojennej rzeczywistości grany przez Davida Nivena pilot czterosilnikowego ciężkiego bombowca Avro Lancaster, przenoszącego ponad sześć ton bomb zapalających, zapewne wracał z nocnego nalotu dywanowego na Drezno albo Hamburg. Jego ofiarami były więc tysiące cywilów. Część brytyjskiej publiczności musiała zdawać sobie z tego sprawę. Stąd już tylko krok do pytania, które zapewne i tak zadaje sobie większość dzisiejszych czytelników _Iliady_ – zwłaszcza kiedy heros Achajów podrzyna gardła dwunastu trojańskim jeńcom, by uczcić pamięć poległego przyjaciela Patroklosa (_Il._, XXIII 175–182) – czy młodzieńczy Achilles, który pod Troją w wolnych chwilach śpiewa poezję, grając na pięknej formindze (_Il._, IX 186–189; il. 5), może być jednocześnie zbrodniarzem wojennym?

Homer w Ameryce

Pół wieku po Gallipoli Achilles powrócił do okopów, tym razem w Indochinach.

Jonathan Shay, bostoński psychiatra kliniczny pracujący z amerykańskimi weteranami wojny w Wietnamie cierpiącymi na PTSD, sięgnął po _Iliadę_, by opisać doświadczenie, dla którego współczesny język medycyny okazywał się niewystarczający. Tak powstała książka _Achilles in Vietnam. Combat Trauma and the Undoing of Character_ (1994; „Achilles w Wietnamie. Trauma bojowa i degradacja osobowości”), której znaczenie w Stanach Zjednoczonych jeszcze wzrosło po 11 września 2001 roku, w czasie wojen w Iraku i Afganistanie. W kolejnej pracy, _Odysseus in America. Combat Trauma and the Trials of Homecoming_ (2002; „Odys w Ameryce. Trauma bojowa i wyzwania powrotu do domu”), Shay do tego projektu dołączył _Odyseję_.

Homer stał się dla Shaya nie tyle historycznym punktem odniesienia, ile przewodnikiem po doświadczeniu wojny i jej długim cieniu – po tym, co dzieje się z człowiekiem po powrocie z frontu. Tym samym próbował on opisać i leczyć to, co amerykańskiej publiczności wcześniej przekazywało kino: _Łowca jeleni_ Michaela Cimino, _Czas apokalipsy_ Francisa F. Coppoli, _Pluton_ Olivera Stone’a czy _Full Metal Jacket_ Stanleya Kubricka, a w lżejszej, jawnie terapeutycznej formie także _Forrest Gump_ Roberta Zemeckisa. Sięgając po _Iliadę_ i _Odyseję_, Shay mierzył się jednak nie tylko z doświadczeniem swoich pacjentów. Dotykał czegoś głębiej zakorzenionego, jednego z fundamentów współczesnej amerykańskiej kultury masowej. Traumy nie tylko indywidualnej, lecz niemal narodowej, która wciąż wpływa na stosunek Ameryki do wojen zamorskich. Nieprzypadkowo więc również w znakomitej książce Elliota Ackermana, byłego oficera piechoty morskiej i weterana walk afgańskich, poświęconej katastrofalnemu odwrotowi z Afganistanu w 2021 roku, naturalnym punktem odniesienia dla refleksji nad amerykańską wojną i jej niepowodzeniami ostatnich dekad pozostaje właśnie _Iliada_ (Ackerman 2022).

Stworzona przez Shaya koncepcja „urazu moralnego” przekracza doświadczenie PTSD. Chodzi o przemianę osobowości wywołaną naruszeniem własnych zasad moralnych w sytuacji skrajnego zagrożenia – najczęściej w ogniu walki. Szczególnie u tych, którzy ponoszą odpowiedzialność za innych. Najważniejsze są nie tyle o strach czy stres, ile o doświadczenie zdrady samego siebie: decyzji podjętych, granic przekroczonych, winy, której nie da się łatwo unieważnić.

Zarówno Achilles, jak i Odyseusz nadają się wyjątkowo dobrze na patronów pracy z takimi weteranami. Achilles, owładnięty gniewem i żądzą zemsty, przez wiele dni bezcześci ciało zabitego wroga, a wcześ­niej – urażony – porzuca towarzyszy broni na polu walki. W tej figurze gniewu, który odcina od wspólnoty, a osoba nim owładnięta przekracza dopuszczalne granice, kryje się doświadczenie znane wielu weteranom. Odyseusz z kolei – już po wygranej wojnie, w drodze powrotnej do domu – przez pychę i nierozwagę doprowadza do śmierci wszystkich swoich podkomendnych.

Shay szuka u Homera nie tylko przydatnych analogii, lecz także psychologicznych, społecznych i filozoficznych sensów dla doświadczeń swoich pacjentów. Mamy więc do czynienia ze swoistym zapisem dwutorowego procesu – klinicznego i literackiego zarazem, w którym wypowiedzi amerykańskich weteranów krzyżują się z wersami Homera czytanego tak, jakby jego poematy były wspomnieniami z czasów wojny.

Trzeba przyznać, że taka lektura często prowadzi do daleko idącej instrumentalizacji dzieła Poety. O wiele lepiej na tym tle wypada ważny projekt społeczny inspirowany pracami Shaya: _Ancient Greeks/Modern Lives_ („Starożytni Grecy – Współczesne losy”). Nowojorski Aquila Theatre postanowił za jego pomocą połączyć społeczność weteranów wojennych z amerykańskim społeczeństwem. Na ponad stu scenach w całych Stanach Zjednoczonych pod kierunkiem badaczy literatury greckiej czytano publicznie na głos wybrane tragedie i eposy, przede wszystkim _Iliadę_, w obecności weteranów, ich rodzin i członków wspólnot lokalnych. To była nie tyko zbiorowa terapia. Niektóre z tych przedstawień okazały się dużymi artystycznymi sukcesami.

Druga książka Shaya, „Odys w Ameryce”, ukazała się wkrótce po zamachach z 11 września 2001 roku i zbiegła z początkiem politycznej i militarnej odpowiedzi na ten atak. Nie jest przypadkiem, że przedmowę do niej napisało wspólnie dwóch najsłynniejszych amerykańskich weteranów tego czasu – dwaj senatorowie z obu stron politycznej barykady: demokrata Max Cleland (1942–2021) i republikanin John McCain (1936–2018). Zarówno oni, jak i sam autor potraktowali tę książkę jak swoisty manifest, coś w rodzaju eksperckiej rekomendacji dla niezbędnej odnowy amerykańskich sił zbrojnych. Shay w przenikliwy sposób występuje przeciwko wizji armii jako „machiny wojennej” w dosłownym sensie tego sformułowania. Jego własne doświadczenie każe patrzyć na nią inaczej – z ludzkiego, psychologicznego punktu widzenia, a przede wszystkim nieustannie zadawać pytanie, „co dalej” z wykorzystanymi już, a czasem zużytymi trybami tej maszyny.

Straszliwie okaleczony w Wietnamie Cleland oraz torturowany w niewoli, długoletni jeniec wojenny McCain w pełni podzielali punkt widzenia i rekomendacje „Odysa w Ameryce”. Nie w imię pięknych moralnych ideałów, ale dla skuteczniejszego funkcjonowania zarówno amerykańskich wojsk, jak i amerykańskiego społeczeństwa mierzącego się z doświadczeniem nowych czasów – permanentnej w życiu Ameryki obecności wojny i ludzi nią dotkniętych. Dziś widzimy, że nie jest to wyłącznie amerykańskie doświadczenie.

Wyspa Węży

Wróćmy po raz ostatni na półwysep Gallipoli. Jeden z jego południowych przylądków, do których nigdy nie dotarli masakrowani przez turecką obronę alianci pierwszej wojny światowej, antyczni Grecy określali mianem „Grobowca Suki” (gr. _Kynossēma_). Widoczny w starożytności kopiec można uznać za miejsce symbolicznego domknięcia opowieści trojańskiej. Według legendy właśnie tam pochowano bowiem Hekabe, królową Troi, matkę bohaterskiego Hektora.

W wojnie z Grekami zginęło wiele królewskich synów i córek. Najmłodszą z tych ostatnich, Poliksenę, Achajowie już po złupieniu Troi zabili na ołtarzu niczym zwierzę ofiarne. Z kolei najmłodszy z synów Hekabe i Priama miał pozostać bezpieczny. Przed inwazją wysłano go do Polymnestora, przyjaciela rodziny. Był on królem pobliskiego Chersonezu Trackiego, a więc – Gallipoli. Polymnestor połasił się jednak na trojańskie bogactwa, które mu powierzono wraz z dzieckiem. Zabił chłopca. Gdy morze wyrzuciło trupa na brzeg Troady, Hekabe (łac. Hecuba) miała oszaleć. Zdążyła jeszcze podstępnie zemścić się na mordercy, zanim bogowie z litości zamienili ją w sukę. Odtąd błąkała się wśród ludzi, żebrząc o ochłap jedzenia i rozpaczliwie wyjąc. To dlatego w tradycji europejskiej ucieleśnia ona bezbrzeżną żałobę po ofiarach wojny.

A co z Achillesem? Po śmierci pod Troją wraz ze swym przyjacielem Patroklosem miał spocząć pod okazałym kurhanem na wybrzeżu Troady, po drugiej stronie Dardaneli. Niektórzy Grecy dodawali do tego akt ostatecznego okrucieństwa herosa: już zza grobu miał zażądać śmierci pięknej Polikseny, by móc cieszyć się nią w zaświatach. W _Odysei_ natomiast jego los pośmiertny jest godny pożałowania. Chociaż w Hadesie odbiera cześć jako największy z herosów, to oddałby całą swoją chwałę za choćby najmizerniejszy żywot na ziemi (_Od._, XI 488–491). W tym miejscu Homer radykalnie podważa cały wpisany w _Iliadę_ system wartości. Przecież Achilles sam wybrał tam wczesną śmierć w zamian za nieśmiertelną sławę. Pewne wersje mitu próbowały pogodzić ze sobą oba te ideały: wieczną chwałę i doczesne szczęście. Zgodnie z nimi boska Tetyda, matka Achillesa, zdołała unieść ciało syna w północne krainy, by tam cieszył się życiem, którego nie zdążył w pełni zakosztować. Pauzaniasz, grecki pisarz i podróżnik z czasów cesarstwa rzymskiego, dodawał w _Wędrówkach po Helladzie_, że Achilles miał tam bawić w towarzystwie najpiękniejszej kobiety wszechczasów – samej Heleny (Paus., III 19.13). Byłoby to godne, choć mocno ironiczne podsumowanie tragedii wojny trojańskiej.

***

Nieco ponad dwieście lat temu, w 1823 roku, kapitan­-lejtnant carskiej floty czarnomorskiej N.D. Krickij na niewielkiej wyspie w północno­-zachodnim zakątku Morza Czarnego odkrył i udokumentował szczątki greckiej świątyni. W starożytności Grecy nazywali tę niezamieszkaną wyspę _Leuké_, czyli Białą. Niektórzy mówili o niej: Wyspa Achillesa. Ten izolowany skrawek lądu nadawał się doskonale na miejsce kultu tego bohatera, którego zresztą czczono w różnych greckich miastach obficie oblepiających w starożytności wybrzeża Morza Czarnego. Zwłaszcza na terytorium Olbii, czyli Miasta Szczęśliwego nad limanem Bohu, nieco na południe od dzisiejszego Mikołajowa w Ukrainie. W tym regionie Achillesa nazywano Władcą Białej Wyspy albo wręcz Władcą Scytii, czyli całej krainy na północ od morza. Na wysepkę przybywali żeglujący tamtędy kupcy, by złożyć herosowi ofiary i dary wotywne. W ten sposób chcieli zapewnić sobie jego opiekę na burzliwych wodach i jeszcze niebezpieczniejszych terytoriach wojowniczych Scytów.

Wyspa Achillesa prawdopodobnie była przez długi czas kontrolowana przez Olbię, miała bowiem już w starożytności duże znaczenie strategiczne w regionie. Pozostało tak do dzisiaj. Pierwszego dnia inwazji Rosji na Ukrainę, 24 lutego 2022 roku, rosyjska flota czarnomorska zaatakowała ten skrawek lądu, nazywany dzisiaj Wyspą Węży. Ultimatum wystosowane przez załogę krążownika rakietowego Moskwa spotkało się ze znaną wszystkim odpowiedzią garstki obrońców. Po stu kilkudziesięciu dniach okupacji, podczas których wspomniany okręt został zatopiony ukraińską rakietą Neptun, Ukraińcy odzyskali wyspę.

Achilles jednak na razie nie zazna spokoju. Wyspa Biała podobno wciąż bywa bombardowana, a ruiny Olbii, niegdyś wspaniały park archeologiczny, w którym pracowali również polscy archeolodzy z Muzeum Narodowego w Warszawie, są celem regularnych ataków. Na wciąż okupowanych terenach na południowy wschód od Dniepru daleko w głąb Morza Czarnego wybiega długi, płaski półwysep zwany Kosą Tendrowską. To obszar ciężkich walk sił specjalnych Ukrainy. W starożytności była to legendarna „bieżnia Achillesa”. Umieszczano tam miejsce sportowych treningów herosa, opatrywanego przecież w _Iliadzie_ epitetem „szybkonogi”. Tuż obok przebiega dziś linia południowego frontu strasznej wojny. Liczmy wszyscy na pomoc potężnego Achillesa, Władcy Scytii, w jej rozstrzygnięciu.

***

W powieści Szczepana Twardocha _Null_ (Marginesy, Warszawa 2025) bezsilna, półnaga Poliksena z płaskorzeźby na sarkofagu (il. 6) staje się figurą kobiet brutalnie skrzywdzonych przez rosyjską inwazję. Całej tej wstrząsającej powieści wojennej patronuje jednak od początku sam Achilles z IX pieśni _Iliady_. Achilles, który jedyny raz w całym poemacie na poważnie stawia przed sobą alternatywę: żyć długo, wróciwszy do domu, czy zginąć młodo, walcząc pod Troją (w. 410–416).

Czy jednak Homer ma w ogóle jakieś znaczenie w obliczu prawdziwych, a nie literackich okropności wojny? Ukraiński prozaik i żołnierz Ołeksandr Myched, którego rodzina pochodzi z Buczy pod Kijowem, tak pisze w swojej reporterskiej książce _Kryptonim dla Hioba. Kroniki inwazji_ (przeł. J. Czech, Czarne, Wołowiec 2025: 332–333):

Literatura nie ocala. Po inwazji na pełną skalę trudno mi się skupić na czytaniu i wsłuchiwaniu się w tony moralizatorstwa wielkiej literatury . Literatura i kultura nie obroniły mnie ani mojej ojczyzny . Wiarę w literaturę przywraca mi strach okupantów rosyjskich, który budzą w nich nasze książki i w ogóle nasza kultura. Na terenach okupowanych od razu zmieniają nazwy miejscowości na rosyjskie, przywracają symbole radzieckie i urządzają filtrację. Zwłaszcza bibliotek. Szukają „szkodliwych” książek, jakby stanowiły takie samo niebezpieczeństwo jak „elementy wywrotowe” z ciała i krwi.

Ofiarą takiej „filtracji” mógłby, a nawet powinien stać się dzisiaj również Homer. Tymczasem na głęboko symbolicznym zdjęciu agencji prasowej Reuters z Mariupola (il. 7) z początku wojny widzimy ruiny Teatru Dramatycznego, który zbombardowano 16 marca 2022, gdy przebywały w nim setki cywilów – mężczyzn, kobiet i dzieci. Przed wyburzeniem budynku ostatnie ślady tej zbrodni zamaskowano rusztowaniami, z których patrzą na nas wielcy rosyjscy pisarze: Puszkin, Tołstoj, a obok nich Gogol oraz zrusyfikowany na tę okoliczność ukraiński wieszcz Taras Szewczenko. W odbudowanym gmachu okupacyjne władze rosyjskie z okazji oddania teatru do ponownego użytku zorganizowały w grudniu 2025 roku dyskotekę.

1.

* Rozdział _Homer naszych wojen_ został we wcześniejszej wersji opublikowany w „Przeglądzie Politycznym”, zob. M. Węcowski, _Homer naszych wojen_, „Przegląd Polityczny” 190 (2025), a po angielsku w magazynie internetowym „Antigone”: antigone­journal.com/2026/03/homer-of-our-wars.

2.

** Alianci nazywali ją „Linią Hindenburga”. „Linia Zygfryda” z drugiej wojny światowej to z kolei aliancka nazwa niemieckiego _Westwall_ (dosł. „Zachodni Mur”).

3.

*** Na temat zawłaszczania kultury klasycznej, w tym Homera, przez niemiecki nacjonalizm i hitleryzm zob. ostatnio Chapoutot 2016.

4.

**** O obrazie pilotów w kulturze brytyjskiej w czasie drugiej wojny światowej pisze ciekawie Francis 2008: 153–180.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij