Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

IMAGO - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lutego 2026
36,35
3635 pkt
punktów Virtualo

IMAGO - ebook

Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+).

Witamy w roku 2055, w społeczeństwie podzielonym na zmodyfikowanych i wykluczonych. Jan Keller — zwykły człowiek — odkrywa, że po standardowej zmianie mnożnika stał się mutacją, której system nie przewidział. Ucieka przed służbami, przemierzając mroczne zakamarki Pragi, aż dociera do serca rewolucji. Europa stoi na krawędzi apokalipsy. Czy Jan zdoła ocalić bliskich i powstrzymać katastrofę?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-463-8
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1
Jan

20 października, środa

Patrzę na jej spo­kojną, śliczną twarz. Skórę ma cienką i bladą, pra­wie białą. To efekt za­trzy­ma­nego krą­że­nia. Nie od­dy­cha, to oczy­wi­ste. Nie mu­szę tego spraw­dzać, ale ro­bię to co­dzien­nie, mi­mo­wol­nie, czy­niąc z tego ele­ment po­ran­nego ry­tu­ału.

Zu­peł­nie jak te kwiaty, które sta­wiam tak, by mo­gła je zo­ba­czyć. Nie uj­rzy ich, a ja po kilku dniach wy­rzucę uschnięty wie­cheć i za­stą­pię go no­wym bu­kie­tem z mar­ketu.

Za­pła­kał­bym, ale nie mogę. Z pew­no­ścią nie mam już gru­czo­łów łzo­wych. Jak to mó­wią: na­rząd nie­uży­wany za­nika.

Od­gar­niam ja­sny ko­smyk z jej czoła, przy oka­zji do­ty­ka­jąc po­zba­wio­nej ru­mień­ców skóry. Zim­nej. Naj­wy­żej sie­dem, osiem stopni, ale to dla­tego, że w cha­cie jest rów­nie chłodno. Ciało leży wy­star­cza­jąco długo, by jego cie­płota zrów­nała się z tem­pe­ra­turą oto­cze­nia.

Mnie to zimno nie prze­szka­dza. I tak czę­sto wy­cho­dzę. Gro­ma­dzę za­pasy. Ostat­nia par­tia przy­nie­sio­nych kar­to­ni­ków pię­trzy się jesz­cze na dę­bo­wej ła­wie. Upchnę je do spi­żarni za chwilę. Te­raz mu­szę przez mo­ment od­po­cząć i zjeść. We­zmę coś z po­przed­niej wy­prawy. Tej, pod­czas któ­rej okra­dłem ma­ga­zyn Erb­sen Markt. Te pro­dukty mają krót­sze ter­miny przy­dat­no­ści. Wy­bie­ram lio­fi­li­zo­waną kostkę opi­saną jako kon­cen­trat owo­cowy. Oczy­wi­ście bazą tej pulpy nie są praw­dziwe owoce. Zresztą, mam to gdzieś.

Sia­dam przy oknie i pa­trzę na po­kryte świe­żym śnie­giem zbo­cza. Syp­nęło w nocy — pierw­szy raz tej je­sieni. Stro­mi­zny do­brze trzy­mają puch, więc będę mu­siał uwa­żać. Po­cze­kać z opusz­cze­niem chaty, aż znów za­cznie pa­dać. W le­sie prędko nie od­kryją mo­ich śla­dów, ale go­rzej na otwar­tej prze­strzeni.

Żuję po­woli owo­co­wego gluta, prze­su­wa­jąc wzro­kiem po ostrej al­pej­skiej grani od­dzie­la­ją­cej mnie od świata. Jest piękna, ale da­leko jej do mo­jej ma­je­sta­tycz­nej góry. Tej je­dy­nej. Tej, któ­rej szczyt wy­pa­lił się we wspo­mnie­niach z dzie­ciń­stwa.

Za­czyna de­li­kat­nie pró­szyć. W nocy, je­śli nie za­cznie wiać cie­pły fen, tem­pe­ra­tura może mocno spaść. Spo­glą­dam na stertę drewna przy ko­minku. Rzecz ja­sna, nie za­mie­rzam roz­pa­lać ognia. Dym uniósłby się po­nad drze­wami, a tego mu­szę uni­kać. Przy­go­to­wany stos czeka na wła­ściwy mo­ment.

Rzu­cam pu­stym kar­to­ni­kiem przez cały po­kój do sto­ją­cego przy wej­ściu wia­dra. Tra­fiam. Nie jest źle. Mimo na­si­la­ją­cych się bó­lów dłoni i ra­mion nie stra­ci­łem ko­or­dy­na­cji. Po­woli za­czy­nam się też przy­zwy­cza­jać do tego, że na­dal chudnę.

Chyba ją przy­kryję. Wiem, że nie ma to więk­szego zna­cze­nia, ale nie chciał­bym, by za­mar­zła.

Biorę stary, wy­pło­wiały pled i do­kład­nie ją okry­wam, po­zo­sta­wia­jąc twarz od­sło­niętą. Nie­sforny ko­smyk znów zsu­nął się jej na czoło. To pew­nie przez prze­ciąg.

— Ko­cham cię.Rozdział 3

12 kwietnia, poniedziałek

Stoję w dłu­giej ko­lejce dla pa­sa­że­rów lo­tów czar­te­ro­wych. Nie pa­mię­tam, kiedy ostat­nio by­łem na pra­skim lot­ni­sku. Na pewno w dzie­ciń­stwie, ale nie po­tra­fię okre­ślić, ile mia­łem wtedy lat. Przy­pro­wa­dziła nas wtedy Sy­grida, a je­dyne, co za­pa­dło mi w pa­mięć z tam­tej wy­cieczki, to ryk sil­ni­ków przy star­cie naj­więk­szych sa­mo­lo­tów. Ni­gdy nie mie­li­śmy go­ści, któ­rych trzeba by­łoby od­bie­rać z lot­ni­ska, a sami też nie la­ta­li­śmy. Ten śro­dek trans­portu był poza na­szym za­się­giem fi­nan­so­wym. Dla­tego to bę­dzie mój pierw­szy lot.

Roz­glą­dam się, pró­bu­jąc za­jąć czymś my­śli i przy­tłu­mić zde­ner­wo­wa­nie, przy­spie­szone bi­cie serca oraz ścisk je­lit. Rano nie mo­głem prze­łknąć śnia­da­nia mimo do­kucz­li­wego głodu, który to­wa­rzy­szy mi już od dwóch dni.

Wzdłuż hali od­praw, od­dzie­lony nie­prze­suw­nymi sta­lo­wymi ba­rier­kami, cią­gnie się żółty pas, po któ­rym po­ru­szają się pa­trole po­li­cji gra­nicz­nej. Każdy z funk­cjo­na­riu­szy trzyma długą broń skie­ro­waną lufą w dół, a przy pa­sie ma kom­pak­towy au­to­mat. Mun­du­rowi zgru­po­wani są w for­ma­cje trzy­oso­bowe. Stoją nie­ru­chomo przez kilka mi­nut, lu­stru­jąc halę od­praw, by na­gle, na je­den sy­gnał, ru­szyć z pełną pręd­ko­ścią, przy wtó­rze wy­raź­nego chrzę­stu eg­zosz­kie­le­tów. To przy­ciąga wzrok po­dróż­nych. Wi­dać, że szcze­gól­nie przy­by­sze z Al­ma­nyi oraz in­nych suł­ta­na­tów zer­kają na tę de­mon­stra­cję ukrad­kiem, wy­raź­nie spło­szeni szyb­ko­ścią i wiel­ko­ścią po­li­cjan­tów.

Po­dej­rze­wam, że to ce­lowa ma­ni­fe­sta­cja siły, ma­jąca dzia­łać pre­wen­cyj­nie na cy­wili, a zwłasz­cza na przy­by­szów spoza Unii. Przy­śpie­szony o osiem­dzie­siąt pro­cent, opan­ce­rzony i uzbro­jony pa­trol bu­dzi zro­zu­miały re­spekt oraz nie­do­wie­rza­nie u osób, które wcze­śniej nie ze­tknęły się z tak pod­krę­co­nymi oso­bami. W ści­sku ulicz­nym, gdzie w każ­dej chwili ist­nieje ry­zyko nie­spo­dzie­wa­nego kon­taktu z prze­chod­niami, po­li­cjanci na ogół ha­mują swoją eks­pre­sję, kon­tro­lują ru­chy i nie de­mon­strują peł­nej ak­ce­le­ra­cji. Zresztą po mie­ście naj­czę­ściej po­ru­szają się ra­dio­wo­zami, uni­ka­jąc pa­tro­lo­wa­nia pie­szo.

Na mnie także wi­dok tej po­li­cyj­nej ma­ni­fe­sta­cji robi wra­że­nie. Moja zwięk­szona per­cep­cja su­biek­tyw­nie „spo­wal­nia” ruch ma­sze­ru­ją­cych, ale wciąż do­strze­gam, jak są im­po­nu­jąco szybcy.

Po­gra­nicz­nik ska­nuje moją bran­so­letę i wska­zuje mi ko­ło­wro­tek, przez który prze­cho­dzę do wła­ści­wej od­prawy. Usta­wiam się w ko­lejce do bramki kon­tro­l­nej. Żo­łą­dek ści­śnięty skur­czami do­maga się ja­kie­go­kol­wiek po­ży­wie­nia. Może coś da­dzą na po­kła­dzie?

Na­gle ktoś kle­pie mnie w ra­mię.

— Cześć! Wi­dzę, ko­leś, że też je­steś od Dvo­řáka. Je­stem Ma­rek — przed­sta­wia się sto­jący za mną si­wawy męż­czy­zna.

No tak, obaj mamy na blu­zach wy­ha­fto­wane logo firmy.

— Jan.

— By­łeś już na kontr­ak­cie?

— Nie, to mój pierw­szy raz.

— Spo­koj­nie, wpro­wa­dzę cię. To już moja ósma szwedzka tura, a w ogóle to ze dwu­dzie­sta. Po­la­ta­łem so­bie już tro­chę, he, he. A ty, gdzie masz bu­dowę? — Ma­rek spra­wia wra­że­nie wy­lu­zo­wa­nego, kon­tak­to­wego fa­ceta.

Nie znam ko­legi, ale je­śli tyle razy był na kon­trak­tach, to rze­czy­wi­ście mo­gli­śmy się ni­gdy nie spo­tkać. Taka liczba wy­jaz­dów to przy­naj­mniej pięć lat ży­cia w cią­głym przy­spie­sze­niu, i to co naj­mniej trzy­dzie­sto­pro­cen­to­wym.

— Sztok­holm, gdzieś w cen­trum — od­po­wia­dam.

— No to bę­dziemy ra­zem pra­co­wać, bra­chu. Dvo­řák robi w sto­licy tylko na jed­nej bu­do­wie. W czar­te­rze nie ma miejsc nu­me­ro­wa­nych, usiądź koło mnie.

Do­cie­ramy do cel­ni­ków sto­ją­cych przy ta­śmo­ciągu. Na­śla­du­jąc Marka, wy­cią­gam na tacę wszystko, co mam w kie­sze­niach, i ścią­gam buty. Kon­trola jest sprawna, bez ce­lo­wego czy zło­śli­wego prze­dłu­ża­nia. Pa­sa­że­ro­wie — pra­cow­nicy na kon­trak­tach za­gra­nicz­nych — po­sia­dają za­zwy­czaj mo­dy­fi­ka­cje w prze­dziale od trzy­dzie­stu do pięć­dzie­się­ciu pro­cent, a cel­nicy po­ru­szają się w zbli­żo­nym tem­pie. Nie wiem, czy ob­sługa celna jest do­bie­rana pod ką­tem stop­nia przy­spie­sze­nia pa­sa­że­rów da­nego lotu, czy jest to stan­dard dla wszyst­kich funk­cjo­na­riu­szy tej służby.

Ska­nery wmon­to­wane w bram­kach po­bie­rają in­for­ma­cje iden­ty­fi­ka­cyjne z bran­so­let, a czuj­niki bio­me­tryczne we­ry­fi­kują ich zgod­ność. Nikt z na­szej grupy od­la­tu­ją­cej do Szwe­cji nie wy­wo­łuje alarmu ani nie wzbu­dza za­in­te­re­so­wa­nia per­so­nelu od­pra­wia­ją­cego.

Sa­mo­lot jest cia­sny: to średni Air­bus, który lata świet­no­ści ma już za sobą. Za­pewne wy­pro­du­ko­wano go w la­tach trzy­dzie­stych, gdy kon­sor­cjum jesz­cze ist­niało, a fa­bryki w za­chod­niej Eu­ro­pie nie były za­my­kane z po­wodu prze­mian po­li­tyczno-re­li­gij­nych. Po­siada tylko klasę eko­no­miczną z gę­sto po­upy­cha­nymi fo­te­lami. Wnę­trze wska­zuje, że sa­mo­lot służy do szyb­kiego, czę­stego trans­portu pra­cow­ni­ków, bez ca­te­ringu czy in­nych zbęd­nych udo­god­nień. Kli­ma­ty­za­cja jesz­cze nie działa, więc w po­wie­trzu unosi się por­cja kwa­śnego odoru. Cuch­nie po­tem i skar­pet­kami. Na po­kła­dzie jest tylko jedna ste­war­desa, w do­datku nie pierw­szej mło­do­ści i urody. Może to też stan­dard w prze­wo­zach ro­bot­ni­czych.

— Chcesz przy oknie? Nie? To ja siądę — mówi Ma­rek, wci­ska­jąc się pod ilu­mi­na­tor. — Cza­sem, jak nie mam z kim ga­dać, to przy­naj­mniej mogę so­bie po­pa­trzeć. Nie śpię w sa­mo­lo­tach, bo jakby spa­dał, nie chciał­bym tego prze­ga­pić, he, he — szcze­rzy się.

Na ten drę­twy żart roz­cią­gam usta w sy­mu­la­cji uśmie­chu. Czuję się klau­stro­fo­bicz­nie w tej cia­snej, śmier­dzą­cej ru­rze. Dzię­kuję so­bie w du­chu, że mam pu­sty żo­łą­dek.

— A w ogóle to co ro­bisz, bra­chu? Ja je­stem in­sta­la­to­rem.

— Spa­wacz. Co kła­dziesz?

— Wszystko, ale na kontr­ak­cie głów­nie zaj­muję się złą­czami wie­lo­me­dial­nymi i sie­ciami. Mó­wię ci, ro­bota nie jest naj­gor­sza, tylko trzeba się uwi­jać, bo jak zro­bisz opóź­nie­nie, to cię ode­ślą. Ci cho­lerni mu­zuł­ma­nie każ­dego pil­nują. Do­stają od na­szych in­for­ma­cje o twoim mnoż­niku, a po­tem pod­krę­cają ci normę dzienną.

— To kto nami za­rzą­dza? Szwe­dzi czy nasi?

Ma­rek wzdy­cha. Nie wiem, czy z po­wodu na­iw­no­ści mo­jego py­ta­nia, czy przez te­mat, który po­ru­szy­łem.

— For­mal­nie za­wsze pod­le­gasz maj­strowi, a on pod­lega na­szemu kie­row­ni­kowi bu­dowy. To on wy­zna­cza normy do wy­ko­na­nia. Ale w prak­tyce na każ­dej bu­do­wie jest tak zwany mu­ta­ha­mis, czyli „gor­liwy”. Kon­tro­luje na­szą pracę, wtrąca się do pla­nów i, co naj­waż­niej­sze, pil­nuje, by­śmy nie siali zgor­sze­nia. Naj­le­piej: kwa­tera–ro­bota, ro­bota–kwa­tera i tak w kółko.

Wszy­scy od­la­tu­jący już za­jęli miej­sca w sa­mo­lo­cie. Wi­dzę tylko sa­mych męż­czyzn. Każdy wy­gląda na pra­cow­nika fi­zycz­nego, wra­ca­ją­cego na nową turę po gra­fi­ko­wej pau­zie. Mimo wy­po­czynku w kraju, wśród ro­dzin, ich twa­rze są zmę­czone i po­zba­wione ra­do­ści. Roz­mowy sły­chać nie­liczne i przy­ci­szone. Nie­któ­rzy już za­my­kają oczy, żeby wy­ko­rzy­stać lot na dwu­go­dzinną do­dat­kową re­ge­ne­ra­cję.

Czy ja też będę tak wy­glą­dał po kilku wy­jaz­dach kon­trak­to­wych? Wy­eks­plo­ato­wany przez przy­spie­sze­nie i tempo pracy?

Drę­czy mnie jesz­cze coś.

— Wiesz, mogę mieć pro­blem ze szkie­le­tem. Ostat­nio za­kła­da­łem taki jesz­cze przy na­uce za­wodu, w szkole.

— Nie martw się. Je­den dzień po­pra­cu­jesz z kra­bem i się przy­zwy­cza­isz. A po rusz­to­wa­niach to się w nim śmiga, że hej! Wszyst­kie na­rzę­dzia mo­żesz na nim po­wie­sić.

Star­tu­jemy pla­nowo. Na­bie­ramy pręd­ko­ści na pa­sie lot­ni­ska przy prze­raź­li­wym huku sil­ni­ków, po­chła­nia­ją­cym wszyst­kie inne dźwięki. Sa­mo­lot lekko pod­ska­kuje, a mój żo­łą­dek go na­śla­duje, pod­rzu­ca­jąc żółć do gar­dła. Jesz­cze za­nim nasz Air­bus osta­tecz­nie ode­rwie się od ziemi, wy­raź­nie i gwał­tow­nie ude­rzają we mnie neu­ro­hor­mony.

Czuję przy­spie­sze­nie pulsu w skro­niach i szyb­kie, pal­pi­ta­cyjne bi­cie serca. Moje mię­śnie naj­pierw za­czy­nają drżeć, by po chwili gęst­nieć w nad­cią­ga­ją­cych pa­rok­sy­zmach skur­czów. Te jed­nak nie na­stę­pują: włókna tę­żeją na tyle, by nie wy­stą­piła bo­le­sność, i choć są twarde, czuję, że mogę się po­ru­szać. Przód ma­szyny mocno unosi się w górę, ad­re­na­lina mnie za­lewa, a serce gwał­tow­nie trze­po­cze…

Ma­rek mówi coś, ale brzmi zu­peł­nie nie­zro­zu­miale, słowa roz­cią­gają się w ba­sowy ciąg beł­ko­tli­wych dźwię­ków. Czas staje. Sły­szę wszech­obecny, bar­dzo ni­ski, ryt­miczny i dud­niący od­głos. Sa­mo­lot wisi nie­ru­chomo w po­wie­trzu, a ja wy­raź­nie wi­dzę w ilu­mi­na­to­rze, że bu­dy­nek hali za­styga w kil­ku­se­kun­do­wej stop­klatce. Nikt się nie po­ru­sza ani w środku, ani na ze­wnątrz. I już nie sły­szę pul­su­ją­cego dud­nie­nia. Jest je­den długi dźwięk nie dźwięk. Jak tło czy woda, która cię ota­cza. Od­bie­rasz to ca­łym sobą, a nie tylko uszami…

…a po­tem wszystko jed­no­cze­śnie ożywa. Ka­dłub pul­suje, dud­nie­nie prze­cho­dzi stop­niowo w brzę­czące drga­nia, za­głu­szane ry­kiem sil­ni­ków.

— …nnnn­no­ooo tooo po­oomy­y­y­śla­łem: „Co mi za­leży”. I tak cią­gnę już ko­lejny rok. Moja Li­duszka ma­ru­dzi za każ­dym ra­zem, ale jak mam wy­kar­mić ich wszyst­kich? Jesz­cze moi ro­dzice…

Je­stem zdez­o­rien­to­wany i oszo­ło­miony. Lekko dy­go­czę. Czego wła­śnie do­świad­czy­łem? Chwi­lo­wej aber­ra­cji umy­słu, a może ja­kie­goś udaru? Nie stra­ci­łem przy­tom­no­ści, tego je­stem pe­wien. Po­dob­nie jak tego, że to wy­da­rzyło się na­prawdę i trwało te spek­ta­ku­larne kilka se­kund.

— …ojca renta tro­chę ra­tuje sy­tu­ację, ale nie są w sta­nie już sami miesz­kać…

Po­ja­wia się myśl, że do­świad­czy­łem na­głego przy­spie­sze­nia o nie­wy­obra­żal­nym współ­czyn­niku. Choć na po­czątku od­rzu­cam ją jako ab­sur­dalną, nie­ubła­ga­nie po­wraca, aż za­gnież­dża się na stałe. Ile to mo­gło być pro­cent? Dwie­ście? Trzy­sta? Ra­czej nie­moż­liwe. Z tego, co pa­mię­tam z pro­gra­mów w sieci, prze­kro­cze­nie mnoż­nika po­wy­żej dwóch i pół koń­czyło się nie­od­wra­cal­nymi zmia­nami w or­ga­ni­zmie, a w kon­se­kwen­cji śmier­cią. Pro­wa­dzono ba­da­nia w tym kie­runku, ale nikt nie ogło­sił suk­cesu.

Na ję­zyku czuję me­ta­liczny smak. Znów skręca mnie z głodu.

— Masz może coś do je­dze­nia? — prze­ry­wam Mar­kowi mo­no­log.

— Znamy się do­piero go­dzinę, a ty już wpra­szasz się na obiad? — krzywi się za­baw­nie, ale w jego gło­sie nie sły­chać pre­ten­sji ani zło­śli­wo­ści. — Mam cia­sto zro­bione przez Lidę. Droż­dżowe, z praw­dzi­wymi owo­cami! Dam ci ka­wa­łek.

Sięga do torby pod­ręcz­nej i wy­ciąga pa­pie­rowy pa­ku­nek. Cia­sto, po­kro­jone na kil­ka­na­ście ma­łych ka­wał­ków, wy­gląda sma­ko­wi­cie. Biorę od razu dwa, na co Ma­rek kiwa tylko głową. Bez wa­ha­nia wpy­cham oba do ust. Spra­gniony wę­glo­wo­da­nów nie mogę się opa­no­wać.

— Pyszne, dzię­kuję — mem­łam z pełną gębą.

— Smacz­nego! Ale się bę­dzie śmiała, gdy jej opo­wiem, jak się rzu­ci­łeś…

Prze­żu­wa­jąc wy­piek żony Marka, do­znaję olśnie­nia. Przy tak na­głej ak­ce­le­ra­cji in­iek­tor mu­siał wstrzyk­nąć więk­szą dawkę neu­ro­prze­kaź­ni­ków. A to można spraw­dzić w hi­sto­rii bran­so­lety. Ta­kie in­for­ma­cje są zrzu­cane do sys­temu au­to­ma­tycz­nie, gdy ma­nela po­ja­wia się w za­sięgu punk­tów do­stę­po­wych. Jed­nak tu, w sa­mo­lo­cie, mu­szą jesz­cze znaj­do­wać się w urzą­dze­niu na moim nad­garstku. Do­ty­kam ekranu i za­głę­biam się w menu. Po ko­lei prze­ska­kuję różne in­for­ma­cje, aż w końcu do­cie­ram do da­nych, które mnie in­te­re­sują.

Hi­sto­ria in­iek­tora obej­muje ostat­nie trzy go­dziny. We­dług za­pi­sów w niej za­war­tych pra­wie nie przyj­mo­wa­łem w tym cza­sie miksu hor­mo­nów. Z kil­ku­dzie­się­ciu sub­stan­cji, które po­winny być po­da­wane w spo­sób cią­gły do pod­trzy­ma­nia przy­spie­sze­nia, otrzy­ma­łem tylko kilka, a i te w śla­do­wych ilo­ściach. Im­plant prze­ana­li­zo­wał stan mo­jego or­ga­ni­zmu i uznał, że nie ma po­trzeby zwięk­szać da­wek. Mi­kro­port bran­so­lety uwal­niał za­le­d­wie po­je­dyn­cze mi­kro­gramy paru neu­ro­prze­kaź­ni­ków. A w chwili, gdy do­świad­cza­łem do­mnie­ma­nego spo­wol­nie­nia czasu, pro­ces po­da­wa­nia tych sub­stan­cji za­trzy­mał się cał­ko­wi­cie. Cho­lera, to prze­cież bez sensu…

— …chcesz zo­ba­czyć? — Ko­lega sztur­cha mnie w ra­mię.

— Co…? A, tak. — Nie mam po­ję­cia, o czym mówi.

— O, zo­bacz! To moja banda. — Ma­rek wy­świe­tla holo nad ekra­nem swo­jej bran­so­lety: trójka dzieci stroi głu­pawe miny, dwoje sta­rusz­ków stoi za nimi, a on obej­muje drobną blon­dynkę. — Jest nas tro­chę. A ty? Masz żonę i dzieci?

— Nie, je­stem sam.

— Szczę­ściarz! My mamy jesz­cze psa i kota.

Lot trwa kró­cej niż dwie go­dziny stan­dar­dowe. Mam o czym my­śleć, ale choć cią­głe ga­dul­stwo no­wego kom­pana jest mę­czące, sta­ram się nie oka­zy­wać iry­ta­cji. Gdy pod­cho­dzimy do lą­do­wa­nia, ze zdu­mie­niem stwier­dzam, że czas po­dróży zle­ciał mi za­dzi­wia­jąco szybko.

W trak­cie ko­ło­wa­nia na pły­cie Ma­rek nie­spo­dzie­wa­nie pro­po­nuje:

— Mam wolne miej­sce w po­koju, jak chcesz, mo­żesz się do­kwa­te­ro­wać. Nor­mal­nie, jako no­wemu, pew­nie przy­dzielą ci łóżko w czwórce lub więk­szym po­koju. Ja mam dwójkę.

— Dzięki. Twój współ­lo­ka­tor wró­cił na stałe do domu?

— W su­mie to tak. Wy­wa­lili go za al­ko­hol. Parę piw, wy­szedł na mia­sto, no i wy­lot.

***

W ter­mi­nalu sztok­holm­skim można za­uwa­żyć mniej po­dróż­nych niż w pra­skim. Kie­ru­nek pół­nocny obec­nie nie cie­szy się szcze­gólną po­pu­lar­no­ścią tu­ry­styczną. Mu­zuł­mań­ska Szwe­cja nie jest człon­kiem Unii Eu­ro­pej­skiej, a liczne za­kazy i ogra­ni­cze­nia, ta­kie jak te do­ty­czące spo­ży­wa­nia al­ko­holu, znie­chę­cają do ma­so­wych wy­cie­czek.

Idę za Mar­kiem, za­do­wo­lony, że w ob­cym kraju mam do­świad­czo­nego prze­wod­nika. Z hali przy­lo­tów wy­cho­dzimy całą grupą na boczny par­king, gdzie mają na nas cze­kać busy roz­wo­żące do kwa­ter.

Za­ska­kuje mnie tem­pe­ra­tura na ze­wnątrz. Przy­jemne kil­ka­na­ście stopni i lek­kie po­dmu­chy wia­tru to coś, na co o tej po­rze roku w Pra­dze nie można li­czyć. Zie­leń drzew jest in­ten­sywna, a w po­wie­trzu unosi się za­pach soli i wil­goci. Niebo jest za­cią­gnięte war­stwą wy­soko skłę­bio­nych, pie­rza­stych chmur. Po­dobne wi­dzia­łem ostat­nio chyba w lu­tym.

Czeka na nas zbie­ra­nina po­jaz­dów róż­nych ma­rek i w róż­nym sta­nie tech­nicz­nym. Nasz bus, po­rdze­wiały mer­ce­des, ma za przed­nią szybą odra­paną ta­bliczkę z na­pi­sem „Lilla Es­sin­gen”. Kie­rowcą, za­pewne rów­nież wła­ści­cie­lem, jest Szwed o ciem­niej­szej kar­na­cji. Gdy wsia­damy, ob­raca się ospale na sie­dze­niu, mie­rząc każ­dego z nas wzro­kiem, po czym bez po­śpie­chu wrzuca bieg.

Ru­chy kie­rowcy w pierw­szej chwili wy­dają mi się prze­sad­nie zwol­nione, jakby po­wie­trze miało gę­stość ki­sielu. Po chwili przy­po­mi­nam so­bie, że każdy spo­tkany kra­jo­wiec jest je­dynką. De­mon­stra­cyjne ocią­ga­nie się może być także formą wy­ra­ża­nia po­gardy dla przy­spie­szo­nych przy­by­szów. Ma­rek wcze­śniej wy­ja­śnił mi, że wszy­scy miesz­kańcy Sztok­holmu, z ja­kimi się ze­tkniemy, mają za za­da­nie nas pil­no­wać. Jako nie­wierni, a do­dat­kowo jako „zmu­to­wane po­czwary”, sta­no­wimy za­gro­że­nie dla zdro­wego spo­łe­czeń­stwa re­pu­bliki is­lam­skiej.

Na­sza stan­cja pra­cow­ni­cza znaj­duje się w sta­rym blo­ko­wi­sku na jed­nej z wysp śród­mie­ścia. Wy­spa na­zywa się, jak wska­zuje ta­bliczka w bu­sie: Lilla Es­sin­gen. Ba­ner na wjeź­dzie wita wy­bla­kłym „Väl­kom­men”.

— Wi­taj w domu — od­zywa się z drwiną mój to­wa­rzysz.

Cia­sno po­bu­do­wane pię­trowce wy­glą­dają na za­pusz­czone i zde­wa­sto­wane. Ich odra­pane ele­wa­cje, ob­fi­cie upstrzone pstro­ka­tymi pla­mami graf­fiti, two­rzą po­nure wą­wozy. As­falt mię­dzy bu­dyn­kami jest spę­kany, pe­łen dziur, a traw­niki zdzi­czałe, po­ro­śnięte kę­pami do­rod­nych po­krzyw. Mi­jamy sto­jący na rogu czę­ściowo spa­lony, kil­ku­pię­trowy bu­dy­nek. Okna oraz wej­ścia do jego kla­tek scho­do­wych stra­szą czar­nymi, po­zba­wio­nymi sto­larki otwo­rami. Przez mgnie­nie w czerni po­go­rze­li­ska ma­ja­czy ja­kaś syl­wetka, ktoś zdaje się ob­ser­wo­wać nasz prze­jazd. Albo tylko tak mi się wy­daje, bo po chwili nie je­stem już tego pe­wien.

Od mo­mentu wjazdu na wy­spę to­wa­rzy­szą nam śmieci wa­la­jące się do­okoła, głów­nie fo­lie i pa­piery pod­ry­wane gwał­tow­nym po­dmu­chem prze­jeż­dża­ją­cych sa­mo­cho­dów. Wszystko wska­zuje na to, że służby ko­mu­nalne od­wie­dzają ten kwar­tał rzadko. Lub wcale.

Nasz blok stoi w sze­regu ta­kich sa­mych, wy­sma­ro­wa­nych spre­jami, ko­stek. Po­cie­sza­jące jest to, że przy­naj­mniej w jego oknach tkwią wszyst­kie szyby.

Po­kój na pię­trze, który mam dzie­lić z Mar­kiem, jest nie­wielki. Wy­po­sa­że­nie obej­muje je­dy­nie dwie jed­no­drzwiowe szafy sto­jące w na­roż­ni­kach przy wej­ściu oraz sto­lik i dwa łóżka usta­wione wez­gło­wiami w stronę okna. Me­ble są pro­ste, kla­sycz­nie ike­ow­skie, z licz­nymi prze­tar­ciami i za­dra­pa­niami, które świad­czą o ich wie­lo­let­nim użyt­ko­wa­niu. Za oknem, po­mię­dzy do­mami w ko­lej­nym rzę­dzie, po­ły­skują wody za­toki. Po­kój ma wła­sną, małą ła­zienkę.

— Lewe jest moje. Mo­żesz wy­brać z po­zo­sta­łych, he, he — uśmie­cha się Ma­rek, rzu­ca­jąc swój ple­cak na pod­łogę przy łóżku.

Nie przy­wio­złem zbyt wielu rze­czy, więc upy­cham je do szafy na jedną półkę. Nie mam po­my­słu, co da­lej ro­bić. Wi­dząc to, Ma­rek pod­po­wiada:

— Te­raz mamy tro­chę czasu. Za dwie go­dziny mo­żemy po­je­chać na drugą zmianę. Nie ma sensu cze­kać do ju­tra. Im wię­cej pra­cu­jesz, tym wię­cej za­ro­bisz — mówi i wy­ciąga przy­wie­ziony z domu pro­wiant. — Zjemy coś naj­pierw, a póź­niej do ro­boty. Je­dze­nie trzy­maj w po­koju, bo ze wspól­nych lo­dó­wek, nie wie­dzieć czemu, znika.

Czuję się nie­zręcz­nie, przyj­mu­jąc od niego paczkę z za­pa­ko­waną por­cją obia­dową. Nie po­my­śla­łem zu­peł­nie o tym, by za­brać z Czech żyw­ność.

— Ju­tro zro­bię za­kupy, to uzu­peł­nię ci za­pasy. Albo je­śli chcesz, to za­płacę.

Ma­rek ma­cha ręką.

— Jedz, na zdro­wie. Lida dała mi je­dze­nia i tak tylko na ty­dzień. Choć tu jest dro­żej, nie ma sensu wię­cej przy­wo­zić. Zresztą, wy­szedłby wtedy po­nadnor­ma­tywny ba­gaż. A kasa… sam wiesz…

Po­woli żuję mięso z paczki. Oczy­wi­ście, to kur­czak, przy­rzą­dzony dość ostro, na bry­kie­cie z ryżu. Po­dej­rze­wam, że na bar­dziej wy­szu­kane mięso nie było ich stać.

— Wiesz, co jest naj­gor­sze? Że sta­rasz się, za­pie­przasz, pod­krę­casz, a kasy ja­koś nie przy­bywa — żali się Ma­rek. Milk­nie na chwilę i pa­trzy w stronę okna. — Moja pen­sja i so­cjal po­zwa­lają ja­koś prze­żyć. Ale sam wi­dzia­łeś, ile nas jest. Dziadki do­stają tyle, co kot na­pła­kał. Stare je­dynki poza sys­te­mem. Li­duszka mo­głaby pra­co­wać, bo ma je­den dwa, ale przy trójce dzie­cia­ków sie­dzi w domu. Jak pod­nio­słem na trzy­dzie­ści pro­cent, my­śla­łem, że nam się po­prawi. A tu raty za szkie­let. Wtedy jesz­cze Jitki nie było, a Honza był ma­leńki.

— Też mnie za­sko­czyło, ile nam po­trą­cają.

— Po po­wro­cie spró­buję pod­krę­cić na pół­tora.

Pa­trzę na niego z nie­do­wie­rza­niem.

— Chcesz na maksa!?

— Za kraba już płacę, więc pod­wyżka bę­dzie od­czu­walna. — Ma­rek wzru­sza ra­mio­nami.

— Mniej niż pół pro­cent lu­dzi ma pół­tora! Nie każdy jest w sta­nie to osią­gnąć. Mo­żesz się prze­grzać.

— Wiem, ale mu­szę spró­bo­wać. Zresztą, cała po­li­cja i mun­du­rowi cią­gną na osiem­dzie­się­ciu.

— Za­po­mi­nasz, że ich eg­zosz­kie­lety mają wła­sną ak­ce­le­ra­cję. Służby mają bo­jowe wsz­czepy z więk­szą czę­sto­tli­wo­ścią im­pul­sów. Poza tym ich przy­spie­sze­nia są okre­sowe. Dwa, trzy mie­siące i spo­wal­niają ich do bez­piecz­nej pręd­ko­ści. O ro­boli nikt się tak nie trosz­czy.

— Wie­rzę, że mi się uda. Chcesz cia­sta?

***

Na bu­dowę przy­jeż­dżamy około dru­giej. Na­sza firma wznosi wie­żo­wiec w oto­cze­niu po­dob­nych, już ukoń­czo­nych i od­da­nych do użytku. Kon­struk­cja bu­dynku sięga kil­ku­dzie­się­ciu pię­ter, a umiej­sco­wie­nie dźwi­gów su­ge­ruje, że pla­no­wane jest mon­to­wa­nie ko­lej­nych kon­dy­gna­cji. Na ra­zie struk­tura nie ma jesz­cze ele­wa­cji, we­wnętrz­nych stro­pów ani ścian.

— Chodź, po­znasz bry­ga­dzi­stę, który nad­zo­ruje spa­wa­czy — mówi Ma­rek, pro­wa­dząc mnie do jed­nego z kon­te­ne­rów przy wjeź­dzie na bu­dowę. — Zo­sta­wię cię tam, a sam pójdę do swo­ich.

Maj­ster, ni­ski Czech o imie­niu Ja­ro­mir, wita mnie bez zbęd­nych ce­re­mo­nii. Ma na swoim biur­ko­wym ter­mi­nalu moje dane, a więc i in­for­ma­cję o do­piero co uzy­ska­nym pod­krę­ce­niu. Dłuż­sze prze­py­ty­wa­nie wo­bec tego jest zby­teczne. Ska­nuje moją bran­so­letę i pyta o do­świad­cze­nie z eg­zosz­kie­le­tem.

— Brak — od­po­wia­dam.

— Po­bierz kraba z ma­ga­zynu. Trzeci kon­te­ner na prawo. Masz pół go­dziny na za­po­zna­nie się ze szkie­le­tem. Spa­warka jest pod­łą­czona w gnieź­dzie. Daj, wgram plany i za­da­nia.

Wy­cią­gam rękę z ma­nelą w jego kie­runku, a on do­tyka jej koń­cówką szy­fro­wa­nego in­ter­fejsu sty­ko­wego. Na ekra­nie bran­so­lety po­ja­wiają się ikony pli­ków pro­jek­to­wych oraz har­mo­no­gramu mon­tażu. I to by było na tyle. Bry­ga­dzi­sta prze­staje się mną in­te­re­so­wać, ob­ra­cam się więc na pię­cie i ru­szam po sprzęt.

Za­kła­dam ste­laż ze­wnętrz­nego pan­ce­rza. Jest sztywny i nie­wy­godny, do­póki nie wpro­wa­dzam w swoją bran­so­letę kodu do urzą­dze­nia. Kom­pu­ter szkie­letu łą­czy się bez­prze­wo­dowo z moim im­plan­tem. Mo­men­tal­nie czuję, jak ręce i nogi stają się lżej­sze. Si­łow­niki „kraba” syn­chro­ni­zują się z ge­ne­ra­to­rem im­pul­sów wsz­cze­pio­nym w moje ciało. Wy­star­czy pod­nieść do­wolną koń­czynę, a eg­zosz­kie­let po­wta­rza ten ruch.

Oglą­dam spa­warkę. To stan­dar­dowy mo­del, wy­po­sa­żony w zbior­nik ży­wicy oraz po­daj­nik włó­kien kar­bo­no­wego la­mi­natu. Koń­cówka zgrze­wa­jąca alu­mi­nium jest czy­sta, co do­brze świad­czy o po­przed­niku, który ko­rzy­stał z tego ze­stawu.

Pół go­dziny prze­zna­czone na oswo­je­nie się z uprzężą wy­ko­rzy­stuję w pełni. Cho­dzę po placu i mar­kuję pre­cy­zyjne ru­chy rąk oraz trzy­ma­nych na­rzę­dzi. Od­pa­lam zgrze­warkę, a na­stęp­nie kle­jow­nicę i czuję, że za­czy­nam swo­bod­nie ope­ro­wać ca­łym ze­sta­wem.

Gdy czas tre­ningu mija, wjeż­dżam windą na szczyt bu­dynku. Zgod­nie z pla­nami oraz har­mo­no­gra­mem mam za­cząć od po­łu­dnio­wej strony rdze­nia. Tam po­winny być po­przeczne belki cze­ka­jące na po­łą­cze­nie. Na miej­scu uwija się już kilku mon­te­rów oraz trzech spa­wa­czy. Każdy z nas otrzy­mał inną, szcze­gó­łową część pro­jektu kon­struk­cyj­nego z wy­zna­czo­nymi łą­cze­niami do wy­ko­na­nia.

Lu­bię swoją pracę. To uczu­cie two­rze­nia rze­czy ma­te­rial­nych, po­trzeb­nych, a wręcz nie­zbęd­nych. Nie­za­leż­nie od tego, czy cho­dzi o łą­cze­nie więk­szych kon­struk­cji, czy o sta­wia­nie zbior­ni­ków ci­śnie­nio­wych, moje spawy będą la­tami słu­żyć in­nym. Daje mi to sa­tys­fak­cję i po­zwala, mimo kon­cen­tra­cji na za­da­niu, za­cho­wać we­wnętrzny spo­kój. W ta­kich chwi­lach nie my­ślę o ni­czym szcze­gól­nym i od­daję się ci­chej me­dy­ta­cji.

Dziś jed­nak od­czu­wam po­de­ner­wo­wa­nie, sto­jąc na wą­skiej, za­le­d­wie me­tro­wej sze­ro­ko­ści belce, za­mo­co­wa­nej na wy­so­ko­ści kil­ku­dzie­się­ciu pię­ter. Źró­dłem wzbu­rze­nia nie jest oto­cze­nie, bo w po­dob­nych wa­run­kach — oczy­wi­ście oprócz za­ło­żo­nego kraba — by­wa­łem czę­sto.

Czuję we­wnętrzny nie­po­kój, na­ra­sta­jące dy­go­ta­nie oraz roz­draż­nie­nie, które utrud­niają mi kon­cen­tra­cję na pracy. Moje my­śli cią­gle krążą wo­kół zda­rze­nia w sa­mo­lo­cie. Gdy sta­ram się je ode­gnać, wy­pchnąć z głowy, po­ja­wia się nie­spo­dzie­wa­nie scena po­że­gna­nia z April. Sły­szę jej słowa… Jed­no­cze­śnie mam wra­że­nie, że to nie wspo­mnie­nia są źró­dłem mo­jego zde­ner­wo­wa­nia. Jego pod­łoże musi być bar­dziej or­ga­niczne, umiej­sco­wione gdzieś w moim ciele.

Łą­czę po­dłuż­nicę, sta­pia­jąc jej alu­mi­niowy rdzeń ze słu­pem. Sta­ran­nie ukła­dam na wierz­chu spawu kar­bo­nową ple­cionkę. Mu­szę to ro­bić po­woli i pew­nie, miej­sce przy miej­scu, aby ba­da­nie kon­tro­lne nie wy­ka­zało ob­ni­żo­nej wy­trzy­ma­ło­ści szwu.

Wła­śnie za­le­wam spo­inę ży­wicą, szy­ku­jąc się do jej utwar­dze­nia, gdy prze­staję wi­dzieć. Na­gle, bez ostrze­że­nia.

Ogar­nia mnie ciem­ność, w któ­rej pul­sują nie­wy­raźne po­wi­doki tego, co za­re­je­stro­wały moje oczy przed chwilą. Od­ru­chowo od­su­wam spa­warkę od sie­bie. Za­mie­ram prze­ra­żony, wolną dło­nią in­stynk­tow­nie ma­cam lonżę, którą je­stem pod­łą­czony do pręta ase­ku­ra­cyj­nego nad swoją głową. Boję się po­ru­szyć, nie ufam już wła­snemu zmy­słowi rów­no­wagi. Uświa­da­miam so­bie, że dźwięki do­cie­ra­jące do mnie zmie­niły barwy na niż­sze i brzmią dłu­żej, niż po­winny. Znów przy­spie­szam…

Nie wiem, ile to trwa: stę­żały w bez­ru­chu, po­zba­wiony wzroku, cze­kam, aż mi przej­dzie. Mi­jają ko­lejne se­kundy. Cze­kam, bo po pierw­szym wstrzą­sie po­ja­wiła się we­wnętrzna pew­ność, że to chwi­lowe. Dzi­wię się, bo wcze­śniej­szy nie­po­kój oraz dy­go­ta­nie zni­kają. Z każ­dym od­de­chem, mimo kom­plet­nej ciem­no­ści, po­wraca spo­kój. Nic mnie nie boli, nic nie za­kłóca funk­cjo­no­wa­nia or­ga­ni­zmu. Od­dy­cham głę­boko, a każdy ko­lejny haust po­wie­trza roz­luź­nia na­pięte ciało co­raz bar­dziej. Po­ja­wia­jące się krót­kimi fa­lami lek­kie drże­nia mię­śni wy­dają się te­raz na­tu­ralne i ko­nieczne. Już nie boję się, że spadnę. Cze­kam.

Naj­pierw od­głosy oto­cze­nia wra­cają do wła­ści­wych re­je­strów, a chwilę póź­niej ciem­ność za­czyna się roz­wie­wać. Na­dal stoję przed po­dłuż­nicą, z unie­sioną w bok spa­warką. Chyba nikt z pra­cu­ją­cych w po­bliżu nie za­uwa­żył mo­jego za­wie­sze­nia. Moż­liwe, że trwało to zbyt krótko. Moje su­biek­tywne od­czu­cia nie są już żad­nym wy­znacz­ni­kiem czasu.

Do końca dnia nic wię­cej się nie dzieje. Czuję się świet­nie, je­stem pe­łen ener­gii i chęci do pracy. Je­dy­nie głód znów daje o so­bie znać, ale co­raz le­piej go igno­ruję.

Pra­cuję zgod­nie z har­mo­no­gra­mem, wy­ko­nu­jąc ko­lejne po­łą­cze­nia. Pier­wotny nie­po­kój już nie wraca. My­ślę tro­chę o tym, co się wy­da­rzyło — tu na bu­do­wie oraz wcze­śniej w sa­mo­lo­cie. Za­sta­na­wia mnie, że te zda­rze­nia już mnie nie prze­ra­żają. Jakby były na­tu­ralne, jakby przy­go­to­wy­wały mnie na coś.

Po zmia­nie, w dro­dze po­wrot­nej na kwa­tery, pra­cow­ni­czy bus za­trzy­muje się przy ca­ło­do­bo­wym skle­pie. Ku­puję spory za­pas go­to­wych por­cji śnia­da­nio­wych i obia­do­wych. Pa­kuję też całą torbę ba­to­nów, su­szo­nych owo­ców oraz pacz­ko­wa­nych cia­stek — na wszelki wy­pa­dek, gdyby znów do­padł mnie mały głód.

Ceny są fak­tycz­nie wyż­sze niż u nas, ale nie na tyle, by uza­sad­niać przy­wo­że­nie pro­wiantu z Czech. Ka­sowy ter­mi­nal, co mnie za­ska­kuje, roz­li­cza też trans­ak­cje w eu­ro­punk­tach z wy­ko­rzy­sta­niem bran­so­let. Spo­dzie­wa­łem się, że bę­dzie z tym pro­blem. W Is­lam­skiej Re­pu­blice Szwe­cji obo­wią­zuje ko­rona. Spe­cjal­nie do­wią­za­łem konto de­wi­zowe do ma­neli i wy­mie­ni­łem za­wczasu tro­chę euro. A te­raz pa­trzę zdzi­wiony, jak ko­le­dzy z bu­dowy płacą unijną wa­lutą.

To do­bry pro­gno­styk. Za­czy­nam wie­rzyć, że moja tura w Szwe­cji prze­bie­gnie szybko i bez pro­ble­mów.

Na kwa­te­rze rzu­cam za­kupy na sto­lik, in­for­mu­jąc Marka, że to do na­szej wspól­nej spi­żarni. Tro­chę się wzbra­nia, ale osta­tecz­nie przy­staje na moją ofertę. Jemy bez po­śpie­chu późną obia­do­ko­la­cję i do­gry­zamy sło­dy­czami. Zmę­cze­nie lo­tem, stre­sem oraz pracą daje o so­bie znać, więc pra­wie nie roz­ma­wiamy. Kilka ogól­ni­ko­wych zdań i tyle.

***

W nocy śpię nie­spo­koj­nie.

Bu­dzę się czę­sto. Wy­ry­wam się ze snu, zlany po­tem; przy na­stęp­nej po­budce drżę z zimna. Roz­go­rącz­ko­wany, naj­pierw zrzu­cam koc, w ma­li­gnie ścią­gam ko­szulkę, a za ja­kiś czas szu­kam jej i za­wi­jam się w cia­sny ko­kon, szczę­ka­jąc zę­bami. Po każ­dym wy­bu­dze­niu szybko za­pa­dam w ko­lejną ot­chłań ma­ja­ków. Sny są mę­czące, ob­le­pia­jące, in­ten­sywne. Jed­nak już chwilę po każ­dym prze­bu­dze­niu ich treść, ob­raz i fa­buła mi umy­kają. Po­zo­staje tylko pew­ność, że są złe.

Pa­mię­tam je­den… a może… A może to za­wsze ten sam sen…?

Je­stem za­mknięty w wo­rze. Wy­raź­nie wy­czu­wam pod pal­cami fak­turę juty. Jest cia­sno, ciemno i bar­dzo zimno. Ma­cam dłońmi na­około, nie­po­rad­nie szu­ka­jąc wyj­ścia. Szczę­kam gło­śno zę­bami, a moje na­gie ciało drży, wal­cząc z igłami mrozu. Gdy w końcu od­naj­duję drobną skazę w ścia­nie wora, roz­ry­wam go skost­nia­łymi rę­kami i prze­ci­skam się przez po­wstałą szcze­linę. Tylko że to już nie jest wo­rek, a coś ży­wego. Wór zmie­nił się w ko­kon utkany z pul­su­ją­cych żył, ró­żo­wych pa­sów ścię­gien po­kry­tych ście­ka­ją­cym ślu­zem. Nie jest już zimny: czuję fale nie­zno­śnego go­rąca, na­bie­ga­jące w rytm tętna ar­te­rii. Wy­śli­zguję się i spo­cony spa­dam na zie­mię. Ta, choć naj­pierw twarda i prze­su­szona, za­czyna szybko na­sią­kać ślu­zem z ko­konu. Ugina się pode mną. Go­rąca, go­tu­jąca się maź szybko wy­peł­nia po­wstałe za­głę­bie­nie, a ja pró­buję nie­zdar­nie wy­peł­znąć na brzeg. Bez­rad­nie śli­zgam się po ścian­kach leja. Zie­mi­sty dół z mla­śnię­ciem pęka wresz­cie od spodu i za­pa­dam się jak w ba­gnie. Znów robi się zimno i cia­sno. Ma­cam dłońmi na­około…

***

13 kwietnia, wtorek

Bu­dzę się spo­cony pół go­dziny przed bu­dzi­kiem. Czuję się roz­bity i wy­mę­czony, ale wiem, że już nie za­snę — mam dość tej nocy. Ma­rek śpi na wznak, prze­cią­gle po­chra­pu­jąc. Ci­cho wstaję, by nie obu­dzić ko­legi, i boso prze­cho­dzę do ła­zienki.

Staję pod let­nim stru­mie­niem prysz­nica, opie­ram dło­nie o ka­felki i po­woli spłu­kuję nocne ma­jaki. Je­stem zbyt otę­piały, żeby my­śleć o czym­kol­wiek. Tkwię tak chwilę, po­zwa­la­jąc, by dro­go­cenna ciecz mnie do­bu­dziła. Jej stru­mień, roz­rze­dzony per­la­to­rem, jest moc­niej­szy niż w moim pra­skim domu czy u matki. Nie ma też ogra­nicz­nika zu­ży­cia, mogę więc tak jesz­cze tro­chę po­stać.

Je­śli do­brze pa­mię­tam, po pro­kla­mo­wa­niu re­pu­bliki is­lam­skiej wszyst­kie pro­gramy oszczęd­no­ściowe w Szwe­cji za­wie­szono. A może to było póź­niej… Zresztą, ja­kie to ma te­raz zna­cze­nie. Jak przy­jem­nie…

Na kost­kach stóp czuję, że po­ziom wody w bro­dziku za­czyna się pod­no­sić. Schy­lam się do od­pływu i krzy­wiąc się z od­razy, wy­cią­gam z niego garść wło­sów. W pierw­szej chwili my­ślę z obrzy­dze­niem, że to po­zo­sta­ło­ści po wcze­śniej­szych ką­pie­lach lo­ka­to­rów. Kiedy jed­nak ko­lejne spły­wa­jące strugi niosą nowe ciemne ko­smyki, bły­ska­wicz­nie wy­ska­kuję spod na­try­sku.

Wy­cie­ram się po­spiesz­nie, zer­ka­jąc w lu­stro. Więk­szość dłuż­szych wło­sów znik­nęła. Nie by­łem prze­sad­nie owło­siony, ale też ni­gdy nie świe­ci­łem gołą klatą. Do dziś. Brzuch jest cał­ko­wi­cie nagi, a na pier­siach po­zo­stały smętne resztki. Przy gład­kich udach kępa na pod­brzu­szu wy­gląda co naj­mniej nie­przy­zwo­icie.

Pa­trzę lekko oszo­ło­miony: mam sze­ścio­pak na brzu­chu… Jesz­cze tro­chę przy­kryty tłusz­czem, ale tak mało, że wi­dzę za­rys smug ścię­gni­stych. Mało tego: na klatce, rę­kach oraz no­gach wszyst­kie mię­śnie są także wy­raź­nie zde­fi­nio­wane, po­kryte te­raz prze­wo­dami żył.

Za­wsze by­łem zbu­do­wany dość prze­cięt­nie. Szczu­pły, lecz nie chudy. Umię­śniony, lecz bez prze­sady. Praca fi­zyczna oraz spo­ra­dyczne upra­wia­nie róż­nych spor­tów ukształ­to­wały moje ciało. Jed­nak tkanka tłusz­czowa do­tąd przy­kry­wała mu­sku­la­turę i nie bu­dzi­łem wes­tchnień ko­biet na ba­se­nie. Te­raz tłuszcz na­gle znik­nął w kilka dni. Zu­peł­nie jak­bym mie­sią­cami tre­no­wał ja­kiś fit­ness.

Pró­buję zła­pać pal­cami fałd skóry na brzu­chu, ale mi się nie udaje. Na­pięta po­włoka przy­wiera do ciała i wy­śli­zguje się z chwytu.

Za drzwiami sły­szę sy­gnał po­budki z bran­so­lety. Po­spiesz­nie oczysz­czam od­pływ, za­kła­dam slipy i prze­po­coną ko­szulkę. Nie chcę, by współ­lo­ka­tor za­czął za­da­wać py­ta­nia, zwłasz­cza że sam nie znam na nie od­po­wie­dzi. Mu­szę to wszystko so­bie po­ukła­dać.

Przy śnia­da­niu je­stem nieco roz­ko­ja­rzony, co Ma­rek szybko za­uważa. Nie na­ci­ska na roz­mowę, chce tylko wie­dzieć, jak do­ga­duję się z chło­pa­kami na bu­do­wie. Od­po­wia­dam zgod­nie z prawdą, że nie było jesz­cze oka­zji do bliż­szych zna­jo­mo­ści. Da­lej jemy w mil­cze­niu. Po­chła­niam dwie por­cje śnia­da­niowe, a wciąż czuję głód. To­wa­rzy­szy mi on od kilku dni. Od mo­mentu zmiany mnoż­nika.

Pracę na bu­dynku za­czy­nam w miej­scu ostat­nio wy­ko­na­nego złą­cza. Har­mo­no­gram mon­tażu nie po­zo­sta­wia w tej kwe­stii miej­sca na do­wol­ność. Wy­ćwi­czone przez lata ru­chy, ła­godne brzę­cze­nie spa­warki do alu­mi­nium i za­pach wy­le­wa­nej na kar­bon ży­wicy po­zwa­lają mi się uspo­koić na tyle, by my­śli ode­rwały się od cią­głego ana­li­zo­wa­nia mo­jej me­ta­mor­fozy. Wą­ska belka na wy­so­ko­ści kil­ku­dzie­się­ciu pię­ter to nie miej­sce na roz­trzą­sa­nie ży­cio­wych dy­le­ma­tów. Z wolna pod­daję się me­dy­ta­cji.

— Hej, bra­chu! — sły­szę wo­ła­nie z dołu.

Kon­dy­gna­cję ni­żej Ma­rek prze­ciąga in­sta­la­cje do naj­bliż­szego złą­cza wie­lo­me­dial­nego. Bę­ben z ta­śmami prze­wo­dów przy­cze­pił so­bie do kraba. Ma­cha do mnie ręką.

— Jak tam?

— Robi się! — od­ma­chuję.

Pa­trzę chwilę, jak spraw­nie prze­miesz­cza się po kon­struk­cji, przy­kle­ja­jąc ka­ble i rurki do ka­na­łów w bel­kach. Nie­ustan­nie zmie­nia miej­sce; roz­ciąga wie­lo­ta­śmę, zmaga się z jej sprę­ży­sto­ścią i jed­no­cze­śnie ope­ruje kle­jarką. Po­ru­sza się w eg­zosz­kie­le­cie cał­kiem na­tu­ral­nie. Au­to­ma­tycz­nie prze­pina lonże mię­dzy sek­cjami pręta ase­ku­ra­cyj­nego, nie prze­ry­wa­jąc wy­bie­ra­nia in­sta­la­cji z bębna. Do­sko­nale wiem, że to mi­strzo­stwo osią­gnął dzięki spe­cy­fice za­wodu: in­sta­la­to­rzy są w cią­głym ru­chu, za­trzy­mują się je­dy­nie w mo­men­cie wpi­na­nia ta­śmy w gniazda.

W mo­jej spe­cja­li­za­cji więk­szość czasu spę­dza się w jed­nym miej­scu, na ko­lej­nych łą­cze­niach, sta­ran­nie na­kła­da­jąc war­stwy w usta­lo­nej ko­lej­no­ści: spaw na car­bo­nal­loyu, spraw­dze­nie spawu, siatka i zbro­je­nie kar­bo­nowe, kon­trola na­prę­żeń, a na końcu za­lewka z ży­wicy i jej utwar­dze­nie. Ro­bota wol­niej­sza niż Marka, ale lu­bię ją. Nie są­dzę, żeby coś się mo­gło wy­da­rzyć…

…chyba że po­peł­nię głupi błąd, który znisz­czy mój świat.

Za­biła mnie ru­tyna. Po­wi­nie­nem być za­bez­pie­czony dwiema lin­kami lonży ase­ku­ra­cyj­nej. Od­twa­rza­jąc póź­niej to zda­rze­nie w my­ślach, do­sze­dłem do wnio­sku, że to brak oby­cia z kra­bem do­pro­wa­dził do wy­padku.

Prze­miesz­cza­jąc się po kon­struk­cjach na wy­so­ko­ściach, naj­pierw na­leży wy­piąć je­den ka­ra­biń­czyk, wpiąć go w nowe miej­sce, a po­tem zro­bić to samo z dru­gim. Jed­nak w prak­tyce rzadko kto na bu­do­wie tak po­stę­puje. Szkoda czasu. Jedną linkę mamy za­cze­pioną na stałe za pa­skiem przy spodniach i uży­wamy tylko dru­giej, prze­kła­da­jąc ją. Bo prze­cież co może się stać?

W na­roż­niku struk­tury prze­cho­dzę więc z jed­nej belki na drugą, a wy­pięty ka­ra­bi­nek trzy­mam w dłoni. Krok jest za krótki. Bra­kuje może pię­ciu cen­ty­me­trów do sta­bil­nego pod­par­cia. Czuję, że lekki opór eg­zosz­kie­letu skraca mój ruch. To wy­star­cza: ści­skana w pra­wej ręce spa­warka prze­waża, lewa ręka wy­strze­li­wuje w bok, pró­bu­jąc za­trza­snąć trzy­many za­czep. Ale nie ma już o co.

SPA­DAM. Je­stem przez se­kundę zdzi­wiony. Póź­niej ude­rzają falą ka­te­cho­la­miny.

Prze­la­tuję koło Marka, który otwiera usta w krzyku. Nie sły­szę go. Bo sam wrzesz­czę.

SPA­DAM, ze stra­chu za­tyka mnie te­raz; to se­kunda ci­szy.

Jak te pię­tra szybko ucie­kają!…

Wi­dzę blade plamy twa­rzy na mi­ja­nych kon­dy­gna­cjach.

Pa­trzę w za­pła­kane oczy April: „Nie bę­dziesz na mo­ich uro­dzi­nach”.

Ob­razy: ostat­nie dni; pod­krę­ce­nie, rzy­ga­nie po nim, obiad u matki…

Prze­kli­nam wul­gar­nie, wy­pusz­czam spa­warkę, roz­kła­dam ra­miona.

„Boję się, że cię już nie zo­ba­czę”.

SPA­DAM, znów wrzesz­czę.

Ależ głu­pia to bę­dzie śmierć!

Ob­razy: pra­skie lot­ni­sko, wa­ka­cje w gó­rach z matką. Mała April pod­rzuca su­che li­ście w parku.

Wrzesz­czę. Już mnie boli gar­dło. Ką­tem oka do­strze­gam po­wie­wa­jący, bez­u­ży­teczny ab­sor­ber lonży.

Ile mogę spa­dać?

Już nie krzy­czę, pa­trzę, jak spa­warka szy­buje z boku, okręca się po­woli w ta­necz­nym pi­ru­ecie…

Nie wie­rzę: to za­raz? Oczy łza­wią. Prze­kli­nam.

Twarz po­chy­lona nad mym łó­żecz­kiem. „Ko­cham cię”. Matka po­pra­wia mi ma­leń­kie skar­petki sko­pane przy fi­ka­niu.

Nie mogę prze­cież tego pa­mię­tać… Tak krótko by­łaś ze mną… Mamo…

Ob­raz: Mat­ter­horn z ogni­stym czub­kiem.

SPA­DAM, spa­dam… i strasz­nie się to cią­gnie. Już nie na­cho­dzą mnie ob­razy. Wiem, co się dzieje. Lecę. Ko­lejne pię­tra wolno od­pły­wają do góry. Jak w win­dzie. Nie… Co­raz wol­niej. Wkrótce nie będę już krzy­czeć. Roz­chla­pany wo­rek mięsa i ko­ści nie krzy­czy. Ob­ra­cam się twa­rzą na spo­tka­nie śmierci. Zo­stały ze dwa pię­tra.

W jed­nej chwili po­ja­wiają się ol­brzy­mie po­ma­rań­czowe pa­rówki po­du­szek po­wietrz­nych, ota­cza­jące mnie zni­kąd, re­je­struję szorstką fak­turę be­tonu… już na wy­cią­gnię­cie ręki…

Ciem­ność, ci­sza.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij