Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

I znowu tu jestem - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 lipca 2026
34,99
3499 pkt
punktów Virtualo

I znowu tu jestem - ebook

Co jeśli druga szansa przychodzi w sposób, którego nikt się nie spodziewa?

„I znów tu jestem” to poruszająca, introspektywna opowieść o duchowej przemianie, dojrzewaniu i poszukiwaniu sensu. To historia człowieka, który zostaje zmuszony, by spojrzeć na siebie z innej perspektywy i zmierzyć się z gniewem, błędami oraz konsekwencjami własnych wyborów.

Między codziennością a duchowym doświadczeniem rodzi się pytanie: czy los daje nam dokładnie tyle, ile jesteśmy w stanie unieść – i czy potrafimy z tej lekcji skorzystać?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68695-72-4
Rozmiar pliku: 2,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Jadę, choć droga rozmywa mi się przed oczami. Sam już nie wiem dokąd. Po prostu chcę się znaleźć z dala od tej sytuacji – od domu, od Zoi, od tych głupich, osądzających spojrzeń. Muszę odreagować. Do cholery, przecież jestem dorosłym mężczyzną, mogę robić, co chcę!

Zatrzymuję się przy sklepie i kupuję butelkę wódki. Pociągam z flaszki kilka łyków, po czym wrzucam ją do plecaka i znowu ruszam w drogę.

Wchodzę w zakręt, mając na liczniku mojej niezawodnej Hondy jakieś sto trzydzieści kilometrów na godzinę, a potem… Właśnie. Potem tracę panowanie nad motocyklem i zjeżdżam do rowu. Czuję, że lecę kawałek dalej. Próbuję odwrócić głowę, żeby zobaczyć, jak bardzo ucierpiał mój sprzęt, ale nie jest mi to dane. Odpływam.

Kiedy ponownie podnoszę głowę, widzę tylko ciemność. Wstaję i jak na taki upadek czuję się zaskakująco dobrze. Wodzę wzrokiem po otoczeniu, ale nie widzę nic dalej niż czubki własnych palców. Wtedy słyszę swoje imię i odwracam się w kierunku, z którego dobiega głos.

Moim oczom ukazuje się światło. Świetnie – może uda się znaleźć pomoc. Może motocykl da się jeszcze odratować.

– Bernardzie!

– Już idę, chwileczkę! – krzyczę i ruszam w stronę światła.

Myślałem, że jest bliżej, a jednak droga się dłuży. Może to skutki alkoholu, ale przecież nie boli mnie głowa. Próbuję iść szybciej, lecz nogi mam ciężkie jak z ołowiu. Nie sposób przyśpieszyć.

Mija jakieś piętnaście minut, aż w końcu przechodzę przez światło. Ogarnia mnie dziwne uczucie, którego nie potrafię opisać słowami. W życiu nie czułem czegoś takiego. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nawet po najlepszych dragach tego świata nigdy nie doświadczyłem podobnego stanu. Światło mnie przenika – czuję, jak wnika we mnie i przepływa przez każdą komórkę mojego ciała.

Zaczynam dostrzegać wyjście. Jeszcze chwila, jeszcze moment i dotknę klamki. Dzielą mnie od tego ułamki sekund. Chwytam drzwi, uchylam je – i czuję, jak spadam w nicość. Lecę szybko w dół, wiruję, a potem dzieje się coś, czego umysł nie jest w stanie pojąć.

Słyszę płacz małego dziecka. Noworodka. Najdziwniejsze, że to ja płaczę. A swoimi oczami obserwuję wijącą się obok mnie pępowinę i uradowaną twarz położnej.

– Witamy na świecie, maluchu!1

Dzień wcześniej oczywiście odsypiałem imprezę u kumpla, na której byliśmy razem z Zoyą. Obudziłem się koło jedenastej. Mojej dziewczyny nie było w mieszkaniu – pewnie poszła na uczelnię albo do pracy. Od Remka też wyszła wcześniej, stwierdziwszy, że tylko idiota bawi się tak w tygodniu. Idiota czy nie – przyjaźnił się ze mną już kilka ładnych lat, więc chyba powinna się przyzwyczaić. Ja w każdym razie nie miałem sobie nic do zarzucenia. W tak młodym wieku mogłem jeszcze pokorzystać z życia.

Przeokropnie bolała mnie głowa. Wstałem z łóżka i poszedłem do kuchni poszukać leków przeciwbólowych. Na stole znalazłem karteczkę od mojej kobiety z prośbą, żebym zrobił zakupy. Zgniotłem ją i wyrzuciłem do śmieci. Nie miałem teraz czasu na takie rzeczy – jedyna myśl, jaka krążyła mi po głowie, to ta o pozbyciu się kaca. Otworzyłem lodówkę i moim oczom ukazał się pięknie schłodzony czteropak piwa. Czy byłem tak zapobiegliwy, czy zrobiła to Zoya? Bez znaczenia. O dzięki ci, losie, za ten prezent.

Usiadłem na kanapie i otworzyłem piwo. Ból powoli mijał, a ja zaczynałem wracać do żywych. Odebrałem kilka wiadomości od rodziców – że do niczego się nie nadaję, że obiecałem pomóc ojcu w naprawie samochodu, a znowu mnie nie ma. Cholera, naprawdę o tym zapomniałem. Faktycznie mówiłem coś takiego, ale to było ze dwa tygodnie temu. Przecież dobrze wiedzieli, że żyję z dnia na dzień i nie pamiętam o takich rzeczach.

Wziąłem telefon i zadzwoniłem do ojca.

– No halo – powiedziałem. – Nadal potrzebujesz pomocy? Mogę być za jakieś dwie godziny, wezmę ze sobą Remka, to szybko załatwimy sprawę.

– Nie brzmisz najlepiej, synu…

– Tato, jestem po imprezie, mało spałem. Wezmę prysznic i będzie dobrze.

– O, po balandze to ty mi pomożesz, na pewno… – wymamrotał.

– Potrzebujesz tej pomocy czy nie? Jeśli nie, to się rozłączam i nie było rozmowy – podniosłem głos, coraz bardziej zirytowany tonem ojca.

– No przyjedź, przynajmniej zjesz coś ciepłego.

Nie pozostało mi więc nic innego, jak skontaktować się z Remigiuszem. Nie pojechałbym do rodziców sam – nie miałem ochoty znowu wysłuchiwać, jaki jestem nieogarnięty. Swoje już się nasłuchałem. Dlatego właśnie wyprowadziłem się z domu rodzinnego. Czasem tęskniłem za wielkim ogrodem i altanką, ale teraz miałem własne mieszkanie blisko rynku, gdzie nikt mi nie mówił, co robić. Prawie nikt. Zoya coraz częściej gadała jak moja matka.

To nie tak, że nie widziałem, jak się od siebie oddaliliśmy, ale nie miałem zamiaru dawać sobą manipulować. Do pewnych rzeczy musiała się przyzwyczaić. Nie byłem jeszcze gotowy na założenie rodziny i pracę pięć dni w tygodniu pod krawatem. Lubiłem swoje życie – pracowałem dorywczo, miałem czas się zabawić, a niczego mi nie brakowało.

Starczy tych przemyśleń. Dopiłem piwo i poszedłem pod prysznic. Pół godziny później wyszedłem z łazienki jak młody bóg. Ubrałem się, złapałem ze stolika klucze i wyszedłem z domu tanecznym krokiem. Humor wrócił, a dzień znów wydawał się piękny.

Pół godziny później razem z Remkiem stałem przed furtką moich rodziców. Zobaczyłem otwarty garaż i starego Mercedesa ojca – to w nim trzeba było dokonać paru napraw. Zawsze lubiłem grzebać przy samochodach, od dziecka mnie to interesowało. Warsztat wujka przez lata był moim drugim domem. Nawet myślałem, żeby zająć się tym na stałe, założyć coś swojego, ale to jeszcze nie teraz. Miałem czas.

– Dzwoń – powiedziałem do Remka. – Pewnie nie spodziewali się nas tak szybko.

– Już. Ty miałeś czas się ogarnąć, za to mnie zerwałeś z łóżka. Dobrze, że chociaż prysznic wziąłem.

– Zapalić też zdążyłeś, nie narzekaj.

– Człowieku, gdybym nie zapalił, to bym tu teraz nie stał – odpowiedział mój prawie brat.

Domofon zapiszczał i wpuścili nas do środka. Przeszliśmy przez podwórko i zajrzeliśmy do garażu. Ojca nigdzie nie było. Zostawiłem Remka w środku i poszedłem do domu się przywitać. Od progu spotkałem się z krzywym spojrzeniem matki i propozycją rosołu.

– A dziękuję, mamo. Zjemy później, jak skończymy. Powinno nam to zająć ze trzy godzinki – oznajmiłem.

Wiedziałem, że przez te trzy godziny nikt do garażu nie zajrzy. Dobrze, że po drodze do Remka zahaczyłem o sklep i kupiłem nam po dwa piwa.

– Masz – rzuciłem mu jedno. – Mamy trzy godziny na robotę, ale ja na kacu pracować nie będę.

– Życie ratujesz – odpowiedział, otwierając puszkę.

– Nie wyrzucaj tu nigdzie, żeby nie gadali. Schowaj do plecaka, jak skończysz.

Pracowaliśmy pilnie, nie obijaliśmy się. Kiedy skończyliśmy, poszliśmy zjeść i chwilę posiedzieć z domownikami. Atmosfera była nawet znośna – nikt się nie krzywił na mój widok, nikt nie marudził. Albo stracili nadzieję, że się zmienię, albo po prostu przywykli.

Ojciec i matka lubili mojego kumpla. Uważali go za chłopaka z dobrego domu i według nich to ja sprowadzałem go na złą drogę, a nie odwrotnie. Nie dopuszczali do siebie myśli, że jesteśmy podobni. Posiedzieliśmy z nimi jeszcze przez godzinę, a gdy już wyszliśmy, wystarczyło jedno spojrzenie, by wiedzieć, że ten dzień się tak nie skończy.

Wydzwoniliśmy chłopaków i godzinę później znów u niego siedziałem, chillując w najlepsze. Oprócz alkoholu i trawki tym razem pozwoliliśmy sobie na coś więcej. Wiedziałem, że to zły pomysł, biorąc pod uwagę, ile razy obiecywałem skończyć z narkotykami. Wyobraźnia już podsuwała mi obraz Zoi – i tę jej cholernie niezadowoloną minę mówiącą, że jestem dupkiem. Obraz się rozmył, kiedy Artek podsunął mi pod nos następną kreskę.

Do domu wróciłem koło pierwszej w nocy. Pożegnałem się z kumplami i postanowiłem pójść pieszo, żeby trochę otrzeźwieć. Nie spodziewałem się, że moja kobieta nie będzie jeszcze spać. Czekała w salonie, siedząc z kubkiem herbaty w fotelu. Przekląłem w myślach, ale dzielnie wszedłem do mieszkania. Kiedy przemknąłem obok, spojrzała na mnie smutno i powiedziała tylko:

– O, jesteś. Tak myślałam, że w takim stanie wrócisz. Znowu brałeś, prawda?

– Przestań, myszko. Nic się nie stało. Byliśmy z Remkiem naprawiać samochód ojca, a potem posiedzieliśmy chwilę z chłopakami. Nic wielkiego.

– Idę się położyć – oznajmiła i spojrzała na mnie czerwonymi od płaczu oczami.

Byłbym ostatnim idiotą, gdybym powiedział, że chcę, by moja dziewczyna przeze mnie płakała. Nie chciałem. Ale też nie zamierzałem zmieniać swojego życia. Chciałem się wyszumieć, korzystać z wolności. Nie mieliśmy dzieci – mogłem jeszcze trochę pożyć. Obiecałem sobie, że jutro jej to wynagrodzę.

Poszedłem pod prysznic. Wiedziałem, że szybko nie zasnę, więc rozkoszowałem się ciepłą wodą spływającą po ciele. Stałem tak z pół godziny, myśląc o wszystkim i o niczym. Potem sięgnąłem do lodówki, wyciągnąłem piwo i postanowiłem wypić je na dobry sen. Zresztą po takiej ilości prochu i tak bym bez tego nie zasnął.

Siedziałem, piłem i oglądałem jakieś głupie filmiki na telefonie. Z sypialni dobiegał cichy, miarowy oddech Zoi. Spojrzałem na nowo otwartą puszkę w dłoni. Może rzeczywiście trochę przesadziłem…

Poczułem nieodpartą chęć, żeby się przytulić. Wylałem resztę piwa do zlewu i poszedłem do sypialni. Położyłem się obok swojej dziewczyny i wciągnąłem znajomy zapach jej szamponu. Chyba to właśnie on utulił mnie do snu. Zasnąłem, nie wiedząc nawet kiedy – nie zdając sobie sprawy, że mam w ramionach Zoyę po raz ostatni.

***

Rano obudził mnie hałas w korytarzu. Przetarłem oczy i wyszedłem z sypialni. Na środku przedpokoju stała walizka, a Zoya wkładała buty. Popatrzyłem na nią zdziwiony, a nim zdążyłem się odezwać, uprzedziła mnie:

– Myślałam, że zdążę wyjść, zanim się obudzisz. Ale skoro już wstałeś, to zapraszam do kuchni. Nie będę robić scen, nie mam już na to siły. Wypijemy kawę i porozmawiamy jak ludzie.

Nie do końca docierało do mnie, co się dzieje. Walizka była duża – ta sama, z którą zawsze jeździła do domu na święta. Oczekiwałem, że Zoya powie coś w stylu: „Muszę przemyśleć naszą sytuację, jadę do rodziców, wrócę i porozmawiamy”. Bardzo się jednak przeliczyłem.

Od Zoi bił spokój, którego chyba nigdy wcześniej u niej nie wyczuwałem. Zaparzyła dwa kubki kawy, postawiła jeden przede mną, a sama stanęła przodem do okna, wpatrzona w dal.

– Długo myślałam nad naszą sytuacją – zaczęła. – Nie jestem w stanie dłużej tego znosić. Twoje ciągłe imprezy… Chociaż nie wiem, czy to jeszcze tylko imprezy, czy już nałóg, z którego będzie ci ciężko wyjść. Ja chcę czegoś innego. Pragnę rodziny, stabilizacji. Przy tobie ciągle płaczę, non stop się o ciebie martwię i słyszę tylko puste obietnice. Prawda jest taka, Benek, że ty nie chcesz się zmieniać. Wiesz to ty sam i wiem to ja. Tak jest ci dobrze. Odpowiada ci takie życie, a mnie nie. Więc postanowiłam podjąć decyzję za nas oboje. Przykro mi.

– Jak to ci przykro? Zostawiasz mnie? Tak po prostu? – zapytałem zszokowany.

– Tak po prostu? – powtórzyła. – Ostatni rok to było ciągłe czekanie z mojej strony na twoją zmianę. Wczoraj nawet nie wiedziałam, gdzie jesteś… Zastanów się może, kto lub co gra dla ciebie pierwsze skrzypce, bo na pewno nie ja. Koledzy, wódka, kreska czy Bóg wie co jeszcze… A ja zasługuję na miłość, szacunek, dzieci i kochającego faceta, dla którego będę najważniejsza pod słońcem. Może kiedyś to zrozumiesz. Może kiedyś dotrze do ciebie, że to nie ja to zepsułam – powiedziała, patrząc na mnie tym swoim szczerym, niewinnym spojrzeniem.

– I co dalej? – zapytałem, nie bardzo wiedząc, jak inaczej mógłbym zareagować. – Przecież cię kocham. Myślałem, że będziemy razem już zawsze.

– A jak to sobie wyobrażałeś? Że będzie tak jak teraz? Będziesz pił, ćpał, balował, a ja będę czekać, aż się wyszalejesz? – Usiadła naprzeciwko mnie. – Nie chcę robić afer. Wyjaśniłam ci wszystko. Jeśli nie teraz, to za kilka lat zrozumiesz, dlaczego tak się stało. Chcę się rozstać pokojowo. Teraz zabiorę walizkę, posiedzę trochę u rodziców i później umówię się z tobą na termin, żeby wziąć resztę rzeczy. Właścicieli już poinformowałam, że się wyprowadzam i że będziesz się z nimi kontaktował. Może obniżą ci czynsz.

– Widzę, że o wszystkim pomyślałaś – powiedziałem cicho. – Dobrze, nie mamy o czym więcej rozmawiać. Kontaktuj się ze mną w sprawie swoich rzeczy, bo widzę, że klucze już zostawiłaś. – Kiwnąłem głową w stronę parapetu, gdzie obok kwiatka leżał pęk kluczy z niebieskim okiem proroka. – No i co mogę dodać… Uważaj na siebie i bądź szczęśliwa.

Odwróciłem się, żeby nie widziała, jak łzy napływają mi do oczu. Tak, chciałem się bawić, ale nigdy nie chciałem być sam. Kiedy drzwi zamknęły się z głuchym trzaskiem, rozpłakałem się jak dziecko. Byliśmy razem od szczeniaka. Jak miałem teraz bez niej żyć?

Nie minęło dziesięć minut od jej wyjścia, a ja już pisałem do niej wiadomość, żeby wróciła, że się zmienię, że damy radę, że odstawię wszystko, nawet pójdę na odwyk. Niestety – na próżno. Nie otrzymałem odpowiedzi. Tak samo głucho i pusto było w mieszkaniu. Nie zostało mi nic innego, jak tylko nawalić się do nieprzytomności i zapomnieć.2

Kilka dni spędziłem sam ze sobą, rozmyślając nad tym, co się wydarzyło. Potem moje stany zmieniały się co chwilę: raz byłem wściekły na Zoyę, innym razem wszystko miałem gdzieś – szedłem z chłopakami na miasto albo do klubu. Imprezowaliśmy jak w liceum. Jedno mogłem powiedzieć: na nich, jak na nikogo innego, mogłem liczyć. Rodzice domyślili się, że nie jest dobrze i że coś się w moim życiu zmieniło. Mama zadzwoniła do mojej byłej dziewczyny i dowiedziała się całej prawdy. Z jednej strony czułem, że jest im mnie żal, a z drugiej słyszałem w głosie matki niemy komunikat, że sam jestem sobie winien.

Nadszedł dzień, w którym odebrałem telefon z informacją, że Zoya zjawi się po resztę swoich rzeczy. Co mogłem, spakowałem wcześniej do kartonów – chyba chciałem w ten sposób uniknąć dłuższego spotkania. Sądziłem, że tak będzie mi łatwiej; bez zbędnych rozmów czy choćby spojrzeń. Zmieniłem zdanie, kiedy przekroczyła próg już tylko mojego mieszkania. Wyglądała obłędnie. Po czerwonych oczach nie został nawet ślad. Świeża i promienna; widać było, że znosi rozstanie lepiej niż ja. Delikatny róż na policzkach, rozpuszczone blond włosy, lekki połysk na ustach i pięknie podkreślone, długie rzęsy… Kiedy wychodziła z tego samego mieszkania prawie miesiąc temu, wyglądała na zmęczoną życiem kobietę, a teraz bił od niej blask, którego nie dało się opisać słowami.

– Proszę, usiądź na chwilę – powiedziałem. – Ślicznie wyglądasz.

– Och, dziękuję. Trochę odpoczęłam od tego wszystkiego. Nawet makijaż mam taki sam jak zawsze – odpowiedziała.

Możliwe, że wcześniej nie widziałem takich rzeczy. Być może byłem tak zapatrzony w siebie, zabawę i imprezy, że nie dostrzegałem, jaki skarb mam obok? Nie, to niemożliwe. Coś zmieniło się w jej zachowaniu, gestach, słowach. Nie chciałem nawet podejrzewać, że chodzi o innego mężczyznę, ale też nie miałem zamiaru o to wypytywać. Tego dnia również byłem w dobrej formie. Zoya chyba to zauważyła. Kiedy robiłem nam kawę, widziałem, że zerka na mnie ukradkiem, może z lekkim zdziwieniem. Nigdy nie umiałem dobrze odgadywać kobiecych intencji i emocji – musiałem mieć je podane na tacy i nazwane po imieniu.

– To jak żyjesz? – zapytała. – Całkiem nieźle wyglądasz. Biorąc pod uwagę tryb życia, jaki ostatnio prowadziłeś, muszę przyznać, że jestem mile zaskoczona.

– To chwilowe. – Popatrzyłem na nią i zaśmiałem się smutno.

– Ach, no tak. Chwilowy przebłysk? – spytała i wzięła ode mnie kubek z kawą.

Nasze oczy spotkały się na moment, ale zaraz odwróciłem wzrok. Nie wiedzieć czemu czułem zmieszanie. Znaliśmy się tyle lat, a w tej chwili byliśmy sobą speszeni. Postanowiłem wrócić do pierwotnego planu i skrócić spotkanie do niezbędnego minimum.

– Spakowałem większość twoich rzeczy. Zostały same drobiazgi z sypialni i salonu – oznajmiłem między jednym a drugim łykiem. – W sypialni, za szafą, są mniejsze kartony, taśmę też zaraz znajdę… Powinna gdzieś tu jeszcze być…

– Dziękuję ci – odparła.

– Wydaje mi się, że nie masz za co. Spędziliśmy ze sobą kilka ładnych lat.

– Za to, że tego nie utrudniasz. I przede wszystkim za uszanowanie mojej decyzji. – Popatrzyła na mnie i z lekkim smutkiem dodała: – Benek, ja naprawdę nie byłam już w stanie tego znosić.

– A jeśli zobaczyłabyś we mnie zmianę? Co wtedy?

– To już nie do uratowania. Zamykam ten rozdział bez powrotu. Było wiele szans i ostrzeżeń, z których mogłeś skorzystać – odpowiedziała.

Rozumiałem ją doskonale. Wszystko zepsułem na własne życzenie. Możliwe, że nie nadawałem się do związku. Z moim trybem życia musiałbym chyba spotykać się ze świętą, żeby to zniosła. Po wypiciu kawy Zoya zaczęła pakować resztę drobiazgów, a ja znosiłem kartony na dół. W vanie, który stał pod blokiem, za kierownicą zobaczyłem postawnego bruneta. Nie znałem go. Czyli moje przeczucia mogły okazać się prawdziwe. Nie powinno mnie to dziwić – moja eks była atrakcyjną kobietą, miała prawo podobać się innym. Nie zmieniło to faktu, że poczułem ukłucie dziwnego żalu. Pierwszy raz pojawiło się u mnie to uczucie – jak się miało okazać, nie zamierzało mnie szybko opuścić.

Kiedy zniosłem wszystkie rzeczy, znów spojrzałem na Zoyę i postanowiłem ją przytulić. Ten ostatni raz. Był to inny rodzaj bliskości niż ten, który towarzyszył nam przez ostatnie lata. Żegnaliśmy się – na smutno, ale spokojnie. Nie powtarzałem, że wciąż ją kocham. Widziałem w jej oczach, że ona to wie. Nic by to już nie zmieniło. Coś się kończyło. Jakiś etap w moim życiu także – nie byłem jednak pewien, czy tylko ten dotyczący jej i naszego związku, czy jeszcze jakiś inny.

– Do zobaczenia. Mam nadzieję, że jeśli wyjdę na prostą, będziemy mogli chociaż raz na jakiś czas wypić razem kawę – powiedziałem.

Zoya spojrzała na mnie, znów mnie uścisnęła, życzyła powodzenia i zniknęła na schodach. Ja natomiast odczekałem piętnaście minut, chwyciłem kluczyki od Hondy i postanowiłem pojechać najpierw do Remka, a potem tam, gdzie mnie oczy poniosą.

Kiedy stanąłem przed domem kumpla, zmieniłem zdanie. Nie chciałem być z nikim. Potrzebowałem wyłącznie własnego towarzystwa. Pojechałem nad rzekę z butelką wódki i blantem w kieszeni. Czy miałem wtedy w głowie, jakie mogą być tego konsekwencje? Absolutnie. Nie obchodziło mnie nic oprócz mojego wewnętrznego żalu – do świata i do siebie samego. Patrzyłem na zachodzące nad Wisłą słońce i żałowałem, że oglądam taki piękny widok sam. Myśli miałem tysiące i nie potrafiłem ich poukładać. Niektórzy takie stany uciszają medytacją albo modlitwą. Ja nie szukałem pocieszenia w kościele – szukałem go w butelce.

Kiedy wszystko wysączyłem, ponownie wsiadłem na motocykl. Szło mi dość opornie, ale czułem się jeszcze w miarę stabilnie. Zajechałem do sklepu po kolejną butelkę. Wychyliłem kilka łyków i ruszyłem dalej. Pędząc zbyt szybko, straciłem panowanie nad maszyną – opony Hondy puściły. Próbowałem ją wyprostować, ale było już za późno. Uderzyłem w pobocze, a ona pokoziołkowała kawałek dalej niczym zabawka; ja poleciałem w przeciwną stronę. Siła wyrzutu oderwała mnie na kilka metrów i rzuciła z impetem o ziemię. Usłyszałem jeszcze pisk hamującego samochodu i wołanie o pomoc. Krzątanina wokół nie ustawała, ale do mnie docierało już niewiele. Rzuciłem okiem na niebo pełne gwiazd i zamknąłem oczy. Pochłonęła mnie ciemność, a po niej przyszła wszechogarniająca światłość. No i te drzwi. Wiedziałem, że muszę je otworzyć…

Nie spodziewałem się, że tak to wszystko się zakończy, a może raczej: że zacznie się od nowa?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij