Hordy Yrkes. Tom 2. Trylogia Deina. Kroniki Dwuświata - ebook
Hordy Yrkes. Tom 2. Trylogia Deina. Kroniki Dwuświata - ebook
Hordy Yrkes to drugi tom trylogii Deina, będącej sequelem wobec trylogii Mitrys. Opisuje czasy inwazji Yrkes - magicznie ukształtowanych kreatur, które wraz z Semaelem przenikają na Amadal.
Arcykapłan Ulyj odtwarza Łzy Lyje, pradawny naszyjnik bogini Światła. Artefakt z czasów Wojny Bogów otwiera portal do Yllusium – innego wymiaru Wieloświata. Przez szczelinę wdzierają się makabryczne Hordy Yrkes, prowadzone przez bezlitosnych czterorękich Zyrkenów. Tym razem Mroczny chce za wszelką cenę wypełnić zobowiązania Paktu Duszy, zawartego z Nemeth - bóstwem nekromancji.
Czy niedobitki Gwardii Słonecznej zdołają podnieść się z popiołów? Czy Dein okiełzna czającą się w nim mroczną bestię, zanim ta pochłonie jego duszę? Co uczynią Noran i Bruneira w obliczu powrotu Semaela?
Mrok nadchodzi… i nic nie powstrzyma marszu śmierci.
Nic nie jest oczywiste, wszystko się zmienia, wszystko wpływa.
Trylogia Deina w cyklu Kroniki Dwuświata to klasyczna epicka high fantasy z wyraźnymi elementami dark fantasy, osadzona w bogato skonstruowanym uniwersum o głębokiej mitologii, wyraźnym konflikcie ideowym (Światło vs. Mrok) i realistycznie przedstawionych strukturach społecznych oraz politycznych.
To militarno-epicka fantasy osadzona w rozbudowanym, magicznym świecie. Śledzimy w niej losy młodego Deina, który w czasach konfliktu sił Światła i Mroku, przechodzi drogę od idealistycznego rekruta do wybitnego wojownika elitarnej jednostki zwanej Gwardią Słonecznej. To opowieść o lojalności, poświęceniu i wyborach moralnych na tle wojny, polityki i pradawnych sekretów zadziwiającego Dwuświata.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: | brak |
| ISBN: | 978-83-974953-4-0 |
| Rozmiar pliku: | 3,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
DAR BOGINI EA
Szczupła postać osłonięta śnieżnobiałym płaszczem z kapturem wyciągnęła otwartą dłoń. Trzy leżące na niej monety zwane słońcami wystarczyłyby na zakup dobrego konia. Siwiejący kapłan bogini Ea skwapliwie zgarnął kruszec.
– Światłość z tobą, pani. Wejdź do kręgu. – Wskazał przybyłej drogę.
Kobieta skinęła głową i wkroczyła pomiędzy potężne obeliski okalające kolejny szereg centrycznie ułożonych głazów. Wyryte na nich runy jarzyły się na zielonkawo, pulsując w rytm śpiewnych inkantacji. Zebrani wokół druidzi nucili mistyczną pieśń przywołania pogrążeni w hipnotycznym uniesieniu. Blask pogodnego dnia kontrastował z czernią rozległego pogorzeliska, wśród którego miejsce kultu społeczności Cellarów jawiło się jako osamotniona oaza soczystej zieleni.
– Wszechmatko wszelkich krain, usłysz nasze żarliwe modły i wyznania wierności. – Przygarbiony mężczyzna położył sękate dłonie na gładkiej bryle lazurowej skały usytuowanej w samym środku leśnej świątyni. – Przybądź do nas, żyjących w zgodzie z naturą, by otoczyć nas łaską.
Impuls oślepiającego błękitu przemknął z trzaskiem wyładowania po powierzchni ołtarza. Nieopodal, w fałdzie marszczącego się powietrza, szybko rozrosła się jaśniejąca szczelina. Z chwilowego rozdarcia materii wyłoniła się majestatyczna, rozświetlona refleksami Arsumka. Blondwłosa, w długiej, eleganckiej sukni o głębokiej srebrzystoturkusowej barwie, stąpała lekko, niemal unosząc się nad ziemią.
– Cóż sprawiło, Elwirze, że znów wezwałeś mnie do tego przerażającego, przesiąkniętego smutkiem niedawnej tragedii sanktuarium? – zapytała z zauważalną ostrożnością.
Starzec pokłonił się wyjątkowo pokornie i zastygł w głębokim pochyleniu bez słowa. Ea wyczuła niepewność swego sługi, lecz natychmiast przeniosła uwagę na osobę drastycznie zaburzającą aurę azylu.
– Kim jesteś?! – Emanująca gniewem bogini wyciągnęła oskarżycielsko palec ku stojącej nieco na uboczu nieznajomej. – Co robisz w świętym miejscu, istoto skażona Ciemnością?!
Wskazana opadła na kolano, skrzyżowawszy ramiona na piersi w wyrazie uległego szacunku.
– Światłość z tobą, Wszechmatko.
Kruczoczarne włosy wysypały się na ramiona mówiącej, gdy zsunęła z głowy materiał.
– Noszę imię Bruneira, ale zwą mnie też Matrihar-erg lub panią Śnieżnego Azylu. Strażnicy gaju zakłócili twój spokój na mą usilną prośbę. Racz wybaczyć im… i mnie tę śmiałość. Przybywam tu jednakże z wielką prośbą, ale także propozycją.
Objawiona zmarszczyła brwi, po czym skoncentrowała wewnętrzne zmysły rozpoznawania magii. Przez moment wnikliwie oceniała pasma Mocy oplatające rozmówczynię.
– Nie zwykłam spełniać próśb tych, którzy odrzucili Światłość. Jakaż to sprawa może wiązać śmiertelną istotę ze mną, która tworzę sobą to dominium? – W tonie pytania obok wrogości pojawiła się nutka zaintrygowania. – Nawet będąc szczodrze obdarzoną, cóż mogłabyś mi zaoferować?
Bruneira zbliżyła się z wyrazem zagadkowej satysfakcji.
– Eliminację wpływów Nemeth – odparła, zachowując pewność siebie, ale również pokorę.
Zatoczyła ręką łuk, wskazując rozciągające się wokół sakralnej budowli zgliszcza. Swąd spalenizny wciąż był wyczuwalny mimo upływu wielu dni.
– Eania powinna być wolna od okrutnych żądz bóstwa nekromancji i jej nikczemnych uczynków.
Ea zastygła w nagłym skupieniu. Na jej szlachetnym obliczu niedowierzanie przeplatało się z nieśmiałymi przebłyskami nadziei. Wymownym gestem zniecierpliwienia rozkazała druidom, by się oddalili.
– Dawno nie słyszałam, by ktoś nazwał wasz świat tym mianem. – Nieśmiertelna przyjęła swobodniejszą pozę, gdy zostały same.
– Rzeczywiście, mieszkańcy obu kontynentów zwykle nazywają go Dwuświatem. Większość nawet nie wie, że istnieje inna, bardziej prawidłowa nazwa. – Bruneira wzruszyła ramionami. – Mój przypadek jest bardzo prozaiczny. Jestem Merkonem Konfederacji Wieloświata reprezentującym właśnie nasz wymiar. Na tamtym forum „Eania” to jedyny i oficjalny termin, kiedy mówi się o Elise i Amadal.
Brwi Arsumki uniosły się ze zdumienia. Ponownie otaksowała mówiącą ze szczególną wnikliwością. Bruneira wyjęła z dekoltu łańcuszek, na którego końcu zaczepiono kanciastą bryłę srebrzystego metalu.
– Klucz Eolów… – szepnęła Ea w osłupieniu.
– Zgadza się. To sześcian wymiarów podobny do tego, jaki podarowałaś Najstarszemu, by ten zastawił pułapkę na buńczucznego Semaela i tym samym pokrzyżował plany krótkowzrocznej Nemeth. – Czarodziejka pozwoliła sobie na delikatny uśmiech, widząc szok na obliczu bogini. – Cóż, gdy podróżuje się między sferami, wie się to i owo.
W oczach Nieśmiertelnej błysnęła nieufność.
– Od kiedy to Eania, będąca jedynie Krańcem Wieloświata, ma ten przywilej, by posiadać własnego Merkona na forum Konfederacji?
– Cóż, to świeża sprawa. Nadano mi uprawnienia zaledwie półtora wieku temu.
Zapadło chwilowe milczenie. Ea założyła ręce na piersi, rozważając usłyszane słowa.
– Co masz na myśli, mówiąc o eliminacji tutejszych wpływów Nemeth? – odezwała się po dłuższej zadumie.
– Co najmniej jej rezygnację z ingerowania w nasz wymiar. Być może nawet osłabienie na tyle, by nie odważyła się ci przeciwstawić.
Świetlista mruknęła cicho do siebie. Rozejrzała się wokół dyskretnie.
– Jak chcesz to osiągnąć?
– Mam we władzy wyjątkowo zdolnego półczłowieka, półdemona, w którego żyłach płynie błogosławiona krew. Dwie dekady szkolenia wystarczyły, by stał się najgroźniejszą bestią w całej Eanii, ale też poza nią.
– Nawet najwaleczniejszy wojownik nie zdoła się przeciwstawić choćby najsłabszemu bóstwu w bezpośredniej konfrontacji. – Wszechmatka zacisnęła usta z grymasem zawodu.
Bruneira przyznała rację wyważonym potaknięciem.
– Dlatego zamierzamy zastawić nieoczywiste sidła. – Skryła z powrotem artefakt umożliwiający przedostawanie się do innych światów. – Jak uczy historia, sojusz przebiegłego Semaela i potężnej Arsumki nie jest niezwyciężony. Rzekłabym nawet, że potrafią ponieść absurdalną porażkę, najwyraźniej nie stanowiąc zgranej pary. Zresztą nie oni pierwsi i nie ostatni wśród mocarzy.
– Przyznaję – rzekła cicho Ea i zmrużyła delikatnie powieki. – Wciąż jednak to ogromne wyzwanie. Chyba nie chcesz popełnić tego samego błędu pychy i zlekceważenia przeciwnika co oni?
Władczyni skrytego wśród Gór Zębatych azylu energicznie uniosła dłoń w zaprzeczeniu.
– Akurat o to możesz być w pełni spokojna, o bogini. Mam w zanadrzu coś, co pozwala mi na przemyślane i niezwykle rzetelne przygotowania.
Świetlista zapytała samym wyrazem twarzy.
– To pewna księga. – Kąciki ust Bruneiry powędrowały w górę. – Jedyna, której obawia się całe Arsum.
Ea wciągnęła gwałtowniej powietrze. W jej błękitnych oczach mignął cień podziwu.
– Czegóż oczekujesz w zamian? – zapytała z rezerwą.
Czarodziejka przełknęła ślinę, podeszła do monumentalnego ołtarza i delikatnie dotknęła połyskliwego kamienia.
– Czegoś, co mogę uzyskać wyłącznie od uosobienia natury i patronki życia. – Smutny wzrok Bruneiry wypełnił się żarem błagania. – Twego Daru.
Zaskoczona Wszechmatka cofnęła się bezwiednie o krok.
– Zdajesz sobie sprawę, o co prosisz?! – fuknęła gwałtownie z niedowierzaniem. – Życie jest owocem Światła. Mrok ma całkiem odmienne, wręcz przeciwstawne przywileje.
– A jednak jesteś matką wszystkich Eanian. Niezależnie od Bramy, do której pokierują ich czyny.
Bruneira rozłożyła ręce w geście bezradności.
– Stworzyłaś nas i wiesz, jak daleko my, ludzie, jesteśmy złożeni, zmienni i skomplikowani.
Bogini pokręciła głową, odrzucając sugestię, po czym wycelowała palec w Matrihar-erg – Tę-Która-Pożera-Ciemność.
– Niech zgadnę: czerpiąc usilnie z Mroku, odnalazłaś długowieczność. Zakładam, że miałaś świadomość konsekwencji tej decyzji. Twe łono nie wyda już nigdy owoców.
Czarnowłosa magini uklękła z widoczną desperacją.
– Czyż nie jest tak, że czasem iskierka światła rozpalona w całkowitej ciemności może ją ostatecznie rozświetlić? – szepnęła z nadzieją. – Przecież nawet ludzkie sądy, jakże niedoskonałe, gdy wydają wyrok za straszliwy czyn, sprawdzają jego okoliczności, by rozpoznać motywy. Jeśli odkryją, że ów postępek, choć zły, był aktem szalonej desperacji kogoś, kto walczył o czyjeś dobro lub działał w odwecie za jeszcze straszniejsze rzeczy, których sam doświadczył, potrafią zmienić werdykt.
Ea zaplotła ramiona na piersi i zacisnęła usta.
– Nie toczy się tutaj rozprawa nad twą osobą – odparła twardo. – A ja nie znam twych motywów.
Bruneira pochyliła się, aż jej czoło dotknęło ziemi w bezgranicznym uniżeniu.
– Jeśli to ma zmienić ocenę mej prośby, otworzę w pełni umysł, byś mogła poznać moje losy od samego poczęcia. – Wyczuwalne cierpienie wypełniało ciche słowa oddania. – Czego doznałam, co mnie ukształtowało i dlaczego jestem dziś taka, jaka jestem.
– Nawet jeśli uznałabym wartość w pobłogosławieniu cię… – Wszechmatka się zawahała. – Twój czas na potomstwo bezpowrotnie przeminął.
– Wypowiedz decyzję i ukaż prawdziwą naturę twej boskości, bym wiedziała, kim naprawdę jest bogini Ea! – wykrzyczała Bruneira z rozpaczliwą determinacją.
Arsumka wpatrywała się w proszącą płonącym wzrokiem. Milczała długi czas. Nieoczekiwanie westchnęła głęboko, jakby z rezygnacją. Potoczyła ciężkim spojrzeniem po spalonym wokół kręgu gaju.
– Pomogę ci, jeśli dotrzymasz słowa i uwolnisz Eanię od Nemeth.POPIOŁY I GNIEW
Era Miecza, rok 37, kontynent Amadal
Dein wpatrywał się w leżącą nieruchomo Morienne. Otwarte oczy łuczniczki wydawały się martwe. Wśród wszechobecnej w jej ciele mrocznej magii wyczuwał mały punkt znacznie głębszego Mroku. Ten był czystą furią, nienawistny i o wiele potężniejszy. Pulsował niczym niezależny byt i szybko rozprzestrzeniał się, wchłaniając czerń wiążącą truciznę. Gwardzista bez trudu rozpoznał w nim własne przekleństwo, z którym przyszło mu żyć od urodzenia.
„Jednak skaza z mojej krwi zdążyła przeniknąć, zanim serce Mori stanęło” – uchwycił się upartej nadziei. „I najwyraźniej nie uznaje dzielenia się władzą z niczym innym”.
Pociemniałe piętno zaklęcia widoczne w nabrzmiałych żyłach ofiary stopniowo bladło, aż w końcu skóra Myriadki znów stała się czysta, z naturalnym błękitnym zabarwieniem.
„Dajmy zatem dziedziczce Ragonarów szansę na uczciwą walkę z bestią”. – Pochylił się nad wojowniczką i przytknął złożone dłonie do okolic jej mostka. „Zanim będzie zmuszona opanować Milczącą Pieśń jak ja”.
Zaczął rytmicznie uciskać klatkę piersiową otrutej, przerywając jedynie na moment, gdy wdmuchiwał powietrze w jej rozchylone usta. Powtarzał tę energiczną czynność raz za razem, starając się działać dokładnie tak, jak nauczyła go w dzieciństwie matka. Mimo nieustających wysiłków Morienne nie odzyskała tętna. Zrozpaczony Dein przesunął palce bezpośrednio pod biust dziewczyny, skoncentrował się na prostym zaklęciu i uderzył czystą Mocą. Mięsień serca skurczył się i rozkurczył, potem ponownie i ponownie, utrzymując słaby, lecz regularny, podwójny takt. Dagengulczyk wyprostował się i odetchnął z wielką ulgą.
– Światłości, jak tyś tego dokonał? – wyszeptał zdumiony Grywen, po czym krzyknął donośnie: – Generale! Pomocy!
Lijam pojawił się natychmiast. Cierpienie na jego poszarzałej twarzy było jednoznacznym dowodem, że ciągle toczy wewnętrzny bój ze śmiertelną trucizną.
– Mori wciąż żyje – rzucił Dein. – Magia spojona z jadem wygasła, ale sama trucizna nadal stanowi dla niej zagrożenie.
Dowódca błyskawicznie przyklęknął nad wojowniczką, której spojrzenie wypełniało się powracającą świadomością. Odkorkował flakonik i przechylił go pionowo nad jej ustami. Nic nie wypłynęło z naczynia. Słoneczny trzymał je jednak, cierpliwie czekając. Dopiero po dłuższej chwili z brzegu fiolki kapnęła jedna kropla gęstego płynu, potem druga i trzecia.
– Miałem tylko małą porcję tego rzadkiego specyfiku. Zużyłem ją sam, ale nawet tak niewielka resztka leku może przechylić szalę. – Podniósł się i rozejrzał po dziedzińcu warowni. – Przenieście ją do mojej izby. Tam będzie łatwiej doglądać naszej towarzyszki.
Grywen zareagował szybciej niż Dein. Wziął dziewczynę na ramiona z taką łatwością, jakby nic nie ważyła, i skierował się ku kwaterze dowódcy. Dagengulczyk ruszył za nim, lecz Lijam go powstrzymał.
– Potrzebuję cię tutaj – wychrypiał generał i potoczył przesyconym bólem spojrzeniem po leżących wokół poczerniałych trupach. – Każdemu z nich należy się godne pożegnanie, a została nas garstka.
Dein uderzył się regulaminowo pięścią w pierś. Przez długi czas razem z Grywenem, Issurilem i paroma gwardzistami, którzy w trakcie tragicznej wieczerzy patrolowali mury, znosili pomordowanych i układali ich w kilku rzędach. Działali metodycznie, w milczącym przygnębieniu, aż dziedziniec zapełnił się leżącymi niemal całkowicie. Koszarowy pies przycupnął przy jednym z przykrytych płaszczem ciał, jakby chciał nadal chronić swego pana. Niedowierzanie i odrętwienie wywołane zbrodnią spowijało zwykle surowe oblicza grupki wojowników. Lodowaty wiatr studził rozgrzane wysiłkiem mięśnie. Głośne krakanie gdzieś nad ich głowami zakłócało nocną ciszę warowni. Dein stał nad zwłokami Mallora, bezskutecznie starając się ignorować gorycz wyboru, którego dokonał, kiedy uratował Morienne zamiast biloka. Wiedział, że ta strata w morzu wszystkich innych dotknie go najgłębiej.
„Jak mogło do tego dojść?” – powracające pytanie raniło nieustannie, podtrzymywało jednak umysł na powierzchni oceanu beznadziei. „W twierdzy nie przebywa nikt poza Słonecznymi, zatem jedynie któryś z naszych byłby w stanie zatruć jedzenie. Ale kto zdradziłby swoich towarzyszy?”
– Nie ma tylko Kavena. – W wypowiedzi Grywena przyglądającego się w półmroku spisowi gwardzistów wybrzmiał złowrogi ton.
Chłopak drgnął i zmarszczył brwi, usłyszawszy ukrytą insynuację mieczowego. Olbrzym najwyraźniej podążał podobnym tokiem rozumowania.
– Za dnia łatwiej nam będzie przeszukać zamek. Być może… – Dopuszczenie się zdrady przez cenzora kadetów przerastało Deina.
Wielkolud mruknął i schował kartę pergaminu. Nie odezwał się. Wstający świt zastał ocalałych na czuwaniu przy zmarłych. Jeden ze starszych Słonecznych przystawał przy każdym nieboszczyku, by zmówić modlitwę poległych. Dein zerknął w stronę słońca nieśmiało wschodzącego nad murami, po czym ruszył ku izbie Lijama. Morienne leżała na łożu z zamkniętymi powiekami, wyglądając, jakby drzemała. Jej płytki oddech był ledwo zauważalny.
„Uratowałem ci wprawdzie życie, ale nie wiem, czy będziesz zadowolona z tego, jak ono się zmieni” – pomyślał z piekącym niepokojem w sercu. „Ja przynajmniej mogłem się przyzwyczaić do skrywanego Mroku od małego. Mam nadzieję, że mnie nie znienawidzisz”.
– Dożyła ranka, zatem wyjdzie z tego. Czarny jadowiec zabija szybko albo wcale – oznajmił Lijam zmęczonym głosem, pojawiwszy się w drzwiach. – Przyjdź do biesiadnej. Czekają was nowe rozkazy.
Dein zacisnął usta, czując w umyśle pustkę.
„Jaki sens ma ich wydawanie?” – Przez bariery rozsądku chłopaka przebiła się rozpacz. „Przecież Słoneczni przestali istnieć”.
Blask bezchmurnego dnia ogrzewał już cały obszar Wiecznej, gdy zasiedli wszyscy co do jednego przy stole. Łącznie dziewięciu pozostałych przy życiu gwardzistów, nie licząc dochodzącej do siebie Morienne. Kavena nie odnaleziono. W świetle faktów uznano go za winnego, szczególnie kiedy odkryto niedawne użycie prowadzącego poza mury zamku tajnego tunelu, o którym wiedzieli nieliczni.
„Światłości, jaka ta izba jest ogromna i cicha” – Dein wyczuwał podobne skrępowanie u pozostałych zgromadzonych przy zaledwie jednym segmencie grubego blatu. „Jeszcze przed chwilą każde z tych pustych miejsc tętniło życiem, gwarem rozmów”.
Nie miał okazji poznać wielu ze Słonecznych przybyłych na wezwanie Oroburka, lecz gdy wczoraj przyglądał się wypełnionej po brzegi sali, był pewien, że zasiada w niej najzacniejsza elita mieczy Amadal. Teraz widział wokół siebie zaledwie kilku przygnębionych wojaków, zdezorientowanych i zagubionych.
– Jest parę kwestii do omówienia – zaczął Lijam zupełnie tak, jakby niczego nie doświadczyli. – Najpilniejszą z nich jest ustalenie naszych dalszych działań w świetle obecnej sytuacji.
– Generale… my… – odezwał się ze słyszalną rezygnacją wysoki brunet z brzydką pręgą biegnącą przez czoło. – Zostało nas jedynie kilku. Co możemy zdziałać, jeśli…
Lijam przerwał mu, unosząc ostrzegawczo dłoń.
– Czy twoja przysięga wobec naszej królowej wygasła, Beronie? – zapytał spokojnie, ale z wyczuwalną groźbą.
Rosły gwardzista zamarł zaskoczony. Przełknął ślinę, zrozumiawszy znaczenie reakcji komendanta.
– Nawet śmierć nie jest w stanie jej zerwać – odparł twardo, lecz ze skruchą na obliczu.
– Doskonale, zatem wróćmy do tematu. – Lijam rozłożył przed sobą wyjątkowo szczegółową mapę Amadal pokaźnych rozmiarów. – Nie damy rady sprawdzić znaczenia Lacrum dla planów Ulyja, ale możemy szybko poznać jego zamierzenia zaraz po tym, jak wykona swój ruch.
– Rozpoznanie pozwoli nam precyzyjnie uderzyć – wyrwał się z impulsywną uwagą Dein.
Generał zaledwie rzucił na niego okiem i lekko przytaknął.
– Rebelia Arrakinów wydaje się obecnie drugorzędna. Priorytetem pozostaje Myriadia, a właściwie Sitlarowie. To miejsca, w których dokonamy wczesnego zwiadu. – Martwy wskazał kościstym palcem parę lokalizacji wokół Lyje-aish. Jak wiecie, struktura królewskiej gwardii składa się poza strażą przyboczną dowodzoną przez Gromira i naszą jednostką z siatki tajnych zwanych Kolcami Korony. Zdobywane przez nich informacje zwykle trafiają najpierw do lorda Leśniada, lecz w sytuacji kryzysowej my także mamy prawo dostępu do nich.
Monotonna wypowiedź generała odarta z wszelkich emocji podziałała na słuchających jak kubeł zimnej wody. Przygarbieni dotąd wojownicy teraz prostowali się coraz bardziej, brali głębsze oddechy. Ich pięści zaciskały się mimowolnie, a spojrzenia wypełniały niezłomność i determinacja.
– Sposób skontaktowania się z każdym ze szpiegów w ustalonych okolicach może zostać przekazany wyłącznie pojedynczej osobie zgodnie z zasadą „jeden tajny, jeden powiernik”. – Lijam potoczył stalowym, pełnym siły wzrokiem po zebranych, jakby wcale nie otarł się dopiero co o śmierć. – Wybrani z was otrzymają poufne wskazówki. Zniszczycie je bezpośrednio po zapoznaniu się z nimi. To, że staną się one chronioną za cenę życia tajemnicą, traktuję jako oczywiste.
Słoneczni słuchali w skupieniu, kiwając jedynie głowami. Charakterystyczny wyraz nieprzejednanej woli wyparł z ich twarzy wcześniejsze zwątpienie. Ulotniło się ono bezpowrotnie.
– Być może utraciliśmy zdolności bojowe jako formacja bitewna w szeregach armii. – Grywen sprawiał wrażenie, jakby myślał na głos. – Ale i tak udział w walnym starciu nigdy nie był naszym przeznaczeniem. Mając do dyspozycji zaledwie hekstę, będziemy działać wolniej i rzadziej, ale nadal zabójczo skutecznie.
Wokół rozległy się pomruki zaciekłego potwierdzenia.
– Słoneczni nie bez powodu opierają się na czteroosobowych squadach. Każdy z oddziałów jest w stanie zadać wrogowi bolesny cios – zgodził się inny z wojowników.
– Tym bardziej kluczowe jest wybranie najważniejszych zadań – uzupełnił Dein, pocierając w zamyśleniu brodę.
– I uformowanie nowych drużyn. – W głosie Berona nie słychać było cienia poprzedniego wahania.
Generał złożył z powrotem mapę. Postukał paznokciami w blat, rozważając decyzję.
– W forcie polowym zostało kilkunastu naszych, ale tylko jeden squad pod bronią. Reszta to weterani w stanie spoczynku z powodu wieku bądź eliminujących ich uszkodzeń ciała. Pozostaną dalej odpowiedzialni za aprowizację i zaplecze, ale tu, w Wiecznej. Zwiniemy całkowicie obóz treningowy i przeniesiemy ich.
– Czy w terenie nikt nie pozostał? – zapytał Grywen, patrząc przenikliwie na Lijama.
Komendant odwzajemnił się nieodgadnionym spojrzeniem.
– Kilku Słonecznych rzeczywiście znajduje się obecnie w różnych lokalizacjach – odparł sucho. – Ale ich sytuacja pozwala ściągnąć tutaj zaledwie jednego. Ma na imię Mateo. Przejmie on funkcję flagowego, jeśli przyjdzie nam walczyć jako jednostka, w co zresztą wątpię. Do końca dnia mieczowi zdecydują o nowych składach bądź uzupełnieniach strat.
Ton wypowiedzi dowódcy sugerował zamknięcie narady, lecz kiedy wojownicy już mieli się podnieść, wysuszony mężczyzna dodał grobowym tonem:
– Żeby nie było wątpliwości, nie zapomnimy tej tragedii. – Lijam potoczył martwym wzrokiem po zebranych. – Ten dzień będzie co roku wspominany w wyjątkowy sposób jeszcze długo po tym, jak dopełnimy należnej sprawiedliwości.
– Przyrzekamy, że dorwiemy Kavena prędzej czy później i zapłaci w pełni… – warknął zwalisty weteran z przepaską na oku, unosząc się gniewem, lecz Lijam wszedł mu stanowczo w słowo.
– Owszem, dopadniemy go, Ulyfie. A gdy to się stanie, przeszyję go mieczem, bo tego wymaga nasz honor. I tyle. – Komendant splótł palce, opierając łokcie na stole. – Przyznaję, jeśli znajdziemy wystarczające dowody, że to on za tym stoi, jestem skłonny wyrazić nawet podziw dla tak wybitnych zdolności szpiega i skrytobójcy utajonego wśród nas najpewniej długie lata. To taki sam wojownik jak my, skutecznie wykonujący swoje rozkazy, tyle że naszych wrogów. Jest za to ktoś inny, kto faktycznie odpowiada za grozę wczorajszej zbrodni.
Odchylił się, a na jego usta wypełzł zadziwiający grymas satysfakcji.
– I ten ktoś rzeczywiście zapłaci w pełni. – W głosie mówiącego zabrzmiało coś tak bezmiernie okrutnego, że otaczający go podkomendni odruchowo się wzdrygnęli.
Po krótkiej chwili zamyślenia twórca Gwardii Słonecznej odprawił ich gestem dłoni.
– Nie dziwię się, że Lijama nazwano Martwym czy Grabarzem – rzucił ponuro Dein, kiedy wyszli na dziedziniec. – Każdy inny zacząłby od tego, co zaszło, pokazał żar zemsty lub ból. A on? Przeszedł do codzienności jak gdyby nigdy nic.
– Uwierz mi, że jeśli każdy z nas doznał wczoraj bolesnej straty, to on doświadczył jej stokroć mocniej – odparł Grywen z głębokim westchnieniem. – Lijam po prostu wie, że to, co się stało, nie może zaburzać tego, co przed nami. Zbyt mocno wierzy w sens dzieła rozpoczętego prawie dwie dekady temu. Tacy przywódcy płaczą wyłącznie ukrytymi łzami.
– Ja też nie szlocham – mruknął Dein, po czym zacisnął zęby. – Jednak wściekłość rozsadza moje krwawiące serce.
Wielkolud przyjrzał się chłopakowi przenikliwie, jakby chciał zajrzeć w jego duszę.
– Wojownik zamienia cierpienie w nienawiść, bo tak jest znacznie łatwiej sobie z tym poradzić. – Niespodziewanie położył wielką dłoń na barku Dagengulczyka. – By stać się wodzem, trzeba iść krok dalej. Najgroźniejsza furia to ta bezgłośna i mroźna, bo okiełznana. Tylko taka uzyskuje morderczą skuteczność.
Dein przełknął ślinę zaskoczony dobitnością wypowiedzi siłacza, zastanawiając się nad jego intencjami.
Ruszyli z pozostałymi, by przygotować pokaźnych rozmiarów stos całopalny.
– Wciąż nie mogę uwierzyć, że Kaven stoi za mordem – wymamrotał Dein, dźwigając z wysiłkiem ciężkie polana. – Był jednym z pierwszych Słonecznych, dbał o wszystkich rekrutów…
– Prości ludzie oceniają prosto – odparł zagadkowo Grywen, taszcząc trzy razy większe partie drewna niż chłopak. – Motywy tych, których naznaczyło życie, uciekają zwykłym osądom.
– Co masz na myśli? – wydyszał Dagengulczyk, zrzucając niewygodny ciężar na środku zewnętrznego placu. – To raczej pewne, że to on. Bo jakież może być inne wytłumaczenie?
– Nie mam pojęcia. – Wielkolud ułożył ostrożnie swój ładunek obok rosnącej pryzmy. – Po prostu zgadzam się z Lijamem, że nawet jeśli to ręce Kavena dodały trucizny do naszego posiłku, to niekoniecznie jego umysł podjął tę decyzję. Kto wie, może jest jeszcze jakiś inny kontekst, który w ogóle nie przyszedłby nam do głowy. A być może nigdy nie poznamy prawdy. W tej konkretnej sytuacji wolę jej nie zgadywać i poczekać na rozwój wypadków.
„Dużo widzi, a jeszcze więcej rozumie” – Dein przypomniał sobie uwagę generała na temat ogromnego mieczowego. „Mam szczęście, że służę pod takim oficerem”.
Słońce stało już wysoko, gdy ukończyli solidny postument. Lijam pojawił się, by ocenić ilość zgromadzonego pod nim opału.
– Zanim ułożymy ciała naszych towarzyszy, odnieśmy symbole ich wiernej służby do Komnaty Pamięci – rozkazał beznamiętnie.
Dein przypomniał sobie, jak wraz z innymi świeżo upieczonymi gwardzistami, tuż po ceremonii zaprzysiężenia, grawerował własne imię na ostrzu noża zwanego Promieniem. Pamiętał moment uniesienia, kiedy otrzymał charakterystyczny sztylet bezpośrednio z rąk królowej Amadal na znak uroczystego dołączenia do Gwardii Słonecznej. Teraz, zebrawszy te swoiste insygnia oddania rodowi Błogosławionych, zeszli długimi schodami w głąb podziemi zamku i dotarli do przestronnej groty. Zatrzymali się w jej centrum – przed szeroką, masywną kolumną błyszczącą w chybotliwym świetle pochodni.
– Są tutaj ich setki! – wyszeptał z przejęciem Dein, patrząc na liczne rzędy broni zawieszonej na gładkiej powierzchni obelisku.
– Trzysta sześćdziesiąt cztery – uściślił Lijam matowym głosem. – Do dziś.
Kościsty komendant osobiście podjął się żmudnego zadania przymocowania zgromadzonych Promieni. Osadzał je kolejno w kamieniu wręcz z namaszczeniem, działając bez pośpiechu i poświęcając pamięci każdego poległego krótką chwilę zadumy. Wyprostowani jak struny Słoneczni przyglądali się owemu pożegnaniu w milczeniu, stojąc bez ruchu, z pięścią przyłożoną do piersi w geście pożegnalnego hołdu. Na obliczach wojowników malowała się rosnąca żądza zemsty.
– Pozostało teraz zbudować pośmiertny szaniec – mruknął Beron mrocznym tonem, gdy wrócili do przygotowanego stosu i leżących obok pomordowanych towarzyszy. – Nie wiem, jak tego dokonamy, bo choć platforma wydaje się rozległa i solidna, to trucheł jest zatrważająco wiele.
Odpowiednie ulokowanie zwłok faktycznie okazało się nie tylko długotrwałe, ale też wymagające skupienia i uważności. Ogień podłożono późno po zmroku. W pewnym momencie, gdy żar spopielił już część ciał, na dziedzińcu niczym zjawa niespodziewanie pojawiła się Morienne. Wspierając się solidnym kosturem, zdążała powoli i z mozołem w stronę olbrzymiego ognia, powłócząc nogami krok za krokiem. Na jej pobladłej z cierpienia twarzy malowała się zaciętość i coś jeszcze, czego nigdy wcześniej nie było. Jakiś złowrogi, nienawistny cień. Żaden ze Słonecznych nie odważył się ruszyć jej z pomocą – doskonale wiedzieli, jak zareaguje. W końcu stanęła w ich gronie i utkwiła wzrok w czerniejących pozostałościach.
– Niewiele brakowało, a leżałabym razem z nimi w płomieniach.
Szorstka wypowiedź Myriadki pozostała bez komentarza.
– Ponoć to znowu twoja zasługa, sianowłosy.
Dein burknął coś pod nosem, unikając jej spojrzenia. Wyczuwał w wojowniczce pulsujący znajomy Mrok, nawet kiedy na nią nie spoglądał. By skierować uwagę na bezpieczniejszy temat, odezwał się szybko:
– Nie wiedziałem, że zwłoki gwardzistów są palone.
– Żyjemy w świecie magii. – Ciche, pełne wysiłku słowa łuczniczki zabrzmiały jak szelest pergaminu. – Lepiej, gdy ciało znika całkowicie i bezpowrotnie.
– Masz na myśli, że ktoś mógłby chcieć ożywić któregoś z nieboszczyków, gdyby dorwał się do jego kości? – zapytał z niedowierzaniem Dein i zastanowił się krótko. – Słyszałem kiedyś od Gurta, bliskiego mi Ghalla pożerającego wiedzę z setek dziwacznych ksiąg, że dusza nigdy nie zapomina swego materialnego dopełnienia.
– Nikt nie da rady ściągnąć z powrotem do naszego świata zmarłego, który raz przekroczy którąś z Bram – orzekł stanowczo zwalisty gwardzista.
Morienne cmoknęła, wyrażając wątpliwość.
– Żaden mieszkaniec Eanii nie potrafi tego samodzielnie. Przynajmniej o ile mi wiadomo – zgodziła się częściowo. – Ale Nieśmiertelni władają Arsum niepodzielnie, a tam przecież prowadzą wszystkie Bramy poza tą do Otchłani. Historia pamięta zaś różne przypadki umów między kimś stąd a kimś stamtąd. Choćby Semael. Pakt Duszy z boginią Ciemności przesunął znacząco granice jego możliwości wpływu na znany nam porządek rzeczy.
Nikt nie zakwestionował budzących grozę słów. Niespodziewanie Myriadka jęknęła, upuściła kij i chwyciła się za skronie z paroksyzmem udręki na obliczu.
– Co się dzieje, Mori? – Dein doskoczył do niej przestraszony i podtrzymał ją, kiedy się zachwiała.
– Moc! Niewyobrażalna… – Intensywnie masowała skórę głowy. – Rozbłysła gdzieś daleko na północy. Przeniknęło mnie echo jej potężnego tąpnięcia.
– Co sprawia, że ją wyczuwasz? – Grywen przyglądał się łuczniczce czujnie ze zmarszczonymi brwiami. – Jesteś Medivem, nie Archontem.
Morienne oddychała głęboko i szybko niczym ryba wyjęta z wody, mocno wspierając się na ramieniu Dagengulczyka.
– To magia Lyje w czystej postaci, a my, Myriadzi, jesteśmy jej dziećmi. Każdy Mediv i Sitlar jest wysoce wrażliwy na ten specyficzny rodzaj Mocy. Jej liczne strumienie przepłynęły przez Amadal i zderzyły się gdzieś w Lyje-aish lub w pobliżu krainy.
– Zatem Ulyj dopiął swego – wtrącił Lijam obserwujący zajście dotąd bez słowa. – Musimy założyć, że odtworzył artefakt. Naszyjnik z łez błękitnej bogini.
Przysłuchujący się gwardziści poruszyli się niepewnie, spoglądając po sobie.
– Czas pokoju dobiegł końca – oznajmił bez emocji generał, po czym strzepnął fragment popiołu z tuniki i ruszył w kierunku kwater. Na odchodne rzucił przez ramię: – Omówcie w squadach swoje zadania. Niech Światłość was poprowadzi.
Słoneczni zaczęli rozmawiać i częściowo się rozchodzić pełni sprzecznych przeczuć. Grywen skinął na stojącego nieopodal byłego przybocznego oddziału Griszy, by ten się zbliżył. Wysoki wojownik podszedł, zerkając bacznie na Deina i Morienne. Jego naturalnie popielate włosy zaplecione z tyłu w gęste warkocze pokrywała na znak żałoby warstwa sadzy. Wyglądał jeszcze okrutniej niż zwykle.
– Issuril dołączy do naszego squadu jako łucznik zdolny wesprzeć nas w razie potrzeby swymi mieczami. – Grywen wskazał brodą na szaroskórego mężczyznę. – Mori, przesuniesz się na pozycję biloka, ale zawsze z łukiem pod ręką.
Myriadka skinęła głową i uścisnęła bez wahania przedramię byłego Darkona, a ten odwzajemnił wojskowy gest.
– W takim gronie możemy wykonać każde zadanie – stwierdził Dein, również witając się z wyjątkowym banitą.
– Każde – przytaknęła twardo Morienne i zerknęła wymownie na dowódcę.
– Każde – zawtórował jej Issuril takim tonem, jakby były to słowa niepisanej przysięgi.
Grywen zmierzył wzrokiem każdego ze swych podkomendnych. Przez jego oblicze przemknął cień dumy i zadowolenia, lecz zaraz ustąpił wyrazowi determinacji.
– Ruszamy świtaniem w kierunku Lyje-aish – oznajmił i zapatrzył się w płomienie coraz żarłoczniej pochłaniające pozostałości zabitych. – Przygotujcie się na brak postojów za dnia.