Idealny kłamca - ebook
W ciemnym, ponurym domu panują określone reguły. Od pół roku Patrycja Majewska stosuje się do zasad wymyślonych przez męża, ale z dnia na dzień i ona, i ich syn mają coraz mniej sił, by wypełniać dziwne obowiązki. Kobieta wie jednak, że nie może uciec, dopóki nie ukończy swojego planu zemsty.
Kiedy pewnej burzowej nocy w ich domu pojawia się niespodziewany gość, dotychczasowa okrutna codzienność przeradza się w coś znacznie gorszego. Na jaw wychodzą kolejne sekrety Igora Majewskiego, bluszczowy dom wciąga w coraz głębszą otchłań, a jego korytarze prowadzą do przerażającego odkrycia.
Co takiego skrywa wnętrze opuszczonej posiadłości? Czy tajemniczy gość faktycznie jest tym, za kogo się podaje? A może są pewne sekrety, których nie warto poznawać?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9789180768559 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zboże tego lata było wyjątkowo urodzajne, ale tym razem kłosy nie poruszały się na wietrze, trącane delikatnie jego podmuchem, lecz szumiały w moim umyśle złowrogo, jakby już wiedziały, co się stanie. Pięć minut później ja też miałam się dowiedzieć. Próbowałam uciekać, ale wyniszczone w ostatnich miesiącach ciało, brak odpowiedniej ilości wody i okrutna spiekota sprawiły, że nogi odmawiały mi posłuszeństwa, choć umysł namawiał do kolejnego wysiłku. Oparłam się o mur i odwróciłam do tyłu. Czułam, jak wszystko przede mną wiruje, jak postać mężczyzny rozmywa się, a w oczach momentami dwoi się i troi. Błagałam w myślach, byleby tylko zemdleć i nic nie czuć.
Ostatkiem sił próbowałam krzyknąć, choć był to raczej krzyk w głuchą przestrzeń, do siebie, bo w promieniu dwudziestu kilometrów – oprócz nas – nie było żywego ducha. Ale musiałam to zrobić; jak inaczej dać życiu znak, że nie powinno się kończyć w ten sposób?
Kłosy znów poruszyły się złowrogo, doskonale widziałam ich złoty kolor i przypomniałam sobie, jak kiedyś, dawno temu, lubiłam tu z nim przychodzić. Razem obserwowaliśmy, jak dojrzewają w słońcu i snuliśmy plany na przyszłość, która rysowała się w jasnych barwach. Teraz ta myśl była tak wyraźna, tak uchwytna, jakby to było wczoraj, ale gdy zbliżył się do mnie na wyciągnięcie ręki, czar prysł. Miałam wrażenie, że całe pole wyglądało na oblane czerwoną farbą jeszcze na moment przed tym, jak nóż wylądował nagle w moim brzuchu. Zimne stalowe oczy mężczyzny przede mną napełniły się przerażeniem, jakby zdał sobie sprawę, że to, co zrobił, jest nieodwracalne i pociąga za sobą kolejne następstwo.
Ja też o tym wiedziałam. Będzie musiał mnie zabić. Oddychałam więc płytko, krótko, byleby nie zwielokrotniać bólu, a on – zamiast ująć mnie w ramiona i zacząć przepraszać – skazał na kolejne cierpienie. Wyjął nóż i wbił w brzuch raz jeszcze, tym razem niemo błagając o wybaczenie. Ostrze było niczym z kamienia. Zimne, nieprzyjemne. Zaczęłam krzyczeć, ale szybko zatkał mi usta. Resztki iskierek, które zazwyczaj miałam w oczach, zniknęły, gdy osunęłam się wzdłuż muru, szepcząc bezgłośnie w stronę kłosów. Upadłam na suchą ziemię, włosy w kolorze dojrzałej pszenicy rozsypały się niemal wszędzie, a z ust wyleciała ślina. Zanim zamknęłam powieki, dostrzegłam, jak pochyla się nade mną ktoś jeszcze. Czyjś but trącał mnie, jakbym była rzeczą, ale krzyki, które słyszałam, gdy biegłam przed siebie, teraz ucichły. Nikt ich już nie potrzebował, skoro wszystko zostało przesądzone. Wolno zamknęłam powieki. Jeszcze przez chwilę przesuwały się pod nimi cienie już nie ludzi, a potworów, które tylko sprawdzały, gdzie tym razem wbić nóż. Było coraz trudniej usłyszeć głosy i zrozumieć, co tak naprawdę się stało. Powoli, powolutku odpływałam, a oni zrobili to, co było naturalnym następstwem – sprawdzili, czy na pewno przestałam oddychać. Poczułam mieszaninę wody kolońskiej i potu.
Dasz radę. Rusz się. Musisz żyć. Spróbuj…
Przesunęłam ręką po suchej ziemi, próbowałam wymacać cokolwiek, co pozwoliłoby mi na jakąkolwiek obronę, ale nic takiego nie odnalazłam.
– Niedługo się wykrwawi – usłyszałam. – Zostaw już!
– Trzeba ją dobić, teraz! Ty pieprzony idioto. Co zrobiłeś?
– Ja? Ja zrobiłem?! – Krzyk roznosił się coraz dalej i dalej, a ja poczułam to samo ostrze co wcześniej. Serce przyspieszyło, a potem jakby przestałam je słyszeć.
Tik-tak. Tik-tak.
W końcu nadeszło najtrudniejsze – pogodzenie się z losem i nieudaną próbą ucieczki. Pogodzenie się z tym, że ulokowałam uczucia w niewłaściwej osobie i że miłość wcale nie kończy się magicznym „żyli długo i szczęśliwie”.
Kłosy szumiały już tylko leciutko, a błękitny bezkres roztaczał się wszędzie, jakby nigdy nic się tu nie wydarzyło. Nie udało się, choć tak bardzo pragnęłam żyć. Po tylu miesiącach bez słońca rozpaczliwie potrzebowałam napawać się jego blaskiem.
Tik-tak.
– Co zrobiłeś? Co… my, kurwa, zrobiliśmy?
– Nic. Rozumiesz? Nie było tego!Rozdział 1
Antek
Wolno wstałem z kanapy. Dziś byłem bardziej znudzony niż zwykle, bo tata wyszedł i schował pilota do telewizora w ramach kary za to, że wczoraj nie odmówiłem modlitwy za kolejny dobry dzień. Wciąż kazał mi się tylko modlić. Za Szymona, Pawła, mamę i za niego. Za mnie podobno modlili się inni, bo jeśli zrobiłbym to sam, wtedy modlitwa mogłaby okazać się nieskuteczna. Ja i tak trochę oszukiwałem, bo zazwyczaj mówiłem Bogu tylko to, co chciałem dostać. Nie lubiłem się modlić za moich braci, bo to między innymi przez nich znalazłem się w tym opuszczonym domu. Wiem, że gdyby tu byli, tata dalej byłby taki sam jak wcześniej, a teraz zupełnie zwariował od tej swojej modlitwy i bycia pobożnym. Mówił, że musimy odpokutować za grzechy braci, które dotknęły naszą rodzinę. Nie zgadzałem się z tym. Dlaczego mamy odpowiadać za czyjeś uczynki? Czy Szymon i Paweł nie mogli zrobić tego sami? Chciałbym, żeby było jak dawniej, kiedy mieszkaliśmy w piątkę w naszym domku w górach, z którego miałem widok na okoliczne szczyty. Tu nie było żadnego przyjemnego widoku. Zupełnie nic, tylko jakieś pola i krzaki, gdzie nie można nawet w spokoju pokopać piłką. Wszystko miało taki brudny zielony kolor jak w wojsku, jedynie kolorowe figurki świętych i obrazki ustawione na każdym z parapetów przełamywały tę monotonię.
Od lodówki do stojaka z nożami było dwa i pół kroku, a od niego do komórki, w której mama trzymała zapasy słoików i czasami nocowała, trzy duże. Mój świat kręcił się wokół kroków i liczb, bo to pozwalało na moment odegnać myśli od tego, co stało się kilka miesięcy temu i co trwa do dziś. Ale po kolei…
Mój pierwszy brat, Paweł, miał szesnaście lat, kiedy wyprowadził się z naszego domu. Tata mówił, że jest niewdzięcznikiem, bo wszedł na haniebną drogę i sprzedaje się jakimś bogatym facetom za pieniądze. Mówił też, że trzeba się za niego żarliwie modlić, żeby czas go trochę zmienił i sprowadził znowu na ścieżkę normalności. Nie wierzyłem, że to się kiedykolwiek stanie, bo tyle lat już go nie było, tyle modlitw odmówiliśmy i wszystko na nic, więc chyba dobrze mu w takiej sytuacji.
Mój drugi brat, Szymon, to przeciwieństwo pierwszego. Dobry, cnotliwy zakonnik. Wstąpił tam po ukończeniu dziewiętnastu lat. Mama i tata nie odwiedzali go, bo podobno nie można. Niewiele z tego rozumiałem, ale mówili coś o obowiązującym rygorze i zamknięciu. Wiedziałem tylko, że nie mają telewizorów, tabletów, słodyczy, telefonów ani ogólnie niczego, co mogłoby być uważane za niepotrzebne. A przecież pamiętałem, jak Szymon wypijał litrami colę i grał w gry na komputerze. Na początku myślałem, że to jakiś kawał, kiedy tata powiedział mi, że brat nie będzie z nami mieszkał, bo musi się przeprowadzić do jakiegoś klasztoru. Pękałem ze śmiechu, ale Szymonowi wcale nie było wesoło, jakby coś się w nim zmieniło; przestał się wygłupiać i rzeczywiście potwierdził słowa rodziców. Trochę szkoda, bo teraz nie mieli tam nic – oprócz swoich czystych sumień i codziennych mszy albo modlitw. Z tego względu za niego pacierz też odmawiałem rzadko, bo przecież i tak miał tego nadmiar. Ale oczywiście tacie mówiłem, że obu wspominam w modlitwie.
On nadal ich kochał, choć to ja od zawsze byłem jego ulubionym synem. Miałem czystą kartę, a on wciąż żył nadzieją, że nie pójdę w ślady braci. Nie zrobiłem tego i na pewno nie zrobię, bo nie interesują mnie chłopcy, a modlitwy mam już tyle, że wszystko mi się przelewało. Nie zniósłbym więcej. Czasem zastanawiałem się tylko, dlaczego tak dużo jej potrzebowaliśmy.
Jest jeszcze mama, Patrycja. Od zawsze pracowała w bibliotece i otaczała się stosem książek. Odkąd pamiętam, nosiła wielkie, kanciaste okulary i zawsze miała związane włosy. Była ładna, bo ani szczerbata, ani wychudzona, tylko wciąż taka zamyślona, jakby świat wokół niej nie istniał. Teraz rozmyślała częściej niż wtedy, gdy mieszkaliśmy w domu w górach. Czasem nawet mnie to przerażało, bo zanim odpowiedziała na pytanie, mijały długie minuty. Kiedyś była trochę weselsza, ale myślę, że tak jak ja nie lubiła tego domu; brakowało jej górskiego powietrza i poprzedniej pracy. Coraz częściej przebywała w komórce, coraz dłużej tam spała. Wielokrotnie przyłapałem ją na tym, jak rano wyślizgiwała się po cichu spomiędzy półek. Kiedy mnie zobaczyła, udawała, że dopiero tam weszła, ale ja znałem prawdę. Całe szczęście, że słoiki nie zawaliły się na nią. Odkąd przenieśliśmy się do bluszczowego domu, była taka zmęczona. Zdarzało się, że zasypiała też przy stole, na kanapie, bo w komórce musiało być jej bardzo niewygodnie.
Mama była trochę mniej wymagająca niż tata, sama czasem zapominała o modlitwie. Pamiętam, jak kiedyś przed pójściem spać nie wzięła książeczki, nie odmówiła także dziesiątki różańca, nie pocałowała nawet świętej figurki i nie przeżegnała się przed obrazkiem. Tata się wkurzył. Nie dostała lania jak ja, bo była na to za duża, ale tata wciąż krzyczał, że nie można o tym zapominać. Że jesteśmy już na dobrej drodze, aby w końcu oczyścić się z grzechów i zacząć jeszcze raz. Nie rozumiałem, co to dokładnie znaczy, ale kiedy kolejnego wieczoru mama klęczała zwrócona twarzą do obrazu, a pod jej kolanami były ziarna grochu, zdałem sobie sprawę, że trzeba przestrzegać tych zasad. Pilnowałem później, żeby nigdy nie zapomnieć o wieczornej modlitwie, bo tak długie klęczenie wydawało mi się mało przyjemne.
Ach, byłbym zapomniał. Była jeszcze moja siostrzyczka, Gaja. Mieszkała z nami przez dwa tygodnie i wtedy czułem się trochę mniej samotny, ale odkąd musiała zniknąć, znów byłem sam.
Ja i moje kroki.
***
Wyglądałem przez okno, kiedy tata przycinał gałęzie na wysokich krzewach. Dom niemal z każdej strony porośnięty był bluszczem. Z drogi nie sposób było odnaleźć wejścia do niego, jak w tej bajce o Śpiącej Królewnie, której zamek przez sto lat zdążył porosnąć krzewami.
Tata miał długie nożyce, które zręcznie ścinały gałęzie. Lubiłem patrzeć, jak to robi, obserwować jego siłę i spadające liście, które wirowały na wietrze. Znajdował się pewnie w odległości nie większej niż dwadzieścia kroków od okna, ale nie mogłem do niego wyjść, bo dziś znów zostałem ukarany. Spędzałem czas w domu przez tę głupią modlitwę, o której zapomniałem. Te nowe zasady były dziwne, nie lubiłem ich, wolałem te, które były wcześniej – nikt nie musiał modlić się aż tyle, ustawiać obrazów i figurek. Wystarczyło powiedzieć kilka słów przed snem i mama była zadowolona, a tata to nawet o to nie pytał. Teraz rzadko kiedy chodził uśmiechnięty. Chociaż myślę, że modliliśmy się więcej niż niejedna rodzina i tak naprawdę więcej niż ktokolwiek w ciągu ostatnich lat. Ale jego nic nie cieszyło, wciąż był ponury, miał dziwną minę, zupełnie inną od tej, którą widywałem na jego twarzy, gdy mieszkaliśmy w górach. Tam byliśmy szczęśliwi. A tu, na odludziu, w bluszczowym domku, nikomu się nie podobało.
– To tylko tak na razie – mówił tata, kiedy pewnego letniego wieczoru pakowaliśmy walizki do dużego samochodu.
– Ale ja nie chcę wyjeżdżać! Nie chcę zostawiać naszego domu! – krzyczałem i tupałem jak małe dziecko, chociaż skończyłem już czternaście lat.
Mimo to tata nie zgodził się, żebyśmy zostali. Pamiętam, że pobiegłem wtedy do mamy i próbowałem ją przekonać, nawet trochę płakałem, bo to zawsze na nią działało. Ona jednak siedziała z kamienną twarzą, zwrócona do okna, i powtarzała, że tak będzie lepiej. Ale jak może być lepiej, kiedy zostawiasz dom, kolegów, wszystko, co kochasz, i wyjeżdżasz gdzieś, gdzie nie znasz nikogo? Zmiany wcale nie są dobre. Nie dla nas. Może dla dorosłych, którzy często powtarzają, że zaczynają życie od nowa, bo rozpadł im się związek albo zwolniono ich z pracy. Ja nie chciałem zaczynać niczego od nowa.
– Mamo, ale dlaczego nie możemy zostać tutaj? Przecież dopiero co remontowaliśmy pokój Gai, ten dom jest taki piękny, taki duży! Macie jakieś kłopoty?
– Nie brakuje nam pieniędzy, Toni, jeśli o to pytasz – odpowiedziała sucho.
Zawsze nazywała mnie tak pieszczotliwie, bo twierdziła, że to pasuje do mnie bardziej niż zwykłe „Antek”, ale lubiłem to. Czułem się wtedy wyróżniony, bo Paweł i Szymon nie mieli ani takich zdrobnień, ani względów u mamy.
Zmarszczka na jej czole się uwydatniła. Wciąż patrzyła przez okno na górskie szczyty polane białym puchem.
– Mamy pieniądze. Dużo pieniędzy.
– To dlaczego musimy wyjechać?
– Nie zrozumiesz.
– Skąd wiesz?
– Toni!
– Chyba mam prawo wiedzieć? – nalegałem.
– Czasem trzeba podejmować pewne decyzje, nawet jeśli się tego nie chce. Skarbie, nie martw się, przyzwyczaisz się do nowego miejsca. Tata mówił, że tam jest trochę inny klimat, cieplej, niższe ciśnienie, dużo drzew. – Przygarnęła mnie do siebie i pogłaskała po głowie jak małe dziecko.
– Czy to, co mówił tata, to prawda? Odzyskamy Gaję?
Mama wciąż wpatrywała się w okno, nieruchoma, blada. Czułem jednak, że po tym pytaniu intensywność jej pieszczoty stała się wyraźniejsza. Odsunąłem się lekko i popatrzyłem w jej niebieskie oczy, które w połączeniu z czarnymi włosami dziś wyglądały upiornie.
– Gaja będzie znowu z nami?
– Nie wiem. Jeśli tata tak mówił, to może coś w tym jest.
– A Paweł? Szymon? Oni wszyscy zostaną tu? Właściwie dokąd jedziemy?
– Gdzieś dalej, chyba za miasto. Tam będzie trochę spokojniej. Szymon nie może opuszczać zakonu, teraz tam jest jego dom, a Paweł, cóż… Myślę, że woli swoje mieszkanie, poza tym tata nie zgodziłby się, żeby mieszkał tutaj, kiedy… kiedy…
– Kiedy wciąż robi te brzydkie rzeczy, tak? Ale przecież mówiłaś, że nie brakuje nam pieniędzy, nie mogłabyś dać ich Pawłowi, żeby nie musiał jeździć do tych facetów?
Mama westchnęła. Potarła ręką o rękę i widziałem, że odpowiedź przychodzi jej z trudem.
– On nie weźmie naszych pieniędzy, kochanie. Ale to zawsze będzie jego dom, więc jeśli zechce, może do niego wrócić. Szymon oczywiście też. Nie sprzedajemy go, po prostu na razie musimy się przeprowadzić, pewne zmiany są nieuniknione.
– Ale wrócimy tu niedługo? To coś takiego jak długie wakacje? – Otworzyłem szeroko oczy, bo wciąż niewiele rozumiałem. Zwłaszcza że jeszcze miesiąc temu tata latał jak szalony i przebudowywał połowę domu, żeby Gai było wygodnie.
Biedna mała Gaja, mówiła mama, kiedy zniknęła. Głupia Gaja, podpowiadał głos w mojej głowie. To przez nią wszystko się zepsuło, teraz musieliśmy jechać gdzieś, gdzie nikt nas nie zna. Może niepotrzebnie pytałem o to, czy do nas wróci, bo mama znów tak strasznie posmutniała? Choć byłem już duży i rzadko kiedy się wzruszałem, pamiętam, że płakałem przez połowę drogi do nowego miejsca, i wydawało mi się, że mamie też było smutno i źle. Siedziała milcząca, tylko tata ciągle mówił i mówił o nowym domu, o pewnych zmianach, jakie miały nadejść, o zasadach, modlitwie.
– …tam będziemy bezpieczniejsi, zmiany są bardzo potrzebne, bo w górach nie zaznalibyśmy już szczęścia. Ludzie nie dają nam zupełnie żyć, uwzięli się na nas okropnie. Ostatnie dni były bardzo ciężkie, ale uda się to wszystko odbudować i przeprosić Boga za przeszłe krzywdy. Prawda, kochanie?
– Co? – Mama wyrwała się z zamyślenia. – A, tak. Zmiany, zmiany. Na pewno będzie wspaniale.
– Czy ludzie są dla nas niedobrzy przez Pawła? Czy to dlatego, że Gaja musiała zniknąć, tato? Widziałem te napisy na bramie. Myślą, że coś jej zrobiliśmy? – zapytałem, kiedy zatrzymaliśmy się na jednej ze stacji, żeby zjeść hot dogi i napełnić bak.
Lubiłem ją, chociaż była taka pomarszczona i piszcząca, bardzo ją lubiłem. Ale teraz jej nie lubię, bo myślę, że gdyby była dalej z nami, nigdzie byśmy nie musieli wyjeżdżać. Nikt nie rzucałby tymi kamieniami w okno i nie rysował po naszych ścianach dziwnych czaszek.
Słyszałem wtedy, jak mama cicho załkała, a potem zatkała ręką usta.
– Igor, Igor, zrób coś, bo ja w ten sposób nie mogę. Nie dam rady. Powiedz mu, powiedz, że to nie my!
– Toni, weź głęboki oddech i opanuj się, bo twoja histeria w niczym nie pomoże. Pamiętaj: jesteśmy dobrzy. A Gaja wróci. Jeśli będziemy długo i żarliwie się modlić i kiedy tylko mama dojdzie do siebie, kiedy wszyscy się trochę pozbieramy, ona wróci. Obiecuję ci to, synu.
Przez całą drogę nie poruszaliśmy już tego tematu, ale ja wciąż zastanawiałem się, kiedy nastąpi ten moment, w którym Gaja znów będzie z nami, i czy wtedy my też wrócimy do domu. Nie widziałem jeszcze miejsca, w którym mieliśmy zamieszkać, ale czułem, że będzie dużo gorsze niż poprzednie.
Kiedy dojechaliśmy do celu i tata powiedział, że to tutaj, a potem uśmiechnął się niemrawo, znieruchomiałem. Tuż przed nami była pustka. Drzewa, porozrzucane gałęzie, jakaś rudera i opuszczone fabryki albo coś podobnego do nich. W każdym razie wielkie i brzydkie. To nie było to, o czym myślałem. To nie był dom. To na pewno nie mógł być nasz dom.
Ale kilka minut później, kiedy tata zaniósł tam walizki, moja nadzieja prysła.
– Wchodzicie? Trzeba przecież się rozpakować – rzucił, gdy wyszedł po kolejną z toreb. Nie mogłem oderwać wzroku od jego kamiennej twarzy, jakby zupełnie nie wpłynęło na niego to miejsce, do którego nas przywiózł.
– Jesteś pewny, że to tutaj? – zagadnęła cicho mama, a on jedynie kiwnął głową i kolejny raz wyminął ją w drodze po bagaże.
A więc nie miałem już złudzeń. To miał być nasz nowy dom. Na szczęście tymczasowy. Przecież nie mogliśmy mieszkać w takim miejscu przez dłuższy czas, prawda
***
Dni mijały, a my wciąż pozostawaliśmy na odludziu. Właśnie dziś minęło pół roku, odkąd tata przywiózł nas do bluszczowego domku. Gaja jeszcze nie wróciła, a mama robiła się coraz bledsza. Uśmiechała się tylko wtedy, gdy wyjeżdżała do pracy, ale gdy wracała, znów na twarzy pojawiał się tylko ponury grymas. Poza tym schudła. Sukienki wisiały na niej jak na wieszakach, a długi warkocz francuski, który zawsze zaplatała, był już tylko mysim ogonkiem. Jedynie gałęzie wokół domu i ostre liście rosły jak szalone.
Odetchnąłem głęboko i znów skupiłem wzrok na widoku za oknem. Tata podniósł sekator do góry i wykonał kilka szybkich ruchów. Uśmiechnął się do mnie, mimo że jeszcze dwie godziny temu krzyczał, że jestem niewdzięcznym i zepsutym dzieckiem. Oczywiście odwzajemniłem uśmiech, bo nie chciałem się znowu narażać, i wziąłem do ręki pierwszą lepszą książkę. Czas w tym miejscu płynął wolniej niż gdziekolwiek. Wyczekiwałem wieczoru, a później poranka, byleby tylko urwać się stąd na kilka godzin i pobyć z kolegami. Przez parę chwil pożyć ich życiem i opowieściami o normalnym domu bez zasad, kar i bluszczu, który zaciskał się wokół budynku.
A z dnia na dzień coraz bardziej także wokół nas samych. Miałem dość. Sześć długich miesięcy sprawiło, że coś zaczynało się we mnie buntować. Potrzebowałem normalności, a nie pamiętałem już nawet jej smaku. Odrzuciłem książkę i – mimo kolejnego głupiego zakazu – ruszyłem do taty. Może jeśli spytam, czy mu pomóc, będzie dla mnie milszy?
Otworzyłem drewniane drzwi, które skrzypiały jeszcze bardziej, odkąd się tu wprowadziliśmy, i przedarłem się przez zasłonę z bluszczu. Byłem zły, że tata – zamiast przycinać to, co porasta dom – zajął się jedynie krzewami. Dlaczego pozwalał, by okna były przesłonięte właśnie w ten sposób? Zrobiłem kilka kroków w jego stronę.
– Toni – zwrócił się do mnie od razu, kiedy stanąłem przy nim. Usta miał zaciśnięte, a jego twarz nawet i tym razem nie wyrażała żadnych emocji. – Miałeś zostać w domu i czytać książkę.
– Chcę ci pomóc – odpowiedziałem pewnie, ale on uniósł jedynie brew i odłożył na moment sekator.
– Masz pojęcie, synu, że w tym domu obowiązują pewne zasady? Że odkąd wyprowadziliśmy się z Bieszczad, staramy się żyć według określonych reguł?
– Tak, ale… – zacząłem, choć wiedziałem, że nie da mi dojść do głosu.
– Modlitwa o przebaczenie. To jest teraz priorytet, więc jeśli nie potrafisz spełnić choć tej jednej rzeczy, to w jaki sposób chcesz mi pomóc?
Wyglądał na wkurzonego, choć widziałem, że jeszcze się hamował, na pewno chciał powiedzieć coś mocniejszego. Wziął do ręki sekator i znów uniósł do góry, tym razem wykonując szybki ruch. Gałęzie opadły z trzaskiem na ziemię, a w niego wstąpił jakiś dziwny szał, bo ciął raz po raz, nie zwracając uwagi na mnie ani na to, że ostrze nie daje już rady.
– Tato…
– Idź do domu, Toni. Zamknij się i po prostu wróć do książek, bo nie chcę słuchać już tych twoich głupich wymówek. Miałeś do wykonania jedną rzecz – syknął i szybko otarł pot z czoła. – Uklęknąć i pomodlić się, przeprosić za wszystkie grzechy naszej rodziny. – Jego głos stał się donośniejszy, a oddech wyraźnie przyspieszył. – Ale znów tego nie zrobiłeś. Do cholery, robicie wszystko nie tak, psujecie to, co sobie zaplanowałem. A ja wiem! – zaśmiał się złowieszczo. – Wiem, że jeśli wszystko poszłoby zgodnie z planem, to za kilka dni, może tygodni, mama zaszłaby w ciążę i wreszcie przeprowadzilibyśmy się do innego miejsca. Ale nie! – krzyknął i złączył sekator. – Nie mogłeś wykonać prostego zadania, zawsze musisz robić coś na przekór!
Odetchnąłem głęboko. Chciałem czuć gniew i bardzo starałem się, by mój głos brzmiał pewnie, ale on nie przestawał mówić i się nakręcać. Nagle odrzucił sekator i zacisnął ręce w pięści.
– Gdybyś się posłuchał, gdybyście wszyscy robili to, co do was należy, nie stałoby się nic złego! A teraz jej nie ma i nic tego nie zmieni! Ty przeklęty bachorze, jesteś tak samo nieudolny jak twoi bracia. Niczego nie potrafisz zrobić dobrze!
Chryste. Co w niego wstąpiło? Patrzyłem, jak z minuty na minutę stawał się coraz bardziej czerwony. Miałem wrażenie, że za chwilę mnie uderzy, a kiedy znów sięgnął po sekator, momentalnie się uchyliłem. Spojrzał na mnie gniewnym wzrokiem i machnął jedynie ręką.
– Ja też nie chciałem, żeby odeszła – rzuciłem. – Gdyby Gaja żyła, wszystko byłoby dobrze.
– Gaja… – powtórzył. – Ona wróci. Musimy się tylko postarać, a moja córeczka znów tu będzie i tym razem będzie tak, jak należy. Tamto dziecko… było złe. Tak. Trzeba myśleć w ten sposób – dodał bezgłośnie i spojrzał gdzieś w dal. Otworzyłem szerzej oczy, a wiatr rozwiewał okalające dom liście bluszczu.
– Jak to złe?
– Idź do domu – warknął.
– O czym ty mówisz?
– Idź do tego cholernego domu i nie wychodź, dopóki ci nie powiem! – krzyknął i wtedy cały mój misterny plan, by jak najszybciej dać mu do zrozumienia, że zasady, które wprowadził, i cała ta przeprowadzka były błędem, spalił na panewce.
Wystraszyłem się. Tym razem naprawdę – widziałem w jego oczach, że jeśli znów zaprotestuję, zrobi coś gorszego niż tylko krzyki i groźby, a tym razem nie chciałem dostać lania. W głowie jednak wciąż miałem jego słowa i ten pusty wzrok, którym wpatrywał się w przestrzeń. Dlaczego mówił, że Gaja była zła? Przecież… rozpaczał po niej tak samo jak mama, a może nawet jeszcze bardziej?Rozdział 3
Patrycja
Z łazienki słyszałam, jak Toni znów wydziera się na Igora. Od kolacji nie przeszła mu złość na ojca. Zawsze był taki wrażliwy na ból, słowa innych, ale i na zmiany, które ostatnio wciąż nas dotykały. Igor tłumaczył mu, że jego zachowanie było niewłaściwe i dla nikogo to nie jest łatwa sytuacja. Obiecywał, że jeśli bardzo się postaramy, to wróci do kolegów i dawnej szkoły, ale te wizje stawały się coraz bardziej odległe. Powoli przestawałam w nie wierzyć…
Odetchnęłam głęboko i poprawiłam makijaż, bo zmycie go stawiało mnie od razu w gorszym świetle. Igor uważał, że skoro zdradziłam go, będąc wymalowaną „jak ladacznica”, on też zasługiwał na to samo. Przesunęłam pędzlem po policzku i rozsmarowałam na nim bronzer, a potem szminką podkreśliłam pełne usta. Wciąż byłam piękną kobietą, ale ostatnie miesiące sprawiły, że moja cera poszarzała, a pod oczami widniały cienie. Brzuch też nie wrócił do formy sprzed porodu – zamienił się w coś miękkiego, w poduszkę, która z łatwością amortyzowałaby uderzenia. Dlaczego o tym pomyślałam? Przecież Igor nigdy mnie nie uderzył. Nawet wtedy, gdy dowiedział się o zdradzie, wystarczyła mu jedynie słowna agresja. To na Tonim wyładowywał swoją złość… Niemniej te dziwne myśli gdzieś się we mnie zagnieździły.
Usiadłam na brzegu wanny i obserwowałam swoje odbicie w małym lustrze. Łazienka była jedynym ładnym miejscem w tym domku. Miała piękną armaturę i czarne płytki, które – mimo widniejącego na nich kurzu – i tak dawały olśniewający efekt. Splotłam ręce i czekałam, aż Igor dołączy do mnie. Ale choć rzeczywiście dziś byłam w środku cyklu i powinnam kwitnąć, nie miałam żadnej ochoty na seks.
Miałaś piękny dom, Patrycjo.
Miałaś piękną córeczkę, pracę marzeń i przyjaciół. Możesz tam wrócić, możesz tam wrócić, jeśli tylko będziesz chciała. Postaraj się.
Zacisnęłam zęby. Próbowałam skierować myśli na inny tor, kiedy Igor pojawił się w łazience ubrany jedynie w ciemne spodnie. Gdyby zobaczył go ktoś inny, uznałby, że jest nie tylko przystojny, ale i dobrze zbudowany. Mimo swoich czterdziestu dwóch lat wyglądał wciąż tak dobrze jak kiedyś. Dżinsowe spodnie lekko zwisały – już pozbawione paska. Na twarzy był widoczny kilkudniowy zarost. Gdyby nie to, co zrobił… Może umiałabym patrzeć na niego oczami innych kobiet. Próbowałam, z całych sił próbowałam wrócić myślami do momentu, gdy spłodziliśmy Pawła, Szymona czy Toniego. Nawet w najbardziej namiętnych chwilach mój mąż był czuły i delikatny, aż do… Nie. Nie chciałam o tym myśleć.
Wróciłam pamięcią do okresu sprzed kilkunastu lat. Mieszkaliśmy wszyscy w piątkę w domu w górach. Noc. Ciemno. Wino, kolacja i my wpatrujący się w niebo pełne gwiazd. Przez natłok wspomnień przebijał się szum wody. Spoglądałam na Igora, który patrzył na mnie z zaciętą miną, ale po chwili zobaczyłam, jak znów się uśmiechnął. Kiedyś to właśnie ten jego uśmiech mnie zauroczył. Był nieco łobuzerski, jak u serialowego chłopaka z sąsiedztwa.
Nie wiem, co było tego przyczyną, ale ta łagodna twarz sprawiła, że poczułam się trochę bardziej pokrzepiona. Wyciągnął do mnie rękę.
– Chodź, umyję cię.
Chrząknęłam, bo byłam już pod prysznicem, ale chciałam mieć to jak najszybciej za sobą. Umiałam udawać. Umiałam to robić równie dobrze jak on.
Sunęłam wolno w jego stronę. Zrzuciłam szlafrok, a potem majtki i stanik, by wreszcie stanąć pod strumieniem ciepłej – o dziwo! – wody. Szyba prysznicowa momentalnie pokryła się parą. Igor przyglądał mi się przez moment, a potem ściągnął ubranie i dołączył do mnie.
Chciałam się rozpaść. Kucnąć pod tą wodą i rozpłakać – jak zwykle, gdy zostawałam sama – ale nie mogłam okazać słabości.
Pierwszy dotyk sprawił, że coś przewróciło mi się w żołądku. Wiedziałam, że Igor nie planuje żadnej gry wstępnej, że liczy się tylko jego zadowolenie. Sam akt. Mimo tego on sięgnął po żel i wylał na rękę, a potem delikatnie, naprawdę bardzo subtelnie mył mnie.
– Byłaś bardzo brudna, Patrycjo – rzucił. – Ale już jest dobrze. Zmyłem z ciebie wszystko, co złe.
Dwuznaczność tych słów była irytująca, piekła, bolała. Jednak wiedziałam, że on był jeszcze bardziej brudny. Tak naprawdę oboje byliśmy skażeni i staraliśmy się zetrzeć coś, czego nie zmyje żaden płyn ani detergent.
– Rozluźnij się. – To brzmiało jak komenda. Suche, beznamiętne polecenie. – Jak będziesz bardzo mokra, to wtedy…
– Wiem, jak działa kobiece ciało – przerwałam szybko, bo naprawdę nie chciałam słuchać o moim śluzie ani o tym, że plemniki wolą wilgoć. Kiwnął głową i obrócił mnie w swoją stronę. Odrzucił myjkę, która spadła gdzieś daleko, po czym wpił się w moje usta gwałtownie i szybko. Poddałam się temu, bo nie chciałam protestować, nie chciałam odmawiać, krzyczeć, żeby Toni nie usłyszał. Nie mogłam być tą, którą mąż bierze wbrew jej woli. To zdarza się innym, innym!
Wmawiałam sobie, że tak jest lepiej, a może po prostu nie chciałam przekonać się, co by było, gdybym się postawiła? Zamknęłam oczy i znalazłam się w przeszłości. Kilkanaście lat młodsza i szczęśliwsza. Uprawiałam seks z mężczyzną mojego życia, a żadne problemy jeszcze nas nie dotyczyły. Wlałam w ten akt cały swój żal, całą swoją gorycz i nieprzetrawioną żałobę, ale mimo to, mimo tych starań, kiedy Igor osiągnął spełnienie, po moich policzkach znów poleciały łzy.
Jesteś słaba, Patrycjo.
Ileż można się mazać? Weź się w garść i zacznij wdrażać w życie swój plan. Krok po kroku.
Patrycjo, słyszysz? Słyszysz?
Otworzyłam oczy, a krople wody mieszały się z moimi łzami. Odwrócona tyłem do Igora na szczęście nie byłam zmuszona, by mu to pokazywać.
– Oby to zadziałało – westchnął. – Bo mam wrażenie, że już nigdy nie doczekam się córki, a wtedy… – Nachylił się nade mną i skubnął w ucho. – Zostaniemy tu na dużo dłużej. A może na zawsze? – Jego głos był zimny, przeszywał na wskroś.
Dwie minuty później wytarłam się i ruszyłam do sypialni. Objęłam swój miękki brzuch, który teraz wydawał się jeszcze bardziej paskudny, i skulona w embrionalnej pozycji, próbowałam zasnąć. Na próżno. Już po chwili usłyszałam głos Igora, który pytał, czy na pewno odmówiłam modlitwę przed snem, w której przepraszałam za to, co się stało, i dziękowałam za kolejny dobry dzień.
Nie miałam siły na kłótnie, dlatego posłusznie wstałam i klęknęłam przy łóżku, ale w duchu nie odmówiłam żadnej modlitwy. A przynajmniej nie takiej, jakiej życzyłby sobie on. Zamiast do Boga zwracałam się do kogoś innego, a na moje usta cisnęło się po prostu: „Idź do diabła”.
Kiedy położyliśmy się oboje do łóżka, odwróciłam się na drugi bok i zamknęłam oczy.
– Może trzymaj nogi w górze, co? – Długo nie nacieszyłam się ciszą. – A jutro znów wrócimy do komórki. Nie podobałaś mi się w świetle. Trochę zbrzydłaś po tamtej ciąży i cycki ci wiszą, a przecież karmiłaś krótko, więc najlepiej będzie nam w ciemności. Doszłaś chociaż?
Zacisnęłam wargi.
– Tak.
Nachylił się nade mną i rzucił prosto do ucha:
– Nie kłam, Patrycjo. Wcale nie miałaś orgazmu.
– Skąd…
– Wsłuchaj się w swój głos, kiedy kłamiesz. Odkąd wyszło, że Gaja to nie moja córka, przy każdym kłamstwie intonacja jest zupełnie inna. Jakbyś się mnie bała – zawiesił głos. – Boisz się własnego męża, skarbie? Przecież ja cię chronię. Gdyby nie ja… Gdybym nie dał ci drugiej szansy po zdradzie, nie miałabyś nikogo. Dlaczego nie doszłaś? Przecież w czasie owulacji bardzo się chce i kobietom łatwo o spełnienie. Wydaje mi się, że słabo się starasz o naszą Gaję.
Miałam ochotę zakryć poduszką uszy, nie słuchać tych wszystkich bredni na temat cyklu i mojego ciała, ale on mówił i mówił.
– A może ty lubisz z użyciem siły, co? Z Karolem tak miałaś? – Jego głos, mimo ostrych słów, był tak spokojny… I właśnie to najbardziej mnie niepokoiło. Nagle znalazł się tuż nade mną. Przycisnął mnie do łóżka i wpatrywał się w moje oczy, a jego ręce błądziły po szyi.
– Mógłbym cię tu udusić i nikt by nawet tego nie usłyszał. – Uśmiechnął się i przez moment napawał moim strachem. Ścisnął ręce, a ja poczułam, jak momentalnie brakuje mi tchu. Zaczęłam wierzgać nogami i dopiero wtedy rozluźnił chwyt.
– Nigdy więcej tak nie rób – wysapałam. Czułam się oszołomiona i odrętwiała przez sposób, w jaki się ze mną obszedł. Bezduszny i pozbawiony nawet odrobiny dawnej czułości. – Zwariowałeś?
– Oj, Patka, żartowałem. Jesteś strasznie sztywna. Lepiej, żebyś urodziła już to dziecko, bo seks z tobą jest taki męczący. Zero zaangażowania. Jakbym ruchał dmuchaną lalkę, a nie żonę. A teraz weź, kurwa, te nogi do góry!Rozdział 4
Patrycja
Obudził mnie koszmar. Ten sam od wielu miesięcy. Krzyk, przeraźliwy jęk noworodka w łóżeczku i ja biegnąca zobaczyć, co się dzieje. A potem cisza. Jakby coś nagle w jego małym umyśle się przestawiło, kazało być cicho. I ten brak jakiegokolwiek dźwięku był gorszy niż wszystko inne. Dźwignęłam się do pozycji siedzącej i patrzyłam, jak Igor jeszcze śpi. Ciemność i zimno w tym domu porażały mnie do głębi. Przypomniałam sobie, jak to naprawdę było. Dwa tygodnie spędzone z Gają i ta pamiętna środa, kiedy w domu pojawił się Karol. Facet, z którym spędziłam w barze dobrych kilka godzin, a potem trafiliśmy razem do łóżka. Głupia przygoda, skok w bok i wieczór niewart zapamiętania, który jednak odcisnął swoje piętno.
Karol był ojcem Gai. Nie sądziłam, że będzie chciał się do niej przyznać, ale kiedy przestąpił próg naszego domu, zaczęło się piekło. Nie interesował się córką, gdy byłam w ciąży, wysyłał jedynie zdawkowe wiadomości, że to zbyt duża komplikacja, a ja nie chciałam od niego żadnych alimentów. Wszystko zaplanowałam tak, by to Igor był ojcem dziecka. Miał nigdy nie poznać prawdy i mogłoby się udać. Naprawdę mogłoby być dobrze.
Od słowa do słowa, Karol wyznał, że przemyślał wszystko i chciałby uczestniczyć w życiu dziecka, że nie może pozwolić na to, by ktoś inny rościł sobie do niego prawo. Zamarłam. Patrzyłam to na Igora, to na Karola, kołysząc Gaję w ramionach, ale mimo to córka nie chciała przestać płakać.
– O czym on mówi, Patrycja? O czym on, do jasnej cholery, mówi?! Znasz go?
Igor patrzył na mnie najpierw zdezorientowany, a potem wkurzony, ale wyczytał z mojej twarzy, że to prawda. Dotarcie podczas ich kłótni do łóżeczka, które znajdowało się na piętrze, zajęło mi zdecydowanie więcej czasu niż zwykle. Kolana miałam jak z waty. Uspokojenie płaczącego maleństwa trwało kolejne piętnaście minut. Wszystko się nagle posypało. Cały mój plan zatarcia śladów zdrady został zniweczony, bo on, facet z baru, nagle poczuł w sobie potrzebę zaopiekowania się córką obcej kobiety. Bałam się zejść. Pamiętam, że bardzo się bałam, kiedy dotarłam do salonu, ale Karola już tam nie było. Odgłosy kłótni ucichły, a w miejscu, gdzie stali wcześniej, czekał jedynie Igor. Miał czerwoną twarz i zaciskał pięści.
– Wiedziałem. Wiedziałem, że Paweł nie poszedł się puszczać ot tak! To twoje geny, twoje kurewskie geny.
Igor mówił i mówił, wciąż mnie wyzywając, i choć miał rację, to wcale nie było mi wstyd. Tamtego wieczoru, gdy trafiłam do baru z Karolem, dowiedziałam się czegoś o Igorze. To był cios, którego nie mogłam znieść, przynajmniej nie na trzeźwo. Wyszłam pod pretekstem spędzenia wieczoru u koleżanki i upiłam się w pierwszym podrzędnym barze. Alkohol to kiepskie rozwiązanie, ale było mi wstyd za własnego męża i próbowałam utopić ten żal w procentach. Zapomniałam o całym świecie, o zasadach, moralności, nawet o zabezpieczeniu. Potem wszystko poszło zbyt szybko.
– Gdzie jest Gaja? – zapytał nagle Igor.
– W swoim łóżeczku, śpi. – Spojrzałam na niego podejrzliwie, bo przecież doskonale widział, jak wchodziłam z dzieckiem po schodach na górę.
– Dobrze. Niech śpi. Wieczorem wyjdziesz z domu z Tonim, bo dawno nie byliście nigdzie razem. Ja zostanę z Gają. Odciągniesz mleko i zostawisz butelkę, żebym mógł ją nakarmić. Nie mam ochoty teraz na ciebie patrzeć. Muszę pomyśleć.
Wydawał się przekonany do tego, co mówi, ale ja nie rozumiałam, skąd nagle ten łagodny ton. Dopiero co wyzywał mnie od najgorszych. To brzmiało jak jakiś bełkot szaleńca.
– Zdradziłaś mnie, zdradziłaś po tylu latach. Ja bym cię nigdy… – Znów zacisnął pięści i spojrzał przez okno. – Mogłaś mi powiedzieć, że czegoś ci brakuje, czy koniecznie musiałaś iść do innego? Jak Toni to przyjmie?
– Jego w to nie mieszaj.
– Myślałaś o nim, gdy to robiłaś? Kurwa, myślałaś o czymkolwiek? Nawet się nie zabezpieczyłaś, a mi przypominałaś o tym nawet w najbardziej spontanicznym seksie. A nie, przepraszam, jakiś tydzień po tym, jak niby koleżanka odwiozła cię zalaną w trupa, łaskawie pozwoliłaś bez prezerwatywy. Niech pomyślę… Dlaczego? Jesteś odrażająca!
Spuściłam głowę.
Ty też. Ty też, kochanie. Ale jeszcze ci nie powiem, że wiem o tym. Jeszcze nie.
Zamiast tego oznajmiłam, że nie mam ochoty wychodzić i trzeba ustalić pewne rzeczy, skoro już wiadomo, że Karol nie odpuści.
– To nie była propozycja. A temu świrowi nic się nie należy. Gaja jest moja. Nasza. Od początku była i nikt nie zabierze mi naszej dziewczynki. – Zbliżył się do mnie, ale szybko się odsunęłam. Nie miałam pojęcia, czy zechce mnie ukarać, wolałam być ostrożna. Ale on spojrzał mi w oczy łagodnie i znów powtórzył, że chce zostać sam na sam z córką, a przebywanie ze mną dziś za bardzo go boli. I że mnie to też dobrze zrobi, bo jestem zmęczona.
– Powiem mamie, żeby przyszła. Nie miała jeszcze okazji zobaczyć wnuczki – zaakcentował ostatnie słowo. Chciałam kolejny raz zaprotestować, bo miałam wrażenie, że w tej całej złości i rozpaczy Igor nie zaopiekuje się nią należycie, ale wtedy na dole pojawił się Toni.
– Chcesz iść z mamą na pizzę i automaty?
Chłopak uśmiechnął się od ucha do ucha. To prawda, od dwóch tygodni, odkąd urodziła się Gaja, nie miałam zbyt wielu okazji, by z nim pobyć. Córka była spokojnym niemowlakiem, ale wciąż budziła się z drzemek i trzeba było ją kołysać. W nocy też musiałam radzić sobie sama.
– Jasne, że tak. A Gaja? – Toni zerknął na górę.
– Zostanie ze mną.
– Właściwie to jeszcze nie postanowiliśmy… – zaczęłam, ale Igor znów przerwał.
– Chyba nie zawiedziesz dziecka, co? Należy ci się odpoczynek, a my z babcią poradzimy sobie bardzo dobrze. Wychowałem trójkę dzieci, więc chyba mogę zostać z córką na dwie godziny, prawda?
Córką. Czyli wszystko jasne. Wciąż jest twoja. Wciąż chcesz, by była tylko nasza. To dobrze, to bardzo dobrze. Nie chcę zmian.
– O której będzie babcia?
– Za jakąś godzinę.
– Super. To idę dokończyć grę, zawołaj mnie, jak będziemy jechać – rzucił Toni i zniknął na piętrze.
– Niczego nie ustaliłam – rzuciłam podenerwowana. – Nie możesz…
– Mogę. Ty mogłaś łajdaczyć się z jakimś szczurem, więc ja też mogę. I powiem ci więcej. Zrobisz to, co chcę. Wyjdziesz z tego domu, bo jesteś winna dziecku trochę czasu, i będziesz się świetnie bawić. A ja pomyślę, co zrobić, żeby się to wszystko nie wydało, bo jak ten facet zacznie trąbić na prawo i lewo, że cię puknął, to obojgu nam się oberwie. Trzeba go uciszyć, a jak cię widzę, to po prostu mam ochotę coś rozwalić, więc lepiej, żebyś wyszła.
– Przepraszam.
– Słyszysz, jak to brzmi? Przepraszam, kochanie, że urodziłam dziecko innemu – ironizował. – Nie chcę o tym słyszeć. Nie chcę, żebyś mnie przepraszała. I nie chcę cię teraz widzieć. Gaja jest nasza. Jeśli będę musiał zrobić coś z tym facetem, to bądź pewna, że to zrobię, ale nie oddam mu jej.
Niepostrzeżenie dla mnie samej przez ten gruboskórny ton i surowy wyraz oczu, którym osłonił swoje wnętrze, wydostało się kilka łez. Przyglądałam mu się uważnie.
– Nie jesteś warta mojego płaczu, ale urodziłaś córkę, o której zawsze marzyłem. Nie pozwolę, żeby ktokolwiek mi ją zabrał, nawet jeśli to nie ja jestem jej biologicznym ojcem.
Przytaknęłam. Wiedziałam, że Igor zajmie się wszystkim i nie pozwoli na to, by Karol wmieszał się w nasze życie. Nie chciałam testów na ojcostwo, jego odwiedzin, tłumaczenia Toniemu, co się wydarzyło, ani tego wstydu, gdy patrzyłam mu w oczy. Nie chciałam pieprzonej rodziny patchworkowej.
– Dobrze, zrobimy, jak sobie życzysz.
Gdybym wiedziała, jak skończy się tamten wieczór i że od tamtej pory będziemy robić tylko to, co każe Igor, dwa razy zastanowiłabym się nad odpowiedzią i wyjściem z domu.