Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

IMAGO - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 marca 2026
32,00
3200 pkt
punktów Virtualo

IMAGO - ebook

„Imago” to dystopijna powieść, w której technologia i polityka zdominowały życie ludzi, prowadząc do podziałów, wykluczenia i przemocy. Jest rok 2055. Europa podnosi się po ogromnych zmianach demograficznych, społecznych i politycznych. Na zgliszczach starej Unii Europejskiej powstała nowa organizacja, pozbawiona kilku państw z zachodniej flanki, ale za to poszerzona o wschodnią strefę wpływów. Jan Keller, przeciętny obywatel i pracownik przedsiębiorstwa budowlanego, stara się wspierać swoją rodzinę i przetrwać w podzielonym społeczeństwie. Po standardowej zmianie mnożnika odkrywa, że stał się mutacją, której system nie przewidział… No dobrze, przewidział, ale nikt w nią nie wierzył. Ucieczka przed służbami i odkrywanie rodzinnych tajemnic prowadzą Jana przez mroczne zakamarki czeskiej Pragi, slumsy oraz tajne ośrodki. W tle narasta społeczny bunt, a mieszkańcy Europy nie są świadomi katastrofy, która wkrótce może pochłonąć miliony istnień.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397833111
Rozmiar pliku: 644 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZ­DZIAŁ 1

Jan

20 października, środa

Patrzę na jej spo­kojną, śliczną twarz. Skórę ma cienką i bladą, pra­wie białą. To efekt za­trzy­ma­nego krą­że­nia. Nie od­dy­cha, to oczy­wi­ste. Nie mu­szę tego spraw­dzać, ale ro­bię to co­dzien­nie, mi­mo­wol­nie, czy­niąc z tego ele­ment po­ran­nego ry­tu­ału.

Zu­peł­nie jak te kwiaty, które sta­wiam tak, by mo­gła je zo­ba­czyć. Nie uj­rzy ich, a ja po kilku dniach wy­rzucę uschnięty wie­cheć i za­stą­pię go no­wym bu­kie­tem z mar­ketu.

Za­pła­kał­bym, ale nie mogę. Z pew­no­ścią nie mam już gru­czo­łów łzo­wych. Jak to mó­wią: na­rząd nie­uży­wany za­nika.

Od­gar­niam ja­sny ko­smyk z jej czoła, przy oka­zji do­ty­ka­jąc po­zba­wio­nej ru­mień­ców skóry. Zim­nej. Naj­wy­żej sie­dem, osiem stopni, ale to dla­tego, że w cha­cie jest rów­nie chłodno. Ciało leży wy­star­cza­jąco długo, by jego cie­płota zrów­nała się z tem­pe­ra­turą oto­cze­nia.

Mnie to zimno nie prze­szka­dza. I tak czę­sto wy­cho­dzę. Gro­ma­dzę za­pasy. Ostat­nia par­tia przy­nie­sio­nych kar­to­ni­ków pię­trzy się jesz­cze na dę­bo­wej ła­wie. Upchnę je do spi­żarni za chwilę. Te­raz mu­szę przez mo­ment od­po­cząć i zjeść. We­zmę coś z po­przed­niej wy­prawy. Tej, pod­czas któ­rej okra­dłem ma­ga­zyn Erb­sen Markt. Te pro­dukty mają krót­sze ter­miny przy­dat­no­ści. Wy­bie­ram lio­fi­li­zo­waną kostkę opi­saną jako kon­cen­trat owo­cowy. Oczy­wi­ście bazą tej pulpy nie są praw­dziwe owoce. Zresztą, mam to gdzieś.

Sia­dam przy oknie i pa­trzę na po­kryte świe­żym śnie­giem zbo­cza. Syp­nęło w nocy – pierw­szy raz tej je­sieni. Stro­mi­zny do­brze trzy­mają puch, więc będę mu­siał uwa­żać. Po­cze­kać z opusz­cze­niem chaty, aż znów za­cznie pa­dać. W le­sie prędko nie od­kryją mo­ich śla­dów, ale go­rzej na otwar­tej prze­strzeni.

Żuję po­woli owo­co­wego gluta, prze­su­wa­jąc wzro­kiem po ostrej al­pej­skiej grani od­dzie­la­ją­cej mnie od świata. Jest piękna, ale da­leko jej do mo­jej ma­je­sta­tycz­nej góry. Tej je­dy­nej. Tej, któ­rej szczyt wy­pa­lił się we wspo­mnie­niach z dzie­ciń­stwa.

Za­czyna de­li­kat­nie pró­szyć. W nocy, je­śli nie za­cznie wiać cie­pły fen, tem­pe­ra­tura może mocno spaść. Spo­glą­dam na stertę drewna przy ko­minku. Rzecz ja­sna, nie za­mie­rzam roz­pa­lać ognia. Dym uniósłby się po­nad drze­wami, a tego mu­szę uni­kać. Przy­go­to­wany stos czeka na wła­ściwy mo­ment.

Rzu­cam pu­stym kar­to­ni­kiem przez cały po­kój do sto­ją­cego przy wej­ściu wia­dra. Tra­fiam. Nie jest źle. Mimo na­si­la­ją­cych się bó­lów dłoni i ra­mion nie stra­ci­łem ko­or­dy­na­cji. Po­woli za­czy­nam się też przy­zwy­cza­jać do tego, że na­dal chudnę.

Chyba ją przy­kryję. Wiem, że nie ma to więk­szego zna­cze­nia, ale nie chciał­bym, by za­mar­zła.

Biorę stary, wy­pło­wiały pled i do­kład­nie ją okry­wam, po­zo­sta­wia­jąc twarz od­sło­niętą. Nie­sforny ko­smyk znów zsu­nął się jej na czoło. To pew­nie przez prze­ciąg.

– Ko­cham cię.ROZ­DZIAŁ 3

12 kwietnia, poniedziałek

Stoję w dłu­giej ko­lejce dla pa­sa­że­rów lo­tów czar­te­ro­wych. Nie pa­mię­tam, kiedy ostat­nio by­łem na pra­skim lot­ni­sku. Na pewno w dzie­ciń­stwie, ale nie po­tra­fię okre­ślić, ile mia­łem wtedy lat. Przy­pro­wa­dziła nas wtedy Sy­grida, a je­dyne, co za­pa­dło mi w pa­mięć z tam­tej wy­cieczki, to ryk sil­ni­ków przy star­cie naj­więk­szych sa­mo­lo­tów. Ni­gdy nie mie­li­śmy go­ści, któ­rych trzeba by­łoby od­bie­rać z lot­ni­ska, a sami też nie la­ta­li­śmy. Ten śro­dek trans­portu był poza na­szym za­się­giem fi­nan­so­wym. Dla­tego to bę­dzie mój pierw­szy lot.

Roz­glą­dam się, pró­bu­jąc za­jąć czymś my­śli i przy­tłu­mić zde­ner­wo­wa­nie, przy­spie­szone bi­cie serca oraz ścisk je­lit. Rano nie mo­głem prze­łknąć śnia­da­nia mimo do­kucz­li­wego głodu, który to­wa­rzy­szy mi już od dwóch dni.

Wzdłuż hali od­praw, od­dzie­lony nie­prze­suw­nymi sta­lo­wymi ba­rier­kami, cią­gnie się żółty pas, po któ­rym po­ru­szają się pa­trole po­li­cji gra­nicz­nej. Każdy z funk­cjo­na­riu­szy trzyma długą broń skie­ro­waną lufą w dół, a przy pa­sie ma kom­pak­towy au­to­mat. Mun­du­rowi zgru­po­wani są w for­ma­cje trzy­oso­bowe. Stoją nie­ru­chomo przez kilka mi­nut, lu­stru­jąc halę od­praw, by na­gle, na je­den sy­gnał, ru­szyć z pełną pręd­ko­ścią, przy wtó­rze wy­raź­nego chrzę­stu eg­zosz­kie­le­tów. To przy­ciąga wzrok po­dróż­nych. Wi­dać, że szcze­gól­nie przy­by­sze z Al­ma­nyi oraz in­nych suł­ta­na­tów zer­kają na tę de­mon­stra­cję ukrad­kiem, wy­raź­nie spło­szeni szyb­ko­ścią i wiel­ko­ścią po­li­cjan­tów.

Po­dej­rze­wam, że to ce­lowa ma­ni­fe­sta­cja siły, ma­jąca dzia­łać pre­wen­cyj­nie na cy­wili, a zwłasz­cza na przy­by­szów spoza Unii. Przy­śpie­szony o osiem­dzie­siąt pro­cent, opan­ce­rzony i uzbro­jony pa­trol bu­dzi zro­zu­miały re­spekt oraz nie­do­wie­rza­nie u osób, które wcze­śniej nie ze­tknęły się z tak pod­krę­co­nymi oso­bami. W ści­sku ulicz­nym, gdzie w każ­dej chwili ist­nieje ry­zyko nie­spo­dzie­wa­nego kon­taktu z prze­chod­niami, po­li­cjanci na ogół ha­mują swoją eks­pre­sję, kon­tro­lują ru­chy i nie de­mon­strują peł­nej ak­ce­le­ra­cji. Zresztą po mie­ście naj­czę­ściej po­ru­szają się ra­dio­wo­zami, uni­ka­jąc pa­tro­lo­wa­nia pie­szo.

Na mnie także wi­dok tej po­li­cyj­nej ma­ni­fe­sta­cji robi wra­że­nie. Moja zwięk­szona per­cep­cja su­biek­tyw­nie „spo­wal­nia” ruch ma­sze­ru­ją­cych, ale wciąż do­strze­gam, jak są im­po­nu­jąco szybcy.

Po­gra­nicz­nik ska­nuje moją bran­so­letę i wska­zuje mi ko­ło­wro­tek, przez który prze­cho­dzę do wła­ści­wej od­prawy. Usta­wiam się w ko­lejce do bramki kon­tro­l­nej. Żo­łą­dek ści­śnięty skur­czami do­maga się ja­kie­go­kol­wiek po­ży­wie­nia. Może coś da­dzą na po­kła­dzie?

Na­gle ktoś kle­pie mnie w ra­mię.

– Cześć! Wi­dzę, ko­leś, że też je­steś od Dvo­řáka. Je­stem Ma­rek – przed­sta­wia się sto­jący za mną si­wawy męż­czy­zna.

No tak, obaj mamy na blu­zach wy­ha­fto­wane logo firmy.

– Jan.

– By­łeś już na kontr­ak­cie?

– Nie, to mój pierw­szy raz.

– Spo­koj­nie, wpro­wa­dzę cię. To już moja ósma szwedzka tura, a w ogóle to ze dwu­dzie­sta. Po­la­ta­łem so­bie już tro­chę, he, he. A ty, gdzie masz bu­dowę? – Ma­rek spra­wia wra­że­nie wy­lu­zo­wa­nego, kon­tak­to­wego fa­ceta.

Nie znam ko­legi, ale je­śli tyle razy był na kon­trak­tach, to rze­czy­wi­ście mo­gli­śmy się ni­gdy nie spo­tkać. Taka liczba wy­jaz­dów to przy­naj­mniej pięć lat ży­cia w cią­głym przy­spie­sze­niu, i to co naj­mniej trzy­dzie­sto­pro­cen­to­wym.

– Sztok­holm, gdzieś w cen­trum – od­po­wia­dam.

– No to bę­dziemy ra­zem pra­co­wać, bra­chu. Dvo­řák robi w sto­licy tylko na jed­nej bu­do­wie. W czar­te­rze nie ma miejsc nu­me­ro­wa­nych, usiądź koło mnie.

Do­cie­ramy do cel­ni­ków sto­ją­cych przy ta­śmo­ciągu. Na­śla­du­jąc Marka, wy­cią­gam na tacę wszystko, co mam w kie­sze­niach, i ścią­gam buty. Kon­trola jest sprawna, bez ce­lo­wego czy zło­śli­wego prze­dłu­ża­nia. Pa­sa­że­ro­wie – pra­cow­nicy na kon­trak­tach za­gra­nicz­nych – po­sia­dają za­zwy­czaj mo­dy­fi­ka­cje w prze­dziale od trzy­dzie­stu do pięć­dzie­się­ciu pro­cent, a cel­nicy po­ru­szają się w zbli­żo­nym tem­pie. Nie wiem, czy ob­sługa celna jest do­bie­rana pod ką­tem stop­nia przy­spie­sze­nia pa­sa­że­rów da­nego lotu, czy jest to stan­dard dla wszyst­kich funk­cjo­na­riu­szy tej służby.

Ska­nery wmon­to­wane w bram­kach po­bie­rają in­for­ma­cje iden­ty­fi­ka­cyjne z bran­so­let, a czuj­niki bio­me­tryczne we­ry­fi­kują ich zgod­ność. Nikt z na­szej grupy od­la­tu­ją­cej do Szwe­cji nie wy­wo­łuje alarmu ani nie wzbu­dza za­in­te­re­so­wa­nia per­so­nelu od­pra­wia­ją­cego.

Sa­mo­lot jest cia­sny: to średni Air­bus, który lata świet­no­ści ma już za sobą. Za­pewne wy­pro­du­ko­wano go w la­tach trzy­dzie­stych, gdy kon­sor­cjum jesz­cze ist­niało, a fa­bryki w za­chod­niej Eu­ro­pie nie były za­my­kane z po­wodu prze­mian po­li­tyczno-re­li­gij­nych. Po­siada tylko klasę eko­no­miczną z gę­sto po­upy­cha­nymi fo­te­lami. Wnę­trze wska­zuje, że sa­mo­lot służy do szyb­kiego, czę­stego trans­portu pra­cow­ni­ków, bez ca­te­ringu czy in­nych zbęd­nych udo­god­nień. Kli­ma­ty­za­cja jesz­cze nie działa, więc w po­wie­trzu unosi się por­cja kwa­śnego odoru. Cuch­nie po­tem i skar­pet­kami. Na po­kła­dzie jest tylko jedna ste­war­desa, w do­datku nie pierw­szej mło­do­ści i urody. Może to też stan­dard w prze­wo­zach ro­bot­ni­czych.

– Chcesz przy oknie? Nie? To ja siądę – mówi Ma­rek, wci­ska­jąc się pod ilu­mi­na­tor. – Cza­sem, jak nie mam z kim ga­dać, to przy­naj­mniej mogę so­bie po­pa­trzeć. Nie śpię w sa­mo­lo­tach, bo jakby spa­dał, nie chciał­bym tego prze­ga­pić, he, he – szcze­rzy się.

Na ten drę­twy żart roz­cią­gam usta w sy­mu­la­cji uśmie­chu. Czuję się klau­stro­fo­bicz­nie w tej cia­snej, śmier­dzą­cej ru­rze. Dzię­kuję so­bie w du­chu, że mam pu­sty żo­łą­dek.

– A w ogóle to co ro­bisz, bra­chu? Ja je­stem in­sta­la­to­rem.

– Spa­wacz. Co kła­dziesz?

– Wszystko, ale na kontr­ak­cie głów­nie zaj­muję się złą­czami wie­lo­me­dial­nymi i sie­ciami. Mó­wię ci, ro­bota nie jest naj­gor­sza, tylko trzeba się uwi­jać, bo jak zro­bisz opóź­nie­nie, to cię ode­ślą. Ci cho­lerni mu­zuł­ma­nie każ­dego pil­nują. Do­stają od na­szych in­for­ma­cje o twoim mnoż­niku, a po­tem pod­krę­cają ci normę dzienną.

– To kto nami za­rzą­dza? Szwe­dzi czy nasi?

Ma­rek wzdy­cha. Nie wiem, czy z po­wodu na­iw­no­ści mo­jego py­ta­nia, czy przez te­mat, który po­ru­szy­łem.

– For­mal­nie za­wsze pod­le­gasz maj­strowi, a on pod­lega na­szemu kie­row­ni­kowi bu­dowy. To on wy­zna­cza normy do wy­ko­na­nia. Ale w prak­tyce na każ­dej bu­do­wie jest tak zwany mu­ta­ha­mis, czyli „gor­liwy”. Kon­tro­luje na­szą pracę, wtrąca się do pla­nów i, co naj­waż­niej­sze, pil­nuje, by­śmy nie siali zgor­sze­nia. Naj­le­piej: kwa­tera–ro­bota, ro­bota–kwa­tera i tak w kółko.

Wszy­scy od­la­tu­jący już za­jęli miej­sca w sa­mo­lo­cie. Wi­dzę tylko sa­mych męż­czyzn. Każdy wy­gląda na pra­cow­nika fi­zycz­nego, wra­ca­ją­cego na nową turę po gra­fi­ko­wej pau­zie. Mimo wy­po­czynku w kraju, wśród ro­dzin, ich twa­rze są zmę­czone i po­zba­wione ra­do­ści. Roz­mowy sły­chać nie­liczne i przy­ci­szone. Nie­któ­rzy już za­my­kają oczy, żeby wy­ko­rzy­stać lot na dwu­go­dzinną do­dat­kową re­ge­ne­ra­cję.

Czy ja też będę tak wy­glą­dał po kilku wy­jaz­dach kon­trak­to­wych? Wy­eks­plo­ato­wany przez przy­spie­sze­nie i tempo pracy?

Drę­czy mnie jesz­cze coś.

– Wiesz, mogę mieć pro­blem ze szkie­le­tem. Ostat­nio za­kła­da­łem taki jesz­cze przy na­uce za­wodu, w szkole.

– Nie martw się. Je­den dzień po­pra­cu­jesz z kra­bem i się przy­zwy­cza­isz. A po rusz­to­wa­niach to się w nim śmiga, że hej! Wszyst­kie na­rzę­dzia mo­żesz na nim po­wie­sić.

Star­tu­jemy pla­nowo. Na­bie­ramy pręd­ko­ści na pa­sie lot­ni­ska przy prze­raź­li­wym huku sil­ni­ków, po­chła­nia­ją­cym wszyst­kie inne dźwięki. Sa­mo­lot lekko pod­ska­kuje, a mój żo­łą­dek go na­śla­duje, pod­rzu­ca­jąc żółć do gar­dła. Jesz­cze za­nim nasz Air­bus osta­tecz­nie ode­rwie się od ziemi, wy­raź­nie i gwał­tow­nie ude­rzają we mnie neu­ro­hor­mony.

Czuję przy­spie­sze­nie pulsu w skro­niach i szyb­kie, pal­pi­ta­cyjne bi­cie serca. Moje mię­śnie naj­pierw za­czy­nają drżeć, by po chwili gęst­nieć w nad­cią­ga­ją­cych pa­rok­sy­zmach skur­czów. Te jed­nak nie na­stę­pują: włókna tę­żeją na tyle, by nie wy­stą­piła bo­le­sność, i choć są twarde, czuję, że mogę się po­ru­szać. Przód ma­szyny mocno unosi się w górę, ad­re­na­lina mnie za­lewa, a serce gwał­tow­nie trze­po­cze…

Ma­rek mówi coś, ale brzmi zu­peł­nie nie­zro­zu­miale, słowa roz­cią­gają się w ba­sowy ciąg beł­ko­tli­wych dźwię­ków. Czas staje. Sły­szę wszech­obecny, bar­dzo ni­ski, ryt­miczny i dud­niący od­głos. Sa­mo­lot wisi nie­ru­chomo w po­wie­trzu, a ja wy­raź­nie wi­dzę w ilu­mi­na­to­rze, że bu­dy­nek hali za­styga w kil­ku­se­kun­do­wej stop­klatce. Nikt się nie po­ru­sza ani w środku, ani na ze­wnątrz. I już nie sły­szę pul­su­ją­cego dud­nie­nia. Jest je­den długi dźwięk nie dźwięk. Jak tło czy woda, która cię ota­cza. Od­bie­rasz to ca­łym sobą, a nie tylko uszami…

…a po­tem wszystko jed­no­cze­śnie ożywa. Ka­dłub pul­suje, dud­nie­nie prze­cho­dzi stop­niowo w brzę­czące drga­nia, za­głu­szane ry­kiem sil­ni­ków.

– …nnnn­no­ooo tooo po­oomy­y­y­śla­łem: „Co mi za­leży”. I tak cią­gnę już ko­lejny rok. Moja Li­duszka ma­ru­dzi za każ­dym ra­zem, ale jak mam wy­kar­mić ich wszyst­kich? Jesz­cze moi ro­dzice…

Je­stem zdez­o­rien­to­wany i oszo­ło­miony. Lekko dy­go­czę. Czego wła­śnie do­świad­czy­łem? Chwi­lo­wej aber­ra­cji umy­słu, a może ja­kie­goś udaru? Nie stra­ci­łem przy­tom­no­ści, tego je­stem pe­wien. Po­dob­nie jak tego, że to wy­da­rzyło się na­prawdę i trwało te spek­ta­ku­larne kilka se­kund.

– …ojca renta tro­chę ra­tuje sy­tu­ację, ale nie są w sta­nie już sami miesz­kać…

Po­ja­wia się myśl, że do­świad­czy­łem na­głego przy­spie­sze­nia o nie­wy­obra­żal­nym współ­czyn­niku. Choć na po­czątku od­rzu­cam ją jako ab­sur­dalną, nie­ubła­ga­nie po­wraca, aż za­gnież­dża się na stałe. Ile to mo­gło być pro­cent? Dwie­ście? Trzy­sta? Ra­czej nie­moż­liwe. Z tego, co pa­mię­tam z pro­gra­mów w sieci, prze­kro­cze­nie mnoż­nika po­wy­żej dwóch i pół koń­czyło się nie­od­wra­cal­nymi zmia­nami w or­ga­ni­zmie, a w kon­se­kwen­cji śmier­cią. Pro­wa­dzono ba­da­nia w tym kie­runku, ale nikt nie ogło­sił suk­cesu.

Na ję­zyku czuję me­ta­liczny smak. Znów skręca mnie z głodu.

– Masz może coś do je­dze­nia? – prze­ry­wam Mar­kowi mo­no­log.

– Znamy się do­piero go­dzinę, a ty już wpra­szasz się na obiad? – krzywi się za­baw­nie, ale w jego gło­sie nie sły­chać pre­ten­sji ani zło­śli­wo­ści. – Mam cia­sto zro­bione przez Lidę. Droż­dżowe, z praw­dzi­wymi owo­cami! Dam ci ka­wa­łek.

Sięga do torby pod­ręcz­nej i wy­ciąga pa­pie­rowy pa­ku­nek. Cia­sto, po­kro­jone na kil­ka­na­ście ma­łych ka­wał­ków, wy­gląda sma­ko­wi­cie. Biorę od razu dwa, na co Ma­rek kiwa tylko głową. Bez wa­ha­nia wpy­cham oba do ust. Spra­gniony wę­glo­wo­da­nów nie mogę się opa­no­wać.

– Pyszne, dzię­kuję – mem­łam z pełną gębą.

– Smacz­nego! Ale się bę­dzie śmiała, gdy jej opo­wiem, jak się rzu­ci­łeś…

Prze­żu­wa­jąc wy­piek żony Marka, do­znaję olśnie­nia. Przy tak na­głej ak­ce­le­ra­cji in­iek­tor mu­siał wstrzyk­nąć więk­szą dawkę neu­ro­prze­kaź­ni­ków. A to można spraw­dzić w hi­sto­rii bran­so­lety. Ta­kie in­for­ma­cje są zrzu­cane do sys­temu au­to­ma­tycz­nie, gdy ma­nela po­ja­wia się w za­sięgu punk­tów do­stę­po­wych. Jed­nak tu, w sa­mo­lo­cie, mu­szą jesz­cze znaj­do­wać się w urzą­dze­niu na moim nad­garstku. Do­ty­kam ekranu i za­głę­biam się w menu. Po ko­lei prze­ska­kuję różne in­for­ma­cje, aż w końcu do­cie­ram do da­nych, które mnie in­te­re­sują.

Hi­sto­ria in­iek­tora obej­muje ostat­nie trzy go­dziny. We­dług za­pi­sów w niej za­war­tych pra­wie nie przyj­mo­wa­łem w tym cza­sie miksu hor­mo­nów. Z kil­ku­dzie­się­ciu sub­stan­cji, które po­winny być po­da­wane w spo­sób cią­gły do pod­trzy­ma­nia przy­spie­sze­nia, otrzy­ma­łem tylko kilka, a i te w śla­do­wych ilo­ściach. Im­plant prze­ana­li­zo­wał stan mo­jego or­ga­ni­zmu i uznał, że nie ma po­trzeby zwięk­szać da­wek. Mi­kro­port bran­so­lety uwal­niał za­le­d­wie po­je­dyn­cze mi­kro­gramy paru neu­ro­prze­kaź­ni­ków. A w chwili, gdy do­świad­cza­łem do­mnie­ma­nego spo­wol­nie­nia czasu, pro­ces po­da­wa­nia tych sub­stan­cji za­trzy­mał się cał­ko­wi­cie. Cho­lera, to prze­cież bez sensu…

– …chcesz zo­ba­czyć? – Ko­lega sztur­cha mnie w ra­mię.

– Co…? A, tak. – Nie mam po­ję­cia, o czym mówi.

– O, zo­bacz! To moja banda. – Ma­rek wy­świe­tla holo nad ekra­nem swo­jej bran­so­lety: trójka dzieci stroi głu­pawe miny, dwoje sta­rusz­ków stoi za nimi, a on obej­muje drobną blon­dynkę. – Jest nas tro­chę. A ty? Masz żonę i dzieci?

– Nie, je­stem sam.

– Szczę­ściarz! My mamy jesz­cze psa i kota.

Lot trwa kró­cej niż dwie go­dziny stan­dar­dowe. Mam o czym my­śleć, ale choć cią­głe ga­dul­stwo no­wego kom­pana jest mę­czące, sta­ram się nie oka­zy­wać iry­ta­cji. Gdy pod­cho­dzimy do lą­do­wa­nia, ze zdu­mie­niem stwier­dzam, że czas po­dróży zle­ciał mi za­dzi­wia­jąco szybko.

W trak­cie ko­ło­wa­nia na pły­cie Ma­rek nie­spo­dzie­wa­nie pro­po­nuje:

– Mam wolne miej­sce w po­koju, jak chcesz, mo­żesz się do­kwa­te­ro­wać. Nor­mal­nie, jako no­wemu, pew­nie przy­dzielą ci łóżko w czwórce lub więk­szym po­koju. Ja mam dwójkę.

– Dzięki. Twój współ­lo­ka­tor wró­cił na stałe do domu?

– W su­mie to tak. Wy­wa­lili go za al­ko­hol. Parę piw, wy­szedł na mia­sto, no i wy­lot.

***

W ter­mi­nalu sztok­holm­skim można za­uwa­żyć mniej po­dróż­nych niż w pra­skim. Kie­ru­nek pół­nocny obec­nie nie cie­szy się szcze­gólną po­pu­lar­no­ścią tu­ry­styczną. Mu­zuł­mań­ska Szwe­cja nie jest człon­kiem Unii Eu­ro­pej­skiej, a liczne za­kazy i ogra­ni­cze­nia, ta­kie jak te do­ty­czące spo­ży­wa­nia al­ko­holu, znie­chę­cają do ma­so­wych wy­cie­czek.

Idę za Mar­kiem, za­do­wo­lony, że w ob­cym kraju mam do­świad­czo­nego prze­wod­nika. Z hali przy­lo­tów wy­cho­dzimy całą grupą na boczny par­king, gdzie mają na nas cze­kać busy roz­wo­żące do kwa­ter.

Za­ska­kuje mnie tem­pe­ra­tura na ze­wnątrz. Przy­jemne kil­ka­na­ście stopni i lek­kie po­dmu­chy wia­tru to coś, na co o tej po­rze roku w Pra­dze nie można li­czyć. Zie­leń drzew jest in­ten­sywna, a w po­wie­trzu unosi się za­pach soli i wil­goci. Niebo jest za­cią­gnięte war­stwą wy­soko skłę­bio­nych, pie­rza­stych chmur. Po­dobne wi­dzia­łem ostat­nio chyba w lu­tym.

Czeka na nas zbie­ra­nina po­jaz­dów róż­nych ma­rek i w róż­nym sta­nie tech­nicz­nym. Nasz bus, po­rdze­wiały mer­ce­des, ma za przed­nią szybą odra­paną ta­bliczkę z na­pi­sem „Lilla Es­sin­gen”. Kie­rowcą, za­pewne rów­nież wła­ści­cie­lem, jest Szwed o ciem­niej­szej kar­na­cji. Gdy wsia­damy, ob­raca się ospale na sie­dze­niu, mie­rząc każ­dego z nas wzro­kiem, po czym bez po­śpie­chu wrzuca bieg.

Ru­chy kie­rowcy w pierw­szej chwili wy­dają mi się prze­sad­nie zwol­nione, jakby po­wie­trze miało gę­stość ki­sielu. Po chwili przy­po­mi­nam so­bie, że każdy spo­tkany kra­jo­wiec jest je­dynką. De­mon­stra­cyjne ocią­ga­nie się może być także formą wy­ra­ża­nia po­gardy dla przy­spie­szo­nych przy­by­szów. Ma­rek wcze­śniej wy­ja­śnił mi, że wszy­scy miesz­kańcy Sztok­holmu, z ja­kimi się ze­tkniemy, mają za za­da­nie nas pil­no­wać. Jako nie­wierni, a do­dat­kowo jako „zmu­to­wane po­czwary”, sta­no­wimy za­gro­że­nie dla zdro­wego spo­łe­czeń­stwa re­pu­bliki is­lam­skiej.

Na­sza stan­cja pra­cow­ni­cza znaj­duje się w sta­rym blo­ko­wi­sku na jed­nej z wysp śród­mie­ścia. Wy­spa na­zywa się, jak wska­zuje ta­bliczka w bu­sie: Lilla Es­sin­gen. Ba­ner na wjeź­dzie wita wy­bla­kłym „Väl­kom­men”.

– Wi­taj w domu – od­zywa się z drwiną mój to­wa­rzysz.

Cia­sno po­bu­do­wane pię­trowce wy­glą­dają na za­pusz­czone i zde­wa­sto­wane. Ich odra­pane ele­wa­cje, ob­fi­cie upstrzone pstro­ka­tymi pla­mami graf­fiti, two­rzą po­nure wą­wozy. As­falt mię­dzy bu­dyn­kami jest spę­kany, pe­łen dziur, a traw­niki zdzi­czałe, po­ro­śnięte kę­pami do­rod­nych po­krzyw. Mi­jamy sto­jący na rogu czę­ściowo spa­lony, kil­ku­pię­trowy bu­dy­nek. Okna oraz wej­ścia do jego kla­tek scho­do­wych stra­szą czar­nymi, po­zba­wio­nymi sto­larki otwo­rami. Przez mgnie­nie w czerni po­go­rze­li­ska ma­ja­czy ja­kaś syl­wetka, ktoś zdaje się ob­ser­wo­wać nasz prze­jazd. Albo tylko tak mi się wy­daje, bo po chwili nie je­stem już tego pe­wien.

Od mo­mentu wjazdu na wy­spę to­wa­rzy­szą nam śmieci wa­la­jące się do­okoła, głów­nie fo­lie i pa­piery pod­ry­wane gwał­tow­nym po­dmu­chem prze­jeż­dża­ją­cych sa­mo­cho­dów. Wszystko wska­zuje na to, że służby ko­mu­nalne od­wie­dzają ten kwar­tał rzadko. Lub wcale.

Nasz blok stoi w sze­regu ta­kich sa­mych, wy­sma­ro­wa­nych spre­jami, ko­stek. Po­cie­sza­jące jest to, że przy­naj­mniej w jego oknach tkwią wszyst­kie szyby.

Po­kój na pię­trze, który mam dzie­lić z Mar­kiem, jest nie­wielki. Wy­po­sa­że­nie obej­muje je­dy­nie dwie jed­no­drzwiowe szafy sto­jące w na­roż­ni­kach przy wej­ściu oraz sto­lik i dwa łóżka usta­wione wez­gło­wiami w stronę okna. Me­ble są pro­ste, kla­sycz­nie ike­ow­skie, z licz­nymi prze­tar­ciami i za­dra­pa­niami, które świad­czą o ich wie­lo­let­nim użyt­ko­wa­niu. Za oknem, po­mię­dzy do­mami w ko­lej­nym rzę­dzie, po­ły­skują wody za­toki. Po­kój ma wła­sną, małą ła­zienkę.

– Lewe jest moje. Mo­żesz wy­brać z po­zo­sta­łych, he, he – uśmie­cha się Ma­rek, rzu­ca­jąc swój ple­cak na pod­łogę przy łóżku.

Nie przy­wio­złem zbyt wielu rze­czy, więc upy­cham je do szafy na jedną półkę. Nie mam po­my­słu, co da­lej ro­bić. Wi­dząc to, Ma­rek pod­po­wiada:

– Te­raz mamy tro­chę czasu. Za dwie go­dziny mo­żemy po­je­chać na drugą zmianę. Nie ma sensu cze­kać do ju­tra. Im wię­cej pra­cu­jesz, tym wię­cej za­ro­bisz – mówi i wy­ciąga przy­wie­ziony z domu pro­wiant. – Zjemy coś naj­pierw, a póź­niej do ro­boty. Je­dze­nie trzy­maj w po­koju, bo ze wspól­nych lo­dó­wek, nie wie­dzieć czemu, znika.

Czuję się nie­zręcz­nie, przyj­mu­jąc od niego paczkę z za­pa­ko­waną por­cją obia­dową. Nie po­my­śla­łem zu­peł­nie o tym, by za­brać z Czech żyw­ność.

– Ju­tro zro­bię za­kupy, to uzu­peł­nię ci za­pasy. Albo je­śli chcesz, to za­płacę.

Ma­rek ma­cha ręką.

– Jedz, na zdro­wie. Lida dała mi je­dze­nia i tak tylko na ty­dzień. Choć tu jest dro­żej, nie ma sensu wię­cej przy­wo­zić. Zresztą, wy­szedłby wtedy po­nadnor­ma­tywny ba­gaż. A kasa… sam wiesz…

Po­woli żuję mięso z paczki. Oczy­wi­ście, to kur­czak, przy­rzą­dzony dość ostro, na bry­kie­cie z ryżu. Po­dej­rze­wam, że na bar­dziej wy­szu­kane mięso nie było ich stać.

– Wiesz, co jest naj­gor­sze? Że sta­rasz się, za­pie­przasz, pod­krę­casz, a kasy ja­koś nie przy­bywa – żali się Ma­rek. Milk­nie na chwilę i pa­trzy w stronę okna. – Moja pen­sja i so­cjal po­zwa­lają ja­koś prze­żyć. Ale sam wi­dzia­łeś, ile nas jest. Dziadki do­stają tyle, co kot na­pła­kał. Stare je­dynki poza sys­te­mem. Li­duszka mo­głaby pra­co­wać, bo ma je­den dwa, ale przy trójce dzie­cia­ków sie­dzi w domu. Jak pod­nio­słem na trzy­dzie­ści pro­cent, my­śla­łem, że nam się po­prawi. A tu raty za szkie­let. Wtedy jesz­cze Jitki nie było, a Honza był ma­leńki.

– Też mnie za­sko­czyło, ile nam po­trą­cają.

– Po po­wro­cie spró­buję pod­krę­cić na pół­tora.

Pa­trzę na niego z nie­do­wie­rza­niem.

– Chcesz na maksa!?

– Za kraba już płacę, więc pod­wyżka bę­dzie od­czu­walna. – Ma­rek wzru­sza ra­mio­nami.

– Mniej niż pół pro­cent lu­dzi ma pół­tora! Nie każdy jest w sta­nie to osią­gnąć. Mo­żesz się prze­grzać.

– Wiem, ale mu­szę spró­bo­wać. Zresztą, cała po­li­cja i mun­du­rowi cią­gną na osiem­dzie­się­ciu.

– Za­po­mi­nasz, że ich eg­zosz­kie­lety mają wła­sną ak­ce­le­ra­cję. Służby mają bo­jowe wsz­czepy z więk­szą czę­sto­tli­wo­ścią im­pul­sów. Poza tym ich przy­spie­sze­nia są okre­sowe. Dwa, trzy mie­siące i spo­wal­niają ich do bez­piecz­nej pręd­ko­ści. O ro­boli nikt się tak nie trosz­czy.

– Wie­rzę, że mi się uda. Chcesz cia­sta?

***

Na bu­dowę przy­jeż­dżamy około dru­giej. Na­sza firma wznosi wie­żo­wiec w oto­cze­niu po­dob­nych, już ukoń­czo­nych i od­da­nych do użytku. Kon­struk­cja bu­dynku sięga kil­ku­dzie­się­ciu pię­ter, a umiej­sco­wie­nie dźwi­gów su­ge­ruje, że pla­no­wane jest mon­to­wa­nie ko­lej­nych kon­dy­gna­cji. Na ra­zie struk­tura nie ma jesz­cze ele­wa­cji, we­wnętrz­nych stro­pów ani ścian.

– Chodź, po­znasz bry­ga­dzi­stę, który nad­zo­ruje spa­wa­czy – mówi Ma­rek, pro­wa­dząc mnie do jed­nego z kon­te­ne­rów przy wjeź­dzie na bu­dowę. – Zo­sta­wię cię tam, a sam pójdę do swo­ich.

Maj­ster, ni­ski Czech o imie­niu Ja­ro­mir, wita mnie bez zbęd­nych ce­re­mo­nii. Ma na swoim biur­ko­wym ter­mi­nalu moje dane, a więc i in­for­ma­cję o do­piero co uzy­ska­nym pod­krę­ce­niu. Dłuż­sze prze­py­ty­wa­nie wo­bec tego jest zby­teczne. Ska­nuje moją bran­so­letę i pyta o do­świad­cze­nie z eg­zosz­kie­le­tem.

– Brak – od­po­wia­dam.

– Po­bierz kraba z ma­ga­zynu. Trzeci kon­te­ner na prawo. Masz pół go­dziny na za­po­zna­nie się ze szkie­le­tem. Spa­warka jest pod­łą­czona w gnieź­dzie. Daj, wgram plany i za­da­nia.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij