Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • Empik Go W empik go

Hotel Babylon. Nieznane sekrety branży hotelarskiej - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
19 lutego 2025
E-book: EPUB, MOBI
39,90 zł
Audiobook
42,90 zł
39,90
3990 pkt
punktów Virtualo

Hotel Babylon. Nieznane sekrety branży hotelarskiej - ebook

Ile jesteś w stanie znieść za dwa funty napiwku?

Wydawać by się mogło, że w drogich i luksusowych hotelach przebywają wyłącznie ludzie z klasą. Tymczasem za zamkniętymi drzwiami ekskluzywnych apartamentów dystyngowani goście ujawniają swoją prawdziwą twarz i bez skrępowania korzystają z uroków życia. Mówiąc wprost – puszczają im wszystkie hamulce. Do najbardziej popularnych zabaw należą: urządzanie libacji alkoholowych, zażywanie narkotyków, seks z prostytutką…

Imogen Edwards-Jones oraz Autor Anonimowy pod płaszczykiem fikcji opisują prawdziwe historie z branży hotelarskiej. Akcja książki rozgrywa się w ciągu 24 godzin, podczas których pracownicy tytułowego Babylonu muszą spełniać najbardziej ekstrawagancie i nieprzyzwoite zachcianki klientów. Zabawne epizody przeplatają się tu nieustannie z tragicznymi wydarzeniami, a zakulisowe spojrzenie na hotelowe życie bez wątpienia wstrząśnie niejednym czytelnikiem.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-91-8076-238-0
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Wstęp

Ta hi­sto­ria jest praw­dziwa. Je­dy­nie imiona bo­ha­te­rów zo­stały zmie­nione, by ochro­nić ich toż­sa­mość. Osoby tu wy­stę­pu­jące, zda­rze­nia do­bre i złe, prze­kręty, nar­ko­tyki, śmierć i obłęd są przed­sta­wione do­kład­nie tak, jak opi­sał mi je Ano­nim, czło­wiek, który przez pra­co­wał w lon­dyń­skich pię­cio­gwiazd­ko­wych ho­te­lach.

Ze wzglę­dów praw­nych opi­sane hi­sto­rie roz­gry­wają się w fik­cyj­nym ho­telu Ba­by­lon. Opo­wie­dziane zo­stały z per­spek­tywy Ano­nima, który ob­ser­wo­wał ho­te­lowe ży­cie przez dwa­dzie­ścia cztery go­dziny, przez po­nad dzie­sięć lat. Wszystko wy­gląda wła­śnie tak: bo­gaci wy­dają pie­nią­dze, ho­tel na nich za­ra­bia, a po­ko­jówki wal­czą z boy­ami o na­piwki. Zwy­czajna doba w dro­gim lon­dyń­skim ho­telu.7:00–8:00

Wczo­raj to był wie­czór – Jezu, jak ja się okrop­nie czuję. Mam w gło­wie coś, co hu­czy jak młot pneu­ma­tyczny. Ję­zyk su­chy jak dy­wan per­ski. Nie za­mie­rza­łem się upić, ale to był wie­czór po­że­gnalny Mi­chelle − nie mo­głem się po­wstrzy­mać. To jest wła­śnie ten pro­blem, pra­cu­jesz w ho­telu o wy­so­kim stan­dar­dzie, ota­cza cię stale luk­sus i roz­pu­sta. Pod ko­niec dłu­giego dnia cięż­kiej pracy je­dyne, na co masz ochotę, to się upić.

Wszy­scy wy­lą­do­wa­li­śmy w ba­rze U Sa­man­thy na Oxford Street. To jedno z tych zna­nych miejsc, gdzie lu­bią się spo­ty­kać pra­cow­nicy du­żych lon­dyń­skich ho­teli, by pić długo i do późna. Mu­sisz tylko po­ka­zać kartę iden­ty­fi­ka­cyjną z ja­kie­go­kol­wiek ho­telu − i wie­czór się za­czyna. Mi­chelle jest lu­biana, więc wczo­raj ze­szło się mnó­stwo lu­dzi. Pra­co­wała ze mną w re­cep­cji od dwóch lat, te­raz od­cho­dzi do ho­telu Cla­ridge’s. Czy może do Do­che­stera? Mó­wiła mi już wiele razy, ale nie za­pa­mię­ta­łem.

Była to świetna noc, mnó­stwo plo­tek. Ja­mes, który jest sze­fem działu za­ku­pów i cza­sem na­peł­nia ta­nim wi­nem pu­ste bu­telki Château Ro­th­schild z 1982 roku, żeby za­im­po­no­wać dziew­czy­nom, znik­nął z kel­nerką, a jedna z po­ko­jó­wek gwał­tow­nie zwy­mio­to­wała na wszystko do­okoła. Ale naj­lep­sza jest ta hi­sto­ria: ja­kaś po­ko­jówka przy­ła­pała Mi­chelle na ob­cią­ga­niu la­ski Ad­ria­nowi – on jest me­na­dże­rem.

Gdy­by­ście znali Ad­riana, by­li­by­ście bar­dziej zszo­ko­wani niż ja. To je­den z tych wy­mu­ska­nych chłop­ców o nie­na­gan­nych ma­nie­rach. Przy­szedł do nas po kur­sie Sa­voya – w tej swo­jej od­pra­so­wa­nej ko­szuli w pa­ski, ze spin­kami w man­kie­tach i pach­nący cy­tru­so­wym pły­nem po go­le­niu. Sło­wem, typ fa­ceta, który ra­czej nie spu­ściłby spodni w mę­skim ki­blu na Oxford Street.

Cho­ciaż, tak na­prawdę, pra­cuję w ho­te­lar­stwie na tyle długo, żeby nie osą­dzać lu­dzi po wy­glą­dzie. To za­wsze ci po­rządni w gar­ni­tu­rach mają w wa­liz­kach pełno la­tek­so­wych stro­jów sado-maso i ma­ga­zy­nów por­no­gra­ficz­nych, a dzi­waki piją wodę mi­ne­ralną i cho­dzą wcze­śnie spać. Mę­żatki na­to­miast lu­bią pójść do łóżka z pra­cow­ni­kami ho­telu. Ale wszy­scy mają coś, co ich ab­so­lut­nie łą­czy: gdy są w ho­telu, kradną. Te­le­wi­zory, ły­żeczki, po­piel­niczki, szla­froki, na­poje z bar­ków sa­mo­ob­słu­go­wych, kit­katy, chipsy, dy­wany, me­ble i dzieła sztuki. Fa­ceci, któ­rzy wy­dają trzy i pół ty­siąca fun­tów za noc (bez śnia­da­nia), si­kają do mi­nia­tu­ro­wych bu­te­lek, żeby za­osz­czę­dzić pie­nią­dze na whi­sky z mi­ni­baru.

Wra­cam do wy­da­rzeń wczo­raj­szego wie­czoru, bo to jest bar­dzo in­te­re­su­jące, jak dziś za­chowa się Mi­chelle − na za­koń­cze­nie pracy ma ofi­cjalną roz­mowę z Ad­ria­nem. Taka roz­mowa z me­na­dże­rem albo sze­fem kadr za­zwy­czaj do­ty­czy omó­wie­nia moc­nych i sła­bych stron pra­cow­nika. Wtedy do­wia­du­jesz się, co można po­pra­wić i w czym je­steś bar­dzo do­bry. Żeby tak się dało pod­słu­chać… Nie mogę się do­cze­kać. Przy­naj­mniej jest coś, na co można dzi­siaj cze­kać.

Re­cep­cja jest pu­sta, kiedy wcho­dzę do ho­telu. Mój ko­lega Ben, który pra­cuje w tym ty­go­dniu na nocki, znik­nął. Wiem, że spóź­ni­łem się kilka mi­nut – gdy zo­sta­wi­łem płaszcz w szatni dla pra­cow­ni­ków i wró­ci­łem po scho­dach na górę, zro­biło się pięć po siód­mej. Nie­moż­liwe, żeby już wy­szedł. Po­wi­nien cze­kać, aż przyjdę, dać mi znać, jak było w nocy, i do­piero po­tem iść do domu.

− Hej, De­rek – mó­wię do por­tiera, wy­mię­tego po ca­łej nocy w fo­telu. – Nie wiesz, gdzie ten leń re­cep­cjo­ni­sta?

− Ben? – pyta.

− Tak, Ben.

− Spraw­dza­łeś w biu­rze?

− Pew­nie.

Za re­cep­cją jest małe biuro, gdzie lu­dzie od re­zer­wa­cji na przy­kład dru­kują ra­chunki i ogól­nie pró­bują so­bie ra­dzić z iry­tu­ją­cymi cią­głymi zmia­nami w sys­te­mie mel­do­wa­nia go­ści. Jest to miej­sce klau­stro­fo­biczne. Nikt nie chce spę­dzać tu zbyt wiele czasu, bo cuch­nie kawą roz­pusz­czalną, sta­rymi her­bat­ni­kami i brzyd­kim od­de­chem. Ale no­cami długi stół w tym po­koju służy cza­sem za łóżko. Ben już kilka razy był upo­mi­nany za spa­nie na stole. To na jego twarz pa­trzą go­ście, kiedy prze­kra­czają próg ho­telu o bar­dzo wy­so­kim stan­dar­dzie − po­koje w ce­nie od dwu­stu do dwóch ty­sięcy fun­tów za noc. Twarz, która ich wita, ma za­po­wia­dać luk­sus. Zde­cy­do­wa­nie nie po­winna być po­marsz­czona, za­spana, z od­ci­śnię­tym zszy­wa­czem na po­liczku. Wcho­dzę do środka i co wi­dzę? Ben na ple­cach, z gębą otwartą, jakby ła­pał mu­chy.

− Ben! Ty gnoju! Obudź się! – krzy­czę.

Aż pod­sko­czył.

− Co?! Ja­sna cho­lera! – Ze­ska­kuje gwał­tow­nie, jakby mu ktoś wsa­dził w ty­łek elek­trycz­nego po­ga­nia­cza by­dła. – Prze­pra­szam? A, to ty. Boże – mam­rota i po­pra­wia zma­to­wiałe, brą­zowe strąki na gło­wie z ulgą, że nie przy­ła­pał go ktoś inny.

− Przy­sną­łem tylko na kilka mi­nut. Chcia­łem się zdrzem­nąć, za­nim czer­wo­no­ocy za­czną przy­jeż­dżać z He­ath­row.

− Ja­sne.

− Prawdę mó­wię, nie spa­łem długo – ob­ru­sza się i wy­gła­dza za­ska­ku­jąco błysz­czący gar­ni­tur. – Jak było wczo­raj?

Opo­wia­dam mu o Mi­chelle i Ad­ria­nie, na co Ben wy­bu­cha śmie­chem. To po­dobno naj­śmiesz­niej­sza rzecz, jaką sły­szał od ty­go­dnia.

− My­ślisz, że będą oma­wiać jej tech­nikę? Oceni ją w skali od zera do dzie­się­ciu?

Ben uznał, że warto by­łoby zo­stać do je­de­na­stej, wtedy Mi­chelle ma swoją roz­mowę. A jed­nak nie da rady. Chce, że­bym za­dzwo­nił do niego po­tem z de­ta­lami.

Noc mi­nęła spo­koj­nie. Nie działo się nic, z czym nie mógłby so­bie po­ra­dzić. Tylko kilku pi­ja­nych fa­ce­tów za­sie­działo się w ba­rze ho­te­lo­wym, trudno było się ich po­zbyć, a o trze­ciej nad ra­nem ja­kaś dziew­czyna prze­szła przez re­cep­cję, wy­ma­chu­jąc pla­sti­kową to­rebką pełną wy­mio­cin, jakby pre­zen­to­wała jej naj­now­szy mo­del. A poza tym to po­wi­nie­nem za­py­tać De­reka, czy wie, gdzie są pro­sty­tutki, kiedy przyj­dzie do wy­mel­do­wy­wa­nia albo wy­rzu­ca­nia… Ben po­dobno nie zwró­cił uwagi, ale obaj wiemy, że pew­nie był w ba­rze ho­te­lo­wym, sta­wia­jąc so­bie kilka wó­dek, żeby prze­trwać noc, albo spał w biu­rze. Śmiać mi się chce, choć zmiany z Be­nem mnie de­ner­wują, bo on za­wsze od­wala mi­ni­mum ro­boty i ucho­dzi mu to pła­zem. Na­prawdę mnie to wku­rza. Dzi­siaj bar­dziej niż zwy­kle, praw­do­po­dob­nie przez to, że mam me­ga­kaca.

− Po­wi­nie­nem wie­dzieć coś jesz­cze? – py­tam Bena, a z po­iry­to­wa­nia ba­wię się mię­tów­kami na bla­cie, kli­ka­jąc w nie ho­te­lo­wym dłu­go­pi­sem.

− Nie są­dzę. Może tylko, że przy­jeż­dża dzi­siaj ja­kiś Ame­ry­ka­nin. Z Tek­sasu. – Uśmie­cha się Ben. – Kasa, kasa, kasa.

− No pew­nie. – Od razu po­pra­wia mi się na­strój.

− Wła­śnie. – Ben za­ciera dło­nie z uśmie­chem. – Wszy­scy ko­chają Tek­sań­czy­ków.

− Na ra­zie! – koń­czę roz­mowę i po­py­cham go lekko w stronę wyj­ścia.

− Na ra­zie – od­po­wiada, po­pra­wia­jąc koł­nierz płasz­cza.

− Siódma wie­czo­rem dzi­siaj.

− Wiem, wiem. Za­dzwoń, kiedy przyj­dzie Mi­chelle – mówi i pusz­cza do mnie oko. – Bę­dzie mi jej bra­ko­wało.

− My­śla­łem, że je­steś za­ko­chany w Jac­kie.

− Pew­nie, stary. – Strzela do mnie z pra­wego palca jak z re­wol­weru. – Na ra­zie.

− Aha – od­po­wia­dam z za­sko­cze­niem.

Ben od trzech mie­sięcy ma ro­mans z Jac­kie – bar­dzo ładną Au­stra­lijką, sze­fową po­ko­jó­wek. Kilka razy mu­sia­łem go kryć w re­cep­cji i dla­tego wiem. Mają swój ry­tuał. Ona za­zwy­czaj dzwoni i mówi coś w stylu: „po­kój 212 wy­maga in­spek­cji”, on leci na górę jak pies za suką w rui, wie­szają „nie prze­szka­dzać” na drzwiach, a po pół­go­dzi­nie ona wy­syła po­ko­jówkę, żeby tam po­sprzą­tała. Trwa to już od ja­kie­goś czasu, więc do­sze­dłem do wnio­sku, że się w so­bie za­ko­chali. Naj­wy­raź­niej się po­my­li­łem.

− Na ra­zie – mó­wię do jego ple­ców, zni­ka­ją­cych w drzwiach ob­ro­to­wych re­cep­cji.

Nie mam czasu za­sta­no­wić się nad tym, co Ben po­wie­dział, bo dzwoni te­le­fon.

− Re­cep­cja, słu­cham – mó­wię na tyle non­sza­lancko, na ile po­zwala mi sie­dem piw.

− Halo – od­po­wiada ame­ry­kań­ski ak­cent. – Dzwo­nię z po­koju pięć­set czter­na­ście.

− Dzień do­bry.

− Za­mó­wi­łem na śnia­da­nie stek. Pół go­dziny temu. Na­dal go nie do­sta­łem.

− Bar­dzo mi przy­kro. Czy dzwo­nił pan do ob­sługi ho­te­lo­wej?

− Też mi ob­sługa. Dzwo­nię do nich, nikt nie od­biera, a po­tem cen­trala dzwoni do cie­bie.

− Za­zwy­czaj tak się dzieje po trzech lub czte­rech dzwon­kach.

− Chciał­bym, że­byś tam po­szedł i wy­ja­śnił sy­tu­ację.

− Nie­stety, nie bar­dzo mogę.

− Nie mo­żesz czy nie chcesz? – Za­czyna uno­sić głos. – Za go­dzinę mam bar­dzo ważne spo­tka­nie. Je­śli nie do­stanę mo­jego steka przed wyj­ściem, obe­rwiesz ty i ho­tel, wy­sta­wię wam ra­chu­nek za moje straty.

− Pro­szę pana…

− Żadne pro­szę pana! – Jest już na­prawdę zły. – Zrób coś z tym!

− Oczy­wi­ście. Na­tych­miast.

− Wresz­cie! – krzy­czy i od­kłada słu­chawkę.

− Ob­sługa ho­te­lowa? – pyta De­rek ze swo­jego fo­tela.

− Aha. Ame­ry­ka­nin za­mó­wił stek.

− Znowu? Dla­czego oni za­wsze to ro­bią? Czy to taki kło­pot za­mó­wić jajka i be­kon na śnia­da­nie? Mam iść?

− Nie, stary, ja pójdę.

Mam na­dzieję, że uda mi się zła­pać szybką kawę, je­śli sam zejdę do kuchni.

− Do­bra. Za­stą­pię cię, póki nie wró­cisz.

De­rek to na­prawdę po­rządny fa­cet, jest por­tie­rem od po­nad dwu­dzie­stu lat. W Ba­by­lo­nie pra­cuje od pię­ciu, wtedy odzie­dzi­czył po­sadę po wujku. Ba­by­lon jest eks­klu­zywny, nie to, co czte­ro­gwiazd­kowa spe­luna za ro­giem, w któ­rej pra­co­wał po­przed­nio. Za­wsze mówi, że prze­każe swoją po­sadę jed­nemu z trzech sy­nów. Udaje mu się zgar­nąć na­wet ty­siąc fun­tów ty­go­dniowo na na­piw­kach, taką pracę lu­dzie lu­bią za­trzy­mać w ro­dzi­nie. Jed­nak czasy się zmie­niają. Co­raz rza­dziej udaje się prze­ka­zać po­sadę por­tiera z ojca na syna. No­wo­cze­sne ho­tele, choćby San­der­son czy Me­tro­po­li­tan, za­trud­niają mło­dych chło­pa­ków o wy­glą­dzie mo­dela. Inne, zwłasz­cza kiedy są czę­ścią wiel­kich kor­po­ra­cji, nic so­bie nie ro­bią z tra­dy­cji.

− Przy­nieść ci kawę? – py­tam.

− Nie, nie warto. Koń­czę za go­dzinę, nie będę mógł spać.

Boże, my­ślę w dro­dze do kuchni. Wszyst­kim nam cho­ler­nie by się przy­dało wy­spać. W ho­te­lar­stwie nikt po­rząd­nie nie sy­pia. Jest do­piero dwa­dzie­ścia po siód­mej, a po­ranna zmiana w kuchni za­częła się przy­naj­mniej dwie go­dziny temu. Szef kuchni od pią­tej rano wstęp­nie pod­smaża kieł­ba­ski, żeby za­raz po­tem za­brać się za przy­go­to­wa­nie śnia­da­nia dla pra­cow­ni­ków, i wraca do dań dla go­ści.

Piw­nica cuch­nie wy­bie­la­czem i be­ko­nem, a po­wie­trze już na ko­ry­ta­rzu jest tak go­rące i cięż­kie, że trudno od­dy­chać. Wcho­dzę do kuchni. Spo­wija ją mgła ole­jowa ze se­tek jaj, które smaży je­den fa­cet. Jego szara twarz błysz­czy od tego tłusz­czu, a oczy wy­dają się ni­czego nie wi­dzieć. Nie znam go. Wy­gląda młodo, na dwa­dzie­ścia parę lat. Musi być nowy. Mło­dzi przy­cho­dzą tu i od­cho­dzą stąd dość czę­sto, bo kto tak na­prawdę chce pra­co­wać na pięt­na­sto­go­dzinne zmiany w tym pie­kle? Ale je­śli ko­mu­kol­wiek uda się dojść do po­zy­cji za­stępcy szefa kuchni, już nie chce od­cho­dzić. Do­bry ku­charz może za­ro­bić po­nad sto ty­sięcy fun­tów rocz­nie, a je­śli jego na­zwi­sko wid­nieje koło drzwi wej­ścio­wych, to może za­ro­bić na­wet cztery razy tyle.

Ku­charz nie re­aguje, gdy go wo­łam. Moż­liwe, że nie sły­szy, a może jest tak zmę­czony, że mózg mu nie pra­cuje?

− Hej! – wo­łam po raz ko­lejny. Tym ra­zem mnie za­uważa.

− Jan­kes z po­koju pięć­set czter­na­ście chce wie­dzieć, co się stało z jego ste­kiem.

Ku­charz, nie pod­no­sząc głowy, wska­zuje no­żem ka­wał mięsa skwier­czący z tyłu grilla.

− Jak długo? – py­tam, na co po­ka­zuje mi dwa palce. Zga­duję, że dwie mi­nuty. − Można to przy­śpie­szyć? – do­py­tuję.

Brak re­ak­cji. Wró­cił już do swo­ich pa­telni i za­czyna prze­kła­dać jajka na przy­go­to­wane za nim tace, za­ła­do­wane sztuć­cami, ser­wet­kami, solą, pie­przem i to­stami. Cza­sami na­kłada ja­jecz­nicę ze sto­ją­cego obok gara, a po­tem do­daje be­kon z pod­grze­wa­cza. Wszystko to wy­gląda obrzy­dli­wie, ale ja­kimś cu­dem, gdy tra­fia do po­koju ho­te­lo­wego po po­dróży dłu­gimi, zim­nymi ko­ry­ta­rzami, wy­daje się dość ape­tyczne. I wcale nie ta­nie: mo­żesz za­pła­cić od dwu­na­stu i pół do dwu­dzie­stu pię­ciu fun­tów za tra­dy­cyjne an­giel­skie śnia­da­nie w ho­telu w cen­trum Lon­dynu. A ho­tel kosz­tuje to mniej niż pół funta. Wy­cho­dzę z kuchni i sły­szę te­le­fon w po­miesz­cze­niu obok. Od­biera chło­pak ubrany na biało.

− Ob­sługa ho­te­lowa, słu­cham.

Skrę­cam do sto­łówki pra­cow­ni­czej po szybką kawę, strasz­nie chce mi się za­pa­lić – to wina tego za­pa­chu. To miej­sce jest za­wsze zimne, wil­gotne i cuch­nie ta­nimi pa­pie­ro­sami nie­za­leż­nie od ofe­ro­wa­nych po­traw. Jed­nak, dziw­nym tra­fem, je­dze­nie nie jest złe, a prze­cież ho­tel wy­daje funt dwa­dzie­ścia dzien­nie na każdą osobę. Więk­szość pra­cow­ni­ków je tu­taj przy­naj­mniej dwa po­siłki dzien­nie. Czę­sto do­stają nam się resztki po ban­kie­tach z po­przed­niej nocy, stare sa­łatki i ciastka. Ale go­tują nam też do­bre gu­la­sze i po­trawki, cza­sem chilli i curry dla sprzą­ta­czy z Ban­gla­de­szu, któ­rzy pra­cują tu no­cami. Dwoje z nich sie­dzi w rogu ja­dalni. Po­chy­lają się nad ta­le­rzami, jakby ktoś im je miał za­brać. Na­wet ze sobą nie roz­ma­wiają. Na­le­wam kawę i sia­dam na­prze­ciw fa­ceta w sza­rym wdzianku ekipy od na­praw i kon­ser­wa­cji, za­kła­dam, że jest Po­la­kiem. Nie chcę tu wyjść na ra­si­stę, ale pewne rze­czy są oczy­wi­ste, kiedy się tro­chę po­pra­cuje w ho­telu; pierw­sza z nich: fa­ceci od kon­ser­wa­cji to Po­lacy, druga: sprzą­ta­cze są z Ban­gla­de­szu, a trze­cia, że po­ko­jówki ni­gdy nie po­cho­dzą z An­glii. W po­przed­nim ho­telu, w któ­rym pra­co­wa­łem, wśród per­so­nelu pralni zna­lazł się Bry­tyj­czyk − i wszyst­kim wy­da­wało się to dziwne. Miał po­nad pięć­dzie­siąt lat i może miał ja­kieś długi, kto to wie? Pew­nego dnia się za­ła­mał i przed wszyst­kimi w ja­dalni przy­znał, że jest by­łym więź­niem. Nie mógł już tego dłu­żej ukry­wać, sie­dział za za­bi­cie żony to­po­rem. Od­szedł na­stęp­nego dnia, a ja od tam­tej pory nie wi­dzia­łem bry­tyj­skiego pra­cow­nika pralni albo ob­sługi ho­te­lo­wej.

Kawa i pa­pie­ros ro­bią swoje: serce mi przy­śpie­sza, a mózg wy­daje się bu­dzić. Zer­kam na ze­ga­rek – ja­sna cho­lera! Za pięt­na­ście ósma! Jak to się stało? Lecę na górę i wpa­dam do re­cep­cji. Liz, moja druga po­łowa na dzi­siaj, wita mnie sta­lo­wym spoj­rze­niem.

− Gdzie ty się, do cho­lery, szla­jasz? – pyta i pró­buje wy­glą­dać po­waż­nie.

− Na dole. Mu­sia­łem roz­wią­zać pro­blem ze śnia­da­niem dla jed­nego z po­koi. A ty się spóź­ni­łaś.

− Pięć mi­nut.

− Ja­sne, ja­sne.

Nie ma sensu kłó­cić się z Liz. Mu­szę z nią pra­co­wać cały dzień i wolę prze­mil­czeć za­czepkę, bo ma ta­lent do stro­je­nia fo­chów. Je­śli tylko ze­chce, może się do mnie nie od­zy­wać przez cały ra­nek. Ma tro­chę po­nad dwa­dzie­ścia lat, blond włosy i świetne cycki, ta­kie la­ski uwiel­biają fa­ceci w śred­nim wieku. Jest za­wsze opa­lona, mimo że ni­gdy nie wy­jeż­dża na wa­ka­cje, jej rzęsy same się pod­krę­cają, a pa­znok­cie są tak utwar­dzone od la­kieru, że ni­gdy się nie ła­mią. Ona, Ben, Mi­chelle i ja pra­co­wa­li­śmy na zmiany cztery dni z rzędu, z jed­nym dniem prze­rwy, a co drugi ty­dzień mamy nocki. Ale te­raz Mi­chelle ode­szła i bra­kuje nam re­cep­cjo­ni­sty. Cze­kamy na za­stęp­stwo i mamy na­dzieję, że przy­ślą ko­goś ju­tro.

− Pro­blemy?

− Ma­rie, ta kel­nerka, za­dzwo­niła, że nie przyj­dzie, bo jest chora.

Za­śmia­łem się.

− Ma­rie? Pew­nie, że jest chora. Po­szła wczo­raj do domu z Ja­me­sem z działu za­ku­pów. Po­wie­działa, co jej jest?

− Za­tru­cie po­kar­mowe.

− Za­tru­cie po­kar­mowe? Nie wie­dzia­łem, że gin z to­ni­kiem to je­dze­nie.

Liz wzru­szyła ra­mio­nami.

− Są­dząc po tym, co De­rek mi po­wie­dział o wczo­raj­szej nocy, po­dej­rze­wam, że nie tylko ona się po­cho­ro­wała. My­ślisz, że Mi­chelle się po­jawi?

− Mam na­dzieję. By­łoby się z czego po­śmiać. Te­le­fon dzwoni.

− Re­cep­cja, słu­cham? – od­zywa się Liz swoim sy­czą­cym gło­sem. – Mhm, mhm, tak. Nie­stety, nie mamy pi­gułki „dzień po” w na­szej ap­teczce, ale je­śli może pani po­cze­kać kilka mi­nut, nasz kon­sjerż Tony za­czyna o ósmej i bę­dzie wie­dział, gdzie je naj­szyb­ciej ku­pić… Tak, oczy­wi­ście, za­dzwo­nię, jak tylko się po­jawi.

− Cie­szę się, że to ty ode­bra­łaś. Po tym te­ście cią­żo­wym, który mu­sia­łem ku­pić w ze­szłym ty­go­dniu…8:00–9:00

Tony po­ja­wia się do­kład­nie o ósmej. Miękki płaszcz, nowy gar­ni­tur, lśniące buty, biała jak śnieg ko­szula i kra­wat od Prady. Ma ciemne włosy z prze­dział­kiem z boku, na twa­rzy za­raź­liwy uśmiech, który spra­wia, że na­tych­miast chcesz się z nim za­przy­jaź­nić. Tak na­prawdę jest dużo wię­cej po­wo­dów, dla któ­rych chcesz się z nim przy­jaź­nić. Po pierw­sze, nie­wiele jest miejsc i zda­rzeń w Lon­dy­nie, o któ­rych Tony by nie wie­dział. To cho­dząca mapa i prze­wod­nik w jed­nym. Wie, gdzie można do­brze zjeść, faj­nie za­tań­czyć, nie­źle się za­ba­wić. Zna każ­dego z bram­ka­rzy wszyst­kich do­brych klu­bów, wie, w któ­rym te­atrze gra ja­kiś hol­ly­wo­odzki ak­tor i w któ­rym ba­rze pije. Może zor­ga­ni­zo­wać sto­lik w naj­droż­szych i naj­słyn­niej­szych re­stau­ra­cjach bez re­zer­wa­cji, może zdo­być bi­lety na wy­prze­dane kon­certy, zniżki na sa­mo­chody, może za­ła­twić dziew­czyny, chłop­ców i nar­ko­tyki, willę na po­łu­dniu Fran­cji. Wie o fan­ta­stycz­nym miej­scu, które jego ko­lega po fa­chu wy­na­jął dla Co­urt­ney Love. Za­pła­ciła za nie, ale ni­gdy się tam nie po­ja­wiła. Tony może za­ła­twić rów­nież week­end na wsi, wy­cieczki po Lon­dy­nie, bi­lety bez ko­lejki do Ma­dame Tus­saud. Po­wie, gdzie można na­pra­wić ze­ga­rek, wy­czy­ścić strzelbę, zna­leźć naj­lep­szy ma­te­riał na sari, drobny pre­zent dla żony, pójść na za­kupy w środku nocy. Wie do­kład­nie, ja­kich no­wych bu­tów szu­kasz. Z dumą nosi w kla­pie złoty zna­czek skrzy­żo­wa­nych klu­czy, od­znakę kon­sjerży. Ma do tego prawo, bo te klu­cze otwie­rają wszyst­kie drzwi w mie­ście.

− Hej, Tony – mó­wię na po­wi­ta­nie.

− Hej, stary.

Tony jest w do­brym na­stroju, Tony jest za­wsze w do­brym na­stroju. Każdy byłby w do­brym na­stroju, gdyby do­sta­wał ty­go­dniowo dwa ty­siące nie­opo­dat­ko­wa­nych fun­tów w na­piw­kach.

− Sły­sza­łem, że wczo­raj­sza noc była udana.

− Już o tym wiesz? – py­tam.

Tony tylko się uśmie­cha i po­ciera po no­sie. Ra­zem z nim przy­szedł Steve, za­stęp­stwo De­reka. Wła­śnie otwiera drzwi fa­ce­towi, który wy­gląda, jakby do­piero co wy­siadł z sa­mo­lotu.

− Dzień do­bry. Mogę panu po­móc z ba­ga­żami? – pyta Steve.

− Tak, tak – od­po­wiada fa­cet. Rzu­cił wszystko na zie­mię i wszedł do re­cep­cji.

− Dzień do­bry – wi­tam go, gdy Liz od­biera ko­lejny te­le­fon.

− An­drew Oli­ver – mówi z ak­cen­tem, który nie po­zwala zi­den­ty­fi­ko­wać, skąd jest. – Moż­li­wość wcze­śniej­szego za­mel­do­wa­nia. Koszty za­pła­cone z góry.

− Oczy­wi­ście, za­raz spraw­dzę.

Nie ma chyba nic bar­dziej lu­bia­nego przez ho­tele niż wcze­śniej­sze za­mel­do­wa­nie. Wtedy po­dwój­nie re­zer­wu­jemy je­den po­kój. To dość pro­ste: jedna osoba płaci za noc w ho­telu, a druga, która chce się wcze­śnie za­mel­do­wać, płaci za noc, któ­rej tu nie spę­dza. W ten spo­sób ho­tel wy­sta­wia ra­chu­nek za tę samą noc dwóm oso­bom. Je­dyne, czego trzeba do­pil­no­wać, to żeby po­przedni gość się wy­mel­do­wał, za­nim na­stępny rano się za­mel­duje. Ina­czej mo­żemy so­bie na­ro­bić kło­po­tów.

− Bar­dzo do­brze – mó­wię, spraw­dza­jąc jego ka­na­dyj­ski pasz­port. − Mamy pana re­zer­wa­cję, po­kój pięć­set czter­na­ście.

− Pięć­set czter­na­ście? – po­wta­rza z wes­tchnie­niem ulgi, która pach­nie sa­mo­lo­to­wym żar­ciem.

− Tak – uśmie­cham się, ale w mo­jej gło­wie biją na alarm. Re­cep­cja? Mamy pro­blem.

Po­kój 514 nie jest wolny i na pewno nie bę­dzie wolny przez na­stępne pół go­dziny, po­tem musi być po­sprzą­tany i przy­go­to­wany na no­wego go­ścia, a ja w tym cza­sie będę miał pana Oli­vera, wi­szą­cego mi nad głową.

− Ta­aak – mó­wię i on na­tych­miast ła­pie, że coś jest nie tak.

− Co jest? Nie­moż­liwe, żeby był ja­kiś pro­blem. Ja za­pła­ci­łem z góry. Mogę to udo­wod­nić. – Po­ło­żył teczkę obok i otwo­rzył.

− Nie, nie – szybko go za­pew­niam. – To nie pro­blem z re­zer­wa­cją, my ją tu­taj mamy. Cho­dzi o to, że jest mały pro­blem z pana po­ko­jem. Gość, który był w nim wczo­raj, roz­cho­ro­wał się…

− Za­tru­cie po­kar­mowe – po­moc­nie wtrąca Liz. – Straszne za­tru­cie, okropne. Nie był w sta­nie wyjść z po­koju przez całą dobę. Ostrygi.

− Ostrygi? – pyta Oli­ver.

− Ostrygi – po­wta­rza Liz, pra­wie wie­rząc we wła­sne wy­my­sły. – Nikt nie był w sta­nie go ru­szyć, le­karz za­ka­zał.

− W każ­dym ra­zie – uśmie­cham się naj­mi­lej, jak umiem – ho­tel jest pełny, więc w tej chwili nie mo­żemy panu nic za­ofe­ro­wać, ale je­śli byłby pan ła­skaw dać nam pół go­dziny, to je­stem pewny, że uda nam się coś za­ła­twić.

− Pół go­dziny – po­wta­rza słabo.

− Pół go­dziny – za­pew­niam i udaję, że wła­śnie coś mi przy­szło do głowy. – W tym cza­sie mo­żemy panu za­ofe­ro­wać śnia­da­nie w na­szej re­stau­ra­cji, na koszt ho­telu, rzecz ja­sna. Jajka, be­kon, kawa. Przyj­dziemy pana po­in­for­mo­wać, kiedy tylko coś zor­ga­ni­zu­jemy.

Oli­ver jest zbyt zmę­czony, żeby się wy­kłó­cać. Je­dyne, czego pra­gnie, to łóżko, kawa i CNN w te­le­wi­zji. Ale za­miast tego idzie do re­stau­ra­cji, po­włó­cząc no­gami, gdy ja szybko re­je­struję jego złotą kartę Ame­ri­can Express.

− Po­szło nie­źle – mówi Liz.

− Le­piej niż Be­nowi ty­dzień temu.

Ben po­peł­nił tra­giczną po­myłkę. Wy­my­ślił fa­talne kłam­stwo, gdy miał do czy­nie­nia ze zmę­czo­nym Ame­ry­ka­ni­nem pro­sto z No­wego Jorku. Za­miast po­wtó­rzyć czę­sto wy­ko­rzy­sty­waną hi­sto­rię o za­tru­ciu po­kar­mo­wym, Ben po­wie­dział, że po­kój zo­stał za­lany i na­dal go sprzą­tają. Ame­ry­ka­nin mu nie uwie­rzył i za­żą­dał po­ka­za­nia po­koju, Ben jed­nak od­mó­wił, tłu­ma­cząc się sta­nem po­koju. Ame­ry­ka­nin na­zwał Bena kłamcą, na co Ben oznaj­mił, że je­śli on na­prawdę chce, to Ben mu ten po­kój po­każe. Gość na­prawdę chciał. Ben za­pro­wa­dził go do po­koju na końcu jed­nego z ko­ry­ta­rzy, gdzie w tym cza­sie pra­co­wali ro­bot­nicy. Ale Ame­ry­ka­nin na­dal nie wie­rzył i za­żą­dał, by we­zwano me­na­dżera. Ta ża­ło­sna hi­sto­ria skoń­czyła się dar­mo­wym po­by­tem Ame­ry­ka­nina w ho­telu i bu­telką szam­pana na nasz koszt. Ad­rian nie był za­chwy­cony.

Te­le­fon za­czyna dzwo­nić raz za ra­zem. O tej po­rze go­ście za­zwy­czaj pro­szą, żeby im przy­go­to­wać ra­chu­nek, a pra­cow­nicy ho­telu za­wia­da­miają te­le­fo­nicz­nie, że są cho­rzy i nie przyjdą do pracy. Dziś jest pią­tek, więc za­kła­dam, że bę­dzie tego sporo. Lu­dzie są za­wsze cho­rzy w po­nie­działki, piątki i week­endy. Po­wta­rza się to tak czę­sto, że te­raz, je­śli ktoś opu­ści któ­ryś z tych dni, nie do­sta­nie za ten dzień wy­płaty. Kiedy udo­wodni cho­robę zwol­nie­niem le­kar­skim, do­sta­nie zgod­nie z pra­wem wy­na­gro­dze­nie cho­ro­bowe, je­śli nie – jego strata. Czemu ho­tel miałby pła­cić za kaca? A jak już je­ste­śmy przy kacu, mój jest straszny. Mógł­bym za­bić za szklankę wody i ta­bletki od bólu głowy.

Te­le­fon znów dzwoni.

− Dzień do­bry – mó­wię.

− Hej – sły­szę. To Ja­cinta, jedna z po­ko­jó­wek, i wiem na­tych­miast, że dzwoni, bo jest „chora”. Ja wiem, że kła­mie, ona wie, że ja to wiem, ale oboje tak uda­jemy. Ża­ło­sne. Przy­naj­mniej jej wy­mówka to nie jest „za­tru­cie po­kar­mowe”, przy któ­rym za­wsze mu­szę kła­mać, że współ­czuję. Ja­cinta ma po­dobno coś nie tak z ko­bie­cymi spra­wami. Nie bar­dzo wiem, czy cho­dzi o pro­blemy emo­cjo­nalne, czy gi­ne­ko­lo­giczne, więc mó­wię coś w stylu: „To nie­do­brze. Mam na­dzieję, że się po­prawi”, i koń­czę roz­mowę.

Co­kol­wiek to jest, po­winna była za­dzwo­nić wcze­śniej, bo więk­szość po­ko­jó­wek i sprzą­ta­czek ma być w pracy przed ósmą rano. Wła­śnie te­raz będą miały naj­wię­cej do zro­bie­nia. Po­winny po­rząd­ko­wać i sprzą­tać po­koje tak szybko, jak to moż­liwe. Im szyb­ciej to zro­bią, tym szyb­ciej mogą iść do domu. Ża­den ho­tel nie po­trze­buje pu­stego, nie­po­sprzą­ta­nego po­koju, który na sie­bie nie za­ra­bia. Jest in­struk­cja, jak po­kój po­wi­nien wy­glą­dać: dwa duże ręcz­niki na ła­zien­ko­wej su­szarce, ład­nie uło­żone, ręcz­niczki do twa­rzy zwi­nięte koło umy­walki, ka­lo­ry­fer włą­czony, ale nie go­rący, dwa kubki na umy­walce, drzwi do ła­zienki uchy­lone, lampa na biurku za­pa­lona, ra­dio wy­łą­czone, kli­ma­ty­za­cja usta­wiona na dwa­dzie­ścia cztery stop­nie zimą i dwa­dzie­ścia dwa la­tem. Co wię­cej, każda sza­nu­jąca się po­ko­jówka bie­gnie jak naj­szyb­ciej do po­ko­jów – na­wet kiedy go­ście za­le­d­wie po­my­ślą o pa­ko­wa­niu – a to dla­tego, że nie­któ­rzy zo­sta­wiają na­piwki. Żadna z nich nie chce, żeby pie­nią­dze zgar­nęli Jez albo Dave – nasi boye ho­te­lowi. W ze­szłym ty­go­dniu, kiedy prze­cho­dzi­łem koło jed­nego z po­koi na trze­cim pię­trze, zo­ba­czy­łem por­tu­gal­ską po­ko­jówkę wal­czącą z Dave’em o mo­netę dwu­fun­tową. Cza­sem lu­dzie, któ­rzy kie­dyś pra­co­wali w ho­te­lar­stwie, zo­sta­wiają na­piwki w miej­scach, z któ­rymi boye nie mają do czy­nie­nia, na przy­kład pod po­duszką, ci, któ­rzy nie wie­dzą co i jak, zo­sta­wiają na­piwki na stole. Wtedy wszystko za­leży od po­ko­jówki, czy do­sta­nie to, na co za­słu­guje. A za­słu­guje z całą pew­no­ścią. Rze­czy, na które po­ko­jówki się na­ty­kają, prze­cho­dzą ludz­kie wy­obra­że­nia – brudne majtki, zu­żyte pre­zer­wa­tywy, ma­ga­zyny por­no­gra­ficzne sztywne od za­schnię­tej spermy, ko­ka­inę, stare strzy­kawki, zu­żyte sek­sza­bawki. Lu­dzie za­cho­wują się tak nie­praw­do­po­dob­nie w swo­ich po­ko­jach, że czę­sto nie mogę wyjść z szoku. Pa­mię­tam hi­sto­rię pew­nej grupy mu­zy­ków. Wcią­gnęli tyle ko­ka­iny, że do­stali roz­wol­nie­nie, a gdy skoń­czył im się pa­pier to­a­le­towy, pod­cie­rali się fi­ran­kami.

Praca po­ko­jówki jest chyba naj­bar­dziej za­sraną pracą w ho­telu. Za­sraną w do­słow­nym tego słowa zna­cze­niu. Kilka mie­sięcy temu pewna wy­tworna star­sza pani zo­sta­wiła na łóżku wielką kupę. Ogól­nie cała sy­tu­acja była dziwna. Owa star­sza pani no­co­wała w jed­nym z po­koi – i praw­do­po­dob­nie w jed­nym łóżku − ze swoją córką. Rano córka wy­szła gdzieś dość wcze­śnie, a jej matka około dzie­wią­tej rano. Przed wyj­ściem na­wet ze mną miło po­roz­ma­wiała na te­mat wy­stawy, na którą się wła­śnie wy­bie­rała. Po­tem oka­zało się, że zo­sta­wiła w łóżku wiel­kie gówno i ni­komu na­wet o tym nie wspo­mniała. Biedna po­ko­jówka pra­wie ze­mdlała, gdy je od­kryła. Nie mo­gła zro­zu­mieć, czemu po­kój tak śmier­dzi, aż w końcu zdjęła koł­drę. I to gówno mu­siała osta­tecz­nie po­sprzą­tać Jac­kie, bo po­ko­jówka nie mo­gła się zmu­sić. Co dziw­niej­sze, wła­ści­cielka kupy wró­ciła wie­czo­rem i o ni­czym nie wspo­mniała. Wy­mel­do­wała się na­stęp­nego ranka i na­wet nie zo­sta­wiła na­piwku.

Ale po­ko­jówki przy­naj­mniej cza­sem do­stają ja­kieś na­piwki. Ku­cha­rze na dole, któ­rzy pra­cują w naj­gor­szych wa­run­kach, ni­gdy ich nie do­stają. A wa­runki są na­prawdę okropne. Wiem, bo mia­łem pe­cha pra­co­wać w kuchni przez pe­wien czas. Nie wy­trzy­ma­łem. Ty­ra­nia, bru­tal­ność i ostat­nie cham­stwo, w które trudno uwie­rzyć. Sze­fo­wie kuchni to gnoje i uwiel­biają się nad ludźmi znę­cać. Ni­gdy nie za­po­mnę mo­jego pierw­szego dnia pracy w kuchni. Je­śli nie je­steś na zmia­nie śnia­da­nio­wej, to za­czy­nasz około ósmej lub dzie­wią­tej rano. Wszy­scy ku­cha­rze przy­cho­dzą tak wcze­śnie, bo mu­szą przy­go­to­wać je­dze­nie na cały dzień. Pra­cują na zmiany, czyli od ósmej do trze­ciej, mają wolne od trze­ciej do pią­tej, kiedy za­zwy­czaj idą do pubu albo do buk­ma­chera, a po­tem wra­cają do pracy od pią­tej do je­de­na­stej. W kuchni jest tak go­rąco i duszno, jakby to była śre­dnio­wieczna izba tor­tur. I na­prawdę tam tor­tu­rują. Pierw­szego dnia pracy mu­sia­łem sta­nąć na pły­cie grilla i na głos wy­ja­śnić, dla­czego po­winni mi po­zwo­lić pra­co­wać w ich pie­przo­nej kuchni. Moje buty prze­pa­liły się na wy­lot, za­nim po­zwo­lili mi zejść, i przez ty­dzień mia­łem na sto­pach pę­che­rze. Jako nowy mu­sia­łem pa­tro­szyć ryby i obie­rać ziem­niaki, to może do­pro­wa­dzić czło­wieka do sza­leń­stwa. Trzeba ob­ciąć górę i dół ziem­niaka i obie­rać tak, żeby wy­glą­dem przy­po­mi­nał beczkę. Kiedy za­czy­na­łem, mo­głem obrać dwa na mi­nutę, po­tem wia­dro na go­dzinę, czyli około pięć na mi­nutę. Obie­ra­łem ziem­niaki cały dzień, każ­dego dnia, przez trzy mie­siące. Obie­ra­łem je na­wet we śnie, bo śniły mi się te cho­lerne beczki. Ale przy­naj­mniej ja­koś się stam­tąd wy­rwa­łem. Jest w Sa­voyu je­den ko­leś z Ame­ryki Po­łu­dnio­wej, któ­rego obiera ziem­niaki. Obiera je dla nich już od lat. Po­dobno dali mu ostat­nio krze­sło, co pew­nie zro­biło mu dzień i cały rok.

Na­uczy­łem się jed­nej rze­czy przy obie­ra­niu ziem­nia­ków: pręd­kość się li­czy, ale nie na­leży koń­czyć pracy zbyt szybko. Raz by­łem na tyle głupi, że po­sze­dłem do ku­cha­rza ze­społu, su­kin­syna od­po­wie­dzial­nego za zupy, gu­la­sze i tym po­dobne, i po­wie­dzia­łem, że skoń­czy­łem ziem­niaki i te­raz nie wiem, co in­nego mógł­bym jesz­cze zro­bić.

− Co?! – wrza­snął. – Nie masz nic do ro­boty?! No to chodź ze mną.

Za­brał mnie na za­ple­cze kuchni, gdzie stały trzy prze­my­słowe za­mra­żarki – ten ro­dzaj, w któ­rym można za­mknąć do­ro­słego czło­wieka. Otwo­rzył jedną z nich, wy­cią­gnął ze sześć to­reb mro­żo­nego groszku, ro­ze­rwał je wszyst­kie i wy­sy­pał ich za­war­tość do za­mra­żarki.

− Te­raz masz wleźć do środka – po­wie­dział – po­zbie­rać ten ba­ła­gan i wsa­dzić cały groch z po­wro­tem do to­reb. I ni­gdy wię­cej mi nie mów, że nie masz nic do ro­boty.

Mu­sia­łem pod­nieść każde ziarnko gro­chu go­łymi rę­kami. Za­jęło mi to trzy go­dziny, moje ręce były nie­bie­skie z zimna, gdy skoń­czy­łem. Więc, jak ła­two się do­my­ślić, nie bar­dzo lu­bię kuch­nie.

W tej chwili nie bar­dzo lu­bię Liz. Spo­sób, w jaki stuka pa­znok­ciami, na­prawdę mnie de­ner­wuje. Moż­liwe, że je­stem dzi­siaj po­iry­to­wany z po­wodu kaca, bo za­zwy­czaj ona mnie aż tak nie de­ner­wuje. Te­le­fon znowu dzwoni, Liz udaje, że nie sły­szy. Wy­eks­po­no­wała cycki i flir­tuje z ja­kimś tłu­stym fa­ce­tem, do­py­tu­jąc, jak mu się po­do­bał po­bytu w na­szym ho­telu. Sam mu­szę ode­brać.

− Re­cep­cja, słu­cham.

− Dzwo­nię z po­koju sto sześć­dzie­siąt – od­zywa się dam­ski głos. – Dzwo­ni­łam ja­kiś czas temu w pew­nej spra­wie…

− Tak?

− To dość in­tymna sprawa.

− Może ja mogę po­móc?

− No więc – od­kasz­luje. – Za­dzwo­ni­łam w spra­wie pi­gułki „dzień po” i re­cep­cjo­nistka po­wie­działa, że do mnie za­dzwoni, ale się nie ode­zwała.

−Ach tak. Bar­dzo mi przy­kro. Je­śli może pani tro­chę za­cze­kać, po­sta­ram się to za­ła­twić.

Idę do Tony’ego, który sie­dzi przy swoim biurku i li­czy, ile bi­le­tów do te­atru i opery sprze­dał w tym ty­go­dniu i ile wy­nio­sło jego dzie­sięć pro­cent. Po­doba mu się ta fu­cha na boku, może za­ro­bić do czte­ry­stu fun­tów mie­sięcz­nie, wci­ska­jąc na­iw­nia­kom bi­lety na mu­si­cale.

− Tony? – za­ga­duję.

− W czym mogę ci po­móc, stary?

− Pi­gułka „dzień po”?

− A. Okej. Mamy ap­tekę na końcu ulicy. Sprze­dają nam, je­śli pro­simy, ale za­zwy­czaj wolą, żeby ko­biety same po­szły, bo mu­szą za­dać kilka py­tań. Cho­dzi o ogólny stan zdro­wia.

− Ona by ra­czej wo­lała, że­by­śmy to dla niej za­ła­twili.

− Okej. Wy­ślę Dave’a.

Tony pstryka pal­cami. Dave, który wła­śnie po­le­ro­wał wó­zek ba­ga­żowy, na­tych­miast staje na bacz­ność, rzuca ro­botę i pod­biega do nas.

− Przy­da­łoby mu się tro­chę ru­chu – mówi Tony. – Sie­dział na tyłku cały ra­nek. Prawda?

− Tak, pro­szę pana.

− Który po­kój to był?

− Sto sześć­dzie­siąt – mó­wię.

− Sto sześć­dzie­siąt. – Uśmie­cha się Tony. – Czy to nie przy­pad­kiem ta la­ska, która wczo­raj w nocy prze­szła tędy z torbą rzy­gów?

− A bo ja wiem?

− A ja my­ślę, że to ta. Mogę się za­ło­żyć, że nie czuje się za do­brze.

− Czyli jest nas dwoje.

− No tak. Byle do je­de­na­stej. – Tony za­ciera ręce. – Nie mogę się do­cze­kać wy­razu twa­rzy Mi­chelle.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij