IMAGO - ebook
Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+).
Witamy w roku 2055, w społeczeństwie podzielonym na zmodyfikowanych i wykluczonych. Jan Keller — zwykły człowiek — odkrywa, że po standardowej zmianie mnożnika stał się mutacją, której system nie przewidział. Ucieka przed służbami, przemierzając mroczne zakamarki Pragi, aż dociera do serca rewolucji. Europa stoi na krawędzi apokalipsy. Czy Jan zdoła ocalić bliskich i powstrzymać katastrofę?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-463-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Jan
20 października, środa
Patrzę na jej spokojną, śliczną twarz. Skórę ma cienką i bladą, prawie białą. To efekt zatrzymanego krążenia. Nie oddycha, to oczywiste. Nie muszę tego sprawdzać, ale robię to codziennie, mimowolnie, czyniąc z tego element porannego rytuału.
Zupełnie jak te kwiaty, które stawiam tak, by mogła je zobaczyć. Nie ujrzy ich, a ja po kilku dniach wyrzucę uschnięty wiecheć i zastąpię go nowym bukietem z marketu.
Zapłakałbym, ale nie mogę. Z pewnością nie mam już gruczołów łzowych. Jak to mówią: narząd nieużywany zanika.
Odgarniam jasny kosmyk z jej czoła, przy okazji dotykając pozbawionej rumieńców skóry. Zimnej. Najwyżej siedem, osiem stopni, ale to dlatego, że w chacie jest równie chłodno. Ciało leży wystarczająco długo, by jego ciepłota zrównała się z temperaturą otoczenia.
Mnie to zimno nie przeszkadza. I tak często wychodzę. Gromadzę zapasy. Ostatnia partia przyniesionych kartoników piętrzy się jeszcze na dębowej ławie. Upchnę je do spiżarni za chwilę. Teraz muszę przez moment odpocząć i zjeść. Wezmę coś z poprzedniej wyprawy. Tej, podczas której okradłem magazyn Erbsen Markt. Te produkty mają krótsze terminy przydatności. Wybieram liofilizowaną kostkę opisaną jako koncentrat owocowy. Oczywiście bazą tej pulpy nie są prawdziwe owoce. Zresztą, mam to gdzieś.
Siadam przy oknie i patrzę na pokryte świeżym śniegiem zbocza. Sypnęło w nocy — pierwszy raz tej jesieni. Stromizny dobrze trzymają puch, więc będę musiał uważać. Poczekać z opuszczeniem chaty, aż znów zacznie padać. W lesie prędko nie odkryją moich śladów, ale gorzej na otwartej przestrzeni.
Żuję powoli owocowego gluta, przesuwając wzrokiem po ostrej alpejskiej grani oddzielającej mnie od świata. Jest piękna, ale daleko jej do mojej majestatycznej góry. Tej jedynej. Tej, której szczyt wypalił się we wspomnieniach z dzieciństwa.
Zaczyna delikatnie prószyć. W nocy, jeśli nie zacznie wiać ciepły fen, temperatura może mocno spaść. Spoglądam na stertę drewna przy kominku. Rzecz jasna, nie zamierzam rozpalać ognia. Dym uniósłby się ponad drzewami, a tego muszę unikać. Przygotowany stos czeka na właściwy moment.
Rzucam pustym kartonikiem przez cały pokój do stojącego przy wejściu wiadra. Trafiam. Nie jest źle. Mimo nasilających się bólów dłoni i ramion nie straciłem koordynacji. Powoli zaczynam się też przyzwyczajać do tego, że nadal chudnę.
Chyba ją przykryję. Wiem, że nie ma to większego znaczenia, ale nie chciałbym, by zamarzła.
Biorę stary, wypłowiały pled i dokładnie ją okrywam, pozostawiając twarz odsłoniętą. Niesforny kosmyk znów zsunął się jej na czoło. To pewnie przez przeciąg.
— Kocham cię.Rozdział 3
12 kwietnia, poniedziałek
Stoję w długiej kolejce dla pasażerów lotów czarterowych. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem na praskim lotnisku. Na pewno w dzieciństwie, ale nie potrafię określić, ile miałem wtedy lat. Przyprowadziła nas wtedy Sygrida, a jedyne, co zapadło mi w pamięć z tamtej wycieczki, to ryk silników przy starcie największych samolotów. Nigdy nie mieliśmy gości, których trzeba byłoby odbierać z lotniska, a sami też nie lataliśmy. Ten środek transportu był poza naszym zasięgiem finansowym. Dlatego to będzie mój pierwszy lot.
Rozglądam się, próbując zająć czymś myśli i przytłumić zdenerwowanie, przyspieszone bicie serca oraz ścisk jelit. Rano nie mogłem przełknąć śniadania mimo dokuczliwego głodu, który towarzyszy mi już od dwóch dni.
Wzdłuż hali odpraw, oddzielony nieprzesuwnymi stalowymi barierkami, ciągnie się żółty pas, po którym poruszają się patrole policji granicznej. Każdy z funkcjonariuszy trzyma długą broń skierowaną lufą w dół, a przy pasie ma kompaktowy automat. Mundurowi zgrupowani są w formacje trzyosobowe. Stoją nieruchomo przez kilka minut, lustrując halę odpraw, by nagle, na jeden sygnał, ruszyć z pełną prędkością, przy wtórze wyraźnego chrzęstu egzoszkieletów. To przyciąga wzrok podróżnych. Widać, że szczególnie przybysze z Almanyi oraz innych sułtanatów zerkają na tę demonstrację ukradkiem, wyraźnie spłoszeni szybkością i wielkością policjantów.
Podejrzewam, że to celowa manifestacja siły, mająca działać prewencyjnie na cywili, a zwłaszcza na przybyszów spoza Unii. Przyśpieszony o osiemdziesiąt procent, opancerzony i uzbrojony patrol budzi zrozumiały respekt oraz niedowierzanie u osób, które wcześniej nie zetknęły się z tak podkręconymi osobami. W ścisku ulicznym, gdzie w każdej chwili istnieje ryzyko niespodziewanego kontaktu z przechodniami, policjanci na ogół hamują swoją ekspresję, kontrolują ruchy i nie demonstrują pełnej akceleracji. Zresztą po mieście najczęściej poruszają się radiowozami, unikając patrolowania pieszo.
Na mnie także widok tej policyjnej manifestacji robi wrażenie. Moja zwiększona percepcja subiektywnie „spowalnia” ruch maszerujących, ale wciąż dostrzegam, jak są imponująco szybcy.
Pogranicznik skanuje moją bransoletę i wskazuje mi kołowrotek, przez który przechodzę do właściwej odprawy. Ustawiam się w kolejce do bramki kontrolnej. Żołądek ściśnięty skurczami domaga się jakiegokolwiek pożywienia. Może coś dadzą na pokładzie?
Nagle ktoś klepie mnie w ramię.
— Cześć! Widzę, koleś, że też jesteś od Dvořáka. Jestem Marek — przedstawia się stojący za mną siwawy mężczyzna.
No tak, obaj mamy na bluzach wyhaftowane logo firmy.
— Jan.
— Byłeś już na kontrakcie?
— Nie, to mój pierwszy raz.
— Spokojnie, wprowadzę cię. To już moja ósma szwedzka tura, a w ogóle to ze dwudziesta. Polatałem sobie już trochę, he, he. A ty, gdzie masz budowę? — Marek sprawia wrażenie wyluzowanego, kontaktowego faceta.
Nie znam kolegi, ale jeśli tyle razy był na kontraktach, to rzeczywiście mogliśmy się nigdy nie spotkać. Taka liczba wyjazdów to przynajmniej pięć lat życia w ciągłym przyspieszeniu, i to co najmniej trzydziestoprocentowym.
— Sztokholm, gdzieś w centrum — odpowiadam.
— No to będziemy razem pracować, brachu. Dvořák robi w stolicy tylko na jednej budowie. W czarterze nie ma miejsc numerowanych, usiądź koło mnie.
Docieramy do celników stojących przy taśmociągu. Naśladując Marka, wyciągam na tacę wszystko, co mam w kieszeniach, i ściągam buty. Kontrola jest sprawna, bez celowego czy złośliwego przedłużania. Pasażerowie — pracownicy na kontraktach zagranicznych — posiadają zazwyczaj modyfikacje w przedziale od trzydziestu do pięćdziesięciu procent, a celnicy poruszają się w zbliżonym tempie. Nie wiem, czy obsługa celna jest dobierana pod kątem stopnia przyspieszenia pasażerów danego lotu, czy jest to standard dla wszystkich funkcjonariuszy tej służby.
Skanery wmontowane w bramkach pobierają informacje identyfikacyjne z bransolet, a czujniki biometryczne weryfikują ich zgodność. Nikt z naszej grupy odlatującej do Szwecji nie wywołuje alarmu ani nie wzbudza zainteresowania personelu odprawiającego.
Samolot jest ciasny: to średni Airbus, który lata świetności ma już za sobą. Zapewne wyprodukowano go w latach trzydziestych, gdy konsorcjum jeszcze istniało, a fabryki w zachodniej Europie nie były zamykane z powodu przemian polityczno-religijnych. Posiada tylko klasę ekonomiczną z gęsto poupychanymi fotelami. Wnętrze wskazuje, że samolot służy do szybkiego, częstego transportu pracowników, bez cateringu czy innych zbędnych udogodnień. Klimatyzacja jeszcze nie działa, więc w powietrzu unosi się porcja kwaśnego odoru. Cuchnie potem i skarpetkami. Na pokładzie jest tylko jedna stewardesa, w dodatku nie pierwszej młodości i urody. Może to też standard w przewozach robotniczych.
— Chcesz przy oknie? Nie? To ja siądę — mówi Marek, wciskając się pod iluminator. — Czasem, jak nie mam z kim gadać, to przynajmniej mogę sobie popatrzeć. Nie śpię w samolotach, bo jakby spadał, nie chciałbym tego przegapić, he, he — szczerzy się.
Na ten drętwy żart rozciągam usta w symulacji uśmiechu. Czuję się klaustrofobicznie w tej ciasnej, śmierdzącej rurze. Dziękuję sobie w duchu, że mam pusty żołądek.
— A w ogóle to co robisz, brachu? Ja jestem instalatorem.
— Spawacz. Co kładziesz?
— Wszystko, ale na kontrakcie głównie zajmuję się złączami wielomedialnymi i sieciami. Mówię ci, robota nie jest najgorsza, tylko trzeba się uwijać, bo jak zrobisz opóźnienie, to cię odeślą. Ci cholerni muzułmanie każdego pilnują. Dostają od naszych informacje o twoim mnożniku, a potem podkręcają ci normę dzienną.
— To kto nami zarządza? Szwedzi czy nasi?
Marek wzdycha. Nie wiem, czy z powodu naiwności mojego pytania, czy przez temat, który poruszyłem.
— Formalnie zawsze podlegasz majstrowi, a on podlega naszemu kierownikowi budowy. To on wyznacza normy do wykonania. Ale w praktyce na każdej budowie jest tak zwany mutahamis, czyli „gorliwy”. Kontroluje naszą pracę, wtrąca się do planów i, co najważniejsze, pilnuje, byśmy nie siali zgorszenia. Najlepiej: kwatera–robota, robota–kwatera i tak w kółko.
Wszyscy odlatujący już zajęli miejsca w samolocie. Widzę tylko samych mężczyzn. Każdy wygląda na pracownika fizycznego, wracającego na nową turę po grafikowej pauzie. Mimo wypoczynku w kraju, wśród rodzin, ich twarze są zmęczone i pozbawione radości. Rozmowy słychać nieliczne i przyciszone. Niektórzy już zamykają oczy, żeby wykorzystać lot na dwugodzinną dodatkową regenerację.
Czy ja też będę tak wyglądał po kilku wyjazdach kontraktowych? Wyeksploatowany przez przyspieszenie i tempo pracy?
Dręczy mnie jeszcze coś.
— Wiesz, mogę mieć problem ze szkieletem. Ostatnio zakładałem taki jeszcze przy nauce zawodu, w szkole.
— Nie martw się. Jeden dzień popracujesz z krabem i się przyzwyczaisz. A po rusztowaniach to się w nim śmiga, że hej! Wszystkie narzędzia możesz na nim powiesić.
Startujemy planowo. Nabieramy prędkości na pasie lotniska przy przeraźliwym huku silników, pochłaniającym wszystkie inne dźwięki. Samolot lekko podskakuje, a mój żołądek go naśladuje, podrzucając żółć do gardła. Jeszcze zanim nasz Airbus ostatecznie oderwie się od ziemi, wyraźnie i gwałtownie uderzają we mnie neurohormony.
Czuję przyspieszenie pulsu w skroniach i szybkie, palpitacyjne bicie serca. Moje mięśnie najpierw zaczynają drżeć, by po chwili gęstnieć w nadciągających paroksyzmach skurczów. Te jednak nie następują: włókna tężeją na tyle, by nie wystąpiła bolesność, i choć są twarde, czuję, że mogę się poruszać. Przód maszyny mocno unosi się w górę, adrenalina mnie zalewa, a serce gwałtownie trzepocze…
Marek mówi coś, ale brzmi zupełnie niezrozumiale, słowa rozciągają się w basowy ciąg bełkotliwych dźwięków. Czas staje. Słyszę wszechobecny, bardzo niski, rytmiczny i dudniący odgłos. Samolot wisi nieruchomo w powietrzu, a ja wyraźnie widzę w iluminatorze, że budynek hali zastyga w kilkusekundowej stopklatce. Nikt się nie porusza ani w środku, ani na zewnątrz. I już nie słyszę pulsującego dudnienia. Jest jeden długi dźwięk nie dźwięk. Jak tło czy woda, która cię otacza. Odbierasz to całym sobą, a nie tylko uszami…
…a potem wszystko jednocześnie ożywa. Kadłub pulsuje, dudnienie przechodzi stopniowo w brzęczące drgania, zagłuszane rykiem silników.
— …nnnnnoooo tooo pooomyyyślałem: „Co mi zależy”. I tak ciągnę już kolejny rok. Moja Liduszka marudzi za każdym razem, ale jak mam wykarmić ich wszystkich? Jeszcze moi rodzice…
Jestem zdezorientowany i oszołomiony. Lekko dygoczę. Czego właśnie doświadczyłem? Chwilowej aberracji umysłu, a może jakiegoś udaru? Nie straciłem przytomności, tego jestem pewien. Podobnie jak tego, że to wydarzyło się naprawdę i trwało te spektakularne kilka sekund.
— …ojca renta trochę ratuje sytuację, ale nie są w stanie już sami mieszkać…
Pojawia się myśl, że doświadczyłem nagłego przyspieszenia o niewyobrażalnym współczynniku. Choć na początku odrzucam ją jako absurdalną, nieubłaganie powraca, aż zagnieżdża się na stałe. Ile to mogło być procent? Dwieście? Trzysta? Raczej niemożliwe. Z tego, co pamiętam z programów w sieci, przekroczenie mnożnika powyżej dwóch i pół kończyło się nieodwracalnymi zmianami w organizmie, a w konsekwencji śmiercią. Prowadzono badania w tym kierunku, ale nikt nie ogłosił sukcesu.
Na języku czuję metaliczny smak. Znów skręca mnie z głodu.
— Masz może coś do jedzenia? — przerywam Markowi monolog.
— Znamy się dopiero godzinę, a ty już wpraszasz się na obiad? — krzywi się zabawnie, ale w jego głosie nie słychać pretensji ani złośliwości. — Mam ciasto zrobione przez Lidę. Drożdżowe, z prawdziwymi owocami! Dam ci kawałek.
Sięga do torby podręcznej i wyciąga papierowy pakunek. Ciasto, pokrojone na kilkanaście małych kawałków, wygląda smakowicie. Biorę od razu dwa, na co Marek kiwa tylko głową. Bez wahania wpycham oba do ust. Spragniony węglowodanów nie mogę się opanować.
— Pyszne, dziękuję — memłam z pełną gębą.
— Smacznego! Ale się będzie śmiała, gdy jej opowiem, jak się rzuciłeś…
Przeżuwając wypiek żony Marka, doznaję olśnienia. Przy tak nagłej akceleracji iniektor musiał wstrzyknąć większą dawkę neuroprzekaźników. A to można sprawdzić w historii bransolety. Takie informacje są zrzucane do systemu automatycznie, gdy manela pojawia się w zasięgu punktów dostępowych. Jednak tu, w samolocie, muszą jeszcze znajdować się w urządzeniu na moim nadgarstku. Dotykam ekranu i zagłębiam się w menu. Po kolei przeskakuję różne informacje, aż w końcu docieram do danych, które mnie interesują.
Historia iniektora obejmuje ostatnie trzy godziny. Według zapisów w niej zawartych prawie nie przyjmowałem w tym czasie miksu hormonów. Z kilkudziesięciu substancji, które powinny być podawane w sposób ciągły do podtrzymania przyspieszenia, otrzymałem tylko kilka, a i te w śladowych ilościach. Implant przeanalizował stan mojego organizmu i uznał, że nie ma potrzeby zwiększać dawek. Mikroport bransolety uwalniał zaledwie pojedyncze mikrogramy paru neuroprzekaźników. A w chwili, gdy doświadczałem domniemanego spowolnienia czasu, proces podawania tych substancji zatrzymał się całkowicie. Cholera, to przecież bez sensu…
— …chcesz zobaczyć? — Kolega szturcha mnie w ramię.
— Co…? A, tak. — Nie mam pojęcia, o czym mówi.
— O, zobacz! To moja banda. — Marek wyświetla holo nad ekranem swojej bransolety: trójka dzieci stroi głupawe miny, dwoje staruszków stoi za nimi, a on obejmuje drobną blondynkę. — Jest nas trochę. A ty? Masz żonę i dzieci?
— Nie, jestem sam.
— Szczęściarz! My mamy jeszcze psa i kota.
Lot trwa krócej niż dwie godziny standardowe. Mam o czym myśleć, ale choć ciągłe gadulstwo nowego kompana jest męczące, staram się nie okazywać irytacji. Gdy podchodzimy do lądowania, ze zdumieniem stwierdzam, że czas podróży zleciał mi zadziwiająco szybko.
W trakcie kołowania na płycie Marek niespodziewanie proponuje:
— Mam wolne miejsce w pokoju, jak chcesz, możesz się dokwaterować. Normalnie, jako nowemu, pewnie przydzielą ci łóżko w czwórce lub większym pokoju. Ja mam dwójkę.
— Dzięki. Twój współlokator wrócił na stałe do domu?
— W sumie to tak. Wywalili go za alkohol. Parę piw, wyszedł na miasto, no i wylot.
***
W terminalu sztokholmskim można zauważyć mniej podróżnych niż w praskim. Kierunek północny obecnie nie cieszy się szczególną popularnością turystyczną. Muzułmańska Szwecja nie jest członkiem Unii Europejskiej, a liczne zakazy i ograniczenia, takie jak te dotyczące spożywania alkoholu, zniechęcają do masowych wycieczek.
Idę za Markiem, zadowolony, że w obcym kraju mam doświadczonego przewodnika. Z hali przylotów wychodzimy całą grupą na boczny parking, gdzie mają na nas czekać busy rozwożące do kwater.
Zaskakuje mnie temperatura na zewnątrz. Przyjemne kilkanaście stopni i lekkie podmuchy wiatru to coś, na co o tej porze roku w Pradze nie można liczyć. Zieleń drzew jest intensywna, a w powietrzu unosi się zapach soli i wilgoci. Niebo jest zaciągnięte warstwą wysoko skłębionych, pierzastych chmur. Podobne widziałem ostatnio chyba w lutym.
Czeka na nas zbieranina pojazdów różnych marek i w różnym stanie technicznym. Nasz bus, pordzewiały mercedes, ma za przednią szybą odrapaną tabliczkę z napisem „Lilla Essingen”. Kierowcą, zapewne również właścicielem, jest Szwed o ciemniejszej karnacji. Gdy wsiadamy, obraca się ospale na siedzeniu, mierząc każdego z nas wzrokiem, po czym bez pośpiechu wrzuca bieg.
Ruchy kierowcy w pierwszej chwili wydają mi się przesadnie zwolnione, jakby powietrze miało gęstość kisielu. Po chwili przypominam sobie, że każdy spotkany krajowiec jest jedynką. Demonstracyjne ociąganie się może być także formą wyrażania pogardy dla przyspieszonych przybyszów. Marek wcześniej wyjaśnił mi, że wszyscy mieszkańcy Sztokholmu, z jakimi się zetkniemy, mają za zadanie nas pilnować. Jako niewierni, a dodatkowo jako „zmutowane poczwary”, stanowimy zagrożenie dla zdrowego społeczeństwa republiki islamskiej.
Nasza stancja pracownicza znajduje się w starym blokowisku na jednej z wysp śródmieścia. Wyspa nazywa się, jak wskazuje tabliczka w busie: Lilla Essingen. Baner na wjeździe wita wyblakłym „Välkommen”.
— Witaj w domu — odzywa się z drwiną mój towarzysz.
Ciasno pobudowane piętrowce wyglądają na zapuszczone i zdewastowane. Ich odrapane elewacje, obficie upstrzone pstrokatymi plamami graffiti, tworzą ponure wąwozy. Asfalt między budynkami jest spękany, pełen dziur, a trawniki zdziczałe, porośnięte kępami dorodnych pokrzyw. Mijamy stojący na rogu częściowo spalony, kilkupiętrowy budynek. Okna oraz wejścia do jego klatek schodowych straszą czarnymi, pozbawionymi stolarki otworami. Przez mgnienie w czerni pogorzeliska majaczy jakaś sylwetka, ktoś zdaje się obserwować nasz przejazd. Albo tylko tak mi się wydaje, bo po chwili nie jestem już tego pewien.
Od momentu wjazdu na wyspę towarzyszą nam śmieci walające się dookoła, głównie folie i papiery podrywane gwałtownym podmuchem przejeżdżających samochodów. Wszystko wskazuje na to, że służby komunalne odwiedzają ten kwartał rzadko. Lub wcale.
Nasz blok stoi w szeregu takich samych, wysmarowanych sprejami, kostek. Pocieszające jest to, że przynajmniej w jego oknach tkwią wszystkie szyby.
Pokój na piętrze, który mam dzielić z Markiem, jest niewielki. Wyposażenie obejmuje jedynie dwie jednodrzwiowe szafy stojące w narożnikach przy wejściu oraz stolik i dwa łóżka ustawione wezgłowiami w stronę okna. Meble są proste, klasycznie ikeowskie, z licznymi przetarciami i zadrapaniami, które świadczą o ich wieloletnim użytkowaniu. Za oknem, pomiędzy domami w kolejnym rzędzie, połyskują wody zatoki. Pokój ma własną, małą łazienkę.
— Lewe jest moje. Możesz wybrać z pozostałych, he, he — uśmiecha się Marek, rzucając swój plecak na podłogę przy łóżku.
Nie przywiozłem zbyt wielu rzeczy, więc upycham je do szafy na jedną półkę. Nie mam pomysłu, co dalej robić. Widząc to, Marek podpowiada:
— Teraz mamy trochę czasu. Za dwie godziny możemy pojechać na drugą zmianę. Nie ma sensu czekać do jutra. Im więcej pracujesz, tym więcej zarobisz — mówi i wyciąga przywieziony z domu prowiant. — Zjemy coś najpierw, a później do roboty. Jedzenie trzymaj w pokoju, bo ze wspólnych lodówek, nie wiedzieć czemu, znika.
Czuję się niezręcznie, przyjmując od niego paczkę z zapakowaną porcją obiadową. Nie pomyślałem zupełnie o tym, by zabrać z Czech żywność.
— Jutro zrobię zakupy, to uzupełnię ci zapasy. Albo jeśli chcesz, to zapłacę.
Marek macha ręką.
— Jedz, na zdrowie. Lida dała mi jedzenia i tak tylko na tydzień. Choć tu jest drożej, nie ma sensu więcej przywozić. Zresztą, wyszedłby wtedy ponadnormatywny bagaż. A kasa… sam wiesz…
Powoli żuję mięso z paczki. Oczywiście, to kurczak, przyrządzony dość ostro, na brykiecie z ryżu. Podejrzewam, że na bardziej wyszukane mięso nie było ich stać.
— Wiesz, co jest najgorsze? Że starasz się, zapieprzasz, podkręcasz, a kasy jakoś nie przybywa — żali się Marek. Milknie na chwilę i patrzy w stronę okna. — Moja pensja i socjal pozwalają jakoś przeżyć. Ale sam widziałeś, ile nas jest. Dziadki dostają tyle, co kot napłakał. Stare jedynki poza systemem. Liduszka mogłaby pracować, bo ma jeden dwa, ale przy trójce dzieciaków siedzi w domu. Jak podniosłem na trzydzieści procent, myślałem, że nam się poprawi. A tu raty za szkielet. Wtedy jeszcze Jitki nie było, a Honza był maleńki.
— Też mnie zaskoczyło, ile nam potrącają.
— Po powrocie spróbuję podkręcić na półtora.
Patrzę na niego z niedowierzaniem.
— Chcesz na maksa!?
— Za kraba już płacę, więc podwyżka będzie odczuwalna. — Marek wzrusza ramionami.
— Mniej niż pół procent ludzi ma półtora! Nie każdy jest w stanie to osiągnąć. Możesz się przegrzać.
— Wiem, ale muszę spróbować. Zresztą, cała policja i mundurowi ciągną na osiemdziesięciu.
— Zapominasz, że ich egzoszkielety mają własną akcelerację. Służby mają bojowe wszczepy z większą częstotliwością impulsów. Poza tym ich przyspieszenia są okresowe. Dwa, trzy miesiące i spowalniają ich do bezpiecznej prędkości. O roboli nikt się tak nie troszczy.
— Wierzę, że mi się uda. Chcesz ciasta?
***
Na budowę przyjeżdżamy około drugiej. Nasza firma wznosi wieżowiec w otoczeniu podobnych, już ukończonych i oddanych do użytku. Konstrukcja budynku sięga kilkudziesięciu pięter, a umiejscowienie dźwigów sugeruje, że planowane jest montowanie kolejnych kondygnacji. Na razie struktura nie ma jeszcze elewacji, wewnętrznych stropów ani ścian.
— Chodź, poznasz brygadzistę, który nadzoruje spawaczy — mówi Marek, prowadząc mnie do jednego z kontenerów przy wjeździe na budowę. — Zostawię cię tam, a sam pójdę do swoich.
Majster, niski Czech o imieniu Jaromir, wita mnie bez zbędnych ceremonii. Ma na swoim biurkowym terminalu moje dane, a więc i informację o dopiero co uzyskanym podkręceniu. Dłuższe przepytywanie wobec tego jest zbyteczne. Skanuje moją bransoletę i pyta o doświadczenie z egzoszkieletem.
— Brak — odpowiadam.
— Pobierz kraba z magazynu. Trzeci kontener na prawo. Masz pół godziny na zapoznanie się ze szkieletem. Spawarka jest podłączona w gnieździe. Daj, wgram plany i zadania.
Wyciągam rękę z manelą w jego kierunku, a on dotyka jej końcówką szyfrowanego interfejsu stykowego. Na ekranie bransolety pojawiają się ikony plików projektowych oraz harmonogramu montażu. I to by było na tyle. Brygadzista przestaje się mną interesować, obracam się więc na pięcie i ruszam po sprzęt.
Zakładam stelaż zewnętrznego pancerza. Jest sztywny i niewygodny, dopóki nie wprowadzam w swoją bransoletę kodu do urządzenia. Komputer szkieletu łączy się bezprzewodowo z moim implantem. Momentalnie czuję, jak ręce i nogi stają się lżejsze. Siłowniki „kraba” synchronizują się z generatorem impulsów wszczepionym w moje ciało. Wystarczy podnieść dowolną kończynę, a egzoszkielet powtarza ten ruch.
Oglądam spawarkę. To standardowy model, wyposażony w zbiornik żywicy oraz podajnik włókien karbonowego laminatu. Końcówka zgrzewająca aluminium jest czysta, co dobrze świadczy o poprzedniku, który korzystał z tego zestawu.
Pół godziny przeznaczone na oswojenie się z uprzężą wykorzystuję w pełni. Chodzę po placu i markuję precyzyjne ruchy rąk oraz trzymanych narzędzi. Odpalam zgrzewarkę, a następnie klejownicę i czuję, że zaczynam swobodnie operować całym zestawem.
Gdy czas treningu mija, wjeżdżam windą na szczyt budynku. Zgodnie z planami oraz harmonogramem mam zacząć od południowej strony rdzenia. Tam powinny być poprzeczne belki czekające na połączenie. Na miejscu uwija się już kilku monterów oraz trzech spawaczy. Każdy z nas otrzymał inną, szczegółową część projektu konstrukcyjnego z wyznaczonymi łączeniami do wykonania.
Lubię swoją pracę. To uczucie tworzenia rzeczy materialnych, potrzebnych, a wręcz niezbędnych. Niezależnie od tego, czy chodzi o łączenie większych konstrukcji, czy o stawianie zbiorników ciśnieniowych, moje spawy będą latami służyć innym. Daje mi to satysfakcję i pozwala, mimo koncentracji na zadaniu, zachować wewnętrzny spokój. W takich chwilach nie myślę o niczym szczególnym i oddaję się cichej medytacji.
Dziś jednak odczuwam podenerwowanie, stojąc na wąskiej, zaledwie metrowej szerokości belce, zamocowanej na wysokości kilkudziesięciu pięter. Źródłem wzburzenia nie jest otoczenie, bo w podobnych warunkach — oczywiście oprócz założonego kraba — bywałem często.
Czuję wewnętrzny niepokój, narastające dygotanie oraz rozdrażnienie, które utrudniają mi koncentrację na pracy. Moje myśli ciągle krążą wokół zdarzenia w samolocie. Gdy staram się je odegnać, wypchnąć z głowy, pojawia się niespodziewanie scena pożegnania z April. Słyszę jej słowa… Jednocześnie mam wrażenie, że to nie wspomnienia są źródłem mojego zdenerwowania. Jego podłoże musi być bardziej organiczne, umiejscowione gdzieś w moim ciele.
Łączę podłużnicę, stapiając jej aluminiowy rdzeń ze słupem. Starannie układam na wierzchu spawu karbonową plecionkę. Muszę to robić powoli i pewnie, miejsce przy miejscu, aby badanie kontrolne nie wykazało obniżonej wytrzymałości szwu.
Właśnie zalewam spoinę żywicą, szykując się do jej utwardzenia, gdy przestaję widzieć. Nagle, bez ostrzeżenia.
Ogarnia mnie ciemność, w której pulsują niewyraźne powidoki tego, co zarejestrowały moje oczy przed chwilą. Odruchowo odsuwam spawarkę od siebie. Zamieram przerażony, wolną dłonią instynktownie macam lonżę, którą jestem podłączony do pręta asekuracyjnego nad swoją głową. Boję się poruszyć, nie ufam już własnemu zmysłowi równowagi. Uświadamiam sobie, że dźwięki docierające do mnie zmieniły barwy na niższe i brzmią dłużej, niż powinny. Znów przyspieszam…
Nie wiem, ile to trwa: stężały w bezruchu, pozbawiony wzroku, czekam, aż mi przejdzie. Mijają kolejne sekundy. Czekam, bo po pierwszym wstrząsie pojawiła się wewnętrzna pewność, że to chwilowe. Dziwię się, bo wcześniejszy niepokój oraz dygotanie znikają. Z każdym oddechem, mimo kompletnej ciemności, powraca spokój. Nic mnie nie boli, nic nie zakłóca funkcjonowania organizmu. Oddycham głęboko, a każdy kolejny haust powietrza rozluźnia napięte ciało coraz bardziej. Pojawiające się krótkimi falami lekkie drżenia mięśni wydają się teraz naturalne i konieczne. Już nie boję się, że spadnę. Czekam.
Najpierw odgłosy otoczenia wracają do właściwych rejestrów, a chwilę później ciemność zaczyna się rozwiewać. Nadal stoję przed podłużnicą, z uniesioną w bok spawarką. Chyba nikt z pracujących w pobliżu nie zauważył mojego zawieszenia. Możliwe, że trwało to zbyt krótko. Moje subiektywne odczucia nie są już żadnym wyznacznikiem czasu.
Do końca dnia nic więcej się nie dzieje. Czuję się świetnie, jestem pełen energii i chęci do pracy. Jedynie głód znów daje o sobie znać, ale coraz lepiej go ignoruję.
Pracuję zgodnie z harmonogramem, wykonując kolejne połączenia. Pierwotny niepokój już nie wraca. Myślę trochę o tym, co się wydarzyło — tu na budowie oraz wcześniej w samolocie. Zastanawia mnie, że te zdarzenia już mnie nie przerażają. Jakby były naturalne, jakby przygotowywały mnie na coś.
Po zmianie, w drodze powrotnej na kwatery, pracowniczy bus zatrzymuje się przy całodobowym sklepie. Kupuję spory zapas gotowych porcji śniadaniowych i obiadowych. Pakuję też całą torbę batonów, suszonych owoców oraz paczkowanych ciastek — na wszelki wypadek, gdyby znów dopadł mnie mały głód.
Ceny są faktycznie wyższe niż u nas, ale nie na tyle, by uzasadniać przywożenie prowiantu z Czech. Kasowy terminal, co mnie zaskakuje, rozlicza też transakcje w europunktach z wykorzystaniem bransolet. Spodziewałem się, że będzie z tym problem. W Islamskiej Republice Szwecji obowiązuje korona. Specjalnie dowiązałem konto dewizowe do maneli i wymieniłem zawczasu trochę euro. A teraz patrzę zdziwiony, jak koledzy z budowy płacą unijną walutą.
To dobry prognostyk. Zaczynam wierzyć, że moja tura w Szwecji przebiegnie szybko i bez problemów.
Na kwaterze rzucam zakupy na stolik, informując Marka, że to do naszej wspólnej spiżarni. Trochę się wzbrania, ale ostatecznie przystaje na moją ofertę. Jemy bez pośpiechu późną obiadokolację i dogryzamy słodyczami. Zmęczenie lotem, stresem oraz pracą daje o sobie znać, więc prawie nie rozmawiamy. Kilka ogólnikowych zdań i tyle.
***
W nocy śpię niespokojnie.
Budzę się często. Wyrywam się ze snu, zlany potem; przy następnej pobudce drżę z zimna. Rozgorączkowany, najpierw zrzucam koc, w malignie ściągam koszulkę, a za jakiś czas szukam jej i zawijam się w ciasny kokon, szczękając zębami. Po każdym wybudzeniu szybko zapadam w kolejną otchłań majaków. Sny są męczące, oblepiające, intensywne. Jednak już chwilę po każdym przebudzeniu ich treść, obraz i fabuła mi umykają. Pozostaje tylko pewność, że są złe.
Pamiętam jeden… a może… A może to zawsze ten sam sen…?
Jestem zamknięty w worze. Wyraźnie wyczuwam pod palcami fakturę juty. Jest ciasno, ciemno i bardzo zimno. Macam dłońmi naokoło, nieporadnie szukając wyjścia. Szczękam głośno zębami, a moje nagie ciało drży, walcząc z igłami mrozu. Gdy w końcu odnajduję drobną skazę w ścianie wora, rozrywam go skostniałymi rękami i przeciskam się przez powstałą szczelinę. Tylko że to już nie jest worek, a coś żywego. Wór zmienił się w kokon utkany z pulsujących żył, różowych pasów ścięgien pokrytych ściekającym śluzem. Nie jest już zimny: czuję fale nieznośnego gorąca, nabiegające w rytm tętna arterii. Wyślizguję się i spocony spadam na ziemię. Ta, choć najpierw twarda i przesuszona, zaczyna szybko nasiąkać śluzem z kokonu. Ugina się pode mną. Gorąca, gotująca się maź szybko wypełnia powstałe zagłębienie, a ja próbuję niezdarnie wypełznąć na brzeg. Bezradnie ślizgam się po ściankach leja. Ziemisty dół z mlaśnięciem pęka wreszcie od spodu i zapadam się jak w bagnie. Znów robi się zimno i ciasno. Macam dłońmi naokoło…
***
13 kwietnia, wtorek
Budzę się spocony pół godziny przed budzikiem. Czuję się rozbity i wymęczony, ale wiem, że już nie zasnę — mam dość tej nocy. Marek śpi na wznak, przeciągle pochrapując. Cicho wstaję, by nie obudzić kolegi, i boso przechodzę do łazienki.
Staję pod letnim strumieniem prysznica, opieram dłonie o kafelki i powoli spłukuję nocne majaki. Jestem zbyt otępiały, żeby myśleć o czymkolwiek. Tkwię tak chwilę, pozwalając, by drogocenna ciecz mnie dobudziła. Jej strumień, rozrzedzony perlatorem, jest mocniejszy niż w moim praskim domu czy u matki. Nie ma też ogranicznika zużycia, mogę więc tak jeszcze trochę postać.
Jeśli dobrze pamiętam, po proklamowaniu republiki islamskiej wszystkie programy oszczędnościowe w Szwecji zawieszono. A może to było później… Zresztą, jakie to ma teraz znaczenie. Jak przyjemnie…
Na kostkach stóp czuję, że poziom wody w brodziku zaczyna się podnosić. Schylam się do odpływu i krzywiąc się z odrazy, wyciągam z niego garść włosów. W pierwszej chwili myślę z obrzydzeniem, że to pozostałości po wcześniejszych kąpielach lokatorów. Kiedy jednak kolejne spływające strugi niosą nowe ciemne kosmyki, błyskawicznie wyskakuję spod natrysku.
Wycieram się pospiesznie, zerkając w lustro. Większość dłuższych włosów zniknęła. Nie byłem przesadnie owłosiony, ale też nigdy nie świeciłem gołą klatą. Do dziś. Brzuch jest całkowicie nagi, a na piersiach pozostały smętne resztki. Przy gładkich udach kępa na podbrzuszu wygląda co najmniej nieprzyzwoicie.
Patrzę lekko oszołomiony: mam sześciopak na brzuchu… Jeszcze trochę przykryty tłuszczem, ale tak mało, że widzę zarys smug ścięgnistych. Mało tego: na klatce, rękach oraz nogach wszystkie mięśnie są także wyraźnie zdefiniowane, pokryte teraz przewodami żył.
Zawsze byłem zbudowany dość przeciętnie. Szczupły, lecz nie chudy. Umięśniony, lecz bez przesady. Praca fizyczna oraz sporadyczne uprawianie różnych sportów ukształtowały moje ciało. Jednak tkanka tłuszczowa dotąd przykrywała muskulaturę i nie budziłem westchnień kobiet na basenie. Teraz tłuszcz nagle zniknął w kilka dni. Zupełnie jakbym miesiącami trenował jakiś fitness.
Próbuję złapać palcami fałd skóry na brzuchu, ale mi się nie udaje. Napięta powłoka przywiera do ciała i wyślizguje się z chwytu.
Za drzwiami słyszę sygnał pobudki z bransolety. Pospiesznie oczyszczam odpływ, zakładam slipy i przepoconą koszulkę. Nie chcę, by współlokator zaczął zadawać pytania, zwłaszcza że sam nie znam na nie odpowiedzi. Muszę to wszystko sobie poukładać.
Przy śniadaniu jestem nieco rozkojarzony, co Marek szybko zauważa. Nie naciska na rozmowę, chce tylko wiedzieć, jak dogaduję się z chłopakami na budowie. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że nie było jeszcze okazji do bliższych znajomości. Dalej jemy w milczeniu. Pochłaniam dwie porcje śniadaniowe, a wciąż czuję głód. Towarzyszy mi on od kilku dni. Od momentu zmiany mnożnika.
Pracę na budynku zaczynam w miejscu ostatnio wykonanego złącza. Harmonogram montażu nie pozostawia w tej kwestii miejsca na dowolność. Wyćwiczone przez lata ruchy, łagodne brzęczenie spawarki do aluminium i zapach wylewanej na karbon żywicy pozwalają mi się uspokoić na tyle, by myśli oderwały się od ciągłego analizowania mojej metamorfozy. Wąska belka na wysokości kilkudziesięciu pięter to nie miejsce na roztrząsanie życiowych dylematów. Z wolna poddaję się medytacji.
— Hej, brachu! — słyszę wołanie z dołu.
Kondygnację niżej Marek przeciąga instalacje do najbliższego złącza wielomedialnego. Bęben z taśmami przewodów przyczepił sobie do kraba. Macha do mnie ręką.
— Jak tam?
— Robi się! — odmachuję.
Patrzę chwilę, jak sprawnie przemieszcza się po konstrukcji, przyklejając kable i rurki do kanałów w belkach. Nieustannie zmienia miejsce; rozciąga wielotaśmę, zmaga się z jej sprężystością i jednocześnie operuje klejarką. Porusza się w egzoszkielecie całkiem naturalnie. Automatycznie przepina lonże między sekcjami pręta asekuracyjnego, nie przerywając wybierania instalacji z bębna. Doskonale wiem, że to mistrzostwo osiągnął dzięki specyfice zawodu: instalatorzy są w ciągłym ruchu, zatrzymują się jedynie w momencie wpinania taśmy w gniazda.
W mojej specjalizacji większość czasu spędza się w jednym miejscu, na kolejnych łączeniach, starannie nakładając warstwy w ustalonej kolejności: spaw na carbonalloyu, sprawdzenie spawu, siatka i zbrojenie karbonowe, kontrola naprężeń, a na końcu zalewka z żywicy i jej utwardzenie. Robota wolniejsza niż Marka, ale lubię ją. Nie sądzę, żeby coś się mogło wydarzyć…
…chyba że popełnię głupi błąd, który zniszczy mój świat.
Zabiła mnie rutyna. Powinienem być zabezpieczony dwiema linkami lonży asekuracyjnej. Odtwarzając później to zdarzenie w myślach, doszedłem do wniosku, że to brak obycia z krabem doprowadził do wypadku.
Przemieszczając się po konstrukcjach na wysokościach, najpierw należy wypiąć jeden karabińczyk, wpiąć go w nowe miejsce, a potem zrobić to samo z drugim. Jednak w praktyce rzadko kto na budowie tak postępuje. Szkoda czasu. Jedną linkę mamy zaczepioną na stałe za paskiem przy spodniach i używamy tylko drugiej, przekładając ją. Bo przecież co może się stać?
W narożniku struktury przechodzę więc z jednej belki na drugą, a wypięty karabinek trzymam w dłoni. Krok jest za krótki. Brakuje może pięciu centymetrów do stabilnego podparcia. Czuję, że lekki opór egzoszkieletu skraca mój ruch. To wystarcza: ściskana w prawej ręce spawarka przeważa, lewa ręka wystrzeliwuje w bok, próbując zatrzasnąć trzymany zaczep. Ale nie ma już o co.
SPADAM. Jestem przez sekundę zdziwiony. Później uderzają falą katecholaminy.
Przelatuję koło Marka, który otwiera usta w krzyku. Nie słyszę go. Bo sam wrzeszczę.
SPADAM, ze strachu zatyka mnie teraz; to sekunda ciszy.
Jak te piętra szybko uciekają!…
Widzę blade plamy twarzy na mijanych kondygnacjach.
Patrzę w zapłakane oczy April: „Nie będziesz na moich urodzinach”.
Obrazy: ostatnie dni; podkręcenie, rzyganie po nim, obiad u matki…
Przeklinam wulgarnie, wypuszczam spawarkę, rozkładam ramiona.
„Boję się, że cię już nie zobaczę”.
SPADAM, znów wrzeszczę.
Ależ głupia to będzie śmierć!
Obrazy: praskie lotnisko, wakacje w górach z matką. Mała April podrzuca suche liście w parku.
Wrzeszczę. Już mnie boli gardło. Kątem oka dostrzegam powiewający, bezużyteczny absorber lonży.
Ile mogę spadać?
Już nie krzyczę, patrzę, jak spawarka szybuje z boku, okręca się powoli w tanecznym piruecie…
Nie wierzę: to zaraz? Oczy łzawią. Przeklinam.
Twarz pochylona nad mym łóżeczkiem. „Kocham cię”. Matka poprawia mi maleńkie skarpetki skopane przy fikaniu.
Nie mogę przecież tego pamiętać… Tak krótko byłaś ze mną… Mamo…
Obraz: Matterhorn z ognistym czubkiem.
SPADAM, spadam… i strasznie się to ciągnie. Już nie nachodzą mnie obrazy. Wiem, co się dzieje. Lecę. Kolejne piętra wolno odpływają do góry. Jak w windzie. Nie… Coraz wolniej. Wkrótce nie będę już krzyczeć. Rozchlapany worek mięsa i kości nie krzyczy. Obracam się twarzą na spotkanie śmierci. Zostały ze dwa piętra.
W jednej chwili pojawiają się olbrzymie pomarańczowe parówki poduszek powietrznych, otaczające mnie znikąd, rejestruję szorstką fakturę betonu… już na wyciągnięcie ręki…
Ciemność, cisza.