Facebook - konwersja
I pieśń niech zapłacze - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

I pieśń niech zapłacze - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Język:
Polski
Rok wydania:
2011
Rozmiar pliku:
247 KB
Zabezpieczenie:
brak
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.

I pieśń niech zapłacze - opis ebooka

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

FRAGMENT KSIĄŻKI

I

Dwóch bra­ci było w jed­nej ro­dzi­nie, a dwie sio­stry w dru­giej. Ro­dzi­ny przy­jaź­ni­ły się ze sobą, dzie­ci zna­ły się i lu­bi­ły od lat bar­dzo wcze­snych. Po­mię­dzy chłop­ca­mi w szkol­nych mun­dur­kach i dziew­czę­ta­mi w krót­kich suk­niach za­wią­za­ła się przy­jaźń, któ­ra w mia­rę upły­wa­ją­ce­go cza­su na­bie­ra­ła co­raz wię­cej za­pra­wy ero­ty­zmu.

Już w la­tach uni­wer­sy­tec­kich mło­dzień­ców, a pen­sjo­nar­skich pa­nien przy­szły zwią­zek mał­żeń­ski po­mię­dzy Je­rzym a Kry­sty­ną nie­wąt­pli­wym wy­da­wał się wszyst­kim, któ­rzy z bli­ska pa­trza­li na tę parę mło­dziut­ką, ma­ją­cą cha­rak­te­ry spo­koj­ne, ma­rze­nia skrom­ne, uczu­cia wię­cej głę­bo­kie niż gwał­tow­ne.

Da­le­ko trud­niej było prze­wi­dzieć przy­szłość Cze­sła­wa i Ja­ni­ny, któ­rzy o pierw­szych brza­skach ży­cia po­czę­li wie­le od ży­cia wy­ma­gać, ma­rze­nia­mi cho­dząc po dro­gach wy­so­kich i tym tyl­ko tę gór­now­zrocz­ność swą uspra­wie­dli­wia­jąc, że w umy­słach po­sia­da­li zdol­no­ści nie­po­spo­li­te, a w cha­rak­te­rach rów­nież nie­po­spo­li­tą ener­gię i przed­się­bior­czość. Co do stro­ny uczu­cio­wej, ta zda­wa­ła się być w nich przy­głu­szo­ną przez ogrom­ną cie­ka­wość umy­sło­wą i wy­tę­żo­ne umy­sło­we za­ję­cia; jed­nak i ona nie­kie­dy wy­bu­cha­ła z gwał­tem nie­spo­dzie­wa­nym i wiel­kim w po­sta­ci ża­lów, za­chwy­tów, przy­wią­zań lub wstrę­tów, uszczę­śli­wie­nia lub roz­pa­czy. I to w nich było jesz­cze nie­zwy­kłym, że nie czę­ste, lecz w za­mian gwał­tow­ne wy­bu­chy ich uczuć spo­wo­do­wa­ne by­wa­ły nie tyl­ko przez zja­wi­ska świa­ta do­ty­kal­ne­go, nie tyl­ko przez zda­rze­nia w ich oso­bi­stym ży­ciu za­cho­dzą­ce, lecz rów­nież, a może i czę­ściej jesz­cze, przez te, któ­re ist­nie­ją lub za­cho­dzą w nie­wi­dzial­nej sfe­rze my­śli, idei, rze­czy w ogó­le bez­oso­bi­stych, nie­ja­ko na­po­wietrz­nych, nie­ja­ko obej­mu­ją­cych zie­mię at­mos­fe­rą du­cho­wą. Były to na­tu­ry am­bit­ne, na­mięt­ne i za­ra­zem lot­ne, w sfe­rze abs­trak­cji prze­by­wać umie­ją­ce, ja­kich to na­tur prze­zna­cze­niem naj­częst­szym by­wa­ją szczy­ty wy­so­kie i nie­do­le wiel­kie. I ta tyl­ko po­mię­dzy nimi od lat pra­wie dzie­cię­cych za­cho­dzi­ła róż­ni­ca, że Ja­ni­na była od Cze­sła­wa cich­szą, tkliw­szą, li­to­ściw­szą i da­le­ko wię­cej skłon­ną do za­po­mi­na­nia o so­bie na rzecz in­nych.

Obaj bra­cia, na wsi uro­dze­ni i na wsi prze­pę­dza­ją­cy cza­sy szkol­nych i uni­wer­sy­tec­kich wa­ka­cji, po­sia­da­li w so­bie zdol­ność do uko­cha­nia na­tu­ry stron ro­dzin­nych, lecz każ­dy z nich uko­chał ją na spo­sób inny. Cze­sław szu­kał i znaj­do­wał w niej dla sie­bie źró­dło chwi­lo­wych od­po­czyn­ków i roz­ko­szy, od wszel­kich zresz­tą upodo­bań i ma­rzeń siel­skich od­da­lo­ny nie­skoń­cze­nie; dla Je­rze­go zaś była ona przed­mio­tem spo­strze­żeń naj­ulu­bień­szym i tłem, na któ­rym naj­chęt­niej roz­wi­jał pla­ny przy­szłej swej pra­cy i w ogó­le swej przy­szło­ści. Bo w upodo­ba­niach skrom­ny, ci­szę nad gwar i sa­mot­ność nad zgiełk prze­kła­da­ją­cy, z su­mie­niem prze­bu­dzo­nym wcze­śnie Je­rzy nie lu­bił miast wiel­kich, uciech, któ­rych do­star­czać mogą, nie pra­gnął, a w nur­tu­ją­cych je żą­dzach, współ­ubie­ga­niach się, na­mięt­no­ściach do­strze­gał pier­wiast­ki bo­lów, krzywd, nade wszyst­ko upad­ków ludz­kich, na któ­re szcze­gól­nie był tkli­wy. Ci­chy, skrom­ny, nie­wie­le o so­bie ro­zu­mie­ją­cy, miał prze­cież głę­bo­kie i sil­ne po­czu­cie god­no­ści i obo­wiąz­ków czło­wie­ka. Jak gro­no­staj nie zno­sił na so­bie plam; du­sza jego jak liść czuł­ko­wa­tej ro­śli – ny, do­tknię­ty szorst­ką ręką, zwi­ja­ła się bo­le­śnie, ile­kroć do­tknął ją wi­dok ludz­kich błę­dów i prze­mo­cy z jed­nej stro­ny, a krzywd i cier­pień z in­nej. Więc też w chwi­li, gdy o przy­szło­ści roz­strzy­gać mu przy­szło, wy­brał so­bie skrom­ny, lecz ści­śle z na­tu­rą zwią­za­ny za­wód le­śni­ka i po kil­ku la­tach od­po­wied­nich stu­diów na­uko­wych ry­chło pole do pra­cy zna­lazł w wiel – kich i wła­sno­ścią wiel­ko­pań­ską bę­dą­cych la­sach. Pole to było tak sze­ro­kie jak ogrom­na prze­strzeń, któ­rą okry – wał je­den z naj­wspa­nial­szych two­rów na­tu­ry i jak dłu­gi prze­ciąg cza­su, w któ­rym twór ten po­zo­sta­wio­ny był sa – memu so­bie bez umie­jęt­nej pie­czy nad jego bo­gac­twem i pięk­no­ścią. Pra­ca to była duża, czę­sto mo­zol­na, a wy – na­gra­dza­na skrom­nie i nie obie­cu­ją­ca w przy­szło­ści żad­nych ob­fi­tych zdo­by­czy, lecz bo­gac­twa i za­szczy­tów Je­rzy nie po­żą­dał i pusz­czać się po nie w stro­ny da­le­kie nie chciał. Miał dla swej zie­mi ro­dzin­nej coś z przy­wią­za­nia sy­now­skie­go i coś z tkli­wo­ści ko­chan­ka, pra­gnął drob­ną jej część przy­najm­niej w ręku swych pia­sto­wać i po­myśl­no­ści jej czy wzro­sto­wi słu­żyć. Ta­ki­mi były po – bud­ki, któ­re osie­dli­ły go w nie­du­żym, choć zno­wu i nie – zbyt ma­łym domu le­śnym, sto­ją­cym z dala od miast wiel – kich i od tych dróg da­le­kich, któ­re czło­wie­ka pro­wa­dzić mogą do pew­ne­go ro­dza­ju wiel­ko­ści.

Wkrót­ce po­tem nie był już w domu tym sam je­den: za­miesz­ka­ła w nim tak­że jako żona jego mała, zgrab­na, ja­sno­wło­sa, ró­żo­wa, we­so­ła i wiecz­nie czyn­na Kry­sia. Nie­daw­no śmierć za­bra­ła jej ojca i Je­rzy tak jak nad ka­wał­kiem zie­mi ro­dzin­nej za­pra­gnął roz­to­czyć opie­kę nad uko­cha­ną ko­bie­tą, my­śli o roz­łą­cze­niu się z tą tak jak z tam­tą znieść ani na­wet przy­pu­ścić nie mo­gąc.

Nic więc w czło­wie­ku tym nie było oso­bli­we­go, olśnie­wa­ją­ce­go, nic z tego, co wy­obraź­nię za­cie­ka­wia lub za­chwy­ca, i je­że­li coś­kol­wiek zba­wić go mo­gło od za­rzu­tu po­spo­li­to­ści czy­nio­ne­go za­zwy­czaj lu­dziom skrom­nym, czy­stym, uczci­wym i pra­co­wi­tym, była to chy­ba głę­bo­kość jego uczuć, czy­stość po­żą­dań, od­ra­za do zdo­by­czy nie­uczci­wych oraz ga­tu­nek pra­cy, w któ­rej obok bie­gło­ści fa­chow­ca mie­ścił się rzut oka na na­tu­rę ko­chan­ka i ar­ty­sty.

In­a­czej wca­le sta­ło się z Cze­sła­wem, dla któ­re­go wszyst­ko w świe­cie wie­dzy i po­jęć było z ła­two­ścią do­stęp­nym, a w świe­cie roz­ko­szy i chlu­by na­mięt­nie po­żą­da­nym. Na­mięt­nie po­żą­dał on wszel­kich bo­gactw świa­ta, od tych, któ­re po­le­ga­ją na zdo­by­czach na­uki, na wzru­sze­niach spra­wia­nych przez sztu­kę, na two­rze­niu dzieł wy­so­kiej my­śli, aż do tych, w któ­rych taje i pło­nie z upo­je­nia i roz­ko­szy zmy­sło­wa na­tu­ra czło­wie­ka.

Nie­zwy­kłą uro­dą mę­ską ob­da­rzo­ny, wy­mow­ny, pło­ną­cy ta­jem­ni­czym ogniem ty­sią­ca żądz, ty­sią­ca my­śli i ty­sią­ca wciąż ro­ze­dr­ga­nych strun wraż­li­wo­ści wcze­śnie za­chwy­cać, pod­bi­jać za­czął sze­ro­kie koła to­wa­rzy­skie i licz­ne nie­wie­ście ser­ca. Wcze­śnie sta­wać się za­czął ulu­bień­cem wszyst­kich, któ­rzy go zna­li z bli­ska, i przed­mio­tem naj­pięk­niej­szych ich na­dziei. Nikt nie wąt­pił, że cze – ka go przy­szłość wiel­ka, co zna­ko­mi­cie wspie­ra­ło wła­sną jego w nią wia­rę. Za­rów­no w dzie­dzi­nie na­uki jak w dzie­dzi­nie szczę­ścia ha­słem jego zda­wa­ło się być: po­siąść wszyst­ko! Nie po­dob­na by­ło­by ni­ko­mu prze­wyż­szyć go w za­pa­le i wy­trzy­ma­ło­ści, z któ­ry­mi od­da­wał się pra­cy na­uko­wej. Nie jed­ną dzie­dzi­nę wie­dzy usi­ło­wał brać we wła­da­nie swe, ale i te rów­nież, z któ­ry­mi tam­tą łą­czy­ło są­siedz­two lub po­kre­wień­stwo, a że na­uki wszyst­kie pra­wie są so­bie po­krew­ne i bli­skie, więc jed­ną z ła­two­ścią nie­po­spo­li­cie zdol­ne­go umy­słu pod­bi­ja­jąc cie­ka­wą my­ślą prze­bie­gał w kie­run­kach róż­nych sze­ro­kie niwy in­nych. Wchła­niał w sie­bie naj­po­tęż­niej­sze z tchnień i naj­wy­bit­niej­sze z wi­do­ków ca­łej kra­iny ludz­kie­go umy­słu i może z tej przy­czy­ny, jak rów­nież i dla­te­go, że w na­tu­rze swej miał wię­cej wraż­li­wo­ści niż har­tu i wię­cej na­mięt­nych po­pę­dów ani­że­li sil­nej woli, jego wia­ry i nie­wia­ry, jego tak zwa­ne za­sa­dy i prze­ko­na­nia po­sia­da­ły nie­trwa­łość gma­chu zbu­do­wa­ne­go ozdob­nie, lecz któ­re­go ścia­ny kru­szą się pod ude­rze­nia­mi wi­chrów przy­la­tu­ją­cych ze wszyst­kich stron świa­ta.

W gmach po­jęć Cze­sła­wa ude­rza­ły, oprócz ze­wnętrz­nych, wi­chry pod­no­szą­ce się z wła­snej jego du­szy, któ­ra była po­dob­na har­fie ma­ją­cej zło­te, lecz w zgod­ny akord nie­zhar­mo­ni­zo­wa­ne stru­ny.

Naj­słab­szą sta­ła się wkrót­ce stru­na uczu­cio­wa.

Przez pra­ce umy­sło­we, przez myśl o sa­mym so­bie, o swych pra­wach, żą­da­niach, na­dzie­jach po­chło­nię­ty, z ra­do­ścią rzu­ca­ją­cy się we wcze­śnie przed nim otwar­ty świat bla­sku i uży­cia, mało miał cza­su i chę­ci do spo­strze­ga­nia ludz­kich lo­sów i cier­pień, do uczu­wa­nia wzglę­dem lu­dzi i ich czy­nów trwa­łych po­cią­gów lub od­raz. Tyle ener­gii zu­ży­wał na po­lach tam­tych, że nad to, z któ­re­go wy­ra­sta­ją mi­łość i li­tość, przy­wią­za­nie i współ­czu­cie, cześć i po­tę­pie­nie, mógł jej przy­no­sić nie­wie­le. Ci, któ­rzy jesz­cze nie­daw­no byli świad­ka­mi gwał­tow­nych cza­sem unie­sień jego na­tu­ry uczu­cio­wej, zdu­mie­wa­li się te­raz na wi­dok zo­bo­jęt­nie­nia, któ­re oka­zy­wał bu­dzą­cym je nie­gdyś lu­dziom i rze­czom. Dla wszyst­kich zresz­tą sta­ło się wkrót­ce pew­no­ścią, że o ile brat młod­szy w po­stęp­kach i po­sta­no­wie­niach swych prze­waż­nie rzą­dził się uczu­ciem, o tyle nad star­szym rzą­dy co­raz wy­łącz­niej­sze obej­mo­wał ro­zum. Wie­lu cie­szy­ło się szcze­rze z ta­kie­go skie­ro­wy­wa­nia się mło­dzień­ca po­wszech­nie lu­bio­ne­go i ucie­cha ta by­ła­by słusz­ną, gdy­by nad ro­zu­mem nie brał cza­sem prze­wa­gi sa­mo­lub­ny, prak­tycz­ny roz­są­dek i gdy­by nie wy­ra­sta­ły z nie­go nie­kie­dy pew­ne zgni­łe owo­ce, zna­ne pod imie­niem so­fi­zma­tów.

Jak­kol­wiek bądź, Cze­sław w mia­rę wzra­sta­nia w wie­dzę, w po­wo­dze­nie wśród lu­dzi, w myśl o wła­snej przy­szło­ści i tych świet­no­ściach róż­no­rod­nych, któ­re ją po­zło­cić i wy­bry­lan­to­wać mia­ły, obo­jęt­niał dla ro­dzi­ny, dla wszyst­kie­go co ro­dzin­ne i dla dziew­czy­ny, o któ­rej wszy­scy nie­daw­no my­śle­li, że jest mu dro­gą, że jest na­wet wy­bra­ną, przy­szłą to­wa­rzysz­ką jego ży­cia.

Ona, Ja­ni­na, ma­ło­mów­na i skrom­na, tak samo przy tym jak Cze­sław pra­cę umy­sło­wą lu­bią­ca, zdol­na do niej i nią za­ję­ta, zda­wa­ła się tego zo­bo­jęt­nie­nia dla niej przy­ja­cie­la lat dzie­cię­cych i mło­dzień­czych nie spo­strze­gać lub o nie się nie trosz­czyć. Że jed­nak spo­strze­ga­ła i trosz­czy­ła się, zdra­dza­ły to jej co­raz częst­sze, smut­ne za­my­śle­nia i dłu­gie, uważ­ne spoj­rze­nia, któ­re za­ta­pia­ła w jego twa­rzy, ile­kroć on tego wi­dzieć ani spo­strze­gać nie mógł. Zda­wać się wte­dy mo­gło, że oczy tej dzie­więt­na­sto­let­niej dziew­czy­ny nie mia­ły siły ode­rwać się od ry­sów tego o lat kil­ka star­sze­go od niej mło­dzień­ca i że ser­ce jej pra­gnę­ło oczy­ma do­trzeć do głę­bi jego ser­ca.

Zresz­tą ku nie­mu rów­nież wra­ca­ły nie­kie­dy daw­ne po­cią­gi i wzru­sze­nia. Zbli­żał się wte­dy do Ja­ni­ny i zda­rza­ły się po­mię­dzy nimi mo­men­ty po­dob­ne do mo­ty­li mu­ska­ją­cych lek­ki­mi skrzy­dły wpół­ro­zwi­nię­te kwia­ty. Lecz były to tyl­ko mo­men­ty i po ich przej­ściu nie roz­wie­ra­ły ko­ron swych na słoń­ce ra­do­ści wpół­ro­zwi­nię­te uczu­cia. Jej dzie­wi­cza skrom­ność i duma, jego po­wścią­gli­wość oględ­na i we­wnętrz­ny uśmiech lek­ce­wa­że­nia dla wszyst­kie­go, co było sen­ty­men­tem i nie­roz­waż­nym pusz­cza­niem się na rze­kę czu­ło­ści, po­wstrzy­my­wa­ły na ustach oboj­ga sło­wa wy­raź­ne i szcze­re, ga­si­ły iskrę na­tych­miast, gdy za­gro­zi­ła roz­pa­le­niem się w pło­mień.

I sta­ło się, że dnia pew­ne­go Cze­sław uwia­do­mił swych bli­skich o wkrót­ce na­stą­pić ma­ją­cym wy­jeź­dzie swym w oko­li­ce Gór Ural­skich, kędy nie­zwy­kłe zdol­no­ści jego i zręcz­ność, z jaką sto­sun­ki wśród lu­dzi wpły­wo­wych za­wią­zać po­tra­fił, wy­jed­na­ły mu sta­no­wi­sko nad­spo­dzie­wa­nie wy­so­kie i w roz­ma­ite ko­rzy­ści bo­ga­te. Otwo­rzy­ły się przed nim wro­ta ka­rie­ry świet­nej, dla lu­dzi rodu jego bar­dzo rzad­ko do­stęp­nej; wstę­pu­je więc w nie bez… wa­ha­nia i na­my­słu.

Nikt po­sta­no­wie­nia tego od­mie­nić nie pró­bo­wał, bo jed­ni byli olśnie­ni i cie­szy­li się, a dru­dzy prze­ko­na­ni byli o nada­rem­no­ści wszel­kich w tym kie­run­ku usi­ło­wań. Lu­dzi wi­dok rze­czy błysz­czą­cej czę­sto olśnie­wa w ten spo­sób, że sta­ją się śle­py­mi na wszyst­ko, co nią nie jest, i cie­szą się ogrom­nie. Po­tem przy­cho­dzi mo­ment, że śle­po­ta ich prze­mi­ja i wte­dy zno­wu, bie­da­cy! ogrom­nie się mar­twią.

Je­rze­go świet­ny los bra­ta nie olśnił, ale po krót­kich pró­bach za­prze­stał od­wra­cać go od dro­gi wy­bra­nej, bo zro­zu­miał do­brze, jak sła­bą wo­bec siły na­mięt­no­ści musi być siła naj­wy­mow­niej­sze­go choć­by sło­wa. Cze­sław zaś łu­dził się my­śląc, że po­stę­pu­je za wska­za­nia­mi ro­zu­mu; w świat sze­ro­ki gna­ły go na­mięt­no­ści, prze­ciw któ­rym Je­rzy czuł się bez­sil­nym i tyl­ko w ja­kiejś przed­ostat­niej chwi­li nie mógł tego prze­nieść na so­bie, aby kil­ku sło­wy nie wspo­mnieć bra­tu o Ja­ni­nie. Wte­dy pięk­ne oczy Cze­sła­wa za­mi­go­ta­ły nie­spo­koj­nie, lecz wnet nie­po­kój ten za­stą­pi­ła we­so­łość żar­to­bli­wa.

– Pan­na Ja­ni­na! Cóż? ślicz­na to osób­ka, dla któ­rej od dzie­ciń­stwa pra­wie miał sym­pa­tię i na za­wsze za­cho­wa przy­jaźń. Ale rze­czy tego rzę­du, co sym­pa­tia, przy­jaźń etc, czło­wie­ka z ja­snym po­glą­dem na świat i ży­cie do ni­cze­go zo­bo­wią­zy­wać nie mogą. Tak za­raz, u sa­me­go po­cząt­ku dro­gi, krę­po­wać się wię­za­mi by­ło­by sza­leń­stwem, w któ­re czło­wie­ko­wi ro­zum­ne­mu po­paść nie po­dob­na. On, Cze­sław, wie do­brze, cze­go chce, do cze­go dąży; nie wstę­pu­je w ży­cie jak śle­piec da­ją­cy się pro­wa­dzić lada po­da­nej ręce. Trzy­ma przed sobą do­brze na­ry­so­wa­ny plan swej przy­szło­ści, od li­nii jego nie od­ry­wa oczu i wi­dzi ja­sno, że dla ma­rzeń, dla prze­są­dów nie­roz­sąd­nych miej­sca w nim nie ma. Musi on, a na­wet po­wi­nien wy­zy­skać dla swej in­dy­wi­du­al­no­ści wszyst­kie siły, któ­ry­mi ob­da­rzy­ła go na­tu­ra i wszyst­kie po­myśl­ne wy­pad­ki, któ­re, da­le­ko wię­cej niż lo­so­wi, za­wdzię­cza wła­sne­mu ro­zu­mo­wi swe­mu i wła­snej zręcz­no­ści. Dla­te­go wła­śnie wy­pad­ki te zna­la­zły się na jego dro­dze, że uwol­nił się od prze­są­dów moc­no w spo­łe­czeń­stwie jego za­ko­rze­nio­nych. Prze­są­dem jest, że czło­wiek przez mi­łość dla zie­mi czy dla ko­bie­ty, czy dla ja­kiejś gru­py lu­dzi wy­rze­kać się po­wi­nien do­pro­wa­dze­nia swe­go in­dy­wi­du­al­ne­go wzro­stu do mia­ry moż­li­wie naj­wyż­szej i zdo­by­wa­nia w mie­rze naj­wyż­szej tego, w czym upa­tru­je swo­je szczę­ście. Uszczę­śli­wia­nie sie­bie jest uszczę­śli­wia­niem jed­ne­go z człon­ków ludz­ko­ści; gdy­by wszy­scy na zie­mi lu­dzie umie­li uszczę­śli­wiać sa­mych sie­bie, cała ludz­kość by­ła­by szczę­śli­wa. Jego zaś szczę­ście nie może być drob­ną gwiazd­ką, któ­ra smut­nie i drżą­co świe­ci nad skraw­kiem zie­mi po­wle­czo­nej sza­rzy­zną i zmro­kiem. Jego szczę­ście musi być tar­czą sło­necz­ną go­re­ją­cą nad prze­strze­nia­mi sze­ro­ki­mi, przy­świe­ca­ją­cą gma­chom wy­so­kim i po­tęż­nym.

Jego pra­ca ma­ją­ca być głów­nym skład­ni­kiem jego szczę­ścia nie może cha­dzać wą­ski­mi szla­ka­mi ście­żyn i trze­ba jej dróg sze­ro­kich, da­le­kich, bi­ją­cych zdro­ja­mi my­śli bo­ga­tych w róż­no­rod­ną ra­dość ży­cia, z któ­rej myśl pije swą trwa­łość, swą moc, swój roz­pęd wszerz i w górę. Tu wzra­stać mogą ga­tun­ki na­dziei tyl­ko ni­kłe i bla­de, jego zaś na­dzie­je wzro­stem i pło­mien­no­ścią do­rów­ny­wu­ją wzro­sto­wi jego uzdol­nień i pło­mien­no­ści jego po­trzeb, du­cho­wych za­rów­no jak fi­zycz­nych. Bo na żad­ną część swo­jej isto­ty, swo­jej od­ręb­nej od in­nych in­dy­wi­du­al­no­ści, na żad­ną część fi­zycz­nej za­rów­no jak du­cho­wej swej na­tu­ry nie chce i nie za­mie­rza on na­kła­dać sztucz­nych ha­mul­ców i tłu­mi­ków, ale, prze­ciw­nie, chce i za­mie­rza dać im wszyst­kim pe­łen bieg, pe­łen roz­wój, peł­ne za­dość­uczy­nie­nie, aby wszyst­kie ra­zem za­do­wo­lo­ne, wy­ćwi­czo­ne, do­świad­czo­ne, zhar­mo­ni­zo­wa­ne wy­two­rzy­ły z nie­go typ czy wzór w peł­ni roz­wi­nię­te­go, sil­ne­go i szczę­śli­we­go czło­wie­ka.

Kę­dyż w ta­kim pla­nie ży­cia mo­gło­by zna­leźć się miej­sce dla tak uro­czej, lecz zwy­kłej istot­ki, jaką jest pan­na Ja­ni­na, i ja­kąż czyn­ność speł­niać­by ona mo­gła we wzno­sze­niu bu­do­wy ży­cia tak wy­so­kiej i skom­pli­ko­wa­nej? Nie prze­czy temu, że roz­łą­cza się z nią z nie­ja­kim ża­lem i że po­zo­sta­nie w nim wspo­mnie­nie o niej na za­wsze przy­ja­zne, a przez czas ja­kiś może na­wet nie­co tę­sk­ne, ale trud­no! Czło­wiek zdą­ża­ją­cy dro­gą peł­ną prze – szkód do celu da­le­kie­go i ma­ją­cy sil­ne po­sta­no­wie­nie sta­nię­cia u celu nie może oglą­dać się za wy­ra­sta­ją­cym u brze­gu dro­gi kwia­tem ani cza­su tra­cić na jego zry­wa­nie, ani zaj­mo­wać so­bie dło­ni jego nie­sie­niem… Na­ko­niec, pew­nym jest, bo z wła­snych ust jej nie­raz sły­szał, że pan­na Ja­ni­na nie po­dzie­la wszyst­kich prze­ko­nań jego i na wszyst­kie jego dąż­no­ści nie przy­sta­je. Czy Je­rzy za­prze­czyć temu może?

Je­rzy nie mógł temu za­prze­czyć. Owszem, po­sia­dał rów­nież pew­ność, że w tej mło­dej dziew­czy­nie wy­twa­rzał się i już się na­wet wy­two­rzył po­gląd na świat i ży­cie, na wie­lu punk­tach nie­po­dob­ny do tego, któ­rym kie­ro­wał się i kie­ro­wać się za­wsze po­sta­no­wił Cze­sław.

– Wi­dzisz więc, Jur­ku, że był­by to za­miast har­mo­nii zgrzyt!

I tym za­koń­cze­niem roz­mo­wy za­ba­wio­ny na nutę żar­to­bli­wą wy­śpie­wał:

Idź­my każ­dy w swo­ją dro­gę,

Ja cię wiecz­nie będę… wspo­mi­nać

Ale two­im. być nie mogę.

We­so­ła twarz jego z błysz­czą­cy­mi oczy­mi i śmie­ją­cy­mi się usty sta­no­wi­ła sprzecz­ność z tą cięż­ką chmu­rą, któ­ra spa­dła na czo­ło i oczy Je­rze­go. Nie­po­kój o bra­ta spły­nął mu na dno ser­ca i uczy­nił je bar­dzo cięż­kim.

Za­ję­ty swo­im pla­nem, swo­ją bu­do­wą, swo­ją dro­gą, swy­mi przy­go­to­wa­nia­mi i ob­ra­cho­wa­nia­mi Cze­sław po­że­gnał się z Ja­ni­ną i z krew­ny­mi po przy­ja­ciel­sku, lecz na­pręd­ce i raz już tyl­ko, gdy że­gnał się z bra­tem, ob­ja­wi­ły się w nim uczu­cia daw­ne – przy­najm­niej ob­ja­wić się im po­zwo­lił. Ta chwi­la po­że­gna­nia, prze­po­jo­na go­rą­cym wzru­sze­niem obu­stron­nym, głę­bo­ko za­pa­dła w ser­ce i pa­mięć Je­rze­go. Po­mi­mo pod­sta­wo­wych róż­nic za – cho­dzą­cych w ich po­glą­dach i cha­rak­te­rach bra­cia ko­cha­li się bar­dzo.

Co my­śla­ła i czu­ła Ja­ni­na po od­jeź­dzie Cze­sła­wa i zu­peł­nym, jak się zda­wa­ło, z nim roz­sta­niu, nikt z razu na pew­no nie wie­dział. W rze­czach ser­ca dziew­czy­na była jak mi­mo­za; nie moż­na było ich do­ty­kać bez za­da­wa­nia bolu. Jed­nak skry­tość jej była tyl­ko wsty­dli­wo­ścią to­wa­rzy­szą­cą na­tu­rom wy­twor­nym i z sa­me­go już in­stynk­tu wy­so­ce mo­ral­nym. Ustą­pi­ła też raz przed za­ufa­niem i może wez­bra­nym ża­lem. Ja­ni­na przy­szła raz do świe­żo za­męż­nej sio­stry i po chwi­li spo­koj­nej roz­mo­wy z na­gle wy­bu­cha­ją­cym pła­czem rzu­ci­ła się jej na szy­ję. Kry­sia przy­czy­nę pła­czu tego od­ga­dła, lecz nic o niej nie mó­wiąc przy­ci­snę­ła tyl­ko sio­strę do swe­go szczę­śli­we­go ser­ca i nie­śmia­ło za­py­ta­ła:

– Cóż te­raz bę­dzie? Co uczy­ni? Czym się zaj­mie? W czym znaj­dzie wspar­cie i po­cie­chę? Bo prze­cież wiecz­nie tak smu­cić się, smut­kiem za­chmu­rzać mło­dość i za­tru­wać siły…

Ja­ni­na wy­pro­sto­wa­ła się, szyb­ko stłu­mi­ła łka­nie i łzy otar­ła z oczu.

– Cóż? To praw­da! Mam mło­dość i siły, mam mi­łość dla na­uki i li­tość dla lu­dzi…

– Li­tość! – z nie­ja­kim zdzi­wie­niem po­wtó­rzy­ła Kry­sia.

Tak, Ja­ni­na od cza­su pew­ne­go za­czę­ła go­rą­co, głę­bo­ko li­to­wać się nad ludź­mi.

– Tyle naj­roz­ma­it­szych cier­pień i nie­szczęść… a przy tym tacy sła­bi i mali…

Po krót­kiej chwi­li do­da­ła:

– Naj­czę­ściej wte­dy sła­bi i mali, gdy się im zda­je, że są bar­dzo sil­ni i wiel­cy…

Ci­chut­ko przy sa­mym uchu sio­stry Kry­sia szep­nę­ła:

– Czy mó­wiąc to, my­ślisz o Cze­sła­wie?

Ja­ni­na po­ta­ku­ją­co ski­nę­ła gło­wą i zno­wu spod rzęs jej spły­nę­ły sznu­ry łez. Ale zno­wu i z wiel­ką siłą płacz po­wścią­gnę­ła.

– To tyl­ko raz… ten raz je­den przed tobą, Kry­siu. Co po­cznę? czym się po­cie­szę? Słu­żyć będę ludz­kim cier­pie­niom i nie­szczę­ściom…

Spła­ka­ne oczy jej bły­snę­ły jak sza­fi­ry w sło­necz­nym świe­tle, po ustach ró­żo­wych prze­wi­nął się uśmiech do­brej na­dziei.

– Ale wpierw, przede wszyst­kim, trze­ba mi na­uczyć się słu­żyć…

Wkrót­ce po­tem wy­ja­wi­ła swym bli­skim chęć i za­miar uda­nia się na jed­ną z za­gra­nicz­nych wszech­nic dla od­by­cia tam stu­diów na­uko­wych. Nikt temu prze­szkód żad­nych nie sta­wił; prze­ciw­nie, zdol­no­ści jej umy­sło­we zda­wa­ły się wszyst­kim wy­star­cza­ją­cy­mi do osią­gnię­cia celu tak już czę­sto przez ko­bie­ty osią­ga­ne­go, że za­dzi­wiać i do opo­rów skła­niać prze­stał.

Ja­ni­na z wiel­ką pro­sto­tą rze­kła:

– Chęt­nie zo­sta­ła­bym sio­strą mi­ło­sier­dzia, ale po­nie­waż na­uka za­cie­ka­wia mię i po­cią­ga, zo­sta­nę le­kar­ką.

Od wy­jaz­du Cze­sła­wa w stro­ny za­ural­skie upły­nę­ło lat pra­wie dzie­sięć i ty­leż od za­miesz­ka­nia w le­śnym domu Kry­sty­ny i Je­rze­go. Spo­tka­li oni obo­je na tej spo­rej już prze­strze­ni cza­su nie­ma­ło trosk i tru­dów, lecz ani razu nie za­szło im dro­gi nie­szczę­ście. Po­go­dę serc ich sta­łą po­mi­mo trosk i tru­dów przy­ćmie­wa­ła jed­na tyl­ko chmu­ra. Cze­sław, któ­ry pi­sy­wał do bra­ta zra­zu czę­sto, po­tem rza­dziej, od lat kil­ku pi­sy­wać prze­stał. Nie po­mo­gły ze stro­ny Je­rze­go i Kry­sty­ny za­py­ta­nia, wy­rzu­ty, na­glą­ce proś­by; żad­na wieść bez­po­śred­nia z owych stron da­le­kich od tego czło­wie­ka bli­skie­go nie przy­by­wa­ła, a stro­ny były tak da­le­kie, że żad­nej wie­ści po­śred­niej zni­kąd i od ni­ko­go po­wziąć było nie po­dob­na. Jak­by w wodę wpadł! Jak­by umarł!

Ale nie umarł. W la­tach ostat­nich sze­ro­ko po świe­cie ro­ze­szła się sła­wa na­uko­we­go dzie­ła jego, któ­re znaw­cy za zna­ko­mi­te ogło­si­li.

Je­rzy z jed­nej ze swych rzad­kich wy­cie­czek w świat przy­wiózł to dzie­ło i po chci­wym prze­czy­ta­niu miał przez dni kil­ka cięż­ką chmu­rę na czo­le i w oczach. Było ono mą­dre i świet­ne, uczo­ne i ory­gi­nal­ne, ale… tak wiel­ka róż­ni­ca w prze­ko­na­niach, w dąż­no­ściach, w mo­wie pa­nu­ją­cej na ustach jed­ne­go z bra­ci i pod pió­rem dru­gie­go…

Od lat kil­ku tedy prze­strzeń ich dzie­lą­cą za­le­gło mil­cze­nie nie­prze­rwa­ne i spo­ro cza­su prze­mi­nę­ło, od­kąd Je­rzy po­wie­dział so­bie, że nie ma bra­ta. Bo taka róż­ni­ca… i ta­kie za­po­mnie­nia rów­na­ją się śmier­ci. Jed­nak my­ślał o nim czę­sto. Za­bra­niał so­bie my­śleć i my­ślał zno­wu, nie chciał ża­ło­wać i ża­ło­wał, za­po­mi­nał, a wspo­mnie­nie bie­gło za nim i nie­spo­dzie­wa­nie chwy­ta­ło go za ser­ce… Taką już jest na­tu­ra związ­ków ro­dzin­nych i ta­kim było ser­ce Je­rze­go.

Ci­cho, w po­god­ny wie­czór czerw­co­wy stał dom le­śny z gan­kiem opię­tym gę­stwi­ną roz­kwi­tłych na­stur­cji i po­wo­jów, z okna­mi otwar­ty­mi na zie­lo­ność lasu. W oknach i pod okna­mi było mnó­stwo kwia­tów, któ­rych za­pa­chy łą­czy­ły się w po­wie­trzu ż do­ga­sa­ją­cą wo­nią ży­wi­cy i nad­la­tu­ją­cą z lasu świe­żo­ścią ro­śne­go wie­czo­ru.

W jed­nym z okien nad kwia­ta­mi wśród bia­łych fi­ra­nek wy­pu­kle od ciem­ne­go tła wnę­trza od­rzy­na­ła się gło­wa sta­rej ko­bie­ty z si­wy­mi wło­sy, z de­li­kat­ną, uwię­dłą twa­rzą i oczy­ma spusz­czo­ny­mi na kar­ty otwar­tej książ­ki. Na twa­rzy tej uwię­dłej i cier­pią­cej roz­le­wa­ła się jed­nak sło­dycz do­ga­sa­ją­ce­go w za­do­wo­le­niu ser­ca.

Na ga­nek wy­szła Kry­sia i za­raz spo­tka­ła się z mę­żem, któ­ry nad­cho­dził sze­ro­ką dro­gą, prze­rzy­na­ją­cą las w po­bli­żu domu. Po­wi­ta­li się przy­ja­ciel­skim uści­śnie­niem dło­ni.

Kry­sia była we­so­łą, Je­rzy wy­da­wał się zmę­czo­nym, ale po­god­nym. Za­py­tał, czy dzie­ci są w domu. Od­po­wie­dzia­ła, że z Jan­ką po­szły do lasu, aby uzbie­rać stor­czy­ków, tych bia­łych, pach­ną­cych, któ­re to przed kil­ku dnia­mi roz­kwi­tły.

– Jan­ka prze­pa­da za kwia­ta­mi, wię­cej jesz­cze ode mnie, a dzie­ci ją na­śla­du­ją… małe mał­pecz­ki!

Za­śmie­li się obo­je.

– Zda­je się, że Jan­ce do­brze jest u nas.

– Od daw­na nie wi­dzia­łam jej tak we­so­łą. Co za wspa­nia­ły po­mysł mie­li ci jej ko­le­dzy przy­sy­ła­jąc ją tu dla wy­po­czyn­ku i wzmoc­nie­nia się na zdro­wiu. Co­dzien­nie przy­by­wa jej sił, świe­żo­ści…

– Cie­szy mię to nie­wy­po­wie­dzia­nie. Wszak­że to sio­stra two­ja, Kry­siu, i do­praw­dy bar­dzo miły jest ten dok­to­rek nasz w ró­żo­wej su­kien­ce.

Zno­wu za­śmie­li się we­so­ło.

Na ga­nek we­szła nie­mło­da słu­żą­ca, wy­so­ka, bar­czy­sta, z twa­rzą sze­ro­ką, pła­ską, do­bro­dusz­ną, tro­chę też po­marsz­czo­ną i z tak po­wol­ny­mi, że pra­wie ma­je­sta­tycz­ny­mi ru­cha­mi po­czę­ła stół do wie­cze­rzy na­kry­wać.

– Nie wi­dzia­łaś, Dęb­siu, co robi ma­tu­sia?
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: