Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

I na co ci to wiedzieć?! Pamięć i milczenie o powojennej przemocy na podkarpackiej wsi - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
15 stycznia 2026
48,00
4800 pkt
punktów Virtualo

I na co ci to wiedzieć?! Pamięć i milczenie o powojennej przemocy na podkarpackiej wsi - ebook

Po drugiej wojnie światowej w lesie Dębrzyna pod Przeworskiem mordowano ludzi, którzy pociągami wracali do domów z tułaczki. O ich życiu i śmierci decydowała domniemana zawartość walizki. Dokumenty archiwalne wskazują na co najmniej kilkadziesiąt ofiar. Zabójcy, związani z Armią Krajową i Strażą Ochrony Kolei, należeli do lokalnych struktur przestępczych. Pomimo że miejscowa społeczność oraz milicja wiedziały o napadach, sprawcy nie ponieśli odpowiedzialności karnej.

W książce „I na co ci to wiedzieć?! Pamięć i milczenie o powojennej przemocy na podkarpackiej wsi” Magdalena Lubańska odsłania społeczne uwarunkowania dębrzyńskich mordów. Na podstawie rozmów z ostatnimi świadkami, którzy część z tych zdarzeń pamiętają z dzieciństwa, a część z cudzych opowieści, rekonstruuje rozproszone narracje i analizuje proces przełamywania milczenia. Prezentuje także – wciąż ujawniane w ucieleśnionej pamięci rozmówczyń i rozmówców – symptomy „życia pod strachem”.

Publikacja dofinansowana z subwencji MNiSW na utrzymanie potencjału badawczego Uniwersytetu Warszawskiego.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Spis treści

Preludium badań

Między terenem a archiwum: antropologiczne odczytania źródeł zastanych i wywołanych

Badania wspomagane sztuką

„Każdy jeden drugiego bał się” – klimat wojny i powojnia na Przeworszczyźnie

Opowieści o ludziach

Krąg podejrzanych oraz ich powiązania krewniaczo-sąsiedzkie

„To mam na oczach” – dzieciństwo w cieniu mordów

„Kto krzywdę pocznie, ten rodzi nieszczęście…”

Bibliografia

Spis wywiadów

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8325-224-7
Rozmiar pliku: 12 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Preludium badań

Nie możemy sobie dłużej pozwalać na czerpanie z przeszłości tego, co było w niej dobre, i nazywanie tego po prostu dziedzictwem, a odrzucanie rzeczy złych jako martwego ciężaru, który sam czas pogrzebie w zapomnieniu.

Hannah Arendt (1989: xxii)

W 2016 roku nie będzie Jezusowi podsuwana karimata pod nogi. Choć chroni kolana przy upadku, wprowadza akcent komiczny. Zdaniem Henryka Prochowskiego lepiej sprawdzą się ukryte pod sukmaną motocyklowe nakolanniki. To, że tegoroczne misteria i przygotowania do nich stanowić mają kanwę filmu dokumentalnego Nie sądzić (2017), motywuje go do podjęcia szczególnych starań o charakteryzację odgrywanej postaci. Inwestuje własne środki w zakup autentycznie wyglądającej brody. Zamawia perukę z prawdziwych długich włosów i zleca uczesanie jej w ulubionym salonie fryzjerskim. Od znajomego rzeźnika pozyskuje krew potrzebną do umalowania twarzy strużkami, wypływającymi spod korony cierniowej. Choreograficzne inspiracje czerpie z Pasji Mela Gibsona, zaś natchnienie potrzebne do odegrania roli z Mistrza i Małgorzaty Michaiła Bułhakowa oraz Mszy za miasto Arras Andrzeja Szczypiorskiego. Poszczególne sceny ćwiczy w lesie. Na co dzień Henryk jest dyrektorem Miejskiej Biblioteki Publicznej w Przeworsku, a kiedy go poznaję, marzy o założeniu własnej trupy teatralnej. Pasjonuje się historią i często podejmuje samotne wyprawy rowerowe w poszukiwaniu miejsc naznaczonych ludzkim cierpieniem. Interesują go miejsca, w których rozgrywały się ludzkie dramaty i niezawinione śmierci ofiar przemocy drugiej wojny światowej i powojnia. Przestrzenie tego rodzaju dla niewtajemniczonych osób są „geograficznie niejawne”, nieodróżnialne od reszty kraj­obrazu, pozbawione funeralnego charakteru (Sendyka et al. 2020: 7). Martin Pollack nazywa je „skażonymi krajobrazami”1, pamięciolożka Roma Sendyka zaś „nie-miejscami pamięci”2 (Sendyka 2017: 8–9). Mogą one wywoływać emocjonalne poruszenia i potrzebę świadczenia o dokonanej niegdyś w jego orbis interior przemocy. Inspirując się koncepcjami Georges’a Didi-Hubermana, Sendyka nazywa je również „miejscami mimo wszystko” lub „miejscami mimo siebie” (Sendyka 2021: 47). Jednym ze strażników ich pamięci wydaje się właśnie Henryk: „Słyszałem z opowiadań matki, jak w 1942 roku w podwodach3 nasz ówczesny sąsiad podwoził Żydów do Markowej. Bo taki był nakaz, że wyznaczano furmanów, że ten ma to zrobić, w tym a tym dniu była wywózka. Więc wywoził swojego sąsiada z małymi dziećmi. To na moście w Markowej, bo mu przeszkadzał krzyk tego dziecka, płacz, bo to było dziecko chore, może roczne… odwracał się. Bił batem ojca, bo ojciec samotnie wychowywał te dzieci, czyli Żyd, i takiego małego Hrycia czy Hryćka, jak mi to mama mówiła, potrafił w chwili wściekłości wstać, wysiąść z wozu, chwycić tego małego dzieciaka żydowskiego i uderzyć główką o poręcz mostu4 i wrzucić do strumienia martwe zwłoki roztrzaskane” (wyw. 15).

Ofiarą tego samego człowieka zostaje w 1944 roku także młody żołnierz Wermachtu. Kiedy ukrywa się przed sowiecką armią pod snopkiem zboża, znajduje go kobieta. Gdy wraca do domu, by przynieść mu mleko i chleb, dopada go jej mąż: „Ja się zastanawiam, jak później on szedł na to pole i pracował na tej roli, jak patrzył na pojawiające się życie z ziemi, czy on w ogóle ma sumienie taki człowiek?! Zabić kogoś w taki bestialski sposób na swojej ziemi, z dziada pradziada uprawianej, i potem iść rzucać ziarno, cieszyć się tym chlebem, który jem. Nie jestem w stanie tego zrozumieć” – komentuje Henryk.

Kiedy po kilku latach wróciłam do tych słów, nasunęła mi się postać Franta Bláha z filmu Kraina cienia Bohdana Slámy (2020). Mam na myśli szczególny typ człowieka – lawirującego zawsze blisko władzy, gorliwego we wskazywaniu i niszczeniu tych, z którymi mu nie po drodze, lecz w gruncie rzeczy politycznie obojętnego, bezdusznie pragmatycznego i czerpiącego życiową energię z zadawanego innym bólu. Wojna jest dla niego okazją do ekspresji dotąd stłumionego, a może dopiero rodzącego się sadystycznego ego, karmiącego się czyimś cierpieniem i bezbronnością. Twarz innego, będąca według Emmanuela Lévinasa jedynym doświadczanym przez nas przejawem transcendencji, nic dla niego nie znaczy. Wpisany w nią imperatyw „nie zabijaj” nie wywołuje w nim empatii (Lévinas 2002: 79).

Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas drugiej wojny światowej im. Rodziny Ulmów w Markowej otwarto w 2016 roku6. Jego patroni stracili życie 24 marca 1944 roku, po tym, gdy zadenuncjował ich granatowy policjant z Łańcuta – Włodzimierz Leś. Wiesław, jeden z moich rozmówców, wspomniał, że Leś znał ukrywaną u Wiktorii i Józefa Ulmów rodzinę z Łańcuta, a wydał ją dla zysku, chcąc przejąć należące do nich dobra, które przechowywał (wyw. 20). W ekspozycji muzealnej podkreślone jest jego wyznanie greckokatolickie, co sugeruje, że był Ukraińcem – miało to zapewne służyć przeniesieniu ciężaru winy na tę nację (Grabowski, Libionka 2016: 622). Jan Grabowski i Dariusz Libionka, autorzy artykułu o wystawie, zauważają, że nie ma na niej wzmianki o przypadkach ratowania Żydów przez Ukraińców. Jej wybiórcza narracja różnicuje pod względem moralnym obie grupy narodowe, polską i ukraińską, a przecież w każdej z nich były zarówno osoby ratujące, jak i krzywdzące Żydów (ibidem: 624).

Ekspozycje muzealne milczą też o przypadkach mordowania Żydów przez okolicznych chłopów. Tymczasem Jehuda Erlich, składając świadectwo dla Yad Vashem o swoim ocaleniu przez małżeństwo Wielguszów z Sieteszy, wspomniał o dwudziestu czterech ciałach Żydów znalezionych na okolicznych polach w kolejnych dniach po śmierci Ulmów. Zamordowali ich ludzie, którzy wcześ­niej przez wiele miesięcy ukrywali Żydów u siebie i którzy bali się, że podzielą los Ulmów7. Relacja Erlicha wzbudziła gorącą dyskusję wśród historyków, stając się przedmiotem sporu między Janem Grabowskim a Mateuszem Szpytmą, wówczas wiceprezesem IPN, a prywatnie krewnym zamordowanej Wiktorii Ulmy (Grabowski 2011; Szpytma 2011). Szpytma twierdził, że Jehuda odnosił się do zdarzeń, które najprawdopodobniej wydarzyły się dwa lata wcześniej i scaliły w jego pamięci (2011: 100–101). Ani jeden, ani drugi z historyków nie podał mocnych argumentów na rzecz tej wersji zdarzeń, którą podtrzymywał. Kwestia tego, co dokładnie wydarzyło się po zamordowaniu Ulmów, nie doczekała się pogłębionych badań, a niestety odchodzi już ostatnie pokolenie pamiętające tamten czas. Zarazem w samym muzeum powinna się znaleźć przestrzeń do refleksji także nad negatywnymi zjawiskami w polsko-żydowskich relacjach na tym terenie, w tym mordami dokonywanymi na Żydach.

Wiele miejsc zbrodni pokazał nam Henryk, który widział nawet, jak na jednym z okolicznych pól zapalali czasem znicze potomkowie kobiety, która pomagała ukrywającej się Żydówce, a później ją zamordowała: „Jest też znicz, który płonie, widzę na polach, gdzie kobieta przez lata podczas okupacji przechowywała młodą Żydówkę. Już jako siedemnastoletnią dziewczynę wyprowadziła w pole, już pod koniec okupacji. I uderzywszy ją pałką, taką do wbijania gwoździ, poderżnęła jej gardło w jakimś amoku niezrozumiałym i dziewczyna się wykrwawiła na śmierć na tym polu. I ktoś składa znicze i świecą na tym polu” (wyw. 1).

Około sześciu kilometrów od Markowej znajduje się kolejne nieoznaczone miejsce zbrodni, o którym opowiada Henryk: „Istnieje takie miejsce jak Piekło, u nas się mówi, zawsze przejmuje mnie grozą. A przynajmniej kiedy byłem dzieciakiem, nie chciałem tam nigdy chodzić, bo w tym Piekle to jest taki ponury, wstrętny jar na pograniczu Siedleczki i Sieteszy, malowniczy, ale bardzo ponury, dreszcze zawsze miałem. Z tego, co mi mama opowiadała, to dwóch takich ze Siedleczki uprowadzali młode Żydówki i albo gwałcili, albo i najczęściej, tak i zabijali, i rabowali. Jak któraś miała jakiś pierścionek, a nie chciał wyjść, to obcinali razem z palcem, nawet nie zakopywali zwłok. Ludzie na to miejsce mówią Piekło” (wyw. 1).

Schodzimy w porośnięty suchymi chaszczami jar. Gdy patrzę na jego strome zbocza, dociera do mnie, że sprowadzone tu ofiary nie miały szans na ucieczkę. Zastanawiam się, czy nadal spoczywają tu ich szczątki, co mogłaby wskazywać rosnąca tu roślinność. Skład organiczny gleby zmienia się w połączeniu z ludzką tkanką8, tworząc warunki do wzrostu innych roślin niż w otaczającym ekosystemie (Smykowski 2017: 82). Jednak trwa właśnie przednówek, ziemia jest twarda i goła, a zatem niema. Opuszczamy to miejsce, aby tropić widma innych osób zagarniętych brutalną śmiercią, i zmierzamy dalej. W pewnym momencie Henryk zwalnia pedał gazu i wskazuje mijane pola: „Był to 2 listopada, piękny dzień zaduszny, ładna pogoda, jadąc z góry od jednego takiego krzyża, który mnie zafascynował, zauważyłem na skraju lasu światełko, znicz płonie w lesie. Udało mi się zobaczyć, bo nie było liści, inaczej bym tego nie zauważył. Zatrzymałem się, podszedłem, rzeczywiście płoną znicze, a na drzewie jest przybity taki dosyć oryginalny krzyż z jakiegoś takiego metalu, blacha cynkowa, podbity, z półokrągłym daszkiem. Zaciekawiło mnie to, bo skoro krzyż, coś tam musiało się stać. I w tym roku jeszcze, gdy zacząłem pytać ludzi, dlaczego tam jest ten krzyż, co się tam wydarzyło, nikt mi nie chciał powiedzieć. Dopiero za dwa lata, będąc u moich znajomych, dowiedziałem się, że w tym miejscu doszło do mordu. Dwóch żołnierzy AK dokonało tam zabójstwa człowieka. Jak się tłumaczyli później, miał to być szpieg niemiecki, a był to najnormalniejszy handlarz mydłem. Wyrabiał domowym sposobem mydło w sąsiedniej Gaci, nie sądzę, żeby go nie znali. Miało to na pewno podłoże na tle rabunkowym. Po prostu zabili gościa, który musiał ich błagać , i wyobrażałem sobie pod tym drzewem te scenę, kiedy on klęczy, kiedy jest bity, kiedy wydzierają mu z nędznej skórzanej torby to mydło, gdzie wydzierają mu te skromne pieniądze, które udało mu się zarobić ze sprze­daży” (wyw. 1).

Mam poczucie, że Henryka, tak jak Winfrieda Georga Sebalda, intrygują „zwidmowione”9 miejsca, podobne do tych opisanych wyżej. Według Katarzyny Kończal „nawiedzony świat charakteryzuje osłabienie spajających go wiązadeł, a więc wyrazistych podziałów na żywe/umarłe, obecne/nieobecne, widzialne/niewidzialne. Sytuuje się on poza tymi binarnościami, ma rozmyte kontury i zaburzone granice, a duchy zmarłych pojawiają się tu na równych prawach obok żywych, nawiedzają ich przestrzenie, niepokoją i podmywają ontologiczne pewniki” (Kończal 2022: 52). W tak nacechowane krajobrazy wprowadza mnie Piotr Kucab, „przeworski Judasz”, wraz z towarzyszącymi mi Kasią Szczerbą i Mateuszem Wajdą – ekipą filmu Nie sądzić10. Piotr jest właścicielem domu pogrzebowego, a zarazem opiekunem Starego Cmentarza w Przeworsku. Na ulicy kłania mu się co druga osoba. W trakcie wspólnego spaceru po cmentarzu pokazuje nam niepozornie wyglądający kopiec, usypany przy wschodniej ścianie muru. Wyjaśnia, że tu właśnie pochowano kości Żydów wydobyte podczas budowy stacji PKS w Przeworsku na początku lat osiemdziesiątych. Przewiózł je tu ktoś z tej budowy, prosząc o „miejsce dla nich” ówczesnego opiekuna cmentarza. Kręcimy moment, gdy Piotr, w sposób naznaczony rytualną skrupulatnością, kładzie na kopczyku kamień, który jednak natychmiast niknie na jego tle. Gest, który miał mieć mocną wymowę, staje się niepozorny i semantycznie rozmyty. To nie jedyny raz, kiedy spotykam osobę, która odczuwa szczególnie silny imperatyw podejmowania „świadecznych” gestów, upamiętniających tragicznie utracone życia (Kobielska, Szczepan 2020). W kolejnych latach poznałam wiele osób, które w dzikich miejscach pochówków zapalają znicze, zostawiają kwiaty czy kamyki, malują lub stawiają krzyże, usypują mogiły.

Pewnego dnia, nagrywając materiał do filmu, odwiedzamy z Piotrem usytuowany przy stacji PKS w Przeworsku mały pom­nik z ledwo widocznym, porośniętym mchem napisem: „Pamięci Żydów pomordowanych r. 1939–1944 przez hitlerowców”. Niektórzy przechodnie przypatrują się nam z obawą. Dostrzeżenie pomnika ukrytego w tkance otaczającej go miejskiej przestrzeni wymaga pewnego wysiłku11, dlatego nasze zainteresowanie nim i wykonywanie zdjęć budzi ciekawość przechodniów. Niektórzy na moment zwalniają kroku. Mam wrażenie, że chcą nam coś powiedzieć. Jednak ostatecznie odchodzą, pozostawiwszy za sobą trudny do określenia niepokój.

Wstępne rozeznanie i „ramy lasu” Władysława Łani

Po raz pierwszy Dębrzynę odwiedzam z Henrykiem w marcu 2016 roku. Po przejściu około trzystu metrów szeroką aleją, wytyczoną z inicjatywy książąt Lubomirskich, dostrzegam spory kamienny obelisk, kilka usypanych mogił oraz ołtarz polowy postawiony przy dwóch okazałych metalowych krzyżach. Ta naznaczona ludzką ingerencją przestrzeń pełni funkcję symbolicznego centrum lasu. Kiedy podchodzimy bliżej, odczytuję wyryty na obelisku napis: „Człowiek człowiekowi. Pomordowanym 1945–46 w Dębrzynie. Boże daj pokój wieczny. 2004”. Motto nawiązuje do słynnej tezy Thomasa Hobbesa, nie ujawnia niczego więcej. Nie informuje, kto, kogo i dlaczego mordował, a zatem upamiętnia, nie upamiętniając. „Wcześniej ten teren był bagnisty i właśnie w tych bagnach porzucano ciała pomordowanych” – mówi Henryk, odgarniając ręką trawy i cienkie konary drzew. Zostawiamy za sobą główną aleję i kierujemy się na wschodnie krańce lasu, zarośnięte wysuszonymi zeszłorocznymi chaszczami.

Il. 1 Pomnik w lesie Dębrzyna. Fot. M. Lubańska, 25.11.2017

Roztaczający się w lesie gwizd oraz miarowy stukot pociągów przypominają o bliskości torów. Właśnie ta lokalizacja lasu oraz fakt, że na jego obrzeżach Niemcy wybudowali rampę przeładunkową, stworzyły grasującej tu bandzie dogodne warunki do uprowadzania podróżnych, którzy wracali pociągami do domów z wojennej tułaczki. Stojący przy rampie semafor i zwrotnica pozwalały na skuteczne zatrzymanie pociągu. Postój nikogo nie dziwił, gdyż nie funkcjonował wówczas jeszcze oficjalny rozkład pociągów. Wydawało się, że sprawdzająca pociągi Straż Ochrony Kolei (dalej: SOK) jedynie pełniła swoje obowiązki. Pasażerowie wykonywali polecenia straży, nieświadomi, że wyjście z pociągu w większości przypadków oznaczać będzie dla nich śmierć w lesie.

W tym samym lesie kilka dni później spotykam się z panem Władysławem Łanią (ur. w 1930 roku w Budach Łańcuckich). Od trzeciego roku życia mieszkał i dorastał w sąsiedniej Świętoniowej, gospodarstwo jego rodziców położone było obok przyleśnej pasieki.

Od blisko dwudziestu lat Władysław Łania wypowiada się na temat Dębrzyny w lokalnej prasie, ujawniając swoje imię i nazwisko – nie widzi powodu do jego ukrywania. „Ja jestem członkiem zespołu chóralnego tutaj i my tam, ja ściągam ich co roku, organizuję co roku śpiew w Dębrzynie i mszę świętą. Obsługujemy mszę świętą my, z Przeworska, jako że mamy ten chór już sto dziesięć lat.

Il. 2 Rodzina Łaniów, lata sześćdziesiąte. Archiwum Artura Lewki12

Wszyscy jeździmy, głównie ja mobilizuję, bo w człowieku siedzi to, ten widok pomordowanych, i dlatego mówię, dopóki będzie człowiek żył, to się będziemy modlić, bo tylko to możemy dla nich zrobić, prawda?”. Nazywam go ambasadorem Dębrzyny, gdyż stał się głównym publicznym narratorem jej historii, wprawdzie w pewnych wąskich, kontrolowanych przez siebie ramach, ale konsekwentnie i z oddaniem.

Opowieść pana Łani, którą streszczam w tym rozdziale, choć nie wydawała się podporządkowana żadnej polityce historycznej, zawierała luki oraz intencjonalne przemilczenia, wynikające, jak przypuszczam, z jego lojalności wobec dawnej sąsiedzkiej wspólnoty, której częścią są obecnie jego potomkowie. Nie chciał wydać sprawców (nawet po ich śmierci), lecz przekazać zadanie ustalenia ich personaliów specjalistom. W tym celu wysłał do IPN pismo z prośbą o interwencję. Ponadto udzielał wywiadów na ten temat w lokalnej prasie. Rozpowszechniał wśród uczestników pierwszej mszy polowej w intencji zamordowanych odbitki z artykułem prasowym dotyczącym mordów napisanym przez Jacka Szwica (1997). Roznosił je po okolicznych parafiach i umieszczał w pojemniku zawieszonym na jednym z dębrzyńskich drzew. Podzielił się ze mną obserwacją, że nie wszyscy czuli się z tym komfortowo. Kiedy przekazywał ulotki znajomemu księdzu z Bud Łańcuckich i poprosił o ich rozdanie, ten zaczął go strofować: „Chłopie, cicho, to nie bardzo można jeszcze!”. To od niego po raz pierwszy usłyszałam, że wokół Dębrzyny panowała zmowa milczenia.

Dębrzyna mogłaby być muzeum, a on przewodnikiem po niej. W jego relacji pojawia się wiele ważnych informacji, lecz mało szczegółów; nie podaje nazwisk członków bandy (poza jednym, przez wszystkich ujawnianym), choć przypuszczam, że są mu znane. Jednocześnie wydaje się przejęty swoją rolą. Widać, że kieruje nim powinność. Wystąpił w dwóch współtworzonych przeze mnie filmach13, co zapewne wzmocniło dodatkowo jego autorytet eksperta w tym temacie, choć teraz, po blisko dziewięciu latach zajmowania się problemem Dębrzyny mogę stwierdzić, że swoją wiedzą dzielił się w sposób bardzo ostrożny, właściwie nie podając żadnych personaliów.

Od dzieciństwa jest silnie związany z lasem – jakiś czas temu (pierwsza dekada lat dwutysięcznych) wspólnie z bratem dokonał jego pomiarów i stworzył mapę rosnących tu wiekowych dębów. Próbował uchronić je przed wycinką. Wysłał nawet pisma w tej sprawie do Nadleśnictwa Kańczuga oraz Urzędu Gminy i Rady Gminy Przeworsk, ale niestety nadaremno. Niepokoi go to, że wycinka w lesie postępuje, a las coraz bardziej się przerzedza. Miejsce, które kochał, rozpada się na jego oczach. Opowiadanie o dawnej endemicznej roślinności lasu sprawia mu wyraźną przyjemność, co czasem powoduje, że zbaczamy z głównego tematu. Wolałabym usłyszeć, czyje szczątki tu spoczywają i jak tu się znalazły, niż jaka tu rosła roślinność. Ale jako etnografka zdaję sobie sprawę z tego, że poboczne wątki, pozornie niezwiązane z tematem, czasem wchodzą z nim w zaskakujące związki. Dlatego poddaję się narzuconemu przez mojego rozmówcę scenariuszowi rozmowy. Tematy dotyczące poszycia lasu zajmują nam jeszcze dłuższą chwilę, nim udaje mi się ponownie wrócić do problemu mordów.

Nawiązując do okresu okupacji nazistowskiej, pan Władysław wspomina nauczycielkę, panią Narogową, która w tajemnicy przyprowadzała tu dzieci na lekcje przyrody i pokazywała im rosnące tu ciekawe rośliny: „Ówczesny leśniczy na własne ryzyko wpuszczał ją wraz z dziećmi do lasu. Miałem wtedy, kiedy ona nas uczyła… no nie, to była jeszcze podstawówka. Jej zajęcia pamiętam do dziś. Siadaliśmy wśród dębów, były takie dęby szumiące, zupełnie jak w tej piosence harcerskiej, ale za zgodą tego leśniczego, na jego ryzyko. On pozwolił naszej pani wejść, na własną odpowiedzialność, bo Niemcy mu zabraniali tego”14.

Nauczycielka musiała zrobić na nim ogromne wrażenie, skoro do tej pory potrafi przytoczyć jej słowa: „O, popatrzcie, ta roślina pamięta czasy lodowców. A tamta pamięta czasy Puszczy Sandomierskiej!”. Wyjaśnił mi, że w glebie mogą nadal kryć się pozostałości korzeni rosnącej tu niegdyś roślinności. „Dęby były takie wspaniałe, że jak byliśmy na tych wycieczkach z naszą panią, to pięciu, sześciu chłopaków stawało, żeby ten dąb objąć. Dlatego, jak później zobaczyłem, co się dzieje, to mnie strach ogarnął. Mówię: «Ludzie kochani, co wyście tu zrobili z tym lasem?!». Takie okazy przyrody! To był las, który pozostał po dawnej Puszczy Sandomierskiej. Bo była tu dość późno wycinana i ten las pozostał jako święty gaj. Już wtedy ludzie wiedzieli, że była tu jakaś osada i że w lesie są jakieś groby, czyli urny, bardzo stare, całopalne ciała, więc tak to zostawili. I te dęby tak pięknie urosły. Nie było wtedy ogrodzenia ani niczego, ale ludzie szanowali, widocznie jako święty gaj, i nikt tego nie niszczył” (wyw. 2).

Rósł tu stary dąb, który według okolicznej ludności miał właściwości lecznicze. Możliwe, że mowa tu o unikalnym dębie, który opisuje w monografii wsi Grzęska Stanisław Kojder: z jego pnia „wyrastały cztery dęby ułożone w kwadrat o średnicy około sześćdziesiąt centymetrów każdy” (891/48: 3). Rytuałami uzdrawiania dzieci, w których wykorzystywano szczególne właściwości dębu, zajmował się dziadek Władysława, Sebastian15. Przyprowadzano do niego chore dzieci, które tuż przed zachodem słońca przeciągał przez dziuplę zmurszałego drzewa: „Mama wkładała je z jednej strony, a dziadek wyciągał z drugiej i ileś tam razy przeciągali je, i to przy zachodzie słońca musiało być. A potem dziadek obcinał gałęzie na kliny. Mama musiała obowiązkowo kąpać dziecko w tych gałęziach. Dąb miał cudowne właściwości” (wyw. 2).

Łania wie o tym wszystkim od ojca i wujka. Opowiada, że kiedy w 1921 roku wybudowano w Świętoniowej parafię, wiara w lecznicze dęby spotkała się z dezaprobatą proboszcza, który posądzał Sebastiana o uprawianie czarów. Jednak dopiero ojciec Władysława poddał się presji duchowieństwa. Zmęczony tym, że z powodu wyjątkowego drzewa wciąż znajduje się „u księdza na indeksie”, zwołał kolegów z Bud Łańcuckich i z ich pomocą wykopał dąb wraz z korzeniami16. Zajęło to dwa tygodnie. W dole, który pozostał po drzewie, leżało mnóstwo kamieni – jak się okazało, niektóre były wyjątkowe: „Wywalili te kamienie i wujek Tomek mówi: «Ty, Franek, patrz, jaki ładny kamyczek. Ja bym go sobie wziął do ostrzenia brzytwy». Taki ładny, gładziutki, kiedyś brzytwę ostrzono na pasku czy właśnie na jakimś kamyczku. I wujek sobie wziął ten kamień. Dębu już nie było, drzewa nie było, dół wyrównano. Obok postawił mój ojciec dom, no i wszystko się skończyło” (wyw. 2).

Kilka lat później, po lekcji, na której omawiano narzędzia neolityczne, rozpoznał w kamyku trzonek siekiery17. O swoim odkryciu powiadomił wujka, który do końca życia używał kamienia do ostrzenia brzytwy do golenia. Kiedy zmarł, nieświadoma wartości tego utensylium rodzina pozbyła się kamienia, razem z resztą przedmiotów uznanych za zbędne. To tam go znalazł pan Władysław.

Il. 3 Władysław Łania z kolegami w lesie Dębrzyna na tle starych dębów, prawdopodobnie lata pięćdziesiąte. Archiwum Artura Lewki

Podczas naszego spotkania – już jako starszy mężczyzna – idzie powoli ścieżką, trzymając w ręku drewnianą laskę, i oprowadza mnie po tym miejscu. Opisuje mi je takim, jakie zachowało się w meandrach jego pamięci. Napomyka, że las pierwotnie należał do książąt Potockich, lecz wygrała go w karty księżna Lubomirska. Obok lasu – w miejscu, gdzie obecnie znajduje się pasieka – stała wybudowana z inicjatywy Lubomirskich leśniczówka. Budynek ten z nakazu władz rozebrano jako niepotrzebny i obecnie nie ma już po nim śladu, mogłam jednak go zobaczyć na zdjęciach wykonanych przez pana Łanię, które pokazał mi ich obecny właściciel.

Pan Władysław wspomina, że ziemia w lesie była kiedyś bagnista. Podczas przeprowadzania melioracji książę Lubomirski odkrył znajdujące się w północno-zachodniej części lasu urny i wówczas podjął decyzję o ogrodzeniu lasu i objęciu go ochroną. W 1928 roku postawiono ogrodzenie wysokie na cztery metry, zbudowane z grubych słupów ustawionych co dziesięć–piętnaście metrów, między którymi ułożono poziomo deski. Jako chłopiec Łania razem z bratem przedzierali się przez nie po kryjomu do lasu, który był dla nich jak tajemniczy ogród, stanowił ważny azyl. Oprócz niespotykanych na tym terenie roślin rosły w nim dorodne grzyby, jagody, poziomki i konwalie. Lasem opiekował się leśniczy Lis, któremu książę Andrzej Lubomirski powierzył hodowlę bażantów. Miał gwizdek, którym wzywał ptaki, kiedy chciał je nakarmić jajkami na twardo: „Leśniczy też był już taki staruszek. Ja nawet pamiętam, że czasem chodziłem do tego lasku jako chłopaczek, za rękę prowadzony, bo byłem ciekawy z tymi bażantami. Bardzo ciekawa hodowla, było tak interesujące. Jak zacząłem szkołę, to mówiłem do taty: «Chodź, zobaczymy, jak on będzie karmił te bażanty». Tata mnie brał i szliśmy do leśniczego, żeby nas wpuścił. Leśniczy miał taki specjalny gwizdek i jak zagwizdnął, to te bażanty z krzaków wylatywały i on dawał im, gotował jajka na twardo, krajał je w kawałki i jak bażanty zjadły, w krzaki uciekały. Miał takie zadanie od Lubomirskich, bo oni przyjeżdżali na polowanie. Zresztą przed wojną tam robił polowania Lubomirski ze swoimi kolegami” (wyw. 2).

Ptaki były hodowane w skrzynkach, a sama hodowla przetrwała okres okupacji niemieckiej, podobnie jak postawione przez Lubomirskich ogrodzenie: „A potem Niemcy przyjeżdżali. Cała okupacja to tam była hodowla dalej, do ostatniego roku wojny, kiedy był ten płot jeszcze. Potem przyjeżdżała generalicja niemiecka tam do tego lasu. Przyjeżdżali samochodami, chociaż dojazd nie był trudny, droga do tej kapliczki była bagnista, ale oni przyjeżdżali samochodami” (wyw. 2).

Las przestał być dla pana Władysława przyjaznym miejscem pamiętnego lata 1945 roku. Miał wówczas czternaście lat. Wracał do domu ze stancji w Przeworsku, z metryczką w ręce – zakończył właśnie rok nauki w gimnazjum. „Wtedy, jak wtedy w tym lesie byłem, to spotkałem dwóch czy trzech takich rozkładających się. Przyjechałem na wakacje do domu rodzinnego po skończonej trzeciej klasie gimnazjalnej w Przeworsku. Z kolegą się umówiliśmy, że się spotkamy w lesie, pobiegamy po alejkach, bo były jeszcze dość dobrze utrzymane. Nagle, wchodząc do tego lasu, przede mną jedną gęstwinę i zauważyłem rozkładające się ciało człowieka. Przeląkłem się ogromnie, bo nie spodziewałem się takiego spotkania z kolegą, i szybko uciekłem do domu. Nie spotkałem się nawet z kolegą, bo przestra­szyłem się tak mocno. Mój kolega z kolei, wchodząc z innej strony lasu, zauważył, że na drzewie wisi naga kobieta i też się przestraszył strasznie i uciekł do domu. Ja tylko widziałem, że to ciało leżało w rowie pod drzewem, które było lekko ugięte, no i rozkładające się ciało. I potem wróciłem do domu, szybko mówiłem ojcu, co się tu dzieje. A ojciec mówi: «Tam się do Dębrzyny nie wchodzi teraz». A ja o tym nie wiedziałem, bo jak chodziłem do szkoły, mieszkałem na stancji i w domu nie mieszkałem, tylko na stancji w Przeworsku” (wyw. 2).

W rozmowie przeprowadzonej w listopadzie kolejnego roku przywołał wypowiedź ojca w podobnych, ale nieco innych słowach:

– A po co tyś tam polazł, przecież tam mordują! Nie wolno z nikim rozmawiać o tym, co widziałeś!

– Jak to mordują, to wy nic na to nie reagujecie? Kto morduje? Co i jak? Więc to, co mi ojciec opowiadał, że to byli sami swoi. Ja mówię: „Jak to sami swoi?”. No nie bardzo chętnie rodzice na to patrzyli, dlaczego ja się tym interesuję. Bo to utkwiło we mnie, że ja te morderstwa widziałem i dlaczego nikt tutaj nie reaguje na to. Pytałem mojego taty, czy była jakaś rozprawa, czy ich wzywali na jakieś oświadczenia.

– Nic takiego nie było, tylko my się jeszcze boimy, bo mordercy mogą jeszcze wrócić (wyw. 2).

Zwrot „sami swoi” usłyszałam wielokrotnie także od innych osób. Pan Łania wyjaśnia, że bandyci sterroryzowali całą wieś, otwarcie grożąc śmiercią tym, którzy odważyliby się ich wydać:

– Okazało się, że się stworzyła jakaś szajka tych, co przed okupacją byli partyzantami, a potem po wojnie ci uczciwi byli uczciwi, a ci, co umieli strzelać, zabijać, zaczęli ludzi zabijać swoich własnych. I ściągali, jak pociąg stanął na tą bocznicę, nie miał wjazdu do Przeworska, bo to dosłownie około 4 kilometry. Jak stanął tam pociąg, to oni szabrowali i który miał jakieś walizki, ściągali ich i do tego lasu – albo wieszali, albo rozstrzeliwali, albo puszczali zupełnie nago. Wszystko ściągali z tych ludzi. Do tego stopnia, że to było okropne, że człowiek nago był wieszany na drzewie, bo nie mieli co z nim zrobić, wszystko mu zabierali. I ta szajka grasowała chyba dwa lata prawie.

Tymi pociągami jechali ludzie, którzy już w latach 1945 po wojnie i 1944 już się zjawiali. Jechali tymi pociągami, jak się dało. A bandyci, tak trzeba powiedzieć, jak pociąg stanął na bocznicę, oni buszowali w tych wagonach i który miał większe walizki, ściągali z hasłem: „Do kontroli proszę wstawać!”. Tych ludzi ściągali, prowadzili do tego lasu i tam ci ludzie ginęli, a oni to wszystko zabierali. Przykro mówić, bo wiadomo, człowieka można zabić w różny sposób. Główna ich zdobycz to była odzież i wszystko to, co oni wieźli. Dlatego padli ofiarą ludzi przeważnie , którzy wieźli ze sobą walizki czy czegoś innego, i oni tych ludzi ściągali. Zginęło tam bardzo dużo ludzi, a ile, to chyba nikt nie potrafi powiedzieć, bo po całym tym lesie były te groby porozrzucane i są dalej, bo miejscowi harcerze trochę zadbali o to, żeby były te groby ciągle udekorowane.

– Czy mordy były zgłaszane na milicję?

– Zgłaszano to na policję. Ale wtedy to był okres taki, że policjanci też to byli rozmaici ludzie. I te wszystkie skargi i wszystkie donosy od ludzi miejscowych były przyjmowane niby i gdzieś wszystko ginęło. I ci mordercy, wszystkich sąsiadów i miejscowych, między innymi i mojego ojca też: „Jeżeli ty coś piśniesz gdziekolwiek, my cię zaraz załatwimy”. I tak była cała wioska sterroryzowana tak mocno (wyw. 2).

Dom rodziny Łaniów stał tuż obok lasu.

Il. 4 Gospodarstwo Łaniów w pobliżu lasu Dębrzyna, prawdopodobnie lata sześćdziesiąte. Archiwum Artura Lewki

W podobnej lokalizacji mieszkał Tomek, wujek Władysława: „Myśmy mieszkali w tym pierwszym domu, jak się idzie, to jest mój rodzinny dom. To jak oni wracali z tych łowów, to przecież ludzie ich widzieli, bo targali walizki, łup cały, jaki zdobyli. Mój wujek Tomek, rolnik, wstawał raniutko, to zawsze ich widział. On też był pod pistoletem: «Jak coś piśnie, to…!». Tak to wszystko uschło, takim naturalnym zapomnieniem po prostu” (wyw. 2).

Podczas spaceru po lesie pan Władysław pokazuje mi lokalizacje nieistniejących już budynków – bażantarni oraz leśniczówki, a także dół po radzieckiej katiuszy. Tu bandyci wrzucali ciała zamordowanych. Dosyć długo stoimy w miejscu, w którym znajdowała się niegdyś bażantarnia należąca do księcia Lubomirskiego. Opiekujący się nią leśniczy został przez bandytów zmuszony do uprzątania zwłok zamordowanych ludzi.

– Ten leśniczy, co był, też był pod muszką. Nie wolno mu było nic powiedzieć: „Masz tylko sprzątać te ciała, żeby to się tutaj nie rozkładało i nie śmierdziało!”. I tych nieboszczyków wszystkich ściągał leśniczy i tam, w tym miejscu, gdzie jest ten pomnik, tam był taki głęboki otwór, taki schron rosyjski, bo tam stała katiusza. Katiusza wjeżdża do takiego dołu głębokiego i jest prawie przykryta, a potem jak oni wyjechali, to został ten dół. I tam, w tym dole leśniczy zbierał tych wszystkich nieboszczyków, tam było.

– On sam chował tych ludzi czy ktoś mu pomagał?

– Więc, według informacji, nie wiem, czy to prawda, było kilkoro tam ludzi, którzy pod muszką mieli pomagać leśnikowi sprzątać. Były takie informacje. Ale nie wiem, czy to prawda, głównie leśniczy. On tam miał dwóch synów dorosłych, oni to głównie zgarniali i chowali tam. Codziennie przybywało, bo i pociągi kursowały cały czas. W 1945 roku ludzie, czym mogli, wracali, i sprawa później ucichła.

– Ale codziennie tych ludzi zgarniali?

– Tak, no bo pociągi jechały cały czas, jak stanął na bocznicę, bo nie zawsze na bocznicę stanął. Ta bocznica była dosłownie przed tym laskiem. Wtedy oni tam szabrowali i wciągali do lasu, głównie po nocach. Jak on tam stał, to stał długo, bo stacja przeworska była przeważnie załadowana i nie było wjazdu. Wtedy to stało i oni wtedy tam szaleli, szabrowali tych ludzi, ściągali, kto był (wyw. 2).

Pan Łania opowiada, że przez dwa lata o mordach było „cicho sza”, do czasu, kiedy wyszło na jaw, że ofiarą bandytów padł człowiek ze wsi obok, a dokładniej z Bud Łańcuckich, wówczas „zrobił się z tego ogromny szum”: „Ale sprawa się dopiero rozniosła mocno, jak jeden z tych wysiedleńców, który wracał z Zachodu, wysiadł tutaj, na tej bocznicy, bo miał do domu niedaleko, pochodził z Bud Łańcuckich, i on wpadł w ręce tych, tych. A jego kolega pojechał dalej, nie wysiadł na tej bocznicy, i później, po dwóch czy trzech latach przyszedł, szukał go, okazało się, że go nie ma. Potem z tego zrobili szum ogromny, wtedy się rozniosło, był tu, zamordowany. Przedtem było wszystko cicho sza!”.

Sprawa wspomnianego przez Łanię mężczyzny (do której jeszcze wrócę) zbiegła się w czasie z umocnieniem się nowych struktur władzy. Tuż po wojnie władza była rozproszona i miała wielu depozytariuszy. Kiedy w 1946 roku przeworska Milicja Obywatelska prowadziła dochodzenie w sprawie mordów, bażantarnia była już zniszczona18: „Budynek stał i ci mordercy, nie chciało im się szukać drzewa do powieszenia, i tam go do tej bażantarni ściągali i go wieszali tam na sznurze jakimś tam z telefonu czy z czego. A potem ktoś spalił ten budynek. Można się domyślać, że była celowo spalona. Bo tam były ślady wieszania, mordowania tych ludzi. Tam już w tej chwili drzewa rosną, już nie ma. Dosłownie, jak jest ten pomnik, to po drugiej stronie, naprzeciw tego pomnika, tam stał ten budynek. Ten leśniczy, który był od przedwojnia, był tam jeszcze po wojnie za PRL-u, aż do lat chyba pięćdziesiątych” (wyw. 2).

Łania znał niektórych bandytów, ale nic konkretnego mi o nich nie opowiedział, nie ujawnił ich tożsamości. Wyjaśnił też, dlaczego nikt tego nie robił: „A miejscowi ludzie wiedzieli po nazwiskach, ale donosili jako anonimy, bo każdy się bał. Tylko mówię, dopiero po latach się udał taki artykuł, jeden, drugi, trzeci, i mnie się udało zdobyć. Kseruję setki razy i rozsyłam wszędzie. Tylko taką mam możliwość”.

Mieszkańcy wsi byli przyzwyczajeni do konspiracji. Sam Łania nie wiedział nawet, że jego ojciec trudnił się w latach wojennych naprawą broni. Usłyszał o tym przypadkiem czterdzieści lat później od obcej osoby. Skojarzył, że kiedy do ojca przychodził Stanisław Olejarka, wszystkich domowników wysyłał na popas bydła pod Rogóżno. W tym czasie mężczyźni wspólnie naprawiali broń. Opowiadał, że do bandy należeli między innymi niektórzy członkowie byłego 19. plutonu AK dowodzonego przez Stanisława Olejarkę19. Tłumaczył, że wielu z nich zeszło na złą drogę, gdy Olejarka ukrywał się przed komunistyczną władzą, pozostawiwszy swoich ludzi bez nadzoru:

– No wiesz, oni mieli broń, to silna organizacja AK-owska, dowódca musiał uciekać. Dowódcą tej grupy AK-owskiej w czasie okupacji tu, w Grzęsce, był taki niejaki pan Olejarka. Ten człowiek był tak ścigany jak ten Kojder przez nasze władze. W domu mieszkał zaraz koło tej Dębrzyny, mieszkał właśnie ten dowódca tej armii AK. I potem, jak jego zwinęli, to oni poszli samopas, ta cała spółka tych wszystkich, którzy za okupacji byli jako AK-owcy.

– Czyli to AK-owcy robili?

– No nie AK-owcy, może nie AK-owcy, ale na pewno członkowie tej grupy, którzy poszli na morderstwa. Bo uczciwy tam nie poszedł, a jak dowódcy tam zabrakło, to wiadomo, co się tam dzieje, każdy jest dowódcą. I było, nie pamiętam, jego pluton liczył osiemnaście osób. Pewnie tam się znaleźli i tacy, i tacy, jak to wszędzie (wyw. 2).

Według Władysława Łani ludzie we wsi początkowo łączyli z działalnością bandy morderstwo znanego działacza ludowego Władysława Kojdra, następcy Wincentego Witosa20: „U nas, w Grzęsce, też się te morderstwa zdarzały, bo nagle taki był u nas słynny działacz ludowy, nazywał się Kojder, on był tutaj takim przedwojennym działaczem PSL-u Piast, to był taki inny PSL niż ten współczesny. I jego zaraz w 1945 roku sprzątnęli, zginął. Czy to byli ci z tej szajki, jedni mówili, że to byli ci sami. Ale okazało się potem, że to nieprawda. Że jego sprzątnęła współczesna władza. Dochodziła do władzy, on się nie chciał podporządkować jako przedstawiciel ludowy. Był nawet bardzo ważną figurą. Pojechał w 1945 roku na spotkanie ludowców do Krakowa i wtedy w Krakowie jeszcze nasz premier przedwojenny Witos żył. Spotkali się, Witos żył i powiedział: «Słuchajcie, ja już jestem słabiutki, dostałem tyle tych więzień, Władka weźcie wybierzcie». Witos zaproponował Kojdra. Ledwie przyjechał do domu, żonie się pochwalił, że ma taką funkcję jako zastępca Witosa. Cieszyli się. Ktoś przyszedł, zabrali go i zaginął bez śladu” (wyw. 2).

Il. 5 Władysław Kojder jako świadek na ślubie przyjaciół z Grzęski, trzyma w ręce białą wstęgę, lata trzydzieste. Archiwum Magdaleny Munford

W raporcie sytuacyjnym MO w Przeworsku stwarzano pozory, że za mord odpowiadają zwykli bandyci: „Dnia 17.9.45 o godzinie 20-ej do mieszkania Kojdra Władysława, rolnika zam. w Grzęsce pow. Przeworsk wtargnęło kilku nieznanych osobników uzbrojonych w broń palną, którzy na jego szkodę zrabowali garderobę damską, 1 zegarek i jedną maszynę do pisania oraz gotówkę pieniężną w kwocie 2000 złot, po czym uprowadzili wyżej wymienionego w niewiadomym kierunku. Dochodzenie w tej sprawie prowadzi Referat Śledczy M.O. w Przeworsku” (IPN Rz 0057/221/1945/1: 158). Na karcie spisanej przez wydział C Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej (dalej: KWMO) w Rzeszowie dotyczącej czynów przestępczych grupy „Zycha”21 napisano: „w dniu 17 września 1945 roku o godz. 20.00 grupa «Zycha» pod dowództwem Cieśli Edwarda22 ps. «Zabawa» – dokonała gwałtownego zamachu na zabudowania działacza ludowego-członka ROCH-BCH – Kojdra Władysława zamieszkałego w gromadzie Grzęska pow. Przeworsk. Bandyci po splądrowaniu zabudowań zrabowali: – 1 maszynę do pisania, – 1 zegarek, – 2 tysiące złotych oraz garderobę damską. Odchodząc z miejsca napadu, grupa uprowadziła Kojdra z sobą, po czym zamordowała go. Zwłoki zostały odnalezione w miejscowości Świlcza, pow. Rzeszów” (IPN BU 0183/1: 357). Jednak dokument ten został sfabrykowany w celu zrzucenia winy za ten czyn na podziemie antykomunistyczne, podczas gdy najprawdopodobniej stała za nim bezpieka. Edward Cieśla w tym czasie (po 7 września 1945 roku) przebywał w Niemczech Zachodnich, o czym Służba Bezpieczeństwa była doskonale poinformowana (Gąsiorowski 2009: 311; IPN Rz 042/26: 46). Ponadto nie ma wzmianki o tym zdarzeniu w protokołach z przesłuchań Edwarda Cieśli z lat pięćdziesiątych.

Mord Władysława Kojdra od początku był rozgrywany politycznie przez UB. Brat zamordowanego, Stanisław, jeszcze w dniu uprowadzenia poinformował o tym fakcie Powiatową Komendę Urzędu Bezpieczeństwa w Przeworsku, jednak nie podjęto żadnych działań. Niezależne dochodzenie prowadzone przez Polskie Stronnictwo Ludowe (dalej: PSL), dzięki któremu odnaleziono ciało Kojdra w lasach świlczańskich, wyraźnie wskazuje na to, że morderstwo to było zlecone przez szefa rzeszowskiej bezpieki (Matus 2015: 116–117).

Kulisy działań UB w tej sprawie przywołuje Jan Zardzewiały, pisząc, że Władysław Kojder został zamordowany „przez funkcjonariuszy Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Pub­licznego w Rzeszowie. Na jego mord zgodził się ówczesny Przewodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej, który był później długoletnim prezesem Centralnej Rady Związków Zawodowych w Warszawie, w skrócie CRZZ. Był zakopany w lesie koło Rzeszowa. Miał całkowicie zmasakrowaną twarz. Rozpoznania zwłok dokonała jego Żona, działaczka Wici i SL po znalezionej przy nim chusteczce do nosa” (Zardzewiały 2005: 39). Ekshumacja i pogrzeb Kojdra odbyły się dopiero w czerwcu 1946 roku.

Poświęcam tej kwestii więcej uwagi, ponieważ po pierwsze sprawa mordu Władysława Kojdra stosunkowo często była podejmowana przez moich rozmówców, po drugie pokazuje ona, w jaki sposób działała w tym czasie bezpieka i jak dużą rolę w tuszowaniu przez nią zbrodni odgrywało tworzenie alternatywnej wersji rzeczywistości w fabrykowanych dokumentach. Wiele czynów kryminalnych zostało w ten sposób mylnie przypisanych komu innemu. Jednak zestawienie różnych źródeł, nawet tych wytwarzanych przez samą bezpiekę, pozwala często ustalić bardziej i mniej prawdopodobne warianty prezentowanych w nich zdarzeń.

1.

1 Pollack definiuje je jako miejsca masowych mordów dokonywanych w ukryciu (Pollack 2014: 20).

2.

2 „Nie-miejsca pamięci” określają miejsca, które choć powinny kształtować pamięć i tożsamość społeczną, nie uzyskały takiej funkcji i statusu. Sendykę zainspirowała do stosowania tej kategorii wypowiedź Claude’a Lanzmanna, reżysera filmu Shoah (1985), który nazwał tak nieprzekształcone w muzea i opustoszałe tereny po obozach śmierci i obozach koncentracyjnych. Termin ten pozostaje w dialogu ze słynną kategorią „miejsc pamięci”, wprowadzoną do naukowego obiegu przez francuskiego historyka Pierre’a Norę (2022).

3.

3 Wraz z rozpoczęciem akcji Reinhardt chłopi mieli zapewnić Żydom (zwłaszcza starszym i chorym) transport na stację kolejową lub do getta w okolicznej miejscowości (Koprowska 2018: 64).

4.

4 W opracowaniu Kersten i Szaroty znalazłam analogiczną relację, której autorem jest rolnik z powiatu bialskiego (Kolonii Bielany). Opowiada w niej o odbieraniu przez Niemców prowadzonym na stracenie Żydówkom niemowląt i roztrzaskiwaniu ich główek o sosny. Autor relacji i świadek tych zdarzeń był tak wstrząśnięty, że – jak pisał – przez kilka dni nie mógł nic jeść ani pić (Kersten, Szarota 1970: 19).

5.

5 Spis wywiadów znajduje się w aneksie na końcu książki.

6.

6 Ulmowie ukrywali pięciu mężczyzn z Łańcuta oraz dwie córki sąsiada i dziecko jednej z nich (Grabowski, Libionka 2016).

7.

7 https://www.yadvashem.org/righteous/stories/ulma.html (dostęp: 20.06.2025).

8.

8 Dochodzi tu do ich „humanizacji”, rozumianej przez Domańską jako proces „mieszania się dekomponujących szczątków z innym materiałem organicznym i nieorganicznym” (2017a: 67). Podążając zaproponowanym przez badaczkę tropem interpretacyjnym, „martwe ciała/szczątki należy uznać za sprawców (agens), którzy wnoszą istotny wkład w tworzenie zarówno ludzkiej historii kulturowej, jak i naturalnej” (ibidem: 61). Humanizacja w tym przypadku staje się zatem w zasadzie synonimem humifikacji.

9.

9 Kategorią tą posługuję się za Katarzyną Kończal (2022: 52).

10.

10 Więcej informacji o filmie zob. rozdział „Badania wspomagane sztuką” (s. 73).

11.

11 Ważny jest kontekst powstania tego pomnika: wykonał go Jan Sasa, kamieniarz, a w latach osiemdziesiątych także radny miejski, gdy bezskuteczne okazały się jego protesty przeciwko budowie tu stacji PKS oraz starania o upamiętnienie tego miejsca przez postawienie pomnika lub tablicy pamiątkowej. Sasa umieścił go w północno-wschodnim rogu stacji autobusowej, skąd został przeniesiony po kilku latach na południowo-wschodni róg, w mniej widoczne miejsce (Kapralski 2012: 100).

12.

12 Dziękuję panu Arturowi Lewce za zgodę na publikację wybranych zdjęć z jego kolekcji, którą zakupił od pana Władysława Łani. To pan Władysław lub jego bliscy wykonali większość zamieszczonych w niej zdjęć, dokumentujących codzienne życie między innymi mieszkańców Świętoniowej i Grzęski. Służył im do tego aparat należący wcześniej do niemieckiego żołnierza, a znaleziony i naprawiony przez pana Władysława w młodości.

13.

13 Nie sądzić (2017) oraz Wielki strach (2020), reż. Pawlina Carlucci Sforza, która dalej w książce będzie występować jako Ina.

14.

14 Z Władysławem Łanią spotkałam się kilkakrotnie. Podczas każdej kolejnej rozmowy rozwijał wątki podjęte podczas spaceru w lesie. Dbając o przejrzystą strukturę tekstu, zdecydowałam się do przytaczanej tu rozmowy dodać wątki, które pojawiły się podczas kolejnych, uzupełniających rozmów: cytowane fragmenty jego wypowiedzi pochodzą z transkrypcji rozmów przeprowadzonych 23 marca oraz 26 listopada 2016 roku. W tabelce ze spisem wywiadów oznaczam ją łącznie jako: wyw. 2.

15.

15 Pan Łania opowiadał, że z kolei jego własny prapradziadek, a więc dziadek Sebastiana, między 1815 a 1818 rokiem odkupił od księcia Lubomirskiego dziesięć hektarów lasu. Ich cena była niska, ponieważ były tam mokradła.

16.

16 Stanisław Kojder, autor monografii wsi Grzęska, twierdzi, że unikatowy dąb wycięto w 1946 roku (891/48: 3).

17.

17 Kojder twierdzi, że Dębrzyna to dawna „Dąbrowa”, w której było cmentarzysko popielnicowe z II wieku naszej ery. Nawiązuje do znaleziska dr. Michała Głąba z Przeworska okresu międzywojennego: żarna wskazującego na istnienie tu osady prasłowiańskiej (Kojder S. 891/48: 2). Kojder wysuwa tezę, że w Dębrzynie zachował się kamień ofiarny, na którym prasłowianie składali bóstwom ofiary, a w lesie spalali ciała zmarłych i chowali je w urnach. Obszar lasu zajmował niegdyś pięćdziesiąt cztery hektary, znajdowało się tu kilkadziesiąt wiekowych dębów, o które książę Lubomirski bardzo dbał (ibidem).

18.

18 Według innego rozmówcy, Józefa Siwaka, bażantarnia została rozebrana w 1949 lub 1950 roku. Opowiadał, że służyła żołnierzom radzieckim za kwaterę, a obok niej postawili działo.

19.

19 Poszukiwania w archiwach IPN musiałam zacząć od tych nazwisk, które pojawiły się na terenie badań jako pierwsze. Zapoznanie się w IPN z teczką Stanisława Olejarki (IPN Rz 332/1) nie wniosło niestety wiedzy o mordach w Dębrzynie.

20.

20 Było to 16 września 1945 roku na pierwszym Zjeździe Okręgowym PSL w Krakowie, a więc dzień przed uprowadzeniem Kojdra z domu (Matus 2015: 115).

21.

21 „Zych” dobrze znał się z Edwardem Cieślą i jako pierwszy wyjechał ze swoją grupą do Murnau, a potem do Włoch, gdzie zmarł na gruźlicę (IPN Rz 042/26: 52).

22.

22 Ur. 22 lutego 1923 w Studzianie, żołnierz Armii Krajowej Obwodu Przeworsk, do konspiracji wstąpił 10 maja 1942, a więc miał wówczas zaledwie dziewiętnaście lat (Karbowiak b.d.: 2).
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij