-
nowość
I Created You - ebook
I Created You - ebook
Ava Russo dorastała w cieniu rodzinnego imperium. Lojalna i bezlitosna, wykonywała każdy rozkaz ojca i od dziecka pragnęła dorównać jego sławie. Choć to jej starszemu bratu należał się tytuł, ona stała się prawą ręką głowy rodu – najskuteczniejszym żołnierzem – wierzyła, że pewnego dnia obejmie władzę.
Wszystko zmienia jedna decyzja: ma poślubić Thomasa Petersona, dziedzica potęgi, który kiedyś zaszkodził jej rodzinie. Zostaje zapisem w umowie obiecującej koniec wojny o wpływy. Wtedy rozumie prawdę – nigdy nie była następczynią, wciąż była tylko pionkiem.
Thomas jest chłodny, wyrachowany i śmiertelnie niebezpieczny. Zanim oficjalnie staną u swojego boku, potajemnie zbliża się do Avy i szybko odkrywa, że ona nie jest typową mafijną księżniczką. To komplikuje jego plany – bo sojusz między ich rodzinami to tylko pozory.
W świecie, gdzie lojalność oznacza przemoc, a uczucia są słabością, Ava musi zdecydować, czy pozostać posłuszną córką, czy zawalczyć o własny los. Zwłaszcza gdy granica między nienawiścią a pożądaniem zaczyna się zacierać, a wybór między sercem a strategią może kosztować życie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68587-65-4 |
| Rozmiar pliku: | 819 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Jeżeli ktoś jeszcze się nie zorientował, uroczyście oświadczam: ta książka to romans mafijny i nie zawahałam się wycisnąć z tego gatunku wszystko, co chciałam. Oznacza to, że znajdziecie w niej opisy przemocy fizycznej, które najczęściej kończą się śmiercią. Mafia to także zastraszanie biznesowe, wymuszenia, nadużycia władzy oraz przemoc psychiczna i emocjonalna.
Toksyczne relacje? One również są tu obecne – nie tylko w relacjach romantycznych, ale także rodzinnych. Tak, moje postacie są straumatyzowane. Przypominam: opisuję życie dorosłych dzieci mafii.
Język bywa wulgarny, a erotyka momentami może być kontrowersyjna. UWAGA: Ava Russo lubi seks – w różnych odsłonach.
Książkę kieruję do czytelników, którzy chcą spędzić czas wciągająco i intensywnie. Nie jest to żaden poradnik ani manifest moich osobistych przekonań. Jeżeli podczas lektury poczujesz dyskomfort, zrób przerwę i zdecyduj, czy chcesz kontynuować. Pamiętaj – Twoje zdrowie jest najważniejsze.
A do całej reszty rozpuszczonych, bezwstydnych czytelników: bawcie się dobrze. Tak jak ja bawiłam się podczas pisania.PLAYLISTA
Shy Smith – _Soaked_
Chase Atlantic – _Swim_
Ariana Grande – _Dangerous Woman_
Bryce Savage – _Going to Hell_
Ex Habit – _Abuse Me_
Sam Tinnesz feat. Yacht Money – _Play With Fire_
Kehlani – _Gangsta_
Taylor Swift – _Don’t Blame Me_
Doja Cat – _Streets_
Nicholas Bonnin feat. Angelicca – _Shut Up and Listen_
Ex Habit – _Who Do You Want_
Charlotte Lawrence – _Joke’s on You_
Billie Eilish – _You Should See Me in a Crown_
Chris Grey – _Always Been You_ROZDZIAŁ 1
Ava
Jakim cudem się tu znalazłam? Ani nie powinnam tu być, ani tego nie chciałam. No dobrze – może jakaś część mnie faktycznie tego pragnęła, ale to był zaledwie ułamek, zupełnie nieistotny. Zawsze – powtarzam – zawsze kierowałam się czymś więcej niż samym instynktem.
Ojciec patrzył na mnie z dumą. Wiedział, że potrafiłam zachować się odpowiednio i unikałam głupich decyzji – w przeciwieństwie do Williama, który uganiał się za wszystkim, co się ruszało, i bez mrugnięcia okiem zaliczał na prawo i lewo.
Spojrzenie ojca stanowiło dla mnie najwyższą nagrodę. Wymagał wiele, więc żeby zasłużyć na uznanie, musiałam się naprawdę postarać. Starszy brat mi tego nie ułatwiał. Nigdy nie dawał dobrego przykładu. Z jakiegoś powodu, niezrozumiałego dla naszych rodziców, od dziecka wiedziałam, że nie warto go naśladować. Unikałam jego błędów – choć czasem bywały kuszące. Niekiedy aż za bardzo.
Will miał wielu przystojnych kolegów, którzy często kręcili się po domu, gdy ojciec zajmował się interesami gdzieś w terenie. Niektórzy nie mieli za grosz wstydu – potrafili zapukać do moich drzwi z propozycjami, które nie pozostawiały pola do interpretacji. Nie powiem, że za każdym razem od razu kazałam im spadać, zwłaszcza jeśli któryś trafiał w mój gust… Ale żadna z tych rozmów nie trwała dłużej niż pięć minut.
Nikt tego nie liczył, ale i tak uważam, że to całkiem niezły wynik.
Pragnąc uznania ojca, większość dzieciństwa i okresu nastoletniego spędziłam nad książkami i na dodatkowych lekcjach, które z czasem sama sobie organizowałam. Mieliśmy nauczanie indywidualne, ale w przeciwieństwie do Willa, który robił absolutne minimum, by uniknąć pretensji, ja chciałam czegoś więcej. Nie wystarczało mi miano córki wielkiego Marka Russo – człowieka stojącego u bram przestępczego światka wschodnich Stanów.
Will, jako pierworodny, miał odziedziczyć wszystko, na co nasza rodzina pracowała przez pokolenia. Pewnego wieczoru, kiedy ojciec wyjechał, brat – pijany – wszedł do mojego pokoju i rzucił, że ma inne plany na życie. Powiedział, że chętnie odda mi swoje „prawo do tronu”. Nigdy nie wróciliśmy do tej rozmowy na trzeźwo. Ostateczna decyzja należała do ojca.
Lata mijały, a brat popełniał coraz więcej błędów, przestał je nawet ukrywać. Sprawiał wrażenie, jakby celowo chciał zniechęcić ojca do wybrania go na następcę. Ja trzymałam się z boku. Uczyłam się. Obserwowałam. Czekałam.
Miałam osiem lat, gdy ojciec zaczął zabierać mnie ze sobą do pracy. Cieszyłam się. Chciałam wiedzieć więcej niż to, co przekazywali mi nauczyciele. Pragnęłam widzieć na własne oczy. Przestałam tylko znać zasady – zaczęłam rozumieć ich wagę. Wiedziałam, co się dzieje, gdy ktoś je łamie.
W domu ojciec nigdy nie podniósł na nas ręki. W pracy bywał inny. Nie ukończyłam jeszcze dziesiątego roku życia, gdy po raz pierwszy zobaczyłam, jak odbiera ludziom to, co – jego zdaniem – źle wykorzystywali. Czasem był to język, czasem ręka. W najgorszych wypadkach – życie. Nie zmuszał mnie do patrzenia, ale też nigdy nie zasugerował, żebym wyszła. Zostawiał mi wybór. A ja go dokonywałam.
Dziś żadna ilość krwi nie robi na mnie wrażenia. Żadne błagania, żadne tortury. Przewinienie rodzi karę. Proste. Ojciec powtarzał, że nie daje się drugiej szansy człowiekowi, który cię znieważył. Zrobił to raz, zrobi i drugi. A jeśli nie zostanie ukarany – uzna, że nie popełnił błędu. Trudne? Nie. Logiczne.
Dzięki doświadczeniu i wiedzy, które zdążyłam zdobyć przez te dwadzieścia sześć lat, pełniłam już rolę prawej ręki ojca. Powszechnie przyjmowano, że po jego śmierci to ja przejmuję stery. Dziedziczenie potęgi rodu Russo brzmiało dumnie. Wszyscy wydawali się zadowoleni. Will, ojciec, ja… przynajmniej na pozór.
I właśnie dlatego nie mogłam zrozumieć, dlaczego wciąż wracał do mnie ten jeden pieprzony procent, przez który siedziałam w klubie Blanca, czekając na coś, co nigdy nie miało się wydarzyć.
Rozglądałam się po sali. Patrzyłam na ludzi i niemal widziałam ich powierzchowność. Przyszli tutaj, żeby się upić i zaliczyć. To było ich lekarstwo na szarą codzienność. Taki szybki zastrzyk emocji.
Moja codzienność nie przypominała ich egzystencji. I nie chodziło tylko o wpływy czy nazwisko. Inteligentni ludzie się przecież nie nudzą, prawda? Zwłaszcza jeśli należą do jednej z najbardziej wpływowych rodzin w kraju.
A jednak… zjawiłam się tu dokładnie po to samo, co oni.
W łóżku nie przeżywałam fajerwerków. Nie dlatego, że czegoś mi brakowało. Uważam się za atrakcyjną kobietę – świadomą siebie, inteligentną, oczytaną. I właśnie w tym tkwił problem.
Żaden z mężczyzn, których spotykałam, nie robił na mnie wrażenia. Nikt nie potrafił mnie zaintrygować. Wygląd? Proszę bardzo – ładne twarze, idealne sylwetki kręciły się wokół mnie non stop. Ale co z tego, skoro wystarczyło, że któryś otworzył usta, a ja natychmiast zaczynałam szukać wyjścia z tej niezręczności?
Matka potrafiła nazwać mój problem. Po cichu obwiniała ojca, twierdząc, że to przez niego tak wysoko ustawiłam sobie poprzeczkę. Na początku sprzeciwiała się, żebym chodziła z nim do pracy – mówiła, że mnie to skrzywi i że to nie miejsce dla dziecka. Miała rację. Dojrzałam szybciej, niż powinnam, widząc to, czego inne dzieci nawet nie potrafiły sobie wyobrazić.
Rozmowy o niczym z ludźmi bez ambicji już dawno przestały mieć sens. Mężczyźni nie potrafili mnie zaskoczyć, bo i jak mieli to zrobić, skoro przewyższałam ich pod każdym względem? Smutna prawda. Ale to nie zmienia faktu, że miałam potrzeby – fizyczne, zwyczajne, ludzkie. Od czasu do czasu nie wystarczało już zaspokajanie ich na własną rękę. Potrzebowałam mężczyzny – jak większość zdrowych kobiet. Wiedziałam, że poradzę sobie bez niego w każdej sytuacji… oprócz tej jednej.
W takich momentach zaglądałam do klubu, gdzie za barem pracowała moja przyjaciółka, Monica. Poznałyśmy się właśnie tam, kilka lat temu. Przyszłam na swoje cykliczne łowy, ale tamtego wieczoru wszystko szło nie tak. Monica to dostrzegła i postawiła mi drinka, zanim jeszcze zdążyłam cokolwiek zamówić. Rzuciła tylko: „Polowanie nie zawsze kończy się trofeum, ale zawsze możesz się napić”. Tym zdobyła moją sympatię. I tak jakoś naturalnie stałyśmy się sobie bliskie.
Gdy napięcie krążyło w moich żyłach i nie dawało chwili wytchnienia, siadałam przy barze i modliłam się, by trafił się choć jeden ogarnięty facet z przyzwoitą twarzą. Na tyle ogarnięty, by zrozumieć, że lepiej się nie rozgadywać. Tylko wtedy mogłam choć przez moment udawać, że chodzi o coś więcej niż zwykłe zaspokojenie palącego pragnienia.
Chciałam… Marzyłam o tym, by któryś sprawił, że zapomnę, kim jestem. Żeby wziął mnie na własność. Silny mężczyzna, który nie przestraszy się mojej siły – przeciwnie, uzna ją za wyzwanie. Taki, który postawi sobie za cel złamanie mojego oporu. Pragnęłam ulec. Poczuć się mniejszą, zależną. Ale nikomu nie zamierzałam tego ułatwiać. Uważałam, że jeśli muszę w tym pomóc, to nie ma już sensu bawić się w ciuciubabkę. Nie zamierzałam udawać uległości. Chciałam, żeby ktoś naprawdę mnie do niej doprowadził.
Tego wieczoru klub był zaskakująco tłoczny jak na środek tygodnia. Dla mnie to plus – łatwiej wtopić się w tłum. Gdyby ktoś mnie tu rozpoznał, musiałabym później tłumaczyć się ojcu.
Wybierałam to miejsce z konkretnego powodu. Nie znosiłam klimatu VIP-owskich klubów. Tam każdy wiedział, kim jestem, i nie było mowy o niezobowiązujących spotkaniach poza parkietem. Miałam też wrażenie, że faceci z tamtych rewirów, świadomi mojego statusu, czekali tylko na skinienie. Na niektóre kobiety to może działało. Na mnie? Zupełnie odwrotnie.
– Masz na coś ochotę? – usłyszałam za plecami.
Odwróciłam się i spojrzałam w górę. Wysoki blondyn stał tuż za mną. W jego oczach dostrzegłam coś więcej niż typową pewność siebie. Determinację. Odważny chłopak.
– A co możesz mi zaoferować? – Uniosłam brew i lekko się uśmiechnęłam.
Widziałam go wcześniej. Siedział sam, ale nie przypominał typowego oblecha czającego się przy ścianie i obłapiającego wzrokiem tańczące dziewczyny. Dałam mu znaki. Zrobiłam to celowo – przeciągnięte w czasie spojrzenie, zagryzanie wargi. Mężczyźni to proste stworzenia. Wystarczyło utrzymać kontakt wzrokowy kilka sekund dłużej, niż wypadało – i już należeli do ciebie.
– Mam wiele talentów – odparł, odwzajemniając uśmiech.
Brzmiało dość oklepanie, ale słyszałam już gorsze teksty. Uznałam, że tym razem zadowolę się tym, co akurat trafiło w moje ręce.
– To może mi je zademonstrujesz? – Wstałam i ruszyłam w stronę szatni, obok której ciągnął się długi, przyciemniony korytarz z szeregiem drzwi prowadzących do prywatnych pokoi.
Każde skrzydło otwierało się po przyłożeniu karty płatniczej. Gdy płatność została zaakceptowana, rozlegał się charakterystyczny klik i drzwi ustępowały. Korzystałam z tych pomieszczeń wcześniej i uważałam, że to znacznie lepsze rozwiązanie niż toaleta czy inne równie romantyczne miejsca, gdzie spotykali się pozostali.
– Chyba nie robisz tego pierwszy raz – rzucił zaskoczony, że tak pewnie otworzyłam i weszłam do środka jak do siebie.
Pokój nie był duży. Grafitowe ściany pochłaniały światło, a wnętrze zostało urządzone bogato jak na oczywisty cel użytkowania. Na środku stało wielkie łóżko przykryte czerwoną, satynową pościelą. Po obu stronach nocne stoliki z czarnego drewna. Pod jedną ze ścian metalowa konsola ze szklanym blatem. Resztę przestrzeni zdobiły obrazy z bezwstydnymi aktami, które nie pozostawiały wiele dla wyobraźni.
– Nie jestem dziewicą, jeśli o to pytasz – odpowiedziałam zadziornie.
Zaśmiał się, podchodząc bliżej. Po chwili złapał mnie za biodra. Był uroczy w tych swoich blond włoskach. Obiektywnie atrakcyjny. Ujęłam jego szczupłe dłonie i powoli przesunęłam je w górę, na swoją szyję. Lubiłam, kiedy męskie ręce obejmowały mnie mocno za kark. Choć zazwyczaj sama musiałam im pokazywać, jak mają mnie dotykać. Przyzwyczaiłam się. Przestałam już analizować, że w ten sposób odbieram im pałeczkę władzy. Skoro żaden nie potrafił wziąć jej sam, nie zamierzałam się frustrować.
– Jakieś specjalne życzenia? – zapytał i oblizał dolną wargę.
– Nie gadaj za dużo i weź się do roboty.
– Powiedz tylko, jak masz na imię, ślicznotko.
– Ava.
– Okej, Avo, ja jestem Mike – powiedział już nieco zachrypniętym tonem. Bo oczywiście jego imię w tej chwili miało wielkie znaczenie. – A teraz pozwól, że trochę zepsuję twój makijaż…
_No w końcu. Myślałam już, że się nie doczekam._
Spojrzał mi w oczy, po czym przyciągnął mnie do pocałunku. Czułam, że się starał. I to, o dziwo, nawet mi się podobało. Jednym ruchem zsunęłam z siebie sukienkę. Przesunęliśmy się w stronę konsoli, gdzie usiadłam nago na chłodnym blacie. Dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie.
Mike rzucił krótkie spojrzenie w dół i uśmiechnął się szeroko. Nie zakładałam bielizny na wieczorne wypady – szkoda czasu, jeśli plan był jasny. A kiedy już znajdowałam się w tym miejscu, wiedziałam, że ciśnienie we mnie osiągnęło szczyt.
Złapałam za jego pasek, potem guzik, zamek… Wszystko poszło szybko, bez zbędnych ceregieli. Nie patrzyłam, bo znów pochłonęły mnie jego usta. Rzadko lubiłam się całować, ale jego wargi miały w sobie coś, co nie pozwalało się oderwać. Chłopak naprawdę wiedział, co robi.
Wzięłam w dłoń penisa, czułam przez ciężar, że było się czym pochwalić. Chyba naprawdę miałam tym razem szczęście. Zrobiłam się natychmiast mokra, więc palce zwilżyłam w swoich sokach i wróciłam nimi do Mike’a, po czym zaczęłam delikatnie ściskać jego męskość. Szybko zmieniłam tempo, gdy zaczął poruszać biodrami, bezwstydnie posuwając mi rękę.
Oderwałam się od jego ust. Nie mogłam dłużej czekać ani bawić się w żadne gierki. Potrzebowałam tego. Teraz. Zanim jednak wszedł we mnie, sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyjął prezerwatywę. Przygotowany. Odpowiedzialny. Niczego nie trzeba było tłumaczyć. W jednej chwili wszystko stało się jasne. Syknęłam z zaskoczenia, kiedy po prostu sięgnął po to, czego chciał. I czego ja też potrzebowałam. Bez pytań. Bez udawania.
Rytm z głośników narzucał tempo, a on poruszał się z taką siłą i zawziętością, że przestałam kontrolować mimikę. Nie dbałam o to, jak głośno uderzaliśmy meblem o ścianę i że moje jęki niemal przebijały się przez muzykę. W tamtej chwili nic nie miało znaczenia. I właśnie dlatego mogłam się całkowicie temu oddać.
Zacisnęłam dłonie na jego ramionach, kiedy napięcie osiągnęło zenit. Chwilę później poczułam, że on też nie zamierzał się hamować. To było szybkie. Nawet bardzo. Ale tak właśnie wyglądały moje spotkania tego typu. Głód nie dawał mi spokoju, a ja nie wymagałam ceremonii ani gry w pozory. Chodziło o zaspokojenie potrzeby. Nic więcej. Jak szybka wizyta w łazience. Zamknięta historia.
– Avo – przerwał ciszę.
– Hmm?
– Twoje paznokcie… – wychrypiał z lekką zadyszką.
Spojrzałam w dół i dopiero wtedy zauważyłam, że wbiłam mu paznokcie w klatkę piersiową. Koszulka pękła pod naciskiem.
– Och. – Tylko tyle zdołałam z siebie wydusić.
Zaśmiał się cicho i oparł czoło o moje. Właśnie nadszedł ten niezręczny moment – czas na zgrabne wycofanie się.
– Dasz mi swój numer? – zapytał z nadzieją wymalowaną na twarzy.
Najgorsze z możliwych pytań. Padało często. Za często. Nie chciałam go zranić, nie chciałam, żeby poczuł się wykorzystany. Dla mnie to był tylko impuls, zaspokojenie potrzeby, ale on? On wyglądał na takiego, co mógłby pomyśleć, że właśnie zaczął się jakiś romans. Uroczy blondynek. Zbyt uroczy na to, co działo się w mojej głowie.
Wtedy usłyszałam głośne pukanie do drzwi. Podskoczyłam instynktownie.
– Avo? Musisz natychmiast wyjść, twój ojciec chce cię widzieć – rozbrzmiał niski, ale też wyraźnie napięty głos.
Liam.
Dla większości ludzi to byłby moment szczytowego zażenowania. Dla mnie? Furtka. Doskonałe wyjście awaryjne.
– Przepraszam, muszę się zbierać – rzuciłam szybko do Mike’a, nawet nie podnosząc na niego wzroku.
Miałam nadzieję, że im szybciej stamtąd zniknę, tym łatwiej zapomni o tym niefortunnym pytaniu.
– Okej – odpowiedział zbity z tropu.
Też zaczął wkładać ubranie. Sięgałam już za klamkę, kiedy poczułam jego dłoń na ramieniu.
– Będę tu za tydzień. Przyjdziesz?
– Tak – skłamałam bez mrugnięcia i wyszłam, nie oglądając się za siebie.
Za drzwiami czekał Liam. Wysoki, umięśniony, o włosach koloru płynnego miodu. Z lekkim zarostem i oczami przypominającymi letnią trawę. Rzucił mi krótkie spojrzenie, potem zerknął na Mike’a, który właśnie wychodził. Zacisnął usta w wąską linię i bez słowa ruszył za mną w stronę auta.
Liam… Trudno było go zdefiniować. Gdy skończyłam osiemnaście lat, ojciec zatrudnił go jako mojego ochroniarza. Od tamtej pory stał się cieniem, który nigdy się nie oddalał. Przez te wszystkie lata zbliżyliśmy się do siebie. Może nie był przyjacielem w pełnym tego słowa znaczeniu, ale… kimś w tym stylu.
Był ode mnie pięć lat starszy. Jego ojciec chronił Marka Russo, więc z jakiegoś powodu stwierdzono, że Liam zasłużył na zaufanie. Ojciec uznał, że mogę mieć go przy sobie, bo nic nigdy się między nami nie wydarzy. No jasne.
Liam pozostawał chyba jedynym mężczyzną, z którym mogłabym stworzyć coś więcej. Jedynym, który naprawdę mnie pociągał. Ojciec, doskonale świadomy mojego temperamentu, musiał znaleźć kogoś, kto potrafiłby mi dorównać – i trafił idealnie. Ten człowiek rzeczywiście stał ze mną na równi, a to nie zdarzało się często.
Z czasem Liam poznał mnie na wylot. Tolerował moje klubowe wypady pod warunkiem, że towarzyszył mi, obserwując z ukrycia. Czasem odnosiłam wrażenie, że coś w nim pęka – źrenice rozszerzały się nieco bardziej, spojrzenie stawało się zbyt intensywne – jakby zazdrość próbowała przebić się przez fasadę. Ale żadne z nas nigdy nie posunęło się dalej.
– To było szybkie – skwitował.
– To było mi potrzebne.
– Biedny chłopak – rzucił, odpalając silnik. Wydawało mi się, że ścisnął kierownicę mocniej, niż wymagała tego sytuacja.
– Znajdzie sobie następną – odpowiedziałam na odczepnego.
– Myślisz, że to możliwe?
Zabrzmiało dwuznacznie. Postanowiłam nie drążyć. Wystarczyły mi chwilowe wyrzuty sumienia.
– Ojciec naprawdę mnie szuka? Jest druga w nocy. Z tego, co wiem, miał wrócić jutro w południe.
– Zmieniły mu się plany. Siedzi teraz w samolocie. Ma jakąś sprawę i nie zamierza czekać do rana, żeby z tobą porozmawiać. Poza tym chyba i tak chciałaś się stamtąd ulotnić, prawda? – rzucił z bruzdą między brwiami.
Nie pochwalał moich zachowań, ale niewiele mógł zrobić. Wiedział też, że zawsze po wszystkim chciałam zniknąć jak najszybciej. Choć wyglądało, jakby potrzebował potwierdzenia.
– Oczywiście, że tak – odpowiedziałam, zerkając na niego spod byka. Nie znosiłam, gdy przybierał ten ton.
Czy czułam coś do Liama? Tak. Był przy mnie zawsze. Potrafiłam docenić go na wielu poziomach, ale dla własnego dobra starałam się nie patrzeć na niego w ten sposób. O ile w ogóle dało się to oddzielić.
Przejechaliśmy resztę drogi w milczeniu. Wysiadłam z samochodu i łapczywie wciągnęłam zimne powietrze. Atmosfera w aucie zdążyła zgęstnieć do granic. Wiedząc, że nie zamierzam niczego z tym robić, postanowiłam o tym nie myśleć. Ruszyłam w stronę domu, czując na plecach wzrok Liama, który odprowadzał mnie aż pod same drzwi.
Nasza posiadłość w Nashville – a może raczej pałac – górowała nad okolicą. Otoczona wysokim murem szczelnie odcinała się od reszty świata. Na każdej ścianie wznosiły się wieżyczki strażnicze, obsadzone o każdej porze dnia i nocy.
Dom miał dwa piętra, pokoi trzy razy więcej, niż faktycznie potrzebowaliśmy, a każdy z nich posiadał własną łazienkę. Przestrzeni wystarczyłoby, aby komfortowo ugościć ze sto osób. I to bez żadnych kompromisów.
Całość zaprojektowano na życzenie ojca w stylu nowoczesnej elegancji. Myślę, że nawet gdyby zjawił się u nas sam papież, nie znaleźlibyśmy się w sytuacji, która mogłaby nas zawstydzić.
Zupełnie nie potrzebowaliśmy takiej posiadłości, ale ojciec uważał, że ona ma między innymi pokazywać światu, że z nami się nie zadziera. Miała wzbudzać podziw i lęk jednocześnie.
Dla mnie za bardzo krzyczała: „Halo, wszyscy widzą? Mamy tyle forsy, że moglibyśmy zlikwidować problem głodu na świecie!”.
Ojciec miał inne zdanie. A z nim się nie dyskutowało. Zresztą… kto by śmiał?
Umyłam się i zeszłam do kuchni. Za dnia rządziła tu nasza gosposia, ale o tej porze zapewne głęboko już spała. Sama więc przygotowałam sobie coś na szybko. Kiedy to ona krzątała się po kuchni, trudno było się do czegokolwiek zbliżyć – traktowała to miejsce jak osobiste królestwo i nie znosiła w nim intruzów. Jak ją znam, zauważy, że coś jest przesunięte, czegoś brakuje, coś nie leży idealnie. I rozpocznie dochodzenie, kto śmiał cokolwiek ruszać. Urocza kobieta.
Około trzydzieści minut później w kuchni zjawił się niski mężczyzna o stalowym spojrzeniu. Ojciec. Nie wyglądał na zaskoczonego moją obecnością. Wiedział, że Liam już mnie uprzedził.
– Córko.
– Ojcze.
To było nasze klasyczne powitanie – suche, krótkie, zupełnie nieemocjonalne.
– Chodź do gabinetu. Ktoś tam czeka – rzucił przez ramię, nie oglądając się, czy za nim ruszam.
Zawsze szłam. Nawet nie przyszło mu do głowy, że mogłoby być inaczej. Zastanawiałam się, o co chodzi. Kto mógł czekać w jego gabinecie w środku nocy? To nie był pierwszy raz, ale coś w jego zachowaniu budziło niepokój. Nie zadawałam pytań. Nie miałam po co. Ojciec mówił tylko to, co sam uznał za istotne. Reszta nie istniała.
Wobec większości ludzi potrafiłam być stanowcza, wręcz dominująca. Ale w jego obecności… Tylko on przewyższał mnie we wszystkim. Tylko jemu oddawałam władzę.
Gdyby kazał mi kogoś zabić – zrobiłabym to bez słowa. Gdyby powiedział, że mam zabić siebie – też bym nie zapytała dlaczego. Ufałam mu. Wiedziałabym, że miał powód. Że robi to, by mnie przed czymś uchronić. Albo że czekałby mnie gorszy los, gdybym nie posłuchała.
Darzyłam go bezwarunkowym zaufaniem. Był moim wzorem. Nie widziałam nikogo ponad niego.
Chore? Pewnie tak. To jeden z powodów, przez które nie potrafiłam znaleźć partnera. Nie było nikogo, kto dorównałby mojemu ojcu.
Miałam przejebane.ROZDZIAŁ 2
Ava
Weszłam za ojcem do gabinetu i znieruchomiałam. W pomieszczeniu paliła się tylko mała lampka. Resztę rozświetlał chłodny blask księżyca wpadający przez ogromne, sięgające od podłogi po sufit okna. Gdyby nie one, nie miałabym szans rozpoznać, kto siedział w środku.
Na fotelu przy stoliku kawowym czekał starszy mężczyzna, już zwrócony w moją stronę. Siwe włosy, elegancko przystrzyżona broda, garnitur z wyższej półki. Znałam tę twarz. Ale mózg odmawiał potwierdzenia jej obecności. To niemożliwe, żeby Julian Peterson siedział teraz przede mną.
Peterson był głową rodu, z którym nasza rodzina od zawsze miała na pieńku. Rezydowali na zachodzie Stanów, pochodzili z Rosji. Przez wzajemne wpływy co jakiś czas przecinaliśmy się na eventach, bankietach i innych koniecznych oficjałkach. Unikaliśmy się wzajemnie, jak tylko się dało.
Za czasów mojego pradziadka doszło do otwartego starcia. Zginęła wtedy moja prababcia. Według nich to był nieszczęśliwy wypadek – miała znaleźć się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie, a to my rzekomo naruszyliśmy ich interesy jako pierwsi. Ale wiemy swoje. To był atak. Świadomy, celowy i wymierzony w naszą rodzinę.
Po jej śmierci pradziadek się posypał, a zemstą zajął się jego syn. W tamtych latach zginęło wielu ludzi – po obu stronach. Tyle że w końcu przyszedł czas na rozejm. Nie było innej opcji. Dla dobra interesów zawiesiliśmy broń i zaczęliśmy sobie patrzeć na ręce z bezpiecznego dystansu. Wschód należał do nas, zachód do nich.
Nienawiść nie wygasła. Nigdy. Ale dla przetrwania obu rodów wystarczyło, że przestaliśmy sobie podstawiać broń do skroni.
Stałam jak wryta, próbując zrozumieć, co tu się właśnie działo. Spojrzałam na ojca.
– Ojcze? – wykrztusiłam ledwo.
– Avo, dziecko, proszę, usiądź. Naleję nam czegoś do picia.
Podeszłam do stolika i usiadłam naprzeciwko Petersona. Skinęłam głową w geście powitania, sama nie wiedziałam, co powinnam powiedzieć. W głowie miałam pustkę. Mogłam się spodziewać wielu rzeczy, ale na pewno nie tego.
– Witaj, Avo – odezwał się drętwym tonem. Widać było, że i jemu ta sytuacja nie leżała.
_Co oni, do cholery, chcą mi powiedzieć?_
Usłyszałam ciche chrząknięcie. Odwróciłam się. W cieniu przy ścianie stał Liam. Samym spojrzeniem dodał mi otuchy.
– Wiem, że jesteś zaskoczona obecnością naszego gościa – mówił powoli ojciec. – Ale możesz być spokojna. Julian nie stanowi dla nas zagrożenia. – Postawił przed nami szklanki z bursztynowym alkoholem i sam upił łyk. – Gdy przebywałem w Sacramento, doszło do komplikacji – kontynuował bez pośpiechu.
– Komplikacji? Przecież pojechałeś tam na otwarcie naszego nowego oddziału. Co poszło nie tak?
– Samo otwarcie przebiegło bez zakłóceń. Problem leżał gdzie indziej. Dowiedziałem się, że jeden z naszych wspólników… nas zdradził. Wykradł dane, które planował sprzedać Petersonom.
Zmarszczyłam brwi.
– Julian jednak – ciągnął ojciec – zamiast wykorzystać tę sytuację, skontaktował się z nami. Uprzedził, co się dzieje. Miłe, prawda?
_Miłe? Co on do mnie mówi? Miłe? Od Petersonów?_ To nie była uprzejmość. To było wystawienie faktury.
– Tak, to bardzo… niespodziewanie miłe – wymamrotałam. – Czy ten wspólnik otrzymał już…
– Już się nim zajęliśmy. Nie stanowi problemu. Dane również są bezpieczne – powiedział spokojnie, zerkając z uznaniem na Juliana. – I to dzięki uprzejmości naszego gościa.
Z trudem łączyłam wątki. Nadal nie rozumiałam, dlaczego brałam udział w tym spotkaniu.
– Ojcze, jaki jest cel tej rozmowy? Rozumiem, że teraz mamy dług wdzięczności. Ustaliliście już zapłatę za ten… gest? – Nie ukrywałam zniecierpliwienia. Środek nocy, a oni grali w polityczne szachy, w których zasady nikt mnie wcześniej nie wprowadził.
– Avo, spędziłem trochę czasu z Julianem. Poznałem jego rodzinę i doszliśmy do wspólnego wniosku: ta wojna musi się zakończyć. Zwaśnione pokolenie odeszło, a my moglibyśmy połączyć siły i stworzyć niepodważalną potęgę.
Ojciec mówił metodycznie, jakby przedstawiał plan nowej inwestycji, nie końca świata.
– Ciągłe patrzenie sobie na ręce nie ma sensu, zwłaszcza że nikt z nas nie zamierza wracać do dawnych błędów. Prawda, Julianie?
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. _Czy on oszalał?_ Czy mój ojciec właśnie przechodził przedśmiertny kryzys? Tylko to potrafiłoby wytłumaczyć jego słowa.
– Oczywiście. Dawno już zakopaliśmy topór. Myślę… Myślimy, że to odpowiedni moment na nowy początek – dodał Julian, a w jego oku pojawił się dziwny błysk, którego nie potrafiłam odczytać.
– Chyba nie rozumiem, co chcesz mi przekazać. Jak niby mamy po prostu sobie zaufać? I w jaki sposób chcesz nas połączyć? – Patrzyłam na ojca, jakby wypowiedział najgłupszą rzecz, jaką w życiu słyszałam.
Nic z tego nie miało sensu. Dwa imperia zbudowane na strachu, władzy i krwi. Setki firm. Polityczne wpływy. Interesy ukryte pod przykrywkami fundacji charytatywnych i międzynarodowych konsorcjów. A teraz… pojednanie?
Petersonowie stanowili dla nas konkurencję – jeśli czegoś nie udało się przejąć nam, trafiało w ich ręce. I odwrotnie. Krwawa historia między naszymi rodami nie dawała żadnych podstaw do zaufania. To po prostu nie mogło się wydarzyć.
– Postanowiliśmy połączyć nasze rodziny, Ava – powiedział spokojnie ojciec.
_Co, do kurwy?_
– Julian ma trzech synów i…
– Słucham?! Ty chyba nie mówisz poważnie?! – wybuchłam.
Wstałam tak gwałtownie, że pokój zawirował przed oczami. Odwróciłam się w stronę Liama, szukając potwierdzenia, że nie zwariowałam. Jego twarz, jak zwykle opanowana, nie zdradzała emocji. Ale oczy… Oczy miał szeroko otwarte. Usłyszał to samo i tak samo jak ja nie mógł w to uwierzyć.
Dobrze. Przynajmniej wiedziałam, że nie brał w tym udziału. Gdyby znał plany ojca i milczał – udusiłabym go bez mrugnięcia okiem.
– Avo – zaczął spokojnie ojciec – postanowiliśmy połączyć nasze rodziny. To przyniesie korzyść wszystkim stronom.
– Wszystkim stronom?! – wyplułam zdruzgotana.
_Czy on naprawdę postradał zmysły? Czy właśnie próbował mi powiedzieć, że mam wyjść za jednego z synów Petersona?_
– Ojcze, wiem, że w naszym rodzie aranżowane małżeństwa nie należą do rzadkości. Ale to miało mnie nie dotyczyć. Zawsze z matką powtarzaliście, że te czasy minęły. A teraz chcesz mnie wydać za syna naszych wrogów?
To nie mogło dziać się naprawdę. Jakiś koszmar. Pokręcona projekcja umysłu.
– Julian i jego rodzina nie są już naszymi wrogami. To przyjaciele, córko – powiedział, kładąc dłoń na ramieniu Juliana. Ten lekko drgnął.
– Nie wierzę w to – wychrypiałam.
Opadłam na fotel. Przez kilka długich sekund patrzyłam gdzieś w przestrzeń, nie rejestrując niczego. Ich rozmowa znów się toczyła, ale nie docierały do mnie żadne słowa. Byłam kompletnie oderwana od rzeczywistości.
Mój ojciec chciał, żebym poślubiła jakiegoś obcego gościa. Z rodu, z którym jeszcze chwilę temu nie mogliśmy dzielić sali balowej bez wymiany ostrych spojrzeń. Tylko po to, by jeszcze bardziej powiększyć nasze – już i tak absurdalnie ogromne – imperium.
– Czy matka wie? – zapytałam nagle, przerywając ich rozmowę.
– Jeszcze nie – odpowiedział tonem, jakbym zadała pytanie równie idiotyczne, co nieistotne.
Przecież i tak nie mogła nic zrobić. Matka mogła sobie nie wiedzieć, mogła nawet zaprotestować, ale gdy ojciec coś postanowił – tak się działo. Kropka. On był głową mocarstwa. My – tylko pionkami. Jeśli tańczyliśmy, jak zagrał, obdarzał nas uznaniem. Jeśli nie – karał. Nigdy fizycznie. Ale w taki sposób, że człowiek wolał się poddać, zanim jeszcze zaczął walczyć.
Will znał ten gniew, ale chyba nigdy nie kochał ojca tak bardzo jak ja. Nie gonił za jego uznaniem z tym samym obłędem w oczach. I właśnie tego mu zazdrościłam.
Ja nie potrafiłabym żyć z myślą, że ojciec może być ze mnie niezadowolony. Przez całe życie robiłam, co chciał, i nawet przez chwilę nie brał pod uwagę, że mogłabym teraz postąpić inaczej, niż oczekiwał. Miał rację. Byłam mu podporządkowana do szpiku kości. Nawet jeśli w efekcie miałam wieść życie, którego nie chciałam. A wszystko wskazywało na to, że właśnie tak będzie wyglądać moja przyszłość.
– Chcesz wiedzieć, który z nich będzie tym szczęściarzem? Komu oddam twoją rękę?
No tak. Julian miał trzech synów. Nawet o tym nie pomyślałam. Bo co za różnica?
Nie chciałam tego małżeństwa, bez względu na to, który z nich miałby być tym wybranym. Żadnego z nich nie znałam osobiście. Może gdzieś się kiedyś minęliśmy. Może. Ale nie zwróciłam uwagi. Nie było powodu. Nie było potrzeby.
Nie sądziłam, że kiedykolwiek ta informacja stanie się istotna. Nie planowałam wychodzić za mąż. Ani za żadnego z Petersonów, ani za kogokolwiek innego. Już dawno pogodziłam się z tym, że nie znajdę mężczyzny, który spełni moje oczekiwania. Zresztą… nawet nie szukałam.
Założyłam, że zostanę starą panną, a kiedy ojciec umrze, zajmę się wszystkim, dopóki nie znajdę kogoś, kto przejmie ten bajzel po mnie. Może Will założy rodzinę. Może któreś z jego dzieci. Ale ja?
_Ja i małżeństwo. Ja pierdolę._
– Julian postanowił oddać swojego najstarszego syna, Thomasa. To jego prawa ręka, tak jak ty jesteś moją. Jest siedem lat starszy od ciebie, ale sądzę, że przez podobne doświadczenia łatwiej wam będzie się dogadać. Będziecie idealną parą… dla naszych interesów.
„Dla naszych interesów”.
Oczywiście. Właśnie to każda córka pragnie usłyszeć, kiedy jest wydawana za mąż.
– Jeśli jesteś zmęczona, możesz już iść. W przyszłym tygodniu polecimy do domu rodzinnego Petersonów. Poznacie się i omówimy szczegóły planu.
„Szczegóły planu”.
– Dobrze, ojcze – powiedziałam, kłaniając się lekko.
Wyszłam. Drzwi zatrzasnęły się za mną głośniej, niż planowałam, ale nie miało to już żadnego znaczenia.
Ruszyłam przed siebie. Autopilot zaprowadził mnie na zewnątrz. Potrzebowałam powietrza, ucieczki.
W ogrodzie mieliśmy labirynt z wysokich krzewów – stworzony lata temu. Bawiliśmy się tam z Willem w chowanego. Oczywiście zazwyczaj znajdował mnie w kilka minut, ale nie o wygraną chodziło. Kochałam to wspomnienie.
Miałam tam jedno miejsce – moją kryjówkę. Wcisnęłam się w nią, choć dziś była już trochę za ciasna. Mimo to dawała mi iluzję schronienia. Oparłam plecy o chłodną zieleń, wciągając powietrze głęboko w płuca. W głowie pustka. To wszystko przytłoczyło mnie bardziej, niż potrafiłam przyznać nawet przed sobą.
Przez całe życie szykowałam się, by stanąć na miejscu ojca. Tylko to miało znaczenie. Stać się najlepszą. Nietykalną. Taką, jak on – moja największa inspiracja. A teraz miałam stać się czyjąś żoną.
Samo to słowo wywoływało we mnie ciarki – i nie te dobre. Kojarzyło mi się wyłącznie z matką. A te skojarzenia nie należały do pozytywnych. Rzadko kiedy słyszałam, by miała własne zdanie. Jeszcze rzadziej widziałam w niej coś poza trwaniem w roli matki i żony. Całe życie walczyłam, by nie stać się taką kobietą.
Prowadziłam własne biznesy. Ojciec już nie ingerował w moją pracę. Pranie pieniędzy opanowałam do perfekcji. Widział, że moje działania przynoszą mu zyski, nie generują problemów, więc trzymał się z daleka. Cieszył się, że chociaż jedno jego dziecko podąża ścieżką, którą przed laty wydeptali przodkowie.
Byłam samodzielna. W pełni. Nie potrzebowałam jego wsparcia, nawet gdy trzeba było kogoś uciszyć. Sama wymierzałam kary.
Stałam się nim. Jego młodszą wersją. Patrzył na mnie z dumą – widziałam to w jego oczach. A teraz… Teraz właśnie zamierzał mi to wszystko odebrać. Moją siłę. Moją niezależność.
Nie rozumiałam dlaczego. Nie zrobiłam nic, czym mogłabym zasłużyć na taką karę. To było zwyczajnie niesprawiedliwe. Lata lojalnej pracy, oddania, walki – miały teraz pójść się jebać?
Nie po to stałam się tym, kim byłam, by dzielić się swoją pozycją z kimś, kto nawet nie znał ceny, jaką za to zapłaciłam. Nie potrzebowałam faceta, żeby coś znaczyć. Nie potrzebowałam nikogo.
Usłyszałam kroki. Tylko jedna osoba stąpała po tym żwirze w taki sposób. Liam.
– Ava? Jesteś tu? – wyszeptał.
– Jestem.
Podszedł i usiadł obok.
– Jak się czujesz?
– A jak myślisz? – Głos mi się lekko załamał. Przy nim nie musiałam udawać.
– Tak myślałem. Kurwa, co za spierdolona akcja. Jak to usłyszałem… aż mnie zmroziło. Jak on może ci to robić?
– Nie wiem, Liam. Ale wiem jedno, nie mam jebanego wyjścia. Cokolwiek powiem… i tak wszystko już zostało ustalone. Słyszałeś jego ton. Nie ma odwrotu.
Oboje westchnęliśmy.
Kątem oka zobaczyłam, jak Liam zaciska pięść. Całe ciało miał spięte, jakby coś w nim wrzało. Wiedziałam, że walczył ze sobą, by coś powiedzieć. I chyba przeczuwałam, co to mogło być.
_Nie, proszę. Nie teraz._
– Avo…
– Nie teraz, Liam… – przerwałam mu od razu.
– Kurwa mać – rzucił, uderzając pięścią w ziemię.
Ukryłam twarz w dłoniach, opierając łokcie na kolanach.
– To jakiś pierdolony koszmar.
– To wszystko brzmi, jakby nie działo się naprawdę. Tyle lat walki, a teraz taka decyzja?
– Zawsze był zachłanny. Chciał rządzić światem. Może to jego sposób, żeby się do tego przybliżyć.
– Masz jakiś plan? – zapytał, a w jego głosie pobrzmiewał szczery smutek.
– Jaki, do cholery, plan? Przecież mnie znasz. Robię to, co mi każe. Jakbym się teraz postawiła, straciłabym wszystko. Nigdy się mu nie sprzeciwiłam. Jestem jego pieprzoną marionetką. Taka jest, kurwa, prawda. Całe życie się łudziłam, że kiedyś będę mu równa. Ale nigdy by do tego nie dopuścił. I co z tego, że robiłam wszystko, jak trzeba? Skończę jak moja matka. Kurwa, jestem moją matką…
– Nieprawda, jesteś…
– Daj spokój, Liam – ucięłam. Nie znosiłam tego tonu politowania. – Oboje wiemy, że mam rację.
Czułam, jak moje życie rozpada się na kawałki.
– Idę do siebie – rzuciłam i podniosłam się, kręcąc głową z niedowierzaniem.
– Polecę tam z tobą. Pamiętaj, jeśli będziesz mnie potrzebować, jestem. Zawsze. – Uśmiechnął się blado.
– Jasne – odpowiedziałam, kładąc dłoń na jego ramieniu. Ścisnęłam je lekko i odeszłam.
Dotarłam do swojego pokoju i opadłam na łóżko. Wpatrywałam się w biały sufit, jakby miał dać mi odpowiedzi, których tak desperacko szukałam. Czułam, że czas stanął w miejscu, odkąd padły tamte słowa.
Z jednej strony wiedziałam, że jestem bez ruchu. Z drugiej – wciąż tliła się we mnie resztka nadziei, że znajdę sposób, by to przerwać.
Całe życie walczyłam o władzę nad sobą. Każdy sukces wyrywałam pazurami. Wszystko, co miałam, zdobyłam własnymi rękami. A teraz kazano mi to oddać – komuś, kto na to nie zasłużył. Po prostu… oddać. Dzielić się swoim życiem. Dzielić siebie.
Nigdy nie byłam w stałej relacji. A teraz miałam wyjść za mąż. Ślub – dla mnie równoznaczny z ubezwłasnowolnieniem. Nie mogłabym już przecież tak po prostu znikać do klubów, robić, co chciałam.
Zastanawiałam się, co o tym wszystkim sądził Thomas. Czy też miał ochotę rwać włosy z głowy? Czy może z radością liczył, ile zyska? Kim on właściwie był?
Choć w gruncie rzeczy – jakie to miało znaczenie? Kimkolwiek by się okazał, dla mnie był symbolem największej porażki w życiu. Po raz pierwszy naprawdę poczułam… złość na ojca. Prawdziwą. Palącą.
A przecież mu ufałam. Zrobiłabym dla niego wszystko.
Nie wiedziałam, jak dalej żyć. Czułam się, jakby tą wiadomością zdmuchnął budowany latami domek z kart. Ale nie mogłam się poddać. Nie mogłam dać im tej satysfakcji.
Jestem Ava Russo. Nic mnie nie złamie. Tak właśnie musiałam myśleć.
_Jestem Ava Russo. Jestem Ava Russo._