Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Idealny kłamca - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 marca 2026
3647 pkt
punktów Virtualo

Idealny kłamca - ebook

W ciemnym, ponurym domu panują określone reguły. Od pół roku Patrycja Majewska stosuje się do zasad wymyślonych przez męża, ale z dnia na dzień i ona, i ich syn mają coraz mniej sił, by wypełniać dziwne obowiązki. Kobieta wie jednak, że nie może uciec, dopóki nie ukończy swojego planu zemsty.

Kiedy pewnej burzowej nocy w ich domu pojawia się niespodziewany gość, dotychczasowa okrutna codzienność przeradza się w coś znacznie gorszego. Na jaw wychodzą kolejne sekrety Igora Majewskiego, bluszczowy dom wciąga w coraz głębszą otchłań, a jego korytarze prowadzą do przerażającego odkrycia.

Co takiego skrywa wnętrze opuszczonej posiadłości? Czy tajemniczy gość faktycznie jest tym, za kogo się podaje? A może są pewne sekrety, których nie warto poznawać?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9789180768559
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Pro­log

Zboże tego lata było wy­jąt­kowo uro­dzajne, ale tym ra­zem kłosy nie po­ru­szały się na wie­trze, trą­cane de­li­kat­nie jego po­dmu­chem, lecz szu­miały w moim umy­śle zło­wrogo, jakby już wie­działy, co się sta­nie. Pięć mi­nut póź­niej ja też mia­łam się do­wie­dzieć. Pró­bo­wa­łam ucie­kać, ale wy­nisz­czone w ostat­nich mie­sią­cach ciało, brak od­po­wied­niej ilo­ści wody i okrutna spie­kota spra­wiły, że nogi od­ma­wiały mi po­słu­szeń­stwa, choć umysł na­ma­wiał do ko­lej­nego wy­siłku. Opar­łam się o mur i od­wró­ci­łam do tyłu. Czu­łam, jak wszystko przede mną wi­ruje, jak po­stać męż­czy­zny roz­mywa się, a w oczach mo­men­tami dwoi się i troi. Bła­ga­łam w my­ślach, by­leby tylko ze­mdleć i nic nie czuć.

Ostat­kiem sił pró­bo­wa­łam krzyk­nąć, choć był to ra­czej krzyk w głu­chą prze­strzeń, do sie­bie, bo w pro­mie­niu dwu­dzie­stu ki­lo­me­trów – oprócz nas – nie było ży­wego du­cha. Ale mu­sia­łam to zro­bić; jak ina­czej dać ży­ciu znak, że nie po­winno się koń­czyć w ten spo­sób?

Kłosy znów po­ru­szyły się zło­wrogo, do­sko­nale wi­dzia­łam ich złoty ko­lor i przy­po­mnia­łam so­bie, jak kie­dyś, dawno temu, lu­bi­łam tu z nim przy­cho­dzić. Ra­zem ob­ser­wo­wa­li­śmy, jak doj­rze­wają w słońcu i snu­li­śmy plany na przy­szłość, która ry­so­wała się w ja­snych bar­wach. Te­raz ta myśl była tak wy­raźna, tak uchwytna, jakby to było wczo­raj, ale gdy zbli­żył się do mnie na wy­cią­gnię­cie ręki, czar prysł. Mia­łam wra­że­nie, że całe pole wy­glą­dało na ob­lane czer­woną farbą jesz­cze na mo­ment przed tym, jak nóż wy­lą­do­wał na­gle w moim brzu­chu. Zimne sta­lowe oczy męż­czy­zny przede mną na­peł­niły się prze­ra­że­niem, jakby zdał so­bie sprawę, że to, co zro­bił, jest nie­od­wra­calne i po­ciąga za sobą ko­lejne na­stęp­stwo.

Ja też o tym wie­dzia­łam. Bę­dzie mu­siał mnie za­bić. Od­dy­cha­łam więc płytko, krótko, by­leby nie zwie­lo­krot­niać bólu, a on – za­miast ująć mnie w ra­miona i za­cząć prze­pra­szać – ska­zał na ko­lejne cier­pie­nie. Wy­jął nóż i wbił w brzuch raz jesz­cze, tym ra­zem niemo bła­ga­jąc o wy­ba­cze­nie. Ostrze było ni­czym z ka­mie­nia. Zimne, nie­przy­jemne. Za­czę­łam krzy­czeć, ale szybko za­tkał mi usta. Resztki iskie­rek, które za­zwy­czaj mia­łam w oczach, znik­nęły, gdy osu­nę­łam się wzdłuż muru, szep­cząc bez­gło­śnie w stronę kło­sów. Upa­dłam na su­chą zie­mię, włosy w ko­lo­rze doj­rza­łej psze­nicy roz­sy­pały się nie­mal wszę­dzie, a z ust wy­le­ciała ślina. Za­nim za­mknę­łam po­wieki, do­strze­głam, jak po­chyla się nade mną ktoś jesz­cze. Czyjś but trą­cał mnie, jak­bym była rze­czą, ale krzyki, które sły­sza­łam, gdy bie­głam przed sie­bie, te­raz uci­chły. Nikt ich już nie po­trze­bo­wał, skoro wszystko zo­stało prze­są­dzone. Wolno za­mknę­łam po­wieki. Jesz­cze przez chwilę prze­su­wały się pod nimi cie­nie już nie lu­dzi, a po­two­rów, które tylko spraw­dzały, gdzie tym ra­zem wbić nóż. Było co­raz trud­niej usły­szeć głosy i zro­zu­mieć, co tak na­prawdę się stało. Po­woli, po­wo­lutku od­pły­wa­łam, a oni zro­bili to, co było na­tu­ral­nym na­stęp­stwem – spraw­dzili, czy na pewno prze­sta­łam od­dy­chać. Po­czu­łam mie­sza­ninę wody ko­loń­skiej i potu.

Dasz radę. Rusz się. Mu­sisz żyć. Spró­buj…

Prze­su­nę­łam ręką po su­chej ziemi, pró­bo­wa­łam wy­ma­cać co­kol­wiek, co po­zwo­li­łoby mi na ja­ką­kol­wiek obronę, ale nic ta­kiego nie od­na­la­złam.

– Nie­długo się wy­krwawi – usły­sza­łam. – Zo­staw już!

– Trzeba ją do­bić, te­raz! Ty pie­przony idioto. Co zro­bi­łeś?

– Ja? Ja zro­bi­łem?! – Krzyk roz­no­sił się co­raz da­lej i da­lej, a ja po­czu­łam to samo ostrze co wcze­śniej. Serce przy­spie­szyło, a po­tem jakby prze­sta­łam je sły­szeć.

Tik-tak. Tik-tak.

W końcu na­de­szło naj­trud­niej­sze – po­go­dze­nie się z lo­sem i nie­udaną próbą ucieczki. Po­go­dze­nie się z tym, że ulo­ko­wa­łam uczu­cia w nie­wła­ści­wej oso­bie i że mi­łość wcale nie koń­czy się ma­gicz­nym „żyli długo i szczę­śli­wie”.

Kłosy szu­miały już tylko le­ciutko, a błę­kitny bez­kres roz­ta­czał się wszę­dzie, jakby ni­gdy nic się tu nie wy­da­rzyło. Nie udało się, choć tak bar­dzo pra­gnę­łam żyć. Po tylu mie­sią­cach bez słońca roz­pacz­li­wie po­trze­bo­wa­łam na­pa­wać się jego bla­skiem.

Tik-tak.

– Co zro­bi­łeś? Co… my, kurwa, zro­bi­li­śmy?

– Nic. Ro­zu­miesz? Nie było tego!Roz­dział 1

An­tek

Wolno wsta­łem z ka­napy. Dziś by­łem bar­dziej znu­dzony niż zwy­kle, bo tata wy­szedł i scho­wał pi­lota do te­le­wi­zora w ra­mach kary za to, że wczo­raj nie od­mó­wi­łem mo­dli­twy za ko­lejny do­bry dzień. Wciąż ka­zał mi się tylko mo­dlić. Za Szy­mona, Pawła, mamę i za niego. Za mnie po­dobno mo­dlili się inni, bo je­śli zro­bił­bym to sam, wtedy mo­dli­twa mo­głaby oka­zać się nie­sku­teczna. Ja i tak tro­chę oszu­ki­wa­łem, bo za­zwy­czaj mó­wi­łem Bogu tylko to, co chcia­łem do­stać. Nie lu­bi­łem się mo­dlić za mo­ich braci, bo to mię­dzy in­nymi przez nich zna­la­złem się w tym opusz­czo­nym domu. Wiem, że gdyby tu byli, tata da­lej byłby taki sam jak wcze­śniej, a te­raz zu­peł­nie zwa­rio­wał od tej swo­jej mo­dli­twy i by­cia po­boż­nym. Mó­wił, że mu­simy od­po­ku­to­wać za grze­chy braci, które do­tknęły na­szą ro­dzinę. Nie zga­dza­łem się z tym. Dla­czego mamy od­po­wia­dać za czy­jeś uczynki? Czy Szy­mon i Pa­weł nie mo­gli zro­bić tego sami? Chciał­bym, żeby było jak daw­niej, kiedy miesz­ka­li­śmy w piątkę w na­szym domku w gó­rach, z któ­rego mia­łem wi­dok na oko­liczne szczyty. Tu nie było żad­nego przy­jem­nego wi­doku. Zu­peł­nie nic, tylko ja­kieś pola i krzaki, gdzie nie można na­wet w spo­koju po­ko­pać piłką. Wszystko miało taki brudny zie­lony ko­lor jak w woj­sku, je­dy­nie ko­lo­rowe fi­gurki świę­tych i ob­razki usta­wione na każ­dym z pa­ra­pe­tów prze­ła­my­wały tę mo­no­to­nię.

Od lo­dówki do sto­jaka z no­żami było dwa i pół kroku, a od niego do ko­mórki, w któ­rej mama trzy­mała za­pasy sło­ików i cza­sami no­co­wała, trzy duże. Mój świat krę­cił się wo­kół kro­ków i liczb, bo to po­zwa­lało na mo­ment ode­gnać my­śli od tego, co stało się kilka mie­sięcy temu i co trwa do dziś. Ale po ko­lei…

Mój pierw­szy brat, Pa­weł, miał szes­na­ście lat, kiedy wy­pro­wa­dził się z na­szego domu. Tata mó­wił, że jest nie­wdzięcz­ni­kiem, bo wszedł na ha­niebną drogę i sprze­daje się ja­kimś bo­ga­tym fa­ce­tom za pie­nią­dze. Mó­wił też, że trzeba się za niego żar­li­wie mo­dlić, żeby czas go tro­chę zmie­nił i spro­wa­dził znowu na ścieżkę nor­mal­no­ści. Nie wie­rzy­łem, że to się kie­dy­kol­wiek sta­nie, bo tyle lat już go nie było, tyle mo­dlitw od­mó­wi­li­śmy i wszystko na nic, więc chyba do­brze mu w ta­kiej sy­tu­acji.

Mój drugi brat, Szy­mon, to prze­ci­wień­stwo pierw­szego. Do­bry, cno­tliwy za­kon­nik. Wstą­pił tam po ukoń­cze­niu dzie­więt­na­stu lat. Mama i tata nie od­wie­dzali go, bo po­dobno nie można. Nie­wiele z tego ro­zu­mia­łem, ale mó­wili coś o obo­wią­zu­ją­cym ry­go­rze i za­mknię­ciu. Wie­dzia­łem tylko, że nie mają te­le­wi­zo­rów, ta­ble­tów, sło­dy­czy, te­le­fo­nów ani ogól­nie ni­czego, co mo­głoby być uwa­żane za nie­po­trzebne. A prze­cież pa­mię­ta­łem, jak Szy­mon wy­pi­jał li­trami colę i grał w gry na kom­pu­te­rze. Na po­czątku my­śla­łem, że to ja­kiś ka­wał, kiedy tata po­wie­dział mi, że brat nie bę­dzie z nami miesz­kał, bo musi się prze­pro­wa­dzić do ja­kie­goś klasz­toru. Pę­ka­łem ze śmie­chu, ale Szy­mo­nowi wcale nie było we­soło, jakby coś się w nim zmie­niło; prze­stał się wy­głu­piać i rze­czy­wi­ście po­twier­dził słowa ro­dzi­ców. Tro­chę szkoda, bo te­raz nie mieli tam nic – oprócz swo­ich czy­stych su­mień i co­dzien­nych mszy albo mo­dlitw. Z tego względu za niego pa­cierz też od­ma­wia­łem rzadko, bo prze­cież i tak miał tego nad­miar. Ale oczy­wi­ście ta­cie mó­wi­łem, że obu wspo­mi­nam w mo­dli­twie.

On na­dal ich ko­chał, choć to ja od za­wsze by­łem jego ulu­bio­nym sy­nem. Mia­łem czy­stą kartę, a on wciąż żył na­dzieją, że nie pójdę w ślady braci. Nie zro­bi­łem tego i na pewno nie zro­bię, bo nie in­te­re­sują mnie chłopcy, a mo­dli­twy mam już tyle, że wszystko mi się prze­le­wało. Nie zniósł­bym wię­cej. Cza­sem za­sta­na­wia­łem się tylko, dla­czego tak dużo jej po­trze­bo­wa­li­śmy.

Jest jesz­cze mama, Pa­try­cja. Od za­wsze pra­co­wała w bi­blio­tece i ota­czała się sto­sem ksią­żek. Od­kąd pa­mię­tam, no­siła wiel­kie, kan­cia­ste oku­lary i za­wsze miała zwią­zane włosy. Była ładna, bo ani szczer­bata, ani wy­chu­dzona, tylko wciąż taka za­my­ślona, jakby świat wo­kół niej nie ist­niał. Te­raz roz­my­ślała czę­ściej niż wtedy, gdy miesz­ka­li­śmy w domu w gó­rach. Cza­sem na­wet mnie to prze­ra­żało, bo za­nim od­po­wie­działa na py­ta­nie, mi­jały dłu­gie mi­nuty. Kie­dyś była tro­chę we­sel­sza, ale my­ślę, że tak jak ja nie lu­biła tego domu; bra­ko­wało jej gór­skiego po­wie­trza i po­przed­niej pracy. Co­raz czę­ściej prze­by­wała w ko­mórce, co­raz dłu­żej tam spała. Wie­lo­krot­nie przy­ła­pa­łem ją na tym, jak rano wy­śli­zgi­wała się po ci­chu spo­mię­dzy pó­łek. Kiedy mnie zo­ba­czyła, uda­wała, że do­piero tam we­szła, ale ja zna­łem prawdę. Całe szczę­ście, że sło­iki nie za­wa­liły się na nią. Od­kąd prze­nie­śli­śmy się do blusz­czo­wego domu, była taka zmę­czona. Zda­rzało się, że za­sy­piała też przy stole, na ka­na­pie, bo w ko­mórce mu­siało być jej bar­dzo nie­wy­god­nie.

Mama była tro­chę mniej wy­ma­ga­jąca niż tata, sama cza­sem za­po­mi­nała o mo­dli­twie. Pa­mię­tam, jak kie­dyś przed pój­ściem spać nie wzięła ksią­żeczki, nie od­mó­wiła także dzie­siątki ró­żańca, nie po­ca­ło­wała na­wet świę­tej fi­gurki i nie prze­że­gnała się przed ob­raz­kiem. Tata się wku­rzył. Nie do­stała la­nia jak ja, bo była na to za duża, ale tata wciąż krzy­czał, że nie można o tym za­po­mi­nać. Że je­ste­śmy już na do­brej dro­dze, aby w końcu oczy­ścić się z grze­chów i za­cząć jesz­cze raz. Nie ro­zu­mia­łem, co to do­kład­nie zna­czy, ale kiedy ko­lej­nego wie­czoru mama klę­czała zwró­cona twa­rzą do ob­razu, a pod jej ko­la­nami były ziarna gro­chu, zda­łem so­bie sprawę, że trzeba prze­strze­gać tych za­sad. Pil­no­wa­łem póź­niej, żeby ni­gdy nie za­po­mnieć o wie­czor­nej mo­dli­twie, bo tak dłu­gie klę­cze­nie wy­da­wało mi się mało przy­jemne.

Ach, był­bym za­po­mniał. Była jesz­cze moja sio­strzyczka, Gaja. Miesz­kała z nami przez dwa ty­go­dnie i wtedy czu­łem się tro­chę mniej sa­motny, ale od­kąd mu­siała znik­nąć, znów by­łem sam.

Ja i moje kroki.

***

Wy­glą­da­łem przez okno, kiedy tata przy­ci­nał ga­łę­zie na wy­so­kich krze­wach. Dom nie­mal z każ­dej strony po­ro­śnięty był blusz­czem. Z drogi nie spo­sób było od­na­leźć wej­ścia do niego, jak w tej bajce o Śpią­cej Kró­lew­nie, któ­rej za­mek przez sto lat zdą­żył po­ro­snąć krze­wami.

Tata miał dłu­gie no­życe, które zręcz­nie ści­nały ga­łę­zie. Lu­bi­łem pa­trzeć, jak to robi, ob­ser­wo­wać jego siłę i spa­da­jące li­ście, które wi­ro­wały na wie­trze. Znaj­do­wał się pew­nie w od­le­gło­ści nie więk­szej niż dwa­dzie­ścia kro­ków od okna, ale nie mo­głem do niego wyjść, bo dziś znów zo­sta­łem uka­rany. Spę­dza­łem czas w domu przez tę głu­pią mo­dli­twę, o któ­rej za­po­mnia­łem. Te nowe za­sady były dziwne, nie lu­bi­łem ich, wo­la­łem te, które były wcze­śniej – nikt nie mu­siał mo­dlić się aż tyle, usta­wiać ob­ra­zów i fi­gu­rek. Wy­star­czyło po­wie­dzieć kilka słów przed snem i mama była za­do­wo­lona, a tata to na­wet o to nie py­tał. Te­raz rzadko kiedy cho­dził uśmiech­nięty. Cho­ciaż my­ślę, że mo­dli­li­śmy się wię­cej niż nie­jedna ro­dzina i tak na­prawdę wię­cej niż kto­kol­wiek w ciągu ostat­nich lat. Ale jego nic nie cie­szyło, wciąż był po­nury, miał dziwną minę, zu­peł­nie inną od tej, którą wi­dy­wa­łem na jego twa­rzy, gdy miesz­ka­li­śmy w gó­rach. Tam by­li­śmy szczę­śliwi. A tu, na od­lu­dziu, w blusz­czo­wym domku, ni­komu się nie po­do­bało.

– To tylko tak na ra­zie – mó­wił tata, kiedy pew­nego let­niego wie­czoru pa­ko­wa­li­śmy wa­lizki do du­żego sa­mo­chodu.

– Ale ja nie chcę wy­jeż­dżać! Nie chcę zo­sta­wiać na­szego domu! – krzy­cza­łem i tu­pa­łem jak małe dziecko, cho­ciaż skoń­czy­łem już czter­na­ście lat.

Mimo to tata nie zgo­dził się, że­by­śmy zo­stali. Pa­mię­tam, że po­bie­głem wtedy do mamy i pró­bo­wa­łem ją prze­ko­nać, na­wet tro­chę pła­ka­łem, bo to za­wsze na nią dzia­łało. Ona jed­nak sie­działa z ka­mienną twa­rzą, zwró­cona do okna, i po­wta­rzała, że tak bę­dzie le­piej. Ale jak może być le­piej, kiedy zo­sta­wiasz dom, ko­le­gów, wszystko, co ko­chasz, i wy­jeż­dżasz gdzieś, gdzie nie znasz ni­kogo? Zmiany wcale nie są do­bre. Nie dla nas. Może dla do­ro­słych, któ­rzy czę­sto po­wta­rzają, że za­czy­nają ży­cie od nowa, bo roz­padł im się zwią­zek albo zwol­niono ich z pracy. Ja nie chcia­łem za­czy­nać ni­czego od nowa.

– Mamo, ale dla­czego nie mo­żemy zo­stać tu­taj? Prze­cież do­piero co re­mon­to­wa­li­śmy po­kój Gai, ten dom jest taki piękny, taki duży! Ma­cie ja­kieś kło­poty?

– Nie bra­kuje nam pie­nię­dzy, Toni, je­śli o to py­tasz – od­po­wie­działa su­cho.

Za­wsze na­zy­wała mnie tak piesz­czo­tli­wie, bo twier­dziła, że to pa­suje do mnie bar­dziej niż zwy­kłe „An­tek”, ale lu­bi­łem to. Czu­łem się wtedy wy­róż­niony, bo Pa­weł i Szy­mon nie mieli ani ta­kich zdrob­nień, ani wzglę­dów u mamy.

Zmarszczka na jej czole się uwy­dat­niła. Wciąż pa­trzyła przez okno na gór­skie szczyty po­lane bia­łym pu­chem.

– Mamy pie­nią­dze. Dużo pie­nię­dzy.

– To dla­czego mu­simy wy­je­chać?

– Nie zro­zu­miesz.

– Skąd wiesz?

– Toni!

– Chyba mam prawo wie­dzieć? – na­le­ga­łem.

– Cza­sem trzeba po­dej­mo­wać pewne de­cy­zje, na­wet je­śli się tego nie chce. Skar­bie, nie martw się, przy­zwy­cza­isz się do no­wego miej­sca. Tata mó­wił, że tam jest tro­chę inny kli­mat, cie­plej, niż­sze ci­śnie­nie, dużo drzew. – Przy­gar­nęła mnie do sie­bie i po­gła­skała po gło­wie jak małe dziecko.

– Czy to, co mó­wił tata, to prawda? Od­zy­skamy Gaję?

Mama wciąż wpa­try­wała się w okno, nie­ru­choma, blada. Czu­łem jed­nak, że po tym py­ta­niu in­ten­syw­ność jej piesz­czoty stała się wy­raź­niej­sza. Od­su­ną­łem się lekko i po­pa­trzy­łem w jej nie­bie­skie oczy, które w po­łą­cze­niu z czar­nymi wło­sami dziś wy­glą­dały upior­nie.

– Gaja bę­dzie znowu z nami?

– Nie wiem. Je­śli tata tak mó­wił, to może coś w tym jest.

– A Pa­weł? Szy­mon? Oni wszy­scy zo­staną tu? Wła­ści­wie do­kąd je­dziemy?

– Gdzieś da­lej, chyba za mia­sto. Tam bę­dzie tro­chę spo­koj­niej. Szy­mon nie może opusz­czać za­konu, te­raz tam jest jego dom, a Pa­weł, cóż… My­ślę, że woli swoje miesz­ka­nie, poza tym tata nie zgo­dziłby się, żeby miesz­kał tu­taj, kiedy… kiedy…

– Kiedy wciąż robi te brzyd­kie rze­czy, tak? Ale prze­cież mó­wi­łaś, że nie bra­kuje nam pie­nię­dzy, nie mo­gła­byś dać ich Paw­łowi, żeby nie mu­siał jeź­dzić do tych fa­ce­tów?

Mama wes­tchnęła. Po­tarła ręką o rękę i wi­dzia­łem, że od­po­wiedź przy­cho­dzi jej z tru­dem.

– On nie weź­mie na­szych pie­nię­dzy, ko­cha­nie. Ale to za­wsze bę­dzie jego dom, więc je­śli ze­chce, może do niego wró­cić. Szy­mon oczy­wi­ście też. Nie sprze­da­jemy go, po pro­stu na ra­zie mu­simy się prze­pro­wa­dzić, pewne zmiany są nie­unik­nione.

– Ale wró­cimy tu nie­długo? To coś ta­kiego jak dłu­gie wa­ka­cje? – Otwo­rzy­łem sze­roko oczy, bo wciąż nie­wiele ro­zu­mia­łem. Zwłasz­cza że jesz­cze mie­siąc temu tata la­tał jak sza­lony i prze­bu­do­wy­wał po­łowę domu, żeby Gai było wy­god­nie.

Biedna mała Gaja, mó­wiła mama, kiedy znik­nęła. Głu­pia Gaja, pod­po­wia­dał głos w mo­jej gło­wie. To przez nią wszystko się ze­psuło, te­raz mu­sie­li­śmy je­chać gdzieś, gdzie nikt nas nie zna. Może nie­po­trzeb­nie py­ta­łem o to, czy do nas wróci, bo mama znów tak strasz­nie po­smut­niała? Choć by­łem już duży i rzadko kiedy się wzru­sza­łem, pa­mię­tam, że pła­ka­łem przez po­łowę drogi do no­wego miej­sca, i wy­da­wało mi się, że ma­mie też było smutno i źle. Sie­działa mil­cząca, tylko tata cią­gle mó­wił i mó­wił o no­wym domu, o pew­nych zmia­nach, ja­kie miały na­dejść, o za­sa­dach, mo­dli­twie.

– …tam bę­dziemy bez­piecz­niejsi, zmiany są bar­dzo po­trzebne, bo w gó­rach nie za­zna­li­by­śmy już szczę­ścia. Lu­dzie nie dają nam zu­peł­nie żyć, uwzięli się na nas okrop­nie. Ostat­nie dni były bar­dzo cięż­kie, ale uda się to wszystko od­bu­do­wać i prze­pro­sić Boga za prze­szłe krzywdy. Prawda, ko­cha­nie?

– Co? – Mama wy­rwała się z za­my­śle­nia. – A, tak. Zmiany, zmiany. Na pewno bę­dzie wspa­niale.

– Czy lu­dzie są dla nas nie­do­brzy przez Pawła? Czy to dla­tego, że Gaja mu­siała znik­nąć, tato? Wi­dzia­łem te na­pisy na bra­mie. My­ślą, że coś jej zro­bi­li­śmy? – za­py­ta­łem, kiedy za­trzy­ma­li­śmy się na jed­nej ze sta­cji, żeby zjeść hot dogi i na­peł­nić bak.

Lu­bi­łem ją, cho­ciaż była taka po­marsz­czona i pisz­cząca, bar­dzo ją lu­bi­łem. Ale te­raz jej nie lu­bię, bo my­ślę, że gdyby była da­lej z nami, ni­g­dzie by­śmy nie mu­sieli wy­jeż­dżać. Nikt nie rzu­całby tymi ka­mie­niami w okno i nie ry­so­wał po na­szych ścia­nach dziw­nych cza­szek.

Sły­sza­łem wtedy, jak mama ci­cho za­łkała, a po­tem za­tkała ręką usta.

– Igor, Igor, zrób coś, bo ja w ten spo­sób nie mogę. Nie dam rady. Po­wiedz mu, po­wiedz, że to nie my!

– Toni, weź głę­boki od­dech i opa­nuj się, bo twoja hi­ste­ria w ni­czym nie po­może. Pa­mię­taj: je­ste­śmy do­brzy. A Gaja wróci. Je­śli bę­dziemy długo i żar­li­wie się mo­dlić i kiedy tylko mama doj­dzie do sie­bie, kiedy wszy­scy się tro­chę po­zbie­ramy, ona wróci. Obie­cuję ci to, synu.

Przez całą drogę nie po­ru­sza­li­śmy już tego te­matu, ale ja wciąż za­sta­na­wia­łem się, kiedy na­stąpi ten mo­ment, w któ­rym Gaja znów bę­dzie z nami, i czy wtedy my też wró­cimy do domu. Nie wi­dzia­łem jesz­cze miej­sca, w któ­rym mie­li­śmy za­miesz­kać, ale czu­łem, że bę­dzie dużo gor­sze niż po­przed­nie.

Kiedy do­je­cha­li­śmy do celu i tata po­wie­dział, że to tu­taj, a po­tem uśmiech­nął się nie­mrawo, znie­ru­cho­mia­łem. Tuż przed nami była pustka. Drzewa, po­roz­rzu­cane ga­łę­zie, ja­kaś ru­dera i opusz­czone fa­bryki albo coś po­dob­nego do nich. W każ­dym ra­zie wiel­kie i brzyd­kie. To nie było to, o czym my­śla­łem. To nie był dom. To na pewno nie mógł być nasz dom.

Ale kilka mi­nut póź­niej, kiedy tata za­niósł tam wa­lizki, moja na­dzieja pry­sła.

– Wcho­dzi­cie? Trzeba prze­cież się roz­pa­ko­wać – rzu­cił, gdy wy­szedł po ko­lejną z to­reb. Nie mo­głem ode­rwać wzroku od jego ka­mien­nej twa­rzy, jakby zu­peł­nie nie wpły­nęło na niego to miej­sce, do któ­rego nas przy­wiózł.

– Je­steś pewny, że to tu­taj? – za­gad­nęła ci­cho mama, a on je­dy­nie kiw­nął głową i ko­lejny raz wy­mi­nął ją w dro­dze po ba­gaże.

A więc nie mia­łem już złu­dzeń. To miał być nasz nowy dom. Na szczę­ście tym­cza­sowy. Prze­cież nie mo­gli­śmy miesz­kać w ta­kim miej­scu przez dłuż­szy czas, prawda

***

Dni mi­jały, a my wciąż po­zo­sta­wa­li­śmy na od­lu­dziu. Wła­śnie dziś mi­nęło pół roku, od­kąd tata przy­wiózł nas do blusz­czo­wego domku. Gaja jesz­cze nie wró­ciła, a mama ro­biła się co­raz bled­sza. Uśmie­chała się tylko wtedy, gdy wy­jeż­dżała do pracy, ale gdy wra­cała, znów na twa­rzy po­ja­wiał się tylko po­nury gry­mas. Poza tym schu­dła. Su­kienki wi­siały na niej jak na wie­sza­kach, a długi war­kocz fran­cu­ski, który za­wsze za­pla­tała, był już tylko my­sim ogon­kiem. Je­dy­nie ga­łę­zie wo­kół domu i ostre li­ście ro­sły jak sza­lone.

Ode­tchną­łem głę­boko i znów sku­pi­łem wzrok na wi­doku za oknem. Tata pod­niósł se­ka­tor do góry i wy­ko­nał kilka szyb­kich ru­chów. Uśmiech­nął się do mnie, mimo że jesz­cze dwie go­dziny temu krzy­czał, że je­stem nie­wdzięcz­nym i ze­psu­tym dziec­kiem. Oczy­wi­ście od­wza­jem­ni­łem uśmiech, bo nie chcia­łem się znowu na­ra­żać, i wzią­łem do ręki pierw­szą lep­szą książkę. Czas w tym miej­scu pły­nął wol­niej niż gdzie­kol­wiek. Wy­cze­ki­wa­łem wie­czoru, a póź­niej po­ranka, by­leby tylko urwać się stąd na kilka go­dzin i po­być z ko­le­gami. Przez parę chwil po­żyć ich ży­ciem i opo­wie­ściami o nor­mal­nym domu bez za­sad, kar i blusz­czu, który za­ci­skał się wo­kół bu­dynku.

A z dnia na dzień co­raz bar­dziej także wo­kół nas sa­mych. Mia­łem dość. Sześć dłu­gich mie­sięcy spra­wiło, że coś za­czy­nało się we mnie bun­to­wać. Po­trze­bo­wa­łem nor­mal­no­ści, a nie pa­mię­ta­łem już na­wet jej smaku. Od­rzu­ci­łem książkę i – mimo ko­lej­nego głu­piego za­kazu – ru­szy­łem do taty. Może je­śli spy­tam, czy mu po­móc, bę­dzie dla mnie mil­szy?

Otwo­rzy­łem drew­niane drzwi, które skrzy­piały jesz­cze bar­dziej, od­kąd się tu wpro­wa­dzi­li­śmy, i przedar­łem się przez za­słonę z blusz­czu. By­łem zły, że tata – za­miast przy­ci­nać to, co po­ra­sta dom – za­jął się je­dy­nie krze­wami. Dla­czego po­zwa­lał, by okna były prze­sło­nięte wła­śnie w ten spo­sób? Zro­bi­łem kilka kro­ków w jego stronę.

– Toni – zwró­cił się do mnie od razu, kiedy sta­ną­łem przy nim. Usta miał za­ci­śnięte, a jego twarz na­wet i tym ra­zem nie wy­ra­żała żad­nych emo­cji. – Mia­łeś zo­stać w domu i czy­tać książkę.

– Chcę ci po­móc – od­po­wie­dzia­łem pew­nie, ale on uniósł je­dy­nie brew i odło­żył na mo­ment se­ka­tor.

– Masz po­ję­cie, synu, że w tym domu obo­wią­zują pewne za­sady? Że od­kąd wy­pro­wa­dzi­li­śmy się z Biesz­czad, sta­ramy się żyć we­dług okre­ślo­nych re­guł?

– Tak, ale… – za­czą­łem, choć wie­dzia­łem, że nie da mi dojść do głosu.

– Mo­dli­twa o prze­ba­cze­nie. To jest te­raz prio­ry­tet, więc je­śli nie po­tra­fisz speł­nić choć tej jed­nej rze­czy, to w jaki spo­sób chcesz mi po­móc?

Wy­glą­dał na wku­rzo­nego, choć wi­dzia­łem, że jesz­cze się ha­mo­wał, na pewno chciał po­wie­dzieć coś moc­niej­szego. Wziął do ręki se­ka­tor i znów uniósł do góry, tym ra­zem wy­ko­nu­jąc szybki ruch. Ga­łę­zie opa­dły z trza­skiem na zie­mię, a w niego wstą­pił ja­kiś dziwny szał, bo ciął raz po raz, nie zwra­ca­jąc uwagi na mnie ani na to, że ostrze nie daje już rady.

– Tato…

– Idź do domu, Toni. Za­mknij się i po pro­stu wróć do ksią­żek, bo nie chcę słu­chać już tych two­ich głu­pich wy­mó­wek. Mia­łeś do wy­ko­na­nia jedną rzecz – syk­nął i szybko otarł pot z czoła. – Uklęk­nąć i po­mo­dlić się, prze­pro­sić za wszyst­kie grze­chy na­szej ro­dziny. – Jego głos stał się do­no­śniej­szy, a od­dech wy­raź­nie przy­spie­szył. – Ale znów tego nie zro­bi­łeś. Do cho­lery, ro­bi­cie wszystko nie tak, psu­je­cie to, co so­bie za­pla­no­wa­łem. A ja wiem! – za­śmiał się zło­wiesz­czo. – Wiem, że je­śli wszystko po­szłoby zgod­nie z pla­nem, to za kilka dni, może ty­go­dni, mama za­szłaby w ciążę i wresz­cie prze­pro­wa­dzi­li­by­śmy się do in­nego miej­sca. Ale nie! – krzyk­nął i złą­czył se­ka­tor. – Nie mo­głeś wy­ko­nać pro­stego za­da­nia, za­wsze mu­sisz ro­bić coś na prze­kór!

Ode­tchną­łem głę­boko. Chcia­łem czuć gniew i bar­dzo sta­ra­łem się, by mój głos brzmiał pew­nie, ale on nie prze­sta­wał mó­wić i się na­krę­cać. Na­gle od­rzu­cił se­ka­tor i za­ci­snął ręce w pię­ści.

– Gdy­byś się po­słu­chał, gdy­by­ście wszy­scy ro­bili to, co do was na­leży, nie sta­łoby się nic złego! A te­raz jej nie ma i nic tego nie zmieni! Ty prze­klęty ba­cho­rze, je­steś tak samo nie­udolny jak twoi bra­cia. Ni­czego nie po­tra­fisz zro­bić do­brze!

Chry­ste. Co w niego wstą­piło? Pa­trzy­łem, jak z mi­nuty na mi­nutę sta­wał się co­raz bar­dziej czer­wony. Mia­łem wra­że­nie, że za chwilę mnie ude­rzy, a kiedy znów się­gnął po se­ka­tor, mo­men­tal­nie się uchy­li­łem. Spoj­rzał na mnie gniew­nym wzro­kiem i mach­nął je­dy­nie ręką.

– Ja też nie chcia­łem, żeby ode­szła – rzu­ci­łem. – Gdyby Gaja żyła, wszystko by­łoby do­brze.

– Gaja… – po­wtó­rzył. – Ona wróci. Mu­simy się tylko po­sta­rać, a moja có­reczka znów tu bę­dzie i tym ra­zem bę­dzie tak, jak na­leży. Tamto dziecko… było złe. Tak. Trzeba my­śleć w ten spo­sób – do­dał bez­gło­śnie i spoj­rzał gdzieś w dal. Otwo­rzy­łem sze­rzej oczy, a wiatr roz­wie­wał oka­la­jące dom li­ście blusz­czu.

– Jak to złe?

– Idź do domu – wark­nął.

– O czym ty mó­wisz?

– Idź do tego cho­ler­nego domu i nie wy­chodź, do­póki ci nie po­wiem! – krzyk­nął i wtedy cały mój mi­sterny plan, by jak naj­szyb­ciej dać mu do zro­zu­mie­nia, że za­sady, które wpro­wa­dził, i cała ta prze­pro­wadzka były błę­dem, spa­lił na pa­newce.

Wy­stra­szy­łem się. Tym ra­zem na­prawdę – wi­dzia­łem w jego oczach, że je­śli znów za­pro­te­stuję, zrobi coś gor­szego niż tylko krzyki i groźby, a tym ra­zem nie chcia­łem do­stać la­nia. W gło­wie jed­nak wciąż mia­łem jego słowa i ten pu­sty wzrok, któ­rym wpa­try­wał się w prze­strzeń. Dla­czego mó­wił, że Gaja była zła? Prze­cież… roz­pa­czał po niej tak samo jak mama, a może na­wet jesz­cze bar­dziej?Roz­dział 3

Pa­try­cja

Z ła­zienki sły­sza­łam, jak Toni znów wy­dziera się na Igora. Od ko­la­cji nie prze­szła mu złość na ojca. Za­wsze był taki wraż­liwy na ból, słowa in­nych, ale i na zmiany, które ostat­nio wciąż nas do­ty­kały. Igor tłu­ma­czył mu, że jego za­cho­wa­nie było nie­wła­ściwe i dla ni­kogo to nie jest ła­twa sy­tu­acja. Obie­cy­wał, że je­śli bar­dzo się po­sta­ramy, to wróci do ko­le­gów i daw­nej szkoły, ale te wi­zje sta­wały się co­raz bar­dziej od­le­głe. Po­woli prze­sta­wa­łam w nie wie­rzyć…

Ode­tchnę­łam głę­boko i po­pra­wi­łam ma­ki­jaż, bo zmy­cie go sta­wiało mnie od razu w gor­szym świe­tle. Igor uwa­żał, że skoro zdra­dzi­łam go, bę­dąc wy­ma­lo­waną „jak la­dacz­nica”, on też za­słu­gi­wał na to samo. Prze­su­nę­łam pędz­lem po po­liczku i roz­sma­ro­wa­łam na nim bron­zer, a po­tem szminką pod­kre­śli­łam pełne usta. Wciąż by­łam piękną ko­bietą, ale ostat­nie mie­siące spra­wiły, że moja cera po­sza­rzała, a pod oczami wid­niały cie­nie. Brzuch też nie wró­cił do formy sprzed po­rodu – za­mie­nił się w coś mięk­kiego, w po­duszkę, która z ła­two­ścią amor­ty­zo­wa­łaby ude­rze­nia. Dla­czego o tym po­my­śla­łam? Prze­cież Igor ni­gdy mnie nie ude­rzył. Na­wet wtedy, gdy do­wie­dział się o zdra­dzie, wy­star­czyła mu je­dy­nie słowna agre­sja. To na To­nim wy­ła­do­wy­wał swoją złość… Nie­mniej te dziwne my­śli gdzieś się we mnie za­gnieź­dziły.

Usia­dłam na brzegu wanny i ob­ser­wo­wa­łam swoje od­bi­cie w ma­łym lu­strze. Ła­zienka była je­dy­nym ład­nym miej­scem w tym domku. Miała piękną ar­ma­turę i czarne płytki, które – mimo wid­nie­ją­cego na nich ku­rzu – i tak da­wały olśnie­wa­jący efekt. Splo­tłam ręce i cze­ka­łam, aż Igor do­łą­czy do mnie. Ale choć rze­czy­wi­ście dziś by­łam w środku cy­klu i po­win­nam kwit­nąć, nie mia­łam żad­nej ochoty na seks.

Mia­łaś piękny dom, Pa­try­cjo.

Mia­łaś piękną có­reczkę, pracę ma­rzeń i przy­ja­ciół. Mo­żesz tam wró­cić, mo­żesz tam wró­cić, je­śli tylko bę­dziesz chciała. Po­sta­raj się.

Za­ci­snę­łam zęby. Pró­bo­wa­łam skie­ro­wać my­śli na inny tor, kiedy Igor po­ja­wił się w ła­zience ubrany je­dy­nie w ciemne spodnie. Gdyby zo­ba­czył go ktoś inny, uznałby, że jest nie tylko przy­stojny, ale i do­brze zbu­do­wany. Mimo swo­ich czter­dzie­stu dwóch lat wy­glą­dał wciąż tak do­brze jak kie­dyś. Dżin­sowe spodnie lekko zwi­sały – już po­zba­wione pa­ska. Na twa­rzy był wi­doczny kil­ku­dniowy za­rost. Gdyby nie to, co zro­bił… Może umia­ła­bym pa­trzeć na niego oczami in­nych ko­biet. Pró­bo­wa­łam, z ca­łych sił pró­bo­wa­łam wró­cić my­ślami do mo­mentu, gdy spło­dzi­li­śmy Pawła, Szy­mona czy To­niego. Na­wet w naj­bar­dziej na­mięt­nych chwi­lach mój mąż był czuły i de­li­katny, aż do… Nie. Nie chcia­łam o tym my­śleć.

Wró­ci­łam pa­mię­cią do okresu sprzed kil­ku­na­stu lat. Miesz­ka­li­śmy wszy­scy w piątkę w domu w gó­rach. Noc. Ciemno. Wino, ko­la­cja i my wpa­tru­jący się w niebo pełne gwiazd. Przez na­tłok wspo­mnień prze­bi­jał się szum wody. Spo­glą­da­łam na Igora, który pa­trzył na mnie z za­ciętą miną, ale po chwili zo­ba­czy­łam, jak znów się uśmiech­nął. Kie­dyś to wła­śnie ten jego uśmiech mnie za­uro­czył. Był nieco ło­bu­zer­ski, jak u se­ria­lo­wego chło­paka z są­siedz­twa.

Nie wiem, co było tego przy­czyną, ale ta ła­godna twarz spra­wiła, że po­czu­łam się tro­chę bar­dziej po­krze­piona. Wy­cią­gnął do mnie rękę.

– Chodź, umyję cię.

Chrząk­nę­łam, bo by­łam już pod prysz­ni­cem, ale chcia­łam mieć to jak naj­szyb­ciej za sobą. Umia­łam uda­wać. Umia­łam to ro­bić rów­nie do­brze jak on.

Su­nę­łam wolno w jego stronę. Zrzu­ci­łam szla­frok, a po­tem majtki i sta­nik, by wresz­cie sta­nąć pod stru­mie­niem cie­płej – o dziwo! – wody. Szyba prysz­ni­cowa mo­men­tal­nie po­kryła się parą. Igor przy­glą­dał mi się przez mo­ment, a po­tem ścią­gnął ubra­nie i do­łą­czył do mnie.

Chcia­łam się roz­paść. Kuc­nąć pod tą wodą i roz­pła­kać – jak zwy­kle, gdy zo­sta­wa­łam sama – ale nie mo­głam oka­zać sła­bo­ści.

Pierw­szy do­tyk spra­wił, że coś prze­wró­ciło mi się w żo­łądku. Wie­dzia­łam, że Igor nie pla­nuje żad­nej gry wstęp­nej, że li­czy się tylko jego za­do­wo­le­nie. Sam akt. Mimo tego on się­gnął po żel i wy­lał na rękę, a po­tem de­li­kat­nie, na­prawdę bar­dzo sub­tel­nie mył mnie.

– By­łaś bar­dzo brudna, Pa­try­cjo – rzu­cił. – Ale już jest do­brze. Zmy­łem z cie­bie wszystko, co złe.

Dwu­znacz­ność tych słów była iry­tu­jąca, pie­kła, bo­lała. Jed­nak wie­dzia­łam, że on był jesz­cze bar­dziej brudny. Tak na­prawdę oboje by­li­śmy ska­żeni i sta­ra­li­śmy się ze­trzeć coś, czego nie zmyje ża­den płyn ani de­ter­gent.

– Roz­luź­nij się. – To brzmiało jak ko­menda. Su­che, bez­na­miętne po­le­ce­nie. – Jak bę­dziesz bar­dzo mo­kra, to wtedy…

– Wiem, jak działa ko­biece ciało – prze­rwa­łam szybko, bo na­prawdę nie chcia­łam słu­chać o moim ślu­zie ani o tym, że plem­niki wolą wil­goć. Kiw­nął głową i ob­ró­cił mnie w swoją stronę. Od­rzu­cił myjkę, która spa­dła gdzieś da­leko, po czym wpił się w moje usta gwał­tow­nie i szybko. Pod­da­łam się temu, bo nie chcia­łam pro­te­sto­wać, nie chcia­łam od­ma­wiać, krzy­czeć, żeby Toni nie usły­szał. Nie mo­głam być tą, którą mąż bie­rze wbrew jej woli. To zda­rza się in­nym, in­nym!

Wma­wia­łam so­bie, że tak jest le­piej, a może po pro­stu nie chcia­łam prze­ko­nać się, co by było, gdy­bym się po­sta­wiła? Za­mknę­łam oczy i zna­la­złam się w prze­szło­ści. Kil­ka­na­ście lat młod­sza i szczę­śliw­sza. Upra­wia­łam seks z męż­czy­zną mo­jego ży­cia, a żadne pro­blemy jesz­cze nas nie do­ty­czyły. Wla­łam w ten akt cały swój żal, całą swoją go­rycz i nie­prze­tra­wioną ża­łobę, ale mimo to, mimo tych sta­rań, kiedy Igor osią­gnął speł­nie­nie, po mo­ich po­licz­kach znów po­le­ciały łzy.

Je­steś słaba, Pa­try­cjo.

Ileż można się ma­zać? Weź się w garść i za­cznij wdra­żać w ży­cie swój plan. Krok po kroku.

Pa­try­cjo, sły­szysz? Sły­szysz?

Otwo­rzy­łam oczy, a kro­ple wody mie­szały się z mo­imi łzami. Od­wró­cona ty­łem do Igora na szczę­ście nie by­łam zmu­szona, by mu to po­ka­zy­wać.

– Oby to za­dzia­łało – wes­tchnął. – Bo mam wra­że­nie, że już ni­gdy nie do­cze­kam się córki, a wtedy… – Na­chy­lił się nade mną i skub­nął w ucho. – Zo­sta­niemy tu na dużo dłu­żej. A może na za­wsze? – Jego głos był zimny, prze­szy­wał na wskroś.

Dwie mi­nuty póź­niej wy­tar­łam się i ru­szy­łam do sy­pialni. Ob­ję­łam swój miękki brzuch, który te­raz wy­da­wał się jesz­cze bar­dziej pa­skudny, i sku­lona w em­brio­nal­nej po­zy­cji, pró­bo­wa­łam za­snąć. Na próżno. Już po chwili usły­sza­łam głos Igora, który py­tał, czy na pewno od­mó­wi­łam mo­dli­twę przed snem, w któ­rej prze­pra­sza­łam za to, co się stało, i dzię­ko­wa­łam za ko­lejny do­bry dzień.

Nie mia­łam siły na kłót­nie, dla­tego po­słusz­nie wsta­łam i klęk­nę­łam przy łóżku, ale w du­chu nie od­mó­wi­łam żad­nej mo­dli­twy. A przy­naj­mniej nie ta­kiej, ja­kiej ży­czyłby so­bie on. Za­miast do Boga zwra­ca­łam się do ko­goś in­nego, a na moje usta ci­snęło się po pro­stu: „Idź do dia­bła”.

Kiedy po­ło­ży­li­śmy się oboje do łóżka, od­wró­ci­łam się na drugi bok i za­mknę­łam oczy.

– Może trzy­maj nogi w gó­rze, co? – Długo nie na­cie­szy­łam się ci­szą. – A ju­tro znów wró­cimy do ko­mórki. Nie po­do­ba­łaś mi się w świe­tle. Tro­chę zbrzy­dłaś po tam­tej ciąży i cycki ci wi­szą, a prze­cież kar­mi­łaś krótko, więc naj­le­piej bę­dzie nam w ciem­no­ści. Do­szłaś cho­ciaż?

Za­ci­snę­łam wargi.

– Tak.

Na­chy­lił się nade mną i rzu­cił pro­sto do ucha:

– Nie kłam, Pa­try­cjo. Wcale nie mia­łaś or­ga­zmu.

– Skąd…

– Wsłu­chaj się w swój głos, kiedy kła­miesz. Od­kąd wy­szło, że Gaja to nie moja córka, przy każ­dym kłam­stwie in­to­na­cja jest zu­peł­nie inna. Jak­byś się mnie bała – za­wie­sił głos. – Bo­isz się wła­snego męża, skar­bie? Prze­cież ja cię chro­nię. Gdyby nie ja… Gdy­bym nie dał ci dru­giej szansy po zdra­dzie, nie mia­ła­byś ni­kogo. Dla­czego nie do­szłaś? Prze­cież w cza­sie owu­la­cji bar­dzo się chce i ko­bie­tom ła­two o speł­nie­nie. Wy­daje mi się, że słabo się sta­rasz o na­szą Gaję.

Mia­łam ochotę za­kryć po­duszką uszy, nie słu­chać tych wszyst­kich bredni na te­mat cy­klu i mo­jego ciała, ale on mó­wił i mó­wił.

– A może ty lu­bisz z uży­ciem siły, co? Z Ka­ro­lem tak mia­łaś? – Jego głos, mimo ostrych słów, był tak spo­kojny… I wła­śnie to naj­bar­dziej mnie nie­po­ko­iło. Na­gle zna­lazł się tuż nade mną. Przy­ci­snął mnie do łóżka i wpa­try­wał się w moje oczy, a jego ręce błą­dziły po szyi.

– Mógł­bym cię tu udu­sić i nikt by na­wet tego nie usły­szał. – Uśmiech­nął się i przez mo­ment na­pa­wał moim stra­chem. Ści­snął ręce, a ja po­czu­łam, jak mo­men­tal­nie bra­kuje mi tchu. Za­czę­łam wierz­gać no­gami i do­piero wtedy roz­luź­nił chwyt.

– Ni­gdy wię­cej tak nie rób – wy­sa­pa­łam. Czu­łam się oszo­ło­miona i odrę­twiała przez spo­sób, w jaki się ze mną ob­szedł. Bez­duszny i po­zba­wiony na­wet odro­biny daw­nej czu­ło­ści. – Zwa­rio­wa­łeś?

– Oj, Patka, żar­to­wa­łem. Je­steś strasz­nie sztywna. Le­piej, że­byś uro­dziła już to dziecko, bo seks z tobą jest taki mę­czący. Zero za­an­ga­żo­wa­nia. Jak­bym ru­chał dmu­chaną lalkę, a nie żonę. A te­raz weź, kurwa, te nogi do góry!Roz­dział 4

Pa­try­cja

Obu­dził mnie kosz­mar. Ten sam od wielu mie­sięcy. Krzyk, prze­raź­liwy jęk no­wo­rodka w łó­żeczku i ja bie­gnąca zo­ba­czyć, co się dzieje. A po­tem ci­sza. Jakby coś na­gle w jego ma­łym umy­śle się prze­sta­wiło, ka­zało być ci­cho. I ten brak ja­kie­go­kol­wiek dźwięku był gor­szy niż wszystko inne. Dźwi­gnę­łam się do po­zy­cji sie­dzą­cej i pa­trzy­łam, jak Igor jesz­cze śpi. Ciem­ność i zimno w tym domu po­ra­żały mnie do głębi. Przy­po­mnia­łam so­bie, jak to na­prawdę było. Dwa ty­go­dnie spę­dzone z Gają i ta pa­miętna środa, kiedy w domu po­ja­wił się Ka­rol. Fa­cet, z któ­rym spę­dzi­łam w ba­rze do­brych kilka go­dzin, a po­tem tra­fi­li­śmy ra­zem do łóżka. Głu­pia przy­goda, skok w bok i wie­czór nie­wart za­pa­mię­ta­nia, który jed­nak od­ci­snął swoje piętno.

Ka­rol był oj­cem Gai. Nie są­dzi­łam, że bę­dzie chciał się do niej przy­znać, ale kiedy prze­stą­pił próg na­szego domu, za­częło się pie­kło. Nie in­te­re­so­wał się córką, gdy by­łam w ciąży, wy­sy­łał je­dy­nie zdaw­kowe wia­do­mo­ści, że to zbyt duża kom­pli­ka­cja, a ja nie chcia­łam od niego żad­nych ali­men­tów. Wszystko za­pla­no­wa­łam tak, by to Igor był oj­cem dziecka. Miał ni­gdy nie po­znać prawdy i mo­głoby się udać. Na­prawdę mo­głoby być do­brze.

Od słowa do słowa, Ka­rol wy­znał, że prze­my­ślał wszystko i chciałby uczest­ni­czyć w ży­ciu dziecka, że nie może po­zwo­lić na to, by ktoś inny ro­ścił so­bie do niego prawo. Za­mar­łam. Pa­trzy­łam to na Igora, to na Ka­rola, ko­ły­sząc Gaję w ra­mio­nach, ale mimo to córka nie chciała prze­stać pła­kać.

– O czym on mówi, Pa­try­cja? O czym on, do ja­snej cho­lery, mówi?! Znasz go?

Igor pa­trzył na mnie naj­pierw zdez­o­rien­to­wany, a po­tem wku­rzony, ale wy­czy­tał z mo­jej twa­rzy, że to prawda. Do­tar­cie pod­czas ich kłótni do łó­żeczka, które znaj­do­wało się na pię­trze, za­jęło mi zde­cy­do­wa­nie wię­cej czasu niż zwy­kle. Ko­lana mia­łam jak z waty. Uspo­ko­je­nie pła­czą­cego ma­leń­stwa trwało ko­lejne pięt­na­ście mi­nut. Wszystko się na­gle po­sy­pało. Cały mój plan za­tar­cia śla­dów zdrady zo­stał zni­we­czony, bo on, fa­cet z baru, na­gle po­czuł w so­bie po­trzebę za­opie­ko­wa­nia się córką ob­cej ko­biety. Ba­łam się zejść. Pa­mię­tam, że bar­dzo się ba­łam, kiedy do­tar­łam do sa­lonu, ale Ka­rola już tam nie było. Od­głosy kłótni uci­chły, a w miej­scu, gdzie stali wcze­śniej, cze­kał je­dy­nie Igor. Miał czer­woną twarz i za­ci­skał pię­ści.

– Wie­dzia­łem. Wie­dzia­łem, że Pa­weł nie po­szedł się pusz­czać ot tak! To twoje geny, twoje ku­rew­skie geny.

Igor mó­wił i mó­wił, wciąż mnie wy­zy­wa­jąc, i choć miał ra­cję, to wcale nie było mi wstyd. Tam­tego wie­czoru, gdy tra­fi­łam do baru z Ka­ro­lem, do­wie­dzia­łam się cze­goś o Igo­rze. To był cios, któ­rego nie mo­głam znieść, przy­naj­mniej nie na trzeźwo. Wy­szłam pod pre­tek­stem spę­dze­nia wie­czoru u ko­le­żanki i upi­łam się w pierw­szym pod­rzęd­nym ba­rze. Al­ko­hol to kiep­skie roz­wią­za­nie, ale było mi wstyd za wła­snego męża i pró­bo­wa­łam uto­pić ten żal w pro­cen­tach. Za­po­mnia­łam o ca­łym świe­cie, o za­sa­dach, mo­ral­no­ści, na­wet o za­bez­pie­cze­niu. Po­tem wszystko po­szło zbyt szybko.

– Gdzie jest Gaja? – za­py­tał na­gle Igor.

– W swoim łó­żeczku, śpi. – Spoj­rza­łam na niego po­dejrz­li­wie, bo prze­cież do­sko­nale wi­dział, jak wcho­dzi­łam z dziec­kiem po scho­dach na górę.

– Do­brze. Niech śpi. Wie­czo­rem wyj­dziesz z domu z To­nim, bo dawno nie by­li­ście ni­g­dzie ra­zem. Ja zo­stanę z Gają. Od­cią­gniesz mleko i zo­sta­wisz bu­telkę, że­bym mógł ją na­kar­mić. Nie mam ochoty te­raz na cie­bie pa­trzeć. Mu­szę po­my­śleć.

Wy­da­wał się prze­ko­nany do tego, co mówi, ale ja nie ro­zu­mia­łam, skąd na­gle ten ła­godny ton. Do­piero co wy­zy­wał mnie od naj­gor­szych. To brzmiało jak ja­kiś beł­kot sza­leńca.

– Zdra­dzi­łaś mnie, zdra­dzi­łaś po tylu la­tach. Ja bym cię ni­gdy… – Znów za­ci­snął pię­ści i spoj­rzał przez okno. – Mo­głaś mi po­wie­dzieć, że cze­goś ci bra­kuje, czy ko­niecz­nie mu­sia­łaś iść do in­nego? Jak Toni to przyj­mie?

– Jego w to nie mie­szaj.

– My­śla­łaś o nim, gdy to ro­bi­łaś? Kurwa, my­śla­łaś o czym­kol­wiek? Na­wet się nie za­bez­pie­czy­łaś, a mi przy­po­mi­na­łaś o tym na­wet w naj­bar­dziej spon­ta­nicz­nym sek­sie. A nie, prze­pra­szam, ja­kiś ty­dzień po tym, jak niby ko­le­żanka od­wio­zła cię za­laną w trupa, ła­ska­wie po­zwo­li­łaś bez pre­zer­wa­tywy. Niech po­my­ślę… Dla­czego? Je­steś od­ra­ża­jąca!

Spu­ści­łam głowę.

Ty też. Ty też, ko­cha­nie. Ale jesz­cze ci nie po­wiem, że wiem o tym. Jesz­cze nie.

Za­miast tego oznaj­mi­łam, że nie mam ochoty wy­cho­dzić i trzeba usta­lić pewne rze­czy, skoro już wia­domo, że Ka­rol nie od­pu­ści.

– To nie była pro­po­zy­cja. A temu świ­rowi nic się nie na­leży. Gaja jest moja. Na­sza. Od po­czątku była i nikt nie za­bie­rze mi na­szej dziew­czynki. – Zbli­żył się do mnie, ale szybko się od­su­nę­łam. Nie mia­łam po­ję­cia, czy ze­chce mnie uka­rać, wo­la­łam być ostrożna. Ale on spoj­rzał mi w oczy ła­god­nie i znów po­wtó­rzył, że chce zo­stać sam na sam z córką, a prze­by­wa­nie ze mną dziś za bar­dzo go boli. I że mnie to też do­brze zrobi, bo je­stem zmę­czona.

– Po­wiem ma­mie, żeby przy­szła. Nie miała jesz­cze oka­zji zo­ba­czyć wnuczki – za­ak­cen­to­wał ostat­nie słowo. Chcia­łam ko­lejny raz za­pro­te­sto­wać, bo mia­łam wra­że­nie, że w tej ca­łej zło­ści i roz­pa­czy Igor nie za­opie­kuje się nią na­le­ży­cie, ale wtedy na dole po­ja­wił się Toni.

– Chcesz iść z mamą na pizzę i au­to­maty?

Chło­pak uśmiech­nął się od ucha do ucha. To prawda, od dwóch ty­go­dni, od­kąd uro­dziła się Gaja, nie mia­łam zbyt wielu oka­zji, by z nim po­być. Córka była spo­koj­nym nie­mow­la­kiem, ale wciąż bu­dziła się z drze­mek i trzeba było ją ko­ły­sać. W nocy też mu­sia­łam ra­dzić so­bie sama.

– Ja­sne, że tak. A Gaja? – Toni zer­k­nął na górę.

– Zo­sta­nie ze mną.

– Wła­ści­wie to jesz­cze nie po­sta­no­wi­li­śmy… – za­czę­łam, ale Igor znów prze­rwał.

– Chyba nie za­wie­dziesz dziecka, co? Na­leży ci się od­po­czy­nek, a my z bab­cią po­ra­dzimy so­bie bar­dzo do­brze. Wy­cho­wa­łem trójkę dzieci, więc chyba mogę zo­stać z córką na dwie go­dziny, prawda?

Córką. Czyli wszystko ja­sne. Wciąż jest twoja. Wciąż chcesz, by była tylko na­sza. To do­brze, to bar­dzo do­brze. Nie chcę zmian.

– O któ­rej bę­dzie bab­cia?

– Za ja­kąś go­dzinę.

– Su­per. To idę do­koń­czyć grę, za­wo­łaj mnie, jak bę­dziemy je­chać – rzu­cił Toni i znik­nął na pię­trze.

– Ni­czego nie usta­li­łam – rzu­ci­łam po­de­ner­wo­wana. – Nie mo­żesz…

– Mogę. Ty mo­głaś łaj­da­czyć się z ja­kimś szczu­rem, więc ja też mogę. I po­wiem ci wię­cej. Zro­bisz to, co chcę. Wyj­dziesz z tego domu, bo je­steś winna dziecku tro­chę czasu, i bę­dziesz się świet­nie ba­wić. A ja po­my­ślę, co zro­bić, żeby się to wszystko nie wy­dało, bo jak ten fa­cet za­cznie trą­bić na prawo i lewo, że cię puk­nął, to obojgu nam się obe­rwie. Trzeba go uci­szyć, a jak cię wi­dzę, to po pro­stu mam ochotę coś roz­wa­lić, więc le­piej, że­byś wy­szła.

– Prze­pra­szam.

– Sły­szysz, jak to brzmi? Prze­pra­szam, ko­cha­nie, że uro­dzi­łam dziecko in­nemu – iro­ni­zo­wał. – Nie chcę o tym sły­szeć. Nie chcę, że­byś mnie prze­pra­szała. I nie chcę cię te­raz wi­dzieć. Gaja jest na­sza. Je­śli będę mu­siał zro­bić coś z tym fa­ce­tem, to bądź pewna, że to zro­bię, ale nie od­dam mu jej.

Nie­po­strze­że­nie dla mnie sa­mej przez ten gru­bo­skórny ton i su­rowy wy­raz oczu, któ­rym osło­nił swoje wnę­trze, wy­do­stało się kilka łez. Przy­glą­da­łam mu się uważ­nie.

– Nie je­steś warta mo­jego pła­czu, ale uro­dzi­łaś córkę, o któ­rej za­wsze ma­rzy­łem. Nie po­zwolę, żeby kto­kol­wiek mi ją za­brał, na­wet je­śli to nie ja je­stem jej bio­lo­gicz­nym oj­cem.

Przy­tak­nę­łam. Wie­dzia­łam, że Igor zaj­mie się wszyst­kim i nie po­zwoli na to, by Ka­rol wmie­szał się w na­sze ży­cie. Nie chcia­łam te­stów na oj­co­stwo, jego od­wie­dzin, tłu­ma­cze­nia To­niemu, co się wy­da­rzyło, ani tego wstydu, gdy pa­trzy­łam mu w oczy. Nie chcia­łam pie­przo­nej ro­dziny pat­chwor­ko­wej.

– Do­brze, zro­bimy, jak so­bie ży­czysz.

Gdy­bym wie­działa, jak skoń­czy się tam­ten wie­czór i że od tam­tej pory bę­dziemy ro­bić tylko to, co każe Igor, dwa razy za­sta­no­wi­ła­bym się nad od­po­wie­dzią i wyj­ściem z domu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij