Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Igrzyska dziejów. Zapasy historyka z historią - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
30 grudnia 2025
4394 pkt
punktów Virtualo

Igrzyska dziejów. Zapasy historyka z historią - ebook

Oto narzędzia niezbędne do wyprawy w przeszłość.

Astrolabia, kwadranty czy cyrkle wypełniały fromborską pracownię Mikołaja Kopernika. Nie bał się on zejść z utartej ścieżki wyznaczonej przez swoich poprzedników. Wybrał ciekawość i dokonał przewrotu, który nie był odkryciem, lecz przeciwstawieniem się panującym dogmatom.

Potrafimy nazwać i wyobrazić sobie przyrządy służące do obserwacji nieba, ale czy wiemy, z jakich narzędzi korzysta historyk? Jak myśli o przeszłości i gdzie szuka inspiracji? Norman Davies otwiera szeroko drzwi do swojego warsztatu. Pokazuje, z jakich nici tka kanwę swych opowieści.

Podkreśla, że refleksja o czasie wymaga uwzględnienia roli przestrzeni – i przypadku. Podnosi kwestię dziedzictwa, a na przykładzie powstania warszawskiego i innych epizodów z historii Polski obrazuje, jak wielką rolę w kształtowaniu tożsamości odgrywa pamięć.

***

„[…] na każdym kroku jest coś, czego jeszcze możemy się nauczyć. Zawsze coś można poprawić lub wyjaśnić. Nieustannie pojawiają się wątpliwości i zagadki. Zaskakuje nas fakt, że rozwiązanie jednego problemu nieodmiennie prowadzi do kolejnych pytań. Taka właśnie jest natura Igrzysk dziejów, które otaczają historyka”. [fragment Wstępu]

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8427-523-8
Rozmiar pliku: 5,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Znane angielskie powiedzenie brzmi: „_Curiosity killed the cat_”, czyli dosłownie: „ciekawość zabiła kota”; polskim odpowiednikiem jest: „Ciekawość to pierwszy stopień do piekła”. Stanowi ono w zamyśle ostrzeżenie przed nadmierną dociekliwością, natrętnym wtykaniem nosa w sprawy innych ludzi.

Ciekawość ma jednak również wiele pozytywnych konotacji. Jest cechą, która pozwala nam poznawać świat, a w starszym wieku utrzymuje nasze mózgi w formie, stawia tamę obojętności, letar­gowi, otępieniu i depresji. W wielu skierowanych do seniorów poradnikach na temat „dobrego życia” zajmuje czołowe miejsce – stawia się na równi ze zróżnicowaną dietą, dobrym snem czy aktywnością fizyczną. Ciekawość, jak już nieraz czytałem, jest kluczem do długowieczności.

W tym tygodniu będę we Wrocławiu w towarzystwie przyjaciół i rodziny obchodzić osiemdziesiąte szóste urodziny. Osiemdziesiąt sześć to wiek, którego jeszcze kilka lat temu nie spodzie­wałem się dożyć, daleko mu jednak do stulecia. Cezurę tę niedawno przekroczył Stanisław Aronson, weteran powstania warszawskiego, którego poznałem ponad dwadzieścia lat temu, podczas pracy nad _Powstaniem ’44_. Aronson, mieszkający obecnie w Tel Awiwie, był jednym z bojowników Kedywu AK, którzy zdobyli niemiecki czołg i użyli go do rozbicia żelaznej bramy obozu koncentracyjnego, po czym wyzwolili jego więźniów. Na urodziny wysłałem mu wiadomość o treści: „Staszku, wygrałeś”.

Ostatnio moją szczególną ciekawość wzbudziły dwa nieoczekiwane wydarzenia. Pierwszym był e-mail z Grenoble od Francuzki, której nie widziałem i z którą nie miałem kontaktu od sześćdziesięciu siedmiu lat. Napisała: „_Je suis Choupette, la sœur de Christian, la dernière de ma famille_” (Nazywam się Choupette i jestem siostrą Christiana, ostatnią z mojej rodziny). Przeczytawszy te słowa, poderwałem się z krzesła. Brat Choupette, Christian Delamarche, był chłopcem, z którym zaprzyjaźniłem się podczas studiów we Francji w latach pięćdziesiątych XX wieku i z którym wiele razy bezskutecznie próbowałem się później skontaktować. W końcu, w 2016 roku, gdy przeszukiwałem internet, natknąłem się na nekrolog informujący o śmierci Christiana i jego pogrzebie w parafii Meylan niedaleko Grenoble. Napisałem wtedy do proboszcza wiadomość z prośbą o przekazanie kondolencji rodzinie, nie otrzymałem jednak żadnej odpowiedzi. Teraz okazuje się, że proboszcz z Meylan znał Choupette, która prowadzi kobiece kółko różańcowe w sąsiednim Saint-Ismier, i przekazał jej list, ona jednak z jakiegoś powodu o nim zapomniała. Dopiero dziewięć lat później, podczas usuwania śmieci z komputera, mąż Choupette znalazł e-mail bez odpowiedzi i zapytał ją, czy zamierza odpisać. Tak właśnie uczyniła. Jestem teraz ogromnie ciekaw informacji na temat życia, kariery i rodziny Christiana, jego brata Maurice’a, a przede wszystkim ich owdowiałej matki Geneviève – mojej gospodyni, która okazała mi tyle życzliwości wiele lat temu.

Moją uwagę przykuł też niedawno film zaproponowany przez YouTube, którego algorytmy najwyraźniej wiedzą o moim zainteresowaniu hasłami „Oksford” oraz „historia” i dostarczają stosowne treści. To konkretne dzieło, wyprodukowane przez MindFuel TV, przedstawiało rzekomą debatę między profesorem historii nazwiskiem Edmund Harrington a Ibrahimem Traorém, dyktatorem afrykańskiego Burkina Faso. Fakt, że nigdy wcześniej nie słyszałem o koledze nazwiskiem Harrington, powinien był wzbudzić moją czujność. Śledziłem jednak wcześniej drogę do władzy Ibrahima Traorégo oraz upadek _Afrique française_ i zaintrygowało mnie, że Oxford mógłby zaprosić tak niezwyk­łego gościa. Co więcej, uderzyło mnie, że „Harrington” bronił przestarzałej wizji „cywilizacji Zachodu”, którą od dawna krytykowałem. Słuchałem więc dalej. „Ludzka cywilizacja powstała na Zachodzie – dowodził fałszywy profesor – matematyka i nauka w starożytnej Grecji, filozofia w Niemczech, przemysł w Wielkiej Brytanii. Afryka niczego zaś nie stworzyła”. W tym momencie powinny już były błyskać wszystkie lampki ostrzegawcze, ale zorientowałem się, co jest grane, dopiero wtedy, gdy franko­foński Afrykanin odezwał się perfekcyjnym, pozbawionym akcentu angielskim. Jestem przerażony własną łatwowiernością, a zarazem zdumiony umiejętnościami bezczelnych oszustów, którzy wykorzystują sztuczną inteligencję, by wprowadzać nas w błąd.

W zeszłym miesiącu moja żona i ja byliśmy w Toruniu – pięknym mieście położonym w cudownym miejscu w dolnym biegu Wisły. Jedną z atrakcji naszego krótkiego pobytu było spotkanie z konserwatorem dzieł sztuki Karolem Nawrockim (nie kandydatem na prezydenta!). Kolejną było wystąpienie w poblis­kim Gniewkowie, a trzecią – możliwość stanięcia znów przed pomnikiem Mikołaja Kopernika i odczytania niezapomnianej inskrypcji: TERRAE MOTOR SOLIS CAELIQUE STATOR (RUSZYŁ ZIEMIĘ, WSTRZYMAŁ SŁOŃCE I NIEBO). Na całym świecie niewiele spośród postaci uhonorowanych pomnikami może się pochwalić tak oszałamiającym osiągnięciem!

Odkrycia naukowe są ostatnio ważnym obszarem mojego zainteresowania, a Kopernik to doskonały przykład naukowca, którego zainspirowała ciekawość. Niedawno, podczas kongresu kardio-torakochirurgów w Krakowie, wygłosiłem wykład traktujący o karierze Williama Harveya – angielskiego lekarza, który jako pierwszy odkrył krążenie krwi. W moim odczycie zarysowałem paralele między Harveyem i Kopernikiem, którzy działali w epoce poprzedzającej wynalezienie nowoczesnych instrumentów obser­wacyjnych i pomiarowych.

Pod tym względem Kopernik jest przypadkiem szczególnie interesującym. Żył wiele dziesięcioleci przed wynalezieniem teles­kopu, a w swoich obserwacjach ruchu i zmian położenia Słońca, Księżyca i gwiazd posiłkował się tylko fenomenalnym wzrokiem, ogromną sprawnością umysłu oraz bezgraniczną ciekawością. Dzięki własnym oczom zdołał – za pomocą jedynie prymitywnych astrolabiów i kwadrantów – rozróżnić planety, a także ziden­tyfikować poszczególne gwiazdy w różnych konstelacjach. Jego umysł pozwolił mu przyswoić pisma wielu poprzednich astro­nomów oraz przeanalizować występujące w nich niespójności i sprzeczności. Ciekawość utrzymywała go zaś w skupieniu przez pół wieku dzielące jego pierwsze młodzieńcze spotkania z astronomią od opublikowania na łożu śmierci arcydzieła _De revolutionibus orbium coelestium_ (O obrotach sfer niebies­kich). Ciekawość jednak, podobnie jak wszystkie inne ludzkie nawyki i cechy, także trzeba ćwiczyć oraz pielęgnować. Nie wystarczy urodzić się ciekawym – ten aspekt osobowości należy wytrwale karmić i nadawać mu cel. Kopernik czynił właśnie to jako student Akademii Krakowskiej w latach dziewięćdziesiątych XV wieku. Jego główną specjalizacją było prawo kanoniczne, co predestynowało go do kariery eklezjastycznej. Zdobył jednak również szeroką wiedzę humanistyczną, a także znalazł się pod wpływem profesora Wojciecha Brudzewskiego – znanego pedagoga, który sceptycznie zapatrywał się na konwencjonalne wówczas poglądy dotyczące astronomii i wprowadził swojego ucznia w tajniki matematyki astronomicznej. Nabywszy we wczesnych latach takie doświadczenia, nadal rozwijał swoje zainteresowania podczas późniejszych studiów – najpierw w Bolonii, a następnie na słynnym Uniwersytecie Padewskim, gdzie został asys­tentem astronoma Domenica Marii Novary. W 1497 roku Mikołaj Kopernik dokonał wzorcowej obserwacji zakrycia przez Księżyc olbrzymiej pomarańczowej gwiazdy Aldebaran w gwiazdozbiorze Byka.

W związku z tym należy zadać pytanie, dokąd dokładnie zaprowadziła Kopernika ciekawość. Odpowiedź brzmi, że w pierwszej kolejności wzbudziła ona jego wątpliwości co do geocentrycznego modelu wszechświata, a w drugiej – skłoniła go do sformułowania teorii heliocentrycznej, w której centralną pozycję zajmuje nie Ziemia, lecz Słońce, utrzymujące swoim przyciąganiem na orbitach okrążające je planety. Jak ustalił Kopernik, Ziemia była zaledwie jedną z sześciu znanych w jego czasach planet – trzecią pod względem odległości od Słońca, po Merkurym i Wenus. Obliczył on też, że nachylenie osi jej obrotu w stosunku do ekliptyki wynosi 23,5 stopnia, co wyjaśniało następstwo pór roku. Kopernik nie zaobserwował obrotu Słońca, który został zauważony dopiero przez Galileusza, oraz błędnie założył, że orbity planet są okręgami – ich eliptyczny kształt ustalił później Kepler. Z uwzględnieniem tych poprawek podstawowa kopernikańska wizja wszechświata przetrwała jednak do dziś.

Inną fascynującą i wykazującą niezwykłą ciekawość postacią, która spopularyzowała idee astronomiczne w stuleciu następującym po Koperniku, był niemiecko-holenderski kosmograf Andreas Cellarius (1595–1665). Urodzony w protestanckiej rodzi­nie w Nadrenii, opuścił on Niemcy po wybuchu wojny trzydziestoletniej i prawdopodobnie zatrudnił się w Rzeczypospolitej jako inżynier wojskowy. W chwili, gdy osiadł w Niderlandach, był już wybitnym ekspertem w dziedzinie sztuki fortyfikacji, która stała się tematem jego pierwszej publikacji. W 1652 roku wydał rzadką pozycję dotyczącą dziejów Polski: _Regni Poloniæ, Magnique Ducatus Lituaniæ, Omniumque regionum juri Polonico Subjectorum_ _Novissima Descriptio_ (Najnowszy opis Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego oraz wszystkich terytoriów podlegających prawu polskiemu). __ Zdecydowanie najsłynniejszym dziełem Cellariusa była niezwykła _Harmonia Macrocos­mica –_ kompleksowy „atlas nieba” – która ukazała się w Amsterdamie w 1660 roku.

Zadziwiającą treść _Harmonii_ trudno jest podsumować, ale jej celem było przedstawienie całości ówczesnego zasobu wiedzy o wszechświecie – zarówno dawnego, jak i aktualnego. Na dwudziestu dziewięciu ogromnych, wielobarwnych i bardzo szczegółowych planszach w pełnym formacie folio Cellarius przedstawił liczne wizje wszystkich części wszechświata w interpretacji Ptolemeusza, Kopernika oraz genialnego Duńczyka Tychona Brahego. Każdy, kto zapoznał się ze szczegółami, mógł wywnios­kować, że Ptolemeusz się mylił, a Kopernik i Brahe mieli rację. Przedstawiająca planisferę Kopernika plansza numer 22 stała się źródłem ilustracji na okładce tej książki.

Kopernik jest kluczową postacią w gronie myślicieli oraz naukowców, którzy wnieśli wkład w długą historię ruchu i zmian. Znacznie wyprzedził Isaaca Newtona oraz jego prawa ruchu z 1666 roku, Thomsona i Rutherforda, czyli odkrywców nieustannego ruchu cząstek subatomowych, a także Einsteina, który wprowadził do przestrzeni i czasu pojęcie względności. Sam stał zaś na ramionach starożytnych, takich jak Arystoteles czy Heraklit z Efezu, którzy położyli podwaliny pod badania w tym obszarze.

Powinienem tu dodać, że koncepcje ruchu i zmiany mają swoje miejsce także w sztuce oraz humanistyce – w sferze estetycznej, społecznej, ontologicznej, a nawet politycznej. Ja sam, zastanawiając się nad naturą zmian politycznych, doszedłem do wnios­ku, że wielkie wydarzenia, takie jak rewolucje i transformacyjne konflikty, mają swoje źródło w nieustannych drobnych, a często wręcz niewidocznych zmianach, których skutki narastają stopniowo do chwili, gdy ich niepowstrzymany nacisk doprowadza do nagłej i gwałtownej eksplozji, podobnej do erupcji wulkanu czy zejścia lawiny alpejskiej.

Po raz pierwszy imię Heraklita usłyszałem na lekcjach muzyki w szkole. Uczyliśmy się śpiewać wpadającą w ucho pieśń kompozytora Petera Warlocka, zaczynającą się od słów „_They told me, Heraclitus_” (Ktoś, Heraklicie, mi doniósł). Kiedy ją wykonywaliśmy, nie miałem pojęcia, kim właściwie był Heraklit, chociaż nasz nauczyciel muzyki, pan Stevens, wyjaśnił, że chodzi o greckiego poetę, który nazywał krążące mu po głowie myśli – poezje – „pieśniami słowiczymi”. Brzmiało to frapująco, więc po powrocie do domu zajrzałem do encyklopedii. Dowiedziałem się z niej, że Heraklit żył w III wieku p.n.e. w jońskiej Karii. Powyżej swój biogram miał drugi Heraklit, pochodzący z Efezu w Azji Mniejszej, filozof. Nazywany Ciemnym i Płaczącym Filozofem, wyrażał swe myśli w paradoksalnych aforyzmach, z których większość zaginęła. Jego najbardziej znane powiedzenia to: „Wszystko płynie” (szerzej: „Wszystko płynie i nic nie pozostaje takie samo”) oraz „Niepodobna wstąpić dwukrotnie do tej samej rzeki”. Najchętniej opowiadał jednak historię drewnianego statku Tezeusza, który naprawiano tyle razy, że w końcu nie zawierał on już żadnej z pierwotnych części. Dlatego pojawiało się pytanie, czy był wciąż tym samym statkiem co na początku. To doskonała metafora zmian zachodzących w ludziach – czy jestem tą samą osobą, którą byłem dziesięć, dwadzieścia czy pięćdziesiąt lat temu? W każdym razie obie postaci noszące to samo imię, Heraklit, dzięki melodii Warlocka i słowom Cory’ego utkwiły mi w pamięci na siedem dekad:

_They told me, Heraclitus, they told me you were dead,_

_They brought me bitter news to hear and bitter tears to shed._

_I_ _wept, as I remembered, how often you and I_

_Had tired the sun with talking and sent him down the sky._

_And now that thou art lying, my dear old Carian guest,_

_A handful of grey ashes, long long ago at rest,_

_Still are thy pleasant voices, thy nightingales, awake;_

_For Death, he taketh all away, but them he cannot take_¹_._

(Ktoś, Heraklicie, mi doniósł, że zmarłeś. Zalałem się łzami,

Wszak ogarnęła mnie myśl, ile to razy my dwaj

Gawędziliśmy do słońca zachodu. Lecz ty przyjacielu

Z Halikarnasu, już tak dawno zmieniłeś się w proch.

Żyją natomiast twe pieśni słowicze, na które okrutny

Hades, co wszystko zwykł kraść, nie śmie położyć swych rąk.

tłum. Wiktor Steffen)

Niedawno zdałem sobie sprawę, że Cory nie napisał wiersza o Heraklicie sam, lecz przetłumaczył znacznie starszy grecki utwór autorstwa Kallimacha z Cyreny, który pracował w Bibliotece Aleksandryjskiej w III wieku p.n.e. Cory należał do pokolenia, dla którego znajomość zarówno greki, jak i łaciny była oczywistością. W moich czasach – w połowie XX wieku – tradycja klasyczna już zanikała. Łaciny zacząłem się uczyć jako siedmiolatek, a greki, gdy miałem lat dwanaście czy trzynaście. Wkrótce jednak zarzuciłem tę naukę i skupiłem się na językach nowożytnych, a dziś, po dziesięcioleciach zaniedbań, trudno mi odczytać greckie litery, nie mówiąc już o rozumieniu słów. Mimo to warto spojrzeć na obcojęzyczny tekst tylko po to, by zobaczyć, jak wygląda alfabet i jak znaki składają się w słowa, oraz wyobrazić sobie brzmienie tych słów:

εἶπέ τις Ἡράκλειτε τεὸν μόρον, ἐς δέ με δάκρυ

ἤγαγεν, ἐμνήσθην δ᾽ ὁσσάκις ἀμφότεροι

ἥλιον ἐν λέσχηι κατεδύσαμεν: ἀλλὰ σὺ μέν που

ξεῖν᾽ ‘Αλικαρνησεῦ τετράπαλαι σποδιή:

αἱ δὲ τεαὶ ζώουσιν ἀηδόνες, ἧισιν ὁ πάντων

ἁρπακτὴς Ἀίδης οὐκ ἐπὶ χεῖρα βαλεῖ².

Wszystko to sprawia, że jestem ciekaw własnej ciekawości. Co zadecydowało o tym, że jako dziecko zyskałem reputację – według słów mojej ciotki Alice – „chłopca, który siedzi pod stołem i czyta książkę”, zamiast bawić się z rówieśnikami? Odpowiedź na to pytanie można prawdopodobnie znaleźć w mojej autobiografii _Sam o sobie_ (w rzeczywistości wcale nie byłem zadowolony z tego, że tak o mnie mówiono, ponieważ bawiłem się też poza domem z innymi dziećmi; trzeba jednak pamiętać, że w Bolton zawsze padało).

A jednak – co wciąż – osiem dekad później, pobudza moją ciekawość okropnego świata, w którym żyjemy? __ Nie wiem tego na pewno. Jedną z przyczyn może wszakże być niepokój spowodowany tym, że rozwiązania pewnych problemów, które proponowa­łem w przeszłości, dziś uważam za nieadekwatne. Oszałamia mnie na przykład fenomen Donalda Trumpa, którego dziwactwa – jak się wydaje – nie mają historycznego precedensu, może z wyjątkiem szalonego rzymskiego cesarza Kaliguli. Inną przyczyną desperackiego zainteresowania różnymi sprawami jest poczucie, że czas ucieka.

Jako historyka ciekawią mnie trzy rodzaje rzeczy. Po pierwsze, z zainteresowaniem ponownie czytam własne teksty sprzed dwudziestu, trzydziestu czy pięćdziesięciu lat i zastanawiam się, dlaczego pewne zjawiska opisałem w taki, a nie inny sposób. Wiele pisałem o Polsce – jestem przekonany, że początkowo kierowała mną potrzeba przeciwstawienia się ideologicznej doktrynie bloku sowieckiego, później zaś sympatia dla Solidarności i fakt, że kibicowałem długiemu procesowi demokratyzacji.

Po drugie, pragnę zrozumieć swoje błędy oraz zaniedbania i tam, gdzie jest to możliwe, je naprawić. Na przykład na początku tego roku udało mi się wprowadzić kilka poprawek po tym, jak mój wydawca zdecydował się przygotować drugie wydanie _Galicji_, aby ulepszyć niektóre mapy. List z USA od potomkini założyciela dynastii Ungerów z Dąbrowy Tarnowskiej pozwolił mi stworzyć bardziej zniuansowany opis relacji między społecznościami rabiniczną i chasydzką w mieście. Ponadto, ustaliwszy ponad wszelką wątpliwość, że ruch samochodowy w Galicji odbywał się lewą stroną drogi, mogłem rozwinąć temat komplikacji motoryzacyjnych i opisać zmianę z 1922 roku, kiedy to na byłych ziemiach galicyjskich w II Rzeczypospolitej ostatecznie wprowadzono ruch prawostronny.

I wreszcie po trzecie, z ciekawością odkrywam liczne zakamarki przeszłości, które do tej pory mi umykały. Przez lata zajmowałem się wieloma dziedzinami, zwłaszcza związanymi z dziejami Europy. Wciąż jednak natrafiam na ludzi, miejsca, wydarzenia, tematy i książki, które nigdy wcześniej nie przyciągnęły mojej uwagi. Całkiem niedawno, gdy zgłębiałem karierę Williama Harveya, znalazłem cytat, z którym w pełni się zgadzam. „Wszystko, co wiemy – napisał Harvey niemal czterysta lat temu – jest nieskończenie mniejsze od wszystkiego tego, co wciąż pozostaje nieznane”. Innymi słowy, na każdym kroku jest coś, czego jeszcze możemy się nauczyć. Zawsze coś można poprawić lub wyjaśnić. Nieustannie pojawiają się wątpliwości i zagadki. Zaskakuje nas fakt, że rozwiązanie jednego problemu nieodmiennie prowadzi do kolejnych pytań. Taka właśnie jest natura igrzysk dziejów, które otaczają historyka.

Ciekawość kształtuje jednak nawyki i uzależnia. Jeżeli ktoś wielokrotnie poddaje się tej pokusie, staje się ona nie do odparcia. Chociaż niesie pewne zagrożenia, ciekawość nie zawsze zabija kota, może za to owocować przyjemnym poczuciem spełnienia. Powiedzenie, którym otworzyłem ten wstęp, ma bowiem dalszą, często ignorowaną część: „_Curiosity killed the cat, but satisfaction brought him back_” (Ciekawość zabiła kota, lecz satysfakcja go wskrzesiła).

I to powinniśmy przyjąć za drogowskaz. Satysfakcja wynagradza wszystko, stanowi prawdziwą odpłatę za poszukiwanie i tęsknotę. Dinozaury takie jak ja nie zatracą ciekawości, dopóki słychać „pieśni słowicze”.

Norman Davies

Kraków, czerwiec 2025 roku

1.

¹ W.J. Cory, _Heraclitus_, w: tegoż, _Ionica_, London 1891, s. 7. Nawiasem mówiąc, Cory skomponował też inny bardzo znany utwór: _Eton Boating Song_ (Pieśń wioślarzy z Eton), którego uczył się i który pokochał każdy angielski uczeń:

_Jolly boating weather,_

_A hay-harvest breeze,_

_Blade on the feather,_

_Shade off the trees._

_And we’ll all row together,_

_Steady from stroke to bow._

_And nothing in life shall sever_

_The bonds that unite us now._

(Doskonała pogoda na łódki,

Bryza sianokosów,

Pióro wiosła poziomo,

Cień drzew.

Wszyscy powiosłujemy razem

Od dziobu po rufę.

I nic w życiu nie zerwie

Więzi, które nas dziś łączą).

2.

² _Callimachus remembers his poet-friend_. PantheonPoets, https://www.pan­theon­­poets.com/poems/callimachus-remembers-his-poet-friend/ (dostęp: 13.09.2025).Jak piszę

Piszę w jadącym z Warszawy do Krakowa ekspresie, który pokona około 300 kilometrów. To dwie godziny i dwadzieścia minut niezakłóconej przyjemności. Za oknem suną wiejskie krajobrazy: rozległe połacie porośniętych dorodnym zbożem pól uprawnych, podzielonych na łany niczym w średniowiecznej Anglii, gęste lasy sosnowe i okazałe rzeki. Na papier spływa zaś atrament. Zanim podróż dobiegnie końca, napiszę bez żadnego wysiłku trzy, cztery lub pięć stron.

Zawsze piszę ręcznie. Preferuję wieczne pióro, choć nadałoby się też dobrej jakości pióro kulkowe. Jako kartek używam wkładów do segregatora formatu A4, najchętniej w wąskie linie i bez marginesów. Piszę w co drugiej linii, żeby zostawić sobie miejsce na poprawki i uzupełnienia przy późniejszym czytaniu. Wąska liniatura daje dwadzieścia pięć wierszy na stronę, co pozwala pomieścić większość akapitów. Brak marginesu zmusza do należytego wyrównywania tekstu na wszystkich etapach pracy. Lubię widzieć rozmiar i kształt powstających akapitów.

Wcale nie chodzi o to, że nie potrafię korzystać z komputera. Wiele lat temu – jako jedyny mężczyzna, który zapisał się na zorganizowany w Witney Technical College kurs maszynopisa­nia dla początkujących – musiałem znosić chichot siedzących wokół nastolatek, dopóki nie nauczyłem się pisać bezwzrokowo. A, S, D, F, przesunąć kartkę! Nadal potrafię wystukać na klawiaturze list bądź przepisać stronę czy dwie bez patrzenia na klawisze. Nigdy jednak nie zdecydowałem się używać maszyny do pisania w pracy twórczej. Migoczący ekran komputera, który nieuchronnie oddziela pisarza od słów, jawi mi się jako coś wręcz wrogiego. Komputery są dobre do redagowania i przechowywania tekstu, lecz nie do pisania. Wciąż zatem piszę piórem na kartce, po czym przekazuję kolejne strony Cathy, by przeniosła je na dysk. Nie wyobrażam sobie, bym kiedykolwiek zmienił ten nawyk.

Piszę w pociągach i samolotach, na peronach, w poczekalniach, przy lotniskowych bramkach. Kiedyś wpakowałem się w kłopoty, gdyż – zaprzątnięty pisaniem w recepcji krematorium – przegapiłem połowę pogrzebu. Wszyscy wiedzieli, że podczas posiedzeń uniwersyteckich komitetów mam zwyczaj zajmować miejsce z tyłu i coś gryzmolić, podczas gdy inni omawiają ważne sprawy uczelniane. W końcu musiałem podjąć decyzję, czy będę pisarzem, czy wykładowcą. Zdecydowałem się zostać pełnoetatowym autorem i odetchnąłem z ulgą. Współczesne środowisko akademickie, w którym rządzą księgowi i które jest nastawione na produkcję na akord tak zwanych badań, nie jest miejscem dla jednostek twórczych.

Oczywiście nie można pisać przez cały dzień i codziennie. W rzeczywistości samo pisanie zajmuje prawdopodobnie mniej czasu niż towarzyszące mu procesy myślenia, projektowania i przygotowywania. Każde przyzwoite dzieło musi się rozwijać przez cały okres ciąży, zanim dojdzie do bolesnego porodu i świat je wreszcie ujrzy.

Ten tekst chodził mi po głowie od kilku miesięcy i napisanie go podczas jednego przejazdu koleją było możliwe tylko dlatego, że przed wejściem do pociągu miałem jasną wizję tego, co chcę przelać na papier.

Ta sama zasada dotyczy dłuższych form. Kiedy stanąłem przed onieśmielającą perspektywą napisania _Europy_ – „całościowej historii obejmującej wszystkie części oraz kraje Europy we wszystkich aspektach i okresach” – spędziłem trzy lata na rozmyślaniach, zanim na poważnie wziąłem do ręki pióro. Musiałem zawczasu wytyczyć ścieżkę przez tę ogromną historyczną dżunglę oraz dokładnie ustalić, w jaki sposób połączyć ze sobą trzy składniki, które zdecydowałem się umieścić w książce: chronologiczne rozdziały, „migawki” i „kapsułki”. W przeciwnym razie mógłbym łatwo zgubić drogę lub wręcz przepaść bez śladu. Trzy miesiące spędziłem w harwardzkiej Bibliotece Widenera, wypróbowując w skomputeryzowanym katalogu książek oraz artykułów kolejne permutacje tematu, okresu i położenia geograficznego, aby zbudować bazę danych dla trzystu kapsułek, które miały stworzyć iluzję kompleksowego obrazu.

Po tym wszystkim _Europa. Rozprawa historyka z historią_ spłynęła spod pióra z takim samym poczuciem pewności, z jakim teraz pędzi po torach mój ekspres. Jak wyjaśnił mi kiedyś znajomy z Francji, sekret tego, że tamtejsze TGV mkną z prędkością trzystu dwudziestu kilometrów na godzinę, kryje się w projekcie nie napędu, lecz szyn. Całe tysiącczterystustronicowe monstrum napisałem w cztery lata bez asystentów czy urlopu naukowego.

Doskonale pamiętam dzień, w którym poczułem się gotowy zaczynać. Wstałem wcześnie rano, zaparzyłem pół litra kawy, włączyłem koncert d-moll na dwoje skrzypiec Bacha, usiadłem przy biurku w moim gabinecie z widokiem na senne ogrody Summertown, przygotowałem czyste kartki i wziąłem do ręki pióro. „Na początku – napisałem – nie było Europy. Przez pięć milionów lat był tam tylko długi, pełen zatok półwysep bez nazwy…” Spojrzałem drugi raz na to zdanie, usunąłem „tam” i ruszyłem dalej. Teraz zdaje mi się, że ledwie minęła chwila, a dotarłem do Arthura Rimbauda i jego melancholijnych wersów:

_Fileur éternel des immobilités bleues_

_Je regrette l’Europe aux anciens parapets!_

Pielgrzym wieczny błękitów cichych rozlewiska

Ja tęsknię do wybrzeży odwiecznych Europy!¹

Podejrzewam, że w tym momencie odczuwałem już pewne zmęczenie.

Moim ulubionym miejscem, w którym ładuję akumulatory i planuję kolejne rozdziały książek, jest zbiornik Farmoor w pobliżu Eynsham. Dziś mógłbym go obejść z zamkniętymi oczami. Nie ma tam samochodów, a okrążająca akwen ścieżka, którą znam na pamięć, jest dostępna – niezależnie od pogody – o każdej porze roku. Często wpatruję się tam z zachwytem w cudowne sklepienie nieba nad wodą i napływające z południowego zachodu chmury we wszystkich odcieniach. Farmoor najbardziej pociąga mnie jednak jako natychmiastowe, gwarantowane schronienie przed światem zewnętrznym: wiatr we włosach, tlen w płucach i deszcz na twarzy, bez telefonów komórkowych, bez rozmówców – bez wszystkiego, co by rozpraszało. Zanim dotrę z powrotem do punktu wyjścia, wiem już dokładnie, jakie książki muszę zamówić w Bibliotece Bodlejańskiej lub co należy powiedzieć w akapicie, który sprawił mi wczoraj kłopot. Często sięgam od razu po czyste kartki, które trzymam w schowku w samochodzie, siadam na miejscu pasażera i wszystko zapisuję.

W całej mojej karierze pisarskiej bez porównania najlepszą orga­nizację pracy udało mi się jednak zaprowadzić w Australii. Ten okres wspominam jako idyllę. Mieszkaliśmy całą rodziną w niewielkim parterowym domu na przestronnym kampusie Australijskiego Uniwersytetu Narodowego w Canberze. Moja żona Myszka była zadowolona, gdyż miała niewiele obowiązków domowych, Australijczycy byli bardzo przyjaźni, a na chętnych czekała codziennie klimatyzowana biblioteka. Nasz syn – dwunastoletni wówczas Christian – był zachwycony szkołą przy parku Telopea, do której wychodził bez żadnych dąsów każdego ranka, zakładając na głowę kapelusz wędkarski z szerokim rondem. Budzik ustawiałem na 4.55 rano, kiedy zaczynało świtać. Wypiwszy szybko kawę, ruszałem przez kampus, płosząc stada białych papużek i od czasu do czasu skubiące trawę kangury. Po drodze machałem do baloniarzy korzystających z porannych prądów wznoszących oraz do robotników na placu budowy, którzy – wiedząc, jak gorąco będzie w południe – zaczynali pracę na długo przede mną. Od tego momentu do dwunastej miałem sześć godzin nieprzerwanej pracy z piórem i kartką. Byłem w połowie fazy pisania _Wysp_ i podążałem naprzód w towarzystwie świętego Patryka, Chaucera, Llywelyna Wielkiego, Makbeta, Williama Wallace’a zwanego Walecznym Sercem oraz oczywiście (w odpowiednim czasie) Cromwella i kapitana Cooka. W południe nadchodził czas na krótki spacer do Klubu Uniwersyteckiego, gdzie spotykałem się z żoną na lunch – jedliśmy go w cienistym ogrodzie, dzieląc się butelką wina shiraz, cabernet czy merlot. W takich okolicznościach nie od rzeczy byłaby drzemka lub przynajmniej chwila lenistwa, nieodparty okazywał się jednak urok klimatyzowanych czytelni. Po południu czytałem zamówione poprzedniego dnia książki lub artykuły, robiłem notatki i sporządzałem plan akapitów do napisania podczas następnej porannej zmiany. Bywałem często wyczerpany, ale zarazem absolutnie pewny, że pójdę spać zadowolony i obudzę się wypoczęty. To był czas, kiedy najbardziej zbliżyłem się do życia w nieustannym ruchu.

Nigdy nie uczyłem się pisania w sposób formalny. Po prostu to robiłem, stopniowo doskonaląc swoje umiejętności. Mój stryj, który parał się pisarstwem oraz dziennikarstwem – był kolegą i uczniem Neville’a Cardusa z „Manchester Guardian” – zadał sobie trud przeczytania moich egzaltowanych młodzieńczych wprawek literackich. Pod koszmarną próbą opisu zachodu słońca w Alpach zanotował: „Może starczy tych cholernych porównań alpejskich kwiatów do fioletowych czepków?”. Napisałem nawet wiersz po włosku, który wysłałem do „Corriere della Sera”; odpowiedzią była niezwykle uprzejma odmowa publikacji.

Potem przyszły studia w Magdalen College i A.J.P. Taylor. Jako studenci wiedzieliśmy o nim niewiele poza tym, że cierpiał na bezsenność oraz – jak się wydawało – poświęcał mnóstwo czasu na pisanie. Niewiele wcześniej opublikował książkę _The Struggle for Mastery in Europe 1848–1918_ (Zmagania o dominację w Europie 1848–1918), która miała być pierwszą częścią oksfordzkiej serii o nowożytnych dziejach kontynentu. Swój tom napisał i oddał do publikacji dwa lata przed wszystkimi innymi autorami zaproszonymi do udziału w tym przedsięwzięciu. Redaktorom miał ponoć oświadczyć, że z chęcią napisze wszystkie części, byle tylko seria nosiła tytuł _Taylor’s History of Modern Europe_ (Historia nowożytnej Europy Taylora). W ten sposób dowiedzieliśmy się, że pisanie może być sposobem na życie. Najlepsza rada, jaką dał mi A.J.P. Taylor, brzmiała: „Norman, napisz książkę. Doktoraty są dla drugorzędnych naukowców”.

I tak właśnie zacząłem – od _Orła białego, czerwonej gwiazdy_ (prawdę mówiąc, przedmowa Taylora do tej książki, choć bardzo pochlebna, ma raczej luźny związek z jej treścią).

Nie sądzę, bym miał kiedykolwiek zarzucić pisanie. Właśnie osiągnąłem wiek emerytalny i zaczynam pracę nad _Zaginionymi królestwami_, książką dla wydawnictwa Jonathan Cape. __ Nie mógłbym ponownie napisać _Europy_. Nie potrafiłbym pracować miesiąc w miesiąc po dwanaście godzin dziennie, jak w Australii. Zbyt wiele lat przesiedzianych na twardych krzesłach w bibliotekach zbiera swoje żniwo i spowalnia mnie. Stare kości bolą. Ciało sztywnieje, lecz duch jest ochoczy. Chwytam za pióro z taką samą niecierpliwością jak zawsze.

DLA RICHARDA EVANSA

1. Jestem przekonany, że historia brytyjska czy angielska w żadnym momencie nie pociągała mnie bardziej od kontynentalnej. Te preferencje miały wiele wspólnego z walijskimi powiązaniami rodziny mojego ojca – był to długoterminowy wpływ otrzymania na chrzcie imienia Ivor. Już jako chłopiec pałałem romantycznym entuzjazmem do wszystkiego, co walijskie. Doskonale pamiętam, jak zabrano mnie na zwiedzanie „walijskich zamków” w Conwy, Beaumaris i Harlech, a ja protestowałem, że one nie są wcale walijskie, lecz angielskie – zbudowano je po to, by podporządkować Walijczyków!

W latach szkolnych wielki wpływ wywarł na mnie harcmistrz, który zabierał nas na liczne wędrówki po kontynencie – do Bretanii, Luksemburga, Austrii i Jugosławii – i jako nauczyciel geografii uczył mnie tego przedmiotu na poziomie akademickim, posługując się francuskimi podręcznikami (w tamtych czasach stanowiły one zawsze połączenie _histoire et géographie_). Jednym z moich ulubionych autorów w tym czasie był Paul Vidal de la Blache, który – jak później odkryłem – należał do protoplastów historycznej szkoły Annales.

W chwili ukończenia szkoły byłem jeszcze za młody, żeby od razu rozpocząć studia w Oksfordzie lub odbyć służbę wojskową, więc naturalnym krokiem wydał mi się wyjazd na rok do Francji, gdzie studiowałem na Uniwersytecie w Grenoble. Następnie wraz z grupą szkolnych przyjaciół udałem się jeepem na wyprawę z Bolton do Stambułu – po drodze przekroczyłem żelazną kurtynę. Tak zaczęło się moje zainteresowanie Europą Wschodnią.

W Oksfordzie utrzymywałem bliski kontakt z A.J.P. Taylorem, który pisał w tym czasie swoją kąśliwą historię Anglii, mnie uczył jednak o dziejach XX-wiecznej Europy. Jako przedmiot specjalny wybrałem „epokę Dantego”, co oznaczało lekturę _Boskiej komedii_ w oryginale i pobyt w Perugii. W ogóle nie miałem czasu na zaawansowany kurs historii Anglii i wykazywałem w tej dziedzinie całkowitą ignorancję, przez co koło nosa przeszedł mi dyplom z wyróżnieniem. Wtedy zdecydowałem się zostać nauczycielem.

2. W mojej edukacji od początku do końca poczesne miejsce zajmowała nauka języków obcych. Nie opanowałem wprawdzie _Cymraeg_, czyli walijskiego, gdyż nigdzie go nie wykładano, lecz gdy próbowałem się go amatorsko nauczyć, zrozumiałem, jak to jest wyjść poza angielszczyznę. Moja szkoła w Bolton słynęła z tego, że w niej właśnie pracowała Emma Saxelby, nauczycielka francuskiego i twórczyni metody bezpośredniej. Bardzo pomogła mi również wymiana szkolna z liceum w Clermont-Ferrand, które odwiedzałem regularnie od czternastego czy piętnastego roku życia. W chwili, gdy kończyłem szkołę średnią, władałem już dość biegle językiem francuskim. Zetknąłem się również z włos­kim dzięki mojemu nauczycielowi historii, z którym objechaliśmy Włochy, oraz w mniejszym stopniu z rosyjskim za sprawą uczącego nas geografii stażysty, dziwnie zauroczonego Związkiem Radzieckim.

Można powiedzieć, że jako student i młody absolwent kolekcjonowałem języki. Od francuskiego oraz włoskiego przeszedłem do hiszpańskiego, a wakacje spędzałem na szkołach letnich w Pradze i Bukareszcie, próbując się nauczyć czeskiego oraz rumuńskiego. Moim największym osiągnięciem było jednak to, że zaproponowano mi prestiżową ponoć posadę nauczyciela francuskiego w szkole St. Paul’s, która otwierała wtedy laboratorium językowe, i wybrała właśnie mnie, mimo że wszyscy pozostali kandydaci ukończyli z wyróżnieniem filologie nowożytne w Oksfordzie lub Cambridge.

Moja znajomość języków słowiańskich rosła etapami. Rosyjskiego nauczyłem się samodzielnie w stopniu wystarczającym, by napisać na Wydziale Edukacji w Oksfordzie pracę na temat podręczników historii w ZSRR. Po tym, jak nauczyciel rosyjskiego w St. Paul’s poważnie zachorował, polecono mi przejąć jego zajęcia i szybko dokształcić się w szkole wieczorowej. Później spędziłem semestr w Cambridge na intensywnym kursie języka rosyjskiego pod kierunkiem Elizabeth Hill. Rozczarowany postępami, zdecydowałem się jednak porzucić pracę nauczyciela i ukończyć drugi kierunek studiów – rusycystykę w Sussex. Pochodzący z Polski właściciel stancji w Brighton wymusił na mnie oczywiście, żebym do języka rosyjskiego dodał też polski. Z Sussex pojechałem w efekcie bezpośrednio do Krakowa – i nie wróciłem do domu przez trzy lata.

Jedyną porażkę poniosłem w przypadku niemieckiego, przy którym pojawiła się nieoczekiwana blokada emocjonalna. Moja niechęć do tego języka i niezdolność do uporania się z jego zawi­łościami były prawdopodobnie pochodnymi rodzinnych opowieści o złym traktowaniu mojego ukochanego stryja w obozie jenieckim podczas wojny, a także skojarzeń z byłą dziewczyną, która bezceremonialnie mnie rzuciła właśnie wtedy, gdy uczyła się niemieckiego. Tej antypatii wyzbyłem się dopiero kilka lat później, a wtedy nie miałem już czasu, by nadrobić zaległości. Może kiedyś się uda.

Podsumowując, powiedziałbym, że to miłość do lingwistyki poprowadziła mnie z powrotem ku historii (nie zaś odwrotnie), a o mojej ścieżce kariery jako zawodowego historyka przesądził właśnie szczególny zestaw języków, które opanowałem. Kiedy przed trzydziestką mieszkałem w Krakowie, wciąż utrzymywałem kontakt z A.J.P. Taylorem. Dowiedziawszy się, że znam rosyj­ski oraz polski, namawiał mnie on, abym rzucił się na szerokie wody i napisał coś o wojnie polsko-bolszewickiej 1919–1920. Taka była geneza mojej pierwszej książki, zatytułowanej _Orzeł biały, czerwona gwiazda_, a także mojej pierwszej posady akademickiej. Dwadzieścia lat później, kiedy Oxford University Press postanowiło wydać historię Europy, bardzo długo szukano kogoś, kto mógłby ją napisać: oksfordzkiego wykładowcy, który byłby zaznajomiony zarówno ze wschodnią, jak i z zachodnią częścią kontynentu. Ostatecznie zdecydowano się na współpracującego już wcześniej z wydawnictwem autora dziejów Polski, gdyż okazało się nie tylko, że zna on całkiem nieźle języki zachodnie, lecz także – iż poza Bobem Evansem i Normanem Stone’em żaden z samozwańczych uczelnianych „historyków Europy” nie ma umiejętności lingwistycznych umożliwiających zbadanie całego kontynentu. Tak powstała opublikowana wspólnie przez OUP i Random House w 1996 roku _Europe: A History_ (_Europa. Rozprawa historyka z historią_).

3. W mojej twórczości historycznej przez dwadzieścia lat koncentrowałem się wyłącznie na Polsce i dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Oznaczało to, że oprócz współczesnej Polski zajmowałem się kilkoma krajami – Łotwą, Litwą, Białorusią i Ukrainą – stanowiącymi wówczas część Związku Radzieckiego, a także regionem, który w kolejnych okresach przechodził między orbitami politycznymi Rosji, Prus, Austrii oraz Niemiec. Co więcej, historyczna Polska stanowiła przez wieki najważniejsze na świecie skupisko społeczności żydowskiej. W rezultacie szybko wszedłem na drażliwy obszar historii Żydów i stosunków polsko-żydowskich.

Do 1989 roku jednak żadna z moich książek nie mogła wyjść w Polsce ani w Związku Radzieckim, więc – na ile mogłem stwierdzić – ich wpływ tam pozostawał znikomy. Nie publikowano prawie żadnych recenzji, a pojedyncze uwagi, które ukazały się w druku, były bardzo niepochlebne. Egzemplarze anglojęzycznych wydań konfiskowały milicja i służby celne, a ich posiadanie lub przywóz karano. Pewną kobietę wsadzono do więzienia za próbę sporządzenia nieautoryzowanego przekładu. Tak wrogiego nastawienia należało się spodziewać. Reprezentowane w moich książkach podejście do historii było fundamentalnie sprzeczne z obowiązującymi wówczas praktykami komunistycznymi, a mój sprzeciw wobec wszelkich opartych na nacjonalizmie interpretacji przeszłości w oczywisty sposób nie dawał się pogodzić z podsycanymi przez wszystkie reżimy bloku sowieckiego szowinistycznymi i imperialistycznymi tendencjami.

Jedynym bezpośrednio zainteresowanym moją pracą krajem, w którym dało się prowadzić otwartą dyskusję, był Izrael. Chociaż nigdy nie wyrażałem sympatii wobec syjonizmu, spotkałem się tam z przychylnym przyjęciem. Zapraszano mnie do wygłoszenia kolejnych prelekcji na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, wziąłem też udział w kilku konferencjach na tematy polsko-żydowskie. Z czasem uderzył mnie wyraźny kontrast między panującym w Izraelu względnie otwartym klimatem akademic­kim a bezgraniczną nietolerancją, z którą spotyka się w USA każdy, kto narazi się samozwańczym strażnikom z amerykańskich organizacji żydowskich.

Niemniej jednak po pewnym czasie okazało się, że moje wysiłki nie poszły całkiem na marne nawet w Polsce i ZSRR. Wiele z napisanych przeze mnie tekstów ukazało się w podziemiu jako samizdaty, nazwisko „Davies” przewijało się w audycjach BBC i Radia Wolna Europa, a moje koncepcje nie były obce niewielkiemu kręgowi wyspecjalizowanych historyków. Na przykład obecny ambasador Estonii w Londynie powiedział mi niedawno, że dwadzieścia pięć lat temu, gdy zdobył w Szwecji egzemplarz zakazanego _Bożego igrzyska_, książka wywołała sensację wśród jego sowieckich kolegów, którzy nigdy nie widzieli czegoś podobnego. W rządzonym przez Sowietów zamkniętym świecie właściwie nie słyszano o historykach, którzy byliby niekomunistyczni, a zarazem sprzeciwiali się nacjonalizmowi.

Po 1989 roku bardzo skromny wcześniej sukces przerodził się z dnia na dzień w niemalże sławę. Szczęśliwie w chwili, gdy zniknęła cenzura, moje książki były już przetłumaczone i przygotowane do publikacji. Wiele zawdzięczam polskiemu wydawnic­twu Znak – przewidując zmiany polityczne, potajemnie zamówiło ono przekład historii Polski mojego autorstwa już w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku. W rezultacie _Boże igrzysko_ trafiło na chłonny rynek niemal natychmiast, zanim mogła się pojawić jakakolwiek konkurencja. W 1990 roku, kiedy zmieniono zasady przeprowadzania matury, Ministerstwo Edukacji Narodowej wpisało książkę na listę lektur obowiązkowych i od tego czasu wychowało się na niej całe pokolenie wykształconej polskiej młodzieży. Co więcej, dzięki temu, że zyskałem takie grono odbiorców, każda kolejna napisana przeze mnie książka trafiała na szczyt listy bestsellerów. Wszyscy mówią, że dobrze poinformowana osoba z zewnątrz cieszy się wiarygodnością, o jakiej nie może marzyć żaden miejscowy autor. Dodatkowym atutem jest, gdy outsider pisze w dobrym stylu, maluje przeszłość w żywych kolorach i wykazuje wrażliwość na sprawy ludzkie.

Swój niezwykły polski sukces _Boże igrzysko_ powtórzyło z pewnym opóźnieniem w krajach sąsiednich, zwłaszcza gdy przetłumaczono je na języki litewski i ukraiński. _Europę_ czytano jeszcze powszechniej, gdyż jej wydanie zbiegło się w czasie z okresem, w którym większość krajów byłego bloku sowieckiego szykowała się do „powrotu do Europy”. W Ukrainie w 1999 roku została ona uznana za „książkę tysiąclecia”.

Nie czuję się powołany, by przeanalizować i wyjaśnić to zjawisko. Byłem nim zaskoczony tak samo jak wszyscy inni. Już na wczesnym etapie pogodziłem się z faktem, że piszę poza głównym nurtem i bez większych perspektyw na rozgłos. Nadal też robię swoje, jak zawsze to robiłem. Gdy jednak ktoś pyta o przyczyny mojego sukcesu, staram się podkreślić dwie kwestie. Pierwszą jest niezrównana brytyjska tradycja historiografii jako działu literatury pięknej. Z pewnością znaczenie miał też fakt, że w młodym wieku trafiłem na oksfordzki college, którego bogate tradycje his­toryczne wywodziły się od Edwarda Gibbona i były podtrzymywane przez A.J.P. Taylora. Drugim aspektem jest nieoceniona zaleta pisania po angielsku, który jest obecnie językiem światowym i daje swoim użytkownikom przewagę nad resztą ludzkości. Według mojej wiedzy _Boże igrzysko_ trafiło na wszystkie kontynenty, w tym także do Chin i Japonii. Przygotowało ono grunt pod pojawienie się _Europy_, która została przełożona (lub jest w trakcie przekładu) na ponad dwadzieścia języków – ostatnio na wietnamski, grecki i arabski.

4. Dziś często się mówi o niebezpieczeństwie zagrażającym ugruntowanej brytyjskiej tradycji pisania o dziejach Europy. Nie przekonują mnie te argumenty. Ze względu na nowe priorytety edukacyjne zagrożona jest cała historia jako przedmiot, a jej opisywanie jako sztuka narracyjna i gałąź literatury pięknej stopniowo wychodzi z mody. Filistrzy z akademii coraz bardziej obsesyjnie oddają się wyłącznie badaniom lub akademickim dysputom. Szczególnie godny ubolewania jest fakt, że nauczanie języków nowożytnych w brytyjskich szkołach znalazło się w głębokiej zapaści, co nieuchronnie ogranicza zarówno możliwości, jak i horyzonty umysłowe młodych badaczy. Mimo to nie wydaje się, aby źródło dobrze napisanych obszernych przeglądów na ważne europejskie tematy wysychało. Dzieła te znajdują też czytelników. O ostatecznym wyniku zadecyduje chwiejna równowaga między podażą a popytem. Jak widzę, ten drugi będzie zapewne rosnąć proporcjonalnie do stopnia, w jakim profesjonaliści będą zaniedbywać swój obowiązek jak najszerszego rozpowszechniania wiedzy historycznej, gdyż luki w tym zakresie tylko zwiększą zainteresowanie ludzi przedmiotem. Brakom w podaży może z kolei zaradzić ogromny napływ obcokrajowców do brytyjskiego środowiska akademickiego. Ci przybysze nie są upośledzeni lingwistycznie, jak wielu młodych Brytyjczyków i Amerykanów, a jak magnes mogą na nich działać zaniedbane brytyjskie tradycje. Kiedy słyszę narzekania moich polskich kolegów, że historia ich kraju bywa często ignorowana lub zniekształcana za granicą, mówię im, że muszą wydać na świat kolejnego Josepha Conrada z historycznym zacięciem. Ta rada może zresztą znaleźć zastosowanie w odniesieniu do wielu krajów. Pewne jest, że następne pokolenie historyków w Wielkiej Brytanii będzie o wiele bardziej międzynarodowe, kosmopoli­tyczne i wieloetniczne od poprzedniego. Jest też duża szansa, że wśród nowego narybku znajdą się gwiazdy, które zaspokoją historyczny głód. Jak zatem uporać się ze wspomnianym na wstępie kryzysem? Mogę tylko powiedzieć – starać się dawać dobry przykład.

5. Brytyjska „kosmopolityczna” tradycja historiograficzna wiąże się bez wątpienia z wieloma innymi cechami brytyjskiej kultury i brytyjskiego społeczeństwa. Ostatecznie pozostaje ona przeciwwagą dla jeszcze silniejszej tradycji historii anglocentrycznej, wyspiarskiej, skupionej wyłącznie na kraju i patriotycznej. W związku z tym przyciągnęła licznych dysydentów, ekscentryków, nonkonformistów i ludzi pochodzenia innego niż angielskie, których nie zachwycała egocentryczna wizja przedstawiona w _Our Island Story_ (Opowieści o naszej wyspie) Henrietty Elizabeth Marshall. Dla celów dyskusji chciałbym tutaj wskazać trzy kategorie autorów, którzy zaczęli pisać w tej kosmopolitycznej tradycji. Jedną z nich byli katolicy i inni odmieńcy religijni, którym nie odpowiadało spojrzenie na przeszłość wyłącznie przez pryzmat protestancki/anglikański (Gibbona wysłano za granicę, aby wyleczył się z katolicyzmu; w Lozannie stwierdził: „Przestałem myśleć o sobie jako o Angliku”). Kolejną byli ludzie pochodzenia walijskiego, irlandzkiego lub szkockiego, którzy częściej znali języki obce i nie cechowali się typową angielską wrogością wobec „brudasów” z kontynentu. Trzecią byli imigranci, którzy utrzymywali pewien kontakt z krajami swojego pochodzenia.

W tej ostatniej kategorii szczególna uwaga należy się brytyjskim Żydom, którzy – z nielicznymi wyjątkami – przybyli do Wielkiej Brytanii z kontynentu. Oczywiście niektórzy żydowscy imigranci, jak na przykład Geoffrey Elton, postawili sobie za punkt honoru stać się bardziej brytyjskimi od Brytyjczyków. Inni, jak Lewis Namier, dzielili swoją uwagę między sprawy wyspiarskie a kontynentalne. Wielu jednak – od Isaaca Deutschera po Erica Hobsbawma – miało zdecydowanie szersze horyzonty. Zaryzykowałbym sugestię, że większość piszących o Rosji oraz Polsce brytyjskich i amerykańskich uczonych ma żydowskie korzenie.

Niemniej jednak sądzę, iż dokonywanie nadmiernie uproszczonego rozróżnienia między ciasnymi wyspiarzami a ludźmi piszącymi w perspektywie całego kontynentu byłoby błędem. W pewnym momencie zawsze pojawiają się rozległe na cały świat imperium brytyjskie, a także jeszcze starszy zwyczaj zamorskich przygód. „Droga ku słońcu” zawsze pociągała. Imperialiści podążali śladem wielu poprzedników – od najemników z czasów wojny stuletniej i kompanii kupieckich po uchodźców z epoki Marii Tudor oraz irlandzkich żołnierzy służących w kontynentalnych armiach. Nasi dzisiejsi badacze zajmujący się Europą mają wiele wspólnego z niezliczonymi pokoleniami brytyjskich uczonych i podróżników, którzy wyjeżdżali za granicę, „zamieniali się w tubylców”, uczyli się lokalnych języków, po czym wracali do ojczyzny, by wzbogacić ją egzotycznymi opowieściami.

Należy też wspomnieć o historykach starożytności, których obszarem zainteresowania był głównie kontynent. Bez wątpienia istnieje silny związek między uczonymi badającymi pozostałości Grecji i Rzymu a ich następcami, którzy przepłynęli morze, aby zgłębiać kultury, społeczeństwa i dzieje nowożytnej Europy.

No i mamy wreszcie romantyków. Twórcy tacy jak Byron, Keats i Shelley – skłonni przemierzać najmniej znane zakątki kontynentu, by wziąć udział w greckiej wojnie o niepodległość czy pisać elegie na cześć szlachetnych Albańczyków – wytyczyli drogę swoim następcom, którzy przybyli później, i urzekł ich romantyzm miejsc leżących poza Wyspami Brytyjskimi.

Kluczowe znaczenie ma tutaj periodyzacja historyczna. Anglia odcięła się od kontynentu dopiero za reformacji, a nawet potem utrzymywała więzi z innymi protestantami zamieszkującymi Niderlandy, północne Niemcy i Skandynawię. Wcześniej podział na zagadnienia wyspiarskie i kontynentalne miał zazwyczaj sztuczny charakter. Celtowie nie byli zjawiskiem w pierwszej kolejności wyspiarskim, podobnie jak wikingowie. Podbój normański nie uczynił zaś Anglii wyjątkową – wręcz przeciwnie, zapoczątkował prawie pięćsetletni okres, podczas którego wątki historii angielskiej i francuskiej pozostawały nierozerwalnie splątane. Ile razy trzeba to powtarzać? Richard Cœur de Lion nie znał ani słowa po angielsku.

Podsumowując, ukierunkowana na Europę tradycja brytyjskiej historiografii ma bardzo głębokie korzenie. Anglicy, Irlandczycy, Walijczycy i Szkoci są od dawna połączeni nie tylko wzajemnie ze sobą, lecz także ze swoimi kontynentalnymi sąsiadami. Dzieje naszej wyspy to zaledwie jeden z rozdziałów ogólniejszej opowieści o naszym kontynencie.

3 stycznia 2009 roku

1.

¹ A. Rimbaud, _Statek pijany_, w: __ tegoż, _Poezje_, tłum. Z. Przesmycki , Warszawa 1921, s. 60.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij