Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

HYDRA - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
18 maja 2026
12,00
1200 pkt
punktów Virtualo

HYDRA - ebook

Bezpośrednia kontynuacja tomu 5 "Nielegał". Restaurator z Nowolipek biega rano pod murem rosyjskiej ambasady. Cztery sekundy łączności. Szyfrowanie, którego nikt nie potrafi złamać. Kiedy kontrwywiad odkrywa, kim naprawdę jest, zaczyna się gra, w której każda ze stron wie za mało - a stawką jest technologia, która może zmienić układ sił w Europie. Czy rosyjski nielegał wpadnie w ręce polskiego kontrwywiadu? Thriller szpiegowski, w którym nikt nie mówi prawdy. Szósty tom cyklu "Eryk Gryń".

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 431 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Kontynuacja książek: „Kryptonim Mirza”, „Operacja kukułka” , „Dobry pies”, „SMOTR” i „Nielegał”.

Wszelkie podobieństwa do prawdziwych postaci i zdarzeń są przypadkowe.

Restaurator z Nowolipek biega rano pod murem rosyjskiej ambasady. Cztery sekundy łączności. Szyfrowanie, którego nikt nie potrafi złamać. Kiedy kontrwywiad odkrywa, kim naprawdę jest, zaczyna się gra, w której każda ze stron wie za mało - a stawką jest technologia, która może zmienić układ sił w Europie. Thriller szpiegowski, w którym nikt nie mówi prawdy. Szósty tom cyklu "Eryk Gryń".1 ROZDZIAŁ 1: ALBANIA

10 października 2024 r., Warszawa, Nowolipki - restauracja „Sznycel i Sztaluga”, późny wieczór.

Staniak zamknął drzwi na dwa zamki, zdjął tabliczkę z godzinami otwarcia z haczyka. Na sali pięć stolików czekało na jutro - serwetki w trójkąty, świeczniki, karty dań w skórzanych okładkach. Szósty, pod oknem, miał jeszcze mokre ślady po ściereczce. Trzy stoliki na zewnątrz przykryte brezentem, przywiązanym do balustrad plastikowymi trytytkami.

Cisza. Restauracyjna cisza po godzinach to martwa tkanka, powietrze, które jeszcze nie ostygło z gotowania, i zapach oleju rzepakowego w kanalikach okapu.

Staniak usiadł przy barze, wyciągnął telefon z kieszeni i położył go ekranem do góry na blacie. Poranny jogging koło ambasady . Pobranie, wysyłka meldunku, rozłączenie. Odczytanie zawsze potem, zawsze z opóźnieniem.

Zdeszyfrował i otworzył plik.

Rozkaz był krótki. Trzy zdania właściwe, dwa uzupełniające. Stawić się w Tiranie w sobotę 19 października. Punkt spotkania: Rruga Shenasi Dishnica, kawiarnia Odas Garden, stolik na zewnątrz, gazeta „Panorama” na blacie. On ma podejść. Kontakt ma czekać od godziny 11 do 12. Hasło: przepraszam, która jest godzina ? -po niemiecku. Rezerwowe terminy - niedziela dwudziestego, poniedziałek dwudziestego pierwszego - inne miejsca, inne kawiarnie, te same zasady rozpoznania. Potwierdzić rano. Brak dalszych rozkazów.

Staniak przeczytał jeszcze raz. Trzeci raz. Potem zamknął plik. Patrzył jak ekran Thails znika. Rozkaz został tylko w jego głowie.

Albania.

Siedział nieruchomo z łokciami na barze, splecione dłonie pod brodą. Tirana nie była żadnym ze standardowych punktów kontaktowych, o których uczyli go w szkole pod Moskwą. Tirana to był komunikat sam w sobie. Nie Belgrad, nie Wiedeń, nie Stambuł. Tirana znaczyła: nie chcemy się z tobą spotykać w mieście, w którym mamy cokolwiek do stracenia.

Zszedł za bar, kucnął, sięgnął po butelkę płynu do stali nierdzewnej. Biała butelka ze spryskiwaczem, etykieta w kolorze morskim, napis „Clinox Inox” . Wstał, podszedł do blatu roboczego na zapleczu. Psiknął dwa razy. Trzy razy. Płyn ściekał po stali cienkimi strużkami .

Zaczął szorować gąbką odruchowo, bez rękawiczek. Po kilkunastu sekundach poczuł szczypanie na skórze - chemikalia wżarły się w drobne pęknięcia na opuszkach palców, które miał od noży i gorących rondli. Skrzywił się. Odrzucił gąbkę, podszedł do zlewu, odkręcił zimną wodę i trzymał ręce pod strumieniem, patrząc na swoje palce - długie, suche, o kwadratowych paznokciach przyciętych krótko.

Zakręcił wodę. Wrócił do szafki, wyciągnął żółte rękawice gumowe, naciągnął je na mokre dłonie. Prawa weszła ciasno, lewa normalnie. Chwycił gąbkę i szorował blat roboczy metodycznie, od lewej do prawej, centymetr po centymetrze, z dociskiem, jakby chciał zetrzeć warstwę metalu. Szorował tak długo, aż stal zaczęła błyszczeć jak lustro.

Pochylił się.

W blacie zobaczył twarz. Swoją twarz. Zwyczajną, nijaką.

Przymknął powieki. Stal była zimna pod lateksem rękawic. Za zamkniętymi powiekami zobaczył palec. Palec chłopaka, cienki, z obgryzionym paznokciem, a na nim srebrny pierścień z oroborosem - wąż pożerający własny ogon. Jurij nosił go na lewym serdecznym. Staniak zapamiętał to wtedy, kiedy dłoń chłopaka przestała się ruszać.

Otworzył oczy. Wyprostował się. Zdjął rękawice, wyrzucił je do worka z odpadami, związał worek i wyniósł na podwórko do kontenera.

Wrócił do lokalu, sprawdził zamki, zgasił światło na zapleczu, zostawił jedno nad barem. Usiadł na stołku.

Dimka, ty idioto - pomyślał. Po jedenastu latach wzywają cię do Tirany. Nie do Wiednia, nie do Belgradu, nie do Mińska. Do jebanej Tirany.

Wstał. Wyłączył ostatnie światło. Zamknął drzwi za sobą i poszedł do auta.

***

11 października 2024 r., Warszawa, Żwirki i Wigury - siedziba SKW, gabinet pułkownika Stępnia.

Żaluzje były uchylone pod kątem, który wpuszczał wąski pas światła na biurko.

Gryń siedział na krześle po lewej stronie biurka, Wysocki po prawej. Między nimi na blacie leżała beżowa teczka formatu A4 z czerwonym paskiem na grzbiecie - klauzula „zastrzeżone”. Stępień stał przy oknie, plecami do nich, z kubkiem kawy w jednej ręce i telefonem w drugiej. Odłożył telefon na parapet i odwrócił się.

- Panowie - powiedział. - Mamy nowy temat.

Gryń nie zmienił pozycji. Wysocki wyprostował się o pół centymetra.

- Trzy pożary w sortowniach paczek - ciągnął Stępień, siadając za biurkiem. - Ubiegły weekend. Piątek wysyłka, sobota-niedziela zapłon. Błonie, Stryków i Rzgów pod Łodzią.

- Trzy naraz - mruknął Gryń.

- Zawiadomiła nas policja. Straż pożarna badała – celowe podpalenie, żadnych wątpliwości. Policja wyklucza przypadkowy pożar. We wszystkich trzech przypadkach źródło ognia to paczka.

Gryń oparł łokieć na poręczy krzesła.

- Co się tym razem pierwsze zapaliło?

Stępień otworzył teczkę, ale nie patrzył do środka. Znał na pamięć.

- W Rzgowie - dildo. Wielkie, czarne, silikonowe. Trzydzieści centymetrów, gdyby to kogoś interesowało.

Wysocki odwrócił głowę w stronę okna. Kącik ust mu drgnął.

- W Błoniu - kontynuował Stępień - urządzenie do masażu odcinka lędźwiowego. Takie poduszki, co się je podkłada pod... no, pod krzyż.

- Pod naddupie - uzupełnił Gryń bez cienia uśmiechu.

- Tak jest Eryk, pod naddupie.

Wysocki parsknął cicho. Gryń spojrzał na niego z ukosa, krótko i ostro. Wysocki zamilkł.

- W Strykowie - Stępień pochylił się nad biurkiem - taki podłużny przyrząd z dużą, wibrującą końcówką. Bardzo dużą.

- Masażer łechtaczkowy - powiedział Gryń.

- Kurwa, dokładnie tak.

Stępień roześmiał się - głośno, chrapliwie, szczerze, tak jak się śmiali ludzie, którzy palili trzydzieści lat i przestali dopiero po pierwszej tomografii. Wysocki, ośmielony, zaśmiał się za nim - cicho, w tonacji o oktawę wyżej, jak chłopak, który sprawdza, czy wolno mu się śmiać przy dorosłych.

Gryń nie śmiał się.

- Czyli Ruscy podpalają - powiedział - i przy okazji robią sobie z nas jaja.

- Dokładnie tak.

- Paczki wysłane z Polski czy z zagranicy?

Stępień podniósł z teczki kartkę z tabelką - trzy wiersze, pięć kolumn, wszystko wypełnione drobnym drukiem.

- Jedna z Wilna. Ta z gumowym fiutem. Reszta krajowa: Warszawa i Pruszków.

- Gdzie były deklarowane cele przesyłek? - spytał Gryń.

Stępień zerknął na kartkę.

- Gumowy kutas miał trafić do Niemiec. Hamburg, o ile pamiętam. Masażer łechtaczkowy - Francja, chyba Marsylia. A ten do naddupia - Włochy, okolice Bolonii.

Wysocki powiedział cicho:

- Ale to nie Staniak.

Cisza na pół sekundy. Stępień podniósł wzrok znad kartki. Gryń obrócił się na krześle.

- Mamy go na oku dwadzieścia cztery godziny na dobę - kontynuował Wysocki - prawie dwa tygodnie. Mieszkanie, praca, mieszkanie. Nie rusza się z Warszawy. Po klubach gejowskich nie chodzi. Siedzi na dupie i smaży schabowe.

- Potwierdzam - powiedział Gryń. - Od końca września zero aktywności. Restauracja, dom, restauracja. Czasem pobieganie rano pod ambasadą.

Stępień odchylił się w fotelu.

- I co, macie te bursty WiFi?

- Mamy. Łączy się i nadaje pod murem ruskiej ambasady co drugi poranek, cztery sekundy, regularnie jak zegarek. Ale wszystko zaszyfrowane. Chłopaki z Pyr nie potrafią tego odczytać. Szyfrowanie wielowarstwowe, prawdopodobnie jednorazowe klucze.

- Czyli Rosjanie mają ich więcej - powiedział Stępień.

Gryń nie odpowiedział. Wiedział, co pułkownik miał na myśli. Staniak brał w tym udziału. Staniak siedział w Warszawie cichy i grzeczny, i komunikował się z Moskwą kanałem, który kontrwywiad widział, ale nie czytał. A trzy sortownie płonęły w trzech różnych miastach.

Hydra. Odcinasz jeden łeb, wyrastają trzy.

Stępień przesunął teczkę po biurku w stronę Grynia. Beżowa, sto pięćdziesiąt stron.

- Materiały policyjne plus to, co zdążyli wyciągnąć z metadanych.

Gryń wziął teczkę. Wstał. Wysocki za nim, o pół sekundy później.

- Do roboty, chłopaki - powiedział Stępień, odprowadzając ich wzrokiem do drzwi. - Działajcie, bo nas wyruchają. Co nam zresztą niedwuznacznie sugerują doborem przesyłek.

Roześmiał się ponownie. Tym razem sam, bo Gryń już zamykał drzwi, a Wysocki był za drzwiami.

Na korytarzu Gryń szedł trzy kroki przed Wysockim. Teczka pod pachą, niebieskie LM-y w kieszeni marynarki, zapalniczka w drugiej. Nie odwracając głowy, powiedział:

- W samochodzie przejrzysz Błonie. Ja biorę Stryków i Rzgów.

- Tak jest.

- I Wysocki.

- Tak?

- Następnym razem, jak będziesz chciał się śmiać w gabinecie pułkownika - poczekaj, aż zrobi to pierwszy.

Wysocki nic nie odpowiedział. Na uszach miał czerwone plamy.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij