Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Horda - Tom 1 - Czas Przemiany - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 września 2026
69,00 zł
6900 pkt
punktów Virtualo

Horda - Tom 1 - Czas Przemiany - ebook

Elidia jest królestwem prawa. Przynajmniej oficjalnie. Za fasadą porządku działają jednak Klan, Gildia Złodziei, Zakon Świętego Ognia i siły, których wpływ sięga znacznie dalej, niż ktokolwiek podejrzewa. Fulcio Rabajło jest zawodowym zabójcą. Interesuje go głównie przeżycie, pieniądze i święty spokój. Niestety świat ma wobec niego inne plany. Gdy kolejne wydarzenia wymykają się spod kontroli, a w ludzkich głowach zaczynają mówić cudze głosy, Fulcio trafia w sam środek historii, w której przypadek, przeznaczenie i manipulacja splatają się w wyjątkowo paskudny węzeł. Brutalne fantasy z domieszką groteski, czarnego humoru i satyry na władzę, religię oraz wolną wolę.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398313506
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Na twarzach więźniów malowało się przerażenie, ale i zaciekawienie - wywołane nietypową konstrukcją bramy. Była ona bowiem zbudowana z… nagich ostrzy mieczy.

Srebrzyście połyskiwały w świetle pochodni, raz na czas mieniąc się na lekko purpurowy pulsujący kolor.

Powyższe nie mogło wróżyć nic dobrego.

Zwłaszcza, że każdorazowa próba podejścia do wrót, powodowała zauważalne ich drgania. Wyglądało to, jakby rwały się do ataku, podniecone wizją zagłębienia się w ciele osoby, która bez pozwolenia chciałaby przekroczyć jej próg.

Atmosferę grozy dopełniały nietypowe zjawiska atmosferyczne. Co dziwne - idealnie zbiegły się one w czasie z chwilą przybycia grupy do wejścia do jaskini. Po dłuższej wędrówce przez jej wilgotny labirynt, finalnie doszli do żelaznej bramy.

Ściany groty potęgowały dochodzące z zewnątrz odgłosy uderzeń piorunów, zaś świst wiatru brzmiał niezwykle trupio w połączeniu z pieśnią inkantowaną przez herszta grupy porywaczy.

Nie był to niestety jedynie wyśniony w koszmarze obrazek.

Ów horror okazał się śmiertelnie… prawdziwy.

Zwłaszcza literalnie - dla najmłodszego z grupy Samuela, którego przywódca porywaczy - nagle, ni z tego ni z owego - postanowił nadziać na swój długi sztylet.

Joni na ten widok poczuł ciepłą stróżkę na swoim udzie.

Większość z nich uprowadzono dwa tygodnie wcześniej. Zdarzenie to miało miejsce nieopodal gościńca wiodącego do Elidii - stolicy państwa o tej samej nazwie. Chłopcy natknęli się na grupę porywaczy w Zakazanym Lesie. To jednak nie młodzieńcza fantazja czy tęsknota za przygodą spowodowały, że – ku ich zgubie - na nic zdały się powtarzane w okolicy zakazy przekraczania granic boru.

Nie było to z pewnością porwanie dla okupu. Za tym przynajmniej przemawiała… brutalna jak i owe czasy - Logika. Za chłopców nikt bowiem nie zapłaciłby choć złamanego grosza. Przybłęd nie porywa się dla okupu. Nikłe były też szanse, by ktokolwiek miał zamiar ruszyć chłopcom na ratunek.

Do porwania najprawdopodobniej doszło zatem zupełnie przypadkowo.

Chłopcy po prostu mieli pecha, że natknęli się na wędrującą przez las grupę rzezimieszków, pragnącą zachować swą obecność w tajemnicy. Z niewiadomych względów zostali jednak pozostawieni przy życiu. Sądząc po manierach jak i wyglądzie nieznajomych, żaden z nich nie miałby oporów by z zimną krwią poszatkować bezbronnych młodzieniaszków.

Kilka dni później, czterech kolejnych podrostków także miało nieszczęście natknięcia się na tę samą bandę.

Joniemu przemknęło przez myśl, że do niefortunnego spotkania by nie doszło, gdyby nie… Nietypowy Splot Wydarzeń.

Ów zaś - skłonił czwórkę chłopców m.in. do… panicznej ucieczki ze szlaku prowadzącego z kupieckiego portu do Elidii.

No i… była tu jeszcze i ta Miodula.

I ból głowy.

I brak głowy.

I głowa.

I suma summarum – doszło do tego fatalnego w skutkach przekroczenia granic Zakazanego Lasu.

Czy przekraczanie granic zawsze ma konsekwencje?

W trakcie wędrówki, grupa więźniów miała okazję zobaczyć - jak groźni okazali się bandyci.

Ale… zacznijmy wszystko od początku. Inaczej nic byście z tej książeczki nie zrozumieli mordeczki – dodałby baca ćmiąc leniwie zaczarowane zioła w swojej fajeczce.NIETYPOWY SPLOT WYDARZEŃ

„A gdy przyjdzie ten czas właściwy, stanie się to co przewidziano w piśmie. Krew wrogów poleje się ulicami, a płacz maluczkich rozbrzmiewać będzie wszem dookoła. Będzie to czas powtórnych narodzin dla tych co zaufali prawdzie. Cali we krwi i mający w uszach tylko płacz, nieście ją ludom niewiernym.”

Kroniki Hordy, 12.1-4

Historia zaczęła się od tego, że Darko, tj. najstarszy z pięcioosobowego młodocianego gangu, postanowił napaść na tłustego kupca. Należało wykorzystać to, że niebacznie samotnie spacerował on nocą, po znanych z licznych burdeli krętych portowych uliczkach Rodrynu. Jeśli nie grupa Darko, z okazji skorzystałby zapewne inny amator łatwych pieniędzy. A tak przynajmniej podejrzewał wyżej wymieniony.

Nie zamierzał on sprawdzać prawdziwości zasady, wedle której niewykorzystana okazja miałaby się w przyszłości zemścić podwójnie.

- Patrzajta jaki tłuścioch! Pewnikiem i sakwę ma grubasek znaczną – szeptał Darko do swych kompanów, kryjących się w jego cieniu.

Faktycznie, w owych czasach, choć obiektywnie uchodzących za nienajgorsze, do rzadkości zaliczyć by można sytuację, w której osobnik pozbawiony odpowiednich funduszy mógłby poszczycić się okrągłym kształtem swego brzucha. Nie każdego było bowiem stać na rarytasy powodujące przyrost tkanki tłuszczowej. Oczywiście nie każdy bogacz musiał być co do zasady opasły. Jednakże z dużym prawdopodobieństwem można było stwierdzić, że wśród grubasów mało było takich - co grzeszyli pustą sakwą.

Inne życiowe prawidło głosiło, że jeżeli ów mieszek był odpowiednio duży i pełen geldów, to w oczach większości niewiast, rzekomo pulchny jego posiadacz, z reguły był uznawany za osobę szczupłą i nad wyraz przystojną. Także i persony niskie czy też łyse, w chwili gdy stanęły na swych sakwach lub portfelach - uchodziły w ocenie wielu dam, za mężów wysokich i o wyjątkowo bujnych czuprynach.

- W łeb go trza będzie dziabnąć, bo po brzuchu ten wieprzek nawet nie wyczuje – słusznie analizował najdrobniejszy z grupy, Joni.

Mimo lichej postury, tenże osobnik stanowił ważne ogniwo gangu Darko. Jego atutem była tak kocia zręczność, sprawny umysł jak i plugawy język nielicujący momentami z aparycją grzecznego dzieciaka, za jakiego uznać by mógł go niewprawny obserwator.

- Nie musisz mi mówić rzeczy jak dziecku - warknął Darko, klepiąc dłonią trzymaną w prawicy pałkę.

- W łeb raz dostanie i już nie wstanie – kontynuował zadowolony z rymu.

Joni non stop go wkurzał. Darko wyczuwał, że zazdrości mu pozycji szefa bandy. Jednocześnie denerwowało go, że Joni strasznie się wymądrzał i był lubiany przez grupę ze względu na swoje odzywki. I ten kpiący wzrok w kierunku Darko, gdy ten się odzywał. Joni przypadkiem był przez to używany przez Darko do najmniej przyjemnych zadań.

- Dostanie świniak solidne lanie – odruchowo dopowiedział Joni, wyrazem twarzy dając do rozumienia, że Darko wszedł w jego kompetencje formułowania zabawnych powiedzonek.

- Wy tu gadu gadu a nam klient zmyka..? – zauważył Ronni, przerywając poetycką pogawędkę kompanów. Widać było, że obydwu opanował lekki strach zmiksowany z adrenaliną, która zaczęła buzować w ich żyłach na świadomość rychłego rozpoczęcia napadu. Zdanie to Ronni zakończył pytająco - bowiem zataczający się jegomość, na każde dwa kroki wykonywane naprzód - tyleż samo zaczął wykonywać w pozostałych kierunkach. Trudno było stwierdzić, jaki jest jego zamierzony cel podróży.

Mimo to, spacerujący szlakiem węża kupiec, z każdym niezdarnym kroczkiem oddalał się od swych przyszłych oprawców. Tak przynajmniej wskazywała jego chaotyczna trajektoria umownego marszu. Dalsze zwlekanie z akcją byłoby głupotą. W każdej chwili mógł się na miejscu zasadzki pojawić jakiś nieproszony świadek. Lub co gorsza - konkurencyjna banda.

Przyszła ofiara nie należała do najszczuplejszych. Uderzenie w głowę wydawało się najrozsądniejszym planem, o ile napad w ciemnym zaułku można w ogóle uznać za dobry pomysł.

Dla Darko i jego kompanów nie był to amatorski wyskok, czy też wywołany afektem jednorazowy występek przeciw prawom obowiązującym w Elidii. Banda posiadała już pewne doświadczenie i swego rodzaju sukcesy w tej materii. Z racji jednak młodego wieku i niewielkiego stażu w ramach przestępczej kariery, na swym koncie grupa miała dopiero czyny mniejszego kalibru. A to drobne straganowe kradzieże na targu, czy też parę skutecznie odciętych sakiewek kupców. Kilkukrotnie też, banda uciekła się do mniej wyrafinowanych sposobów zarobku, napadając i okradając zazwyczaj mocno wstawionego kupca.

Rabunek na pijanym tłustym jegomościu wydawał się zatem relatywnie prostym zadaniem, zwłaszcza patrząc się na przewagę liczebną napastników.

- Dajemy panowie, tera migusiem! – teatralnym szeptem instruował Darko, wybiegając z cienia i pędząc w stronę ofiary.

Cała akcja trwała ledwo dwa mrugnięcia okiem.

A przynajmniej tyle z niej zapamiętał gruby kupiec. Cel nie sprawił większych kłopotów, zważywszy na jego stan upojenia słynnym rodryńskim pitnym miodem. Celny cios pałką zadany przez Darko, wprawił kupca w jeszcze głębszy stan nieświadomości. Był on daleki od błogiego stanu nirwany, w który rzekomo wpadali co po niektórzy koneserzy pitnego miodu zaprawionego odpowiednią mieszanką ziół. Uderzenie było na tyle mocne, że w sekundę wywołało intensywny krwotok z nosa. Darko zauważył, że do jego pałki wbił się także trzonowiec kupca.

- Padło sadło – słusznie zauważył Joni, na co jego brat bliźniak zaczął cicho rechotać pod nosem.

- Ciszej Mały, potem się pośmiejemy – skarcił go Ronni – jak zwykle czując w tej sytuacji potrzebę jak najszybszego oddalenia się z miejsca napadu.

- Joni bierz mu f’ukien sakwę i nie filozuj tyle! – komenderował sprawca nokautu.

Założenie, że uśpiony delikwent ową posiadał - okazało się słuszne.

Wydane przez Darko polecenie nie wymagało powtórzenia. Joni zgrabnym ruchem zerwał sakiewkę przywiązaną do paska zamroczonego kupca i rzucił nią w kierunku Darko. Z ostrożności, potwierdził utratę świadomości kupca, zadając mu kilka kopniaków, wymierzonych w żebra leżącego.

- Sen ma błogi, zatem w nogi! – zameldował wykonanie zadania Joni. Darko mimowolnie poczuł na niego złość, w myślach wizualizując już jakie uwłaczające polecenie wyda mu po zakończonej akcji.

- Panowie! Smmmykamy! Ktoś chyba isszie! – odezwał się Wisel, kolejny członek grupy. Przydomek ten, zawdzięczał swemu ojczymowi. W przypływie pijackiej wściekłości pozbawił go w młodości kilku fragmentów górnego uzębienia. Przez to niektóre słowa wymawiane przez Wisela brzmiały niczym gwizd czy podmuch wiatru wpadającego w szczeliny desek. A przynajmniej takie bajki na ten temat za każdym razem zmyślał sam zainteresowany - jak kto go pytał czemu tak ma. A potem wybuchał gromkim śmiechem i żartował z rozmówcy, że mu w to uwierzył.

Jak to jednak mówią - oliwa zawsze sprawiedliwa. Legenda głosi bowiem, że ów ojczym zakończył swój żywot nie tyle z hukiem - co właśnie ze świstem. I to wywołanym nie przez wiatr - a strzałę, która przebiła mu szczękę na wylot, przybijając mu głowę do desek wychodka, w którym tedy siedział, przy okazji wybijając mu zęby. Niby to wiatr strzały niesie, ale wieść głosi, że myśliwską kuszę ojczyma trzymał wtedy w rękach Wisel.

Wracając jednak do centrum akcji: z uwagi na brak pościgu tudzież świadków, ewakuacja z miejsca zdarzenia przebiegła bez ponadstandardowej paniki. Obawy Wisela okazały się być bezpodstawne.

Pod wpływem emocji, pierwsze kilkaset metrów chłopcy biegli sprintem. Po chwili przeszli do szybkiego marszu. Powyższe ucieszyło zwłaszcza Wisela, który z całej bandy należał do najsłabszych biegaczy. Można by rzec, że stanowił on wyjątek od zasady wytłuszczonej wcześniej, a to wedle której tylko bogacz może być otyły. Jego mało atletyczna figura wynikała zarówno z obżarstwa, jak i braku zamiłowania do aktywności fizycznej. Sam zaś twierdził, że po tatce miał grubsze od innych kości.

Po udanym napadzie, grupa skierowała swe kroki w stronę uliczki Rodrynu słynącej z licznych wyszynków.

Była to najdłuższa ulica w porcie, ciesząca się największą popularnością, tak wśród lokalnych jak i przyjezdnych marynarzy. Po obydwu jej stronach znajdowały się różnej maści wyszynki i spelunki.

Choć część z owych mordowni, aspirowała do rangi gospody - światowy degustator jadła i napitku na stoły dworskie - nie przyznałby im choć jednej gwiazdki. Innym to jak empirycznie dało się potwierdzić – no nie przeszkadzało – bo wieczorami we wszystkich panował ścisk i gwar. Ulica ta co wieczór tętniła życiem, ciesząc się nieustannym zainteresowaniem. Powyższy efekt osiągany był przy tym przy praktycznie zerowych nakładach na marketing i reklamę ze strony właścicieli wyszynków.

Wynikało to z porozumienia między gospodarzami, by w ogóle nie konkurować cenami. Oraz przyznanego sobie faktycznego monopolu na świadczenie usług gastronomicznych w tej dzielnicy Rodrynu.

Nazwali się Rodryński Kartel Przyjaciół Mioduli.

Właściciele gospód na ulicy Wesołej w pewnym momencie jednomyślnie uznali, że zdrowa konkurencja winna mieć swoje granice. Dosłownie i w przenośni.

W uproszczeniu – ową miała być sama ulica. I wyszynki już na niej istniejące.

Jakikolwiek aspirant do świadczenia usług gastronomiczno hotelarskich w całej dzielnicy miasta, nazywanej lokalnie jako Niebo, był przez sygnatariuszy tego porozumienia trwale eliminowany.

- To gdzie idziemy szefie? No bo chyba nie będziemy już dalej tak po próżnicy łazić bez celu, co nie? – spytał się Wisel. – A bo przykładowo ja to bym poszedł tera coś na ten przykład zjeść. A co szef pyta? Ano niech no pomyślę. Na przykład weźmy taką kurę. Albo rosół z niej. A potem dla przykładu jaką rybkie...

- A toś nas wziął w zaskoczenie Wisel. Jako zawsze zresztą. Bo żem myślał, że tyś sam jest jaka ryba, co nic poza wodą jeść nie musi – skomentował Joni. – A możebyś ty spaślaku tak dla odmiany zamiast o żarciu, to o czymś inszym nam uszy zatruwał? Albo tak dla przykładu się na przykład najlepiej i najmądrzej zamknął?! – dało się poznać, że Joni też powoli zaczynał odczuwać burczenie w brzuchu. Dużo prawdy jest w zdaniu, że jak kto zły, to pewnie i głodny.

- Ano! – zaśmiał się Ronni. – Ale faktem, że od tej gadki to sam bym cosik zjadł – poniekąd potwierdził Ronni.

- Pozwól no Joni, że skomentuję twe zaczepki: prrrrrt! prrrt! prrrt! – pierdnął za pomocą pachy Wisel.

- No muszę ja powiedzieć, że wyostrza się wam dowcip. Z jednym wyjątkiem. Choć akurat mam tutaj na myśli mego brata a nie ciebie Wisel. Garściami czerpiecie z mego intelekta najwidoczniej – stwierdził Joni.

- Bez obrazy Mały – kontynuował - ale tobie cały ten pomyślunek przez palce przelatuje. Ale szkoda to je wielka. że w podzięce, oferujecie same takie prostackie poppeliny i przysłowiową kupę a nie ciętą ripostę. Dowód to był jeno Wisel, że fetor ci nie tylko z tyłka wyłazi. Każde twe słowo to w istocie do pierda się sprowadza. I tyleż samo warte. Dlategóż dyskusję tą, tak mnie w nudy wprawiającą, to ja właśnie oficjalnie zakończyłem Wisel. I szczam na ciebie, twoją kurę, rosół i rybę. Bo dla przykładu na gulaszyk byśmy poszli pod Złotą Perłę, co powiesz na to Darko?

Darko kątem oka zerkał na resztę grupy, która na słowo klucz: gulasz – aż mlasnęła z wrażenia.

- O! I to rozumiem, a nie jakieś wstrętne tfu ryby! Ale ogólnie to macie szczęście, że ja was choć trochę lubię, no ale to chyba dlatego, żeście nie jakieś eciepecie. Ale słuchać was, na dłuższą metę nie idzie zdzierżyć! – odparł dyplomatycznie Darko, popierając propozycję Joniego. Joni z każdym dniem irytował go coraz bardziej i bardziej. Zwłaszcza wtedy, gdy tak jak i w tej sytuacji – reszta grupy tarzała się ze śmiechu z jego słów.

- Ale to on zaczął! – oburzył się Wisel.

- Nie Wiesel. Zapominasz, że nie ważne kto zaczął, a kto skończył. I to byłem ja spaślaku. Zapamiętaj to sobie sobie. To co, Złota Perła?

- Masz chyba na myśli Joni, że to ja skończyłem. Bo to ja trzymam sakiewkę i to ja jestem szefem i to ja decyduję co i gdzie będziemy jeść – sprostował szybko Darko.

- Ssssiurlaj się Joni! – dodał Wisel

- Ciurlaj się też!

- Ciurlajcie się wy wszyscy! – zasugerował chłopcom pijany marynarz, ledwo trzymający się ściany i swego oddającego w tym czasie mocz instrumentu – i to bynajmniej nie nawigacyjnego. Owo wezwanie okazało się dosyć niefortunne, bowiem idąca z naprzeciwka grupa tępogłowych karków uznała je za inwitację do mordobicia.

- Ciurlać ci się kolego zachciało? A to masz szczęście, bo nam to w sumie też! – krzyknął jeden z nich.

Chłopcy nie zamierzali dołączać się do owej zabawy. Z oddali dało się jednak słyszeć, że z mordobicia akcja zaczęła tamże zmieniać się poniekąd w singla gangbang przez jakiś gang.

Waga skradzionej sakwy sugerowała, że tej nocy młodociana banda Darko będzie miała nie tylko za co się napić - ale też i zjeść porządny ciepły posiłek, składający się z czegoś innego niż upolowany szczur.

- To co kupujemy szefie? Znaczy do picia, to mam na myśli – zagaił niecierpliwie Ronni po dotarciu pod Złotą Perłę.

- To co jest tanie i dobre bo tanie. – tradycyjnie odparł Darko.

Decyzja o zakupie konkretnego napoju, zapaść miała zatem po prostej analizie cen poszczególnych poideł serwowanych w gospodzie.

Tak - był to jeden z tych wyszynków, którego właściciel miał ambicje do stworzenia tzw. lokalu na poziomie. Jednak poza szumną nazwą i dobrymi chęciami gospodarza, gospoda ta nie odróżniała się swym asortymentem od kilkudziesięciu innych spelunek na ulicy Wesołej.

Wybór padł tradycyjnie na Miodulę.

Był to najtańszy z wyskokowych napitków. Z racji korzystnej proporcji ilości procentów do ceny – był to także najpopularniejszy alkohol w całym królestwie. Oczywiście w gronie jego docelowej grupy nabywców, którymi zasadniczo były same męty. Tzw szlachta i mieszczaństwo stanowiło niewielki ułamek społeczeństwa.

Powodem takiej kategoryzacji nie były jednakże walory smakowe, bowiem pod tym względem napitek obiektywnie należał do tych nie najgorszych. Niewątpliwym argumentem deprecjonującym renomę trunku była jednak jego niska cena, osiągalna m.in. dzięki ekologicznej praktyce dolewania do beczki wszelkich niedopitych zlewek. Intensywny smak miodu dominował tak czy siak.

Decyzja o wyborze trunku, miała, jak to zwykle bywa, także i drugie bardziej istotne dno. Otóż z doświadczenia wynikało, że do Mioduli nikt raczej w gospodzie nie śmiał ordynarnie dodatkowo naszczać. Zresztą, miała ona dostatecznie specyficzny bukiet bez takiego dodatku. Zwłaszcza po latach serwowania dolewek z tej samej, nigdy nie domytej beczki. Zaserwowanie Mioduli przyprawionej moczem typowemu odbiorcy tego trunku – dla gospodarza mogłoby się skończyć co najmniej podbitym okiem, jeśli nie wbitym w brzuch brudnym nożem lub przypominającym go zaostrzonym kawałkiem blachy. Najprawdopodobniej koniec byłby o tyle niefortunny, że na dygocące zwłoki gospodarza, degustant miodowych szczyn zrewanżowałby się własnym wypróżnieniem pęcherza. Miodula była elementem marynarskiej tożsamości. Jej profanacja była gorsza od świętokradztwa. Dla takiej perspektywy nie warto ryzykować satysfakcją wywołaną wspomnianym wyżej psikusem. Gminny przekaz głosił zresztą, że kilku desperatów przed wielu laty skusiło się na ową rozrywkę. Konsekwencja i brutalność retorsji (był to słynny belfracki pogrom karczmarzy) wzbudziły przyrost rozsądku wśród pozostałych.

W rzeczywistości - bajkę tą rozpowszechnili sami gospodarze, by żaden klient nie uwierzył, że którykolwiek z nich mógłby ośmielić się naszczać do oferowanego produktu. No a wiadomo, że szczali. Ale komu z której beczki nalewali – to już i inna sprawa i indywidualne okoliczności.

- Dwa dzbany Mioduli Panie Walduś! – grzecznie złożył zamówienie Darko. Jednocześnie w myślach powoli przeliczał liczbę zrabowanych monet i wynik, ile powinno mu pozostać po tej transakcji.

Sztuka rachowania nie była mu bowiem obca. W odróżnieniu od kompanów - obrał on bowiem podstawy edukacji. Przejawy z nią zetknięcia okazywał także i Joni – ale ten absolutnie nie chciał nigdy opowiedzieć jak wylądował na ulicy, skąd pochodził i kim był z urodzenia.

Rodzina Darko zajmowała się zaś handlem. W sensie do czasu feralnego pożaru. W tym biznesie, brak umiejętności matematycznych i podstaw ekonomii wiązałaby się z wizją szybkiej niewypłacalności.

- …i garnek gulaszu będzie! Albo i dwa nawet! Zapomniałem, że przyleźliśmy z Wiselem – zaśmiał się w stronę karczmarza Darko. Czuł podniecenie. Takiej ilości geldów jak po dopiero co wykonanej akcji, gang Darko nie miał jeszcze nigdy.

- A to widzę, że dzisiaj na bogato… – zauważył gospodarz z udawanym grymasem podziwu na twarzy, kątem oka zerkając na połyskującą zawartość sakwy trzymanej przez Darko.

- Biznes się kręci tak przypuszczam. Ale pamiętajcie chłopcy! U mnie tylko grzeczne interesy zawierać można. Jak mnie który klienta nastraszy - to was późnieć ni chu chu ni chuja nie wpuszczę i nie obsłużę. A co więcej - psami pogonię! Albo sam łby natrę patelnią! Ale odnośnie zamówienia… to może chłopcy byście chcieli ten gulaszyk czymś lepciejszym sobie popić? Co bym wam tu mógł polecić…. – myślał wskazując palcem na coraz to kolejne butelki.

W miejscu o renomie Złotej Perły, ryzykownym było zamawianie miodu z tej najwyższej półki.

Powodem była znana niechęć właściciela do bogatych paniczów, których potencjalnie stać było na degustację zacniejszych alkoholi, po to by zaimponować przygarniętej z ulicy dla towarzystwa kurtyzanie. Kto wiedział ten wiedział, że często podpuszczały klienta do zamówienia finezyjnego bo czasem i dwuskładnikowego trunku. Poza napitkiem, pod stołem otrzymywały prowizję od takiej sprzedaży.

Dawniej, od czasu do czasu rozrywki dostarczał jakiś przyjezdny, nie posiadający wiedzy o Kartelu i zakazie uczciwej konkurencji. Gdy rozkładał swój kramik z np. pieczonymi szczurami na patyku, Walduś z kilkoma innymi towarzyszami skrzykiwali się wówczas by miło powitać przybysza. Ale ileż można satysfakcji czerpać z nawiązywania tego typu znajomości? Zwłaszcza, że relacje te zazwyczaj trwały tak krótko. Ot jedno pacnięcie w potylicę i przyjezdnemu przelatywało przez gasnące oczy całe żyćko. Ale to były stare czasy, o których Walduś przestał już rozmawiać. Dla urozmaicenia szarej prozy musiał zatem wymyśleć sobie inne rozrywki.

Stali bywalcy wiedzieli, że do najdroższych trunków Pan Walduś dodawał złoty składnik własnej, można by rzec – osobistej produkcji. Specyficzny zapach tego dodatku zdradzał jego naturalne i poniekąd eko pochodzenie. Za każdym razem, gdy ktoś decydował się zakupić najdroższą w lokalu Miodową Królowę, sala z oczekiwaniem obserwowała reakcję klienta.

Jego desperackie próby chwalenia rzekomo wybitnego w smaku napoju – w odpowiedzi na pytanie gospodarza czy jaśniepanu smakuje specjalność miasta – zazwyczaj wywoływały salwy śmiechu. Delikwent, następującą po złożeniu zamówienia na Miodową Królowę Ciszę - interpretował jako podziw dla siebie i własnego bogactwa. Dopiero po pierwszym łyku zdawał sobie sprawę z prawdziwej przyczyny zainteresowania swoją osobą i zabawnego zaciekawienia gapiów.

- Oj tam, oj tam! Nam to styknie zwykła Miodulka Panie Waldku. Toćmy nie jakie chamidła z miasta co nie wiedzą co je dobre – odparł Darko.

- A przynajmniej to wiemy co dobre na pewno, bez obrazy Panie Walduś oczywiście, nie jest – kontynuował mrugając jednocześnie okiem. - Także prosim ładnie dwa dzbanuszki do stolika w rogu, oraz dwa kociołki gulaszyku.

- Berta! – wrzasnął Walduś na swą pomocnicę.

- Podejdzie mi tu migusiem natychmiast, zaraza paskudna!

Po chwili z kuchni wytoczyła się wezwana.

- A czego się tak drze!

- A drę się bo u siebie jestem, w przeciwieństwie do ciebie łysa zarazo! Sumoczyca jedna! Toż skandal to jest, że w ogóle toleruję twoje leniwe tłuste dupsko i równie paskudną mordę. Podaj tam paniczom migusiem dwa dzbany mioduli i gulaszu naszykuj!

- Ja się poskarżyć powinnam do cechu, jak tutej traktowana jestem! Gorzej niż trzoda jaka! – chlipała. - Toż to psychiczne i fizyczne nękanie! - rzekła czerwona na twarzy i faktycznie gruba Berta.

- Świniaka nafaszerowanego kapustą z wyglądu przypomina, to co się dziwi, że jak wieprza ją traktują! Nie trza było tyle słoniny się napychać spaślaku! A do cechu iść zawsze może ze skargą judaszka, a jakże. Prawo takie ponoć ma. Jakiś kiep takie kodeksa powypisywał śmiechu warte. Ale ja to tedy uznam jako bezprawne porzucenie stanowiska pracy! A jak się w porządnym lokalu u dobrotliwego pracodawcy nie podoba, i pracować Berta nie chce, to słyszałem, że w burdelach ciągle kogo szukają i rekrutacyję prowadzą! Wolna tedy droga! Ino kto taką sumoczycę na trzeźwo by w ogóle puknął Bertunia? No ino chyba ja, ale na trzeźwo to mm. No też nie. Gdzie ci tak dobrze będzie u kogo jak masz dobrze jak u mie. Bertunia. No. Bertusia moja ty no niezdarko. To co? Skargi nie będzie? To niech jadaczkę Bertusia słoniną se w ramach premii rocznej napcha i do roboty migusiem wartkusio zaś wraca! Hop hop hop!

Obecność bogaczy Pod Złotą Perłą stanowiła rzadkość. Jeśli się pojawiali - to zazwyczaj po to, by znaleźć kogoś oferującego usługi niedostępne w lepszych dzielnicach miasta. Takie miejsca pełniły bowiem rolę swoistych słupów z ogłoszeniami. Zakres usług obejmował czynności typu: połaskotam delikwenta tępym nożem po szyi. Sprawdzę czy chałupa jest odporna na ogień, który samodzielnie podłożę. Ustalę jaki skutek wywoła strzał z kuszy z dwóch metrów w twarz, której nie lubisz.

W chwili gdy Darko i jego kompani weszli do karczmy, lokal wydawał się podejrzanie pusty jak na tą porę. Jedynymi klientami była dwójka oprychów zajętych opróżnianiem kolejnego dzbana Mioduli i karcianą grą w Palce. Dopiero po chwili Darko dostrzegł w rogu pomieszczenia, drzemiącego na stole mężczyznę.

Skorzystanie z okazji i ewentualna kradzież dobytku śpiocha nie wchodziła jednak w grę. I to nie z powodu ostrzeżenia gospodarza, który stanowczą miną dawał do zrozumienia, że ich obserwuje i by zachowywali się poprawnie. Po pierwsze jegomość ten mógłby się obudzić lub w ogóle udawać, że śpi. Wówczas sprawy mogłyby potoczyć się różnie. Potencjalnie mógł to być zabijaka o zdolnościach większych niż cały gang Darko razem wzięty. Pomijając, że z plotek wynikało, że do miasta zawitali rąbajłowie. Tak - ci przez ą. Bo rębie się drewno, a oni rąbali wszystko i wszystkich ale na plastereczki.

Tak nazywano elitę najokrutniejszych i najbrutalniejszych popaprańców, kompletnie pozbawionych takiej ułomności jak sumienie. Zdenerwowanie takiego, skończyć by się mogło w najlepszym wypadku szybką i niespodziewaną śmiercią. Bardziej prawdopodobna i pesymistyczna wersja zakładała rozprucie trzewi i powolną a zarazem bolesną agonię. Dla rąbajłów nie istniały żadne granice. Kompletnie bez znaczenia było, czy zostają najęci do zakończenia żywota zdegenerowanego zboczeńca, czy też mocodawca najął ich do torturowania błogosławionej niewinnej dziewicy onieśmielającej maluczkich swą świętością.

Jak to mawiano - gdzie rąbajłę nasłano na typa - tam wkrótce będzie stypa.

Jeżeli cel nie był wytrawnym fechmistrzem lub magusem, to w starciu z rąbajłą w zasadzie nie miał żadnej szansy na ujście z życiem. Najęcie takiego zabijaki stanowiło niemal gwarancję wykonania zadania. Na marginesie jedynie należy dodać, że członkowie gangu Darko, skrycie marzyli, że zostaną porwani do Rekrutacji – bo tak trenowano rąbajłów.

By nim zostać, należało odbyć okryte woalem tajemnicy szkolenie pod okiem Gildii Złodziei. Ona to sprawowała kontrolę nad liczebnością rąbajłów. Czas bowiem pokazał, że ich nadmierna ilość, stanowiła zbyt duże zagrożenie dla istnienia samej Gildii. Czasem trzeba odrąbać ropiejącą tkankę by uratować całość.

Chłopcy jeszcze nie przynależeli do Gildii. Doskonale wiedzieli, że prędzej czy później, gdy minie ich ochronny status, przyznawany takim podrostkom z uwagi na ich wiek – pewnego dnia gdy zbudują już swoją Legendę, podejdzie do nich zakapturzony osobnik i da im wybór: dołączyć do Gildii, lub zmienić profesję. Lub zginąć. Nie każdy dostawał opcję zmiany profesji. Starali się jednak na tyle sprawnie pracować na własną rękę i markę, by zwróciwszy na siebie uwagę właściwych oczu, uzyskać szansę włączenia w jej szeregi. Gildia na dłuższą metę nie tolerowała konkurencji. Pojedynczy incydent – jeśli nie był sprzeczny z interesami Gildii – mógł przejść na sucho.

Gildia całkowicie przymykała natomiast oczy na dokonania Mistrzów Złodziejstwa, takich jak Max Zwinne Rączki, Cień i najbardziej tajemniczy Pan Noc. O tym ostatnim słyszało każde dziecię ulicy – wiele przestraszonych serduszek czuło otuchę pod wpływem opowiadanych do poduszki bajek o jego przygodach.

Drugim argumentem przemawiającym za pozostawieniem śpiącego jegomościa w spokoju był… Kodeks.

Zgodnie zaś z jego niepisanymi, przekazywanymi wyłącznie od ucha do ucha zasadami - w lokalach na ulicy Wesołej obowiązywał immunitet. Dozwolone były bijatyki. Tych i tak żadne prawo nie byłoby w stanie powstrzymać. Ale wyłącznie na gołe pięści i wyposażenie lokalu. Nie tolerowano zabójstw. Okradanie „swoich”, zwłaszcza śpiochów, uważano za spory nietakt i zdradę etykiety. Na kradzieże przymykano jednak oczy. Potocznie zasada ta brzmiała: „nie rób źle w swojej grupie, bo się staniesz szybko trupię”.

Choć Rodryn stanowił duże miasto, to tu każdy „swój” znał „swojego”. Prędzej czy później większość z akcji wychodziła na jaw, co także wynikało z zasad Kodeksu. Każdy bowiem jego wyznawca, za punkt swego honoru stawiał budowanie własnej Legendy. Następowało to zaś między innymi w drodze chwalenia się o własnych wyczynach i przygodach, przy czym sporym nietaktem było przypisywanie sobie czyichś sukcesów – jak nieraz czynili miastowi, a nawet szacowne profesury, wpisując swoje imię i nazwisko pod pracami napisanymi w całości przez doktorantów. Pstryk. Sami tu złodzieje – różnica tylko w białym kołnierzyku. I choć między „swoimi” wiedza ta nie była tajemna - punktem honoru każdego rzezimieszka było zachowanie jej w poufności względem „obcych”, w tym w szczególności w odniesieniu do straży miejskiej.

Przewina wśród własnego grona była zaś o tyle niebezpieczna i głupia, że przeważnie spotykała się z brakiem zrozumienia i akceptacji. No chyba, że powodem agresji na „swoim” była causa, która w świetle Kodeksu była uzasadniona. To zmieniało postać rzeczy. Za takową uważana była przede wszystkim zdrada „swoich” i kolaborowanie z miastowymi. Kodeks był prosty. Dlatego był przestrzegany. Choć nikt go nigdy nie spisał.

- To ile tego mamy? – zapytał Mały Joni gdy usiedli przy stole.

- I co f’ukien pijemy? - szybko dodał z uśmiechem. Mały Joni, w przeciwieństwie do brata bliźniaka o tym samym imieniu, lecz pozbawionego wspomnianego przydomka, wcale nie był drobnej postury. Swoim rozmiarem i szerokimi barami przewyższał nawet samego Darko. Złośliwi twierdzili, że przezwisko zawdzięczał małemu rozumkowi. Faktycznie coś było na rzeczy.

Mniejszy z braci, nie dość, że przejawiał oznaki posiadania błogosławieństwa inteligencji, to jeszcze potrafił być okrutnie dowcipny.

Wypowiedzi jego mocarniejszego odpowiednika świadczyły zaś o tym, że jego jaźń i żywot ograniczone były jedynie do spełniania fizjologicznych potrzeb i lojalnego słuchania się brata - bez zbędnego słowa sprzeciwu. Poczucie humoru było zaś u niego równie toporne jak twarda rzeźba jego lica. Rozważania na tematy ambitniejsze niż podstawowe, nie mówiąc o dumaniach o czysto abstrakcyjnych tematach - były w jego malutkim pomyślunku niezbyt częstym gościem. Dlatego też podejrzenie braku pokrewieństwa po mieczu były hipotetycznie uzasadnione. No gdyby nie ta zbieżność daty urodzenia. Wątpliwość ta nie powstała w umyśle rodziców chłopców, skoro bracia przyszli na świat niemal w tym samym czasie. Mały Joni miał jednak tego pecha, że wyszedł z łona swej matki o godzinę za późno. No ale za to ważył 6 kg a Joni tylko półtora.

Darko ponownie zaczął liczyć, wykorzystując do tego wszystkie posiadane palce. Niektóre użyć musiał nawet kilkukrotnie – i to nie tylko z powodu pomyłki w obliczeniach. Skradziona sakiewka zawierała 18 geldów, 12 srebrnych talonów i 30 brązowych. To był majątek. Największy zdobyty przez nich kiedykolwiek łup. Po złożonym zamówieniu, zostało im jeszcze pełno monet do wydania.

- No to ile mamy geldów szefie – poparł pytanie Małego Joni, Ronni.

- Sześć zostało talonów. …i cztery geldy! – odparł zapytany. No i to co idzie na koszty. - Trudno będzie to podzielić, ale niech będzie moja strata. Macie po jednym geldzie – powiedział Darko, wykładając pieniądze na stół. No z pominięciem tych, które wcześniej schował do swojej sakwy.

Jak wspomniano wcześniej - nauki ekonomiczne wypił on z mlekiem matki.

- Superancko – ucieszył się na głos Mały Joni.

- Znowu nas ten złodziej wyruchał – pomyślał po cichutku, niemal w tym samym czasie jego brat bliźniak.

To samo łono - a tak inna perspektywa.

Wkrótce też podano jedzenie i picie. Wieczór zapowiadał się wesoło i beztrosko. No poza tym, że Joni czuł jak rośnie mu w środku wkurw na Darko.

- Ale jak se przypomnę ten dowcip, co żeś powiedział, jak ten grubas się wykopyrtnął… To się od śmiechu powstrzymać nie mogę – stwierdził fakt Mały Joni. W rzeczywistości myślał o nim całą drogę i dopiero teraz zrozumiał, że to był żart.

- No, ten taki śmieszny! Co żem rechotać zaczął. Aż mi się na samą myśl śmiać aż chce. Ino tera nie pamiętam w ogóle o co to chodziło…? – zaczął się drapać po głowie Mały Joni. Niestety ruch ten nie poskutkował cofnięciem się owej amnezji. Miodula wraz z gulaszem w idealnym momencie zawitały jednak na stół, przerywając młodzieńcom dalsze rozważania i pogaduszki. Wszystkim jednocześnie zaczęła w ustach lecieć ślinka.

- Głosić będzie porzekadło: z nieba spadło nam te sadło! Prosto w zasadzki imadło. A po ciosie - wnet upadło. Dzięki czemu mamy jadło! – zaczął wesoło rymować Joni.

- Jeszcze! Jeszcze! Dajesz! – dopingował Ronni, trzymając się ze śmiechu za szczęśliwszy, bo ogrzany zawartością chochli brzuszek.

Joni nie potrzebował dodatkowej zachęty. Wskoczył na stół, po czym nieco głośniej kontynuował:

- Grubas wielki a nie mały! Poczuł głową dotyk pały! Aż mu na wierzch wyjszły gały! I się przy tym posrał cały!

Chłopcy gromko zaczęli rechotać podnosząc w górę gliniane kufle.

- Wieprzek był to oraz świniak! Ma na głowie wielki siniak! Przydałby mu się tera śliniak! My zaś walim dobry winiak!

- Ale to miodula jest Joni – ze zdziwieniem stwierdził jego bliźniak.

Joni wzruszył ramionami, uznając że nie warto wyjaśniać bratu, że powiedział tak dla rymu, bo potem musiałby mu wyjaśnić co to znaczy rym. Spojrzał tylko na brata z politowaniem i kontynuował.

- Miał on sakwę przy swym pasku. Winien chodzić zatem w kasku. Dostał po łbie trzasku! Prasku! Nie narobiąc wogle wrzasku! Leży tera w tej niedoli. I nic jeno se biadoli. Że go kto z geldów ogolił! A nas to całkiem pierdooooli!

Po dłuższej salwie śmiechu, na stół wskoczył Darko. Gestem ręki skierowanej w stronę Joniego dał mu znać, że teraz on chce coś powiedzieć.

- Gang to Darko czyli Darki. Kupcom robią w zębach szparki! Aż im ciekną z nosa smarki! A my pijem het browarki! Zęby tracą chamy snadnie! Gdy ich gang Darko dopadnie. Zara po tym wnet okradnie! Lej mi miodu bo mam na dnie! – krzyknął w stronę gospodarza. Pozostali chłopcy dołączali się do tych słów – bo był to wierszyk spajający ich wszystkich w grupę. Darki. Jak smarki, tylko że prowadzone przez Darko – najbardziej odważnego i bezczelnego młokosa z nich wszystkich.

Kończąc ów wierszyk, Darko zerkał kątem oka na Joniego. Ten zaś zamiast się dołączyć do wierszyka jak reszta, ostentacyjnie patrzył w dal obojętnym wzrokiem i udawał że pije z kufla.

- Dajcie mu miodu gospodarzu! Na mój koszt! – krzyknął jeden z oprychów grających w Palce. - Śmiesznie gada przynajmniej chłopak, a nie po próżnicy jakie popeliny wywrzaskuje – uzasadnił swą decyzję kompanowi.

- Kupcom łamać trza kulasy, to są chamy i kutasy, my zaś w Niebie same asy, co nie sknerzą na miód kasy! – od niechcenia powiedział Joni. Teatralnie skłonił się przy tym do nieznajomego, dziękując za dzban miodu, który pojawił się przy stole chłopców, dając do zrozumienia, że to nagroda za jego wykon - a nie Darko.

Joni powolnym ruchem przechylił dzban, który leniwą stróżką zaczął napełniać Miodulką jego kufel. Cała sala patrzyła w jego stronę, ze zdziwieniem obserwując jego przykuwającą wzrok pozę.

Joni zaczął szeptać.

- Tłustych kupców wybatorzę! Wszystkie panny wychędożę! Mówię tak - o każdej porze. Tak mi pomóż moje Boże! Z kupców jeno zrobim trupy! Lać ich będziem w tłuste dupy! Aż im się porrrrrrobią strupy.

Nagle dynamicznie powstał, wywołując odruchowe wzdrygnięcie u obecnych. Joni wesołym głosem zaczął mówić:

- Podaj Ronni tej tu zupy! Tak się bawi kompanija! Groźna niczym jaka żmija! Co bawełny nie owija! Ino beczki miodu spija!

Wieczór zakończył się tak jak i rozpoczął.

Wesoło i beztrosko. I wymianą ukrytych fal nienawiści pomiędzy Jonim a Darko.

Jak łatwo się przy tym domyśleć, chłopcy nie poprzestali na trzech dzbanach Mioduli. Ani na dziesięciu.

Darko miał o tyle dobrze, że nocował na miejscu - na piętrze gospody. Gospodarz wiedział bowiem jak sprawić by zorganizowana w grupę klientela wracała do jego lokalu. Tego kto przyprowadził do lokalu trzeba podwójnie ugościć. Pozostali chłopcy musieli udać się do stajni, co w przypadku Joniego i Wisela oznaczało, że ktoś musiał ich tam zanieść. Tradycyjnie był to Mały Joni.

Jeśli chodzi o tego pierwszego, utrata świadomości była już w zasadzie rodzajem tradycji, kultywowanej po każdej skutecznej akcji. Młodzieniec ewidentnie nie uczył się na swych błędach, mimo, że za każdym razem solennie obiecywał poprawę.

Tak to już jednak jest z obiecankami.

A Prawda jest tylko w Czynach. Bo Słowa następnego dnia stają się tyle warte, co skacowany oddech je wypowiadający. I tak to już jest, gdy brak jest autorytetu, który w odpowiednim momencie, najlepiej za pośrednictwem dobrego przykładu a nie rózgi wbiłby właściwy wzorzec działania.

Chłopcy korzystali zaś ze swobody beztroski. Bo nikt nie widział co robią, lub też ten kto patrzył, udawał - że nic nie widzi. Ich dewizą było żyć odważnie, bawić się do upadłego, brać wszystko co można wziąć i niczego nie żałować. Tak się właśnie rodzą patologie. Albo legendy. Mówią przecież, że rozsądni żyją długo.

Reszta ma zaś szansę na to by żyć wiecznie.

W przeciwieństwie do nocnych wydarzeń, moment porannego wytrzeźwienia okazał się dla Darko szczególnie nieprzyjemny. I to nie z powodu bólu głowy wywołanego przez Miodulę. Choć owszem - empirycznie zbadano, że jej nadużycie z reguły wiązało się z konsekwencją bolącego czoła. Nie mówiąc o znaczącym nad-nadużyciu, gdy przyjemność ta wiązała się nieraz z utratą analnego dziewictwa, sakiewki, a w skrajnych przypadkach możliwości dożycia kolejnego dnia. Przez poranne wytrzeźwienie, należy mieć nadto na myśli polibacyjną pobudkę koło południa.

Jako szef młodocianego gangu, Darko mógł pozwolić sobie na luksus spania po każdej udanej akcji w prawdziwym łóżku. W końcu jakieś benefity ze sprawowania zarządu trzeba mieć. A przynajmniej tak uważa większość osób na kierowniczych stanowiskach.

Cena wynajmu pokoju na ulicy Wesołej poza sezonem nie była wygórowana. Kartel dbał bowiem, by żaden gospodarz nie dopuścił się zbrodni dumpingowej ceny i nocleg wszędzie kosztował tyle samo: cztery srebrne talony za dobę. Co mądrzejsi zaczęli więc konkurować jakością, co w praktyce oznaczało głównie nieco mniej pluskiew. Za jednego gelda można było przespać prawie miesiąc, choć przy tańszej taryfie część komfortu stanowiło już siano w stajni.

Na ulicach wolno było koczować wyłącznie w Niebie. Straż miejska zapuszczała się tam tylko w ostateczności, bo niemal każda wizyta mogła skończyć się zamieszkami, a spotkanie ze znudzonym rąbajłą - pogrzebem patrolu. Komendant Matteotti wyznawał więc rozsądną zasadę: nie kusić losu. Straż pilnowała głównie zachodniej bramy i murów.

Wracając jednak do gospody (ach to ADHD narratora):

Darko myślał właśnie, że ma się wcale nieźle. Wygodne łóżko współdzielone ze stosunkowo niedużą ilością pluskiew, dawało mu chwilowe poczucie sukcesu. A miska wody, dwie szafeczki i taboret sprawiały, że wyglądało to nawet i całkiem luksusowo.

Pozostała czwórka podrostków, musiała zadowolić się noclegiem na sianie, w przylegającej do oberży, stajni, pełniącej jednocześnie funkcję chlewa. Na ich szczęście, w tejże chwilowo brak było licznej trzody, a ściślej - jedynym zwierzęciem stacjonującym w stajni był wałach właściciela. Powyższe dawało zatem względnie komfortowe warunki do snu, zwłaszcza, że muchy i komary koncentrowały się głównie na jego zadku.

Co jednak istotne – jak niektórzy z tych co dożyli i wydumali po wielu latach – to, że tej nocy spali w innym miejscu niż Darko, pozwoliło im… uniknąć jego losu.

Z drugiej zaś strony - ostatecznie zapędziło ich do Zakazanego Lasu, o którym była mowa na początku tej historii.

Z dwojga złego nie wiadomo jednak który scenariusz byłby dla nich… lepszy.

Oto bowiem zadziałał… Nietypowy Splot Wydarzeń. Pstryk. To taki Plot Twist.

Opisany na początku tego Nietypowego Splotu Wydarzeń pechowiec, a to tłusty kupiec Beniamin, który – summa summarum – nakierował czwórkę chłopców pod zamkniętą żelazną bramę – okazał się nie być prawdziwym handlarzem. I to mimo tego, że nieprzypadkowo tak wyglądem jak i swoim zachowaniem owego naśladował. Nie oznacza to oczywiście, że każdy handlarz po udanym interesie spijał się jak wieprzek i krzywym krokiem kroczył od jednego burdelu do drugiego.

Ów jednak bohater, co stanowiło dla niego źródło nieszczęścia, wpisał się w tenże stereotyp. I to w zasadzie nieświadomie – bo po prostu nagle zachciało mu się ciurlać – a nie dlatego, że tak perfekcyjnie chciał odegrać rolę, w którą się dla niepoznaki wcielił.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij