Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Hotel z piekła rodem - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
28 października 2020
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Hotel z piekła rodem - ebook

Chrzciny, wesela, narkotyki, libacje. Tutaj każdy znajdzie coś dla siebie!

Przerażająco prawdziwe opowieści z piekła rodem, opowiedziane z perspektywy pewnego dyrektora, który ze względu na sytuację rodzinną zmuszony jest do zamieszkania na pewien czas w zarządzanym przez siebie hotelu, gdzieś pod Warszawą.

Impreza firmowa dużej korporacji?

Zemsta prostytutek?

Wielki pożar?

Jak wiele może się wydarzyć podczas jednego weekendu i co może pójść nie tak?

Ten fabularyzowany zapis z życia dyrektora hotelu i jego pracowników, to niezbity dowód na to, że powyżej 250 kilometrów od domu to nadal zdrada, że nigdy nie warto denerwować Pań Pokojowych i że łatwo pozbywamy się wstydu, gdy „nikt” nie patrzy…

Mocna lektura, przy której można popłakać się ze śmiechu... albo wstrzymać oddech z przerażenia i obrzydzenia.

Sytuacje opisane w tej książce wydarzyły się naprawdę. I to wcale nie świadczy dobrze o nas. Ludziach.

 

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8053-821-4
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

CZWARTEK

QUO VADIS, PANIE DYREKTORZE?

– Zesrał się do wanny! – oznajmiła nieprzyjmującym sprzeciwu głosem, zupełnie jakbym po takim powitaniu miał w ogóle ochotę zaprzeczać albo cokolwiek mówić.

Milczałem, zdecydowanie zbyt długo wpatrując się w ekran swojego służbowego laptopa i wmawiając sobie, że to tylko sen, że to niemożliwe, że pani Jadzia wpadła do mojego biura jak do siebie i powiedziała to, co powiedziała.

– ZESRAŁ SIĘ! – powtórzyła dobitniej, myśląc pewnie, że nie usłyszałem za pierwszym razem.

– Przepraszam bardzo, że co? – zapytałem, odrywając w końcu wzrok od ekranu. Tabelki i cholerny budżet remontowy. Po czterdziestu pięciu minutach miałem już ochotę wyskoczyć przez okno, a później pojawiła się ona.

– No! – huknęła, być może ratując mnie przed samobójstwem, bo kto wie, może naprawdę zdecydowałbym się skoczyć z powodu tego Excela.

– No co: no? – odchyliłem się na fotelu i zsunąłem z nosa okulary, zupełnie jakbym bez nich miał lepiej ocenić, czy kobieta się ze mnie nabija, czy nie. Próbowałem być spokojny, może nawet trochę nonszalancki, jakby ponad to wszystko.

– ZE-SRAŁ SIĘ! – powtórzyła w taki sposób, że dosłownie byłem w stanie zobaczyć wypowiadane słowa. – Chłop spod dwieście siedemnaście!

Pani Jadzia, dziewięćdziesięciokilowa szefowa pań pokojowych, miód na moje serce, moja opoka, kobieta, bez której ten hotel już dawno by się zachwiał w posadach i zawalił, była tak rozwścieczona, że znowu, zanim cokolwiek powiedziałem, trwałem przez kilka długich sekund w absolutnej w ciszy.

To się działo naprawdę.

Wydawało mi się, że słyszę, jak wali jej serce. Widziałem w jej oczach żądzę mordu.

Często dla poprawy humoru wyobrażałem sobie, jak pani Jadzia na jakichś tam swoich dożynkach albo barbórkach, czy chuj wie gdzie, spędza prywatnie czas, nokautuje i wybija zęby rosłym, podpitym facetom, którzy tylko ośmielili się na nią krzywo spojrzeć. Po raz pierwszy dotarło do mnie, że to w sumie bardzo prawdopodobne. Tylko że tym razem ja byłem jej celem. A – i tu musicie mi uwierzyć na słowo – naprawdę nie chciałem dostać w mordę od pokojowej.

– Pani Jadziu… – zacząłem spokojnie. Chciałem porozmawiać z nią jak najbardziej rzeczowo. – Niech się pani uspokoi. Niech pani usiądzie. Niech się pani wody napije. Niech mi pani opowie wszystko na spokojnie. Kto się… eee…

Urwałem, szukając odpowiedniejszego słowa niż to na „z”.

– Zesrał – powtórzyła soczyście. Słowo honoru, brzmiała jak chodząca oczyszczalnia ścieków. – No mówię panu, panie dyrektorze, że ten debil spod dwieście siedemnaście! Czego pan nie rozumie?

Patrzyłem na nią z absolutnym brakiem zrozumienia. Musiała się zorientować, patrząc mi w oczy, że kompletnie zidiociałem.

Chciałem zapytać: ALE JAK TO?

Ale od razu pomyślałem, że dla kogoś takiego jak pani Jadzia pytanie byłoby równoznaczne z: „ale czym?”, a wtedy byłbym już pogrążony, bo na pewno błyskawicznie i bardzo obrazowo by mi to wytłumaczyła.

– Pani Jadziu, ale ja panią bardzo proszę… Wpada tu pani jak tornado… – zacząłem, chcąc opanować sytuację.

– Moje dziewczyny nie będą tego sprzątać! – przerwała mi stanowczym głosem. – Basta! Ot, co!

Chrząknąłem lekko zakłopotany.

– A kto ma to posprzątać? – zapytałem kąśliwie. – Ja?

Tak, zdecydowanie zaczynałem panować nad sytuacją.

Urodzony dyrektor.

AVE CEZAR! AVE JA!

To ją trochę zaskoczyło, ale nie na tyle, żeby przestała na mnie nacierać.

– Panie dyrektorze!

– Pani Jadziu!

– PANIE DYREKTORZE!!!

– Ile nasz gość z pokoju dwieście siedemnaście ma lat? He?

– A co to ma, kurna, do rzeczy? – obruszyła się.

– Ma, i to dość dużo – odparłem rzeczowo i wyprostowałem się trochę. – Jeżeli pan z dwieście siedemnaście ma osiemdziesiąt lat, to chyba powinna mu pani odpuścić, prawda? I wykazać się zrozumieniem? Empatią jakąś… Pani Jadziu, co tak pani na mnie patrzy? Wyczuwam w pani spojrzeniu wrogość i nie za bardzo mi się to podoba.

Znowu oczyma wyobraźni zobaczyłem, jak szefowa pokojowych wali kogoś w pysk, a ten ktoś wypluwa zęby w zwolnionym tempie, jak w jakimś filmie akcji.

– Jest w pana wieku – fuknęła oskarżycielsko w taki sposób, jakbym miał mieć wyrzuty sumienia, że byłem po czterdziestce. – I co to w ogóle ma do rzeczy? Pan raczej nie sra, gdzie popadnie.

Zażenowany jej reakcją potarłem opuszkami lewej dłoni czoło.

– Pani Jadziu – sapnąłem.

Wiecie, na ile sposobów można powiedzieć „Pani Jadziu”? Na milion! Cały czas znajdowałem nowe. Od błagalnego po zmieszany albo podszyty rezygnacją. I to nawet nie była zasługa jej imienia, raczej tego, kim była pani Jadzia i jaką budowała wokół siebie aurę.

– Bogaty facio, w garniturze, cały czas podrywa barmanki, szasta forsą i zamawia sobie jakieś małolaty do pokojów, a później w nich sra i zostawia nam to do posprzątania.

– W po… pokojach? – wydukałem. – Ale to się zdarzyło już wcześniej…?

– No mówię, że debil – powtórzyła w taki sposób, jakbym był jakimś tumanem. – Często przyjeżdża i zawsze sra do wanien. Moje dziewczyny nie będą już tego sprzątać. Zrzygać się można! Koniec! Nie zgadzam się na więcej! Jak Karola z recepcji jest taka mądra, to niech sama sprząta.

– Karola? – zdziwiłem się. – Przecież to jedna z naszych najlepszych pracownic. Co ona niby ma z tym wspólnego? Co powiedziała?

– No jak to co? – zarechotała bez cienia wesołości i otarła perlący się na czole pot grubym przedramieniem. – No powiedziała, żebyśmy posprzątały! A my nie będziemy!

Rzuciłem okulary na blat swojego biurka, podrapałem się nerwowo po głowie, a później ostatni raz zerknąłem w kierunku tabelek Excela na ekranie służbowego komputera. Nagle przestały wydawać mi się takie złe.

– Dlaczego? Skoro facet seryjnie…

– Sra – podpowiedziała.

– Dziękuję, pani Jadziu. Dlaczego skoro ten ktoś…

– Debil.

– Dziękuję, pani Jadziu, wystarczy już – poprosiłem ją i wykonałem uciszający gest w jej kierunku, zupełnie jakbym obniżał suwak głośności w radiu. – Dlaczego skoro ten ktoś… seryjnie zanieczyszcza nam łazienki w pokojach, ja dowiaduję się o tym dopiero dzisiaj, i to od pani, a nie na przykład od Karoli? Jacka? Zbyszka? Oli? Justyny? Czy wyście wszyscy poszaleli?

– A bo ja wiem? – zapytała retorycznie. – Bo płaci. Daje napiwki. Tylko że własnej dupy nie potrafi utrzymać w spodniach.

Znowu chrząknąłem.

– Mówiła pani, że zamawia… kobiety?

– Małolaty. Dziwki. Tak.

Przełknąłem nerwowo ślinę. Pani Jadzia sprawiała wrażenie kogoś, kto potrafi zjeść konserwę razem z puszką.

– Bardzo obrazowo to pani przedstawia, dziękuję.

– A co ja się będę pierdoliła w tańcu, panie dyrektorze? Mówię, jak jest!

Wziąłem głęboki wdech i ukryłem twarz w dłoniach. Kiedy poczułem, że się duszę, wypuściłem powietrze przez zęby i spojrzałem na szefową pokojowych.

– Pani Jadziu, błagam, niech pani się trochę hamuje. Co za słownictwo! Nie jesteśmy w przydrożnym barze. To, co pani mówi, jest ważne, doceniam, że przyszła pani do mnie ze swoim problemem, a ja jako dyrektor tego hotelu postaram się ten problem rozwiązać, no ale, błagam, bez przekleństw.

– No ja wiem, że nie jesteśmy w barze, przecież – zaczęła, jakby to było oczywiste. – W barze się nie sr…

– Pani Jadziu! – podniosłem głos i podniosłem się z miejsca, opierając się o blat swojego biurka kostkami zaciśniętych pięści.

– No dobrze, już dobrze. Mówię, jak jest.

– I on… – zacząłem ostrożnie, czując nagle przytłaczające zmęczenie.

QUO VADIS, PANIE DYREKTORZE?

– Tak? – zagadnęła.

– I co on… tym dziewczynom… w naszych pokojach? – wydusiłem z trudem.

Wzruszyła ramionami i podparła się pod boki jak rosyjski niedźwiedź cyrkowy.

– A bo ja wiem? Ludzi już dawno pojebało, panie dyrektorze. Wszyscy tacy mądrzy, a do kościoła nie chodzą. Srają na siebie. Nie wiem. Skąd mam wiedzieć? Sodomja i gomorja. I szczerze mówiąc, w ogóle mnie to nie interere. Tylko że ani ja, ani moje dziołchy nie będziemy tego kolejny raz sprzątać. I tak mamy ciężko! Pan nawet nie wie, co się w tych pokojach czasami wyczynia. Więc nie! Basta!

Nerwowo podrapałem się po głowie.

– No właśnie, pani Jadziu, najwyraźniej nie wiem! Ja chyba bardzo mało wiem. – Rozłożyłem ręce w geście, który miał ją udobruchać, pokazać jej, że jestem po jej stronie i że nie mam nic do ukrycia. Niestety, socjotechniki z książek i ze szkoleń, na które wydałem majątek, okazały się jak zwykle bezużyteczne.

– No – potwierdziła moje najgorsze obawy.

– Co: no?

– No, że no – powtórzyła i wykonała niejednoznaczny ruch dłonią. – Że mało szef w sumie wie. To co szef teraz rozporządzi?

Niechętnie, jak za karę, ruszyłem się ze swojego miejsca.

– Pani Jadziu, niech mnie pani tam po prostu zabierze i mi to pokaże.

* * *

Lata spędzone w Stanach Zjednoczonych, praca dorywcza, wolontariat, w końcu pięć lat studiów, praca magisterska o klientach biznesowych w branży hotelarskiej, kursy, szkolenia, dziesięć lat w zawodzie… i co?

– Gówno – powiedziała pani Jadzia.

– Widzę przecież, pani Jadziu, niech się pani zlituje – szepnąłem.

– No co? – zdziwiła się.

– Przecież ja pani Jadziu widzę, że to gówno! – szepnąłem bardziej stanowczo.

Nerwowo poprawiłem mankiety swojej białej koszuli, poluzowałem krawat, a później wsadziłem ręce głęboko do kieszeni marynarki.

Chrząknąłem.

No dobra, pomyślałem. Idealny podręcznikowy stolec. Nie wiem, co ten facet musiał jeść, ale ja nie pamiętałem, kiedy ostatni raz się tak wypróżniłem.

– Panie dyrektorze?

– Tak?

– Co robimy?

Pani Jadzia była stanowcza.

Zanim się zorientowałem, wyczułem za sobą obecność pokojowych. Siedem pań w różnym wieku, od siedemnastolatki do najstarszej, której twarz wyglądała, jakby przeżyła pierwszą i drugą wojnę światową, wszystkie w naszych hotelowych uniformach, wszystkie czekające na moją decyzję, zupełnie jakbyśmy podejmowali decyzję strategiczną ważną dla całej marki, a nie stali nad zasraną wanną.

– Trzeba… – zacząłem, oczyma wyobraźni widząc, jak zaczynają mnie linczować. – Trzeba zrobić charge za dodatkowe sprzątanie.

Cisza.

– I trzeba to posprzątać. Zesrał się, niech płaci – oznajmiłem.

Pani Jadzia nie była zadowolona, kiedy próbowałem wyjść z łazienki, i zastąpiła mi drogę.

– Pani Jadziu? – Byłem wyraźne zaskoczony jej zachowaniem.

Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że jest taka wielka i silna w porównaniu ze mną, że gdyby tylko chciała, mogłaby mnie połamać albo zgwałcić, a ja mógłbym co najwyżej piszczeć jak gumowa zabawka.

– Panie dyrektorze… – zaczęła uprzejmie, ale w jej głosie czaiła się groźba.

Stałem tak blisko niej, że dosłownie widziałem, jak rosną jej wąsy.

Straszne.

– Proszę raportować mi o takich sytuacjach – dodałem rzeczowym tonem. – Obiecuję, że będziemy naliczać paniom premię za takie przykre sytuacje! Od dzisiaj! Od teraz! Już zawsze!

Spojrzałem w kierunku siedmiu pokojowych, które słysząc o dodatkowych pieniądzach, odetchnęły z ulgą. Jadzia, przywódczyni tej pojebanej wioski amazonek, wywalczyła im dodatkową gratyfikację. Niech żyje Jadzia! Hurra!

– Obciążymy temu klientowi kartę – dodałem, próbując objąć wszystkie pracownice wzrokiem.

Jadzia się odsunęła, a ja mogłem wyjść.

– Panie dyrektorze? – usłyszałem, kiedy blady i ze ściśniętym gardłem wyszedłem już prawie na korytarz. To była najmłodsza pokojówka. Ta siedemnastolatka.

– Tak?

– Ten facet jeszcze jest w hotelu. On się nie wymeldował.

Zmarszczyłem brwi.

– Jest w hotelu?

– Tak. W restauracji.

Zerknąłem na zegarek, a później posłałem jej porozumiewawcze spojrzenie. Wiedziałem, co muszę zrobić, żeby zyskać szacunek swoich pracowników.

To było prostsze, niż mogło się wydawać.

Musiałem zadać sobie pytanie, co na moim miejscu zrobiłaby pani Jadzia, a później właśnie to zrobić.

– Drogie panie, zajmę się tym – oznajmiłem stanowczo, a chwilę później, wychodząc na korytarz, wpadłem wprost na pijanego Anglika.

– Co tam się odwala? Zabili kogoś? – zapytał bełkotliwie, patrząc na siedem kobiet nad moim ramieniem. – Siema, laseczki!

– Nic się nie stało, proszę pana – zapewniłem go, przechodząc płynnie na angielski. – Proszę iść dalej! Nie ma tu nic ciekawego.

– Ile lasek! – zauważył z uznaniem.

– Tak, tak, tak… Przepraszam pana najmocniej, idzie pan na dół?

– Oj… stary! – rzucił bełkotliwe w moim kierunku i złapał mnie za ramię.

Posłałem mu tylko pytające spojrzenie.

– Stawiam stówę, że ktoś się zesrał w tamtym pokoju! Zesrał się, nie? Mam rację?

Zazgrzytałem zębami i wyślizgnąłem się z jego uścisku.

– Człowieku, jest dziesiąta rano, a ty jesteś pijany. Ogarnij się! – powiedziałem po polsku, próbując ukryć irytację.

– Co powiedziałeś? – wybełkotał.

– Powiedziałem, że… co dzieje się naszym hotelu, zostaje w naszym hotelu – wyjaśniłem usłużnie.

Usłyszawszy to, zarechotał, czknął i boleśnie klepnął mnie w plecy.

– I dlatego kocham Polaków! Jesteście najlepsi i wiecie, jak dobrze się bawić.

Tak. Niestety.

* * *

Hotel RELAKS był położony pod Warszawą w otoczeniu zieleni, stawów oraz kilku pomniejszych hoteli i ośrodków, które swoją ofertę kierowały do grup, wycieczek, rodzin szukających chwili wytchnienia. Podobało mi się to, ponieważ z jednej strony oferowaliśmy wszystko to, co miała do zaoferowania stolica, bo do centrum można było się dostać w niecałe trzy kwadranse, ale mieliśmy tę przewagę, że otaczała nas cisza.

Prezesi, wiecznie kłócące się małżeństwo Polaków z Poznania, sporo zainwestowali w nasze cztery gwiazdki, więc poza czterema setkami pokoi, niezłą strefą spa z basenem, pubem irlandzkim, restauracją, dwoma salami weselnymi i czterema w pełni wyposażonymi salami konferencyjnymi, a także dobrze zagospodarowanymi terenami zielonymi za budynkiem, w sam raz na sesje ślubne czy imprezy integracyjne na świeżym powietrzu, planowali jeszcze postawienie kortu tenisowego.

Nie podobał mi się ten pomysł. Uważałem, że to przesada i ograniczenie przestrzeni. Poza tym kort przy pełnym obłożeniu hotelu byłby tylko ciekawostką i, poza kolejną podstroną na stronie www, pozornie poszerzającą ofertę, nie dodawałby właściwie nic.

RELAKS liczył trzy piętra, a z wyglądu przypominał duży pałacyk z szerokim podjazdem i parkingiem umiejscowionym tak, aby każdy przejeżdżający główną ulicą mógł z łatwością dostrzec samochody klasy biznes.

TAK, JESTEŚ WE WŁAŚCIWYM MIEJSCU!

Chociaż tak właściwie przypadkowych gości, tak zwanych AD HOC, mieliśmy niewielu albo żadnego. Gośćmi były to w większości przypadków rodziny z dziećmi, grupy zorganizowane, wycieczki, uczestnicy różnorakich imprez okolicznościowych, weselnicy i tak dalej. Osoby z portfelem albo takie, które chcą się poczuć, jak osoby z portfelem i dokładnie zaplanowały swoją rezerwację.

Szczerze?

Byliśmy idealni dla ludzi, którzy przyjeżdżali w interesach do Warszawy, ale nie chcieli być pożarci przez miasto, albo dla takich, którzy wyrywali się z niego, żeby odetchnąć, zabawić się i zaznać względnej prywatności w otoczeniu zieleni, bez wszechobecnych kamer czy „neonowych” spojrzeń i refleksów światła w przeszkleniach budynków.

U nas było inaczej.

U nas, choć zaraz pod Warszawą, słychać było śpiew ptaków i widać było gwieździste niebo.

Kiedy zacząłem pracę w RELAKSIE, od razu zwróciłem uwagę na okropną nazwę, która kojarzyła mi się z barakiem gdzieś nad polskim morzem, ale później się przyzwyczaiłem, tak samo jak do gzymsów i niepasującego do nich przeszklenia bezpośrednio nad głównym wejściem. Na początku myślałem, że tak naprawdę szczytem szczytów byłyby jeszcze kiczowate gipsowe lwy przy wjeździe na teren, ale na szczęście nikt nie wpadł na ten pomysł, a prezesi najwyraźniej pozostawali głusi i ślepi na nazwy własne swoich obiektów, ale przynajmniej nie byli ślepi, jeżeli chodzi o ogólną estetykę.

Zresztą od kiedy zacząłem pracę jako dyrektor, obiekt wypiękniał, a nasz model biznesowy przyniósł oczekiwane przeze mnie rezultaty.

GRUPY, GRUPY, GRUPY i jeszcze raz GRUPY.

Nawet nasza bezpośrednia konkurencja – trzygwiazdkowy, o wiele mniejszy hotel, bez strefy spa, basenu i ogrodu, znajdujący się kilkaset metrów od nas – szybko to zauważyła i zaczęła dostosowywać się do praw rynku i naszego pomysłu na obsługę grup. Po czasie nawet zmieniła nazwę. Co prawda nadal uważałem, że JESZCZE WIĘKSZY RELAKS to przesada i brzmi idiotycznie, ale moim zdaniem i tak było to lepsze niż nazwa pobliskiego ośrodka wypoczynkowego: GDZIE ŚPIEWAJĄ RAKI. Raki zawsze budziły we mnie niepokój. Równie dobrze placówka mogłaby się nazywać ZAŚNIJ i UMRZYJ.

A trzy gwiazdki JESZCZE WIĘKSZEGO RELASKU? Cóż, jednym z sekretów naszej branży było to, że często gwiazdki nic nie oznaczały albo dla każdego oznaczały coś innego. Nie wierzycie? Spróbujcie to wygooglować. Księga standardów często była pisana palcem po wodzie.

Na szczęście nie u nas.

A przynajmniej wierzyłem w to, zanim dowiedziałem się, że ktoś nam regularnie sra do wanny i że pokojowe się o to wściekają.

Wiecie, co było gorsze od tej całej sytuacji? Możliwa zemsta tych kobiet.

* * *

Recepcja była przestronna. Murowana. Robiła wrażenie.

Byłem z niej dumny.

Od wejścia wzbudzała szacunek. Nie chodziło tylko o nocleg, chodziło o całe doświadczenie. Zupełnie, jakby cztery gwiazdki na szyldzie naprawdę miały być gwarancją niezapomnianych wrażeń.

Kiedy Karola, jak zwykle doskonale wyglądająca, wyprasowana i zapięta na ostatni guzik, dostrzegła mnie wychodzącego z windy, posłała mi profesjonalny uśmiech.

– Dzień dobry, panie dyrektorze.

– Pani Karolino, widzieliśmy się dzisiaj. – Podszedłem do lady, oparłem się o nią i nieznacznie pochyliłem się w jej kierunku. – Czy nasz gość z pokoju dwieście siedemnaście już się wymeldował?

Zamarła.

Byłem prawie pewny, że drgnął jej kącik ust. Tyle mi wystarczyło. Była najbardziej profesjonalną osobą, z jaką miałem przyjemność współpracować. Przez ponad dziesięć lat nikt nawet nie zbliżył się do jej poziomu. Mogłaby być aplikacją albo sztuczną inteligencją, wsadzoną w ciało pięknego, ciemnowłosego androida. Dlatego czytałem z niej jak z otwartej księgi. Nauczyłem się tego. To jedno drgnięcie było dla mnie sygnałem czytelnym jak wyjący alarm przeciwpożarowy.

– Ty wiesz! – syknąłem.

Spojrzała na ekran komputera, pokazując swój idealny profil, a później uśmiechnęła się grzecznie i kiwnęła głową, jakby do własnych myśli.

Sposób, w jaki mówiła, przywodził na myśl kogoś urodzonego w wyższych sferach.

Szczerze? Kompletnie zawróciła mi w głowie i za wszelką cenę starałem się tego publicznie nie okazywać.

– Panie dyrektorze, nasz gość z dwieście siedemnaście jeszcze się nie wymeldował – oznajmiła rzeczowo. – Mam mu coś przekazać?

Pochyliłem się nad blatem tak mocno, że musiałem wyglądać, jakbym chciał ją pocałować. Kiedy to do mnie dotarło, natychmiast się cofnąłem, stanąłem na wyprostowanych nogach i poprawiłem marynarkę.

Chrząknąłem.

– Dlaczego, u licha… – zacząłem i urwałem w pół słowa. – Pani Jadzia… nasza kochana pani Jadzia… światło mojego życia…

– Rozumiem – przytaknęła Karola i posłała mi pełne zrozumienia spojrzenie.

Była tak idealna, że gdy patrzyłem w jej oczy zbyt długo, miałem ochotę zedrzeć sobie skórę z twarzy i zacząć krzyczeć.

– Pani Karolino… – powiedziałem stanowczo, ale uciekając wzrokiem na zegary wiszące na ścianach. Która godzina jest w Warszawie? Która godzina w Nowym Jorku? Która w Tokio? Która w Paryżu? Wiedziałem to wszystko, tylko patrząc na te zegary, ale nadal nie wiedziałem, dlaczego nikt wcześniej nie powiedział mi o seryjnym… – Dlaczego nikt do tej pory nie powiedział mi o naszym gościu z pokoju dwieście siedemnaście? – wydukałem. – I jego upodobaniach. No dlaczego? Musi pani wiedzieć, pani Karolino, że pani Jadzia była mocno rozżalona, kiedy do mnie przyszła.

– Rozumiem, panie dyrektorze…

– Pani Karolino, teraz ja mówię – przerwałem jej stanowczo i położyłem dłonie na blacie przed nią. – Chcę wiedzieć, dlaczego nikt mi nic nie powiedział. Mamy rozłam w zespole. Sprzątaczki o mały włos mnie nie zlinczowały. Otoczyły mnie. Pani Jadzia potrafi być bardzo stanowcza. Wyobraża sobie pani zemstę pokojowych? Bo ja o mały włos nie zginąłem i nie zostałem hotelarską miejską legendą.

Uśmiechnęła się lekko i tylko wprawne oko dostrzegłoby, że ją szczerze rozbawiłem.

Chrząknąłem.

– Pani Karolino, to nie jest śmieszne – powiedziałem, czując jednak satysfakcję z tego, że sprawiłem, iż spontaniczne się uśmiechnęła. W takich chwilach wydawała mi się bardziej ludzka niż ja sam. – Czekam na wyjaśnienia.

Pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Panie dyrektorze, przepraszam. Źle oceniłam sytuację. Nie sądziłam, że coś tak błahego jak kwestia dodatkowego sprzątania po jednym z regularnie odwiedzających nas gości to temat wart pana czasu. Wiem, w jak dużym stresie pan pracuje i jak dużo ma pan obecnie na głowie, wystarczy wspomnieć zbliżający się remont, więc uznałam, że ta nieprzyjemna sprawa…

– Była bardzo nieprzyjemna.

– Rozumiem. Dlatego uznałam, że nie powinnam pana niepokoić. Wszystko jest regularnie raportowane w naszym systemie. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że dzisiaj każdy pracownik recepcji przy zameldowaniu wie, z kim ma do czynienia.

Cholera, była dobra.

– Pani Karolino… – zacząłem spokojnie i zastukałem palcami w blat. – Proszę pana dodatkowo obciążyć kosztami. Dzisiaj. I przy każdej następnej okazji, kiedy zostawi nam niespodziankę.

– Rozumiem.

– Przypominam też pani, że będę przez cały weekend w hotelu.

– Wiem. Mam dla pana pokój z widokiem na ogrody. – Uśmiechnęła się rozbrajająco. A może to była tylko moja wyobraźnia?

Chrząknąłem.

– Liczę, że będzie to okazja, żeby bliżej się poznać… w sensie… pracowników… i ich codziennych zmagań – dodałem.

– Doskonale – przytaknęła.

– I jeżeli ktoś sprowadza… do hotelu jakieś kobiety… też chciałbym to wiedzieć. Mamy cztery gwiazdki, do diabła. To chyba coś znaczy. Dbajmy o swoją renomę. Zwracajmy uwagę na to, kto jak się zachowuje… Dlaczego pani tak na mnie patrzy?

– Nie, nic, nic…

Znowu to drgnięcie kącika ust. Tylko że tym razem poczułem się jak idiota. Jak dziecko we mgle. Jak skończony dureń.

– Co? Czego jeszcze nie wiem? – uniosłem się. – Czego mi pani nie mówi? Myśli pani, że ja nie pracowałem w room serwisie? Albo w gastronomii? Pani myśli, że ja nie wiem, co ludzie…

– Panie dyrektorze…

– Tak?

– Proponuję przełożyć tę rozmowę o pięć minut. Idzie właśnie klient z dwieście siedemnaście.

I rzeczywiście.

* * *

Każdy dobrze wie, że najważniejsze są buty. Facet mógł mieć drogi garnitur, ale jeżeli miał tanie buty, oznaczało to, że brakuje mu klasy albo że garnitur był tylko fasadą skrywająca prostaka. Gość z dwieście siedemnaście miał drogie buty, drogi zegarek i nowy telefon. Był elegancki, nawet przystojny jak na odrażającego zboczeńca srającego do hotelowych wanien i robiącego Bóg wie co jeszcze.

Podszedł do recepcji, cały czas rozmawiając przez telefon, położył kartę do pokoju na blacie przed Karolą.

– Bagaże mam w recepcji, skarbie. Chciałem się wymeldować – szepnął w jej kierunku, a później płynnie wrócił do swojej rozmowy telefonicznej. – No tak, stary. No tak. Mówię ci. Można posikać się ze śmiechu…

– Albo zesrać – burknąłem pod nosem.

Kącik ust Karoli drgnął, ale nie dała po sobie poznać, że jest na granicy wybuchu śmiechu.

– Przepraszam, mówił pan coś? – zwrócił się mężczyzna w moim kierunku, zdecydowanie zbyt ostro, odsuwając od twarzy komórkę. Nie był zły, raczej zaniepokojony.

– Ja? Nic.

Mężczyzna zerknął w kierunku recepcjonistki, a później na mnie.

– Będzie sto złotych za dodatkowe sprzątanie – powiedziała Karola profesjonalnym tonem.

Mężczyzna zorientował się, że coś jest nie tak, jak zwierzę, które orientuje się, że jest w potrzasku.

– Sorry, stary, muszę kończyć. Oddzwonię do ciebie – rzucił do słuchawki. – Przepraszam? Nie rozumiem, jakie dodatkowe sprzątanie?

Karola uśmiechnęła się grzecznie i zrobiła to, w czym jest najlepsza.

– Pan wie, co mam na myśli.

Martwa cisza.

Uciekłem wzrokiem, żeby sprawdzić, która godzina jest w Tokio.

– Rozumiem. – Klient odwzajemnił uśmiech.

Wyczuwałem jego spojrzenie kątem oka, ale nie dałem się sprowokować.

– Sęk w tym, czy doliczyć dodatkową usługę do faktury? – Pytanie zawisło pomiędzy nami na kilka chwil.

– Nie, nie… nie trzeba – odparł. – Za wszelkie dodatkowe usługi zapłacę gotówką.

Po tych słowach wyciągnął z kieszeni cienki skórzany portfel, wysunął z niego banknot stuzłotowy i położył go na blacie przed Karolą. Zupełnie jakby płacił za drinka albo dawał napiwek, a nie za to, że nasrał na kogoś w hotelowej wannie.

– Rozumiem – powiedziała Karolina. – Ale pan był u nas dwie noce. Opłata liczona jest za dobę.

Chrząknąłem i sprawdziłem, która godzina jest w Nowym Jorku.

– Nie ma problemu. Rozumiem – odezwał się takim tonem, jakby rozmawiali o pogodzie.

„Tak, jest bardzo słonecznie. Piękna pogoda. Nikt nie przewiduje złotego deszczu ani żadnego stolca”.

Szybko wyciągnął z portfela kolejną setkę, położył ją na blacie i przesunął w kierunku Karoli. Jeżeli był zakłopotany, to w ogóle nie dał tego po sobie poznać.

– Bardzo pani dziękuję – mruknął i zalotnie puścił do niej oko, jakby na nią też chciał nasrać.

Na samą myśl o tym nerwowo podrapałem się po głowie.

– Fakturę proszę wysłać na mojego mejla. I proszę o wniesienie bagaży do samochodu – dokończył. – Do zobaczenia wkrótce, skarbie.

Posłał mi przelotne spojrzenie i powiedział:

– Do widzenia panu. Polecam szampon przeciwłupieżowy.

Uśmiechnąłem się kwaśno.

Co za odrażający typ. Przecież nie miałem łupieżu!

* * *

– To i tak nie jest najgorsza z rzeczy, które można znaleźć w pokojach. – Karola poprawiła mankiety. Jeżeli była rozbawiona, nie dawała tego po sobie poznać. Jeżeli chciała być tajemnicza, wyszło jej idealnie.

– Pani Karolino… – zacząłem niechętnie. – Dlaczego ja o tym wszystkim nie wiem? Jakie rzeczy? Co pani sugeruje? Jeżeli mamy jakiegoś zboczeńca w hotelu, chciałbym o tym wiedzieć.

– Panie dyrektorze, wolałabym nie mówić…

Zamrugałem kilka razy, zupełnie jakbym miał w głowie przeciąg, a rolety w moich oknach błyskawicznie zwijały się i rozwijały.

– No to chyba teraz musi mi pani powiedzieć.

Karola, kobieta doskonała, anioł o czasie reakcji genialnej sztucznej inteligencji albo wirtualnego asystenta, westchnęła i wskazała mi zaplecze.

Energicznie ruszyłem w tamtym kierunku, ale to, co zobaczyłem na miejscu, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

– Jezu Chryste… Co to jest? To jest dla dzieci?

– To sprzed dwóch tygodni – wyjaśniła, a mnie dosłownie przeszedł dreszcz. Nie byłem pewny, czy to z powodu tego, na co patrzę, czy dlatego, że jestem zamknięty z Karolą w małym pomieszczeniu.

– Ale co to jest? – zdziwiłem się.

– Wygląda jak piłka do ćwiczeń…

– Można na niej podskakiwać? – moje pytanie zabrzmiało idiotycznie i nie dziwię się, że Karola się zaczerwieniła.

Ta wielka dmuchana piłka przypominające dziecięcą zabawkę albo piłkę do ćwiczeń miała przytwierdzonego fabrycznie wielkiego penisa. Wielkiego donga. Wielką pytę. Wielkie dildo.

QUO VADIS, KURWA?

– Słucham, panie dyrektorze.

– Nic, nic… ja tylko głośno myślę. – Podrapałem się nerwowo po głowie. – No dobrze. Co to jest?

– To jest… – zaczęła, szukając odpowiednich słów.

No bo jak to nazwać?

– DOBRZE! Widzę! – przerwałem jej. – Co to tu robi?

– Zostało przeniesione z jednego z apartamentów dwa tygodnie temu. Uprzedzałam, że przydarzają się nam dziwniejsze sytuacje.

Rozejrzałem się uważnie, aby się upewnić, czy nikt nas nie widzi i nie słyszy.

– Karolino, zacznij lepiej od razu mówić wprost. I dobrze ci radzę, zacznij od teraz!
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij