Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

I Created You - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
17 kwietnia 2026
49,90
4990 pkt
punktów Virtualo

I Created You - ebook

Ava Russo dorastała w cieniu rodzinnego imperium. Lojalna i bezlitosna, wykonywała każdy rozkaz ojca i od dziecka pragnęła dorównać jego sławie. Choć to jej starszemu bratu należał się tytuł, ona stała się prawą ręką głowy rodu – najskuteczniejszym żołnierzem – wierzyła, że pewnego dnia obejmie władzę.
Wszystko zmienia jedna decyzja: ma poślubić Thomasa Petersona, dziedzica potęgi, który kiedyś zaszkodził jej rodzinie. Zostaje zapisem w umowie obiecującej koniec wojny o wpływy. Wtedy rozumie prawdę – nigdy nie była następczynią, wciąż była tylko pionkiem.
Thomas jest chłodny, wyrachowany i śmiertelnie niebezpieczny. Zanim oficjalnie staną u swojego boku, potajemnie zbliża się do Avy i szybko odkrywa, że ona nie jest typową mafijną księżniczką. To komplikuje jego plany – bo sojusz między ich rodzinami to tylko pozory.
W świecie, gdzie lojalność oznacza przemoc, a uczucia są słabością, Ava musi zdecydować, czy pozostać posłuszną córką, czy zawalczyć o własny los. Zwłaszcza gdy granica między nienawiścią a pożądaniem zaczyna się zacierać, a wybór między sercem a strategią może kosztować życie.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68587-65-4
Rozmiar pliku: 819 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OSTRZEŻENIE AUTORSKIE

Je­że­li ktoś jesz­cze się nie zo­rien­to­wał, uro­czy­ście oświad­czam: ta ksi­ążka to ro­mans ma­fij­ny i nie za­wa­ha­łam się wy­ci­snąć z tego ga­tun­ku wszyst­ko, co chcia­łam. Ozna­cza to, że znaj­dzie­cie w niej opi­sy prze­mo­cy fi­zycz­nej, któ­re naj­częściej ko­ńczą się śmier­cią. Ma­fia to ta­kże za­stra­sza­nie biz­ne­so­we, wy­mu­sze­nia, nad­uży­cia wła­dzy oraz prze­moc psy­chicz­na i emo­cjo­nal­na.

Tok­sycz­ne re­la­cje? One rów­nież są tu obec­ne – nie tyl­ko w re­la­cjach ro­man­tycz­nych, ale ta­kże ro­dzin­nych. Tak, moje po­sta­cie są strau­ma­ty­zo­wa­ne. Przy­po­mi­nam: opi­su­ję ży­cie do­ro­słych dzie­ci ma­fii.

Język bywa wul­gar­ny, a ero­ty­ka mo­men­ta­mi może być kon­tro­wer­syj­na. UWA­GA: Ava Rus­so lubi seks – w ró­żnych od­sło­nach.

Ksi­ążkę kie­ru­ję do czy­tel­ni­ków, któ­rzy chcą spędzić czas wci­ąga­jąco i in­ten­syw­nie. Nie jest to ża­den po­rad­nik ani ma­ni­fest mo­ich oso­bi­stych prze­ko­nań. Je­że­li pod­czas lek­tu­ry po­czu­jesz dys­kom­fort, zrób prze­rwę i zde­cy­duj, czy chcesz kon­ty­nu­ować. Pa­mi­ętaj – Two­je zdro­wie jest naj­wa­żniej­sze.

A do ca­łej resz­ty roz­pusz­czo­nych, bez­wstyd­nych czy­tel­ni­ków: baw­cie się do­brze. Tak jak ja ba­wi­łam się pod­czas pi­sa­nia.PLAYLISTA

Shy Smith – _So­aked_

Cha­se Atlan­tic – _Swim_

Aria­na Gran­de – _Dan­ge­ro­us Wo­man_

Bry­ce Sa­va­ge – _Go­ing to Hell_

Ex Ha­bit – _Abu­se Me_

Sam Tin­nesz feat. Yacht Mo­ney – _Play With Fire_

Keh­la­ni – _Gang­sta_

Tay­lor Swift – _Don’t Bla­me Me_

Doja Cat – _Stre­ets_

Ni­cho­las Bon­nin feat. An­ge­lic­ca – _Shut Up and Li­sten_

Ex Ha­bit – _Who Do You Want_

Char­lot­te Law­ren­ce – _Joke’s on You_

Bil­lie Eilish – _You Sho­uld See Me in a Crown_

Chris Grey – _Al­ways Been You_ROZDZIAŁ 1

Ava

Ja­kim cu­dem się tu zna­la­złam? Ani nie po­win­nam tu być, ani tego nie chcia­łam. No do­brze – może ja­kaś część mnie fak­tycz­nie tego pra­gnęła, ale to był za­le­d­wie uła­mek, zu­pe­łnie nie­istot­ny. Za­wsze – po­wta­rzam – za­wsze kie­ro­wa­łam się czy­mś wi­ęcej niż sa­mym in­stynk­tem.

Oj­ciec pa­trzył na mnie z dumą. Wie­dział, że po­tra­fi­łam za­cho­wać się od­po­wied­nio i uni­ka­łam głu­pich de­cy­zji – w prze­ci­wie­ństwie do Wil­lia­ma, któ­ry uga­niał się za wszyst­kim, co się ru­sza­ło, i bez mru­gni­ęcia okiem za­li­czał na pra­wo i lewo.

Spoj­rze­nie ojca sta­no­wi­ło dla mnie naj­wy­ższą na­gro­dę. Wy­ma­gał wie­le, więc żeby za­słu­żyć na uzna­nie, mu­sia­łam się na­praw­dę po­sta­rać. Star­szy brat mi tego nie uła­twiał. Ni­g­dy nie da­wał do­bre­go przy­kła­du. Z ja­kie­goś po­wo­du, nie­zro­zu­mia­łe­go dla na­szych ro­dzi­ców, od dziec­ka wie­dzia­łam, że nie war­to go na­śla­do­wać. Uni­ka­łam jego błędów – choć cza­sem by­wa­ły ku­szące. Nie­kie­dy aż za bar­dzo.

Will miał wie­lu przy­stoj­nych ko­le­gów, któ­rzy często kręci­li się po domu, gdy oj­ciec zaj­mo­wał się in­te­re­sa­mi gdzieś w te­re­nie. Nie­któ­rzy nie mie­li za grosz wsty­du – po­tra­fi­li za­pu­kać do mo­ich drzwi z pro­po­zy­cja­mi, któ­re nie po­zo­sta­wia­ły pola do in­ter­pre­ta­cji. Nie po­wiem, że za ka­żdym ra­zem od razu ka­za­łam im spa­dać, zwłasz­cza je­śli któ­ryś tra­fiał w mój gust… Ale żad­na z tych roz­mów nie trwa­ła dłu­żej niż pięć mi­nut.

Nikt tego nie li­czył, ale i tak uwa­żam, że to ca­łkiem nie­zły wy­nik.

Pra­gnąc uzna­nia ojca, wi­ęk­szo­ść dzie­ci­ństwa i okre­su na­sto­let­nie­go spędzi­łam nad ksi­ążka­mi i na do­dat­ko­wych lek­cjach, któ­re z cza­sem sama so­bie or­ga­ni­zo­wa­łam. Mie­li­śmy na­ucza­nie in­dy­wi­du­al­ne, ale w prze­ci­wie­ństwie do Wil­la, któ­ry ro­bił ab­so­lut­ne mi­ni­mum, by unik­nąć pre­ten­sji, ja chcia­łam cze­goś wi­ęcej. Nie wy­star­cza­ło mi mia­no cór­ki wiel­kie­go Mar­ka Rus­so – czło­wie­ka sto­jące­go u bram prze­stęp­cze­go świat­ka wschod­nich Sta­nów.

Will, jako pier­wo­rod­ny, miał odzie­dzi­czyć wszyst­ko, na co na­sza ro­dzi­na pra­co­wa­ła przez po­ko­le­nia. Pew­ne­go wie­czo­ru, kie­dy oj­ciec wy­je­chał, brat – pi­ja­ny – wsze­dł do mo­je­go po­ko­ju i rzu­cił, że ma inne pla­ny na ży­cie. Po­wie­dział, że chęt­nie odda mi swo­je „pra­wo do tro­nu”. Ni­g­dy nie wró­ci­li­śmy do tej roz­mo­wy na trze­źwo. Osta­tecz­na de­cy­zja na­le­ża­ła do ojca.

Lata mi­ja­ły, a brat po­pe­łniał co­raz wi­ęcej błędów, prze­stał je na­wet ukry­wać. Spra­wiał wra­że­nie, jak­by ce­lo­wo chciał znie­chęcić ojca do wy­bra­nia go na na­stęp­cę. Ja trzy­ma­łam się z boku. Uczy­łam się. Ob­ser­wo­wa­łam. Cze­ka­łam.

Mia­łam osiem lat, gdy oj­ciec za­czął za­bie­rać mnie ze sobą do pra­cy. Cie­szy­łam się. Chcia­łam wie­dzieć wi­ęcej niż to, co prze­ka­zy­wa­li mi na­uczy­cie­le. Pra­gnęłam wi­dzieć na wła­sne oczy. Prze­sta­łam tyl­ko znać za­sa­dy – za­częłam ro­zu­mieć ich wagę. Wie­dzia­łam, co się dzie­je, gdy ktoś je ła­mie.

W domu oj­ciec ni­g­dy nie pod­nió­sł na nas ręki. W pra­cy by­wał inny. Nie uko­ńczy­łam jesz­cze dzie­si­ąte­go roku ży­cia, gdy po raz pierw­szy zo­ba­czy­łam, jak od­bie­ra lu­dziom to, co – jego zda­niem – źle wy­ko­rzy­sty­wa­li. Cza­sem był to język, cza­sem ręka. W naj­gor­szych wy­pad­kach – ży­cie. Nie zmu­szał mnie do pa­trze­nia, ale też ni­g­dy nie za­su­ge­ro­wał, że­bym wy­szła. Zo­sta­wiał mi wy­bór. A ja go do­ko­ny­wa­łam.

Dziś żad­na ilo­ść krwi nie robi na mnie wra­że­nia. Żad­ne bła­ga­nia, żad­ne tor­tu­ry. Prze­wi­nie­nie ro­dzi karę. Pro­ste. Oj­ciec po­wta­rzał, że nie daje się dru­giej szan­sy czło­wie­ko­wi, któ­ry cię znie­wa­żył. Zro­bił to raz, zro­bi i dru­gi. A je­śli nie zo­sta­nie uka­ra­ny – uzna, że nie po­pe­łnił błędu. Trud­ne? Nie. Lo­gicz­ne.

Dzi­ęki do­świad­cze­niu i wie­dzy, któ­re zdąży­łam zdo­być przez te dwa­dzie­ścia sze­ść lat, pe­łni­łam już rolę pra­wej ręki ojca. Po­wszech­nie przyj­mo­wa­no, że po jego śmier­ci to ja przej­mu­ję ste­ry. Dzie­dzi­cze­nie po­tęgi rodu Rus­so brzmia­ło dum­nie. Wszy­scy wy­da­wa­li się za­do­wo­le­ni. Will, oj­ciec, ja… przy­naj­mniej na po­zór.

I wła­śnie dla­te­go nie mo­głam zro­zu­mieć, dla­cze­go wci­ąż wra­cał do mnie ten je­den pie­przo­ny pro­cent, przez któ­ry sie­dzia­łam w klu­bie Blan­ca, cze­ka­jąc na coś, co ni­g­dy nie mia­ło się wy­da­rzyć.

Roz­gląda­łam się po sali. Pa­trzy­łam na lu­dzi i nie­mal wi­dzia­łam ich po­wierz­chow­no­ść. Przy­szli tu­taj, żeby się upić i za­li­czyć. To było ich le­kar­stwo na sza­rą co­dzien­no­ść. Taki szyb­ki za­strzyk emo­cji.

Moja co­dzien­no­ść nie przy­po­mi­na­ła ich eg­zy­sten­cji. I nie cho­dzi­ło tyl­ko o wpły­wy czy na­zwi­sko. In­te­li­gent­ni lu­dzie się prze­cież nie nu­dzą, praw­da? Zwłasz­cza je­śli na­le­żą do jed­nej z naj­bar­dziej wpły­wo­wych ro­dzin w kra­ju.

A jed­nak… zja­wi­łam się tu do­kład­nie po to samo, co oni.

W łó­żku nie prze­ży­wa­łam fa­jer­wer­ków. Nie dla­te­go, że cze­goś mi bra­ko­wa­ło. Uwa­żam się za atrak­cyj­ną ko­bie­tę – świa­do­mą sie­bie, in­te­li­gent­ną, oczy­ta­ną. I wła­śnie w tym tkwił pro­blem.

Ża­den z mężczyzn, któ­rych spo­ty­ka­łam, nie ro­bił na mnie wra­że­nia. Nikt nie po­tra­fił mnie za­in­try­go­wać. Wy­gląd? Pro­szę bar­dzo – ład­ne twa­rze, ide­al­ne syl­wet­ki kręci­ły się wo­kół mnie non stop. Ale co z tego, sko­ro wy­star­czy­ło, że któ­ryś otwo­rzył usta, a ja na­tych­miast za­czy­na­łam szu­kać wy­jścia z tej nie­zręcz­no­ści?

Mat­ka po­tra­fi­ła na­zwać mój pro­blem. Po ci­chu ob­wi­nia­ła ojca, twier­dząc, że to przez nie­go tak wy­so­ko usta­wi­łam so­bie po­przecz­kę. Na po­cząt­ku sprze­ci­wia­ła się, że­bym cho­dzi­ła z nim do pra­cy – mó­wi­ła, że mnie to skrzy­wi i że to nie miej­sce dla dziec­ka. Mia­ła ra­cję. Doj­rza­łam szyb­ciej, niż po­win­nam, wi­dząc to, cze­go inne dzie­ci na­wet nie po­tra­fi­ły so­bie wy­obra­zić.

Roz­mo­wy o ni­czym z lu­dźmi bez am­bi­cji już daw­no prze­sta­ły mieć sens. Mężczy­źni nie po­tra­fi­li mnie za­sko­czyć, bo i jak mie­li to zro­bić, sko­ro prze­wy­ższa­łam ich pod ka­żdym względem? Smut­na praw­da. Ale to nie zmie­nia fak­tu, że mia­łam po­trze­by – fi­zycz­ne, zwy­czaj­ne, ludz­kie. Od cza­su do cza­su nie wy­star­cza­ło już za­spo­ka­ja­nie ich na wła­sną rękę. Po­trze­bo­wa­łam mężczy­zny – jak wi­ęk­szo­ść zdro­wych ko­biet. Wie­dzia­łam, że po­ra­dzę so­bie bez nie­go w ka­żdej sy­tu­acji… oprócz tej jed­nej.

W ta­kich mo­men­tach za­gląda­łam do klu­bu, gdzie za ba­rem pra­co­wa­ła moja przy­ja­ció­łka, Mo­ni­ca. Po­zna­ły­śmy się wła­śnie tam, kil­ka lat temu. Przy­szłam na swo­je cy­klicz­ne łowy, ale tam­te­go wie­czo­ru wszyst­ko szło nie tak. Mo­ni­ca to do­strze­gła i po­sta­wi­ła mi drin­ka, za­nim jesz­cze zdąży­łam co­kol­wiek za­mó­wić. Rzu­ci­ła tyl­ko: „Po­lo­wa­nie nie za­wsze ko­ńczy się tro­feum, ale za­wsze mo­żesz się na­pić”. Tym zdo­by­ła moją sym­pa­tię. I tak ja­koś na­tu­ral­nie sta­ły­śmy się so­bie bli­skie.

Gdy na­pi­ęcie krąży­ło w mo­ich ży­łach i nie da­wa­ło chwi­li wy­tchnie­nia, sia­da­łam przy ba­rze i mo­dli­łam się, by tra­fił się choć je­den ogar­ni­ęty fa­cet z przy­zwo­itą twa­rzą. Na tyle ogar­ni­ęty, by zro­zu­mieć, że le­piej się nie roz­ga­dy­wać. Tyl­ko wte­dy mo­głam choć przez mo­ment uda­wać, że cho­dzi o coś wi­ęcej niż zwy­kłe za­spo­ko­je­nie pa­lące­go pra­gnie­nia.

Chcia­łam… Ma­rzy­łam o tym, by któ­ryś spra­wił, że za­pom­nę, kim je­stem. Żeby wzi­ął mnie na wła­sno­ść. Sil­ny mężczy­zna, któ­ry nie prze­stra­szy się mo­jej siły – prze­ciw­nie, uzna ją za wy­zwa­nie. Taki, któ­ry po­sta­wi so­bie za cel zła­ma­nie mo­je­go opo­ru. Pra­gnęłam ulec. Po­czuć się mniej­szą, za­le­żną. Ale ni­ko­mu nie za­mie­rza­łam tego uła­twiać. Uwa­ża­łam, że je­śli mu­szę w tym po­móc, to nie ma już sen­su ba­wić się w ciu­ciu­bab­kę. Nie za­mie­rza­łam uda­wać ule­gło­ści. Chcia­łam, żeby ktoś na­praw­dę mnie do niej do­pro­wa­dził.

Tego wie­czo­ru klub był za­ska­ku­jąco tłocz­ny jak na śro­dek ty­go­dnia. Dla mnie to plus – ła­twiej wto­pić się w tłum. Gdy­by ktoś mnie tu roz­po­znał, mu­sia­ła­bym pó­źniej tłu­ma­czyć się ojcu.

Wy­bie­ra­łam to miej­sce z kon­kret­ne­go po­wo­du. Nie zno­si­łam kli­ma­tu VIP-owskich klu­bów. Tam ka­żdy wie­dział, kim je­stem, i nie było mowy o nie­zo­bo­wi­ązu­jących spo­tka­niach poza par­kie­tem. Mia­łam też wra­że­nie, że fa­ce­ci z tam­tych re­wi­rów, świa­do­mi mo­je­go sta­tu­su, cze­ka­li tyl­ko na ski­nie­nie. Na nie­któ­re ko­bie­ty to może dzia­ła­ło. Na mnie? Zu­pe­łnie od­wrot­nie.

– Masz na coś ocho­tę? – usły­sza­łam za ple­ca­mi.

Od­wró­ci­łam się i spoj­rza­łam w górę. Wy­so­ki blon­dyn stał tuż za mną. W jego oczach do­strze­głam coś wi­ęcej niż ty­po­wą pew­no­ść sie­bie. De­ter­mi­na­cję. Od­wa­żny chło­pak.

– A co mo­żesz mi za­ofe­ro­wać? – Unio­słam brew i lek­ko się uśmiech­nęłam.

Wi­dzia­łam go wcze­śniej. Sie­dział sam, ale nie przy­po­mi­nał ty­po­we­go ob­le­cha cza­jące­go się przy ścia­nie i obła­pia­jące­go wzro­kiem ta­ńczące dziew­czy­ny. Da­łam mu zna­ki. Zro­bi­łam to ce­lo­wo – prze­ci­ągni­ęte w cza­sie spoj­rze­nie, za­gry­za­nie war­gi. Mężczy­źni to pro­ste stwo­rze­nia. Wy­star­czy­ło utrzy­mać kon­takt wzro­ko­wy kil­ka se­kund dłu­żej, niż wy­pa­da­ło – i już na­le­że­li do cie­bie.

– Mam wie­le ta­len­tów – od­pa­rł, od­wza­jem­nia­jąc uśmiech.

Brzmia­ło dość okle­pa­nie, ale sły­sza­łam już gor­sze tek­sty. Uzna­łam, że tym ra­zem za­do­wo­lę się tym, co aku­rat tra­fi­ło w moje ręce.

– To może mi je za­de­mon­stru­jesz? – Wsta­łam i ru­szy­łam w stro­nę szat­ni, obok któ­rej ci­ągnął się dłu­gi, przy­ciem­nio­ny ko­ry­tarz z sze­re­giem drzwi pro­wa­dzących do pry­wat­nych po­koi.

Ka­żde skrzy­dło otwie­ra­ło się po przy­ło­że­niu kar­ty płat­ni­czej. Gdy płat­no­ść zo­sta­ła za­ak­cep­to­wa­na, roz­le­gał się cha­rak­te­ry­stycz­ny klik i drzwi ustępo­wa­ły. Ko­rzy­sta­łam z tych po­miesz­czeń wcze­śniej i uwa­ża­łam, że to znacz­nie lep­sze roz­wi­ąza­nie niż to­a­le­ta czy inne rów­nie ro­man­tycz­ne miej­sca, gdzie spo­ty­ka­li się po­zo­sta­li.

– Chy­ba nie ro­bisz tego pierw­szy raz – rzu­cił za­sko­czo­ny, że tak pew­nie otwo­rzy­łam i we­szłam do środ­ka jak do sie­bie.

Po­kój nie był duży. Gra­fi­to­we ścia­ny po­chła­nia­ły świa­tło, a wnętrze zo­sta­ło urządzo­ne bo­ga­to jak na oczy­wi­sty cel użyt­ko­wa­nia. Na środ­ku sta­ło wiel­kie łó­żko przy­kry­te czer­wo­ną, sa­ty­no­wą po­ście­lą. Po obu stro­nach noc­ne sto­li­ki z czar­ne­go drew­na. Pod jed­ną ze ścian me­ta­lo­wa kon­so­la ze szkla­nym bla­tem. Resz­tę prze­strze­ni zdo­bi­ły ob­ra­zy z bez­wstyd­ny­mi ak­ta­mi, któ­re nie po­zo­sta­wia­ły wie­le dla wy­obra­źni.

– Nie je­stem dzie­wi­cą, je­śli o to py­tasz – od­po­wie­dzia­łam za­dzior­nie.

Za­śmiał się, pod­cho­dząc bli­żej. Po chwi­li zła­pał mnie za bio­dra. Był uro­czy w tych swo­ich blond wło­skach. Obiek­tyw­nie atrak­cyj­ny. Ujęłam jego szczu­płe dło­nie i po­wo­li prze­su­nęłam je w górę, na swo­ją szy­ję. Lu­bi­łam, kie­dy męskie ręce obej­mo­wa­ły mnie moc­no za kark. Choć za­zwy­czaj sama mu­sia­łam im po­ka­zy­wać, jak mają mnie do­ty­kać. Przy­zwy­cza­iłam się. Prze­sta­łam już ana­li­zo­wać, że w ten spo­sób od­bie­ram im pa­łecz­kę wła­dzy. Sko­ro ża­den nie po­tra­fił wzi­ąć jej sam, nie za­mie­rza­łam się fru­stro­wać.

– Ja­kieś spe­cjal­ne ży­cze­nia? – za­py­tał i ob­li­zał dol­ną war­gę.

– Nie ga­daj za dużo i weź się do ro­bo­ty.

– Po­wiedz tyl­ko, jak masz na imię, ślicz­not­ko.

– Ava.

– Okej, Avo, ja je­stem Mike – po­wie­dział już nie­co za­chryp­ni­ętym to­nem. Bo oczy­wi­ście jego imię w tej chwi­li mia­ło wiel­kie zna­cze­nie. – A te­raz po­zwól, że tro­chę ze­psu­ję twój ma­ki­jaż…

_No w ko­ńcu. My­śla­łam już, że się nie do­cze­kam._

Spoj­rzał mi w oczy, po czym przy­ci­ągnął mnie do po­ca­łun­ku. Czu­łam, że się sta­rał. I to, o dzi­wo, na­wet mi się po­do­ba­ło. Jed­nym ru­chem zsu­nęłam z sie­bie su­kien­kę. Prze­su­nęli­śmy się w stro­nę kon­so­li, gdzie usia­dłam nago na chłod­nym bla­cie. Dreszcz prze­bie­gł mi po kręgo­słu­pie.

Mike rzu­cił krót­kie spoj­rze­nie w dół i uśmiech­nął się sze­ro­ko. Nie za­kła­da­łam bie­li­zny na wie­czor­ne wy­pa­dy – szko­da cza­su, je­śli plan był ja­sny. A kie­dy już znaj­do­wa­łam się w tym miej­scu, wie­dzia­łam, że ci­śnie­nie we mnie osi­ągnęło szczyt.

Zła­pa­łam za jego pa­sek, po­tem gu­zik, za­mek… Wszyst­ko po­szło szyb­ko, bez zbęd­nych ce­re­gie­li. Nie pa­trzy­łam, bo znów po­chło­nęły mnie jego usta. Rzad­ko lu­bi­łam się ca­ło­wać, ale jego war­gi mia­ły w so­bie coś, co nie po­zwa­la­ło się ode­rwać. Chło­pak na­praw­dę wie­dział, co robi.

Wzi­ęłam w dłoń pe­ni­sa, czu­łam przez ci­ężar, że było się czym po­chwa­lić. Chy­ba na­praw­dę mia­łam tym ra­zem szczęście. Zro­bi­łam się na­tych­miast mo­kra, więc pal­ce zwi­lży­łam w swo­ich so­kach i wró­ci­łam nimi do Mike’a, po czym za­częłam de­li­kat­nie ści­skać jego męsko­ść. Szyb­ko zmie­ni­łam tem­po, gdy za­czął po­ru­szać bio­dra­mi, bez­wstyd­nie po­su­wa­jąc mi rękę.

Ode­rwa­łam się od jego ust. Nie mo­głam dłu­żej cze­kać ani ba­wić się w żad­ne gier­ki. Po­trze­bo­wa­łam tego. Te­raz. Za­nim jed­nak wsze­dł we mnie, si­ęgnął do tyl­nej kie­sze­ni spodni i wy­jął pre­zer­wa­ty­wę. Przy­go­to­wa­ny. Od­po­wie­dzial­ny. Ni­cze­go nie trze­ba było tłu­ma­czyć. W jed­nej chwi­li wszyst­ko sta­ło się ja­sne. Syk­nęłam z za­sko­cze­nia, kie­dy po pro­stu si­ęgnął po to, cze­go chciał. I cze­go ja też po­trze­bo­wa­łam. Bez py­tań. Bez uda­wa­nia.

Rytm z gło­śni­ków na­rzu­cał tem­po, a on po­ru­szał się z taką siłą i za­wzi­ęto­ścią, że prze­sta­łam kon­tro­lo­wać mi­mi­kę. Nie dba­łam o to, jak gło­śno ude­rza­li­śmy me­blem o ścia­nę i że moje jęki nie­mal prze­bi­ja­ły się przez mu­zy­kę. W tam­tej chwi­li nic nie mia­ło zna­cze­nia. I wła­śnie dla­te­go mo­głam się ca­łko­wi­cie temu od­dać.

Za­ci­snęłam dło­nie na jego ra­mio­nach, kie­dy na­pi­ęcie osi­ągnęło ze­nit. Chwi­lę pó­źniej po­czu­łam, że on też nie za­mie­rzał się ha­mo­wać. To było szyb­kie. Na­wet bar­dzo. Ale tak wła­śnie wy­gląda­ły moje spo­tka­nia tego typu. Głód nie da­wał mi spo­ko­ju, a ja nie wy­ma­ga­łam ce­re­mo­nii ani gry w po­zo­ry. Cho­dzi­ło o za­spo­ko­je­nie po­trze­by. Nic wi­ęcej. Jak szyb­ka wi­zy­ta w ła­zien­ce. Za­mkni­ęta hi­sto­ria.

– Avo – prze­rwał ci­szę.

– Hmm?

– Two­je pa­znok­cie… – wy­chry­piał z lek­ką za­dysz­ką.

Spoj­rza­łam w dół i do­pie­ro wte­dy za­uwa­ży­łam, że wbi­łam mu pa­znok­cie w klat­kę pier­sio­wą. Ko­szul­ka pękła pod na­ci­skiem.

– Och. – Tyl­ko tyle zdo­ła­łam z sie­bie wy­du­sić.

Za­śmiał się ci­cho i opa­rł czo­ło o moje. Wła­śnie nad­sze­dł ten nie­zręcz­ny mo­ment – czas na zgrab­ne wy­co­fa­nie się.

– Dasz mi swój nu­mer? – za­py­tał z na­dzie­ją wy­ma­lo­wa­ną na twa­rzy.

Naj­gor­sze z mo­żli­wych py­tań. Pa­da­ło często. Za często. Nie chcia­łam go zra­nić, nie chcia­łam, żeby po­czuł się wy­ko­rzy­sta­ny. Dla mnie to był tyl­ko im­puls, za­spo­ko­je­nie po­trze­by, ale on? On wy­glądał na ta­kie­go, co mó­głby po­my­śleć, że wła­śnie za­czął się ja­kiś ro­mans. Uro­czy blon­dy­nek. Zbyt uro­czy na to, co dzia­ło się w mo­jej gło­wie.

Wte­dy usły­sza­łam gło­śne pu­ka­nie do drzwi. Pod­sko­czy­łam in­stynk­tow­nie.

– Avo? Mu­sisz na­tych­miast wy­jść, twój oj­ciec chce cię wi­dzieć – roz­brzmiał ni­ski, ale też wy­ra­źnie na­pi­ęty głos.

Liam.

Dla wi­ęk­szo­ści lu­dzi to by­łby mo­ment szczy­to­we­go za­że­no­wa­nia. Dla mnie? Furt­ka. Do­sko­na­łe wy­jście awa­ryj­ne.

– Prze­pra­szam, mu­szę się zbie­rać – rzu­ci­łam szyb­ko do Mike’a, na­wet nie pod­no­sząc na nie­go wzro­ku.

Mia­łam na­dzie­ję, że im szyb­ciej stam­tąd znik­nę, tym ła­twiej za­po­mni o tym nie­for­tun­nym py­ta­niu.

– Okej – od­po­wie­dział zbi­ty z tro­pu.

Też za­czął wkła­dać ubra­nie. Si­ęga­łam już za klam­kę, kie­dy po­czu­łam jego dłoń na ra­mie­niu.

– Będę tu za ty­dzień. Przyj­dziesz?

– Tak – skła­ma­łam bez mru­gni­ęcia i wy­szłam, nie ogląda­jąc się za sie­bie.

Za drzwia­mi cze­kał Liam. Wy­so­ki, umi­ęśnio­ny, o wło­sach ko­lo­ru płyn­ne­go mio­du. Z lek­kim za­ro­stem i ocza­mi przy­po­mi­na­jący­mi let­nią tra­wę. Rzu­cił mi krót­kie spoj­rze­nie, po­tem zer­k­nął na Mike’a, któ­ry wła­śnie wy­cho­dził. Za­ci­snął usta w wąską li­nię i bez sło­wa ru­szył za mną w stro­nę auta.

Liam… Trud­no było go zde­fi­nio­wać. Gdy sko­ńczy­łam osiem­na­ście lat, oj­ciec za­trud­nił go jako mo­je­go ochro­nia­rza. Od tam­tej pory stał się cie­niem, któ­ry ni­g­dy się nie od­da­lał. Przez te wszyst­kie lata zbli­ży­li­śmy się do sie­bie. Może nie był przy­ja­cie­lem w pe­łnym tego sło­wa zna­cze­niu, ale… kimś w tym sty­lu.

Był ode mnie pięć lat star­szy. Jego oj­ciec chro­nił Mar­ka Rus­so, więc z ja­kie­goś po­wo­du stwier­dzo­no, że Liam za­słu­żył na za­ufa­nie. Oj­ciec uznał, że mogę mieć go przy so­bie, bo nic ni­g­dy się mi­ędzy nami nie wy­da­rzy. No ja­sne.

Liam po­zo­sta­wał chy­ba je­dy­nym mężczy­zną, z któ­rym mo­gła­bym stwo­rzyć coś wi­ęcej. Je­dy­nym, któ­ry na­praw­dę mnie po­ci­ągał. Oj­ciec, do­sko­na­le świa­do­my mo­je­go tem­pe­ra­men­tu, mu­siał zna­le­źć ko­goś, kto po­tra­fi­łby mi do­rów­nać – i tra­fił ide­al­nie. Ten czło­wiek rze­czy­wi­ście stał ze mną na rów­ni, a to nie zda­rza­ło się często.

Z cza­sem Liam po­znał mnie na wy­lot. To­le­ro­wał moje klu­bo­we wy­pa­dy pod wa­run­kiem, że to­wa­rzy­szył mi, ob­ser­wu­jąc z ukry­cia. Cza­sem od­no­si­łam wra­że­nie, że coś w nim pęka – źre­ni­ce roz­sze­rza­ły się nie­co bar­dziej, spoj­rze­nie sta­wa­ło się zbyt in­ten­syw­ne – jak­by za­zdro­ść pró­bo­wa­ła prze­bić się przez fa­sa­dę. Ale żad­ne z nas ni­g­dy nie po­su­nęło się da­lej.

– To było szyb­kie – skwi­to­wał.

– To było mi po­trzeb­ne.

– Bied­ny chło­pak – rzu­cił, od­pa­la­jąc sil­nik. Wy­da­wa­ło mi się, że ści­snął kie­row­ni­cę moc­niej, niż wy­ma­ga­ła tego sy­tu­acja.

– Znaj­dzie so­bie na­stęp­ną – od­po­wie­dzia­łam na od­czep­ne­go.

– My­ślisz, że to mo­żli­we?

Za­brzmia­ło dwu­znacz­nie. Po­sta­no­wi­łam nie drążyć. Wy­star­czy­ły mi chwi­lo­we wy­rzu­ty su­mie­nia.

– Oj­ciec na­praw­dę mnie szu­ka? Jest dru­ga w nocy. Z tego, co wiem, miał wró­cić ju­tro w po­łud­nie.

– Zmie­ni­ły mu się pla­ny. Sie­dzi te­raz w sa­mo­lo­cie. Ma ja­kąś spra­wę i nie za­mie­rza cze­kać do rana, żeby z tobą po­roz­ma­wiać. Poza tym chy­ba i tak chcia­łaś się stam­tąd ulot­nić, praw­da? – rzu­cił z bruz­dą mi­ędzy brwia­mi.

Nie po­chwa­lał mo­ich za­cho­wań, ale nie­wie­le mógł zro­bić. Wie­dział też, że za­wsze po wszyst­kim chcia­łam znik­nąć jak naj­szyb­ciej. Choć wy­gląda­ło, jak­by po­trze­bo­wał po­twier­dze­nia.

– Oczy­wi­ście, że tak – od­po­wie­dzia­łam, zer­ka­jąc na nie­go spod byka. Nie zno­si­łam, gdy przy­bie­rał ten ton.

Czy czu­łam coś do Lia­ma? Tak. Był przy mnie za­wsze. Po­tra­fi­łam do­ce­nić go na wie­lu po­zio­mach, ale dla wła­sne­go do­bra sta­ra­łam się nie pa­trzeć na nie­go w ten spo­sób. O ile w ogó­le dało się to od­dzie­lić.

Prze­je­cha­li­śmy resz­tę dro­gi w mil­cze­niu. Wy­sia­dłam z sa­mo­cho­du i łap­czy­wie wci­ągnęłam zim­ne po­wie­trze. At­mos­fe­ra w au­cie zdąży­ła zgęst­nieć do gra­nic. Wie­dząc, że nie za­mie­rzam ni­cze­go z tym ro­bić, po­sta­no­wi­łam o tym nie my­śleć. Ru­szy­łam w stro­nę domu, czu­jąc na ple­cach wzrok Lia­ma, któ­ry od­pro­wa­dzał mnie aż pod same drzwi.

Na­sza po­sia­dło­ść w Na­shvil­le – a może ra­czej pa­łac – gó­ro­wa­ła nad oko­li­cą. Oto­czo­na wy­so­kim mu­rem szczel­nie od­ci­na­ła się od resz­ty świa­ta. Na ka­żdej ścia­nie wzno­si­ły się wie­życz­ki stra­żni­cze, ob­sa­dzo­ne o ka­żdej po­rze dnia i nocy.

Dom miał dwa pi­ętra, po­koi trzy razy wi­ęcej, niż fak­tycz­nie po­trze­bo­wa­li­śmy, a ka­żdy z nich po­sia­dał wła­sną ła­zien­kę. Prze­strze­ni wy­star­czy­ło­by, aby kom­for­to­wo ugo­ścić ze sto osób. I to bez żad­nych kom­pro­mi­sów.

Ca­ło­ść za­pro­jek­to­wa­no na ży­cze­nie ojca w sty­lu no­wo­cze­snej ele­gan­cji. My­ślę, że na­wet gdy­by zja­wił się u nas sam pa­pież, nie zna­le­źli­by­śmy się w sy­tu­acji, któ­ra mo­gła­by nas za­wsty­dzić.

Zu­pe­łnie nie po­trze­bo­wa­li­śmy ta­kiej po­sia­dło­ści, ale oj­ciec uwa­żał, że ona ma mi­ędzy in­ny­mi po­ka­zy­wać świa­tu, że z nami się nie za­dzie­ra. Mia­ła wzbu­dzać po­dziw i lęk jed­no­cze­śnie.

Dla mnie za bar­dzo krzy­cza­ła: „Halo, wszy­scy wi­dzą? Mamy tyle for­sy, że mo­gli­by­śmy zli­kwi­do­wać pro­blem gło­du na świe­cie!”.

Oj­ciec miał inne zda­nie. A z nim się nie dys­ku­to­wa­ło. Zresz­tą… kto by śmiał?

Umy­łam się i ze­szłam do kuch­ni. Za dnia rządzi­ła tu na­sza go­spo­sia, ale o tej po­rze za­pew­ne głębo­ko już spa­ła. Sama więc przy­go­to­wa­łam so­bie coś na szyb­ko. Kie­dy to ona krząta­ła się po kuch­ni, trud­no było się do cze­go­kol­wiek zbli­żyć – trak­to­wa­ła to miej­sce jak oso­bi­ste kró­le­stwo i nie zno­si­ła w nim in­tru­zów. Jak ją znam, za­uwa­ży, że coś jest prze­su­ni­ęte, cze­goś bra­ku­je, coś nie leży ide­al­nie. I roz­pocz­nie do­cho­dze­nie, kto śmiał co­kol­wiek ru­szać. Uro­cza ko­bie­ta.

Oko­ło trzy­dzie­ści mi­nut pó­źniej w kuch­ni zja­wił się ni­ski mężczy­zna o sta­lo­wym spoj­rze­niu. Oj­ciec. Nie wy­glądał na za­sko­czo­ne­go moją obec­no­ścią. Wie­dział, że Liam już mnie uprze­dził.

– Cór­ko.

– Oj­cze.

To było na­sze kla­sycz­ne po­wi­ta­nie – su­che, krót­kie, zu­pe­łnie nie­emo­cjo­nal­ne.

– Cho­dź do ga­bi­ne­tu. Ktoś tam cze­ka – rzu­cił przez ra­mię, nie ogląda­jąc się, czy za nim ru­szam.

Za­wsze szłam. Na­wet nie przy­szło mu do gło­wy, że mo­gło­by być ina­czej. Za­sta­na­wia­łam się, o co cho­dzi. Kto mógł cze­kać w jego ga­bi­ne­cie w środ­ku nocy? To nie był pierw­szy raz, ale coś w jego za­cho­wa­niu bu­dzi­ło nie­po­kój. Nie za­da­wa­łam py­tań. Nie mia­łam po co. Oj­ciec mó­wił tyl­ko to, co sam uznał za istot­ne. Resz­ta nie ist­nia­ła.

Wo­bec wi­ęk­szo­ści lu­dzi po­tra­fi­łam być sta­now­cza, wręcz do­mi­nu­jąca. Ale w jego obec­no­ści… Tyl­ko on prze­wy­ższał mnie we wszyst­kim. Tyl­ko jemu od­da­wa­łam wła­dzę.

Gdy­by ka­zał mi ko­goś za­bić – zro­bi­ła­bym to bez sło­wa. Gdy­by po­wie­dział, że mam za­bić sie­bie – też bym nie za­py­ta­ła dla­cze­go. Ufa­łam mu. Wie­dzia­ła­bym, że miał po­wód. Że robi to, by mnie przed czy­mś uchro­nić. Albo że cze­ka­łby mnie gor­szy los, gdy­bym nie po­słu­cha­ła.

Da­rzy­łam go bez­wa­run­ko­wym za­ufa­niem. Był moim wzo­rem. Nie wi­dzia­łam ni­ko­go po­nad nie­go.

Cho­re? Pew­nie tak. To je­den z po­wo­dów, przez któ­re nie po­tra­fi­łam zna­le­źć part­ne­ra. Nie było ni­ko­go, kto do­rów­na­łby mo­je­mu ojcu.

Mia­łam prze­je­ba­ne.ROZDZIAŁ 2

Ava

We­szłam za oj­cem do ga­bi­ne­tu i znie­ru­cho­mia­łam. W po­miesz­cze­niu pa­li­ła się tyl­ko mała lamp­ka. Resz­tę roz­świe­tlał chłod­ny blask ksi­ęży­ca wpa­da­jący przez ogrom­ne, si­ęga­jące od podło­gi po su­fit okna. Gdy­by nie one, nie mia­ła­bym szans roz­po­znać, kto sie­dział w środ­ku.

Na fo­te­lu przy sto­li­ku ka­wo­wym cze­kał star­szy mężczy­zna, już zwró­co­ny w moją stro­nę. Siwe wło­sy, ele­ganc­ko przy­strzy­żo­na bro­da, gar­ni­tur z wy­ższej pó­łki. Zna­łam tę twarz. Ale mózg od­ma­wiał po­twier­dze­nia jej obec­no­ści. To nie­mo­żli­we, żeby Ju­lian Pe­ter­son sie­dział te­raz przede mną.

Pe­ter­son był gło­wą rodu, z któ­rym na­sza ro­dzi­na od za­wsze mia­ła na pie­ńku. Re­zy­do­wa­li na za­cho­dzie Sta­nów, po­cho­dzi­li z Ro­sji. Przez wza­jem­ne wpły­wy co ja­kiś czas prze­ci­na­li­śmy się na even­tach, ban­kie­tach i in­nych ko­niecz­nych ofi­cja­łkach. Uni­ka­li­śmy się wza­jem­nie, jak tyl­ko się dało.

Za cza­sów mo­je­go pra­dziad­ka do­szło do otwar­te­go star­cia. Zgi­nęła wte­dy moja pra­bab­cia. We­dług nich to był nie­szczęśli­wy wy­pa­dek – mia­ła zna­le­źć się w nie­wła­ści­wym miej­scu w nie­wła­ści­wym cza­sie, a to my rze­ko­mo na­ru­szy­li­śmy ich in­te­re­sy jako pierw­si. Ale wie­my swo­je. To był atak. Świa­do­my, ce­lo­wy i wy­mie­rzo­ny w na­szą ro­dzi­nę.

Po jej śmier­ci pra­dzia­dek się po­sy­pał, a ze­mstą za­jął się jego syn. W tam­tych la­tach zgi­nęło wie­lu lu­dzi – po obu stro­nach. Tyle że w ko­ńcu przy­sze­dł czas na ro­zejm. Nie było in­nej opcji. Dla do­bra in­te­re­sów za­wie­si­li­śmy broń i za­częli­śmy so­bie pa­trzeć na ręce z bez­piecz­ne­go dy­stan­su. Wschód na­le­żał do nas, za­chód do nich.

Nie­na­wi­ść nie wy­ga­sła. Ni­g­dy. Ale dla prze­trwa­nia obu ro­dów wy­star­czy­ło, że prze­sta­li­śmy so­bie pod­sta­wiać broń do skro­ni.

Sta­łam jak wry­ta, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co tu się wła­śnie dzia­ło. Spoj­rza­łam na ojca.

– Oj­cze? – wy­krztu­si­łam le­d­wo.

– Avo, dziec­ko, pro­szę, usi­ądź. Na­le­ję nam cze­goś do pi­cia.

Po­de­szłam do sto­li­ka i usia­dłam na­prze­ciw­ko Pe­ter­so­na. Ski­nęłam gło­wą w ge­ście po­wi­ta­nia, sama nie wie­dzia­łam, co po­win­nam po­wie­dzieć. W gło­wie mia­łam pust­kę. Mo­głam się spo­dzie­wać wie­lu rze­czy, ale na pew­no nie tego.

– Wi­taj, Avo – ode­zwał się drętwym to­nem. Wi­dać było, że i jemu ta sy­tu­acja nie le­ża­ła.

_Co oni, do cho­le­ry, chcą mi po­wie­dzieć?_

Usły­sza­łam ci­che chrząk­ni­ęcie. Od­wró­ci­łam się. W cie­niu przy ścia­nie stał Liam. Sa­mym spoj­rze­niem do­dał mi otu­chy.

– Wiem, że je­steś za­sko­czo­na obec­no­ścią na­sze­go go­ścia – mó­wił po­wo­li oj­ciec. – Ale mo­żesz być spo­koj­na. Ju­lian nie sta­no­wi dla nas za­gro­że­nia. – Po­sta­wił przed nami szklan­ki z bursz­ty­no­wym al­ko­ho­lem i sam upił łyk. – Gdy prze­by­wa­łem w Sa­cra­men­to, do­szło do kom­pli­ka­cji – kon­ty­nu­ował bez po­śpie­chu.

– Kom­pli­ka­cji? Prze­cież po­je­cha­łeś tam na otwar­cie na­sze­go no­we­go od­dzia­łu. Co po­szło nie tak?

– Samo otwar­cie prze­bie­gło bez za­kłó­ceń. Pro­blem le­żał gdzie in­dziej. Do­wie­dzia­łem się, że je­den z na­szych wspól­ni­ków… nas zdra­dził. Wy­kra­dł dane, któ­re pla­no­wał sprze­dać Pe­ter­so­nom.

Zmarsz­czy­łam brwi.

– Ju­lian jed­nak – ci­ągnął oj­ciec – za­miast wy­ko­rzy­stać tę sy­tu­ację, skon­tak­to­wał się z nami. Uprze­dził, co się dzie­je. Miłe, praw­da?

_Miłe? Co on do mnie mówi? Miłe? Od Pe­ter­so­nów?_ To nie była uprzej­mo­ść. To było wy­sta­wie­nie fak­tu­ry.

– Tak, to bar­dzo… nie­spo­dzie­wa­nie miłe – wy­mam­ro­ta­łam. – Czy ten wspól­nik otrzy­mał już…

– Już się nim za­jęli­śmy. Nie sta­no­wi pro­ble­mu. Dane rów­nież są bez­piecz­ne – po­wie­dział spo­koj­nie, zer­ka­jąc z uzna­niem na Ju­lia­na. – I to dzi­ęki uprzej­mo­ści na­sze­go go­ścia.

Z tru­dem łączy­łam wąt­ki. Na­dal nie ro­zu­mia­łam, dla­cze­go bra­łam udział w tym spo­tka­niu.

– Oj­cze, jaki jest cel tej roz­mo­wy? Ro­zu­miem, że te­raz mamy dług wdzi­ęcz­no­ści. Usta­li­li­ście już za­pła­tę za ten… gest? – Nie ukry­wa­łam znie­cier­pli­wie­nia. Śro­dek nocy, a oni gra­li w po­li­tycz­ne sza­chy, w któ­rych za­sa­dy nikt mnie wcze­śniej nie wpro­wa­dził.

– Avo, spędzi­łem tro­chę cza­su z Ju­lia­nem. Po­zna­łem jego ro­dzi­nę i do­szli­śmy do wspól­ne­go wnio­sku: ta woj­na musi się za­ko­ńczyć. Zwa­śnio­ne po­ko­le­nie ode­szło, a my mo­gli­by­śmy po­łączyć siły i stwo­rzyć nie­pod­wa­żal­ną po­tęgę.

Oj­ciec mó­wił me­to­dycz­nie, jak­by przed­sta­wiał plan no­wej in­we­sty­cji, nie ko­ńca świa­ta.

– Ci­ągłe pa­trze­nie so­bie na ręce nie ma sen­su, zwłasz­cza że nikt z nas nie za­mie­rza wra­cać do daw­nych błędów. Praw­da, Ju­lia­nie?

Spoj­rza­łam na nie­go z nie­do­wie­rza­niem. _Czy on osza­lał?_ Czy mój oj­ciec wła­śnie prze­cho­dził przedśmiert­ny kry­zys? Tyl­ko to po­tra­fi­ło­by wy­tłu­ma­czyć jego sło­wa.

– Oczy­wi­ście. Daw­no już za­ko­pa­li­śmy to­pór. My­ślę… My­śli­my, że to od­po­wied­ni mo­ment na nowy po­czątek – do­dał Ju­lian, a w jego oku po­ja­wił się dziw­ny błysk, któ­re­go nie po­tra­fi­łam od­czy­tać.

– Chy­ba nie ro­zu­miem, co chcesz mi prze­ka­zać. Jak niby mamy po pro­stu so­bie za­ufać? I w jaki spo­sób chcesz nas po­łączyć? – Pa­trzy­łam na ojca, jak­by wy­po­wie­dział naj­głup­szą rzecz, jaką w ży­ciu sły­sza­łam.

Nic z tego nie mia­ło sen­su. Dwa im­pe­ria zbu­do­wa­ne na stra­chu, wła­dzy i krwi. Set­ki firm. Po­li­tycz­ne wpły­wy. In­te­re­sy ukry­te pod przy­kryw­ka­mi fun­da­cji cha­ry­ta­tyw­nych i mi­ędzy­na­ro­do­wych kon­sor­cjów. A te­raz… po­jed­na­nie?

Pe­ter­so­no­wie sta­no­wi­li dla nas kon­ku­ren­cję – je­śli cze­goś nie uda­ło się prze­jąć nam, tra­fia­ło w ich ręce. I od­wrot­nie. Krwa­wa hi­sto­ria mi­ędzy na­szy­mi ro­da­mi nie da­wa­ła żad­nych pod­staw do za­ufa­nia. To po pro­stu nie mo­gło się wy­da­rzyć.

– Po­sta­no­wi­li­śmy po­łączyć na­sze ro­dzi­ny, Ava – po­wie­dział spo­koj­nie oj­ciec.

_Co, do kur­wy?_

– Ju­lian ma trzech sy­nów i…

– Słu­cham?! Ty chy­ba nie mó­wisz po­wa­żnie?! – wy­bu­chłam.

Wsta­łam tak gwa­łtow­nie, że po­kój za­wi­ro­wał przed ocza­mi. Od­wró­ci­łam się w stro­nę Lia­ma, szu­ka­jąc po­twier­dze­nia, że nie zwa­rio­wa­łam. Jego twarz, jak zwy­kle opa­no­wa­na, nie zdra­dza­ła emo­cji. Ale oczy… Oczy miał sze­ro­ko otwar­te. Usły­szał to samo i tak samo jak ja nie mógł w to uwie­rzyć.

Do­brze. Przy­naj­mniej wie­dzia­łam, że nie brał w tym udzia­łu. Gdy­by znał pla­ny ojca i mil­czał – udu­si­ła­bym go bez mru­gni­ęcia okiem.

– Avo – za­czął spo­koj­nie oj­ciec – po­sta­no­wi­li­śmy po­łączyć na­sze ro­dzi­ny. To przy­nie­sie ko­rzy­ść wszyst­kim stro­nom.

– Wszyst­kim stro­nom?! – wy­plu­łam zdru­zgo­ta­na.

_Czy on na­praw­dę po­stra­dał zmy­sły? Czy wła­śnie pró­bo­wał mi po­wie­dzieć, że mam wy­jść za jed­ne­go z sy­nów Pe­ter­so­na?_

– Oj­cze, wiem, że w na­szym ro­dzie ara­nżo­wa­ne ma­łże­ństwa nie na­le­żą do rzad­ko­ści. Ale to mia­ło mnie nie do­ty­czyć. Za­wsze z mat­ką po­wta­rza­li­ście, że te cza­sy mi­nęły. A te­raz chcesz mnie wy­dać za syna na­szych wro­gów?

To nie mo­gło dziać się na­praw­dę. Ja­kiś kosz­mar. Po­kręco­na pro­jek­cja umy­słu.

– Ju­lian i jego ro­dzi­na nie są już na­szy­mi wro­ga­mi. To przy­ja­cie­le, cór­ko – po­wie­dział, kła­dąc dłoń na ra­mie­niu Ju­lia­na. Ten lek­ko drgnął.

– Nie wie­rzę w to – wy­chry­pia­łam.

Opa­dłam na fo­tel. Przez kil­ka dłu­gich se­kund pa­trzy­łam gdzieś w prze­strzeń, nie re­je­stru­jąc ni­cze­go. Ich roz­mo­wa znów się to­czy­ła, ale nie do­cie­ra­ły do mnie żad­ne sło­wa. By­łam kom­plet­nie ode­rwa­na od rze­czy­wi­sto­ści.

Mój oj­ciec chciał, że­bym po­ślu­bi­ła ja­kie­goś ob­ce­go go­ścia. Z rodu, z któ­rym jesz­cze chwi­lę temu nie mo­gli­śmy dzie­lić sali ba­lo­wej bez wy­mia­ny ostrych spoj­rzeń. Tyl­ko po to, by jesz­cze bar­dziej po­wi­ęk­szyć na­sze – już i tak ab­sur­dal­nie ogrom­ne – im­pe­rium.

– Czy mat­ka wie? – za­py­ta­łam na­gle, prze­ry­wa­jąc ich roz­mo­wę.

– Jesz­cze nie – od­po­wie­dział to­nem, jak­bym za­da­ła py­ta­nie rów­nie idio­tycz­ne, co nie­istot­ne.

Prze­cież i tak nie mo­gła nic zro­bić. Mat­ka mo­gła so­bie nie wie­dzieć, mo­gła na­wet za­pro­te­sto­wać, ale gdy oj­ciec coś po­sta­no­wił – tak się dzia­ło. Krop­ka. On był gło­wą mo­car­stwa. My – tyl­ko pion­ka­mi. Je­śli ta­ńczy­li­śmy, jak za­grał, ob­da­rzał nas uzna­niem. Je­śli nie – ka­rał. Ni­g­dy fi­zycz­nie. Ale w taki spo­sób, że czło­wiek wo­lał się pod­dać, za­nim jesz­cze za­czął wal­czyć.

Will znał ten gniew, ale chy­ba ni­g­dy nie ko­chał ojca tak bar­dzo jak ja. Nie go­nił za jego uzna­niem z tym sa­mym obłędem w oczach. I wła­śnie tego mu za­zdro­ści­łam.

Ja nie po­tra­fi­ła­bym żyć z my­ślą, że oj­ciec może być ze mnie nie­za­do­wo­lo­ny. Przez całe ży­cie ro­bi­łam, co chciał, i na­wet przez chwi­lę nie brał pod uwa­gę, że mo­gła­bym te­raz po­stąpić ina­czej, niż ocze­ki­wał. Miał ra­cję. By­łam mu pod­po­rząd­ko­wa­na do szpi­ku ko­ści. Na­wet je­śli w efek­cie mia­łam wie­ść ży­cie, któ­re­go nie chcia­łam. A wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że wła­śnie tak będzie wy­glądać moja przy­szło­ść.

– Chcesz wie­dzieć, któ­ry z nich będzie tym szczęścia­rzem? Komu od­dam two­ją rękę?

No tak. Ju­lian miał trzech sy­nów. Na­wet o tym nie po­my­śla­łam. Bo co za ró­żni­ca?

Nie chcia­łam tego ma­łże­ństwa, bez względu na to, któ­ry z nich mia­łby być tym wy­bra­nym. Żad­ne­go z nich nie zna­łam oso­bi­ście. Może gdzieś się kie­dyś mi­nęli­śmy. Może. Ale nie zwró­ci­łam uwa­gi. Nie było po­wo­du. Nie było po­trze­by.

Nie sądzi­łam, że kie­dy­kol­wiek ta in­for­ma­cja sta­nie się istot­na. Nie pla­no­wa­łam wy­cho­dzić za mąż. Ani za żad­ne­go z Pe­ter­so­nów, ani za ko­go­kol­wiek in­ne­go. Już daw­no po­go­dzi­łam się z tym, że nie znaj­dę mężczy­zny, któ­ry spe­łni moje ocze­ki­wa­nia. Zresz­tą… na­wet nie szu­ka­łam.

Za­ło­ży­łam, że zo­sta­nę sta­rą pan­ną, a kie­dy oj­ciec umrze, zaj­mę się wszyst­kim, do­pó­ki nie znaj­dę ko­goś, kto przej­mie ten baj­zel po mnie. Może Will za­ło­ży ro­dzi­nę. Może któ­reś z jego dzie­ci. Ale ja?

_Ja i ma­łże­ństwo. Ja pier­do­lę._

– Ju­lian po­sta­no­wił od­dać swo­je­go naj­star­sze­go syna, Tho­ma­sa. To jego pra­wa ręka, tak jak ty je­steś moją. Jest sie­dem lat star­szy od cie­bie, ale sądzę, że przez po­dob­ne do­świad­cze­nia ła­twiej wam będzie się do­ga­dać. Będzie­cie ide­al­ną parą… dla na­szych in­te­re­sów.

„Dla na­szych in­te­re­sów”.

Oczy­wi­ście. Wła­śnie to ka­żda cór­ka pra­gnie usły­szeć, kie­dy jest wy­da­wa­na za mąż.

– Je­śli je­steś zmęczo­na, mo­żesz już iść. W przy­szłym ty­go­dniu po­le­ci­my do domu ro­dzin­ne­go Pe­ter­so­nów. Po­zna­cie się i omó­wi­my szcze­gó­ły pla­nu.

„Szcze­gó­ły pla­nu”.

– Do­brze, oj­cze – po­wie­dzia­łam, kła­nia­jąc się lek­ko.

Wy­szłam. Drzwi za­trza­snęły się za mną gło­śniej, niż pla­no­wa­łam, ale nie mia­ło to już żad­ne­go zna­cze­nia.

Ru­szy­łam przed sie­bie. Au­to­pi­lot za­pro­wa­dził mnie na ze­wnątrz. Po­trze­bo­wa­łam po­wie­trza, uciecz­ki.

W ogro­dzie mie­li­śmy la­bi­rynt z wy­so­kich krze­wów – stwo­rzo­ny lata temu. Ba­wi­li­śmy się tam z Wil­lem w cho­wa­ne­go. Oczy­wi­ście za­zwy­czaj znaj­do­wał mnie w kil­ka mi­nut, ale nie o wy­gra­ną cho­dzi­ło. Ko­cha­łam to wspo­mnie­nie.

Mia­łam tam jed­no miej­sce – moją kry­jów­kę. Wci­snęłam się w nią, choć dziś była już tro­chę za cia­sna. Mimo to da­wa­ła mi ilu­zję schro­nie­nia. Opa­rłam ple­cy o chłod­ną zie­leń, wci­ąga­jąc po­wie­trze głębo­ko w płu­ca. W gło­wie pust­ka. To wszyst­ko przy­tło­czy­ło mnie bar­dziej, niż po­tra­fi­łam przy­znać na­wet przed sobą.

Przez całe ży­cie szy­ko­wa­łam się, by sta­nąć na miej­scu ojca. Tyl­ko to mia­ło zna­cze­nie. Stać się naj­lep­szą. Nie­ty­kal­ną. Taką, jak on – moja naj­wi­ęk­sza in­spi­ra­cja. A te­raz mia­łam stać się czy­jąś żoną.

Samo to sło­wo wy­wo­ły­wa­ło we mnie ciar­ki – i nie te do­bre. Ko­ja­rzy­ło mi się wy­łącz­nie z mat­ką. A te sko­ja­rze­nia nie na­le­ża­ły do po­zy­tyw­nych. Rzad­ko kie­dy sły­sza­łam, by mia­ła wła­sne zda­nie. Jesz­cze rza­dziej wi­dzia­łam w niej coś poza trwa­niem w roli mat­ki i żony. Całe ży­cie wal­czy­łam, by nie stać się taką ko­bie­tą.

Pro­wa­dzi­łam wła­sne biz­ne­sy. Oj­ciec już nie in­ge­ro­wał w moją pra­cę. Pra­nie pie­ni­ędzy opa­no­wa­łam do per­fek­cji. Wi­dział, że moje dzia­ła­nia przy­no­szą mu zy­ski, nie ge­ne­ru­ją pro­ble­mów, więc trzy­mał się z da­le­ka. Cie­szył się, że cho­ciaż jed­no jego dziec­ko podąża ście­żką, któ­rą przed laty wy­dep­ta­li przod­ko­wie.

By­łam sa­mo­dziel­na. W pe­łni. Nie po­trze­bo­wa­łam jego wspar­cia, na­wet gdy trze­ba było ko­goś uci­szyć. Sama wy­mie­rza­łam kary.

Sta­łam się nim. Jego młod­szą wer­sją. Pa­trzył na mnie z dumą – wi­dzia­łam to w jego oczach. A te­raz… Te­raz wła­śnie za­mie­rzał mi to wszyst­ko ode­brać. Moją siłę. Moją nie­za­le­żno­ść.

Nie ro­zu­mia­łam dla­cze­go. Nie zro­bi­łam nic, czym mo­gła­bym za­słu­żyć na taką karę. To było zwy­czaj­nie nie­spra­wie­dli­we. Lata lo­jal­nej pra­cy, od­da­nia, wal­ki – mia­ły te­raz pó­jść się je­bać?

Nie po to sta­łam się tym, kim by­łam, by dzie­lić się swo­ją po­zy­cją z kimś, kto na­wet nie znał ceny, jaką za to za­pła­ci­łam. Nie po­trze­bo­wa­łam fa­ce­ta, żeby coś zna­czyć. Nie po­trze­bo­wa­łam ni­ko­go.

Usły­sza­łam kro­ki. Tyl­ko jed­na oso­ba stąpa­ła po tym żwi­rze w taki spo­sób. Liam.

– Ava? Je­steś tu? – wy­szep­tał.

– Je­stem.

Pod­sze­dł i usia­dł obok.

– Jak się czu­jesz?

– A jak my­ślisz? – Głos mi się lek­ko za­ła­mał. Przy nim nie mu­sia­łam uda­wać.

– Tak my­śla­łem. Kur­wa, co za spier­do­lo­na ak­cja. Jak to usły­sza­łem… aż mnie zmro­zi­ło. Jak on może ci to ro­bić?

– Nie wiem, Liam. Ale wiem jed­no, nie mam je­ba­ne­go wy­jścia. Co­kol­wiek po­wiem… i tak wszyst­ko już zo­sta­ło usta­lo­ne. Sły­sza­łeś jego ton. Nie ma od­wro­tu.

Obo­je wes­tchnęli­śmy.

Kątem oka zo­ba­czy­łam, jak Liam za­ci­ska pi­ęść. Całe cia­ło miał spi­ęte, jak­by coś w nim wrza­ło. Wie­dzia­łam, że wal­czył ze sobą, by coś po­wie­dzieć. I chy­ba prze­czu­wa­łam, co to mo­gło być.

_Nie, pro­szę. Nie te­raz._

– Avo…

– Nie te­raz, Liam… – prze­rwa­łam mu od razu.

– Kur­wa mać – rzu­cił, ude­rza­jąc pi­ęścią w zie­mię.

Ukry­łam twarz w dło­niach, opie­ra­jąc łok­cie na ko­la­nach.

– To ja­kiś pier­do­lo­ny kosz­mar.

– To wszyst­ko brzmi, jak­by nie dzia­ło się na­praw­dę. Tyle lat wal­ki, a te­raz taka de­cy­zja?

– Za­wsze był za­chłan­ny. Chciał rządzić świa­tem. Może to jego spo­sób, żeby się do tego przy­bli­żyć.

– Masz ja­kiś plan? – za­py­tał, a w jego gło­sie po­brzmie­wał szcze­ry smu­tek.

– Jaki, do cho­le­ry, plan? Prze­cież mnie znasz. Ro­bię to, co mi każe. Jak­bym się te­raz po­sta­wi­ła, stra­ci­ła­bym wszyst­ko. Ni­g­dy się mu nie sprze­ci­wi­łam. Je­stem jego pie­przo­ną ma­rio­net­ką. Taka jest, kur­wa, praw­da. Całe ży­cie się łu­dzi­łam, że kie­dyś będę mu rów­na. Ale ni­g­dy by do tego nie do­pu­ścił. I co z tego, że ro­bi­łam wszyst­ko, jak trze­ba? Sko­ńczę jak moja mat­ka. Kur­wa, je­stem moją mat­ką…

– Nie­praw­da, je­steś…

– Daj spo­kój, Liam – uci­ęłam. Nie zno­si­łam tego tonu po­li­to­wa­nia. – Obo­je wie­my, że mam ra­cję.

Czu­łam, jak moje ży­cie roz­pa­da się na ka­wa­łki.

– Idę do sie­bie – rzu­ci­łam i pod­nio­słam się, kręcąc gło­wą z nie­do­wie­rza­niem.

– Po­le­cę tam z tobą. Pa­mi­ętaj, je­śli będziesz mnie po­trze­bo­wać, je­stem. Za­wsze. – Uśmiech­nął się bla­do.

– Ja­sne – od­po­wie­dzia­łam, kła­dąc dłoń na jego ra­mie­niu. Ści­snęłam je lek­ko i ode­szłam.

Do­ta­rłam do swo­je­go po­ko­ju i opa­dłam na łó­żko. Wpa­try­wa­łam się w bia­ły su­fit, jak­by miał dać mi od­po­wie­dzi, któ­rych tak de­spe­rac­ko szu­ka­łam. Czu­łam, że czas sta­nął w miej­scu, od­kąd pa­dły tam­te sło­wa.

Z jed­nej stro­ny wie­dzia­łam, że je­stem bez ru­chu. Z dru­giej – wci­ąż tli­ła się we mnie reszt­ka na­dziei, że znaj­dę spo­sób, by to prze­rwać.

Całe ży­cie wal­czy­łam o wła­dzę nad sobą. Ka­żdy suk­ces wy­ry­wa­łam pa­zu­ra­mi. Wszyst­ko, co mia­łam, zdo­by­łam wła­sny­mi ręka­mi. A te­raz ka­za­no mi to od­dać – ko­muś, kto na to nie za­słu­żył. Po pro­stu… od­dać. Dzie­lić się swo­im ży­ciem. Dzie­lić sie­bie.

Ni­g­dy nie by­łam w sta­łej re­la­cji. A te­raz mia­łam wy­jść za mąż. Ślub – dla mnie rów­no­znacz­ny z ubez­wła­sno­wol­nie­niem. Nie mo­gła­bym już prze­cież tak po pro­stu zni­kać do klu­bów, ro­bić, co chcia­łam.

Za­sta­na­wia­łam się, co o tym wszyst­kim sądził Tho­mas. Czy też miał ocho­tę rwać wło­sy z gło­wy? Czy może z ra­do­ścią li­czył, ile zy­ska? Kim on wła­ści­wie był?

Choć w grun­cie rze­czy – ja­kie to mia­ło zna­cze­nie? Kim­kol­wiek by się oka­zał, dla mnie był sym­bo­lem naj­wi­ęk­szej po­ra­żki w ży­ciu. Po raz pierw­szy na­praw­dę po­czu­łam… zło­ść na ojca. Praw­dzi­wą. Pa­lącą.

A prze­cież mu ufa­łam. Zro­bi­ła­bym dla nie­go wszyst­ko.

Nie wie­dzia­łam, jak da­lej żyć. Czu­łam się, jak­by tą wia­do­mo­ścią zdmuch­nął bu­do­wa­ny la­ta­mi do­mek z kart. Ale nie mo­głam się pod­dać. Nie mo­głam dać im tej sa­tys­fak­cji.

Je­stem Ava Rus­so. Nic mnie nie zła­mie. Tak wła­śnie mu­sia­łam my­śleć.

_Je­stem Ava Rus­so. Je­stem Ava Rus­so._
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij