-
nowość
-
promocja
Hungerstone - ebook
Hungerstone - ebook
Lenore jest żoną magnata stalowego Henry’ego. Dziesięć lat po ślubie ich relacja jest na skraju rozpadu, nie doczekali się też dziecka, które mogłoby ich do siebie zbliżyć.
Henry postanawia opuścić Londyn i wydać przyjęcie myśliwskie w surowej posiadłości Nethershaw w odległym Peak District. Lenore musi doprowadzić podupadający dom do porządku i przygotować go na przyjazd gości Henry’ego – od tego zależy ich wspólna przyszłość.
Podczas podróży przez ponure odludzia są świadkami wypadku powozu. To wtedy w życiu Lenore pojawia się tajemnicza Carmilla. Carmilla, która w dzień jest słaba i blada, lecz nocą pełna życia. Carmilla, która budzi w Lenore coś pierwotnego. Wkrótce dziewczęta z okolicznych wiosek zaczynają zapadać na dziwną chorobę: trawi je straszliwy głód…
Gdy zbliża się dzień polowania, Lenore kwestionuje rolę, jaką odgrywała przez wszystkie te lata. Rozdarta między pragnieniem odzyskania uczuć męża a żądzami, które obudziła w niej Carmilla, wkrótce odkryje mrok czający się w jej własnym domu – mrok, który narazi ją na straszliwe niebezpieczeństwo…
Dzikie odludzia Peak District, nieokiełznany apetyt rewolucji przemysłowej – to tło „Hungerstone” – porywającej opowieści o głodzie i pożądaniu, a przy tym hipnotyzującej, safickiej reinterpretacji Carmilli, książki, która wywarła olbrzymi wpływ na literacką postać Drakuli.
***
„Wyśmienita” – Ava Reid
„Lśniący klejnot literacki skąpany we krwi” – Jennifer Saint
„Przemalowuje klasyczną opowieść o Carmilli najśmielszymi, najkrwawszymi kolorami” – Sarah Underwood
„Zawładnęła moim ciałem i duszą” – Anya Bergman
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68639-22-3 |
| Rozmiar pliku: | 5,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zaczyna się od krwi.
Budzę się w środku nocy niczym ogar, który wywęszył lisa, i wsuwam rękę między uda. Dłoń robi się lepka i ciemna.
Kiedyś czułam z tego powodu żal. Teraz nie czuję nic. To zadanie, z którym moje ciało każe mi się zmierzyć: szmatka, niezdarne gmeranie przy agrafkach i pasie, który będzie dotykał skóry przez pięć dni, wywołując wysypkę na bezużytecznych biodrach i brzuchu.
W ustach czuję echo snu, posmak miedzi na języku i mrowienie w gardle. Niczego więcej nie pamiętam.
Henry śpi w swoim pokoju. Przez garderobę, która łączy nasze apartamenty, słyszę jego ciche chrapanie. Nadal myślę o nim czule, chociaż po tak wielu latach zaczęłam wątpić w siłę jego uczucia do mnie.
Kucam nad nocnikiem i po chwili czuję ulgę. Koszula nocna nie jest poplamiona, prześcieradła też nie – w wieku trzydziestu lat mam intuicję, ale jako szesnastoletnia dziewczyna zniszczyłam taką ilość pościeli, że ciotka Daphne na wszelki wypadek kazała mi spać w pasie na tydzień przed i po menstruacji. Teraz jestem panią własnego domu i rozumiem jej skąpstwo. Może gdybym urodziła córkę, również miałabym jej za złe takie wpadki, chciałabym, aby szybciej stała się odpowiedzialną dorosłą.
Nie mam córki. W ogóle nie mam dzieci.
Zostawiam krwawe bryzgi na porcelanie, nakładam pokrywkę na nocnik i wpycham go pod łóżko. Nie gnębi mnie poczucie straty, nie współżyłam z Henrym od wielu miesięcy. Nie miałam żadnej nadziei, którą mogłabym stracić.
Kładąc głowę na poduszce, coś dostrzegam.
Coś przelotnego. Cień ruchu i ciche skrzypnięcie podłogi pod czyimś ciężarem.
Zamieram.
Co to było?
Gdzie?
Tam, w kącie pokoju, gdzie ciemność wydaje się głębsza.
Leżę najciszej, jak potrafię, czekając, aż dźwięk się powtórzy. Moje serce truchleje.
Zegar na kominku odlicza martwe sekundy.
Nic.
Żadnego ruchu, żadnego skrzypienia podłogi.
Lęk mnie opuszcza, czuję się głupio. Ten dom wydaje dźwięki; każdy dom, w którym kiedykolwiek mieszkałam, jęczał i skrzypiał od wiatru i wilgoci.
Już nie zasnę. Wraz ze mną obudził się ból, więc otulam się kołdrą jak ostryga w muszli pozbawiona perły, którą miałaby z ziarenka piasku. Ból i krew, żal i głód.
Bycie kobietą to zgroza, której nie mogę pojąć.
Krew naznaczyła tak wiele chwil z mojego jeszcze młodego życia. Zaczęłam krwawić w wieku dwunastu lat, co dla mojej matki oznaczało wejście w nową erę macierzyństwa, na którą nie była gotowa. Brak krwi w noc poślubną – Henry szukał jej rano na prześcieradle, a kiedy nie znalazł, ukłuł mnie scyzorykiem w palec i rozsmarował jaskrawą czerwień, aby służba wiedziała, że spełnił swój małżeński obowiązek.
Krew, która pojawiała się co miesiąc. Na początku rozczarowanie, potem lęk, później żal, a w końcu nieuchronność.
Nie dawałam niczego poza krwią.
*
Mamy środek lata i londyński dom stracił już cały swój blask. Zamkniemy go i wyjedziemy na skraj Derbyshire do nowej posiadłości, którą nabył Henry, z dala od smogu Sheffield. Po dziesięciu latach takich przeprowadzek jestem już przyzwyczajona do rytmu nomadycznego sezonu, ale nadal mam wiele do zrobienia. Trzeba ponaprawiać i wyszczotkować odzież, zakryć pokrowcami sofę chesterfield i kredens. Moje biurko zostało wysprzątane, menu zaplanowane, a poczta nadana. Nie trzeba już wysyłać żadnych zaproszeń ani decydować, kto gdzie usiądzie. Ta gorączkowa praca napędza mnie od dziesięciu lat, precyzyjne zapewnianie Henry’emu i mnie niekwestionowanej pozycji w klasie wyższej nadaje sens mojemu życiu, tworzy ściany, podłogi i granice w świecie pozbawionym granic i poczucia bezpieczeństwa. Kiedy urządzimy się na wsi, nastąpi kolejna runda towarzyskich zobowiązań, ale do tego czasu mój wyrok jest zawieszony, przez kilka tygodni jestem wystarczająca taka, jaka jestem.
Wstaję, obolała i ociężała, i wkładam szlafrok na koszulę nocną. Pogoda droczy się z latem: raz uderza jaskrawym słońcem i upałem, od którego mleko kwaśnieje w drodze z mleczarni, a potem nadciąga szare niebo i ciężka wilgoć, która otula miasto niczym mgła. Między zasłonami widzę fragment białego stiuku i zielonej gałęzi. Nasz dom to okazały budynek na skwerze w pobliżu Holland Park, który Henry zakupił na podstawie szkicu pokazanego mu w Sheffield. Otaczają nas artyści, o których Henry wyraża się czasami nieżyczliwie.
Molly z własnej inicjatywy dodaje do mojej herbaty laudanum, za co jestem jej wdzięczna. Moje ciało jest moim wrogiem i wykorzystam przeciwko niemu każdą broń, jaką posiadam w arsenale. Siadam do lekkiego śniadania – potrawki z ryżu z jajkiem i wędzoną rybą i mocnej herbaty – po czym zostaję w sypialni i zajmuję się korespondencją.
Molly wraca szybciej, niż się spodziewałam, niosąc coś w dłoni.
– Panna Lamb podała swój bilet wizytowy.
Cora. Powinnam była wiedzieć.
– Nie ma mnie dziś dla żadnych gości, Molly.
Wracam do pisania listu, ale Molly waha się przy drzwiach.
– Tak?
– Rozmawia z panem Crowtherem w korytarzu, akurat wchodził, kiedy nadjechała.
Oczywiście, że rozmawia. Cora wszędzie czuje się jak w domu. I to jeden z licznych talentów, które mnie wiele kosztują, a którymi ona dysponuje z taką lekkością – chociaż jest zaledwie pół dekady młodsza ode mnie. Ładna, utalentowana i krzepiąco konwencjonalna. Świat wydaje się kręcić wokół każdego jej kaprysu i przyjemności. Czasami czuję się nazbyt świadoma faktu, że jako jej przyjaciółka kąpię się w blasku jej sławy.
Nie podnoszę wzroku.
– Niech on się nią zajmie. Jestem zajęta.
Molly dyga i wychodzi.
Jestem zirytowana najściem i zbyt obolała, by okazać życzliwość tym, którzy nieustannie czegoś ode mnie chcą. Na moim sekretarzyku stoi puszka drażetek i wkładam do ust trzy naraz, pozwalając obezwładniającej fali cukru stępić umysł.
Do rzeczy: sekretarz Henry’ego zarezerwował przedział pierwszej klasy w pociągu Midland Railway, termin naszego wyjazdu został wyznaczony na jutro. Nie wiem, co myśleć o Nethershaw, posiadłości na wrzosowiskach, za którą teraz jestem odpowiedzialna. Widziałam jedynie niewyraźną fotografię z zewnątrz: długa, niska kamienna budowla na fundamentach z czasów średniowiecza i Tudorów, która w przeciwieństwie do odległych sąsiadów, Chatsworth i Lyme, nie ma fasady w stylu palladiańskim. Okna łukowe i blanki przywołują na myśl mnichów i rycerzy; Anglię, którą pożegnaliśmy dawno temu. Położona na zboczu wzgórza kończącego się tym, co w tych stronach nazywa się urwiskiem – w tym wypadku urwiskiem Hungerstone, otoczonym przez urwiska Stanage i Burbage – wydaje się tworzyć przygnębiający i obcy krajobraz.
Dotychczas spędzaliśmy lato w domach wynajmowanych w modnych miejscach, ale Henry’emu to nie wystarczało. Chce widzieć swoje nazwisko na dokumentach i w rejestrach, na zapowiedziach, które połączyły mój stary ród z jego, i na umowie dzierżawy tysiąca siedmiuset hektarów w Derbyshire.
Skoro pod innymi względami nie mogę stać się kobietą, zostaję nią tak: jestem nieomylnym generałem, prowadzącym kampanię o naszą pozycję społeczną. Żadna reguła etykiety nie jest mi obca, a żadne przyjęcie – zbyt trudne do zorganizowania.
Ignoruję wachlarz biletów wizytowych napływających przez cały ranek i myślę o koszulach i halkach, które wróciły z pralni poprzypalane, o nowej sukni, jeszcze nie dostarczonej przez krawcową, oraz o letnim kapeluszu, który po dłuższym zastanowieniu wydaje mi się nieco niemodny. Czy zdążę zamówić nowy przed wyjazdem? A może powinnam wydać instrukcje modystce w Sheffield? Nie, to musi być Londyn. Wszystkie żony stalowych magnatów z Sheffield będą nosiły kapelusze z tych samych zakładów z Yorku i Harrogate. Muszę przyjechać z modowymi trendami panującymi w Londynie w tym roku, w 1888, bez ani jednego detalu noszącego ślad poprzednich sezonów. To właśnie ujęło Henry’ego: mój gust, wyrafinowanie, szlachetne urodzenie i dobra krew.
Poświęcam chwilę na napisanie listu do mojej modystki z prośbą o wykonanie kapelusza w stylu uznawanym za odpowiedni dla zamężnej trzydziestolatki i wysłanie go do mnie na północ.
Ubieram się tuż przed dzwonkiem na lunch. Nie spakowałam sukni popołudniowej do kufrów z resztą garderoby. Jest z domu towarowego Liberty, z różowego jedwabiu w paski, z lekkim gorsetem, trenem obrębionym czarnym zamszem i usztywnianym kołnierzem, który ciasno przylega do szyi. Jestem pięknością. Wszyscy to wiedzą. Mam oczy w kolorze chabrów i cerę niczym mleko. Podczas zalotów Henry wysuwał spinki z moich włosów, a ciężkie pasma oplatały jego palce, tak jak miód otula nóż.
Wtedy byłam ładna, teraz jestem piękna. W ciągu dziesięciu lat, które upłynęły od naszego ślubu, poszerzyła mi się talia, figura wypełniła – to jedynie sprawiło, że rozkwitłam. Może istnieją pewne uroki bezdzietności. Moje ciało jest nieużywane niczym nienoszona jeszcze suknia, dlatego pozostaje gładkie i świeże jak w dniu, w którym zostało kupione.
Schodzę na dół i słyszę dyskretny, stłumiony głos. Henry jest w swoim gabinecie, przed którym przystaję, żeby poprawić suszone kwiaty w wazonie.
– …wspaniały prezent… nie… niespodzianka.
Widzę to oczyma wyobraźni: usta tuż przy słuchawce telefonu, zęby zażółcone od kawy i porto lśnią, gdy przesuwa po nich językiem, tak jak to robi, kiedy zajmuje się pilnymi i ważnymi sprawami. Sam telefon został zainstalowany zaledwie kilka tygodni temu – pierwszy na ulicy – i Henry był zachwycony niczym uczniak nową zabawką; opóźniał pracę fachowców, jak tylko mógł, żeby ich powóz przez cały dzień był widziany przed naszym domem.
Za trzy tygodnie mamy dziesiątą rocznicę ślubu. Cynową. Może Henry telefonuje do Cutler’s Hall i nalega, aby przemianowali tę rocznicę na stalową.
Nie ustalaliśmy żadnych planów, ale słowa „prezent” i „niespodzianka” rozbrzmiewają w mojej głowie, kiedy zmierzam przez okryty pokrowcami dom ku ciszy ogrodu. Jadalnia jako jedno z pierwszych pomieszczeń została przygotowana na naszą nieobecność, dlatego musimy spożywać posiłki przy żelaznym stole na tarasie lub, tak jak śniadanie, na tacach w naszych osobnych pokojach. W każdym razie ja muszę – Henry bez wątpienia zje kolację w klubie lub restauracji.
Z zamkniętymi oczami czekam na Henry’ego, marząc, by przestał mnie boleć brzuch, sfrustrowana własną słabością. Stół na tarasie został nakryty do lunchu najgorszą zastawą, z łuszczącymi się złotymi rantami, stalowymi sztućcami z huty Henry’ego Ajax z Sheffield oraz zastawiony zestawem dań pozostałych z wczorajszej kolacji: odrobiną pieczonej wołowiny, zwiniętym ozorem, garnuszkiem krewetek pod tłustą pierzynką masła, półmiskiem purée ziemniaczanego, pucharkiem lśniącej galaretki, duszonymi owocami, serami i ciastkami. Tak powinno być, jestem usatysfakcjonowana. Myślę o ciotce Daphne i jej opuchniętych kłykciach, bębniących w podręcznik etykiety. „Elegancki chaos ogromnie różni się od pospolitego nieładu”.
Mój talerz jest zbyt pusty, a apetyt zdecydowanie za duży, ale nie wolno mi zacząć bez pozwolenia. Metaliczny posmak na języku przywodzi mi na myśl na wpół zapomniany sen – może nadchodzi burza i niskie ciśnienie sprawia, że czuję krew w ustach.
Myślę o trawie, którą trzeba będzie przyciąć, oraz o rabatach kwietnych, wymagających doglądania podczas naszej nieobecności. Trudno jest bez nieustannej czujności zachować kontrolę nad tą dziczą. Ten stół również wymaga naprawy. Zielona emalia łuszczy się w zawijasach z kutego żelaza, poniżej rozpanoszyły się plamy rdzy. Z niepokojem przesuwam po nich paznokciem. Nie poświęcałam zbyt wiele uwagi naszej rocznicy i martwi mnie, że z nas dwojga to Henry o niej myśli. Nie spodziewałam się, że będzie chciał świętować; przecież minął ponad rok, odkąd ostatni raz odwiedził mnie nocą w sypialni – ale może zawładnął nim nowy nastrój.
Nagle przychodzi mi do głowy pomysł, więc skoro Henry jeszcze się nie pojawił, wracam szybko do swojego pokoju i przeszukuję zawartość niewielkiej grawerowanej szkatułki, którą trzymam w głębi bieliźniarki. W końcu wyciągam list. Papier zmiękł ze starości. Znaczek pocztowy nosi datę sprzed ponad dziesięciu lat: nasze zaloty. Szybko skreślam kilka słów: „Mój kochany, Twoja od samego początku” – i schodzę na dół.
Tak jak miałam nadzieję, Henry już poszedł do stołu, przemykam więc do jego gabinetu, by zostawić list na biurku. Nic takiego, bagatela, ale robię to z radością.
Mój wzrok przyciąga kartka, inna niż te, które leżą wokół, litery są nierówne, jakby piszący rzadko używał atramentu i stalówki. „…niebezpieczne warunki pracy… ochrona ludzkiego życia…”
Kilka słów zostało podkreślonych: „żądania”, „ultimatum”. „Przemoc”.
– Lenore?
Głos Henry’ego rozbrzmiewa w całym domu i podskakuję, po czym wymykam się z gabinetu tak bezszelestnie, jak tylko potrafię. Mój mąż jest człowiekiem, który niczego nie ceni bardziej niż własnej prywatności.
Łagodne lipcowe niebo zasnuły chmury i nie jest wystarczająco ciepło, by jeść na dworze, ale lunch już został podany. Gdy podchodzę do stołu, na moim nadgarstku ląduje pierwsza kropla deszczu. Spoglądam w niebo.
– Może przeniesiemy się do środka?
Henry jest poirytowany, nakłada na talerz plastry wołowiny i purée z ziemniaków.
– Przejdzie, a ja jestem głodny.
Nawet gęste chmury nie mogą zmatowić blasku jego włosów ani zmyć rumieńca z jego twarzy. Równie przystojnie wygląda potargany, w pogniecionej nocnej koszuli, jak w cylindrze i fraku. Czasami, gdy pojawiamy się razem na zebraniu lub proszonej kolacji, brakuje mi słów na myśl, że to jest mój mąż. Gdy wiem, jak bardzo mi się zazdrości.
Sięgam po garnuszek z krewetkami i wybieram je czubkiem noża. Na stole leży deska ze świeżym chlebem, biorę kromkę i rozsmarowuję na niej słonego skorupiaka. Henry obserwuje, jak kęsy znikają między moimi wargami, i krzywi się z obrzydzeniem. Jem wolniej.
Ponieważ imbryk na stole ostygł, Henry żąda świeżej herbaty, i gdy czekamy na powrót Molly, spoglądam na dąb rosnący na skraju ogrodu. Musi pamiętać czasy sprzed budowy tych domów, jego korona sięga dachów. Podczas naszej nieobecności przyjdzie człowiek, który go zetnie – dotarły do nas skargi, że drzewo blokuje dostęp światła.
Molly przynosi imbryk.
Gdy sięgam po niego, żeby nalać herbaty, Henry mówi:
– Urządzam polowanie dla moich nowych inwestorów.
Filiżanka wypada mi z ręki i roztrzaskuje się na brukowych kostkach.
– Polowanie? – powtarzam, intensywnie się w niego wpatrując. – Mówisz poważnie?
On przytrzymuje moje spojrzenie, wyzywając mnie, bym poruszyła temat przeszłości, który wisi między nami.
– A dlaczego miałbym tego nie robić?
Spuszczam wzrok.
– Oczywiście. Kiedy możemy spodziewać się naszych gości?
– Nie bądź śmieszna. To polowanie, Lenore. Jak myślisz?
Waham się.
– Do dwunastego sierpnia nie zostało wiele czasu.
Wspaniały Dwunasty, rozpoczęcie sezonu łowieckiego na głuszce, jest za mniej niż dwa i pół tygodnia. Dziś rano znów przeglądałam dokumentację dotyczącą posiadłości Nethershaw: w jej skład wchodzą niewyobrażalnie rozległe wrzosowiska, a ich część stanowi naturalne siedlisko głuszców i bażantów.
Henry się śmieje.
– Przecież nie będziesz szykowała potraw własnymi rękami, jestem przekonany, że dasz radę wydać służbie kilka poleceń.
To będzie ogrom pracy, wymagający rozpoczęcia działań renowacyjnych w pokojach gościnnych. Proszę bardzo. Nie stanowi to dla mnie wyzwania.
Molly wraca z szufelką i zmiotką, żeby sprzątnąć potłuczoną filiżankę. Biorę serwetkę, klękam obok niej i zbieram skorupy. Na bladej tkaninie pojawia się kropla krwi – zacięłam się, skóra rozchodzi się równo na czubku palca wskazującego. Wsuwam go do ust i ssę rankę.
Henry nalał sobie herbaty i obserwuje mnie, gdy raz po raz unoszę do ust to filiżankę, to palec; patrzy, jakbym była dziełem sztuki i teraz nie jest do końca pewien, czy mu się podoba, choć już je przyniósł do domu.
Jestem tylko żoną, ale reputacja Henry’ego zależy ode mnie w stopniu, jakiego nigdy nie był w stanie zaakceptować.
*
Sen rozlewa się niczym plama oleju.
Jest noc. Leżę unieruchomiona na łóżku. Nie pamiętam, kiedy się obudziłam, ale jestem tutaj – z otwartymi oczami, wpatrzona w miękkie aksamitne kotary czerwonego baldachimu wieńczącego moje łóżko. Widzę grubą warstwę kurzu, po której wędruje pająk niczym pustelnik po bezdrożach.
Nie mogę się poruszyć.
To pierwsza rzecz, jakiej jestem pewna.
Jakby moje myśli i czyny zostały rozcięte tak schludnie, jak nóż rozcina mięso. Moje ciało nie należy do mnie.
Drugie spostrzeżenie, nieulegające wątpliwości, to czyjaś obecność w pokoju.
Nie potrafię powiedzieć, gdzie dokładnie. Dostrzegam cień w kącie, na samym skraju pola widzenia, który nagle się porusza i zmierza ku mnie, zmieniając się z zarysu w zamglony kształt wielkości człowieka.
Wtedy ogarnia mnie lęk.
Cień sunie w moją stronę, a ja chcę się cofnąć, pragnąc bezpieczeństwa twardej ściany za plecami, ale nie mogę się ruszyć. Jestem bezradna. Krew w moich żyłach lodowacieje.
Cień przystaje w nogach łóżka, po czym w mgnieniu oka znika jakby wessany z powrotem do piekła.
Próbuję poruszyć palcem, wbić paznokieć we wnętrze dłoni, ale na próżno. Nasłuchuję więc dźwięku zegara lub stukotu końskich kopyt na bruku, ale nic nie słyszę. Cień uśmiercił świat i jestem sama w jego rękach.
Nagle, tak szybko i niespodziewanie, że nie zdążam nawet wydać dźwięku, obok mojego łóżka pojawia się głowa młodej kobiety: widzę słodką twarz w kształcie serca i lśniące w ciemności oczy. Dziewczyna przekrzywia tę swoją ładną główkę i obserwuje mnie z ciekawością, wydymając pełne, czerwone wargi.
Unosi się i czuję jej ciężar na kapie, gdy kładzie się obok mnie. Usiłuję krzyknąć, ale z moich ust wydobywa się tylko stłumiony dźwięk. Kobieta jest zaniepokojona, przyciska mi palec do ust.
Cii.
Mogę poruszać jedynie gałkami ocznymi; śledzę jej ruchy, gdy głaszcze mnie po rękach i ramionach, po policzkach i gardle. Przeczesuje palcami moje włosy, mrucząc przy tym. Jej dłonie zsuwają się po moim ciele, po miękkiej płaszczyźnie brzucha i krągłości biodra. Muska nosem moją szyję, a potem czuję na skórze ciepły wilgotny język i dwa ostre ukłucia.
Moje ciało ożywa, jakby czar prysnął.
Podrywam się, odsuwam się od kobiety tak gwałtownie, że spadam na podłogę. Światło się zmieniło, pokój wydaje się mniejszy i bardziej mroczny niż wcześniej, a zaplątana w pościel, jestem cała spocona. Gdy zbieram się na odwagę, by spojrzeć na łóżko, kobiety już nie ma.
Schylam się nisko, zaglądam pod łóżko, żeby sprawdzić, czy nie przylgnęła do podłogi, ale nic tam nie ma. Nie ma tam nikogo.
Klękam, omiatając pokój dzikim spojrzeniem.
Hałas za moimi plecami – obracam się, serce mi galopuje.
W drzwiach staje Molly.
– Lady Lenore? Nic pani nie jest?
Pozwalam jej pomóc mi wstać.
– Czy pani spadła?
Przełykam, żeby nie usłyszała drżenia w moim głosie.
– Tak. Dziękuję.
Nie ma tu nikogo innego. Przykładam dłoń do gardła, ale jest suche. Nie czuję żadnej krwi.
– Molly…
Patrzy w kierunku, który wskazuję; nic nie rozumie.
– Słucham, proszę pani?
– Nic takiego.
Molly pomaga mi się położyć z powrotem do łóżka. Ostrożnie dotykam dłonią miejsca, w którym leżała kobieta. Może to tylko moja wyobraźnia, ale wydaje mi się, że wyczuwam wgłębienie i ciepło pozostawione przez jej ciało. Przesuwam po nim ręką.
– Noc dziś chłodna, proszę pani, zamknę okno. Złe sny przychodzą, gdy śpi się pod księżycem w pełni.
Na czystym niebie wisi płaski krąg srebra tak jasny, że drzewa rzucają cień.
Sen? Nie podejmuję tematu, tylko dziękuję raz jeszcze.
Molly zamyka okno i zaciąga zasłony, po czym wychodzi, cicho zamykając drzwi, i zostaję sama z jedną myślą.
Przecież nie otwierałam okna.2
Kiedy schodzę, Henry jest w gabinecie, kartka po kartce wrzuca do ognia plik papierów. Zaciskam dłoń na słupku poręczy. Mój list.
– Co robisz? – Staję w drzwiach. – Co to za dokumenty?
Papiery, które trzyma w dłoni, lądują w ogniu. W palenisku wiją się wstążki popiołu.
– Nie są mi już potrzebne.
Henry nie lubi, kiedy wchodzę do jego gabinetu, ale ucisk w żołądku pcha mnie do środka, rozglądam się po biurku w poszukiwaniu listu. Zniknął.
– Zostawiłam tu coś dla ciebie. Znalazłeś?
Wrzuca kolejny plik kartek do ognia, jakby mnie nie słyszał. Widzę, jak płomienie pożerają stronę ze słowami napisanymi niewprawną ręką. Mój list też już musiał zostać zniszczony.
– Henry.
Podnosi wzrok, marszcząc brwi.
– Lenore. Mężczyzna potrzebuje prywatnej przestrzeni.
– Chciałam zrobić dla ciebie coś miłego. – Czuję, że drży mi warga, wstydzę się tego.
– O ile nie był to plik banknotów, to na pewno uda się czymś zastąpić. – Śmieje się z własnego żartu, ale ja mu nie wtóruję. Wzdychając, Henry wstaje zza biurka, podchodzi do mnie i ujmuje moje dłonie. Jego ręce są gładkie, zimne, a uścisk tak mocny, że aż boli. – Chyba nie zamierzasz się wzruszać, prawda?
– Nie – odpowiadam z namysłem.
– Nie. Nie jesteś histeryczką. To twoja wielka zaleta, emocjonalnie bardziej przypominasz mężczyznę.
Prawie miażdży mi kości dłoni. Przyciąga mnie do siebie i wyciska na moim czole niemal czuły pocałunek. Przypomina to błogosławieństwo, zamykam oczy i spijam je.
Kiedy odchodzi, wracam do swojej krzątaniny. Kilkukrotnie sprawdzam, które kufry będą z nami podróżowały ze stacji w Sheffield, a które mam posłać ze służbą wozem; które rachunki mogą poczekać, a które muszę uregulować, zanim opuścimy miasto.
Nadchodzi godzina wyjazdu i dopiero gdy upinam kapelusz przed lustrem w przedpokoju, zaczynam się zastanawiać, co takiego Henry był zmuszony zniszczyć w ogniu.
*
Dorastałam w okazałym budynku, oddalonym od okrętu, którym obecnie steruję. Za pozłacaną fasadą ten dom toczyła zgnilizna. Nie czerpię żadnej przyjemności ze wspomnień o nim, ale one wracają za każdym razem, gdy nasz powóz skręca w lewo w stronę Hyde Parku. Będziemy mijać mój dawny dom w drodze na stację i opuszczę roletę, aby uchronić się przed jego widokiem.
Nie potrzebuję przypominania mi o jego ciemnej stronie.
Lata, które spędziłam w tamtym domu, prześladują mnie każdego dnia.
Zostałam osierocona w wieku dwunastu lat na skutek nieprzyjemnego i banalnego wypadku drogowego w okolicach Angel. Kilka sztuk bydła uciekło z miejskiego targowiska niedaleko Caledonian Road i galopowało w poszukiwaniu sielskiego schronienia. Oczywiście Londyn miał niewiele do zaoferowania w tym temacie – zanim krowy dotarły do Great North Road, grzeczne ulice Islington doprowadziły je do takiej furii, że stratowały dwukółkę, dwóch sprzedawców rzeżuchy, dziesięć beczek słabego piwa oraz karetę mojej rodziny. Przypuszczam, że musieliśmy dokądś podróżować, skoro znaleźliśmy się tak daleko od naszej willi w Richmond, ale każdy, kto mógłby mi wyjaśnić, dokąd jechaliśmy, zginął w kakofonii tętentu kopyt po bruku i trzasku drewna.
Powiedziano mi, że zostałam wyciągnięta spomiędzy połamanych desek i aksamitów, zalana krwią od stóp do głów. To jedyny szczegół, jaki pamiętam: zeznający przed sądową izbą lekarską chirurg wyjaśnił, że lecący odłamek szkła przeciął tętnicę szyjną mojej matki. Wykrwawiła się na śmierć, zanim szczątki powozu znieruchomiały.
Na początku myśleli, że ja również jestem martwa, tak byłam skąpana w jasnoczerwonej krwi. Jednak wtedy otworzyłam oczy, dwa jaskrawobiałe punkty na szkarłatnej masce. Sądzę, że niejedna mijająca nas kobieta zemdlała.
Tak wkroczyłam do świata sierot, samotna i przerażona.
*
Stacja kolejowa St. Pancras jest jak zaćmienie na Euston Road; ogromny, gotycki księżyc, który przesłania skromne cegły i wieżę zegarową King’s Cross, połyka pozostałości Somers Town i cmentarz kościoła Old St. Pancras. Słyszałam, że kiedy przekopywano ziemię pod budowę torów, odkryto masowy grób ofiar dżumy. Slumsy wzniesione na podłożu z kości zostały zburzone i zaorane.
Nasz kryty jednokonny powóz stoi w zatorze przez całą drogę z Mayfair i obawiam się, że nie wystarczy czasu, żeby bagażowi przenieśli nasze kufry do strzeżonego wagonu.
Kiedy czekamy w kolejce powozów przed wejściem na stację, Henry wychyla się z okna, machając zwiniętym banknotem do naszego woźnicy, który zeskakuje z kozła. Wraca chwilę później z dwoma bagażowymi, którzy szybko radzą sobie z ułożonymi za nami kuframi. W końcu my również wkraczamy w kakofonię głosów podróżnych i bagażowych, sprzedawców gazet i żołnierzy, grup dzieci w wieku szkolnym i rodzin taszczących ze sobą cały swój ziemski dobytek; wszędzie panuje hałas, hałas, hałas, który unosi się do kopułowatego sklepienia z metalu i szkła.
Podnoszę skraj szarej wełnianej sukni podróżnej i idę za Henrym przez tłum do naszego pociągu. Henry przyspiesza, aby nakłonić bagażowego do ustawienia naszych kufrów w najlepszym miejscu, a ja przystaję przed stojakiem z gazetami i zerkam na magazyny.
– Lady Lenore Crowther?
Podszedł do mnie mężczyzna, stoi teraz odrobinę zbyt blisko, ma rude wąsy i wąsko osadzone oczy. Jest dość dobrze ubrany, ale nosi melonik, a kołnierzyk koszuli ma słabo wykrochmalony.
Robię mały krok w bok.
– Tak?
– Nazywam się Laurence Gibson… Proszę wybaczyć, że ośmieliłem się do pani podejść.
– Czy mogę w czymś pomóc? – Przyciskam do siebie książkę, którą wzięłam do ręki, jakby była tarczą. Nie wiem, czego on chce, i nie podoba mi się, że muszę stawić mu czoła samotnie.
– Mam nadzieję, że tak. Rozumiem, że w hucie pani męża, Ajax Works, wdrożono dość postępową politykę rekompensat dla robotników, którzy ulegli wypadkowi w pracy. A to w hutach stali jest dość niezwykłe.
Odsuwam się jeszcze o krok.
– Proszę mi wybaczyć… czy pan jest znajomym mojego męża?
Pan Gibson uśmiecha się, ale nie odpowiada.
– Jestem ciekaw… To takie hojne wobec pracowników, a jednak krążą plotki, że od czasu objęcia stanowiska przez pani męża bezpieczeństwo w Ajaxie gwałtownie się pogorszyło. Czy może pani ustosunkować się do tych pogłosek?
Mój uśmiech znika.
– Chyba nie rozumiem…
– Lenore. Nic nie mów. – Między nami pojawia się Henry, twarz ma wykrzywioną gniewem i chyba odrobiną lęku. – Jak pan śmie? – syczy do pana Gibsona.
– Henry? Co się dzieje? Ten pan powiedział, że jest twoim znajomym.
– Jest dziennikarzem, a nie znajomym. – Henry popycha mnie za siebie i zbliża się do Gibsona. – To oburzające, że nagabuje pan moją żonę. Jeśli zrobi to pan jeszcze raz, napiszę do pańskiego wydawcy i każę pana zwolnić, słyszy mnie pan?
Gibson unosi dłonie i cofa się.
– Proszę mi wybaczyć, panie Crowther. Nie zamierzałem nikogo urazić.
– Będzie pan tego żałował – warczy Henry i zaciskając palce na moim nadgarstku, ciągnie mnie na peron.
Jestem wstrząśnięta. Chcę zapytać Henry’ego, co ten mężczyzna miał na myśli, mówiąc, że bezpieczeństwo w Ajaxie się pogorszyło, ale z miny mojego męża wnioskuję, że przy nim też powinnam trzymać język za zębami.
North Express odjeżdża o 10 przed południem wśród pisku gwizdków i białej pary kłębiącej się za oknem wagonu, która przesłania peron. Będziemy podróżować magistralą Midland przez Kettering i Nottingham, na miejsce dotrzemy o 13.35. Tuż po naszym ślubie regularnie podróżowałam z Henrym do Sheffield, odwiedzając budowy jego nowych hut i uczestnicząc we wszystkich wydarzeniach, podczas których obecność młodej żony z arystokracji była dla niego korzystna. Od tamtej pory Henry często wracał tam w interesach, ale razem spędzaliśmy czas już w innych miejscach: w wynajętych na lato domach, w gościnie albo u znaczących kobiet z wyższych sfer, którym starałam się przypochlebić, albo u niesympatycznych mężczyzn, którzy zdaniem Henry’ego powinni go znać.
Jestem niezmiernie ciekawa lata w moim własnym domu. Może to początek nowego etapu w naszym małżeństwie, dowód wiary męża w nasz związek.
Gdy tylko wyjeżdżamy z Londynu, Henry udaje się do luksusowego wagonu pulmanowskiego i zostaję sama w naszym przedziale. Jest wyposażony w nowe obicia z wzorzystego pluszu, a ja mam ze sobą torbę podróżną z kilkoma książkami i zestawem do haftowania, które zapewnią mi zajęcie. Minęły czasy, w których samotnie podróżująca kobieta była zdana na łaskę każdego mężczyzny, jaki wtargnął do wagonu – dziś długi korytarz wzdłuż przedziałów pierwszej klasy regularnie patroluje strażnik.
Mimo to nagle czuję się wystawiona na widok, siedząc samotnie w przedziale dla sześciu osób, zaciągam więc zasłony, aby skryć się przed pasażerami na korytarzu. To był błąd: teraz widzę tylko cienie, przesuwające się po sztywnej bawełnie panama.
Znikamy w tunelu, w ciemności widać jedynie płomień kontrolny lampy gazowej. Głośny stukot kół jest jak młot wbijany w czaszkę, wagon się kołysze, aż w końcu wypadamy na duszone smogiem przedmieścia West Hampstead i Cricklewood, z obu stron otaczają nas czarne jak węgiel ceglane mury kolejowe.
Niepokój płonie we mnie jasno niczym pochodnia na nocnym morzu – niepokój nie o dom, który zostawiam za sobą, lecz o ten, w którego stronę zmierzam.
Nethershaw.
Zarządzanie posiadłością to jedyny obszar, w którym moje umiejętności nie zostały jeszcze sprawdzone. Nie, nie jedyny. W macierzyństwie również brak mi doświadczenia.
Jednak zarządzanie ogromnym domem na wsi z przyległymi gruntami, dzierżawcami i gospodarstwami to rola, z którą musi się zmierzyć zaledwie garstka kobiet, nawet z wyższych sfer. Nie wiem, czy leży to w zasięgu moich możliwości.
Pod drzwiami przedziału przystaje cień, tyczkowata postać sięgająca niemal sufitu, zniekształcona przez padające pod kątem promienie słoneczne. Wbijam palce w szal, zmuszając każdy mięsień ciała do bezruchu. Nie pozwalam sobie na strach.
Do postaci dołącza druga i obie materializują się w osobach konduktora i bagażowego. Sprawdzają mój bilet i wychodzą, a ja szybko odsłaniam zasłony. Wolę wcześniej wiedzieć, z czym przyjdzie mi się mierzyć, niż lękać się widziadeł.
*
Z chaosu śmierci rodziców wyciągnął mnie policjant. Gdy członków mojej rodziny wrzucano na wóz, dostarczył mnie do komisariatu przy Bow Street. Na podstawie zaplamionych dokumentów z kieszeni ojca ustalono moją tożsamość i rozesłano wici w poszukiwaniu jakiegokolwiek krewnego, który mógłby przyjąć osierocone dziecko. A potem odkryli to, co ja już wiedziałam, ale mój zszokowany umysł był zbyt otępiały, bym mogła to wyjaśnić: nikt taki nie istniał. Rodzina mojej matki była niewielka, a ojciec pozostawał jedynym dzieckiem sędziwych rodziców, którzy już dawno temu odeszli z tego świata.
Przez chwilę rozważano oddanie mnie do sierocińca, jednak zgodnie uznano, że nie byłoby właściwe umieszczenie dziecka mojego pochodzenia wśród porzuconych malców z niższej klasy. Niewiele pamiętam z tych godzin, które spędziłam, siedząc obok biurka urzędnika przy wejściu. Owinięta w koc, milcząca, obserwowałam strumień prawników i przestępców napływający z Covent Garden. Pamiętam jedynie poczucie, że mija mnie cały świat, w którym nie ma już dla mnie miejsca.
Kiedy zapadła noc i kwestia mojego losu stała się paląca, nadszedł telegram z posterunku w Whitehall. Zidentyfikowano krewną, która nadal żyła i na dodatek rezydowała nieopodal Berkeley Square.
Ciotka Daphne.
Nie zważając na horror, jaki przeżyłam zaledwie tego poranka, urzędnik wsadził mnie do dorożki i zapłacił woźnicy, aby zawiózł mnie na miejsce. Spędziłam dwadzieścia minut sztywna ze strachu, gdy dorożka mozolnie toczyła się wzdłuż Strand i w górę St. James w kierunku spokojnej dzielnicy mieszkalnej.
Wreszcie podróż dobiegła końca. Otwarto drzwi i wysiadłam, drżąca, ale cała, w zmierzch. Latarnik pracował na końcu ulicy i jeszcze do nas nie dotarł, sznur światełek przecinał półmrok w kierunku Oxford Street, mnie otaczały tylko cienie. Dorożka odjechała, zanim uchyliły się drzwi domu.
Pamiętam to wyraźnie: jasny portyk przed georgiańską fasadą z cegły, czarny od dymu węglowego. Nad drzwiami okienko przypominające pawie, które przez chwilę hodowała moja matka, zanim ich krzyki nie zaczęły za bardzo jej przeszkadzać. Po obu stronach nierozpalone lampy naftowe i okna z pozamykanymi okiennicami ciągnące się aż do szczytu budynku.
Po chwili wahania uniosłam kołatkę i pozwoliłam jej opaść, raz.
W ciszy usłyszałam dobiegające z oddali kroki, które coraz bardziej się zbliżały, wywołując we mnie strach na myśl o konfrontacji z tym, co czekało za drzwiami.
Pamiętam, że kroki ucichły, rozległ się dźwięk odciąganej zasuwy, drzwi zaczęły się otwierać.
I wtedy moje życie się skończyło.
*
W drodze na północ pogoda się pogarsza i nad Nottingham horyzont zasnuwają czarne chmury burzowe. Henry wraca do naszego przedziału dziesięć minut przed końcem podróży, mamrocząc coś pod nosem i zerkając na kieszonkowy zegarek. Pachnie brandy i papierosami, ale poza tym wygląda nienagannie w ciemnobrązowej dyplomatce, idealnie skrojonej na jego szerokich ramionach. Kołnierzyk ma sztywno wykrochmalony, jedwabny krawat z jednym paskiem zawiązany w prosty węzeł. Pozwalam sobie na uśmiech: zwracam jego ojczystej ziemi dżentelmena pierwszej klasy.
Pociąg zwalnia, a ja wstaję pierwsza, zdejmuję z wieszaka cylinder i wkładam mężowi na głowę, strzepując z rantu płatek sadzy. W podziękowaniu Henry ujmuje moją dłoń i na chwilę cofam się o dziesięć lat, jestem młodą żoną, która uważa się za zakochaną, cokolwiek wtedy oznaczała dla mnie miłość. Oczy Henry’ego zawsze wydawały mi się zielone niczym morskie szkło; lok nad czołem, zawsze niesforny bez względu na to, jak starannie go olejował, sprawiał, że wygląda jak wyjęty z ilustracji w książce: zaczajony w lesie Robin Hood, który patrzy na mnie z drwiącym uśmiechem.
Pociąg gwałtownie hamuje i konduktor łomocze w nasze drzwi. Na peronie ściana deszczu bębni w ziemię, zamieniając ją w błoto. Pogoda się załamała: szaleje nieokiełznana burza, silne podmuchy wiatru szargają liśćmi i gazetami. Kiedy ostatnio tu przyjechałam, stacja nadal miała blask nowości. Wzniesiona dopiero w 1870 roku, dziś nosi już ślady prawie dwudziestu lat użytkowania: dwa tory obok przysadzistego budynku pokrytego grubą warstwą fabrycznego smogu i brudu. Woda wylewa się spomiędzy torów, płynie po ziemi, spada kurtyną z dachu budynku stacji.
Czekający z parasolką bagażowy pomaga mi wysiąść, trzymam w garści skraj spódnicy, a mimo to wkrótce jestem przemoczona, wiatr ciska mi krople prosto w twarz.
Po błysku pioruna niemal od razu rozlega się huk grzmotu, burza jest już prawie nad nami.
– Spędźmy noc w hotelu. – Kładę dłoń na ramieniu Henry’ego. – Z podróżowania w takich warunkach nie wyniknie nic dobrego.
Nasze kufry są właśnie wypakowywane ze strzeżonego wagonu, ale Henry odprawia bagażowych, którzy tłoczą się wokół nas w liberiach hotelu Midland Station, półokrągłego budynku stojącego nieco dalej na wzgórzu.
– Nie bądź śmieszna. W tym prymitywnym miejscu nie ma hotelu, za który warto by płacić. – Rusza w kierunku przeszklonej werandy od frontu stacji; tupie, by strząsnąć wodę z butów. Bez słowa ruszam za nim, nie odrywając wzroku od horyzontu i przewalającej się ciemnej masy chmur.
Przed nami, rozciągając się od doliny rzeki, znajduje się Sheffield: mieszanina brudnej cegły i dachów, jakby budynki wspinały się po sobie nawzajem, chcąc uciec na wciąż zielone szczyty wzgórz. Jest brudniejsze, niż zapamiętałam, a hałas z odlewni i hut głośniejszy, chociaż znajdujemy się co najmniej półtora kilometra od jakiegokolwiek przemysłu. Czuję w powietrzu metaliczny smak. Myślę o setkach ludzi pracujących pod każdym dachem i za każdą ścianą, pochylonych i skulonych nad stalą, walących młotkami i szorujących, tnących i polerujących, produkujących mgłę drobinek, które zawisną w powietrzu już na zawsze.
Biorę Henry’ego pod ramię, pragnąc poczuć coś cielesnego i żywego. Myślę, że przywoła dorożkarza na tyle głupiego, żeby za odpowiednie pieniądze pojechał na wrzosowisko, ale przed nami zatrzymuje się prywatny powóz. Staromodna kareta podróżna, dwuosobowa, ciągnięta przez dwa konie, z siedzeniem dla woźnicy na podwyższeniu za pasażerami. Sądziłam, że już się takich nie używa, chyba że przez dżentelmenów przemierzających odległe części kraju – ta przed nami została najwyraźniej pospiesznie odmalowana, a na miejscu woźnicy siedzi młody stajenny.
– Była w pakiecie z domem. – Na twarzy Henry’ego pojawia się grymas. – Oczywiście zostanie wymieniona.
Nie mogę zrobić nic innego, jak tylko zająć swoje miejsce i trzymać się mocno skórzanego pasa, gdy terkocząc po bruku, oddalamy się od stacji. Przez krótką chwilę widzę drugi dworzec, Sheffield Victoria, jego solidna bryła wystaje nad wzgórze, a obok lśniący bielą gmach hotelu Royal Victoria. Dlaczego nie mogliśmy się tam zatrzymać? Wydaje się całkiem przyjemnym miejscem.
Znikamy w labiryncie wąskich uliczek i tracę hotel z oczu. Droga jest śliska od deszczu, cały czas jedziemy pod górę. Henry wydaje się niewzruszony, ale ja zaciągam zasłony, próbując myśleć o czymkolwiek innym niż zgrzyt miażdżonego powozu moich rodziców, trzask kości, przerwane ścięgna. Wciąż czuję grubą warstwę krwi, oblepiającą mi włosy, sklejającą rzęsy, pokrywającą język i wargi. Pamiętam każde fizyczne doznanie, ale emocje musiały być tak intensywne, że moja pamięć ich nie mieści, nie jestem w stanie ich czuć. Myślałam, że nie skaziło mnie to wspomnienie, ale może tylko przed nim uciekam i w chwilach takich jak ta kłamstwa, które opowiadam sobie samej, wychodzą na jaw.
Jedyną pociechę stanowi dla mnie fakt, że sama nie mam dzieci. Jeśli zginę tak jak moi rodzice, nie pozostawię dziecka, które będzie musiało dźwigać ten ból.
Zbyt szybko opuszczamy miasto i jedziemy najpierw wśród pól uprawnych, a potem przez zalesioną dolinę Rivelin wąską drogą, która wije się wysoko nad brzegami rzeki. Krzywię się za każdym razem, gdy kareta podskakuje na kamieniu lub pudło trzęsie się od grzmotu, ale Henry wydyma pogardliwie wargi, więc robię co w mojej mocy, by założyć na twarz uprzejmą, pozbawioną wyrazu maskę, i spokojnie, miarowo oddycham. Umiem się kontrolować; nie ulegam kaprysom ani nie jestem skłonna do histerii jak inne kobiety. Doskonale potrafię nad sobą panować.
Kareta zatrzymuje się gwałtownie i przełykam okrzyk strachu.
– Co to? Co się stało? – Wyglądam zza zasłonki, zastanawiając się, czy utknęliśmy w błocie lub złamaliśmy szprychę, ale deszcz jest zbyt ulewny, bym mogła cokolwiek zobaczyć.
– Zostań tu – nakazuje Henry.
Otwiera drzwi, wyskakuje w błoto i jedyne, co widzę przez szybę, to szeregi obrośniętych mchem drzew. Słyszę, jak mówi coś do woźnicy; kareta znów się chwieje, gdy zeskakuje z niej kolejna osoba. Potem kroki w błocie, coraz cichsze, wkrótce zagłuszone przez bębnienie kropli deszczu o dach.
Znowu jestem sama, tak jak w pociągu, i uderza mnie potworna myśl, że zaraz ujrzę cień na zasłonce. Szybko odsłaniam okna z obu stron i wciskam dłonie pod pachy. Moja wełniana suknia podróżna w Londynie wydawała się odrobinę za ciepła, teraz marznę.
Mija zbyt dużo czasu, a Henry nie wraca. Powinnam zostać w środku, o to mnie prosił. Jednak im dłużej jestem sama, tym bardziej mój umysł przywołuje makabryczne obrazy wprost idealnie skrojone pod moją wrażliwość. Muszę wiedzieć, co naprawdę nas czeka i z jakiego powodu stanęliśmy.
Wysiadam niezdarnie, moje buty toną w błocie, nurza się w nim skraj sukni. Opieram się o powóz, osłaniając dłonią oczy przed deszczem, i posuwam naprzód, najpierw w stronę kozła woźnicy, a potem dwóch koni, które przestępują z nogi na nogę i przewracają oczami, kiedy je mijam.
Z początku nie rozumiem, co przed sobą widzę: łuk z drewna, coś czerwonego, plamy bieli.
Potem obraz składa się w całość.
To powóz – delikatny faeton nieprzystosowany do wyboistych górskich dróg i paskudnej pogody – który przewrócił się przy pełnej prędkości, zrywając lejce i łamiąc koła, przykryty pogiętą budą. Konie już dawno uciekły, a Henry i stajenny stoją wśród roztrzaskanego drewna.
Moje myśli kurczą się do pojedynczej nuty, śpiewanej wysoko i przenikliwie. I znów słyszę wrzask, czuję lepką krew na ręku i gwałtowną siłę odrzutu.
Henry pochyla się, unosi budę i krzyczy. Dołącza do niego stajenny. Wrak się trzęsie, kiedy dwaj mężczyźni wyciągają coś ze środka.
Ciało odziane w biel, przemoczone od deszczu, długie, orzechowe włosy spływają z bezwładnej głowy niczym flaga na rozbitym statku.
Otacza mnie ciemność i upadam na ziemię.