Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Hopeless - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
28 czerwca 2023
Ebook
26,90 zł
Audiobook
44,99 zł
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
26,90

Hopeless - ebook

Czasem odkrycie prawdy może odebrać nadzieję szybciej niż wiara w kłamstwa.

To właśnie uświadamia sobie siedemnastoletnia Sky, kiedy spotyka Deana Holdera. Chłopak dorównuje jej złą reputacją i wzbudza w niej emocje, jakich wcześniej nie znała. W jego obecności Sky odczuwa strach i fascynację, ożywają wspomnienia, o których wolałaby zapomnieć. Dziewczyna próbuje trzymać się na dystans – wie, że Holder oznacza jedno: kłopoty. On natomiast chce dowiedzieć się o niej jak najwięcej. Gdy Sky poznaje Deana bliżej, odkrywa, że nie jest on tym, za kogo go uważała, i że zna ją lepiej, niż ona sama siebie. Od tego momentu życie Sky bezpowrotnie się zmienia.

„Jak daleko możesz uciec od siebie, żeby pokonać niewyobrażalny ból? Jak wiele musisz zapomnieć, żeby móc dalej żyć – tylko dlatego, że życie okazało się trudniejsze, niż powinno być? Książka dla odważnych, którzy nie boją się trudnych tematów”.

Marzena Rogalska, dziennikarka

„Miłość bezwarunkowa, głęboka i odważna jest silniejsza niż zło, które podstępnie odbiera nam dusze... Przeczytaj Hopeless i dowiedz się, czy można odzyskać utraconą nadzieję. Gorąco polecam”.

Maria Rotkiel, psycholog

Kategoria: Young Adult
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7515-825-0
Rozmiar pliku: 932 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

NIEDZIELA, 28 PAŹDZIERNIKA 2012, 19.29

Wstaję i patrzę na łóżko. Wstrzymuję oddech, bojąc się, że nie wytrzymam i wybuchnę.

Nie będę płakać.

Nie będę płakać.

Powoli klękam, kładę ręce na brzegu łóżka i przesuwam palcami po żółtych gwiazdach na granatowej kołdrze. Wpatruję się w te gwiazdy, aż wreszcie zmieniają się w niewyraźne plamy – to z powodu łez, które napływają mi do oczu.

Zaciskam powieki i wtulam głowę w łóżko, wczepiając się palcami w koc. Ramiona zaczynają mi drżeć i nie mogę już dłużej powstrzymać szlochu. Zrywam się na równe nogi, krzyczę, zdzieram koc z łóżka i rzucam go na drugi koniec pokoju.

Zaciskam pięści i gorączkowo rozglądam się wokół, szukając jeszcze czegoś, czym mogłabym rzucić. Chwytam poduszki i cis­kam nimi w kierunku lustra z odbiciem dziewczyny, którą kiedyś znałam. Odwzajemnia moje spojrzenie, szlochając żałośnie. Wściekam się na nią za jej słabość. Dobiegamy do siebie i uderzamy pięściami o lustro, rozbijając je w drobny mak. Tysiące błyszczących kawałków szkła spadają na dywan.

Odsuwam komodę od ściany i wydaję z siebie kolejny krzyk, który zbyt długo nie mógł wyrwać się na wolność. Kiedy mebel ląduje na plecach, wyszarpuję z niego szuflady i rozrzucam ich zawartość po całym pokoju, a potem odwracam się i kopię wszystko, co znajdzie się na mojej drodze. Dobiegam do okna i ciągnę za niebieskie zasłony. Karnisz łamie się na pół i materiał spada mi na głowę. Sięgam do pudeł stojących jedno na drugim w kącie, biorę to na samej górze i nie zaglądając nawet do środka, ciskam nim z całych sił o ścianę.

– Nienawidzę cię! – krzyczę. – Nienawidzę, nienawidzę, niena­widzę!

Rzucam już teraz wszystkim, co tylko mam pod ręką. Za każdym razem, gdy otwieram usta do krzyku, czuję słony smak łez spływających mi po policzkach.

Holder staje nagle za mną i obejmuje mnie tak mocno, że nie mogę się wyrwać. Rzucam się, wierzgam i wrzeszczę, aż wreszcie moje ruchy stają się zaledwie odruchami.

– Przestań – szepcze mi do ucha, nie zamierzając mnie puścić. Słyszę go, ale udaję, że nie. Albo że to do mnie nie dociera. Wciąż usiłuję się wyrwać, lecz chłopak tylko wzmacnia uścisk.

– Nie dotykaj mnie! – krzyczę na całe gardło, przejeżdżając paznokciami po jego ramionach. Nie robi to na nim wrażenia.

Nie dotykaj mnie. Proooszę.

Ciche echo tych słów rozlega się w mojej głowie i nagle wiotczeję w jego objęciach. Im bardziej płaczę, tym słabsza się staję. Nie jestem już niczym więcej jak naczyniem na łzy, które nie przestają płynąć.

Jestem zbyt słaba, by dalej walczyć. Pozwalam mu wygrać.

Holder puszcza mnie, po czym kładzie ręce na moich ramionach i odwraca mnie twarzą do siebie. Nie mogę się zmusić, by na niego spojrzeć. Zmęczona i pokonana, wtulam się w jego pierś, wczepiam palcami w koszulę i szlocham, przyciskając policzek do jego serca. Kładzie mi rękę z tyłu głowy i przybliża usta do ucha.

– Sky... – Jego głos jest pewny i beznamiętny. – Musisz stąd wyjść. I to już.SOBOTA, 25 SIERPNIA 2012, 23.50

Dwa miesiące wcześniej...

Wydaje mi się, że większość decyzji, jakie podjęłam w czasie siedemnastu lat swojego życia, można uznać za rozsądne. W każdym razie gdyby na jednej szalce wagi położyć głupie decyzje, a na drugiej mądre, zdecydowanie przeważyłyby te drugie. Jutro jednak muszę podjąć mnóstwo mądrych decyzji, ponieważ wpuszczenie Graysona do mojej sypialni po raz trzeci w tym miesiącu mogło zmienić układ sił. Inna sprawa, że to, czy dana decyzja była mądra czy głupia, okazuje się dopiero po pewnym czasie, więc jeszcze trochę poczekam, zanim ostatecznie coś postanowię.

Wbrew temu, jak to wygląda, nie jestem dziwką. Chyba że za dziwkę uznamy osobę pozwalającą się obmacywać facetom, którzy jej wcale nie pociągają.

– Pospiesz się – mówi bezgłośnie Grayson za zamkniętym oknem, najwyraźniej zirytowany moją powolnością.

Odsuwam zasuwkę i podnoszę okno najciszej, jak się da. Karen jest dość niekonwencjonalnym rodzicem, ale jeśli chodzi o chłopców wślizgujących się przez okno sypialni o północy, przeistacza się w typową, pełną dezaprobaty matkę.

– Cicho – szepczę. Grayson podciąga się na rękach i przerzuca nogę przez parapet, po czym ląduje w mojej sypialni. Na szczęście okna po tej stronie domu znajdują się zaledwie metr nad ziemią, to prawie tak, jakbym miała drzwi. Zresztą, mam wrażenie, że Six i ja używamy okien w naszych domach częściej niż drzwi. Karen zdążyła się do tego tak dalece przyzwyczaić, że wcale nie dziwi jej moje prawie stale otwarte okno.

Zanim zasunę zasłony, patrzę na okno Six. Macha do mnie jedną ręką, drugą pomagając Jaxonowi wejść. Gdy tylko chłopak znajduje się w środku, odwraca się i wychyla przez okno.

– Za godzinę przy twoim samochodzie – szepcze do Graysona, po czym zamyka okno i zaciąga zasłony.

Przyjaźnimy się z Six od czterech lat, czyli odkąd się tu przeprowadziła. Okna naszych sypialni sąsiadują ze sobą, co okazało się nadzwyczaj praktyczne. Zaczęło się dosyć niewinnie. Kiedy miałyśmy po czternaście lat, zakradałam się do niej w nocy. Wyjmowałyśmy z zamrażalnika lody i oglądałyśmy filmy. Rok później zaczęłyśmy wpuszczać chłopców, żeby jeść lody i oglądać filmy razem z nimi. Kiedy miałyśmy po szesnaście lat, chłopcy okazali się ważniejsi od lodów i filmów. Teraz, w wieku siedemnastu lat, wynurzamy się ze swoich sypialni dopiero po ich wyjściu. I wtedy znów zaczynają królować lody i filmy.

Six zmienia chłopaków równie często jak ja smak lodów. Obecnie jej smakiem miesiąca jest Jaxon. Moim – lody czekoladowe Rocky Road. Jaxon i Grayson są najlepszymi przyjaciółmi. To dlatego Six spiknęła mnie z tym drugim. Ilekroć jej chłopak miesiąca ma przystojnego kumpla, pcha go w moje ramiona. Grayson to z pewnością niezłe ciacho. Ma świetne ciało, włosy... w ogóle wszystko. Większość znanych mi dziewczyn posikałaby się ze szczęścia, będąc w tym samym pokoju co on.

Ale nie ja.

Kiedy zasuwam zasłony i się odwracam, okazuje się, że stoi tuż przy mnie, wyraźnie chętny do rozpoczęcia zabawy. Dotyka moich policzków i obdarza uśmiechem, na którego widok większości dziewczyn spadają majtki.

– Hej, śliczna – mówi i nie daje mi szans na odpowiedź, ponieważ jego usta lądują na moich. Nie przerywając pocałunków, ściąga buty i idzie ze mną w kierunku łóżka. Łatwość, z jaką to wszystko robi, imponuje mi, lecz zarazem niepokoi. Popycha mnie na łóżko.

– Drzwi są zamknięte? – pyta.

– Lepiej sprawdź – odpowiadam. Cmoka mnie szybko w usta, po czym doskakuje do drzwi sypialni. Przez trzynaście lat spędzonych z Karen nigdy nie miałam szlabanu. Nie chciałabym go dostać właśnie teraz, ledwie kilka tygodni przed osiemnastką. Z drugiej strony, nie sądzę, żeby nagle zmieniła swój styl wychowania.

Nie żeby było z nim coś nie tak. Po prostu jest pełna sprzeczności. Przez całe moje życie była surowa. Nie mamy internetu, komórek, a nawet telewizora, ponieważ uważa zdobycze techniki za źródło wszelkiego zła. Jednocześnie jest niesamowicie pobłażliwa w innych kwestiach. Na przykład pozwala mi wychodzić z Six, kiedy tylko mam na to ochotę. Co więcej, mogę wracać, o której chcę, pod warunkiem że wie, gdzie się znajduję. Inna sprawa, że nigdy nie wystawiłam jej cierpliwości na próbę, więc kto wie, może istnieje jakaś godzina policyjna, z której istnienia nie zdaję sobie sprawy.

Nie zwraca mi uwagi, kiedy przeklinam, choć rzadko mi się to zdarza. Od czasu do czasu pozwala mi się też napić wina do kolacji. Rozmawia ze mną bardziej jak z przyjaciółką niż córką (mimo że adoptowała mnie trzynaście lat temu) i jakoś udało jej się sprawić, że jestem z nią (prawie) całkowicie szczera.

Popada w skrajności. Jest albo niesamowicie surowa, albo wyjątkowo pobłażliwa. Wydaje się kimś w rodzaju konserwatywnego liberała. Albo liberalnego konserwatysty. Tak czy siak, niełatwo ją rozgryźć, dlatego już wiele lat temu dałam sobie spokój.

Jedyną kością niezgody między nami stała się kwestia edukacji. Karen uczyła mnie w domu (szkoły publiczne również są dla niej źródłem zła). Jednak odkąd Six zaraziła mnie tą myślą, zaczęłam żądać zapisania do ogólniaka. Czułam, że moje szanse na dostanie się do wymarzonego college’u wzrosną, jeśli w podaniu będę mogła pochwalić się paroma zajęciami dodatkowymi. Po kilku miesiącach nieustających błagań Karen ostatecznie skapitulowała i pozwoliła mi iść do ostatniej klasy. Program edukacji domowej zapewniał mi wystarczająco dużo punktów, bym nie musiała bać się o swoją przyszłość, ale chciałam wreszcie zaznać normalnego życia.

Oczywiście, gdybym wiedziała, że w tym samym tygodniu, kiedy dołączę do jej klasy, Six wyjedzie na wymianę zagraniczną, w ogóle nie myślałabym poważnie o pójściu do szkoły. Tyle że straszny ze mnie uparciuch i prędzej wbiłabym sobie w dłoń widelec, niż powiedziała Karen, że zmieniłam zdanie.

Usiłuję nie myśleć o tym, że spędzę cały rok w szkole bez Six. W skrytości ducha mam nadzieję, że wymiana zagraniczna nie dojdzie do skutku, choć wiem, że Six marzy o tym wyjeździe. Przeraża mnie myśl, że znajdę się za drzwiami szkoły bez niej. Ale też zdaję sobie sprawę z tego, że nasze rozstanie jest nieuniknione i dzięki niemu wkroczę do realnego świata zamieszkiwanego przez kogoś innego niż tylko Six i Karen.

Realny świat całkowicie zastąpiłam sobie książkami, a niezdrowo jest żyć w świecie wypełnionym samymi happy endami. Z lektur czerpałam też wiedzę o (zapewne przesadzonych) okropieństwach czyhających w szkole średniej, takich jak trudne pierwsze dni i kliki wrednych dziewczyn. Co gorsza, jeśli wierzyć Six, już na starcie mam niezbyt dobrą reputację, ponieważ zadaję się z nią. Moja przyjaciółka ma wiele zalet, lecz wstrzemięźliwość seksualna do nich nie należy, z kolei chłopcy, z którymi zdarzało mi się spotykać, niekoniecznie słyną z dyskrecji. Wszystko to może uczynić mój pierwszy dzień w szkole nadzwyczaj ciekawym.

Ale co mi tam. Nie przenoszę się po to, żeby zyskać nowych przyjaciół czy zrobić na kimś wrażenie, więc tak długo, jak moja niezasłużenie zła reputacja nie będzie mi przeszkadzać w osiągnięciu głównego celu, czyli dostaniu się do wymarzonego college’u, jakoś sobie poradzę.

Mam nadzieję.

Po sprawdzeniu, czy drzwi są zamknięte, Grayson podchodzi z powrotem do łóżka i obdarza mnie uwodzicielskim uśmiechem.

– Co powiesz na mały striptiz? – pyta. Kołysze biodrami i unosi koszulkę, pokazując swój kaloryfer. Z pewnością ciężko na niego pracował na siłowni. Dociera do mnie, że prezentuje go przy każdej nadarzającej się okazji. Typowy narcyz.

Wybucham śmiechem, kiedy kręci koszulką nad głową, po czym rzuca nią we mnie. W następnej chwili jest już nade mną. Przyciąga dłonią moją głowę i szuka ust.

Po raz pierwszy Grayson wylądował w mojej sypialni nieco ponad miesiąc temu. Od samego początku dawał mi do zrozumienia, że nie szuka stałego związku. Z kolei ja dałam mu do zrozumienia, że nie szukam związku z nim. Od razu więc przypadliśmy sobie do gustu. Oczywiście będzie należał do niewielu ludzi, jakich będę znać w szkole, więc boję się, że może to niekorzystnie odbić się na naszych stosunkach, ale co tam.

Jest tutaj niecałe trzy minuty, a zdążył już wsadzić mi rękę pod bluzkę. Coś mi się zdaje, że nie zjawił się tu po to, bym zabawiała go rozmową. Jego usta przenoszą się z moich ust na szyję. Wykorzystuję tę chwilę, by zaczerpnąć powietrza i spróbować coś poczuć.

Cokolwiek.

Wpatruję się w świecące w ciemności plastikowe gwiazdki na suficie nad moim łóżkiem i ledwie zdaję sobie sprawę z tego, że usta chłopaka rozpoczynają wędrówkę do moich piersi. Jest ich siedemdziesiąt sześć. Oczywiście, gwiazdek. Wiem, ile ich jest, ponieważ przez ostatnie tygodnie miałam mnóstwo czasu, żeby je policzyć, znajdując się w tym samym kłopotliwym położeniu co w tej chwili. Za każdym razem wygląda to tak samo: leżę obojętna, a rozochocony Grayson pokrywa pocałunkami moją twarz, szyję, czasami nawet biust.

Skoro mnie to nie kręci, czemu mu na to pozwalam?

Nigdy nie czułam się emocjonalnie związana z chłopakami, z którymi się pieściłam. Czy też raczej: którym pozwalałam się pieścić. Niestety, w większości przypadków działało to w jedną stronę. W sumie tylko jednemu udało się wywołać jakąś moją reakcję, a i to okazało się złudzeniem. Miał na imię Matt i umawialiśmy się przez niecały miesiąc, zanim ostatecznie odstraszyły mnie jego dziwactwa. Na przykład pił wodę butelkowaną tylko przez słomkę. A kiedy się pochylał, żeby mnie pocałować, rozszerzały mu się nozdrza. I wyznał, że mnie kocha, zaledwie po trzech tygodniach chodzenia.

No tak. To ostatnie przeważyło szalę. Żegnaj, Matty.

W przeszłości wiele razy zastanawiałyśmy się z Six, dlaczego moje ciało nie reaguje na pieszczoty chłopców. Przez jakiś czas moja przyjaciółka podejrzewała, że jestem lesbijką. Dopiero nasz zeszłoroczny krótki i niezręczny pocałunek, który miał potwierdzić lub wykluczyć tę teorię, uzmysłowił nam, że nie w tym problem. To zresztą nie jest tak, że w ogóle nie lubię pieszczot. Lubię – inaczej bym na to nie pozwalała. Tyle że z innych powodów niż pozostałe dziewczyny. Nigdy pieszczoty nie zwaliły mnie z nóg. Nie czułam motylków w brzuchu. W ogóle sama myśl o tym, że mogłabym omdlewać z rozkoszy w czyichś ramionach, jest mi obca. Tak naprawdę lubię pieszczoty chłopców dlatego, że dzięki nim czuję się przyjemnie odrętwiała. Tak jak teraz z Graysonem, kiedy pozwalam sobie na całkowite wyłączenie. Cały świat staje w miejscu. Bardzo to lubię.

Skupiam wzrok na siedemnastu gwiazdach w prawym górnym rogu mojego sufitu, ale nagle wracam do rzeczywistości. Grayson zawędrował dalej, niż pozwalałam mu do tej pory. Zdaję sobie sprawę z tego, że rozpiął mi dżinsy i jego palce są już na krawędzi jedwabnych majteczek.

– Nie – szepczę, odsuwając jego rękę.

Cofa ją posłusznie, po czym jęczy i wciska czoło w poduszkę.

– No co ty, Sky.

Dyszy mi ciężko w szyję. Przenosi ciężar na prawą rękę i patrzy na mnie, próbując zmiękczyć mnie swoim uwodzicielskim uśmiechem.

Czy wspominałam już, że jestem na niego impregnowana?

– Jak długo jeszcze zamierzasz to ciągnąć? – Przesuwa dłonią po moim brzuchu. Jego palce znów znajdują się na moich dżinsach.

Przechodzi mnie dreszcz.

– Niby co ciągnąć? – pytam, próbując się wyswobodzić.

Opiera się na rękach i patrzy na mnie jak na idiotkę.

– To zgrywanie cnotki niewydymki. Już mi się to znudziło. Zróbmy to, i tyle.

Przypominam, że wbrew obiegowej opinii na mój temat nie jestem dziwką. Nigdy nie uprawiałam seksu z żadnym chłopakiem, z którym chodziłam, włączając w to Graysona. Zdaję sobie sprawę z tego, że moja obojętność może mi ułatwiać uprawianie seksu z przypadkowymi ludźmi. Jednak wiem też, że równie dobrze może to oznaczać, że nie powinnam uprawiać seksu. Jeśli przekroczę tę granicę, plotki na mój temat nie będą już dłużej tylko plotkami. Staną się faktem. A ostatnia rzecz, jakiej chcę, to potwierdzenie tego, co ludzie o mnie mówią. Niewykluczone więc, że swoje prawie osiemnastoletnie dziewictwo zawdzięczam czystemu uporowi.

Po raz pierwszy od dziesięciu minut, które Grayson tutaj spędził, wyczuwam woń alkoholu.

– Jesteś pijany. – Odsuwam go od siebie. – Mówiłam ci, żebyś nigdy więcej nie przychodził pijany.

Schodzi ze mnie, a ja wstaję, zapinam spodnie i opuszczam koszulkę. Ulżyło mi. Przynajmniej mam pretekst, żeby się go stąd pozbyć.

Siada na krawędzi łóżka, po czym chwyta mnie za biodra i przyciąga do siebie. Otacza mnie ramionami i przytula głowę do mojego brzucha.

– Przepraszam – mówi. – Tak bardzo cię pragnę i nie mogę znieść myśli, że kiedy znów tu przyjdę, dasz mi kosza.

Chwyta mnie za pośladki, a potem przyciska usta do paska mojego ciała między koszulką a dżinsami.

– W takim razie nie przychodź.

Odsuwam się od niego, po czym podchodzę do okna. Kiedy rozsuwam zasłony, widzę Jaxona wychodzącego właśnie przez okno Six. Jakimś cudem obu nam udało się skrócić te zaplanowane na godzinę wizyty do dziesięciu minut. Patrzę na przyjaciółkę, a ona posyła mi spojrzenie, które sugeruje, że najwyższy czas spróbować nowego smaku.

Wychodzi za Jaxonem i po chwili jest już przy moim oknie.

– Czy Grayson też jest zalany? – pyta.

Kiwam głową.

– Recydywa.

Patrzę na Graysona, który leży teraz na łóżku, ignorując fakt, że nie jest tu już mile widziany. Podchodzę do niego, biorę jego koszulkę i rzucam mu ją prosto w twarz.

– Wynoś się – mówię.

Patrzy na mnie z uniesionymi brwiami. Gdy dociera do niego, że nie żartuję, niechętnie wstaje z łóżka. Wkłada buty, dąsając się jak czterolatek. Odsuwam się, żeby go przepuścić.

Six czeka, aż Grayson wyjdzie, a potem wchodzi do mojej sypialni.

– Dziwki – mruczy pod nosem jeden z chłopaków.

Six przewraca oczami i wychyla się przez okno.

– Zabawne, że jesteśmy dziwkami dlatego, że wam nie dałyśmy. Dupki z was, i tyle.

Zamyka okno i podchodzi do łóżka. Kładzie się na wznak i splata dłonie za głową.

– Kolejny poszedł do piachu.

Śmieję się, ale przerywa mi walenie do drzwi mojej sypialni. Natychmiast je otwieram, po czym odsuwam się na bok, szykując się na wtargnięcie Karen. Jej matczyny instynkt mnie nie rozczarowuje. Rozgląda się po pokoju rozgorączkowanym wzrokiem, dopóki nie spostrzega Six leżącej na łóżku.

– Cholera – mamrocze pod nosem, odwracając się do mnie. Kładzie ręce na biodrach i marszczy brwi. – Mogłabym przysiąc, że słyszałam tu jakieś chłopaczyska.

Podchodzę do łóżka, usiłując ukryć panikę.

– To dlatego wyglądasz na rozczarowaną.

Czasami w ogóle nie rozumiem jej reakcji. Jak już mówiłam: jest pełna sprzeczności.

– Za miesiąc kończysz osiemnaście lat. Zostało mi już mało czasu na to, żeby choć raz dać ci szlaban. Musisz wreszcie coś schrzanić, kochanie.

Oddycham z ulgą, widząc, że to tylko takie żarty. Jestem na nią zła, że nawet nie podejrzewa, że jej córka jeszcze pięć minut temu obściskiwała się tutaj z chłopakiem. Serce wali mi tak głośno, aż boję się, że je usłyszy.

– Karen? – odzywa się nagle Six. – Może poczujesz się lepiej, gdy ci powiem, że dopiero co wykopałyśmy stąd dwóch pijanych kolesi.

Szczęka mi opada. Odwracam się, żeby posłać Six spojrzenie, które ma jej powiedzieć, że żart wcale nie jest śmieszny, kiedy jest prawdziwy.

– Cóż, może jutro uda wam się wyrwać jakichś trzeźwych chłopaków – śmieje się Karen.

Pewnie nie muszę się już martwić, że usłyszy bicie mojego serca; właśnie zamarło ono z trwogi.

– Myślę, że uda mi się to załatwić – odpowiada Six, mrugając do mnie.

– Zostajesz na noc? – pyta ją Karen, podchodząc do drzwi.

Six wzrusza ramionami.

– Chyba pójdziemy do mnie. To mój ostatni tydzień w domu przed wyjazdem na pół roku. A poza tym czeka na nas film z Channingiem Tatumem.

Patrzę na Karen i widzę już, na co się zanosi.

– Tylko nie to, mamo... – Ruszam w jej stronę, ale nie ma szans, żebym zdążyła. – Nie, nie, nie...

Zaczyna ryczeć. Jeśli czegoś nie mogę znieść, to właśnie czyjegoś płaczu. Nie dlatego, że mnie wzrusza, ale dlatego, że mnie straszliwie wkurza. I wprawia w zakłopotanie.

– Jeszcze raz – mówi Karen, podchodząc do Six. Dzisiaj ścis­kała ją już z dziesięć razy. Wydaje mi się, że bardziej się smuci z powodu jej wyjazdu niż ja. Moja przyjaciółka ulega jej prośbie o jedenasty uścisk i mruga do mnie ponad jej ramieniem. Rozdzielam je prawie siłą i Karen wreszcie wychodzi z pokoju.

Odwraca się jednak w drzwiach.

– Mam nadzieję, że poznasz jakiegoś seksownego Włocha – mówi do Six.

– Mam nadzieję, że więcej niż jednego – dopowiada moja przyjaciółka śmiertelnie poważnie.

Kiedy drzwi się zamykają, wskakuję na łóżko i uderzam Six w ramię.

– Ale z ciebie zdzira – mówię. – To wcale nie było zabawne. Już myślałam, że po mnie.

Wybucha śmiechem i łapie mnie za rękę, po czym wstaje.

– Chodź. Mam lody.

Nie trzeba mi tego powtarzać.PONIEDZIAŁEK, 27 SIERPNIA 2012, 7.15

Zastanawiałam się, czy tego ranka trochę nie pobiegać, ale skończyło się na tym, że zostałam dłużej w łóżku. Biegam codziennie oprócz niedziel, jednak tego dnia nie chciało mi się tak wcześnie wstawać. Pierwszy dzień w szkole sam w sobie jest wystarczającą torturą, dlatego ostatecznie postanowiłam pobiegać po lekcjach.

Na szczęście od jakiegoś roku mam samochód, więc nie jestem od nikogo zależna. Docieram do szkoły czterdzieści pięć minut przed czasem. Mój samochód jest trzecim wozem na parkingu, więc przynajmniej nie mam kłopotu ze znalezieniem miejsca postojowego.

Wykorzystuję ten czas, by obejrzeć pobliskie boiska. Jeśli będę ubiegać się o miejsce w drużynie lekkoatletycznej, powinnam przynajmniej wiedzieć, dokąd iść. Poza tym nie zamierzam tkwić w samochodzie przez następne pół godziny i liczyć minut do początku zajęć.

Kiedy dochodzę do bieżni, dostrzegam biegającego po niej faceta. Wchodzę więc na trybunę. Siadam na samej górze i rozglądam się dookoła. Widzę stąd całą szkołę. Nie wygląda na aż tak wielką ani nie budzi grozy, jak sobie wyobrażałam. Six narysowała mi mapkę i nawet napisała kilka rad. Wyjmuję kartkę z plecaka i przyglądam się jej pierwszy raz. Podejrzewam, że Six chciała mi w ten sposób zrekompensować swoją nieobecność, ponieważ czuje wyrzuty sumienia.

Patrzę na teren szkoły, a potem na mapę. Wygląda to dość przejrzyście. Klasy w budynku po prawej. Stołówka po lewej. Bieżnia i boisko za salą gimnastyczną.

Potem zaczynam czytać długaśną listę wskazówek przyjaciółki.

– Nigdy nie korzystaj z łazienki obok pracowni chemiczno-fizycznej. Nigdy, przenigdy.

– Noś plecak na jednym ramieniu. Nigdy na obu. To straszna żenada.

– Zawsze sprawdzaj datę przydatności do spożycia na mleku.

– Zakumpluj się z konserwatorem Stewartem. Dobrze mieć go po swojej stronie.

– Stołówka szkolna – unikaj jej za wszelką cenę, ale jeśli już ci się zdarzy do niej wejść, udawaj, że wiesz, co robisz. Oni wyczuwają strach.

– Jeśli będziesz mieć matmę z panem Declare’em, zaszyj się gdzieś z tyłu i unikaj kontaktu wzrokowego. Kocha uczennice, jeśli wiesz, co mam na myśli. Albo, jeszcze lepiej, usiądź z przodu. Szóstkę masz murowaną.

Lista jest dłuższa, ale nie jestem w stanie czytać dalej. Nie mogę się oderwać od zdania: „Oni wyczuwają strach”. W takich chwilach jak ta żałuję, że nie mam komórki. Zadzwoniłabym do Six z prośbą o wyjaśnienie. Składam kartkę i wrzucam ją do plecaka, po czym przenoszę uwagę na samotnego biegacza. Robi ćwiczenia rozciągające, siedząc na bieżni plecami do mnie. Nie mam pojęcia, czy to uczeń, czy wuefista, ale gdyby Grayson zobaczył tego gościa bez koszulki, pewnie nie byłby tak wyrywny, żeby chwalić się swoim kaloryferem.

Po chwili facet wstaje i podchodzi do trybuny, w ogóle na mnie nie patrząc. Wychodzi przez furtkę i zatrzymuje się przed jednym z samochodów na parkingu. Otwiera drzwi i bierze z przedniego siedzenia koszulkę, po czym wkłada ją przez głowę. Następnie wsiada do wozu i odjeżdża. Tymczasem parking zaczyna się zapełniać. I to szybko.

Jezu...

Biorę plecak i z premedytacją wkładam go na oba ramiona, po czym schodzę po schodach prowadzących prosto do piekła.

*

Piekła? To mało powiedziane. Szkoła okazuje się tym wszystkim, czego się najbardziej bałam, a nawet czymś gorszym. Lekcje nie są nawet takie złe, ale skorzystałam (z konieczności i niewiedzy) z toalety przy pracowni chemiczno-biologicznej i chociaż jakoś to przeżyłam, pozostawiło to trwały ślad w mojej psychice. A wystarczyłoby, gdyby Six po prostu poinformowała mnie, że to pomieszczenie służy raczej za burdel niż łazienkę.

Na przerwie przed czwartą lekcją słyszę już słowa „dziwka” i „szmata” szeptane niezbyt delikatnie przez niemal każdą dziewczynę, jaką mijam na korytarzu szkolnym. A skoro mowa o braku delikatności: zwitek dolarówek, który wraz z karteczką wypada z mojej szafki, wskazuje na to, że nie jestem tu zbyt mile widziana. Karteczka podpisana jest przez dyrektora, ale jakoś trudno mi uwierzyć, że to on jest jej autorem, biorąc pod uwagę pisownię i treść: „Szkoda, że w twojej szawce nie ma róry, dziwko”.

Wpatruję się w karteczkę, rozciągając wargi w uśmiechu i powoli godząc się z tym, że tak będzie wyglądało moje życie przez najbliższe dwa semestry. I pomyśleć tylko, że sama tego chciałam! Dotąd myślałam, że ludzie zachowują się tak idiotycznie tylko w książkach. Teraz mam dowód na to, że w prawdziwym świecie również. Mam też nadzieję, że większość żartów odbywających się moim kosztem będzie tylko taka jak ten kawał z kasą dla striptizerki. Co za idiotka szasta tak kasą? Pewnie bogata. Albo bogate.

Jestem pewna, że grupka rozchichotanych skąpo, a zarazem drogo ubranych dziewczyn, które stoją za mną, czeka na to, że rzucę swoje rzeczy na podłogę i pobiegnę z płaczem do najbliższej łazienki. Tyle że jest z tym pewien problem. Czy też raczej są trzy problemy.

1. Ja nie płaczę. Nigdy.

2. Byłam już w tej łazience i nigdy tam nie wrócę.

3. Lubię kasę. Niby czemu miałabym od niej uciekać?

Kładę plecak na podłodze i zbieram pieniądze. Jest tam co najmniej dwadzieścia jednodolarówek, a w szafce jeszcze ponad dziesięć. Zbieram je wszystkie i chowam do plecaka. A potem biorę odpowiednie książki, zamykam szafkę, wkładam plecak na oba ramiona i uśmiecham się.

– Podziękujcie ode mnie swoim tatusiom – mówię, mijając dziewczyny, którym wcale już nie jest do śmiechu. Ignorując ich gniewne spojrzenia, odchodzę.

*

Nadchodzi przerwa obiadowa. Patrząc na strugi deszczu podtapiające dziedziniec, zdaję sobie sprawę, że karma odpłaciła gównianą pogodą. Tylko nie wiadomo jeszcze komu.

Na pewno mi się uda.

Przykładam dłonie do drzwi stołówki i popycham je, oczekując bliskiego spotkania z ogniem i siarką.

W środku jednak zamiast ognia i siarki atakuje mnie tak głośny hałas, jakiego chyba nigdy jeszcze nie doświadczyłam. Wszystko wskazuje na to, że każda osoba w tej stołówce usiłuje przekrzyczeć inne. Wszyscy tu strugają ważniaków.

Ze wszystkich sił próbuję udawać osobę pewną siebie, nie chcąc przyciągać niczyjej uwagi – chłopaków, klik wrednych dziewczyn, wyrzutków czy Graysona. Jestem już w połowie drogi do bufetu, kiedy nagle ktoś bierze mnie pod ramię i ciągnie za sobą.

– Czekałem na ciebie – mówi. Nie udaje mi się nawet mu przyjrzeć, kiedy ciągnie mnie przez całą stołówkę, klucząc między stolikami. Zaprotestowałabym, ale to najciekawsze, co mi się dzisiaj przytrafiło. Tymczasem chłopak łapie mnie za rękę, przyspieszając. Przestaję się opierać.

Z tego, co udaje mi się dostrzec, wynika, że facet ma styl, chociaż dość dziwny. Ma na sobie flanelową koszulę i wściekle różowe buty. Jego spodnie są czarne i obcisłe. Gdyby był dziewczyną, powiedziałabym, że podkreślają figurę. Ponieważ nie jest, uznać należy, że uwydatniają szczupłą budowę ciała. Ciemne włosy ma krótko ścięte po bokach i nieco dłuższe na górze. A oczy... wpatrują się we mnie. Nagle zdaję sobie sprawę z tego, że stoimy, a on już nie trzyma mnie za rękę.

– A oto i nasza nierządnica – mówi, uśmiechając się do mnie. W zestawieniu ze słowami, które wypowiedział, wyraz jego twarzy wydaje się ujmujący. Siada przy stoliku i przywołuje mnie gestem dłoni. Przed nim stoją dwie tacki, ale tylko jedna jest jego. Drugą przesuwa w moim kierunku.

– Siadaj. Musimy pogadać o naszym sojuszu.

Przez kilka chwil stoję w milczeniu, zastanawiając się nad sytuacją. Nie mam pojęcia, kim jest ten chłopak, mimo że zachowuje się tak, jakby na mnie czekał. Nie mówiąc już o tym, że przed chwilą nazwał mnie nierządnicą. A do tego wygląda na to, że stawia mi obiad. Patrzę na niego z ukosa, usiłując go rozszyfrować. W następnej chwili mój wzrok przyciąga plecak leżący na krześle obok niego.

– Lubisz czytać? – pytam, pokazując na książkę wystającą z plecaka. To żaden tam podręcznik. To najprawdziwsza książka. A już myślałam, że zwyczaj czytania książek całkowicie zaginął w tej epoce maniaków internetu. Wyjmuję książkę z jego plecaka i siadam naprzeciw niego.

– Co to? Tylko nie mów, proszę, że science fiction.

Odchyla się na krześle i uśmiecha, jakby właśnie wygrał. Może zresztą faktycznie wygrał? W końcu jednak usiadłam, prawda?

– Co za różnica, co to za książka. Ważne, żeby była dobra – odpowiada.

Kartkuję przez chwilę, nie mogę jednak zgadnąć, czy to romans. Uwielbiam romanse. Sądząc z wyglądu tego chłopaka, on również może je lubić.

– I co? – pytam. – Dobra?

– Tak. Zatrzymaj ją. Skończyłem ją czytać na zajęciach komputerowych.

Patrzę na niego. Wciąż pławi się w blasku zwycięstwa. Wkładam książkę do swojego plecaka, po czym pochylam się i przypatruję zawartości tacy. Pierwsze, co robię, to sprawdzam datę przydatności do spożycia na kartoniku z mlekiem. W po­rządku.

– A jeśli jestem wegetarianką? – pytam, spoglądając na piersi kurczaka w sałatce.

– Wyjedz samą zieleninę – odpowiada.

Biorę widelec, nabijam na niego kawałek kurczaka, po czym unoszę go do ust.

– Masz szczęście, nie jestem.

Uśmiecha się, po czym też unosi widelec i zaczyna jeść.

– Przeciw komu ma być ten sojusz? – Ciekawa jestem, czemu to właśnie mnie wybrał.

Rozgląda się dookoła, a potem unosi dłoń i kręci młynka palcem.

– Idiotom. Mięśniakom. Świętoszkom. Sukom.

Opuszcza rękę i dopiero w tej chwili zauważam, że paznokcie pomalowane ma na czarno. Podąża za moim wzrokiem i przez chwilę sam im się przypatruje, wydymając wargi.

– Pomalowałem je na czarno, bo ten kolor najlepiej oddaje mój dzisiejszy nastrój. Może kiedy zgodzisz się do mnie przyłączyć, zmienię go na coś weselszego. Na przykład żółty.

Potrząsam głową.

– Nie cierpię żółtego. Pozostań przy czarnym, pasuje do twojego serca.

Chłopak wybucha śmiechem. Ten szczery, perlisty śmiech wywołuje mój uśmiech. Zaczynam go lubić, chociaż nie wiem nawet, jak się nazywa.

– Jak masz na imię? – pytam.

– Breckin. A ty jesteś Sky. Taką mam w każdym razie nadzieję. Chyba powinienem był potwierdzić twoją tożsamość, zanim przedstawiłem ci szczegóły swojego szatańskiego planu przewidującego stworzenie dwuosobowego sojuszu, który podporządkuje sobie tę szkołę.

– Jestem Sky. I naprawdę nie masz powodów do zmartwienia. Przecież jeszcze nie znam szczegółów tego twojego szatańskiego planu. Ciekawi mnie co innego: skąd wiesz, kim jestem? W całej tej szkole znam tylko jakichś czterech, może pięciu gości i tak się składa, że z nimi wszystkimi się szlajałam. Nie jesteś żadnym z nich, więc skąd wiesz?

Przez ułamek sekundy widzę w jego oczach przebłysk współczucia. Na jego szczęście trwa to tylko chwilę.

Breckin wzrusza ramionami.

– Jestem tu nowy. I jeśli jeszcze tego nie wywnioskowałaś z mojego nienagannego stylu ubierania, mogę się przyznać, że jestem... – Pochyla się i zasłaniając ręką usta, szepcze: – mormonem.

Wybucham śmiechem.

– A już myślałam, że powiesz: gejem.

– To też – odpowiada, machając ręką. Opiera brodę na dłoniach i pochyla się do mnie. – A teraz serio. Zauważyłem cię dzisiaj w klasie i stało się dla mnie jasne, że też jesteś nowa. I kiedy zobaczyłem na przerwie przed czwartą lekcją kasę wypadającą z twojej szafki i twój brak reakcji, wiedziałem już, że jesteśmy sobie pisani. Pomyślałem też, że jeśli się zakumplujemy, być może zapobiegniemy dwóm niepotrzebnym samobójstwom nastolatków. I co ty na to? Chcesz zostać moją najlepsiejszą przyjaciółką na całym bożym świecie?

Wybucham śmiechem. Czy można się nie roześmiać, słysząc coś takiego?

– Jasne. Ale jeśli ta książka okaże się beznadziejna, zrywamy.PONIEDZIAŁEK, 27 SIERPNIA 2012, 15.55

Okazuje się, że poznanie Breckina to jedyny plus tego dnia. A poza tym on jest naprawdę mormonem! Wiele nas łączy, chociaż jeszcze więcej dzieli, co czyni go jeszcze atrakcyjniejszym. On również został adoptowany, ale utrzymuje bliskie relacje z biologiczną rodziną. Ma dwóch braci, którzy nie są adoptowani i do tego nie są gejami, dlatego jego rodzice doszli do wniosku, że jego, jak się wyraził, „pedalstwo” wynika z tego, że w jego żyłach płynie obca krew. Podobno mają nadzieję, że dzięki ich modlitwom po ogólniaku mu się odmieni, ale on uważa, że dopiero wtedy jego orientacja seksualna w pełni rozkwitnie.

Marzył o tym, by pewnego dnia zostać gwiazdą Broadwayu, ale z powodu braku talentu aktorskiego i wokalnego musiał nieco spuścić z tonu i myśli obecnie o szkole biznesu. Powiedziałam mu, że po ogólniaku chcę się zapisać na zajęcia z twórczego pisania i całymi dniami przesiadywać w spodniach od dresu i nic nie robić tylko pisać książki i jeść lody. Kiedy zapytał, jakie książki chcę pisać, odparłam:

– Co za różnica. Ważne, żeby były dobre.

Myślę, że to przypieczętowało naszą przyjaźń.

Właśnie jadę do domu, zastanawiając się, czy iść do Six, by wtajemniczyć ją w słodko-gorzkie wydarzenia mojego pierwszego dnia w szkole, czy raczej zajechać do sklepu, żeby kupić coś z dużą zawartością kofeiny – przyda się przed bieganiem.

Wygrywa kofeina, mimo że ogólnie rzecz biorąc, Six kocham bardziej.

Mój minimalny wkład w życie rodzinne to cotygodniowe zakupy. Niekonwencjonalny wegański tryb życia Karen sprawia, że wszystkie produkty w naszym domu są pozbawione cukru, węglowodanów i smaku, wolę więc sama robić zakupy. Biorę sześciopak napoju gazowanego i największą paczkę snickersów, jaką mogę znaleźć, po czym wrzucam je do wózka. W sypialni zrobiłam skrytkę na swoje tajemne zapasy. Większość nastolatków ukrywa papierosy i trawkę – ja ukrywam cukier.

Gdy dochodzę do kasy, okazuje się, że kasjerka chodzi ze mną na angielski. Dałabym sobie głowę uciąć, że ma na imię Shayna, ale na plakietce napisane jest Shayla. Shayna/Shayla jest dokładnie tym, kim chciałabym być. Wysoką, opaloną blondyną o kobiecych kształtach. Niestety, mam zaledwie metr sześćdziesiąt wzrostu, a moim prostym brązowym włosom przydałoby się podcięcie, a nawet pasemka. Byłoby z nimi cholernie dużo roboty, biorąc pod uwagę to, ile ich mam. Opadają jakieś piętnaście centymetrów za ramiona, ale przeważnie i tak je związuję z powodu wilgoci, jaka panuje na Południu.

– Czy ty czasami nie chodzisz ze mną na fizę? – pyta Shayna/Shayla.

– Angielski – poprawiam ją.

Posyła mi protekcjonalne spojrzenie.

– Przecież mówię po angielsku – mówi. – Pytałam, czy nie chodzisz ze mną na fizę?

O rany. Chyba jednak nie chciałabym być blondynką.

– Nie – odpowiadam. – Chodziło mi o to, że nie chodzę z tobą na fizykę, tylko na angielski.

Przez chwilę wpatruje się we mnie beznamiętnie, a potem zaczyna się śmiać.

– Ach tak. – Na jej twarzy pojawia się wyraz zrozumienia. Patrzy na ekranik, który ma przed sobą, i podaje mi sumę do zapłaty. Wkładam rękę do tylnej kieszeni i wyciągam kartę kredytową, mając nadzieję, że jeśli się pospieszę, uda mi się uniknąć dalszego ciągu tej, jak przeczuwam, dość żenującej po­gawędki.

– O kurde – szepcze tymczasem ona. – Patrzcie, kto wrócił.

Podnoszę wzrok. Dziewczyna patrzy na kogoś stojącego w drugiej kolejce.

Poprawka: ona ślini się na widok kogoś stojącego w drugiej kolejce.

– Cześć, Holder – mówi uwodzicielsko, rozciągając w uśmiechu swoje wydatne usta.

Zdaje mi się, czy do tego jeszcze trzepocze rzęsami? Tak, tak... Jestem tego pewna. A już myślałam, że robią tak tylko bohaterki kreskówek.

Odwracam się, by zobaczyć, jak wygląda ten Holder, na którego widok Shayna/Shayla utraciła resztki godności. Chłopak patrzy na nią i kiwa głową na powitanie, wyraźnie niezainteresowany.

– Cześć... – spogląda ukradkiem na jej plakietkę – Shayla.

A potem przenosi wzrok na swoją kasjerkę.

Czy on ją ignoruje? Jedna z najładniejszych dziewczyn w szkole daje mu otwarte zaproszenie, a on zachowuje się tak, jakby go to uwierało? Czy to w ogóle człowiek? Znani mi chłopcy nie zachowują się w taki sposób.

– Shayna – prostuje tymczasem dziewczyna urażonym tonem, najwyraźniej zdenerwowana tym, że chłopak nie zna jej imienia. Odwracam się do niej i przeciągam kartę przez czytnik.

– Sorki – mówi on – ale na twojej plakietce napisane jest Shayla.

Kasjerka patrzy na swoją pierś, po czym unosi plakietkę, żeby przeczytać, co na niej napisała.

– Co? – bąka pod nosem i marszczy brwi, jakby była pogrążona w myślach. Wątpię jednak, by to było możliwe.

– Kiedy wróciłeś? – pyta Holdera, całkowicie mnie ignorując. Właśnie przeciągnęłam kartę przez czytnik i jestem prawie pewna, że teraz ona powinna coś zrobić, jest jednak zbyt zajęta planowaniem swojego ślubu z tym gościem, żeby pamiętać, że ma klientkę.

– W zeszłym tygodniu – odpowiada chłopak szorstko.

– Myślisz, że pozwolą ci wrócić do szkoły? – pyta dziewczyna.

Słyszę, jak chłopak wzdycha.

– To bez znaczenia – mówi głosem pozbawionym emocji. – Ja i tak nie wrócę.

To oświadczenie działa na Shaynę/Shaylę jak zimny prysznic. Przewraca oczami i przenosi uwagę z powrotem na mnie.

– Jaka szkoda, że taki przystojniak jak on jest totalnym bezmózgowcem – szepcze.

I kto to mówi, myślę sobie.

Kiedy w końcu długonoga blondyna zaczyna wybijać cyferki na kasie, by sfinalizować transakcję, raz jeszcze patrzę na chłopaka, którego tak zirytowała. Właśnie zagląda do portfela, śmiejąc się z czegoś, co mówi do niego kasjerka. Natychmiast dostrzegam trzy rzeczy:

1. Idealnie białe zęby skryte za ustami wykrzywionymi w zmys­łowym uśmiechu.

2. Dołeczki w policzkach, kiedy się uśmiecha.

3. To, że zaczynam się pocić.

Czuję też motylki w brzuchu.

Chyba że to nagły atak grypy żołądkowej.

To uczucie jest mi tak obce, że nie jestem pewna, co to jest. Nie jestem w stanie powiedzieć, co w tym chłopaku takiego niezwykłego, że wywołał u mnie po raz pierwszy w życiu normalną biologiczną reakcję na mężczyznę. Inna sprawa, że chyba nigdy nie widziałam kogoś tak niesamowitego jak on. Jest piękny. Nie żeby miał lalusiowatą urodę. Albo wygląd twardziela. Jest raczej idealną mieszanką tych dwóch. Nie jest za wysoki, ale nie jest też niski. Ma na sobie dżinsy i białą koszulkę – nic specjalnego. A jego włosy wyglądają tak, jakby się dzisiaj nie czesał, i podobnie jak moim przydałoby im się strzyżenie. Z przodu są na tyle długie, że musi je odgarnąć, kiedy patrzy na mnie i przyłapuje mnie na tym, że się na niego gapię.

O, cholera.

W normalnych okolicznościach natychmiast odwróciłabym wzrok, ale jest coś tak dziwnego w sposobie, w jaki na mnie patrzy, że nie mogę się od niego oderwać. Za chwilę przestaje się uśmiechać i przekrzywia głowę. Przygląda mi się wnikliwie, a potem wolno kręci głową z niedowierzaniem, a może... wstrętem? Trudno mi to ustalić, ale z pewnością nie jest to nic przyjemnego. Rozglądam się dookoła, mając nadzieję, że to nie ja wzbudziłam w nim taką reakcję. Kiedy wracam do niego wzrokiem, okazuje się, że wciąż patrzy.

Na mnie.

Jestem, delikatnie mówiąc, zaniepokojona, więc szybko odwracam się do Shayny/Shayli, czy jak tam ta dziewczyna ma na imię. Muszę się pozbierać. Jakimś cudem temu chłopakowi w ciągu minuty udało się mnie zachwycić, a potem wystraszyć na śmierć. Tak zróżnicowane reakcje nie wpłyną dobrze na mój pozbawiony kofeiny organizm. Już wolałabym, żeby podchodził do mnie z taką samą obojętnością, jaką okazywał Shaynie/Shayli, niż patrzył na mnie w ten sposób. Biorę rachunek od Tej Jak Jej Tam i wsuwam go do kieszeni.

– Hej.

Jego głos jest niski i stanowczy. Wstrzymuję oddech. Nie wiem, czy mówi to do Tej Jak Jej Tam czy do mnie, dlatego pospiesznie łapię torby z zakupami, mając nadzieję, że uda mi się dotrzeć do samochodu, zanim kasjerka podliczy jego zakupy.

– Zdaje się, że mówi do ciebie – zauważa Shayna/Shayla. Chwytam ostatnią torbę i ignorując jej słowa, ruszam jak najszybciej do wyjścia.

Kiedy już jestem przy samochodzie, oddycham z ulgą i otwieram tylne drzwi, żeby włożyć zakupy. Co jest ze mną nie tak, do cholery? Przystojny chłopak próbuje przyciągnąć moją uwagę, a ja uciekam? Zwykle nie czuję się skrępowana w obecności facetów. Jestem przy nich wręcz zbyt pewna siebie. I oto gdy po raz pierwszy w życiu czuję coś, co można by uznać za pociąg do kogoś, uciekam.

Six mnie chyba zabije.

Tylko to spojrzenie... Było coś straszliwie niepokojącego w sposobie, w jaki na mnie patrzył. Było to niewygodne, zawstydzające, a jednocześnie pochlebiające. Nie przywykłam do tego rodzaju reakcji, a co dopiero do tylu naraz.

– Hej.

Zastygam w bezruchu. Nie ma już teraz najmniejszych wątpliwości, do kogo chłopak kieruje swoje słowa.

Wciąż nie potrafię rozstrzygnąć, czy to motylki w brzuchu, czy grypa żołądkowa. Tak czy owak, nie podoba mi się to, że jego głos przenika mnie do głębi. Sztywnieję i powoli się odwracam, i nagle uświadamiam sobie, że wcale nie jestem aż tak pewna siebie, jak mi się dotąd wydawało.

W jednej ręce trzyma dwie torby. Drugą rozciera sobie kark. Naprawdę żałuję, że przestało padać, gdyby dalej zacinał deszcz, nie stałby teraz przede mną. Patrzy mi prosto w oczy. Spojrzenie pełne odrazy, którym obdarzył mnie w sklepie, ustąpiło krzywemu uśmiechowi, który wydaje się odrobinę wymuszony, biorąc pod uwagę nasze nieco kłopotliwe położenie. Gdy mu się teraz bliżej przyglądam, staje się oczywiste, że to wcale nie grypa żołądkowa jest przyczyną mojego dziwnego samopoczucia.

To po prostu on.

Wszystko, co go dotyczy, od potarganych ciemnych włosów, przez błękitne oczy, aż po dołeczki w policzkach i muskularne ramiona, których pragnie się dotknąć.

Dotknąć? Serio? Otrząśnij się, Sky!

Wszystko to sprawia, że brakuje mi tchu, a serce mocniej bije. Założę się, że gdyby uśmiechnął się do mnie tak, jak to czynił Grayson, moje majtki znalazłyby się na ziemi w rekordowo krótkim czasie.

Gdy tylko kończę kontemplować jego wygląd i znów patrzę mu w oczy, przestaje trzymać się za kark i przekłada torby do lewej ręki.

– Holder – przedstawia się, wyciągając dłoń.

Patrzę na tę dłoń, po czym odsuwam się, nie ściskając jej. Cała ta sytuacja jest dla mnie zbyt niezręczna, bym zaufała tej jego niewinnej prezentacji. Może gdyby nie przeszywał mnie wzrokiem w sklepie, szybciej uległabym jego fizycznej atrakcyjności.

– Czego chcesz?

Staram się patrzeć na niego z podejrzliwością, a nie podziwem.

Znów widzę dołeczki w jego policzkach, gdy wybucha śmiechem i potrząsa głową. A potem odwraca wzrok.

– Yyy... – zaczyna z nerwowością, która zdaje się świadczyć o tym, że wcale nie jest pewny siebie. Rozgląda się po parkingu, jakby szukał drogi ucieczki, a potem wzdycha i znów patrzy mi w oczy. To jego zachowanie cholernie mnie dezorientuje. W jednej chwili wydaje się reagować na mnie z obrzydzeniem, a w następnej biegnie za mną przez cały parking. Zwykle z łatwością rozszyfrowuję ludzi. Gdybym jednak miała powiedzieć coś o Holderze na podstawie tych dwóch minut, musiałabym uznać, że cierpi na rozdwojenie jaźni. Jego nagłe przejścia od nonszalancji do powagi działają mi na nerwy.

– To pewnie zabrzmi strasznie słabo – mówi – ale kogoś mi przypominasz. Czy mogłabyś powiedzieć, jak masz na imię?

Czuję rozczarowanie. A więc to jeden z tych gości. No wiecie. Jeden z tych niesamowicie przystojnych facetów, którzy mogą mieć dosłownie każdą i doskonale o tym wiedzą. Facetów, którzy wystarczy, że błysną krzywym uśmiechem albo dołeczkiem w policzku i zapytają dziewczynę, jak się nazywa, a jej już miękną kolana. Facetów, którzy w sobotnie noce wchodzą przez okna do dziewczęcych pokoi.

Jestem bardzo rozczarowana. Przewracam oczami i sięgam do klamki u drzwi samochodu.

– Mam chłopaka – kłamię, po czym otwieram auto i znikam w jego wnętrzu. Kiedy chcę zamknąć drzwi, napotykam niespodziewany opór. Podnoszę wzrok i widzę rękę, która trzyma ich górną krawędź. A w oczach chłopaka dostrzegam desperację, która przyprawia mnie o dreszcze.

Mam dreszcze od jego jednego spojrzenia? Co się ze mną dzieje?

– Chcę tylko wiedzieć, jak masz na imię.

Zastanawiam się przez chwilę, czy wyjaśnić mu, że moje imię i tak nie pomoże mu mnie odnaleźć. Całkiem możliwe, że jestem jedyną siedemnastolatką w Stanach, która jest całkowicie nieobecna w internecie. Nie puszczając klamki, posyłam mu ostrzegawcze spojrzenie.

– Czy mógłbyś... – mówię ostrym tonem i patrzę wymownie na dłoń, która nie pozwala mi zatrzasnąć drzwi. A potem przenoszę wzrok na małe literki wytatuowane na jego przedramieniu.

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej._
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: