Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

IMPERATYW - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 kwietnia 2026
24,23
2423 pkt
punktów Virtualo

IMPERATYW - ebook

Nora Marshall i Theo Erso uciekają z jednego piekła prosto w kolejne: na bagienne tereny Luizjany, na ziemię Dzikich — ludzi wychowanych na granicy instynktu i brutalnej codzienności. Wśród obcych, którzy nie powinni być ich sojusznikami, Nora odkrywa, że jej własna genealogia została przed nią brutalnie ukryta. Coś łączy ją z tym lasem… i z kimś, kogo powinna omijać szerokim łukiem. Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+)


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-415-7
Rozmiar pliku: 695 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

DLA MOJEGO PRZYJACIELA ROBERTA KRUMINA.

TO ZABAWNE, JAK DOPIERO NAJGORSZE DNI POKAZUJĄ, KTO ZOSTAJE.

TY ZOSTAŁEŚ.

I DLATEGO TO MIEJSCE JEST DLA CIEBIE.

_NIECH PIERWORODNY SYN MORETTI PŁACI ZA GRZECHY SWEGO OJCA AŻ DO KOŃCA ŚWIATA. NIECH JEGO CIAŁO STANIE SIĘ NIEŚMIERTELNE, A SERCE — PUSTE. NIECH STANIE SIĘ BESTIĄ, KTÓRA POŻRE CAŁY SWÓJ RÓD.
A CO DO BEAUMONTÓW… NIECH CAŁE POKOLENIA BĘDĄ SKAZANE NA ŻYCIE ROZDARTE MIĘDZY NATURĄ A ROZUMEM, BEZ SPOKOJU, BEZ PEŁNEJ WOLNOŚCI, BEZ MIEJSCA, KTÓRE MOGLIBY NAZWAĆ DOMEM.
ALLESYIA CHEVALIER_ROZDZIAŁ I

Początek

LUCIEN

KTO WALCZY Z POTWORAMI, POWINIEN UWAŻAĆ, BY SAM NIE STAŁ SIĘ POTWOREM.
— FRIEDRICH NIETZSCHE

TAVERNO, WŁOCHY 2001 R.

To był kolejny wieczór, który zaczął się nudną kolacją z wysłanniczką rodu Clairmont, a skończył w moim łóżku, dokładnie tam, gdzie przewidziałem, że się skończy.

Francuzki. Pełne wdzięku, a przy tym niezmiennie próbujące ukryć desperację pod warstwą Chanel i pretensjonalnych cytatów z Baudelaire’a.

Camille? Celeste? Ktokolwiek na „C”. Jeszcze przez chwilę leżała u mojego boku. Rozmazany tusz ściekał jej pod okiem, a usta, wcześniej wyrażające pewność siebie, teraz drżały.

W oczach miała osobliwą mieszaninę fascynacji i onieśmielenia, jakby nie wiedziała, czy powinna coś powiedzieć, czy po prostu się ubrać. Jedną ręką sięgnęła po satynową narzutę, drugą uniosła, jakby chciała coś powiedzieć, ale zabrakło jej słów.

— To było… intensywne — wymamrotała z miną nieskalaną myślą.

Przewróciłem oczami tak subtelnie, jak tylko potrafiłem.

Wstałem z łóżka bez słowa. Nie dlatego, że byłem nieuprzejmy, tylko dlatego, że od dawna nie czułem już potrzeby nim być. Zresztą nigdy naprawdę jej nie czułem, nie po tym wszystkim, co od lat działo się w tych murach. Jeśli Rody chciały mnie ubłagać ciałem, proszę bardzo, ale niech robią to chociaż z odrobiną klasy.

Na podłodze, wśród zmiętych prześcieradeł i bielizny, leżała moja koszula. Zarzuciłem ją na ramiona, nie zapinając guzików.

— Strażnik odprowadzi cię do bramy. Tam będzie czekał samochód. Clairmontowie mogą uznać, że sprawa została przyjęta do rozpatrzenia.

Nie czekałem na odpowiedź. Zamknąłem za nią drzwi i ruszyłem korytarzem z powrotem do biblioteki. Nie interesowało mnie, czy zrozumiała przekaz. W końcu to ona przyszła do mnie z problemem. Zresztą każda z tych lafirynd prędzej czy później dochodzi do właściwych wniosków. Zwykle dopiero wtedy, gdy jej reputacja legnie już w gruzach.

Rzadko przychodziły tu z własnej woli. Zwykle była to decyzja podjęta przy długim stole, między jednym kieliszkiem a drugim, kiedy ktoś w końcu dochodził do wniosku, że może łatwiej będzie przekonać mnie ciałem niż argumentem.

Wysyłali je w jedwabiach, pachnące drogimi perfumami i cudzymi ambicjami. Uczyli, co mówić, jak patrzeć, kiedy się uśmiechać. Nie uczyli tylko jednego: kiedy przestać.

Większość z nich orientowała się za późno.

Kamień pod moimi stopami był chłodny, wygładzony przez pokolenia kroków, a mimo to wciąż idealnie równy. Przez uchylone okno sączył się zapach jaśminu i wilgotnej winorośli. Gdzieś w oddali ciszę przeciął stuk kielicha o marmurowy blat. Włoska noc pachniała winem, kurzem i wilgocią po niedawnej burzy.

Biblioteka była moją wersją domu. Miałem ten pokój, antyczne regały i ciszę bliższą mi niż jakikolwiek człowiek. Ciszę pozbawioną westchnień, jęków i całych tych teatralnych „intensywnych” uniesień.

Na stoliku wciąż leżała otwarta książka — „De Rerum Natura” Lukrecjusza. Ironia losu. Lektura o naturze wszechrzeczy, czytana przez człowieka, który od dawna jej przeczył.

Usiadłem w fotelu, sięgnąłem po kieliszek wina i upiłem łyk, czując znajomy smak tanin na języku. Po chwili wróciłem wzrokiem do otwartego fragmentu:

„Czas nie istnieje poza ruchem i świadomością. Bez nich nic nie ma znaczenia.”

Oparłem się wygodniej. Dla ludzi czas zawsze był dramatem: starzeniem, przemijaniem, strachem przed jutrem. Dla mnie był już tylko monotonią. Niekończący się ciąg takich samych nocy, spojrzeń i deklaracji w stylu: „to było intensywne”.

Jeśli piekło istnieje, musi wyglądać dokładnie tak.

Pamiętam czasy, kiedy ludzie wierzyli, że świat się kończy. Za każdym razem byli równie przekonani i równie przerażeni. A potem budzili się następnego dnia i odkrywali, że wszystko trwa dalej, tylko w nieco bardziej zepsutej wersji.

Widziałem imperia, które miały trwać wiecznie, a upadały szybciej niż reputacje kobiet, które wysyłano do mojego łóżka.

Jeśli nie czytam, gram. Jeśli nie gram, rozładowuję napięcie z kimś o idealnych biodrach i zerowym potencjale intelektualnym.

Wieczory w zamku Moretti bywają rytualne jak msza, z tą różnicą, że nikt tu nie wierzy w zbawienie. Czas płynie wolniej, kiedy nie masz już niczego do odkrycia, a każdy oddech kobiety brzmi, jak kolejne wcielenie tego samego błagania. Niektóre z nich potrafią mówić o sztuce, inne o śmierci, ale żadna nie zostaje na śniadanie. I bynajmniej nie chodzi o brak grzanek z truflą. Chodzi o to, że z chwilą, gdy przekraczają próg, zaczynają grać w grę, której reguły znam od dwóch stuleci.

Czasem potrafią mnie jeszcze zaskoczyć na godzinę, dwie, z rzadka na całą noc, ale nigdy na tyle, bym zapamiętał ich imię dłużej niż do pierwszego „Lucien, czy mógłbyś…”

Nie. Nie mógłbym.

Zamki mają pamięć. Ten szczególnie. Mury przesiąkły tyloma sekretami, że czasem myślę, że gdyby mówiły, Clairmontowie spaliliby ten budynek własnoręcznie. Na szczęście nie mówią.

Zerknąłem na zegar. Była druga piętnaście. O tej porze zwykle czytałem: rzymskich poetów, greckich tragików, współczesnych socjopatów. Każdy z nich coś wnosił do mojego świata: estetykę, rozpad, diagnozę. Mimo to żadnego nie chciałbym spotkać na kolacji.

Wieczność to nie przywilej. To wyrok dla tych, którzy nie potrafią zrezygnować z kontroli.

A ja, cóż, kontrolowałem wszystko: kobiety, Rody, historię, której nigdy nie chciałem być częścią.

Francuski ród Clairmontów… zawsze elegancki i subtelnie wściekły, że nie stoją pierwsi w kolejce do władzy. Kobiety z ich linii mają w sobie osobliwe połączenie delikatności i ambicji, jakby jednocześnie próbowały pocałować i podciąć gardło.

Lana twierdzi, że to ich narodowy sport. Mówi to z irytującą lekkością, jakby nie była jedną z nich. Czasem jednak widzę w jej oczach ten sam lodowaty błysk nieprzejednanej lojalności, nie wobec zasad, lecz wobec mnie.

Zapukała bez zapowiedzi. Otworzyła drzwi z tą swoją nieznośną gracją. Niedbałym krokiem weszła do środka, stukając obcasami w taki sposób, jakby właśnie schodziła z paryskiej sceny.

— Nie uwierzysz — powiedziała chłodno, nie wchodząc dalej. — Mamy gości.

Podniosłem brwi. O tej porze?

— Nie mam dziś już ochoty na polityczne striptizy — mruknąłem. — Kto ich wpuścił?

— Ja — odparła spokojnie, jakby to wyczerpywało temat. — Nie przyszli z Rodów. I nie mają zaproszenia.

Zawiesiła głos. Rzuciłem jej pytające spojrzenie.

— Dwie kobiety. Jedna w zaawansowanej ciąży. Druga… — zawahała się na ułamek sekundy. — Chodzi, jak ktoś gotowy w każdej chwili poderżnąć komuś gardło.

Nie odezwałem się. Czekałem.

Lana przesunęła wzrokiem po mojej twarzy, jakby oceniała, czy już jestem gotowy na tę rewelację.

— Są w holu.

Spojrzałem na nią uważnie.

W tym wieku nie tylko przestajesz liczyć urodziny, lecz także zakładać, że cokolwiek może cię jeszcze zaskoczyć.

Lana podała mi tożsamość obu kobiet.

Przeliczyłem się.

— Chcesz, żebym je przyprowadziła? — zapytała po chwili.

— Nie — odpowiedziałem spokojnie. — Sam do nich zejdę.

Lana skinęła głową. Nie wyglądała na zaskoczoną, jakby przeczuwała, że tak właśnie zareaguję. Odwróciła się bez słowa i zostawiła mnie samemu sobie.

W moim zamku właśnie zaczynało się coś, czego nie dało się już zatrzymać.

***

Schodziłem powoli, bez pośpiechu, bez napięcia, jak do gości, których nikt nie prosił, a którzy i tak przyszli.

Robiłem to od lat.

Nie potrzebowałem flagi, żeby wiedzieli, po której stronie stanę, kiedy nadejdzie wojna.

Ukrywałem ich po cichu, bez ceremonii i bez deklaracji. Tak właśnie robi się rzeczy naprawdę niebezpieczne: bez świadków i bez śladów.

Nie z litości. Z kalkulacji.

Mieszani nie mieli dokąd pójść. Byli ścigani, eliminowani, zdesperowani, zmęczeni, poszarpani strachem.

A ja oferowałem im coś lepszego niż schronienie: niewidzialność.

Pierwszy raz zrobiłem to przypadkiem.

Chłopak miał może siedemnaście lat. Dziki z odpalonym genem nieśmiertelności. Sabat znalazłby go w ciągu tygodnia.

Został trzy dni. Czwartego już go nie było.

Znalazłem go później, a raczej to, co z niego zostało.

Od tamtej pory przestałem działać przypadkiem.

Zasady były proste. Nie zadawali pytań. Nie zostawali długo. Nie wracali.

Ci, którzy je łamali, nie dostawali drugiej szansy.

Nie dlatego, że byłem okrutny.

Dlatego, że świat poza tymi murami był jeszcze gorszy.

Niektórzy byli sami, inni przychodzili z dziećmi, partnerami, kobietami w ciąży albo niemymi starcami, którzy pamiętali jeszcze czasy, kiedy Sabat nie był tyranią.

Nie byli na tyle głupi, by nie wiedzieć, że ich wybawca nie działa bezinteresownie. Mimo to lgnęli do mnie jak ćmy do ognia.

Wiedziałem, że przyjdzie dzień, w którym Sabat straci cierpliwość, że przestanie się bawić w selektywne egzekucje i ruszy otwarcie na mnie, na moich ludzi, na zamek. I wtedy ci, których ocaliłem, staną za moimi plecami. Może nie z wdzięczności, ale z konieczności na pewno. Nikt inny wszak nie zaoferuje im pomocy. Nikogo innego już nie będzie.

Te odwiedziny były jednak inne. Wiedziałem, że tym razem nie goszczę zwykłych uciekinierek. Już sama ich obecność była policzkiem dla wszystkich niepisanych zasad, które przez dekady trzymały ten świat w równowadze. Jedna była w zaawansowanej ciąży, druga o krok od konfrontacji z całym korytarzem strażników.

Nie spodziewałem się tak osobliwego połączenia krwi. Tak bliskiego… tronu.

Jeśli Sabat był młotem, a Dzicy tarczą, to one były klingą. Cichą, precyzyjną i cholernie nie na miejscu.

Tego nie widuje się co dzień.

To nie były zwykłe kobiety. I nie przyszły po zwykłą przysługę.

Pierwsza z nich była wyczerpana, blada, z brzuchem, który nie pozostawiał pola na domysły. Wyglądała jak ktoś, kto trzyma się pionu wyłącznie siłą woli. Była po prostu ciałem, które jeszcze nie zdecydowało, czy umrze przed świtem, czy tuż po nim.

Druga stała nieruchomo, czujna, ze spojrzeniem mówiącym: „Nie próbuj.” Nie drgnęła nawet wtedy, gdy zbliżyłem się na tyle, by wejść w jej przestrzeń.

To nie była odwaga. Widziałem ją tysiące razy. To było coś gorszego — przyzwyczajenie do przemocy.

Kobieta, która przeżyła już tyle, że nie miała ochoty bać się kolejnego mężczyzny w pięknym domu.

Lana stała z boku, oparta o filar. Jej sylwetka jak zawsze spięta w perfekcyjną linię. Rzuciła mi spojrzenie — krótkie, znaczące. Bez słów, bo słowa były tu zbędne.

Strażnicy nie ruszyli się ani o milimetr. Tylko ogień w kominku trzaskał złośliwie — jakby wyczuwał, że coś się właśnie przesuwa, że równowaga świata drgnęła.

— Dwieście lat — powiedziałem cicho. — I człowiek zaczyna sądzić, że nic już go nie zaskoczy.

Zbliżyłem się do nich powoli.

— Zaskoczyłyście mnie, panie — rzuciłem półgłosem. — A to już osiągnięcie samo w sobie.

Kobieta, czekająca na rozwiązanie, wyraźnie polegała na starszej towarzyszce, Johannie, ale ta nie raczyła otworzyć ust. Patrzyła tylko wyzywająco, czekając na mój ruch. Nie doczekała się. To ona musiała odezwać się pierwsza.

— Potrzebujemy schronienia — powiedziała w końcu. Głos miała głęboki, kontrolowany. Taki, który zna komendy lepiej niż błaganie.

Uniosłem brwi.

— W nocy, bez zaproszenia. Odważnie.

— Nie miałyśmy wyboru — odpowiedziała, nie cofając się. — Wiesz, skąd przybyłyśmy. Wiesz, ile kosztowało nas dotarcie do tego miejsca.

— Mówisz w liczbie mnogiej, ale tylko jedna z was się wypowiada.

Rzuciłem okiem na młodą. Rękę kurczowo zaciskała na brzuchu. Spocona szyja, blada twarz, palce wydawały się drżeć.

— Ona… — Johanna zawahała się po raz pierwszy. — Jest zbyt zmęczona.

Zrobiłem kilka kroków bliżej. Strażnicy nie drgnęli.

— A skąd mam wiedzieć, że nie nasłał was Sabat? — zapytałem łagodnie, jakby to był żart. Może nawet był.

Johanna skrzywiła się.

— Spójrz na nią! Czy ona wygląda jak ktoś, kogo Sabat wysłałby z misją?

Spojrzałem. Długo. Uważnie.

— Wygląda na głupią. Wyjątkowo głupią — powiedziałem z jadowitą uprzejmością. — A twój syn jest jeszcze głupszy. Bo zgaduję, że to on jest sprawcą tej… komplikacji?

Chwila ciszy. Zaskoczenie. Johanna odetchnęła ciężko.

— Oni… oni nie mieli wyboru. Ani jedno, ani drugie.

Zaśmiałem się cicho, sucho.

— Ach, te wasze rytuały. Tłumaczycie nimi wszystko: zdradę, porywczość, seks w krzakach, instynkt, biologię, przetrwanie gatunku. „Nie miałam wyboru” — to brzmi tak szlachetnie. Łatwiej tak powiedzieć, niż przyznać, że twój syn zaliczył panienkę z Sabatu, a ja teraz mam po was posprzątać.

Nie odpowiedziała, ale i nie spuściła ze mnie wzroku.

Odwróciłem się w stronę Lany, żeby wydać jej instrukcje.

Nim rozległ się dźwięk mojego głosu, usłyszałem spokojnie wypowiedziane słowa. Każde z nich wbijało się pod moją skórę z siłą zarezerwowaną dla najstarszych wspomnień.

— _Niech całe pokolenia będą skazane na życie rozdarte między naturą a rozumem, bez pokoju, bez pełnej wolności, bez miejsca, które mogliby nazwać domem. _— Głos Johanny był jak cięcie nożem.

Cisza po tych słowach była cięższa niż wszystko, co padło wcześniej.

Przez dwieście lat żyłem z własną wersją tej pieprzonej układanki. Inną częścią tej samej klątwy — bardziej wymierzoną, bardziej osobistą. Wypaloną w pamięci jak rozżarzony znak.

Wiedziałem, skąd pochodzi ten język. I wiedziałem, co oznacza jego obecność tutaj.

Johanna uniosła głowę z cieniem grymasu.

— Wierzę, że te słowa obiły ci się już o uszy?

Spojrzałem na Lanę.

— Przyszły same?

— Wyszły z mroku jak duchy — odparła spokojnie. — Żadnej eskorty.

— W porządku. — Odwróciłem się do Lany. — Przydziel im komnatę gościnną. Nie tę z widokiem, tylko tę z solidnymi drzwiami. Na jedną noc.

— Na jedną noc? — zapytała Johanna, głosem zbyt spokojnym.

Odwróciłem się z powrotem.

— Na jedną noc. Rano macie zniknąć.

— Tyle zostało z twojej słynnej niezależności, Lucien? — wycedziła. — Odsyłasz ją jak psa, bo boisz się, że ktoś zobaczy?

— Nie jestem sierocińcem, Johanno. Ani kliniką położniczą. A już na pewno nie jestem tym, który będzie sprzątał po waszym rodzinnym burdelu.

— Ona nie miała dokąd pójść!

— I to niby moja wina?

— Ona jest twoim jedynym zabezpieczeniem przed tym, co nadchodzi!

Zbliżyłem się o krok, głos obniżył mi się automatycznie.

— Nie próbuj mnie szantażować. Dobrze wiesz, że gdyby wasz pieprzony książę z bagien nie zaczął spiskować z Wiedźmami, nie byłoby dziś problemu. To twój syn. Wasze decyzje.

— Roland nie wiedział… — zaczęła, ale nie pozwoliłem jej dokończyć.

— Roland to jebany zdrajca. I gdyby nie był na innym kontynencie, wyrwałbym mu gardło własnymi rękami.

Johanna zacisnęła szczękę, ale nie odwróciła wzroku.

— To nie jest takie proste.

Zaśmiałem się sucho.

— Zawsze wszystko komplikujecie, prawda? Imperatyw… Ładne słowo na jedną, prostą prawdę — ktoś nie zapanował nad własnym kutasem.

Lana, stojąca obok filaru, uniosła nieznacznie brwi. Nawet Strażnicy zesztywnieli, jakby spodziewali się, że zaraz coś poleci w ścianę.

Johanna milczała. Patrzyła na mnie bez mrugnięcia z tą swoją cholerną dumą, której nie zdołały złamać ani wieki, ani wojny, ani nawet Sabat.

— Ona jest moją wnuczką — powiedziała w końcu. Cicho, bez ozdobników. — To dziecko nie powinno płacić za to, że jego ojciec myślał fiutem.

Chciałem coś odpowiedzieć — szyderczo, złośliwie, bezlitośnie — ale wtedy nastała przerażająca, nieruchoma cisza.

Spojrzeliśmy wszyscy w stronę kobiety, która do tej pory nie odezwała się ani słowem.

Jej nogi drżały. Pod stopami rozlewała się krew, mieszając się z wodami płodowymi na marmurze. Jej wzrok był wbity gdzieś przed siebie. Stała blada jak ściana, z dłonią zaciśniętą na brzuchu.

— Błagam… — wyszeptała Lucy. — Pomóż mi. Ratuj moje dziecko. Ratuj Laylę.

***

To nie był pierwszy poród w murach tego zamku. Żaden nie przypominał jednak egzekucji.

Stałem pod ścianą, w cieniu. Nie dlatego, że nie umiałem pomóc. Ale dlatego, że nie było już nic do zrobienia.

Lucy wiła się na pościeli zlana potem i blada jak ściana. Skurcze szarpały jej ciałem, a mury zamku odbijały echem jej wrzaski. Przygryzione wargi krwawiły, bo tłumiła krzyk zębami, jakby chciała zagryźć własny ból. Mięła pięściami prześcieradło, wzrokiem zapraszała śmierć.

Lana wróciła z ręcznikiem i miską wody, trzaskając drzwiami, jakby właśnie zaciągnęła się do najgorszego zakładu położniczego w Europie.

— Brakuje mi tylko czepka i dyplomu z paryskiej kliniki — mruknęła pod nosem. — Nie po to ratowałam ten zamek przed trzema zamachami, żeby teraz bawić się w cholerną akuszerkę.

— Powiedz Federice, że potrzebujemy więcej świeżych ręczników i wody — powiedziałem cicho, całkowicie ignorując jej komentarz.

— Chcesz też balonik i ciasteczka?

Spojrzałem na nią chłodno.

— Nie. Chcę tylko, żebyś się do czegoś przydała.

Lana zmrużyła oczy, ale nie odpowiedziała. Odwróciła się powoli i wyszła, zatrzaskując drzwi z godnością królowej, która właśnie została zdegradowana do roli pokojówki.

Johanna klęczała przy Lucy.

Ujęła ją za rękę z czułością, której nie spodziewałem się po tej kobiecie. Długi, jasny warkocz spływał jej na ramię, kiedy szeptała Lucy coś uspokajającego do ucha. Nie dosłyszałem ich. Może nie chciałem.

Lucy wyglądała gorzej z każdą minutą. Oddychała płytko, urywanymi haustami powietrza, jakby tlen był czymś, co trzeba wywalczyć.

Nie ruszyłem się z miejsca.

Nie znoszę zapachu świeżej krwi. Zimna już mnie nie rusza, ale świeża, gęsta, lepka, spływająca po udach kobiety ma w sobie coś z wyroku.

Johanna klęczała obok, z podwiniętymi rękawami, skupiona i opanowana. Jej dłonie były całe we krwi, ale ani razu się nie zawahały. Działała jak ktoś, kto już to robił wiele razy. Wystarczająco wiele, by nie wpaść w panikę.

Krzyk Lucy rozerwał ciszę jak nóż. Instynktownie zacisnąłem zęby. To nie był krzyk przerażenia, tylko krzyk ciała próbującego rozdzielić się na dwie części, z których żadna nie chce ustąpić.

Lana wróciła z kuchni i stanęła z boku, ze spojrzeniem utkwionym w posadzkę. Nawet ona milczała.

Pościel nasiąkała zbyt szybko. Lucy jęczała, potem milkła, potem znowu krzyczała. Pot spływał jej po skroniach, usta miała sine. Każdy skurcz wstrząsał jej ciałem, jakby była marionetką w rękach jakiejś okrutnej siły.

Johanna w końcu nachyliła się niżej.

— Jeszcze chwila, Lucy. Jeszcze chwila — szepnęła, choć obie dobrze wiedziały, że kłamie.

I nagle było po wszystkim.

Dziecko wysunęło się z niej gwałtownie, cicho, bez jednego dźwięku. Tylko śliskie ciało, siny odcień skóry, zamknięte oczy.

Johanna podniosła je zdecydowanym, choć łagodnym, ruchem. Oczyściła usta i nos dziecka z krwi oraz wód płodowych, po czym zaczęła energicznie rozcierać jego plecy, próbując wymusić pierwszy oddech.

Nic.

— No już… — mruknęła pod nosem. — Dalej, Layla.

Lucy otworzyła oczy i spojrzała na nią z przerażeniem.

— Nie słyszę Layli… — wychrypiała. — Czemu nie płacze?

Johanna nie odpowiedziała, pochyliła się nad klatką piersiową Layli. Ta pozostawała nieruchoma. Nie było oddechu. Nie było żadnej odpowiedzi ciała.

Przycisnęła noworodka do siebie i wpatrywała się w nieruchomą twarz dziecka. Liczyła na cud, który nie nadchodził.

Lucy zapłakała. Krótko. Cicho. Jakby już wiedziała, że to koniec.

Po chwili oddech urwał się w pół wdechu. Głowa opadła jej na bok, a dłoń zsunęła się z brzucha.

Jej oczy pozostały otwarte i nieobecne.

Przez chwilę nikt się nie poruszył.

Cisza, która po niej zapadła, była nie do wytrzymania. Była pustką, pojawiającą się wtedy, gdy obecność jednego człowieka nagle znika i nie ma już nic, co mogłoby ją zastąpić.

— Zostaną pochowane z godnością, Johanno. Obie — powiedziałem cicho.

Milczała. Trzymała martwe dziecko w ramionach i płakała bezgłośnie. Zastanowiłem się, czy ktokolwiek kiedykolwiek widział łzy spływające po policzkach tej silnej kobiety.

Lana podeszła do niej i odebrała noworodka. Zawinęła ją ostrożnie w jeden z czystych ręczników. Ruchy miała mechaniczne. Obojętne. Jakby próbowała oddzielić się od tego, co właśnie widziała.

Odwróciłem się lekko w jej stronę z zamiarem wydania instrukcji, kiedy usłyszałem _to_.

Najpierw szmer. Nadstawiłem uszu, pewien, że się przesłyszałem. Potem pisk. A zaraz po nim pełen życia płacz.

Johanna wstrzymała oddech, nawet Lana zamarła.

— Co do… — zaczęła, ale nie dokończyła.

Spojrzała na mnie. Pierwszy raz widziałem w jej oczach coś, co przypominało zaniepokojenie.

— Ona się rusza.

Johanna podeszła błyskawicznie i wyciągnęła ręce.

— Daj mi ją. Natychmiast.

Lana bez słowa oddała dziecko.

Johanna spojrzała na nie z niedowierzaniem, a potem… zaczęła się śmiać. I płakać. Jednocześnie. Przytuliła dziecko do swojej piersi. Dziewczynka przestała płakać, jakby ten dotyk wystarczył, żeby zrozumieć, że już jest na świecie. Że ktoś tu czekał.

— Moja mała Layla… — wyszeptała Johanna, całując jasną główkę. — To cud. Prawdziwy, pieprzony cud.

— To nie cud — powiedziałem cicho. — To nasz gen. Nieśmiertelności.

Johanna uniosła na mnie oczy.

— Ona jest taka jak my — dodałem. — Cokolwiek to znaczy.

Nie odpowiedziała. Nie musiała.

Spojrzałem na dziecko. Miało jasne, wpadające w rudość włosy i sine usta. Skóra była jeszcze nienaturalnie blada, ale oddychała. Była głośna.

Lana stała z boku. Milczała. Patrzyła na dziewczynkę jak na coś niepojętego. Jak na wyjątek, który mógłby zniszczyć wszystkie reguły, jeśli ktoś go nie zauważy wystarczająco wcześnie.

— Co teraz? — zapytała w końcu Johanna. — Co to znaczy?

Spojrzałem najpierw na nią, potem na dziecko.

Dziewczynka oddychała miarowo, z nosem wtulonym w szyję Johanny, jakby ten jeden punkt na ziemi był wszystkim, czego potrzebowała, żeby żyć.

Johanna kołysała ją powoli, cicho, jakby bała się, że jeśli przestanie, coś zniknie. Lana dalej stała przy stole, nieruchomo.

Ja… obserwowałem. Jak zawsze.

Ale tym razem nie miałem gotowej odpowiedzi.

— Nie rozumiem — wyszeptała Johanna, nie podnosząc wzroku. — Ona żyje. W pełni. Nie mogę tego pojąć.

Lana zrobiła dwa kroki w stronę ognia. Przyglądała się dziecku, jakby analizowała je jak próbkę pod mikroskopem.

— Nie przebudziła się — powiedziała cicho. — Jej oczy są nadal niebieskie.

— To noworodek — rzuciłem zbyt ostro. — Każde dziecko ma niebieskie oczy po urodzeniu.

— Ale nie każde urodziło się z krwi Wiedźmy i Dzikiego. I nie każde wskrzesza się po śmierci, Lucien.

Patrzyłem na nią chwilę dłużej, niż powinienem. Nie na Lanę. Na dziecko.

Widziałem już, jak gen się budzi u innych. Widziałem ciała, które nie wytrzymywały tego procesu. Widziałem oczy zmieniające kolor, jakby ktoś rozlał w nich ogień.

Ale nigdy tak wcześnie. Nigdy u czegoś tak kruchego.

A jednak to już się wydarzyło.

Śmierć. I powrót.

Spojrzałem jeszcze raz w jej oczy.

Niebieskie.

Czyste. Ludzkie.

Nie przebudziła się.

To oznaczało tylko jedno.

Dziewczynka była Mieszana.

To słowo przyszło z opóźnieniem, ciężkie i niewygodne jak wyrok, którego nie da się już cofnąć.

Samo zmieszanie krwi Wiedźmy i Dzikiego wystarczyłoby, żeby świat uznał ją za błąd.

Ale jeśli przeżyła śmierć… jeśli jej ciało samo zdecydowało, że nie zamierza umrzeć…

Jedna mutacja to przypadek.

Dwie to problem.

Potencjalnie trzy…

Taka mutacja nie mogła pozostać niezauważona.

Wiedźmy mają swoje sposoby. Zawsze je miały. Wyczuwają pęknięcia w porządku świata tak, jak drapieżnik wyczuwa krew w wodzie.

Prędzej czy później któreś z nich poczuje, że coś się zmieniło.

A potem przyjdą.

Nie po odpowiedzi.

Po dziewczynkę.

Zbyt wiele razy widziałem, jak to się kończy.

Coś we mnie drgnęło. Nie powinno. Nie po tylu latach i decyzjach podejmowanych bez zawahania. Było obce, niewygodne. Natychmiast to zdusiłem.

Zbliżyłem się o krok. Zatrzymałem wzrok na jej włosach — jasno rudych. Takich jak u Lucy.

I wtedy podjąłem decyzję.

— Nigdy cię tu nie było — powiedziałem cicho, odwracając głowę w stronę Johanny. — Ani ciebie, ani Lucy.

Johanna zamarła.

— Obie zmarły przy porodzie. — powiedziałem sucho — Dziecko się nie narodziło. Lucy nie przeżyła.

— Lucien…

— Jeśli ktokolwiek dowie się, że ona żyje, nie będzie miała szans. Ani tu, ani nigdzie.

Johanna zadrżała.

— Nie możesz mi jej zabrać!

Oparłem dłonie na stole. Nie z gniewu. Z ciężaru tej decyzji.

— Nie może zostać z tobą. Wiesz to. Oboje to wiemy.

Zapanowała cisza. Skierowałem wymowny wzrok na Lanę, która cicho westchnęła. W końcu podeszła powoli do Johanny i kiwnęła głową.

— Daj mi ją.

Johanna się zawahała. Pocałowała dziewczynkę w czubek głowy, potem spojrzała na mnie — jakby ostatni raz szukała alternatywy. Nie znalazła jej.

Ostrożnie przekazała dziecko Lanie.

Johanna zaczęła rozpinać cienki łańcuszek na szyi. Złoty, z medalikiem. Gdy mi go podawała, zauważyłem, że jest stary, wytarty, a na odwrocie widnieje litera B.

— Daj jej to. Niech wie, że babcia ją kochała.

Wziąłem go. Skinąłem głową.

Johanna wzięła głęboki wdech, odwróciła się i wyszła. Nie obejrzała się. Drzwi zamknęły się za nią bez dźwięku. Nawet nie słyszałem jej kroków w korytarzu. Tylko tę pustkę, która została po niej.

Przez chwilę się nie odzywaliśmy.

Lana stała obok, z dzieckiem w ramionach, i patrzyła na nie zbyt długo, jak na kogoś, kto zawsze twierdzi, że nie znosi dzieci. Jej twarz pozostała chłodna, ale w oczach mignęło coś, czego dawno u niej nie widziałem. Jakby nawet ona rozumiała, że to nie jest zwykły poród.

Przez sekundę wyglądała tak, jakby Layla poruszyła w niej coś dawno pogrzebanego, jakby na moment pękł pancerz, który budowała przez całe życie. Potem pojawił się uśmiech: cienki, zimny, odcinający wszystko. Lana zwinęła się z powrotem w swoją maskę.

— Co zrobimy z naszą małą katastrofą? — spytała sucho, ale jej dłonie wciąż trzymały dziecko z ostrożnością, której nigdy wcześniej u niej nie widziałem.

Spojrzałem na Laylę. Spała.

Nie wiedziałem.

A to zdarzało się rzadko.

Za rzadko, by to zignorować.

***

NOWY ORLEAN, LUIZJANA 2019 R.

Nie znosiłem Nowego Orleanu.

Było coś obrzydliwie teatralnego w tym mieście, jakby wszyscy grali role w sztuce, której reżyser dawno umarł. Zbyt gorąco. Zbyt wilgotno. Zbyt głośno. A mimo to właśnie tu lubili robić interesy. Sabat kochał sceny, a Nowy Orlean był ich ulubioną scenografią.

Siedziba Chevalierów wyglądała jak wszystko, co do nich należało: imponująca, zimna i cholernie nieszczera. Marmurowe posadzki, kolumny rodem z francuskiej opery i zapach, jakby ktoś próbował przykryć gnijące sekrety drogim kadzidłem.

Już przy wejściu było czuć napięcie. Drzwi otwierały się przede mną bez oporu, jak zawsze. To, co działo się potem, rzadko bywało równie uprzejme.

Siedziałem w sali konferencyjnej z Ronanem Chevalierem, kuzynem Allysy. Starym psem Sabatu, który nauczył się szczekać w eleganckich butach.

— Doceniam, że przyjechałeś osobiście — powiedział, nalewając sobie koniaku. Mnie nie zaproponował. Dobrze wiedział, że nie pijam ich trunków.

Na blacie wyświetlała się godzina 14:37. Wystarczająco wcześnie, by udawać uprzejmość.

— Nie szukamy konfliktu — ciągnął z manierą konferansjera balu maskowego. — Ale wczorajsze wydarzenia… wywołały niepokój wśród wszystkich…

Nie odpowiedziałem. Nie dlatego, że nie miałem nic do powiedzenia. Po prostu wolę, kiedy boją się ciszy.

— Zgładzenie Rodu Kogitsu — kontynuował ostrożnie — było… nagłe.

Spojrzałem mu prosto w oczy.

— Ich śmierć była równie nagła jak decyzje, które podejmowali w ostatnich miesiącach — rzuciłem spokojnie.

Na chwilę zrobiło się naprawdę cicho.

— Nie mieliśmy dowodów, że ich lojalność została podważona — odezwał się w końcu Ronan, ważąc słowa. — A już na pewno nie takich, które uzasadniałyby… taką reakcję. Zwłaszcza podczas balu.

Milczałem.

To właśnie było sedno. Bali się mnie. Bali się, że przestałem być częścią ich gry.

— Więc o to chodziło? — zapytałem spokojnie. — Dlatego kazaliście mi przylecieć z samego rana? Wyciągnęliście mnie z własnego domu pod groźbą… jak to ujęliście? „Konsekwencji”?

Ronan odchrząknął, jakby próbował nadać sobie powagę.

— Sprawa Rodu Kogitsu nie mogła zostać zignorowana.

— Sprawa Rodu Kogitsu — powtórzyłem wolno, smakując słowa. — Chevalierowie nigdy nie mieli zwyczaju wpierdalać się w to, co dzieje się między Rodami. Więc… jaki jest prawdziwy powód?

Zapadła cisza. Ronan napiął szczękę, ale odpowiedział dopiero po kilku sekundach.

— Wydarzenia z wczorajszej nocy wywołały niepokój. Potrzebujemy twojej gwarancji, że nie zamierzasz działać impulsywnie.

Impulsywnie — pomyślałem.

Uwielbiałem, jak ubierali władzę w eufemizmy. Gdy robi to ktoś inny, nazywają to zdradą. Gdy robię to ja, nazywają to impulsem.

W sali zrobiło się chłodniej. Albo tylko mnie się tak wydawało. Przeszklona ściana wychodziła na dziedziniec, który wyglądał zbyt cicho jak na Nowy Orlean.

Coś było nie tak. Nie w słowach, bo te jak zawsze były ostrożne i pozbawione sensu. W ciszy między nimi, zbyt napiętej, jakby ktoś wstrzymał oddech i czekał na sygnał.

Wtedy odezwał się mój telefon.

Na ekranie pojawiło się imię Lany. Sięgnąłem po telefon bez słowa i odebrałem.

Zamarłem.

Twarz mi stężała.

Rozłączyłem się bez słowa.

Wsunąłem telefon do kieszeni. Powoli. Jakby ważył więcej, niż powinien.

Ronan wpatrywał się we mnie uważnie.

Wstałem.

Bez słowa.

Chciał coś powiedzieć, ale nie dałem mu tej szansy. Chwyciłem go za frak i pociągnąłem w górę tak, jak podnosi się worek z mokrym piaskiem.

Był zaskoczony i sparaliżowany.

— Miałem z tym poczekać do końca tej rozmowy — powiedziałem chłodno, patrząc mu prosto w oczy. — Ale niestety… właśnie się naprawdę wkurwiłem.

Otworzyłem drzwi.

Wyciągnąłem go na korytarz.

Zapach uderzył pierwszy.

Metal. Krew. Coś palonego. Coś, co jeszcze kilka minut temu było ludzkim ciałem.

A potem Ronan to zobaczył.

Na podłodze leżały rozczłonkowane ciała.

Krew była na ścianach, pod butami i na białych rękawach Ronana, kiedy odwróciłem go i wcisnąłem plecami w marmurową kolumnę.

Popatrzył na mnie, oczami rozszerzonymi ze strachu.

— Uwielbiam gorzką ironię — powiedziałem szeptem, tuż przy jego twarzy. — To wy zakłóciliście sygnał, prawda? Żeby mnie ogłuszyć. Żebym nie zauważył, że wasi ludzie ustawiają się na zewnątrz jak na jebanej paradzie.

Zacisnął szczękę. Nie odpowiedział. Wiedział, że nie musi.

— I wiesz co, Ronan? Zadziałało. — Wycedziłem przez zęby. — Zakłócenie było perfekcyjne. Nie usłyszałeś, kiedy weszli moi Strażnicy. Nie usłyszałeś, kiedy zaczęli was wycinać, jednego po drugim.

Puściłem go, a on opadł na mokrą od krwi posadzkę.

Był blady.

— To nie ja… Ja nie wiedziałem, Lucien…

Podszedłem do niego wolno.

— Wiedziałeś. Po prostu sądziłeś, że jestem zbyt zajęty, by to zauważyć.

Nachyliłem się.

— Wiesz, Ronan… mogłem się domyślić, że to pułapka. Cały ten burdel był zbyt oczywisty. Chciałem jednak zobaczyć, jak wygląda wasze dno.

Przechyliłem głowę.

— I powiem ci jedno. Nie zrobiło to na mnie wrażenia.

Zamilkł i nawet nie mrugnął.

— Dzisiaj jest twój szczęśliwy dzień — kontynuowałem cicho. — Możliwe, że najszczęśliwszy w całym twoim bezwartościowym życiu.

Ronan drżał. Nie udawał już spokoju.

— Potrzebuję tylko jednego — zbliżyłem się tak, że poczuł mój oddech na policzku. — Żebyś był wiadomością. Gdyby zmasakrowana siedziba waszego Sabatu nie wystarczyła…

Widziałem w jego oczach czystą panikę.

— Powiedz swojej kuzynce, że przyjdę po nią. I że nie zapukam.

Wytarłem krew z dłoni o jego jasną marynarkę. Powoli. Z namysłem.

Ronan nie wytrzymał. Cofnął się gwałtownie, niemal potykając o własne nogi, i rzucił się do ucieczki.

Odwróciłem się do Strażników.

Silvio wyszedł przed szereg.

— Dotarła wieść o ataku na Taverno — powiedział tonem niezmiennym jak stal.

Skinąłem głową.

— Wiem. Lana już mnie uprzedziła. — rzuciłem sucho. — Dowiedz się, czy mają ją Chevalierowie. Czy… Theo. Chcę tę informację natychmiast.

Silvio kiwnął głową.

Odwrócił się do Strażników i krzyknął tylko jedno słowo:

— Caccia!

Rozpłynęli się jak stado drapieżników.

Silvio zniknął za nimi.

Zostałem sam ze swoim rachunkiem.

Jeżeli mają ją Chevalierowie, znajdę ją szybko. Z nimi zawsze chodziło o rytuał, o pokaz, o gówno owinięte w flagę własnej wielkości.

Problem zaczynał się, jeśli uciekła z nim.

Theo Erso nie jest głupi.

Nie zabierze jej tam, gdzie nie mają sojuszników.

A sojuszników… cóż. Każdy, kto mógłby im pomóc, już nie żyje. Albo zaraz nie będzie.

Poza jednym wyjątkiem.

Zbyt bliskim, żeby go zignorować.

Ani Erso, ani Nora nie mają prawa wiedzieć, że ta ścieżka w ogóle istnieje.

Ale nie zaszkodzi złożyć wizyty.

Niektóre rachunki czekają latami.

Ten ma dokładnie osiemnaście.

I wreszcie jest szansa, żeby go wyrównać.ROZDZIAŁ III

Przysięga

NORA

_WŁADZA NIE JEST DANA. WŁADZA JEST BRANA._

— GEORGE R.R. MARTIN

Nie wiedziałam, co mnie bardziej uderzyło krzyk czy cisza po nim.

Wszystko stało się nagle.

Roland wrzeszczał, Theo stał w napięciu, a ja próbowałam nie zwymiotować z nerwów. Czułam drżenie ciała, choć byłam kompletnie nieruchoma.

Widziałam, jak ta kobieta rusza w jego stronę. Powoli. Ramiona trzymała nisko, ale nie było w tym uległości. To był spokój, który nie koi, tylko zapowiada burzę.

— Nie musisz tego robić — powiedziała. — To jest twoje dziecko, do jasnej cholery!

— Nie. To nie jest moje dziecko. — Słowa przecięły przestrzeń jak nóż. — To hańba zrodzona z pomyłki.

Mój własny „ojciec” właśnie wydał na mnie wyrok śmierci. Miałam oczy przypominające mu kogoś, kogo nienawidził, a krew, która we mnie płynęła, nie była dla niego wystarczająco czysta.

— Jesteś gotowa zginąć za nią? — zapytał z drwiącym uśmiechem. — Serio? Za tę trupią, małą sukę?

Zacisnęłam zęby. Gdybym mogła, rzuciłabym się na niego. Ale nie zrobiłam nic. Patrzyłam i słuchałam, jak mój biologiczny ojciec nazywa mnie „trupią, małą suką”.

— Lepiej umrzeć za nią, niż patrzeć, jak staczasz się do poziomu swojego ojca.

Wtedy zrobił coś czego się nie spodziewałam, splunął jej pod nogi.

— Powiedz to jeszcze raz — wycedził.

— Jesteś jego kopią — odpowiedziała spokojnie.

— Może silniejszą. Może bardziej wygadaną. Ale tak samo ślepą. Tak samo dumną. — Zrobiła krótką pauzę. — Tak samo durną.

Nie sądziłam, że kiedyś będę świadkiem dyskusji mojej rodziny o tym, czy warto mnie zabić — na głos. Przy świadkach.

Roland był bliski furii. Widziałam, jak drży mu kark, jak palce zaciskają się na biodrach.

Dzicy spojrzeli po sobie szybko i nerwowo, sprawdzając, kto stoi po stronie Rolanda, a kto Johanny.

To przestała być rozmowa.

Johanna nie patrzyła już na Rolanda. Jej wzrok przesunął się w stronę lasu — jakby dostrzegła coś, czego inni jeszcze nie widzieli.

Theo też tam zerknął, a jego twarz stężała. W sekundę mechanicznie przesunął mnie za siebie, jakby wiedział, że zaraz coś się wydarzy.

Spojrzałam w tę samą ciemność, ale nie zobaczyłam nic.

— Dość tego! — warknął Roland, rozglądając się po zgromadzonych. — Kurwa, patrzcie na nią. Z jego smrodem na skórze. Czy nikt z was nie widzi, że ona jest skazą? Że przez tę małą sukę wszyscy zginiemy?

To było jak policzek. Nie ruszyłam się. Czułam tylko, jak Theo napina się obok mnie. Nigdy nie widziałam w jego oczach takiej mieszaniny pogardy i obrzydzenia, jakie miał patrząc na Rolanda. Nigdy wobec nikogo.

Roland splunął w ziemię.

— Półgnój. Plugastwo. Pośmiewisko dla całego rodu.

I wtedy kobieta wypowiedziała słowa z taką mocą, że cały obóz zamarł.

— Wzywam cię do walki, Rolandzie Beaumont.

Roland spojrzał na nią, jakby oszalała.

— Co ty pierdolisz?

— Wzywam cię do rytuału o przywództwo watahy — powtórzyła powoli, dokładnie. — W imię krwi. W imię przodków.

Kilku Dzikich wstało. Rozległy się szepty.

Słowo „rytuał” ścisnęło mi żołądek. Ostatnim razem rytuał skończył się dla mnie kulką między oczy i pobudką z nowymi tęczówkami.

Roland tylko się uśmiechnął. Ale w tym uśmiechu nie było nic z człowieka.

— Ty nie masz prawa mnie wyzwać.

— Urodziłam cię. Karmiłam. Wychowałam. Byłam żoną Alfy. Masz rację — nie rządzę tu już. Ale to miejsce nie należy do ciebie.

Zamilkł na chwilę.

— W porządku — powiedział w końcu. — Rytuał ma swoje prawa.

— Miles — rzucił, bez odwracania się.

Z ciemności wyłonił się mężczyzna. Masywny, z blizną przez pół twarzy. Za nim ruszyła grupa Dzikich, jakby wyczuła moment. Czułam, jak ludzie wokół zamarli, jak napina się w nich złość, strach, może oczekiwanie.

— To mój reprezentant. — Roland wskazał głową na Milesa, który rozprostował palce z cichym trzaskiem. — Jeśli ona chce rytuału, niech ma rytuał.

Theo zerknął znowu w stronę lasu. Szybko, nerwowo. Brwi ściągnęły mu się na sekundę, ale nic nie powiedział. Spojrzałam na niego pytająco, lecz nie odpowiedział. Wzrok wciąż uciekał mu między drzewa.

— No proszę. Dochodzimy do najlepszego momentu tej farsy. Kto, do kurwy nędzy, ma cię reprezentować? Las? Przodkowie? Duch święty?

Jej głos przeciął powietrze.

— Lucien Moretti.

Słowa Johanny zawisły w powietrzu.

Przez sekundę nikt się nie odezwał.

— Lucien… — usłyszałam za sobą przerażone szepty.

Coś było nie tak.

Nie w nich.

W powietrzu.

Las nagle ucichł.

Nie tak jak zwykle, kiedy zwierzęta się chowają.

Głębiej.

Jakby coś większego weszło na ich terytorium.

Spojrzałam na Theo.

Nie patrzył na Johannę ani na Rolanda.

Patrzył w las.

Już trzeci raz.

Tym razem nie udawał, że to przypadek.

Jego szczęka się napięła.

Palce drgnęły przy udzie.

— Theo…? — szepnęłam.

Nie odpowiedział.

Powietrze zgęstniało.

Owady ucichły.

Zapadła absolutna, nienaturalna cisza.

Nawet ogień przygasł na moment, jakby ktoś go przydusił dłonią.

I wtedy zrozumiałam.

On już tu był.

Roland roześmiał się — pusto i nieprzyjemnie.

Coś za nim zaszeleściło.

Miles nie zdążył się nawet odwrócić.

Lucien pojawił się za nim w ułamku sekundy.

Bez słowa zlał się z jego cieniem.

Widać było tylko ruch ręki, szarpnięcie i krew.

Usłyszałam dźwięk rozrywanego mięsa.

Miles upadł z dziurą w piersi.

Roland… zamarł.

Nikt się nie poruszył.

Przez sekundę nic nie usłyszałam, jakby ktoś wyciął dźwięk ze świata.

Widziałam tylko jego ciało.

I rękę Luciena.

Reszta dotarła później.

Z lewej strony jedna z Dzikich odsunęła swoje dziecko za plecy. Ktoś inny wypuścił powietrze, jakby dopiero przypomniał sobie o oddychaniu.

Lucien stał nad ciałem, trzymając w dłoni serce Milesa, jakby właśnie rozwiązał jakiś banalny problem.

Spojrzał na Rolanda. Nie z pogardą, czy gniewem.

Ze znudzeniem.

Krew kapała powoli z jego dłoni, ciemna i gęsta. Uderzała o ziemię z cichym, mokrym dźwiękiem.

Zapach uderzył sekundę później.

— Ty… pierdolony… potworze… — wysyczał Roland, wskazując na niego drżącym palcem.

Lucien spojrzał na niego bez cienia emocji. Odgarnął z nadgarstka kroplę krwi, która spłynęła po jego palcach. Gdy się odezwał, brzmiał łagodnie. Prawie uprzejmie.

— Jeśli to miał być dowód twojej siły, Rolandzie, to dowiodłeś tylko, że jesteś kurewsko żałosny.

Dzicy zastygli.

Oczy Rolanda roziskrzyły się złością, kark napiął się jak struna. Wiedział, że przegrał.

— Jeszcze pożałujesz… — wypluł z siebie.

— Prawdopodobnie. — Lucien wzruszył ramionami. — Ale nie dzisiaj.

Krzyk wyrwał się z gardła Rolanda. Rzucił głowę w tył, a potem — rozdzierając ubranie — skoczył naprzód i w pół sekundy zmienił się w wilka. Ciemne futro błysnęło, pazury wbiły się w błoto, warkot przeszedł przez obóz jak prąd.

Wilk odwrócił się i pobiegł. Nie w stronę przeciwnika — w stronę lasu.

Uciekł.

Lucien nie poruszył się nawet o milimetr. Stał z tym samym spokojem, z jakim zabił Milesa. Tylko jego oczy — błyszczące, nieruchome — śledziły sylwetkę wilka znikającą wśród drzew.

A potem rozlała się fala.

Ludzi. Dźwięków. Ruchu.

Dzicy krzyczeli, bili brawo, rzucali się sobie w ramiona. Wszystko wybuchło naraz. Ryk śmiechu. Klepanie się po plecach.

Kobieta zniknęła w tłumie, przygarniana raz po raz.

Lucien zrobił krok, omijając kałużę krwi jakby był na spacerze w ogrodzie.

— A ja myślałem, że to dla mnie — mruknął — szkoda.

Żołądek podszedł mi do gardła tak gwałtownie, że przez sekundę widziałam tylko czerwień.

Wtedy zwymiotowałam.

Tuż obok ogniska. Na trawę. Na własne buty. Widziałam już wiele — za dużo jak na osiemnaście lat — ale trzymanie czyjegoś serca w dłoni jak przekąski z bufetu?

To był mój pierdolony limit.

***

Odeszliśmy od ogniska w milczeniu. Nikt nam nie zakazał, nikt nawet nie spojrzał. Dzicy byli w euforii, wiwatowali i śmiali się, jakby przed chwilą nie wydarzyło się nic poza świętem. Tu, na skraju obozu, gdzie gęstsze drzewa zasłaniały światło, a powietrze pachniało bagnem i dymem z wilgotnego drewna, było choć odrobinę ciszej.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij