Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

If You Need Me. Torronto Terror - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 lutego 2026
3289 pkt
punktów Virtualo

If You Need Me. Torronto Terror - ebook

Czasem to, co miało być katastrofą, okazuje się początkiem najpiękniejszej historii miłosnej.

Dallas Bright – gwiazda NHL i ulubieniec mediów – od lat kocha jedną kobietę. Szkoda tylko, że Wilhelmina „Hemi” Reddi-Grinst, dyrektorka do spraw PR-u jego drużyny, wolałaby raczej wymazać go z pamięci. Dawno temu złamał jej serce i stał się bohaterem jej najgorszego wspomnienia.

Kiedy jedno lekkomyślne zdjęcie wrzucone do sieci wywołuje medialny skandal, reputacje ich obojga stają pod znakiem zapytania. Aby ratować kariery, Hemi i Dallas muszą udawać zakochanych przed światem, kamerami i przed samymi sobą.

Z każdym wyuczonym uśmiechem i kolejnym pocałunkiem granica między pozorami a prawdziwymi uczuciami coraz bardziej się zaciera. Bo może ten niepoprawny hokeista naprawdę zasługuje na drugą szansę?

Ta historia jest naprawdę SPICY. Sugerowany wiek: 18+

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8417-620-7
Rozmiar pliku: 3,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

DALLAS

Ogarnij się, kurwa – mówię do swojego odbicia, ściskając krawędź umywalki.

Jeśli miałbym wybrać najgorszy moment na erekcję na tle stresowym, ten wygrywa bezkonkurencyjnie.

– Otwórz te cholerne drzwi, Dallasie. – Willy szarpie za klamkę.

– O ja pierdolę. – Zaciskam zęby, walcząc z falą pożądania.

To jednak bezcelowe. Już wyobrażam sobie jej wściekłą minę: zaróżowione policzki, zaciśnięte w pięści dłonie oparte na krągłych biodrach, pełne usta wydęte w uroczym grymasie irytacji. Mój wzwód zamienia się w stalowy pręt.

Wilhelmina Reddi-Grinst, przez zespół zwana Hemi – ja nazywam ją Willy, to mój sposób, by przyciągnąć jej uwagę – jest szefową do spraw PR-u w Toronto Terror, zawodowej drużynie hokejowej, w której gram.

Jest też kobietą moich marzeń – od lat. Niestety, nie znosi mnie. Ma ku temu dobry powód. Znamy się od przedszkola, a ja byłem skończonym gnojkiem, kiedy dorastałem.

Jeszcze gorsze jest to, jak moje ciało za każdym razem na nią reaguje. Zwłaszcza gdy się mnie czepia. Ludzie zawsze stają na rzęsach, żeby mi dogodzić. Ale nie Willy. Nigdy Willy.

– Zaraz! – wołam, a panika dołącza do lęku.

To nie powinno się dziać. Zająłem się sobą, zanim wyszedłem z cholernego domu. Dwukrotnie. No ale proszę, walczę tu z kolejną erekcją ze stresu. W łazience schroniska dla zwierząt. Co za żenada.

I nowy poziom dna. Ale już lepiej uporać się z tym tutaj, niż oglądać swoje zdjęcia w internecie, na których trzymając psa ze schroniska, mam jednocześnie erekcję.

Podjąwszy fatalną decyzję, odrywam jedną rękę od krawędzi umywalki i z nienawiścią do samego siebie wsuwam rękę do bokserek, żeby chwycić kutasa. Mimowolnie jęczę z ulgi.

– Słyszałam ten dźwięk, Dallasie. Słyszałam. – Willy wali. – Lepiej otwórz te drzwi, zanim policzę do trzech, bo inaczej zapiszę cię do grupy z klaunami i pierogami z kiszoną kapustą.

Nie cierpię klaunów. Prawdopodobnie dlatego, że moi starsi bracia, Manning i Ferris, zmusili mnie do obejrzenia filmu _To_*, kiedy miałem cztery lata. A kiszona kapusta przypomina mi dom mojej prababci Helgi, gdzie za dzieciaka razem z rodzeństwem czasami musieliśmy zostawać, kiedy nasi rodzice wyjeżdżali na wakacje. Po zjedzeniu przygotowanego przez nią barszczu dostałem biegunki, a teraz zapach gotowanej kapusty w każdej postaci wywołuje u mnie odruch wymiotny.

– Daj mi minutę! – Odkrzykuję, z werwą pocierając fiuta. Zamykam oczy, starając się nie wyobrażać sobie nagiej i wściekłej Willy. Co jest trudne, skoro stoi za drzwiami.

– Miałeś dziesięć minut. Twój czas się skończył. – Kolejne pukanie. – Jeden… – Głos Hemi drży z wściekłości.

Konsekwencje będą poważne. Bardzo poważne. Na pewno każe mi za to zapłacić. A najgorsze jest to, że to łyknę. Bo to będzie oznaczało, że jej uwaga skupia się dokładnie tam, gdzie chcę. Czyli na mnie. Wiem, że to chore czerpać przyjemność z wkurzania jej. To problem i powinienem się z tego leczyć. Ale jej złość jest lepsza niż obojętność.

Im bardziej się wkurza, tym silniej mnie to podnieca. Powinno być odwrotnie. Nie powinienem aż tak napawać się doprowadzaniem jej do szału. Ale przynajmniej wiem, że wywieram na nią jakiś wpływ.

– Dwa. Zajęcia z klaunami.

Nie mogę znów mieć zajęć wolontariackich z klaunami. Publiczne ataki paniki nie są dobre dla mojego wizerunku.

– Wysyłam mejla z twoim nazwiskiem, dokładnie w tej chwili. – Radość w jej głosie sprawia, że czuję dreszcz przebiegający mi po plecach.

Boże, kocham ją.

Jeśli chodzi o Wilhelminę, to mam przejebane.

A potem robię coś głupszego niż masturbacja w publicznej toalecie.

* Amerykański horror oparty na powieści Stephena Kinga. Akcja toczy się w miasteczku, gdzie grupę dzieci prześladuje morderczy klaun (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).ROZDZIAŁ 2

HEMI

Drzwi się otwierają, a ramię Dallasa wystrzeliwuje jak sprężyna. Chwyta mnie za nadgarstek i wciąga do łazienki. Wchodząc, uderzam piersiami o drzwi, które on zamyka z hukiem, po czym przekręca zamek.

– Co ja tu z tobą robię? – pytam. Dallas jest spocony i rozczochrany, krzywię się na widok jego wyglądu. Zgiął się wpół, z jedną ręką na kolanie. – Chory jesteś? Masz grypę żołądkową? Lepiej, żebyś nie miał. Powinieneś był mi powiedzieć, zanim zmarnowałeś wszystkim czas.

– Nie mam grypy. – Dyszy. Jest wciąż pochylony. Nie wiem, co się dzieje z jego drugą ręką, może zakrywa swoje klejnoty?

– To dlaczego wyglądasz… tak? – Wskazuję ręką w kierunku jego przystojnej, choć niechlujnej postaci. Pieprzony Dallas. Irytująco atrakcyjny koleś, a także ogromny wrzód na tyłku.

– Daj mi chwilę – rzuca.

Prycham i zaciskam dłonie, żeby go nie udusić. Robi tak prawie za każdym razem i jestem przekonana, że tylko po to, by mnie wkurzyć. Był najpopularniejszym chłopakiem w ogólniaku, zawsze w centrum uwagi. Powinien być do tego przyzwyczajony.

Ale wkurzanie się tylko sprawi, że to ja wykażę się brakiem profesjonalizmu, a nie on. Frustrujące jest to, że nic się nie zmieniło od czasów, kiedy byliśmy dziećmi. Nadal jestem wygadaną nerdką, a on królem balu. Biorę głęboki wdech i wchodzę w rolę miłej Hemi, ponieważ chcę, żeby gość wylazł z tej łazienki i odbył sesję promocyjną z uroczą mieszanką chihuahua, a ja mogła pójść na kolejną kawę z przypadkowym facetem poznanym online, którego zdjęcie, mam nadzieję, nie jest przestarzałe o dziesięć lat.

Latem odbędzie się zjazd absolwentów liceum. Nie mogę iść sama. Nie w sytuacji, kiedy moja była najlepsza przyjaciółka i jej długoletni chłopak tam się pojawią, żeby mi pokazać, jak bardzo są szczęśliwi. Dla mnie ogólniak nie był tak fascynującą przygodą jak dla Dallasa. Muszę im pokazać, że moje życie potoczyło się świetnie – i że mam kogoś, z kim mogę je dzielić.

– Dallasie Mattiasie Bright, jesteś świetnym hokeistą – łechcę jego przerośnięte ego. – Ilekroć wjeżdżasz na lodowisko, kibicują ci miliony. Urocze chihuahua nie stanowią dla ciebie zagrożenia. Brałeś udział w niezliczonych sesjach promocyjnych i wiesz, co zawsze robisz?

– Idiotę z siebie?

– Zawsze wychodzisz z tego bez szwanku. – Chwytam go za ramiona i próbuję zmusić, żeby się wyprostował, ale stawia opór. – Stań prosto.

– Nie mogę.

– Możesz i zrobisz to, chyba że chcesz znowu zwijać zwierzątka z balonów podczas tegorocznej zbiórki funduszy na festynie halloweenowym.

– Nie strasz mnie tym, Willy.

Zgrzytam zębami, słysząc okropne przezwisko, którego używa, odkąd zaczęłam pracować dla Terroru.

Krzywi się, jakby dopiero po dwóch sekundach zdał sobie sprawę z popełnionego błędu.

– Ostrzegałem cię. – Prostuje się.

I już wiem, dlaczego był zgarbiony. Chociaż jedną ręką osłania krocze, wyraźnie widać, że problem kryje się w majtkach. Poważny problem.

– Czemu, do cholery, wciągasz mnie do łazienki, skoro masz wielki wzwód? – Uderzam go dłonią w klatkę piersiową.

Jęczy. Naprawdę wolałabym, żeby nie brzmiało to tak seksownie.

– Nie wydawaj takich dźwięków, kiedy tu z tobą stoję! Na miłość boską, co jest z tobą nie tak? – Odchylam głowę i wbijam wzrok w sufit, zamiast w wyraźny zarys penisa w jasnoniebieskich bokserkach. Nigdy nie pozbędę się tego obrazu z głowy.

– To erekcja ze stresu.

– Nie chcę tego wiedzieć. Proszę, spraw, żeby zniknęła. – Nadal wgapiam się w wykafelkowany sufit.

– Próbowałem.

Zniżam głos do gniewnego szeptu.

– Masturbując się w pieprzonej łazience? – No nie mogę z nim.

– Próbowałem myśleć o obrzydliwych rzeczach, ale wtedy zaczęłaś na mnie krzyczeć, co tylko pogorszyło sprawę, zwłaszcza kiedy groziłaś mi klaunem. Nie możesz mi tego więcej robić.

Wciągam haust powietrza do płuc i wydycham wściekłość. Łagodzę ton i udaję, że mam do czynienia z jednym z chłopaków z drużyny, który nie był odpowiedzialny za to, że moje życie w okresie od podstawówki do ogólniaka było koszmarem.

– Dallasie, weź głęboki oddech, proszę.

Łapie powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg.

– No dalej! Wdech na cztery, wydech na cztery – zachęcam go.

Wciąga powietrze, gdy liczę, a potem wypuszcza je, kiedy dochodzę do jednego.

– Lepiej? – pytam, gdy koloryt jego twarzy wraca prawie do normy.

– Tak. Dzięki. Przepraszam.

Spuszczam wzrok, chociaż nie powinnam. Problem w jego spodniach chyba się ulotnił. Dzięki Bogu.

– Umyj twarz zimną wodą. – Sprawdzam godzinę. Musimy się pospieszyć, jeśli mam zdążyć na randkę. – Benita z zespołu fryzjerstwa i makijażu czeka, żeby poprawić twoją stylówę. – Zakładam ręce na piersi i czekam.

– Zostajesz tutaj? – Nasze spojrzenia na chwilę krzyżują się w lustrze, zanim robi to, o co proszę, a potem wyciąga kilka papierowych ręczników z podajnika i osusza twarz. Zupełnie nie podoba mi się sposób, w jaki napinają się mięśnie jego przedramion i bicepsy.

– To ty mnie tu wciągnąłeś – przypominam. Znowu. Z całych sił powstrzymuję się, żeby nie unieść brwi. Przysięgam, że przez niego nie obędzie się bez botoksu, zrobią mi się zmarszczki, zanim skończę trzydziestkę.

– Słuchaj, muszę się wysikać. – Dallas przeczesuje dłonią włosy, tworząc w nich cudowny nieład. – Przysięgam, że to zajmie tylko chwilę. Nawet nie zamknę drzwi.

Bez słowa gapię się na niego. Jego warga drży.

– Proszę, nie gniewaj się na mnie. Bo skończę z kolejną erekcją na tle nerwowym i będziemy musieli przejść przez to wszystko od nowa. – Pokazuje na nas dwoje. – Mnie to nie przeszkadza, ale podejrzewam, że tobie może.

– Jeśli zajmie ci to dłużej niż minutę, wrócę i wyciągnę cię siłą. – Zanim coś powie, wychodzę z łazienki.

W korytarzu stoją Claudia, dyrektorka schroniska, Benita, charakteryzatorka, fotograf, kamerzysta i dwóch schroniskowych wolontariuszy. Uśmiechając się, podchodzę do grupy.

– Wszystko w porządku? – pyta Benita z wyćwiczonym uśmiechem. Brała udział w wielu akcjach promocyjnych i wie, jaki jest Dallas.

– Wszystko gra – zapewniam ją i zwracam się do Claudii, obniżając głos do konspiracyjnego szeptu: – Dallas czasami się denerwuje, zanim stanie przed kamerą, ale kiedy już się zacznie, od razu się rozluźnia.

Na szczęście w korytarzu pojawia się on sam. Spogląda na grupę zza swoich absurdalnie długich rzęs i uśmiecha się w sposób całkowicie godny jego nazwiska*. Wszystkie kobiety, w tym Benita, również pochylają głowy i odwzajemniają uśmiech. Dallas praktycznie u każdego wywołuje taką samą reakcję. Aż chciałoby się przewrócić oczami.

– Przepraszam, że kazałem wam czekać – mówi, chowając rękę do kieszeni.

– Nie ma sprawy – zapewnia go Claudia. – Naprawdę doceniamy twoje wsparcie.

– Chciałbym mieć psa, ale grafik wyjazdów mi to uniemożliwia. Byłoby inaczej, gdybym miał partnerkę, która mogłaby się nim zająć, ale… eee… wciąż czekam na odpowiednią osobę, która zda sobie sprawę, że to ja jestem tym jedynym – mówi Dallas, idąc ramię w ramię z Claudią.

Chrząkam. Odkąd jestem w drużynie, Dallas nigdy nie miał dziewczyny, więc to, że ktoś taki w ogóle istnieje, jest dla mnie nowością. Zwłaszcza że chłopak jest gorliwym flirciarzem.

Zerka na mnie przez ramię i posyła mi uśmiech.

Przesuwam środkowym palcem po brwi.

– Jest ktoś wyjątkowy? – docieka Claudia.

– Tak, ale ona nie jest jeszcze na mnie gotowa. W końcu jednak zmieni zdanie.

Ma rozbuchane ego. Oczywiście jest przekonany, że może oczarować kogo tylko zechce, ponieważ ilekroć jest w barze, zawsze się tak dzieje. Kiedy nasza paczka wychodzi na miasto, flirtuje na całego, pozwalając, by jakaś biedaczka żywiła nadzieję – fałszywą, bo ostatecznie i tak nieodmiennie wychodzi sam.

Sprawdzam wiadomości, podczas gdy Benita zajmuje się fryzurą i makijażem Dallasa. Moja randka nadal jest aktualna. Wymiana poglądów za pomocą apki randkowej przebiegła stosunkowo dobrze, więc mam nadzieję, że mogłabym pojawić się z tym facetem na zjeździe absolwentów.

Claudia i fotograf szybko objaśniają Dallasowi co i jak. Jedyną nieprzewidywalną zmienną są psy. Dokładnie wiem, jak Dallas zachowa się przed kamerą, ale szczenięta i psy ze schroniska czasami bywają płochliwe.

Claudia wraca z pierwszym psem. George to mieszaniec chihuahua i cairn terriera. Rezultatem jest chude stworzenie z jednym zębem, który wystaje z pyska pod dziwnym kątem. Malec jest uroczo niezdarny. Gdy tylko Dallas podnosi psiaka, ten go obsikuje.

Dallas zdejmuje koszulę, eksponując wyrzeźbioną klatkę piersiową, muskularny brzuch i ramiona. Jest niesamowicie umięśniony i doskonale o tym wie. Fotograf robi kilka zdjęć, a wolontariusze ze schroniska przynoszą mu mokrą, namydloną gąbkę i ręcznik. Wszyscy się nad nim rozpływają, a Claudia przeprasza raz po raz.

– Nie przeszkadza mi, że mnie obsikał – mówi Dallas, prawdopodobnie chcąc wszystkich uspokoić.

Benita i Claudia wymieniają spojrzenia.

– To znaczy, to nic wielkiego. Nie żebym naprawdę chciał… – George gryzie ucho Dallasa jak swoją ulubioną zabawkę do żucia.

Claudia przyprowadza drugiego psa, a Dallas zakłada koszulkę z logo schroniska, podaną przez jednego z pracowników. Bernardo to ogromny bernardyn. Jest tak entuzjastycznie nastawiony, że przewraca Dallasa na podłogę, co jest nie lada wyczynem, biorąc pod uwagę, że chodzi o potężnego hokeistę o wzroście metr dziewięćdziesiąt pięć i masie ponad stu kilogramów. Bernardo kładzie ogromne łapy na jego ramionach i przejeżdża jęzorem po twarzy, obśliniając ją całą.

– Uwielbiam mężczyzn, którzy kochają psy – wzdycha Benita.

– Zwłaszcza przystojnych hokeistów, którzy kochają psy – dodaje Claudia.

Stoję z boku i z radością obserwuję, jak Dallas próbuje uciec przed psim językiem i śliną.

– Mam nadzieję, że to uchwyciłeś – mówię do naszego fotografa.

– O tak, jasne. To złoto – odpowiada i robi kolejne zdjęcia.

– Może będę chciała przerobić jedno na plakat do mojego biura – rozmarzam się. Będzie z tego idealna tarcza do gry w rzutki.

W końcu Bernardo przestaje ślinić się do Dallasa. Następuje kolejna zmiana koszuli i odświeżenie makijażu. Sesja nabiera nieco erotycznego charakteru, gdy Bernardo postanawia, że noga Dallasa będzie dobrym obiektem do posuwania.

– Chciałbym móc to robić – szepcze jeden z wolontariuszy.

Drugi chichocze.

Zaciskam zęby i milczę.

Z niechęcią muszę przyznać, że Dallas znosi wszystko z godnością. Półtorej godziny później mamy mnóstwo materiału wideo i zdjęć, które schronisko będzie mogło wykorzystać w nadchodzącej kampanii.

Kiedy przed odjazdem wypisuje im czek na dziesięć tysięcy dolarów, pracownicy zakochują się w nim jeszcze bardziej. Wątpię, żeby tak się nim zachwycali, gdyby znali go tak dobrze jak ja. Wystawienie czeku nie niweluje piekła, jakie on i jego kumple mi zgotowali, kiedy dorastaliśmy – na przykład kiedy w podstawówce usłyszałam szczęk nożyczek i mój warkocz wylądował w ich rękach.

Kiedy kończy, mam pół godziny, żeby zdążyć do kawiarni.

– Wracasz do domu czy do biura? – Dallas przytrzymuje mi drzwi.

– Ani jedno, ani drugie.

– Spotykasz się z dziewczynami? – naciska.

– Nie. – Zatrzymuję się przed samochodem. – Jeśli musisz wiedzieć, idę na randkę.

Wykrzywia usta z obrzydzeniem.

– Randkę?

Ten sam Dallas co zawsze. Przewracam oczami.

– Zdaję sobie sprawę, że nie jestem zarabiającą miliony hokeistką, Dallasie, ale nie jestem też potworem.

– Nie o to…

Wchodzę mu w słowo:

– Zachowaj to dla kogoś, komu na tym zależy. Odezwę się, gdy będziemy mieli zdjęcia i klipy wideo. – Otwieram drzwi samochodu i zajmuję miejsce za kierownicą.

– Willy…

– Odpierdol się. – Zamykam drzwi i pokazuję mu środkowy palec, odjeżdżając z parkingu.

Naprawdę mam nadzieję, że ta randka okaże się właściwą, bo kończy mi się czas.

* Dallas ma na nazwisko Bright, czyli jasny, promienny.ROZDZIAŁ 3

HEMI

Czat Gangu Twardzielek aż kipi od wiadomości.

RIX

Udanej randki!

HAMMER

Trzymam kciuki, żeby nie okazał się taki jak ten ostatni koleś.

TALLY

Wysyłam pozytywne vibe’y randkowe.

SHILPS

^^^Zgadzam się z przedmówczyniami.

Shilpa wysyła mi jeszcze jedną wiadomość, już poza grupowym czatem.

SHILPS

Jeśli ta randka nie pójdzie po Twojej myśli, podtrzymuję

propozycję, że możesz zabrać mojego kuzyna.

HEMI

Kocham Cię i tę propozycję, ale bardziej niż randki lubię

być od czasu do czasu Twoją randką na rodzinnych imprezach, kiedy Ash jest nieobecny.

Poza tym Manreet kocha się potajemnie w Sonali, uwierz mi.

No to idę. Trzymaj kciuki, żeby wyglądał jak na zdjęciu profilowym.

SHILPS

Zadzwonię za dwadzieścia pięć minut,

gdyby trzeba było Cię ratować.

Shilpa Palaniappa, często nazywana Shilps, jest moją najlepszą przyjaciółką, a także prawniczką drużyny Terror. To bezkompromisowa babka, ale ma też uroczą, delikatną stronę, którą ja bardzo chciałabym mocniej w sobie rozwinąć. Być może mam z tym problem, ponieważ jestem najmłodsza i mam dwóch starszych braci. W domu, żeby ktoś mnie w ogóle usłyszał, trzeba było przekrzyczeć innych. Kiedy byłam dzieckiem, ludzie mówili, że jestem onieśmielająca, a czasem nieprzystępna. Także z tego powodu Dallas i jego kumple wzięli mnie na celownik.

Przed wejściem do kawiarni rozglądam się dookoła. Wybrałam to miejsce, ponieważ nie bywam tu regularnie. Przyszłam dziesięć minut przed czasem, więc miło zaskakuje mnie widok Charlesa siedzącego w rogu przy małym stoliku obok kominka. Oddycham też z ulgą, bo wygląda dokładnie jak na zdjęciu profilowym. Dobry początek.

Podnosi wzrok na dźwięk dzwonka przy drzwiach. Wstrzymuję oddech na chwilę, czekając na jego reakcję, gdy lustruje mnie z góry na dół. Nie koloryzuję na swoim profilu. Wiem, że nie należy odejmować pięciu kilogramów od wagi, centymetrów od wzrostu, ani używać zdjęcia z filtrem, na którym wyglądam na dwadzieścia dwa zamiast dwadzieścia siedem lat. Uśmiecha się, odsuwa krzesło i wstaje, gdy przechodzę przez kawiarnię.

Jego zdjęcie pokazywało prawdę, lecz nie oddawało wysokości. Wiem, bo sama mam prawie metr osiemdziesiąt w butach na płaskim obcasie. Których dziś nie założyłam. W porządku. Czyli nie był całkowicie szczery co do swojego wzrostu. Nie ma sprawy.

Dyskretnie wyciera ręce o spodnie i wyciąga jedną z dłoni w moją stronę.

– Hej! Cześć! Jestem Charles. Ty musisz być Wilhelmina.

– Cześć, zgadza się. Miło cię poznać. – Wsuwam palce w jego dłoń. Jest miękka i trochę wilgotna. Ale pracuje w reklamie, więc nie powinnam oczekiwać, że będzie miał zrogowaciałą skórę jak chłopaki z drużyny. Cała ich praca kręci się wokół aktywności fizycznej. Kiedy nie są na lodzie, pakują na siłowni.

– Miło cię poznać. – Charles ściska moją dłoń. – Wyglądasz tak samo jak na zdjęciu.

– Lubię być autentyczna.

– Czasami ludzie używają filtrów, przez co wyglądają atrakcyjniej niż w realu. – Charles rumieni się i szybko próbuje wycofać się z tego stwierdzenia. – Nie chcę powiedzieć, że na zdjęciu wyglądasz lepiej niż w rzeczywistości.

Nie wróży to najlepiej, skoro tak zaczyna. Nie chcę jednak, żeby wystawił mi kiepską ocenę na portalu randkowym, więc zamiast kazać mu się odpierdolić, kiwam w stronę baristy.

– Może zamówimy coś do picia?

– Tak. Oczywiście! – mówi z ulgą.

Zamawia latte na mleku owsianym z milionem odstępstw od oryginału i batonik owsiany. Ja biorę kawę mrożoną z odrobiną słodkiej śmietanki. Płacimy za siebie i wracamy do stolika. Cieszę się, że wzięłam w kubku na wynos, bo coś mi się wydaje, że ta randka będzie krótka i trochę nieprzyjemna.

– Mówiłaś, że pracujesz w PR. Od jak dawna? – Charles siorbie kawę.

Staram się go nie oceniać, bo zamówił bardzo gorącą.

– Pracuję dla Terroru od trzech lat. Zwykle jest to niesamowita praca. – Z wyjątkiem sytuacji, gdy mam do czynienia z Dallasem i jego stresowymi erekcjami. Nie myśl o erekcji Dallasa podczas randki!

– Nie oglądam hokeja. Bardziej interesuję się piłką nożną. – Odgryza ogromny kawał batonika. Okruchy spadają na stół i prawdopodobnie na jego kolana.

– Grałeś kiedyś? – pytam.

– Nie, ale mój starszy brat grał. Poszedł na studia dzięki stypendium. Wszystkie dziewczyny go uwielbiały. – Przewraca oczami. – Ale teraz jest sprzedawcą używanych samochodów, a ja kieruję działem w mojej firmie reklamowej.

– Nic tak nie motywuje do bycia lepszym niż odrobina rywalizacji między rodzeństwem. – Ten facet brzmi, jakby potrzebował terapeuty, a nie randki. – Jaką reklamą się zajmujesz?

Charles rozpoczyna piętnastominutowy monolog o swojej pracy, mówi o tym, jak stresujące jest bycie najciężej pracującym facetem w biurze. Potem opowiada, że w zeszłym miesiącu pominięto go w awansie, na który całkowicie zasługiwał. To wszystko wydaje się sygnałem ostrzegawczym i czekam tylko, aż złapie oddech, żebym mogła uciec.

Zanim jednak to nastąpi, rozmowa szybko schodzi na poziom, z którego nie ma już powrotu.

– Ile chcesz mieć dzieci? – pyta nagle.

– Nie jestem pewna.

Czy chcę mieć dzieci? Tak sądzę. Jestem adoptowana i nie mam żadnych informacji o mojej biologicznej rodzinie. Przeszłam badania genetyczne, ale wolałabym omówić tę kwestię z moim partnerem. Gdybym miała założyć rodzinę, chciałabym także adoptować przynajmniej jedno dziecko. Ale dwudziesta minuta kawowej randki z Charlesem Siorbaczem nie jest odpowiednim momentem na taką rozmowę.

– Ja chcę mieć piątkę – stwierdza z naciskiem.

– Naprawdę?

– To świetnie, że masz wykształcenie i pracę, ale kiedy będziemy mieli potomstwo, twoim priorytetem będzie bycie mamą.

To, że przeskoczyliśmy od kawy do bycia matką jego pięciorga dzieci, jest ogromnym, migającym na czerwono sygnałem ostrzegawczym, dodanym do wcześniejszych ostrzeżeń.

– To ciekawe podejście.

– Gotujesz? – pyta Charles. – Wyglądasz, jakbyś umiała.

Gdybym nie była tak złakniona kofeiny, byłabym skłonna wylać mu kawę na twarz.

– Dzięki. Tak, umiem gotować. A ty? – odcinam się.

– Grilluję. Jestem bardzo tradycyjny.

– Na to wygląda. – Nie mogę się doczekać, żeby opowiedzieć Shilpie o tym facecie.

Charles opiera łokcie na stole i robi poważną minę.

– Szukam żony, Wilhelmino. Myślisz, że nadajesz się na żonę?

– Jestem świetnym materiałem na żonę. – Ale nie dla tego faceta. Co tu się, kurwa, dzieje?

– Masz genialne biodra do rodzenia dzieci.

To chyba miał być komplement.

Dzwoni mój telefon. Dzięki Bogu za najlepsze przyjaciółki.

– Przepraszam. To moja babcia. Muszę odebrać.

Charles marszczy brwi.

– Cześć, babciu, wszystko w porządku?

– Jak jest? – pyta Shilpa. – Jeszcze nie jest za późno, żeby dołączyć do mnie w spa.

– O nie! I są zatrzaśnięte w twoim samochodzie? Mam po ciebie przyjechać? – Bezgłośnie mruczę „sorki” do Charlesa.

– Tak dobrze idzie, co? – Shilpa wzdycha. – Przykro mi, że to kolejny niewypał.

– Oczywiście. Nie, nie ma sprawy. Nie dzwoń po pomoc drogową! Mam zapasowy komplet właśnie na taką okazję. Poczekaj w restauracji. Kocham cię, do zobaczenia wkrótce.

– Powiem im, że będziesz za niecałe dziesięć minut – mówi Shilpa.

– Pa, babciu.

Rozłączam się.

– Bardzo, bardzo cię przepraszam. Moja babcia znowu zamknęła kluczyki w samochodzie, a ja mam jej zapasowe.

Charles uśmiecha się do mnie ciepło.

– Całkowicie rozumiem. Może następnym razem zjemy razem kolację.

– Dziękuję za zaproszenie, ale muszę odmówić. Dzięki, że zaproponowałeś. – Po co kłamać?

Marszczy brwi.

– Słucham?

– Na pierwszej randce od razu przeszedłeś do dzieci. Rozumiem, że chcesz, aby nasze cele były zbieżne, ale spróbuj skupić się na rzeczywistej więzi i kilku kolejnych randkach, zanim zaczniesz planować następne pięciolecie.

– Nie musisz być taka złośliwa – ripostuje Charles. – Każda kobieta byłaby szczęśliwa, mogąc być ze mną.

Jestem przekonana, że jego matka by się z tym zgodziła.

– Mam nadzieję, że znajdziesz to, czego szukasz. Wybacz, ale babcia naprawdę mnie potrzebuje. – Uśmiecham się delikatnie, ponieważ wściekły mężczyzna może być niebezpieczny.

Chcę jak najszybciej uciec. Szybkim krokiem pokonuję dwie przecznice i wchodzę do spa, gdzie czeka na mnie Shilpa. Podaje mi szklankę musującej wody różanej, gdy siadam na krześle obok niej.

– Podsumuj jednym zdaniem swoją randkę.

– Powiedział mi, że mam biodra odpowiednie do rodzenia dzieci.

Unosi brwi.

– Masz fantastyczne biodra.

Wzdycham.

– Wracam do punktu wyjścia.

W ostatnich kilku miesiącach byłam na absurdalnej liczbie randek, a do zjazdu zostało już tylko kilka tygodni. Kończy mi się czas.ROZDZIAŁ 4

HEMI

Przestrzeganie reguł nie powinno być tak trudne. Nie rozumiem, na czym polega problem. Przesadzam? Czy moje oczekiwania są wygórowane? – pytam. Zbliża się mecz charytatywny celebryci kontra zawodowcy i nie potrzebuję zajmować się sprawą dostępności lodowiska dla kobiecej drużyny.

Shilpa obraca długopis między palcami.

– Nie przesadzasz.

Niby co innego może powiedzieć. Nie na stanowisku, jakie zajmuje. Nie w sytuacji, kiedy reprezentuje drużynę od strony prawnej. W biurze Shilpa zawsze przestrzega zasad. Poza nim czasem mówi, co myśli. Ale tylko w stylu: „Jestem prawniczką, ale nie twoją”.

Nie zawsze zgadzam się z Topherem Guyem, dyrektorem operacyjnym drużyny Terror. Potrafię być bezpośrednia, gdy czegoś potrzebuję, i czasami przez to wychodzę na osobę oschłą lub zimną. Ale jestem skuteczna i wszystko załatwiam na czas. On nie zawsze uważa moje potrzeby za istotne, ponieważ nie dotyczą samej gry. Mecz celebrytów z zawodowcami to jednak wielkie wydarzenie, a jego opieszałość jest przeszkodą, w pełni zbędną.

– Przykro mi, że to takie frustrujące. – Na twarzy Hammer maluje się empatia. Jest moją asystentką i córką Romana Hammersteina, bramkarza drużyny. Chodzi też z Hollisem Hendrixem, najlepszym przyjacielem Romana i kolejnym zawodnikiem drużyny. W zeszłym sezonie odbywała u mnie staż, a kiedy go skończyła, udało się nam ją zatrudnić.

– Nie musisz przepraszać. – Masuję skronie. – Czasami muszę łagodzić swoje podejście.

Podczas naszej ostatniej rozmowy byłam ostra dla Tophera. Nie spodobało mu się to, co mi wygarnął. W zeszłym tygodniu powiedział mi, że sprawy posuwałyby się do przodu szybciej, gdybym nie była tak upierdliwa.

Shilpa kręci głową.

– Pracujesz z zespołem samców alfa. Gdybyś była popychadłem, zdeptaliby cię. Problem nie leży po twojej stronie. Wyładowywanie się na nas jest całkowicie zrozumiałe, ale w pewnym momencie warto przenieść tę sprawę wyżej w hierarchii.

Rozumiem, co Shilpa naprawdę mówi. Ale to trudna sytuacja. Topher jest w zespole od dawna. Jest starej daty i ma trudności z dostosowaniem się do świata, w którym kobiety nie są jego podwładnymi. Nie chcę jednak wywoływać burzy, zwłaszcza że sukces tak wielkiego wydarzenia zależy od tego, czy wszystko pójdzie gładko. Część mojej pracy wymaga zgody Tophera, a irytowanie go tylko przysporzy dodatkowych problemów.

Opadam na krzesło.

– Przed urlopem muszę tylko załatwić tę ostatnią sprawę.

– Mamy czas – uspokaja mnie Hammer. – Będę na miejscu pod twoją nieobecność, więc zadbam, żeby wszystko poszło jak po maśle.

– Wiem. Jesteś prawdziwym darem niebios. – Zatrudnienie Hammer sprawiło, że moja praca stała się o wiele bardziej produktywna. Uwielbiam mieć koło siebie kogoś ze świeżą energią, z kim mogę wymieniać się pomysłami.

Mój telefon wibruje, sygnalizując nową wiadomość od grupy absolwentów w mediach społecznościowych. A konkretnie od Brooklyn Bonner, mojej byłej najlepszej przyjaciółki. Sama świadomość, że za kilka tygodni zobaczę się z nimi wszystkimi, to szczególna udręka. Ale nieprzyjście nie wchodzi w grę.

– Kurwa.

– Kurwa, co? – pyta Shilpa.

– Chwileczkę. – Nie muszę nawet przewijać, żeby znaleźć najnowsze treści, gdy otwieram grupową wymianę korespondencji. Wszystko mam tuż przed oczami. Na pierwszym planie. – Nie. Nie może być. Co za dupki!

– Co się dzieje? – pyta Hammer. – Proszę, nie mów mi, że Flip znów wpadł w tarapaty.

– Nie chodzi o Flipa. – Flip Madden gra w ataku drużyny Terror i jest bratem mojej przyjaciółki Rix. Ma reputację imprezowicza, ale przez ostatnie kilka miesięcy zachowuje się dużo lepiej. – Chodzi o to moje cholerne spotkanie absolwentów ogólniaka. No, nie może być! – Chcę rzucić telefonem o ścianę. Tyle że wtedy będę musiała kupić nowy.

– Co nie może być? – Hammer spogląda na Shilpę, która wzrusza ramionami.

Pewnie brzmię śmiesznie. Wiem, że za bardzo przejmuję się brakiem osoby towarzyszącej na zjazd. Ale mam swoje powody. Przede wszystkim nie chcę, aby obraz mnie z okresu dorastania był tym, który ludzie zachowają w pamięci. Nie widziałam Brooklyn ani Seana od czasu ukończenia szkoły, co jest nie lada wyczynem, biorąc pod uwagę, że firma, w której pracuje Sean, ma lożę na stadionie Terroru. Sean jednak uwielbia pokazywać różne chwilę ze swojego życia w mediach społecznościowych, więc udawało mi się go unikać, kiedy był w okolicy. Na zjeździe absolwentów nie będzie jednak takiej opcji. Klasa maturalna z ogólniaka w Huntsville była nieliczna.

Postanawiam podzielić się przynajmniej częścią tej historii, żeby moje zachowanie miało sens.

– W liceum trzymałam się blisko z dziewczyną, która miała na imię Brooklyn. Podkochiwałam się w chłopaku o imieniu Sean i bardzo chciałam pójść z nim na studniówkę. Myślałam, że mnie zaprosi, ale sprawy potoczyły się inaczej i zaprosił moją najlepszą przyjaciółkę.

– O Boże, co za świnia – mówi Hammer.

– Tak. No cóż, to nie było najgorsze świństwo, ponieważ Brooklyn się zgodziła. Od tamtej pory nie rozmawiamy ze sobą. – To nie koniec upokorzeń, zaledwie początek.

– Mam nadzieję, że się schlał i obrzygał jej kieckę – rzuca Hammer ponuro.

– Niestety nie. – Potem z kilku źródeł dowiedziałam się, że straciła z nim dziewictwo. Co było kłamstwem, bo stało się to w drugiej klasie ogólniaka na imprezie. Kazała mi przysiąc, że nikomu nie powiem, i nie powiedziałam. – Nadal są razem i właśnie ogłosili zaręczyny na zjazdowej grupie klasowej. I na pewno Brooklyn będzie mi machać przed nosem swoim ogromnym diamentem. Więc teraz na bank potrzebuję partnera na tę imprezę. – Taka już była, bez względu na to, czy chodziło o zaproszenia na przyjęcia, czy cokolwiek innego, co dawało jej poczucie, że jest ważna. Pozwalało ogłosić, że jest częścią czegoś. Jeśli skomentuje fakt, że nadal jestem singielką, stracę panowanie nad sobą, a co gorsza, znów wejdę w buty tamtej dawnej osiemnastolatki.

Teraz jestem twardzielką. Tutaj, w Toronto, drużyna mnie docenia, bo nie znoszę, jak wciska mi się kit. Tu jestem tą, która ogarnia sprawy. Ale w Huntsville, mieście liczącym dziewiętnaście tysięcy mieszkańców, pamiętają mnie jako kujonkę, której najlepsza przyjaciółka poszła na studniówkę z moim obiektem westchnień. A teraz ona wychodzi za niego za mąż.

Shilpa stuka paznokciami w kubek z kawą. Są pomalowane na kolory drużyny.

– To dziesiąta rocznica, prawda?

– Tak.

– Więc są razem od dekady, a on dopiero teraz założył jej pierścionek na palec? – dopytuje Shilps.

– Kto właśnie założył pierścionek na czyj palec? – Pojawia się Ashish i kieruje prosto do Shilpy. Pochyla się, aby pocałować ją w policzek. – Tęskniłem za tobą, miłości moja.

Za nim podążają Dallas i Hollis.

– O co chodzi z tym pierścionkiem? – Dallas szturcha Hollisa łokciem. – Oświadczyłeś się Hammer?

– Hollis nie poprosił mnie o rękę – wyjaśnia natychmiast Hammer. – Mój tata potrzebuje więcej niż kilku miesięcy, żeby się z tym oswoić, a ja mam dwadzieścia jeden lat, więc nie musimy się spieszyć z małżeństwem.

Hollis mruży oczy.

– Ale zbliżają się moje trzydzieste piąte urodziny.

Hammer unosi brwi.

– Daj spokój, staruszku. To jeszcze kilka lat.

– Och, uwielbiam to, co tu się właśnie dzieje. – W oczach Shilpy pojawia się błysk.

– Możemy mieć długie narzeczeństwo – sugeruje Hollis.

– Myślę, że powinniśmy dać Rix i Tristanowi pierwszeństwo w zaręczynowej grze. – Hammer rzuca Hollisowi znaczące spojrzenie.

– To tylko kwestia czasu – zgadza się Dallas. – Więc kto jest zaręczony?

– Znajomi z ogólniaka – mruczę. – Nieważne.

Shilpa marszczy czoło.

– To i tak dziwne, że chodziliście razem do szkoły. – Ashish wskazuje mnie i Dallasa.

– Ja nazywam to przeznaczeniem. – Dallas opiera się o framugę drzwi.

– Jedziesz latem na zjazd absolwentów? – pyta Shilpa.

Rzucam jej piorunujące spojrzenie.

Spogląda na mnie z nieprzeniknioną miną adwokatki.

– Tak. W sumie czemu nie? Fajnie będzie wszystkich zobaczyć.

– To dlatego, że byłeś ulubieńcem i wszyscy cię kochali – szydzę.

– Nie wszyscy. – Wyciąga telefon z kieszeni. – Serio? Brooklyn i doktor Sean Barania Dupa* są zaręczeni?

Powstrzymuję uśmiech. Sean ma na nazwisko Ramsbottom.

– Serio.

– Nie znoszę tego duetu. – Dallas kręci głową. – Kiedyś byli parą narcyzów szukających uwagi i nic się nie zmieniło. Życzę jej powodzenia z tym nieszczęsnym nazwiskiem – dodaje.

Ashish patrzy na nas.

– Czyli oboje wybieracie się na zjazd?

Hollis zajmuje jedno z miejsc przy małym stole konferencyjnym.

– Tak – odpowiadamy z Dallasem jednym głosem.

– Razem? – docieka Ash.

Co za nieogar z niego!

– Nie – odpowiadam szybko. – Przyprowadzam osobę towarzyszącą.

Dallas pstryka palcami.

– Tego gościa, z którym byłaś ostatnio na randce? Po promocji schroniska?

Hammer parska śmiechem i próbuje to zatuszować kaszlem.

– Nie. Nie tego. Ale będę miała partnera na spotkaniu klasowym. – Jeśli będę to ciągle powtarzać, sprawię, że się ziści.

– Możemy iść razem – oznajmia Dallas, jakby to był najlepszy pomysł, jaki kiedykolwiek wpadł mu do głowy i jakby w przeszłości nie wykiwał mnie na maksa.

Mam wspomnieć o Dniu Kanady po ukończeniu ósmej klasy? Razem z kolegami wygłupiali się na moim rowerze, a potem wrzucili go do jeziora za domem jego rodziców. Musiałam oszczędzać przez rok, żeby kupić nowy. Co i tak było lepsze niż sytuacja, w której moi bracia spuściliby im łomot – to tylko utrudniłoby mi życie.

Ponieważ nie reaguję, Dallas dodaje:

– Możemy nawet pojechać razem.

Wolałabym raczej jeść piasek, niż użerać się przez cały weekend z nim i jego ziomalami.

– To dwie i pół godziny jazdy, prawda? Hemi cię zabije, zanim tam dotrzesz. – Hollis wodzi wzrokiem ode mnie do Dallasa. – I chociaż moja dziewczyna wymiata w pracy, to i tak potrzebujemy Hemi w biurze, a nie za kratkami.

– Hollis ma rację. Nie mogę iść do paki. W pomarańczowym mi nie do twarzy. – Wygładzam dłonią niebieskie eleganckie spodnie.

A Dallasowi nie można ufać. Przekonałam się o tym na własnej skórze i nigdy nie zapomniałam.

* Ramsbottom można przetłumaczyć jako barania dupa (ram – baran, tryk i bottom – tyłek, pupa).
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij