-
W empik go
Hotel Babylon. Nieznane sekrety branży hotelarskiej - ebook
Hotel Babylon. Nieznane sekrety branży hotelarskiej - ebook
Ile jesteś w stanie znieść za dwa funty napiwku?
Wydawać by się mogło, że w drogich i luksusowych hotelach przebywają wyłącznie ludzie z klasą. Tymczasem za zamkniętymi drzwiami ekskluzywnych apartamentów dystyngowani goście ujawniają swoją prawdziwą twarz i bez skrępowania korzystają z uroków życia. Mówiąc wprost – puszczają im wszystkie hamulce. Do najbardziej popularnych zabaw należą: urządzanie libacji alkoholowych, zażywanie narkotyków, seks z prostytutką…
Imogen Edwards-Jones oraz Autor Anonimowy pod płaszczykiem fikcji opisują prawdziwe historie z branży hotelarskiej. Akcja książki rozgrywa się w ciągu 24 godzin, podczas których pracownicy tytułowego Babylonu muszą spełniać najbardziej ekstrawagancie i nieprzyzwoite zachcianki klientów. Zabawne epizody przeplatają się tu nieustannie z tragicznymi wydarzeniami, a zakulisowe spojrzenie na hotelowe życie bez wątpienia wstrząśnie niejednym czytelnikiem.
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-91-8076-238-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Ta historia jest prawdziwa. Jedynie imiona bohaterów zostały zmienione, by ochronić ich tożsamość. Osoby tu występujące, zdarzenia dobre i złe, przekręty, narkotyki, śmierć i obłęd są przedstawione dokładnie tak, jak opisał mi je Anonim, człowiek, który przez pracował w londyńskich pięciogwiazdkowych hotelach.
Ze względów prawnych opisane historie rozgrywają się w fikcyjnym hotelu Babylon. Opowiedziane zostały z perspektywy Anonima, który obserwował hotelowe życie przez dwadzieścia cztery godziny, przez ponad dziesięć lat. Wszystko wygląda właśnie tak: bogaci wydają pieniądze, hotel na nich zarabia, a pokojówki walczą z boyami o napiwki. Zwyczajna doba w drogim londyńskim hotelu.7:00–8:00
Wczoraj to był wieczór – Jezu, jak ja się okropnie czuję. Mam w głowie coś, co huczy jak młot pneumatyczny. Język suchy jak dywan perski. Nie zamierzałem się upić, ale to był wieczór pożegnalny Michelle − nie mogłem się powstrzymać. To jest właśnie ten problem, pracujesz w hotelu o wysokim standardzie, otacza cię stale luksus i rozpusta. Pod koniec długiego dnia ciężkiej pracy jedyne, na co masz ochotę, to się upić.
Wszyscy wylądowaliśmy w barze U Samanthy na Oxford Street. To jedno z tych znanych miejsc, gdzie lubią się spotykać pracownicy dużych londyńskich hoteli, by pić długo i do późna. Musisz tylko pokazać kartę identyfikacyjną z jakiegokolwiek hotelu − i wieczór się zaczyna. Michelle jest lubiana, więc wczoraj zeszło się mnóstwo ludzi. Pracowała ze mną w recepcji od dwóch lat, teraz odchodzi do hotelu Claridge’s. Czy może do Dochestera? Mówiła mi już wiele razy, ale nie zapamiętałem.
Była to świetna noc, mnóstwo plotek. James, który jest szefem działu zakupów i czasem napełnia tanim winem puste butelki Château Rothschild z 1982 roku, żeby zaimponować dziewczynom, zniknął z kelnerką, a jedna z pokojówek gwałtownie zwymiotowała na wszystko dookoła. Ale najlepsza jest ta historia: jakaś pokojówka przyłapała Michelle na obciąganiu laski Adrianowi – on jest menadżerem.
Gdybyście znali Adriana, bylibyście bardziej zszokowani niż ja. To jeden z tych wymuskanych chłopców o nienagannych manierach. Przyszedł do nas po kursie Savoya – w tej swojej odprasowanej koszuli w paski, ze spinkami w mankietach i pachnący cytrusowym płynem po goleniu. Słowem, typ faceta, który raczej nie spuściłby spodni w męskim kiblu na Oxford Street.
Chociaż, tak naprawdę, pracuję w hotelarstwie na tyle długo, żeby nie osądzać ludzi po wyglądzie. To zawsze ci porządni w garniturach mają w walizkach pełno lateksowych strojów sado-maso i magazynów pornograficznych, a dziwaki piją wodę mineralną i chodzą wcześnie spać. Mężatki natomiast lubią pójść do łóżka z pracownikami hotelu. Ale wszyscy mają coś, co ich absolutnie łączy: gdy są w hotelu, kradną. Telewizory, łyżeczki, popielniczki, szlafroki, napoje z barków samoobsługowych, kitkaty, chipsy, dywany, meble i dzieła sztuki. Faceci, którzy wydają trzy i pół tysiąca funtów za noc (bez śniadania), sikają do miniaturowych butelek, żeby zaoszczędzić pieniądze na whisky z minibaru.
Wracam do wydarzeń wczorajszego wieczoru, bo to jest bardzo interesujące, jak dziś zachowa się Michelle − na zakończenie pracy ma oficjalną rozmowę z Adrianem. Taka rozmowa z menadżerem albo szefem kadr zazwyczaj dotyczy omówienia mocnych i słabych stron pracownika. Wtedy dowiadujesz się, co można poprawić i w czym jesteś bardzo dobry. Żeby tak się dało podsłuchać… Nie mogę się doczekać. Przynajmniej jest coś, na co można dzisiaj czekać.
Recepcja jest pusta, kiedy wchodzę do hotelu. Mój kolega Ben, który pracuje w tym tygodniu na nocki, zniknął. Wiem, że spóźniłem się kilka minut – gdy zostawiłem płaszcz w szatni dla pracowników i wróciłem po schodach na górę, zrobiło się pięć po siódmej. Niemożliwe, żeby już wyszedł. Powinien czekać, aż przyjdę, dać mi znać, jak było w nocy, i dopiero potem iść do domu.
− Hej, Derek – mówię do portiera, wymiętego po całej nocy w fotelu. – Nie wiesz, gdzie ten leń recepcjonista?
− Ben? – pyta.
− Tak, Ben.
− Sprawdzałeś w biurze?
− Pewnie.
Za recepcją jest małe biuro, gdzie ludzie od rezerwacji na przykład drukują rachunki i ogólnie próbują sobie radzić z irytującymi ciągłymi zmianami w systemie meldowania gości. Jest to miejsce klaustrofobiczne. Nikt nie chce spędzać tu zbyt wiele czasu, bo cuchnie kawą rozpuszczalną, starymi herbatnikami i brzydkim oddechem. Ale nocami długi stół w tym pokoju służy czasem za łóżko. Ben już kilka razy był upominany za spanie na stole. To na jego twarz patrzą goście, kiedy przekraczają próg hotelu o bardzo wysokim standardzie − pokoje w cenie od dwustu do dwóch tysięcy funtów za noc. Twarz, która ich wita, ma zapowiadać luksus. Zdecydowanie nie powinna być pomarszczona, zaspana, z odciśniętym zszywaczem na policzku. Wchodzę do środka i co widzę? Ben na plecach, z gębą otwartą, jakby łapał muchy.
− Ben! Ty gnoju! Obudź się! – krzyczę.
Aż podskoczył.
− Co?! Jasna cholera! – Zeskakuje gwałtownie, jakby mu ktoś wsadził w tyłek elektrycznego poganiacza bydła. – Przepraszam? A, to ty. Boże – mamrota i poprawia zmatowiałe, brązowe strąki na głowie z ulgą, że nie przyłapał go ktoś inny.
− Przysnąłem tylko na kilka minut. Chciałem się zdrzemnąć, zanim czerwonoocy zaczną przyjeżdżać z Heathrow.
− Jasne.
− Prawdę mówię, nie spałem długo – obrusza się i wygładza zaskakująco błyszczący garnitur. – Jak było wczoraj?
Opowiadam mu o Michelle i Adrianie, na co Ben wybucha śmiechem. To podobno najśmieszniejsza rzecz, jaką słyszał od tygodnia.
− Myślisz, że będą omawiać jej technikę? Oceni ją w skali od zera do dziesięciu?
Ben uznał, że warto byłoby zostać do jedenastej, wtedy Michelle ma swoją rozmowę. A jednak nie da rady. Chce, żebym zadzwonił do niego potem z detalami.
Noc minęła spokojnie. Nie działo się nic, z czym nie mógłby sobie poradzić. Tylko kilku pijanych facetów zasiedziało się w barze hotelowym, trudno było się ich pozbyć, a o trzeciej nad ranem jakaś dziewczyna przeszła przez recepcję, wymachując plastikową torebką pełną wymiocin, jakby prezentowała jej najnowszy model. A poza tym to powinienem zapytać Dereka, czy wie, gdzie są prostytutki, kiedy przyjdzie do wymeldowywania albo wyrzucania… Ben podobno nie zwrócił uwagi, ale obaj wiemy, że pewnie był w barze hotelowym, stawiając sobie kilka wódek, żeby przetrwać noc, albo spał w biurze. Śmiać mi się chce, choć zmiany z Benem mnie denerwują, bo on zawsze odwala minimum roboty i uchodzi mu to płazem. Naprawdę mnie to wkurza. Dzisiaj bardziej niż zwykle, prawdopodobnie przez to, że mam megakaca.
− Powinienem wiedzieć coś jeszcze? – pytam Bena, a z poirytowania bawię się miętówkami na blacie, klikając w nie hotelowym długopisem.
− Nie sądzę. Może tylko, że przyjeżdża dzisiaj jakiś Amerykanin. Z Teksasu. – Uśmiecha się Ben. – Kasa, kasa, kasa.
− No pewnie. – Od razu poprawia mi się nastrój.
− Właśnie. – Ben zaciera dłonie z uśmiechem. – Wszyscy kochają Teksańczyków.
− Na razie! – kończę rozmowę i popycham go lekko w stronę wyjścia.
− Na razie – odpowiada, poprawiając kołnierz płaszcza.
− Siódma wieczorem dzisiaj.
− Wiem, wiem. Zadzwoń, kiedy przyjdzie Michelle – mówi i puszcza do mnie oko. – Będzie mi jej brakowało.
− Myślałem, że jesteś zakochany w Jackie.
− Pewnie, stary. – Strzela do mnie z prawego palca jak z rewolweru. – Na razie.
− Aha – odpowiadam z zaskoczeniem.
Ben od trzech miesięcy ma romans z Jackie – bardzo ładną Australijką, szefową pokojówek. Kilka razy musiałem go kryć w recepcji i dlatego wiem. Mają swój rytuał. Ona zazwyczaj dzwoni i mówi coś w stylu: „pokój 212 wymaga inspekcji”, on leci na górę jak pies za suką w rui, wieszają „nie przeszkadzać” na drzwiach, a po półgodzinie ona wysyła pokojówkę, żeby tam posprzątała. Trwa to już od jakiegoś czasu, więc doszedłem do wniosku, że się w sobie zakochali. Najwyraźniej się pomyliłem.
− Na razie – mówię do jego pleców, znikających w drzwiach obrotowych recepcji.
Nie mam czasu zastanowić się nad tym, co Ben powiedział, bo dzwoni telefon.
− Recepcja, słucham – mówię na tyle nonszalancko, na ile pozwala mi siedem piw.
− Halo – odpowiada amerykański akcent. – Dzwonię z pokoju pięćset czternaście.
− Dzień dobry.
− Zamówiłem na śniadanie stek. Pół godziny temu. Nadal go nie dostałem.
− Bardzo mi przykro. Czy dzwonił pan do obsługi hotelowej?
− Też mi obsługa. Dzwonię do nich, nikt nie odbiera, a potem centrala dzwoni do ciebie.
− Zazwyczaj tak się dzieje po trzech lub czterech dzwonkach.
− Chciałbym, żebyś tam poszedł i wyjaśnił sytuację.
− Niestety, nie bardzo mogę.
− Nie możesz czy nie chcesz? – Zaczyna unosić głos. – Za godzinę mam bardzo ważne spotkanie. Jeśli nie dostanę mojego steka przed wyjściem, oberwiesz ty i hotel, wystawię wam rachunek za moje straty.
− Proszę pana…
− Żadne proszę pana! – Jest już naprawdę zły. – Zrób coś z tym!
− Oczywiście. Natychmiast.
− Wreszcie! – krzyczy i odkłada słuchawkę.
− Obsługa hotelowa? – pyta Derek ze swojego fotela.
− Aha. Amerykanin zamówił stek.
− Znowu? Dlaczego oni zawsze to robią? Czy to taki kłopot zamówić jajka i bekon na śniadanie? Mam iść?
− Nie, stary, ja pójdę.
Mam nadzieję, że uda mi się złapać szybką kawę, jeśli sam zejdę do kuchni.
− Dobra. Zastąpię cię, póki nie wrócisz.
Derek to naprawdę porządny facet, jest portierem od ponad dwudziestu lat. W Babylonie pracuje od pięciu, wtedy odziedziczył posadę po wujku. Babylon jest ekskluzywny, nie to, co czterogwiazdkowa speluna za rogiem, w której pracował poprzednio. Zawsze mówi, że przekaże swoją posadę jednemu z trzech synów. Udaje mu się zgarnąć nawet tysiąc funtów tygodniowo na napiwkach, taką pracę ludzie lubią zatrzymać w rodzinie. Jednak czasy się zmieniają. Coraz rzadziej udaje się przekazać posadę portiera z ojca na syna. Nowoczesne hotele, choćby Sanderson czy Metropolitan, zatrudniają młodych chłopaków o wyglądzie modela. Inne, zwłaszcza kiedy są częścią wielkich korporacji, nic sobie nie robią z tradycji.
− Przynieść ci kawę? – pytam.
− Nie, nie warto. Kończę za godzinę, nie będę mógł spać.
Boże, myślę w drodze do kuchni. Wszystkim nam cholernie by się przydało wyspać. W hotelarstwie nikt porządnie nie sypia. Jest dopiero dwadzieścia po siódmej, a poranna zmiana w kuchni zaczęła się przynajmniej dwie godziny temu. Szef kuchni od piątej rano wstępnie podsmaża kiełbaski, żeby zaraz potem zabrać się za przygotowanie śniadania dla pracowników, i wraca do dań dla gości.
Piwnica cuchnie wybielaczem i bekonem, a powietrze już na korytarzu jest tak gorące i ciężkie, że trudno oddychać. Wchodzę do kuchni. Spowija ją mgła olejowa ze setek jaj, które smaży jeden facet. Jego szara twarz błyszczy od tego tłuszczu, a oczy wydają się niczego nie widzieć. Nie znam go. Wygląda młodo, na dwadzieścia parę lat. Musi być nowy. Młodzi przychodzą tu i odchodzą stąd dość często, bo kto tak naprawdę chce pracować na piętnastogodzinne zmiany w tym piekle? Ale jeśli komukolwiek uda się dojść do pozycji zastępcy szefa kuchni, już nie chce odchodzić. Dobry kucharz może zarobić ponad sto tysięcy funtów rocznie, a jeśli jego nazwisko widnieje koło drzwi wejściowych, to może zarobić nawet cztery razy tyle.
Kucharz nie reaguje, gdy go wołam. Możliwe, że nie słyszy, a może jest tak zmęczony, że mózg mu nie pracuje?
− Hej! – wołam po raz kolejny. Tym razem mnie zauważa.
− Jankes z pokoju pięćset czternaście chce wiedzieć, co się stało z jego stekiem.
Kucharz, nie podnosząc głowy, wskazuje nożem kawał mięsa skwierczący z tyłu grilla.
− Jak długo? – pytam, na co pokazuje mi dwa palce. Zgaduję, że dwie minuty. − Można to przyśpieszyć? – dopytuję.
Brak reakcji. Wrócił już do swoich patelni i zaczyna przekładać jajka na przygotowane za nim tace, załadowane sztućcami, serwetkami, solą, pieprzem i tostami. Czasami nakłada jajecznicę ze stojącego obok gara, a potem dodaje bekon z podgrzewacza. Wszystko to wygląda obrzydliwie, ale jakimś cudem, gdy trafia do pokoju hotelowego po podróży długimi, zimnymi korytarzami, wydaje się dość apetyczne. I wcale nie tanie: możesz zapłacić od dwunastu i pół do dwudziestu pięciu funtów za tradycyjne angielskie śniadanie w hotelu w centrum Londynu. A hotel kosztuje to mniej niż pół funta. Wychodzę z kuchni i słyszę telefon w pomieszczeniu obok. Odbiera chłopak ubrany na biało.
− Obsługa hotelowa, słucham.
Skręcam do stołówki pracowniczej po szybką kawę, strasznie chce mi się zapalić – to wina tego zapachu. To miejsce jest zawsze zimne, wilgotne i cuchnie tanimi papierosami niezależnie od oferowanych potraw. Jednak, dziwnym trafem, jedzenie nie jest złe, a przecież hotel wydaje funt dwadzieścia dziennie na każdą osobę. Większość pracowników je tutaj przynajmniej dwa posiłki dziennie. Często dostają nam się resztki po bankietach z poprzedniej nocy, stare sałatki i ciastka. Ale gotują nam też dobre gulasze i potrawki, czasem chilli i curry dla sprzątaczy z Bangladeszu, którzy pracują tu nocami. Dwoje z nich siedzi w rogu jadalni. Pochylają się nad talerzami, jakby ktoś im je miał zabrać. Nawet ze sobą nie rozmawiają. Nalewam kawę i siadam naprzeciw faceta w szarym wdzianku ekipy od napraw i konserwacji, zakładam, że jest Polakiem. Nie chcę tu wyjść na rasistę, ale pewne rzeczy są oczywiste, kiedy się trochę popracuje w hotelu; pierwsza z nich: faceci od konserwacji to Polacy, druga: sprzątacze są z Bangladeszu, a trzecia, że pokojówki nigdy nie pochodzą z Anglii. W poprzednim hotelu, w którym pracowałem, wśród personelu pralni znalazł się Brytyjczyk − i wszystkim wydawało się to dziwne. Miał ponad pięćdziesiąt lat i może miał jakieś długi, kto to wie? Pewnego dnia się załamał i przed wszystkimi w jadalni przyznał, że jest byłym więźniem. Nie mógł już tego dłużej ukrywać, siedział za zabicie żony toporem. Odszedł następnego dnia, a ja od tamtej pory nie widziałem brytyjskiego pracownika pralni albo obsługi hotelowej.
Kawa i papieros robią swoje: serce mi przyśpiesza, a mózg wydaje się budzić. Zerkam na zegarek – jasna cholera! Za piętnaście ósma! Jak to się stało? Lecę na górę i wpadam do recepcji. Liz, moja druga połowa na dzisiaj, wita mnie stalowym spojrzeniem.
− Gdzie ty się, do cholery, szlajasz? – pyta i próbuje wyglądać poważnie.
− Na dole. Musiałem rozwiązać problem ze śniadaniem dla jednego z pokoi. A ty się spóźniłaś.
− Pięć minut.
− Jasne, jasne.
Nie ma sensu kłócić się z Liz. Muszę z nią pracować cały dzień i wolę przemilczeć zaczepkę, bo ma talent do strojenia fochów. Jeśli tylko zechce, może się do mnie nie odzywać przez cały ranek. Ma trochę ponad dwadzieścia lat, blond włosy i świetne cycki, takie laski uwielbiają faceci w średnim wieku. Jest zawsze opalona, mimo że nigdy nie wyjeżdża na wakacje, jej rzęsy same się podkręcają, a paznokcie są tak utwardzone od lakieru, że nigdy się nie łamią. Ona, Ben, Michelle i ja pracowaliśmy na zmiany cztery dni z rzędu, z jednym dniem przerwy, a co drugi tydzień mamy nocki. Ale teraz Michelle odeszła i brakuje nam recepcjonisty. Czekamy na zastępstwo i mamy nadzieję, że przyślą kogoś jutro.
− Problemy?
− Marie, ta kelnerka, zadzwoniła, że nie przyjdzie, bo jest chora.
Zaśmiałem się.
− Marie? Pewnie, że jest chora. Poszła wczoraj do domu z Jamesem z działu zakupów. Powiedziała, co jej jest?
− Zatrucie pokarmowe.
− Zatrucie pokarmowe? Nie wiedziałem, że gin z tonikiem to jedzenie.
Liz wzruszyła ramionami.
− Sądząc po tym, co Derek mi powiedział o wczorajszej nocy, podejrzewam, że nie tylko ona się pochorowała. Myślisz, że Michelle się pojawi?
− Mam nadzieję. Byłoby się z czego pośmiać. Telefon dzwoni.
− Recepcja, słucham? – odzywa się Liz swoim syczącym głosem. – Mhm, mhm, tak. Niestety, nie mamy pigułki „dzień po” w naszej apteczce, ale jeśli może pani poczekać kilka minut, nasz konsjerż Tony zaczyna o ósmej i będzie wiedział, gdzie je najszybciej kupić… Tak, oczywiście, zadzwonię, jak tylko się pojawi.
− Cieszę się, że to ty odebrałaś. Po tym teście ciążowym, który musiałem kupić w zeszłym tygodniu…8:00–9:00
Tony pojawia się dokładnie o ósmej. Miękki płaszcz, nowy garnitur, lśniące buty, biała jak śnieg koszula i krawat od Prady. Ma ciemne włosy z przedziałkiem z boku, na twarzy zaraźliwy uśmiech, który sprawia, że natychmiast chcesz się z nim zaprzyjaźnić. Tak naprawdę jest dużo więcej powodów, dla których chcesz się z nim przyjaźnić. Po pierwsze, niewiele jest miejsc i zdarzeń w Londynie, o których Tony by nie wiedział. To chodząca mapa i przewodnik w jednym. Wie, gdzie można dobrze zjeść, fajnie zatańczyć, nieźle się zabawić. Zna każdego z bramkarzy wszystkich dobrych klubów, wie, w którym teatrze gra jakiś hollywoodzki aktor i w którym barze pije. Może zorganizować stolik w najdroższych i najsłynniejszych restauracjach bez rezerwacji, może zdobyć bilety na wyprzedane koncerty, zniżki na samochody, może załatwić dziewczyny, chłopców i narkotyki, willę na południu Francji. Wie o fantastycznym miejscu, które jego kolega po fachu wynajął dla Courtney Love. Zapłaciła za nie, ale nigdy się tam nie pojawiła. Tony może załatwić również weekend na wsi, wycieczki po Londynie, bilety bez kolejki do Madame Tussaud. Powie, gdzie można naprawić zegarek, wyczyścić strzelbę, znaleźć najlepszy materiał na sari, drobny prezent dla żony, pójść na zakupy w środku nocy. Wie dokładnie, jakich nowych butów szukasz. Z dumą nosi w klapie złoty znaczek skrzyżowanych kluczy, odznakę konsjerży. Ma do tego prawo, bo te klucze otwierają wszystkie drzwi w mieście.
− Hej, Tony – mówię na powitanie.
− Hej, stary.
Tony jest w dobrym nastroju, Tony jest zawsze w dobrym nastroju. Każdy byłby w dobrym nastroju, gdyby dostawał tygodniowo dwa tysiące nieopodatkowanych funtów w napiwkach.
− Słyszałem, że wczorajsza noc była udana.
− Już o tym wiesz? – pytam.
Tony tylko się uśmiecha i pociera po nosie. Razem z nim przyszedł Steve, zastępstwo Dereka. Właśnie otwiera drzwi facetowi, który wygląda, jakby dopiero co wysiadł z samolotu.
− Dzień dobry. Mogę panu pomóc z bagażami? – pyta Steve.
− Tak, tak – odpowiada facet. Rzucił wszystko na ziemię i wszedł do recepcji.
− Dzień dobry – witam go, gdy Liz odbiera kolejny telefon.
− Andrew Oliver – mówi z akcentem, który nie pozwala zidentyfikować, skąd jest. – Możliwość wcześniejszego zameldowania. Koszty zapłacone z góry.
− Oczywiście, zaraz sprawdzę.
Nie ma chyba nic bardziej lubianego przez hotele niż wcześniejsze zameldowanie. Wtedy podwójnie rezerwujemy jeden pokój. To dość proste: jedna osoba płaci za noc w hotelu, a druga, która chce się wcześnie zameldować, płaci za noc, której tu nie spędza. W ten sposób hotel wystawia rachunek za tę samą noc dwóm osobom. Jedyne, czego trzeba dopilnować, to żeby poprzedni gość się wymeldował, zanim następny rano się zamelduje. Inaczej możemy sobie narobić kłopotów.
− Bardzo dobrze – mówię, sprawdzając jego kanadyjski paszport. − Mamy pana rezerwację, pokój pięćset czternaście.
− Pięćset czternaście? – powtarza z westchnieniem ulgi, która pachnie samolotowym żarciem.
− Tak – uśmiecham się, ale w mojej głowie biją na alarm. Recepcja? Mamy problem.
Pokój 514 nie jest wolny i na pewno nie będzie wolny przez następne pół godziny, potem musi być posprzątany i przygotowany na nowego gościa, a ja w tym czasie będę miał pana Olivera, wiszącego mi nad głową.
− Taaak – mówię i on natychmiast łapie, że coś jest nie tak.
− Co jest? Niemożliwe, żeby był jakiś problem. Ja zapłaciłem z góry. Mogę to udowodnić. – Położył teczkę obok i otworzył.
− Nie, nie – szybko go zapewniam. – To nie problem z rezerwacją, my ją tutaj mamy. Chodzi o to, że jest mały problem z pana pokojem. Gość, który był w nim wczoraj, rozchorował się…
− Zatrucie pokarmowe – pomocnie wtrąca Liz. – Straszne zatrucie, okropne. Nie był w stanie wyjść z pokoju przez całą dobę. Ostrygi.
− Ostrygi? – pyta Oliver.
− Ostrygi – powtarza Liz, prawie wierząc we własne wymysły. – Nikt nie był w stanie go ruszyć, lekarz zakazał.
− W każdym razie – uśmiecham się najmilej, jak umiem – hotel jest pełny, więc w tej chwili nie możemy panu nic zaoferować, ale jeśli byłby pan łaskaw dać nam pół godziny, to jestem pewny, że uda nam się coś załatwić.
− Pół godziny – powtarza słabo.
− Pół godziny – zapewniam i udaję, że właśnie coś mi przyszło do głowy. – W tym czasie możemy panu zaoferować śniadanie w naszej restauracji, na koszt hotelu, rzecz jasna. Jajka, bekon, kawa. Przyjdziemy pana poinformować, kiedy tylko coś zorganizujemy.
Oliver jest zbyt zmęczony, żeby się wykłócać. Jedyne, czego pragnie, to łóżko, kawa i CNN w telewizji. Ale zamiast tego idzie do restauracji, powłócząc nogami, gdy ja szybko rejestruję jego złotą kartę American Express.
− Poszło nieźle – mówi Liz.
− Lepiej niż Benowi tydzień temu.
Ben popełnił tragiczną pomyłkę. Wymyślił fatalne kłamstwo, gdy miał do czynienia ze zmęczonym Amerykaninem prosto z Nowego Jorku. Zamiast powtórzyć często wykorzystywaną historię o zatruciu pokarmowym, Ben powiedział, że pokój został zalany i nadal go sprzątają. Amerykanin mu nie uwierzył i zażądał pokazania pokoju, Ben jednak odmówił, tłumacząc się stanem pokoju. Amerykanin nazwał Bena kłamcą, na co Ben oznajmił, że jeśli on naprawdę chce, to Ben mu ten pokój pokaże. Gość naprawdę chciał. Ben zaprowadził go do pokoju na końcu jednego z korytarzy, gdzie w tym czasie pracowali robotnicy. Ale Amerykanin nadal nie wierzył i zażądał, by wezwano menadżera. Ta żałosna historia skończyła się darmowym pobytem Amerykanina w hotelu i butelką szampana na nasz koszt. Adrian nie był zachwycony.
Telefon zaczyna dzwonić raz za razem. O tej porze goście zazwyczaj proszą, żeby im przygotować rachunek, a pracownicy hotelu zawiadamiają telefonicznie, że są chorzy i nie przyjdą do pracy. Dziś jest piątek, więc zakładam, że będzie tego sporo. Ludzie są zawsze chorzy w poniedziałki, piątki i weekendy. Powtarza się to tak często, że teraz, jeśli ktoś opuści któryś z tych dni, nie dostanie za ten dzień wypłaty. Kiedy udowodni chorobę zwolnieniem lekarskim, dostanie zgodnie z prawem wynagrodzenie chorobowe, jeśli nie – jego strata. Czemu hotel miałby płacić za kaca? A jak już jesteśmy przy kacu, mój jest straszny. Mógłbym zabić za szklankę wody i tabletki od bólu głowy.
Telefon znów dzwoni.
− Dzień dobry – mówię.
− Hej – słyszę. To Jacinta, jedna z pokojówek, i wiem natychmiast, że dzwoni, bo jest „chora”. Ja wiem, że kłamie, ona wie, że ja to wiem, ale oboje tak udajemy. Żałosne. Przynajmniej jej wymówka to nie jest „zatrucie pokarmowe”, przy którym zawsze muszę kłamać, że współczuję. Jacinta ma podobno coś nie tak z kobiecymi sprawami. Nie bardzo wiem, czy chodzi o problemy emocjonalne, czy ginekologiczne, więc mówię coś w stylu: „To niedobrze. Mam nadzieję, że się poprawi”, i kończę rozmowę.
Cokolwiek to jest, powinna była zadzwonić wcześniej, bo większość pokojówek i sprzątaczek ma być w pracy przed ósmą rano. Właśnie teraz będą miały najwięcej do zrobienia. Powinny porządkować i sprzątać pokoje tak szybko, jak to możliwe. Im szybciej to zrobią, tym szybciej mogą iść do domu. Żaden hotel nie potrzebuje pustego, nieposprzątanego pokoju, który na siebie nie zarabia. Jest instrukcja, jak pokój powinien wyglądać: dwa duże ręczniki na łazienkowej suszarce, ładnie ułożone, ręczniczki do twarzy zwinięte koło umywalki, kaloryfer włączony, ale nie gorący, dwa kubki na umywalce, drzwi do łazienki uchylone, lampa na biurku zapalona, radio wyłączone, klimatyzacja ustawiona na dwadzieścia cztery stopnie zimą i dwadzieścia dwa latem. Co więcej, każda szanująca się pokojówka biegnie jak najszybciej do pokojów – nawet kiedy goście zaledwie pomyślą o pakowaniu – a to dlatego, że niektórzy zostawiają napiwki. Żadna z nich nie chce, żeby pieniądze zgarnęli Jez albo Dave – nasi boye hotelowi. W zeszłym tygodniu, kiedy przechodziłem koło jednego z pokoi na trzecim piętrze, zobaczyłem portugalską pokojówkę walczącą z Dave’em o monetę dwufuntową. Czasem ludzie, którzy kiedyś pracowali w hotelarstwie, zostawiają napiwki w miejscach, z którymi boye nie mają do czynienia, na przykład pod poduszką, ci, którzy nie wiedzą co i jak, zostawiają napiwki na stole. Wtedy wszystko zależy od pokojówki, czy dostanie to, na co zasługuje. A zasługuje z całą pewnością. Rzeczy, na które pokojówki się natykają, przechodzą ludzkie wyobrażenia – brudne majtki, zużyte prezerwatywy, magazyny pornograficzne sztywne od zaschniętej spermy, kokainę, stare strzykawki, zużyte sekszabawki. Ludzie zachowują się tak nieprawdopodobnie w swoich pokojach, że często nie mogę wyjść z szoku. Pamiętam historię pewnej grupy muzyków. Wciągnęli tyle kokainy, że dostali rozwolnienie, a gdy skończył im się papier toaletowy, podcierali się firankami.
Praca pokojówki jest chyba najbardziej zasraną pracą w hotelu. Zasraną w dosłownym tego słowa znaczeniu. Kilka miesięcy temu pewna wytworna starsza pani zostawiła na łóżku wielką kupę. Ogólnie cała sytuacja była dziwna. Owa starsza pani nocowała w jednym z pokoi – i prawdopodobnie w jednym łóżku − ze swoją córką. Rano córka wyszła gdzieś dość wcześnie, a jej matka około dziewiątej rano. Przed wyjściem nawet ze mną miło porozmawiała na temat wystawy, na którą się właśnie wybierała. Potem okazało się, że zostawiła w łóżku wielkie gówno i nikomu nawet o tym nie wspomniała. Biedna pokojówka prawie zemdlała, gdy je odkryła. Nie mogła zrozumieć, czemu pokój tak śmierdzi, aż w końcu zdjęła kołdrę. I to gówno musiała ostatecznie posprzątać Jackie, bo pokojówka nie mogła się zmusić. Co dziwniejsze, właścicielka kupy wróciła wieczorem i o niczym nie wspomniała. Wymeldowała się następnego ranka i nawet nie zostawiła napiwku.
Ale pokojówki przynajmniej czasem dostają jakieś napiwki. Kucharze na dole, którzy pracują w najgorszych warunkach, nigdy ich nie dostają. A warunki są naprawdę okropne. Wiem, bo miałem pecha pracować w kuchni przez pewien czas. Nie wytrzymałem. Tyrania, brutalność i ostatnie chamstwo, w które trudno uwierzyć. Szefowie kuchni to gnoje i uwielbiają się nad ludźmi znęcać. Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego dnia pracy w kuchni. Jeśli nie jesteś na zmianie śniadaniowej, to zaczynasz około ósmej lub dziewiątej rano. Wszyscy kucharze przychodzą tak wcześnie, bo muszą przygotować jedzenie na cały dzień. Pracują na zmiany, czyli od ósmej do trzeciej, mają wolne od trzeciej do piątej, kiedy zazwyczaj idą do pubu albo do bukmachera, a potem wracają do pracy od piątej do jedenastej. W kuchni jest tak gorąco i duszno, jakby to była średniowieczna izba tortur. I naprawdę tam torturują. Pierwszego dnia pracy musiałem stanąć na płycie grilla i na głos wyjaśnić, dlaczego powinni mi pozwolić pracować w ich pieprzonej kuchni. Moje buty przepaliły się na wylot, zanim pozwolili mi zejść, i przez tydzień miałem na stopach pęcherze. Jako nowy musiałem patroszyć ryby i obierać ziemniaki, to może doprowadzić człowieka do szaleństwa. Trzeba obciąć górę i dół ziemniaka i obierać tak, żeby wyglądem przypominał beczkę. Kiedy zaczynałem, mogłem obrać dwa na minutę, potem wiadro na godzinę, czyli około pięć na minutę. Obierałem ziemniaki cały dzień, każdego dnia, przez trzy miesiące. Obierałem je nawet we śnie, bo śniły mi się te cholerne beczki. Ale przynajmniej jakoś się stamtąd wyrwałem. Jest w Savoyu jeden koleś z Ameryki Południowej, którego obiera ziemniaki. Obiera je dla nich już od lat. Podobno dali mu ostatnio krzesło, co pewnie zrobiło mu dzień i cały rok.
Nauczyłem się jednej rzeczy przy obieraniu ziemniaków: prędkość się liczy, ale nie należy kończyć pracy zbyt szybko. Raz byłem na tyle głupi, że poszedłem do kucharza zespołu, sukinsyna odpowiedzialnego za zupy, gulasze i tym podobne, i powiedziałem, że skończyłem ziemniaki i teraz nie wiem, co innego mógłbym jeszcze zrobić.
− Co?! – wrzasnął. – Nie masz nic do roboty?! No to chodź ze mną.
Zabrał mnie na zaplecze kuchni, gdzie stały trzy przemysłowe zamrażarki – ten rodzaj, w którym można zamknąć dorosłego człowieka. Otworzył jedną z nich, wyciągnął ze sześć toreb mrożonego groszku, rozerwał je wszystkie i wysypał ich zawartość do zamrażarki.
− Teraz masz wleźć do środka – powiedział – pozbierać ten bałagan i wsadzić cały groch z powrotem do toreb. I nigdy więcej mi nie mów, że nie masz nic do roboty.
Musiałem podnieść każde ziarnko grochu gołymi rękami. Zajęło mi to trzy godziny, moje ręce były niebieskie z zimna, gdy skończyłem. Więc, jak łatwo się domyślić, nie bardzo lubię kuchnie.
W tej chwili nie bardzo lubię Liz. Sposób, w jaki stuka paznokciami, naprawdę mnie denerwuje. Możliwe, że jestem dzisiaj poirytowany z powodu kaca, bo zazwyczaj ona mnie aż tak nie denerwuje. Telefon znowu dzwoni, Liz udaje, że nie słyszy. Wyeksponowała cycki i flirtuje z jakimś tłustym facetem, dopytując, jak mu się podobał pobytu w naszym hotelu. Sam muszę odebrać.
− Recepcja, słucham.
− Dzwonię z pokoju sto sześćdziesiąt – odzywa się damski głos. – Dzwoniłam jakiś czas temu w pewnej sprawie…
− Tak?
− To dość intymna sprawa.
− Może ja mogę pomóc?
− No więc – odkaszluje. – Zadzwoniłam w sprawie pigułki „dzień po” i recepcjonistka powiedziała, że do mnie zadzwoni, ale się nie odezwała.
−Ach tak. Bardzo mi przykro. Jeśli może pani trochę zaczekać, postaram się to załatwić.
Idę do Tony’ego, który siedzi przy swoim biurku i liczy, ile biletów do teatru i opery sprzedał w tym tygodniu i ile wyniosło jego dziesięć procent. Podoba mu się ta fucha na boku, może zarobić do czterystu funtów miesięcznie, wciskając naiwniakom bilety na musicale.
− Tony? – zagaduję.
− W czym mogę ci pomóc, stary?
− Pigułka „dzień po”?
− A. Okej. Mamy aptekę na końcu ulicy. Sprzedają nam, jeśli prosimy, ale zazwyczaj wolą, żeby kobiety same poszły, bo muszą zadać kilka pytań. Chodzi o ogólny stan zdrowia.
− Ona by raczej wolała, żebyśmy to dla niej załatwili.
− Okej. Wyślę Dave’a.
Tony pstryka palcami. Dave, który właśnie polerował wózek bagażowy, natychmiast staje na baczność, rzuca robotę i podbiega do nas.
− Przydałoby mu się trochę ruchu – mówi Tony. – Siedział na tyłku cały ranek. Prawda?
− Tak, proszę pana.
− Który pokój to był?
− Sto sześćdziesiąt – mówię.
− Sto sześćdziesiąt. – Uśmiecha się Tony. – Czy to nie przypadkiem ta laska, która wczoraj w nocy przeszła tędy z torbą rzygów?
− A bo ja wiem?
− A ja myślę, że to ta. Mogę się założyć, że nie czuje się za dobrze.
− Czyli jest nas dwoje.
− No tak. Byle do jedenastej. – Tony zaciera ręce. – Nie mogę się doczekać wyrazu twarzy Michelle.