-
nowość
In a Rush. Miłość na czas - ebook
In a Rush. Miłość na czas - ebook
Zdradzona. Zraniona. Gotowa na zemstę.
Dla Emme Ahlborg wszystko kończy się w jednej chwili –kiedy odkrywa, że jej chłopak od miesięcy ją okłamywał. Zamiast rozpaczać, postanawia jednak odzyskać kontrolę nad swoim życiem. A najlepszym sposobem na to może być…fałszywe małżeństwo.
Ryan Ralston–gwiazda futbolu i jej dawny przyjaciel–składa jej szaloną propozycję: związek na pokaz, który jemu pomoże w interesach, a jej da szansę na słodką zemstę. Udawane małżeństwo, kilka wspólnych zdjęć, odrobina publicznej gry miały być planem idealnym...
Ale granica między pozorami a rzeczywistością zaczyna się zacierać. Ryan robi wszystko, by pokazać Emme, że jego uczucia nigdy nie były kłamstwem. Kiedy jednak na jaw wychodzą jego sekrety, dziewczyna staje przed najtrudniejszym wyborem: zaufać jeszcze raz… czy odejść, zanim znów zostanie zraniona.
Ta historia jest naprawdę SPICY. Sugerowany wiek: 18+
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8417-618-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Emme
Cel dzisiejszej lekcji:
Uczniowie poznają zasady efektownego wyjścia.
Już po pierwszej próbie zamachu na moje życie powinnam była się zorientować, że nie czeka mnie z nim żaden happy end.
Obśmiałam temat, podchodząc do tego jak do zwykłej niewinnej pomyłki, chociaż kurczowo przyciskałam do twarzy maskę z tlenem grubymi, spuchniętymi palcami, a język praktycznie nie mieścił mi się w jamie ustnej. Śmiałam się mniej więcej tak, jak śmiałaby się każda inna osoba, którą układ odpornościowy potraktował jak zakładnika. Cóż, nie raczył wspomnieć, że w składzie jego słynnej zupy kukurydzianej znalazła się hojna porcja krabiego mięsa. To mało istotny drobiazg, o ile od małego nie ma się megaalergii na owoce morza.
W każdym razie Teddy Lazarone był strażakiem. Wiedział, jak postąpić w razie obrzęku krtani i znał na tyle dobrze ratowników medycznych, którzy transportowali mnie do szpitala, że zajmowali się wspólnie porównywaniem statystyk jakichś tam meczów, podczas gdy ja z trudem łapałam oddech. Spędziłam noc na ostrym dyżurze wraz z lekarzami, którzy nie mogli się nadziwić intensywności reakcji alergicznej, jaką zafundował mi mój organizm, i ściągali z najdalszych zakamarków budynku szpitala studentów medycyny, aby ci na własne oczy mogli zobaczyć, że można się zakneblować własnym językiem.
Tyle że w ciągu roku zdarzyło się to jeszcze dwa razy, a teraz… Teraz, gdy stałam przed drzwiami jego mieszkania, dzierżąc w dłoni torbę z jedzeniem niezawierającym w składzie skorupiaków, i już miałam włożyć klucz do zamka, usłyszałam:
– Mocniej! Jeszcze mocniej!
Głos należał kobiety.
Było jasne jak słońce, że oprócz Teddy’ego za drzwiami był ktoś jeszcze. Nie były to odgłosy dochodzące z telewizora ani z filmu pornograficznego. Teddy był w swoim loftowym apartamencie typu studio z kobietą. I to taką, która domagała się intensywniejszych doznań.
Zawsze irytowało mnie to, że ustawił łóżko tuż obok wejścia, więc wszyscy goście momentalnie lądowali w jego sypialni. To chyba był błąd.
Boże, jeden z wielu.
– Kochanie, będzie tak mocno, jak tylko sobie życzysz! – wyartykułował, a cienkie ściany ani trochę nie tłumiły odgłosów uginających się sprężyn materaca i klapsów na gołą pupę. – Ale jutro nie będziesz mogła chodzić.
Policzki zaczęły mnie palić, jakby ktoś dał mi w twarz. Dokładnie te same słowa usłyszałam od niego nie dalej jak cztery wieczory temu. Mówił do mnie per kochanie, a ja byłam w siódmym niebie.
Czułam się wyjątkowa, wybrana i kochana. Miałam wrażenie, że to, co nas łączy, jest prawdziwe. I że pierścionek, który w zeszłym miesiącu znalazłam w jego szufladzie, jest przeznaczony dla mnie.
Ale nie byłam wyjątkowa. Nigdy i dla nikogo.
Zrobiło mi się gorąco. Wręcz kipiałam gniewem i czułam palący wstyd, a jednocześnie w moim wnętrzu ziała lodowata pustka. Na domiar złego, o ile w ogóle mogło nastąpić coś jeszcze gorszego, wrzynająca mi się w nadgarstek torba pękła, a chwiejna piramida złożona z okręconych folią opakowań z jedzeniem rozpadła się i wylądowała na podłodze. Smażony kurczak, makaron zapiekany z serem, fasolka w sosie pomidorowym i sałatka coleslaw – wszystko to znalazło się na moich zimowych butach.
Po dłuższym dyżurze w remizie Teddy lubił zjeść domowy posiłek. Chciałam zrobić mu niespodziankę, takie przyspieszone walentynki, które przypadały w weekend, a on akurat wtedy miał mieć służbę, więc nie moglibyśmy świętować razem. Własnoręcznie starłam ser do makaronu. Przez całe popołudnie powtarzałam sobie, że będzie zachwycony, i to tak bardzo, że może nawet w końcu mi się oświadczy…
Nawet i sobie ugotowałam rewelacyjny rosół. Poprzednio, kiedy przygotowałam dla niego cały posiłek, dał mi do zrozumienia, że moje zapotrzebowanie kaloryczne jest inne niż jego. Chciał, żebym zaczęła jadać trochę lżej. Śniadaniowe wypieki mojego autorstwa i kremowa zapiekanka z ziemniaków smakowały rewelacyjnie, ale tłuszcz i węglowodany jego zdaniem nie były mi potrzebne.
Słuchałam tych bzdur. Ba! Ja w nie wierzyłam!
Ależ byłam głupia!
Tempo uderzeń starej, zardzewiałej ramy łóżka o ścianę spadło. Teddy wymamrotał coś, czego nie byłam w stanie zrozumieć, a potem ona zadała pytanie:
– Słyszałeś to?
– Sąsiedzi. Nie przejmuj się tym. – Klepnął ją w pupę. Ten dźwięk rozpoznałabym wszędzie. Jeszcze pięć minut temu głęboko wierzyłam w jego zapewnienia, że dopóki nie zetknął się z moją pupą, nie miał ochoty zostawiać odcisku swojej dłoni na niczym. – Bądź cicho i pozwól mi skończyć.
Taaaaak. To także brzmiało znajomo.
Wybuchłam gorzkim, gardłowym śmiechem. Wpatrywałam się w fasolkę i makaron na butach i w kurczaka przemieszanego z sałatką – i nie mogłam przestać się śmiać.
Z mieszkania dobiegło mnie więcej dźwięków, a potem odgłos ciężkich kroków. Drzwi się otwarły, ukazując Teddy’ego trzymającego ręcznik w pasie. Najpierw w złości obnażył zęby, a potem ryknął:
– Co jest, do kurwy nędzy?! – Potem zamrugał, ale na mój widok opadła mu szczęka. Zerknął na bok, w kierunku łóżka, a następnie spokojniejszym głosem dodał: – O! Hej! Co słychać?
Śmiech zamarł mi na ustach i potrząsnęłam głową. Oczy mnie piekły, ale nie mogłam pozwolić sobie na łzy. Nie dziś. Nie tutaj. I nie teraz, kiedy na mnie patrzył.
No i nie byliśmy sami.
Zza framugi wychyliła się ładna buzia. Ciemne, potargane w czasie pieszczot włosy spływały na ramiona, a ich właścicielka starała się naciągnąć brzeg T-shirtu Teddy’ego na uda.
– Wszystko w porządku? – spytała.
Rzuciłam Teddy’emu najbardziej lodowate i wrogie spojrzenie, na jakie było mnie stać. W ten sposób odcinałam wszystkie emocjonalne więzy, jakie mnie z nim łączyły.
– W porządeczku – powiedziałam, przeciągając samogłoski. W jego oczach dostrzegłam panikę. – Ale na twoim miejscu nie liczyłabym na wyjaśnienia Teddy’ego. Najwyraźniej ma problem z zapamiętywaniem ważnych informacji.
Machając stopami, zrzuciłam z butów kurczaka i fasolkę, po czym zeszłam po schodach jak gdyby nigdy nic.
Byłam dobra w odgrywaniu roli osoby, która udaje, że nic jej nie wzrusza.ROZDZIAŁ 2
Emme
Cel dzisiejszej lekcji:
Uczniowie nauczą się wybierać mniejsze zło.
Moja najlepsza przyjaciółka krążyła tam i z powrotem.
– Zabiję go.
– Chyba, że to ja go wcześniej zabiję – wymamrotał Ben, jej narzeczony.
Przełożyłam kubek z gorącym napojem do drugiej ręki i zapatrzyłam się w pianki marshmallow unoszące się na powierzchni. Kakao i likier kahlúa, zimowe lekarstwo Grace na wszystkie bolączki tego świata.
W lecie to zadanie spełniała wódka z wiśniami i sokiem ananasowym. Przyjaźniłyśmy się ponad dziesięć lat i te lekarstwa nigdy nas nie zawiodły. Nawet w najgorszych sytuacjach zawsze pomagały złagodzić zły nastrój na tyle, że byłyśmy w stanie przetrwać.
Ale złośliwy głos z tyłu głowy stwierdził, że taka ilość cukru wcale nie wyjdzie mi na dobre.
Nigdy nie przejmowałam się opinią innych na temat mojego ciała, a przynajmniej nie nadmiernie. Byłam niska i przy kości. Może nie rozmiar plus, ale z pewnością pulchna. W niektórych ubraniach krągła. Pełne biodra i duży biust dodawały mi pewności siebie. Moja figura różniła się nieco od sylwetek innych dziewcząt, a ja przekonałam samą siebie, że jestem wyjątkowa.
Miałam świetny biust i doskonale o tym wiedziałam. Uwielbiałam nosić swetry z dekoltem karo i sukienki kopertowe. Lubiłam swój niski wzrost i pulchność, podobało mi się, że przypominam renesansowego cherubinka.
Jednak w ostatnim roku zaczęłam akceptować bezsensowne uwagi Teddy’ego i ukrywać swoje ciało pod rozpinanymi bluzkami oversize i luźnymi dżinsami. Pozwalałam, żeby dźgał mnie palcem w brzuch, mówiąc: „Kochanie, trzeba coś zrobić z tą oponką”.
Odebrał mi praktycznie całą pewność siebie.
Jęknęłam. Nie byłam przekonana, że tym razem sobie poradzę. Nawet nie byłam w stanie dać sobie przyzwolenia na to, żeby podnieść kubek do ust.
Nie mogłam sobie przypomnieć jak tu przyjechałam. Prawie nie pamiętałam niczego, co się zdarzyło od momentu, gdy odeszłam od Teddy’ego. W głowie natrętnie kołatało mi się tylko jedno wspomnienie: jednoznaczne odgłosy dobiegające zza ściany. Każdy jęk i każdy dźwięk były jak gwóźdź do mojej trumny.
I jeszcze jej twarz. Nie mogłam wymazać jej z pamięci.
Założę się, że ją okłamał na temat mojej osoby, pewnie powiedział, że jestem szurniętą eks. A może po prostu nie rozumiem aluzji? Nie zawracał sobie głowy wyznawaniem jej prawdy, tak jak miał gdzieś moje zdrowie, gdy dorzucał owoce morza do wszystkiego, co dla mnie przygotowywał.
Ale to nie była przygoda na jedną noc. To nie był wypadek. Przez cały czas trzymał w szufladzie pierścionek… Jak długo to mogło trwać?
– Wiedziałeś o tym? – Grace zwróciła się do Bena. – Bo jeśli wiedziałeś, to zabiję też ciebie.
Stanął jej na drodze i położył ręce na ramionach.
– Wiem, że to nie jest poważne pytanie, ale chcę usłyszeć od ciebie, że sama wiesz, że to pytanie jest niepoważne.
Ich spojrzenia się spotkały, a Grace prowokacyjnie uniosła podbródek. Robiła to zawsze, gdy ktoś się od niej czegoś domagał.
– I nigdy nic takiego nie obiło ci się o uszy? Plotki w remizie? Męskie pogaduszki w szatni, które wy, faceci, tak uwielbiacie?
Ben poruszył palcami na jej ramionach.
– Powiedziałbym ci o tym, Grace, i, do cholery, ty dobrze o tym wiesz.
Przeniosłam uwagę z powrotem na kubek i poczułam, jak rozgrzewają mi się palce, a dno wrzyna mi się w dłoń. Ci dwoje tak dobrze się znali, trudno mi było na to patrzeć.
Dawno temu, gdy jeszcze miałam złudzenia, wyobrażałam sobie naszą czwórkę razem, już na zawsze. Za kilka miesięcy, w lecie, Grace miała poślubić Bena, a potem prędzej czy później byłby nasz ślub, mój i Teddy’ego. Organizowalibyśmy sobie wspólne wypady we czwórkę i na zmianę urządzali przyjęcia albo obchodzili święta raz u jednych, raz u drugich. Zamieszkalibyśmy w sąsiedztwie pod miastem, a potem Grace i ja w tym samym czasie zaszłybyśmy w ciążę. Nasze dzieci by się zaprzyjaźniły, a mężowie sprzeczali na sportowe tematy i wszystko byłoby dobrze. Wszystko byłoby w porządku między nami.
Przestałam przysłuchiwać się ich rozmowie i pogrążyłam się w mentalnej otchłani, gdzie nie było niczego poza kubkiem, gorącym kakao i piankami marshmallow. Byłam sama. Sama w ciemnej nicości. I pewnie tam zostanę, bo lada moment Grace przypomni sobie o tym, że…
– Musisz znaleźć sobie nowego drużbę.
No i proszę. Moje naiwne nadzieje dotyczące tego, co miało być na wieki, komplikują jej wielki dzień.
– Wiem, że to twój najlepszy przyjaciel, ale… – Przeczesała palcami swoje ciemne, długie włosy. – Nie może być na weselu.
Ben opuścił ręce na biodra.
– Grace.
Problem z pogrążaniem się we własnych myślach polegał na tym, że często mi się to przytrafiało w towarzystwie innych osób. Byłam obecna tu i teraz, działo się coś, w czym brałam udział, a jednocześnie się wyłączałam. Tak jak teraz – Ben w osłupieniu wpatrywał się w Grace, a mnie to nie ruszało. Już nie. Tak było od momentu, gdy do nich dotarłam w pobrudzonych serem butach, a potem, gdy czkając, opowiedziałam całą historię o ładnej dziewczynie z włosami potarganymi podczas łóżkowych ekscesów.
Czy to ona miała dostać ten pierścionek? Najpewniej tak.
Chyba że były jeszcze inne kobiety…
Skoro była jedna, to równie dobrze mogło być ich więcej…
Jeśli dalej będę się nad tym zastanawiać, to nigdy nie przestanę.
Grace przyjęła dokładnie tę samą pozycję co Ben.
– Nie ma takiej możliwości, żebym zmusiła moją druhnę do przejścia pod ołtarz z gościem, który ją zdradził.
– No to nie pójdą razem. Mamy dużo czasu, żeby opracować całą logistykę. Nie musimy podejmować decyzji dzisiaj.
Grace wróciła do dreptania tam i z powrotem i po chwili sarknęła:
– W ogóle nie ma konieczności, żebyśmy się pobierali.
– Słucham? Zechciałabyś to jeszcze ze mną skonsultować, kochanie?
Gdy po raz kolejny Ben wszedł jej w drogę, ponownie skupiłam całą uwagę na kakao. Pianki podgrzały się i straciły kształt, co zauważałam w jakiś dziwny i pokręcony sposób. Wiedziałam, że coś się ze mną dzieje, najprawdopodobniej coś, co sama wywołałam, bo byłam jedynym wspólnym mianownikiem w całej tej szopce.
Grace coś mówiła, ale jej nie słuchałam. Ben wzdychał, jakby dostał cios w brzuch. Nie czułam żadnej potrzeby dowiedzenia się, co takiego powiedziała. Zapewne były to jakieś absurdy, coś dramatycznego, pewnie postawiła ultimatum, jedno czy dwa. Mocno inspirowała się postaciami złych królowych z bajek.
Grace stylizowała się na czarny charakter i chociaż taki wizerunek do niej pasował, to wcale nie była taka z natury. Moja przyjaciółka wiedziała, kim jest, i nie zawracała sobie głowy tym, czy ktoś miał z tym problem, czy nie.
Ja nie byłam taka jednoznaczna.
Znałam Grace (od dawna i na wylot) i wiedziałam, że jest gotowa puścić całą imprezę weselną z dymem, jeśli jej nie powstrzymam. Właśnie tak by postąpiła, i to bez skrupułów, choć to nikomu by nie pomogło, a ja i tak dalej bym się pogrążała w smutku, dochodząc do stanu, w którym sama bym się nie poznawała. Załamywałabym się tak długo, aż wszystkie rany pokryłyby się grubymi bliznami.
Dlatego nie ma mowy, żebym pozwoliła jej odwołać ślub!
Dam radę. Udźwignę to. Znajdę jakiś sposób, żeby sobie poradzić z Teddym przez najbliższe miesiące. Uśmiechnę się i zrobię to dla Grace…
O, nie! Nie!
Nagle uświadomiłam sobie, że zasadniczo się mylę. To nie ja powinnam kryć się w cieniu z moimi bliznami. To nie ja mam chodzić z rozmazanym tuszem do rzęs i złamanym sercem. On zrobił to, co zrobił, i to on powinien odczuwać dyskomfort. Niech się teraz przekona, że nie zamierzam poświęcać ani minuty więcej na żałobę po nim. Po nas. Po naszym związku. Niech zda sobie sprawę z tego, co miał, a co odrzucił. To on powinien cierpieć.
– Grace, nie ma sprawy – powiedziałam sucho, dzieląc całą wypowiedź na pojedyncze wyrazy. – Kutas z niego, to fakt, ale nie ma sensu z tego powodu odwoływać wesela. Jestem zbyt zmęczona, żeby się z tobą o to kłócić, więc musisz przyznać mi rację, zanim Ben dostanie zawału.
Moja przyjaciółka skrzyżowała ręce na piersi, patrząc na mnie. Po chwili odwróciła się do swojego narzeczonego.
– Dlaczego przyjaźnisz się z takim kutafonem? – zapytała.
Ben uniósł brwi, a w jego oczach dostrzegłam nadzieję na miękkie lądowanie. Wzruszył ramionami.
– Nie wiem. Kilka razy ocalił mi życie, ale to oczywiście nie ma znaczenia w tej sytuacji.
– Absolutnie nie ma – powtórzyła Grace.
– Dobrze, dobrze – wymruczał, masując się po karku. – Cieszę się, że mamy jasną sytuację.
Przez moment mu się przypatrywała, w milczeniu rozważając dostępne możliwości. Wiedziałam, że nie chciałaby odwoływać wesela. Ukradkiem ciągle oglądała zdjęcia zrobione w dniu, gdy znalazła sukienkę ślubną. Nasza przyjaciółka Shay zaproponowała organizację wesela na jej rodzinnej farmie tulipanowej, a Grace z trudem powstrzymywała się, żeby nie opowiadać wszystkim o tym, co ją urzekło w tamtym miejscu. No i mocno kochała Bena, nawet jeśli tego nie okazywała.
– To co zamierzasz zrobić w tej sprawie? – zapytała go.
– Miałem do niego zadzwonić i mu nawymyślać, ale jeśli wolisz, mogę mu powiedzieć, że od teraz nie ma co liczyć na moje wsparcie podczas pożarów. – Ben wzruszył ramionami i wyciągnął ręce. – Mnie pasuje jedno i drugie.
Ach, ci dwoje! Gdybym była w stanie się śmiać, to bym to zrobiła. Muszą się pobrać. Muszą mieć swoją wielką imprezę i swój specjalny dzień.
A ja muszę wymyślić, jak robić dobrą minę do złej gry, kiedy kawałek po kawałku będę miękła, rozpuszczała się, aż zniknę, całkiem jak te słodkie pianki.ROZDZIAŁ 3
Emme
Cel dzisiejszej lekcji:
Uczniowie nauczą się wspominać stare, dobre czasy (nago i wysmarowani olejkiem).
Tupałam na wycieraczce, a z moich butów odrywały się mokre grudki śniegu. Spod szkoły odjeżdżał właśnie ostatni autobus szkolny. Dyżur na parkingu był znacznie lepszy niż nadzorowanie ruchu samochodów podwożących uczniów do szkoły. Nawet jeśli niektóre busy się spóźniały, to nie trzeba było walczyć z zacinającymi się drzwiami przesuwnymi w minivanie ani kierować ruchem na środku ulicy, żeby kolejka aut zaczęła się posuwać.
Mimo to dni dyżurowania na tym parkingu, kiedy lodowaty i wilgotny zimowy wiatr przenikał przez płaszcz aż do kości, nie należały do najłatwiejszych.
Chociaż może teraz byłam nadmiernie na wszystko wyczulona. W ostatnim czasie każdy chłodny dzień, każdy korek samochodowy, każde skaleczenie papierem, każda drobna niedogodność sprawiały, że trudno mi było oddychać. Ciężko było mi też pohamować chęć naciągnięcia koca na głowę, skrycia się pod nim przed całym światem i zaczekania na lepsze czasy.
Mimo że palce prawie mi odmarzały, wyjęłam telefon i napisałam krótką wiadomość z życzeniami urodzinowymi do mojego przyjaciela z domu. To znaczy ze szkoły średniej, którą traktowałam jak dom. Miałam dużo domów. Zadanie mi pytania, skąd pochodzę i gdzie jest mój dom, było ryzykowne.
Wróciłam do sali lekcyjnej, ale od razu skierowałam się do przyległego pomieszczenia, prowadzącego do pierwszej klasy, w której uczyła Jamie Rouselle. U niej zawsze było ciepło,
a i przekąski były z najwyższej półki. Jeszcze jeden bonus: przy niej nie musiałam udawać, że sprawnie funkcjonuję.
Czułam się jako tako, bo nie było innego wyjścia. Dlaczego?
Bo krzywo patrzono by na osobę, która chodziła niedomyta, stroniła od wszystkich, garściami jadła suche płatki śniadaniowe i oglądała komedie romantyczne, a po szczęśliwym zakończeniu ni krzyczała, ni łkała: „Kłamstwa!”.
Dlaczego? Ponieważ miałam pracę, w której wymagano ode mnie, abym przez siedem godzin dziennie zabawiała dwudziestu sześciu drugoklasistów.
Ponieważ porywcza Grace zawsze mogła wcielić w życie pomysł odwołania ślubu, nie było istotne, że tkwiłam w samym środku emocjonalnego bagna. Nie miałam zamiaru ani na to pozwolić, ani wyrzucić w błoto pieniędzy, które wydałam na suknię druhny.
Tak więc czułam się jako tako. W porządku. Byłam w stanie funkcjonować. Ale tylko wtedy, gdy było to konieczne.
Ujrzałam Jamie. Przyciskała właśnie puszkę dietetycznej coli do czoła.
– Ile jeszcze zostało do ferii w kwietniu? – zapytała z zamkniętymi oczami.
– Piętnaście dni roboczych. – Opadłam na siedzenie naprzeciwko niej przy stoliku do czytania w niewielkich grupach i sięgnęłam do torby z popcornem, która tam stała. – Zakładając, że uda nam się przetrwać tak długo.
Jamie z westchnieniem otworzyła puszkę z napojem.
– Uda się.
– Mów za siebie – powiedziałam, wrzucając garść popcornu do ust. Miałam maniery. – Twoi uczniowie nie próbują codziennie przeprowadzić zamachu stanu.
– Ja z nimi wytrzymałam, to i tobie się uda – odrzekła.
W ubiegłym roku, gdy moi drugoklasiści byli w pierwszej klasie, ona była ich wychowawczynią. Rozrabiaki. W naszej szkole było za mało nauczycieli wspomagających, którzy wspieraliby proces nauczania i potrzeby rozwojowe uczniów, a ten, którego przydzielono w mojej klasie, musiał pomagać także w innej. Szkoła przez cały rok próbowała zwiększyć liczebność kadry, ale był już koniec marca i musiałam pogodzić się z sytuacją.
Jamie wskazała brodą w kierunku korytarza, nie przerywając konsumpcji popcornu.
– Grace już wyszła?
Udało mi się powstrzymać rozwój hipotermii i wreszcie mogłam zdjąć płaszcz.
– Ma spotkanie z fotografem przed lekcjami.
– Słuchaj… – zaczęła Jamie i skrzywiła się, patrząc na puszkę. – Chciałabym ją wesprzeć w tej dodatkowej pracy, ale martwię się, że coś by się między nami zmieniło.
– Wiesz, jak się robi depilację bikini woskiem? Ja tak, bo z nią mieszkałam i mi opowiadała. – Potrząsnęłam głową. – Nie rób tego. I nie dlatego, że wtedy trzeba rozewrzeć pośladki, żeby kosmetyczka mogła dotrzeć do najbardziej intymnych części ciała.
– Hm, mam pewne doświadczenie, jeśli chodzi o dziwne pozycje i dziwnych ludzi.
Zdusiłam śmiech.
– Nie musisz decydować się na depilację woskiem. Wsparcie moralne wystarczy.
Przez cały okres nauki w college’u Grace dorabiała sobie jako kosmetyczka. Nadal po lekcjach i w czasie wakacji zdarzało jej się świadczyć te usługi, a w ostatnich miesiącach robiła to nawet częściej, najwyraźniej wesele oznaczało zwiększone wydatki. Z tego, co słyszałam, była w tym dobra i zawsze miała klientki, chociaż nie wiem, czy chciałabym się poddać depilacji akurat u niej. Zbyt dobrze znałam jej złą stronę.
Mój leżący na stoliku telefon zawibrował kilka razy. Rzuciłam okiem na ekran, nie przerywając pochłaniania popcornu.
WILDCAT: Dzięki.
WILDCAT: Fajnie, że się odezwałaś.
WILDCAT: Myślałem o tobie wczoraj cały dzień.
WILDCAT: Czy byłaby jakaś szansa na wspólną kolację w niedługim czasie?
WILDCAT: Będę w ten weekend.
– Jeśli znowu kontaktuje się z tobą ten Teddy, to chyba przemówię mu do rozsądku. – Jamie pochyliła się, żeby spojrzeć na ekran. – Emmeline, skarbie, moje serce, moja miłości, kim, u licha, jest Wildcat?
– To znajomy z liceum – odpowiedziałam ze śmiechem. – Dziś ma urodziny.
– I naprawdę nazywa się Wildcat? – Jamie splotła palce pod brodą. – Jak to możliwe, że nigdy o nim nie słyszałam?
Śmiałam się dalej. To było dziwne uczucie. Jakbym zardzewiała. Jakby moje mięśnie musiały nauczyć się właściwego ruchu. Wygląda na to, że ostatnimi czasy miałam mało powodów do śmiechu.
– Grał w futbol na Uniwersytecie Stanu Arizona, a maskotką tamtejszej drużyny jest żbik. Miałam wątpliwości co do wyboru uczelni przez niego, więc taką mu dałam ksywkę i tak zapisałam sobie jego numer w kontaktach w telefonie. Naprawdę nazywa się Ryan.
– Będę szczera. Liczyłam na ciekawszą historyjkę. Na przykład o dorastaniu w jakiejś dziczy, gdzie panował kult przetrwania. Albo coś o zmianie kształtów. To byłoby bardzo zabawne. – Jamie upiła łyk coli, mrucząc z zadowoleniem. – Opowiedz mi o tym Ryanie.
– Futbolista. Rozgrywający w drużynie Bostonu czy bodajże Nowej Anglii – rzuciłam, szczerząc się do telefonu.
– I wysyłasz gościowi, którego znasz z liceum i który jest zawodowym sportowcem, życzenia urodzinowe SMS-em?
Oparłam stopy o niewielkie krzesło obok mnie. Byłam wyczerpana. Do tego miałam na sobie zapinane na guziki spodnie, a gumka cisnęła mnie w pasie, bo miałam wzdęcia. Bolesne. Powinnam była pamiętać, że pierwsza połowa cyklu za mną i czas przejść na miękkie, wygodne, nieopinające ubrania.
– Tak.
– No dobra, muszę zapytać… Dlaczego nic mi o tym nie wiadomo?
Wskazałam telefon.
– Nie miałam z nim kontaktu przez ostatnie kilka miesięcy aż do dziś. Zwykle wysyłamy sobie życzenia urodzinowe i czasem jakieś wiadomości na lokalne tematy. On jest bardzo zajęty. Nie widuję go częściej niż raz do roku.
– Ale myślał o tobie.
To mogło oznaczać wszystko i nic. Może usłyszał jakąś piosenkę, której w kółko razem słuchaliśmy na jednej parze słuchawek, albo obił mu się o uszy jakiś cytat z filmu, który powtarzaliśmy wielokrotnie. Może zauważył mandarynki w sklepie spożywczym, o ile w ogóle jeszcze sam robił sobie zakupy, bo pewnie miał od tego odpowiednich ludzi. A najprawdopodobniej mógł przypadkiem natknąć się na mojego obecnego ojczyma lub któregoś z moich byłych ojczymów.
Przeczytałam wiadomości od niego jeszcze raz. Znałam Ryana. To zupełnie nic nie znaczyło.
– To przyjaciel czy chłopak z liceum? – drążyła.
– Przyjaciel – doprecyzowałam. – Zawsze byliśmy przyjaciółmi.
Przyjaźń zawsze wydawała mi się krucha i ulotna. W dzieciństwie wiele razy się przeprowadzałam, w efekcie nie zbudowałam zbyt wielu trwałych więzi. Gdy tylko się gdzieś osiedliłam i nawiązałam jakieś znajomości, następowała zmiana i przeprowadzka. Przez długi czas przyjaźniłam się tylko z Ryanem. Grace poznałam dopiero w college’u, a z czasem pojawiły się Jamie i inne nauczycielki, z którymi się zaprzyjaźniłam.
Jamie spojrzała na mnie oceniająco.
– Spotkasz się z nim?
– Tak – odpowiedziałam automatycznie. Tak naprawdę miałam ochotę powylegiwać się w łóżku przez cały weekend, ale dla Ryana zawsze znajdę czas. Założenie prawdziwych ubrań i zachowywanie się jak człowiek przez jeden wieczór to nie wyczyn na miarę zdobycia Mount Everestu. – W końcu jego grafik nawet poza sezonem pęka w szwach.
– W takim wypadku jestem zmuszona go prześwietlić. – Sięgnęła po telefon. – Dla twojego i mojego dobrego samopoczucia nie wolno ci zadawać się z nikim, kto nie został wstępnie zaakceptowany. To jest element mojego naukowego planu rekonwalescencji po zerwaniu, więc nie podlega dyskusji. Jak ma na nazwisko ten twój żbik?
– Ralston – odpowiedziałam i sięgnęłam po popcorn.
– Ryan… Ralston? Skądś znam to nazwisko. – Zmarszczyła czoło, wpisując te dwa słowa w wyszukiwarkę. – Nie, nie, nie! To nie może być… No, nie! To niemożliwe, żebyś ot tak sobie chodziła do szkoły razem z jedną z największych gwiazd zawodowego futbolu, Emme! – Pokazała mi nagłówek artykułu na temat przedłużenia kontraktu z Ryanem, dzięki czemu stał się najlepiej opłacanym graczem w NFL.
Kiwnęłam głową.
– Tak, dobrze sobie ułożył życie.
– Zawsze fascynuje mnie pani życie, panno Ahlborg – Jamie sapnęła z niedowierzaniem i odwróciła ekran telefonu w moją stronę. – Jest jeszcze to.
Powiększyła zdjęcie Ryana, na którym był zupełnie nagi, a przyrodzenie zasłaniał, trzymając w tym miejscu piłkę. Zdjęcie pochodziło z artykułu w jednym z magazynów sportowych i wszyscy opisywani zawodnicy zostali przedstawieni nago, ale ze smakiem. Kiedy tekst się ukazał, Ryan napisał do mnie wiadomość, podał link i zapytał, ile hejtu wyleją na niego byli uczniowie naszej szkoły. Zgodziliśmy się ze sobą, że sporo.
Wprawdzie był uwielbiany w swojej rodzinnej miejscowości, ale jej mieszkańcy w gruncie rzeczy potrafili być wredni.
– Ktoś został zatrudniony do tego, żeby przed sesją wysmarować jego ciało olejem – stwierdziła Jamie. – Przychodzisz któregoś dnia do pracy, dają ci do ręki naczynie z olejem najwyższej jakości i dostajesz polecenie, żeby natrzeć ciało takiego napakowanego sportowca. I jeszcze ci za to płacą! – Potrząsnęła głową. – Powinnam zmienić pracę.
– Kochanie, wylaliby cię od razu, gdybyś klęknęła przed nim i powiedziała: „Jestem cała twoja”.
Znów pokazała mi ekran.
– Chyba nic dziwnego, co?
Przyłożyłam rękę do czoła, wpatrując się w ciemne wzory tatuaży na błyszczących od oleju ramionach, przedramionach i klatce piersiowej. Do tego niewiarygodny sześciopak i wcięcia na biodrach widoczne tuż nad piłką do futbolu amerykańskiego.
– Za powiększenie dziękuję.
– A ja wprost przeciwnie. – Zaczęła przechylać głowę to na jedną, to na drugą stronę, jakby była w stanie podejrzeć, co kryło się za piłką. – Emme, on jest piękny. Niczym statua. Michał Anioł by czegoś takiego nie wymyślił. Mój Boże, i jeszcze te włosy!
Zgadzałam się ze wszystkim, co powiedziała, a w szczególności z ostatnią obserwacją. To była czysta niesprawiedliwość, że swoje kasztanowe włosy Ryan musiał trzymać tyle czasu pod kaskiem, bo były wprost wspaniałe. Gęste, z połyskiem i z naturalnymi jasnymi pasmami, które mogły stanowić niedościgniony wzór dla każdego fryzjera. W dodatku zawsze układające się bez zarzutu, i to niezależnie od tego, ile razy przeczesał je palcami.
Zawsze żartowałam, że stosuje jakiś tajny zabieg pielęgnacyjny na włosy, aczkolwiek irytująca prawda była taka, że nie było mu to potrzebne. Mógł umyć włosy mydłem w kostce, pozostawić do wyschnięcia, a one wyglądały tak, że śmiało mógłby reklamować szampony do włosów. Ostatnio zawarł umowę promocyjną na sporą kwotę z pewną firmą produkującą ekskluzywne kosmetyki do pielęgnacji włosów.
– Pewnie nie wyglądał tak w szkole średniej – westchnęła Jamie. – W przyrodzie musi panować równowaga. Przysięgnij, że był wysoki jak tyczka i niezgrabny.
Otworzyłam aplikację ze zdjęciami i zaczęłam skrolować galerię, cofając się o wiele lat.
– To – powiedziałam – trzecia klasa liceum. Nie przyjmuję krytyki dotyczącej pasemek ani ilości bronzera na twarzy w wersji barwy wojenne. Byłam jeszcze dzieciakiem.
Wręczyłam jej telefon, a ona podniosła palce jednej ręki do ust, a drugą delikatnie naciskała ekran, przesuwając fotki.
– Cóż, przyroda chyba dba o równowagę w innym miejscu, bo jemu niczego nie odebrała. – Urwała, żeby wyartykułować wszystkie ochy i achy, a potem uszczypnęła mnie w policzek. – Ojej, ale był z ciebie słodziak! I ta mała buźka!
Machnęłam ręką w reakcji na jej słowa.
– Przestań, mamo! Zawstydzasz mnie!
Jamie się roześmiała.
– A teraz powiedz, czemu trzymasz dwie pomarańcze przed oczami.
– Pewnie dlatego, że moja kora czołowa jeszcze się w pełni nie rozwinęła i robiłam idiotyczne rzeczy, jak każdy na tym etapie życia. – Wzruszyłam ramionami. – Nie wiem. Przepadałam za mandarynkami, w szkolnej szafce trzymałam ich całą torbę, kilka pakowałam po kieszeniach i przez cały dzień je zajadałam. Stale miałam pomarańczowe paznokcie od obierania skórki.
Jamie mamrotała coś pod nosem.
– Ja też pewnie robiłam takie głupotki w szkole średniej, ale nie przychodzi mi do głowy nic innego poza przeprowadzaniem seansów spirytystycznych w łazience. Chociaż to żadna ekstrawagancja. – Wskazała na ekran i zdjęcie zrobione na linii bocznej po meczu.
Na tej fotce Ryan trzymał pod jedną pachą kask, a pod drugą mnie. Minę, jak zawsze, miał poważną.
– Chyba byliście ze sobą blisko? Popatrz na jego rękę i na to, jak cię obejmuje. Opiera dłoń na twojej klatce piersiowej, jakby chciał cię obmacać! Cóż za zaborczość!
Ale to nie było tak. Byliśmy przyjaciółmi, najlepszymi przyjaciółmi. Dzieliliśmy się wszystkim, nawet kanapkami. Nie mieliśmy przed sobą tajemnic. Nasi znajomi żartowali, że kiedy jesteśmy razem, porozumiewamy się ze sobą w jakimś innym języku. Po latach nadal uważałam, że tak było w porządku. Rozmawialiśmy językiem, który służył do komunikacji w miejscu, gdzie wszystko było popieprzone na maksa i trzeba było jakoś przetrwać, dlatego tak do siebie pasowaliśmy.
Ale nasza relacja wolna była od namiętności i romansu.
W szkole każde z nas umawiało się z innymi i nigdy, przez cały ten czas, nawet przez chwilę, żadne z nas nie liczyło na nic więcej. Gdybym miała wybierać, myślę, że zostałabym przy tym, co nas łączyło. Oprócz niego nie miałam nikogo i nie chciałam go stracić. Nie mogłam ryzykować.
– I nie zapominajmy o tym, że jest bardzo spocony – ciągnęła Jamie. – A tobie najwyraźniej wcale to nie przeszkadza. Zero problemu. Zupełnie jakbyś pozwalała mu na to, żeby cię oznaczył swoim zapachem. To bardzo pierwotne.
– Wcale nie – odparłam. – Skąd ta teoria?
– Po prostu mówię ci, co czytam z tej fotki, kochanie.
– Naprawdę jesteśmy tylko przyjaciółmi. Między nami nic nie było. Na pewno dokopiesz się do mnóstwa jego zdjęć na czerwonych dywanach z supermodelkami i gwiazdami pop w dużo bardziej poufałych pozach. Odkąd trafił do NFL, jest jak puchar przechodni.
– Ależ zamieniam się w słuch. – Oddała mi telefon i wzięła do ręki swój. – Chętnie pobawiłabym się w odczytywanie mowy ciała, ale założę się, że nie ma żadnego zdjęcia, na którym jakaś top modelka pada mu w objęcia akurat wtedy, kiedy leje się z niego pot. W przeciwieństwie do niektórych osób.
Skupiłam się na dłubaniu przy paznokciach. Niepotrzebnie pokazałam Jamie to zdjęcie. Trudno było wyjaśnić, jak było ze mną i Ryanem. Zawsze byliśmy… blisko. Żeby to zrozumieć, trzeba było to przeżyć.
– Jestem pewna, że musi być jakieś zdjęcie zrobione po meczu barażowym, na boisku.
– Hm… nie. Niczego takiego nie widzę. Tylko ten twój chłoptaś, czyściutki i świeżutki, z jakimiś blond klonami. A może porozmawiajmy o tej kwaśnej minie? Czy on się nigdy nie uśmiecha? To jedyne mięśnie, których nie posiada?
Wzruszyłam ramionami.
– Jest specyficzny.
Jamie oderwała wzrok od ekranu, żeby mnie zlustrować przez sekundę.
– Wy to chyba jesteście jak dwie krople wody. Mętnej.
– Nie, wcale nie.
Ale to była prawda. Każde z nas miało swoje humory. Czy byliśmy poważni bez specjalnego powodu? Tak. Zupełnie nieporuszeni światem wokół nas i ludźmi? Zawsze.
– Czym się interesowała Emme w szkole średniej? Byłaś wywrotowcem i miałaś konto na Tumblr? A może wpadłaś w otchłań społeczności fanów Gwiezdnych wojen? Założę się, że pisałaś doskonałe fanfiki na temat Reylo, z momentami… A może byłaś fanką Paramore, która za żadne skarby świata nie zrezygnowałaby z malowania oczu w stylu ich wokalistki?
Westchnęłam.
– Byłam fanką musicalu Les Misérables.
– O, cholera.
Kiwnęłam głową.
– Mój pseudonim literacki to Eponine1817.
– Acha, no tak. Wszystko się zgadza.
– Tak poznałam Grace – powiedziałam. – Podczas spotkania wprowadzającego dla studentów pierwszego roku obie miałyśmy na sobie T-shirt z napisem „Obóz teatralny Anne Hathaway”. Wypatrzyłyśmy się na dwóch końcach sali klubu studenckiego. Miłość od pierwszego wejrzenia.
Jamie zmarszczyła czoło.
– Sądziłam, że dzieliłyście pokój w akademiku.
– Tak, po tym, jak przekonałyśmy nasze pierwotne współlokatorki do zmiany. – Po chwili dodałam: – Na pierwszym roku słuchałyśmy muzyki z musicalu do oporu. Na naszym piętrze mieli nas już dość. A do tego zrobiłam drugi fakultet z francuskiego.
Jamie wzięła kolejny łyk coli.
– Ale ty nie byłaś zasępiona.
– Zasępiona? Nie. Nigdy.
Dała mi do zrozumienia, że nie zamierza mnie przekonywać, żebym przestała zmyślać, a potem uderzyła dłonią w stół.
– Czekaj, czekaj! Już wiem, dlaczego jego nazwisko wydało mi się tak znajome!
Kiedy tym razem odwróciła ekran telefonu w moją stronę, zobaczyłam zdjęcie Ryana na linii boiska w czasie meczu NFL. Twarz miał mocno spoconą, a szczęki zaciśnięte. W jego oczach dostrzegłam bezwzględne skupienie, które było dla niego charakterystyczne i tak dobrze mi znane.
Ale Jamie nie o to chodziło. Powiększyła obraz i wskazała palcem zauważalne wybrzuszenie w spodniach futbolisty.
– Pamiętam, jak w zeszłym roku cały internet aż huczał na ten temat.
Wyrwałam jej telefon z ręki i położyłam go ekranem w stronę blatu.
– Wydaje mi się, że to nie jest to, co ci się wydaje. W tym miejscu nosi się różnego rodzaju ochraniacze i zabezpieczenia. To nie takie proste. Pomyśl tylko, przecież gracze wpadają na siebie, więc muszą się należycie zabezpieczać tu i ówdzie.
– To jak mapa topograficzna.
Sięgnęła po telefon, ale byłam szybsza i przytrzymałam go tuż przy klatce piersiowej. Nie miałam ochoty już niczego więcej oglądać.
Chociaż wspierałam Ryana i byłam świadkiem jego zwycięstw na boisku w liceum, to nie lubiłam już futbolu. Pragnęłam wyłącznie tego, co najlepsze dla mojego starego przyjaciela, ale robiłam wszystko, co w mojej mocy, aby w Bostonie unikać dyskusji na sportowe tematy. Niemniej jednak dużo wiedziałam o tym sporcie, graczach, pozycjach i zasadach. O sprzęcie też. Jamie prawdopodobnie niewiele się pomyliła w swojej ocenie topografii tamtych rejonów Ryana, aczkolwiek nie miałam zamiaru jej tego mówić. Przy tematach tego typu potrzebowałyśmy jednak jakichś choćby śladowych granic.
– Kochanie, rozumiem – stwierdziłam. – Po prostu mówię, że nie mam zamiaru bawić się w zgadywankę w kwestii zawartości spodni Ryana.
Jamie przełknęła resztę coli i zmrużyła oczy. W końcu odstawiła puszkę i opierając się o blat, skrzyżowała ramiona. Pochyliła głowę w kierunku mojego telefonu.
– Powiedziałaś mu, że masz czas? – zapytała.
Sięgnęłam po telefon i spojrzałam na jego odpowiedź.
WILDCAT: Sobota? 19? 20?
WILDCAT: Zrobię rezerwację.
EMME: Pasuje mi sobota o 19.
WILDCAT: Podam ci szczegóły, jak tylko będę je mieć.
WILDCAT: Czy przysłać po ciebie auto?
EMME: Nie trzeba, ale dziękuję za troskę.
– Tak i…
– Pokaż. – Znowu porwała mój telefon i przejrzała wiadomości, a po chwili oddała mi go z powrotem. – Jesteś prawnie zobowiązana, żeby dokładnie mi opowiedzieć, jak było.
Znów się zaśmiałam i tym razem to też nie był wymuszony śmiech. Poczułam, że jest lepiej.
– Już się domyśliłam.
– Jako koordynatorka twojej rekonwalescencji po zerwaniu mogłabym z tobą pójść, żeby cię wspierać i nadzorować. Nie pisnęłabym ani słowa. Zero gadania o natłuszczaniu ciała czy topografii. Byłabym kompletnie niewidzialna.
– Przecież zauważylibyśmy trzecią osobę przy stole.
– Nic bym nie mówiła. No, chyba że zrobiłabyś coś głupiego – dodała.
Gapiłam się na nią.
– Chyba nie ma żadnej głupoty, którą mogłabym zrobić w obecności Ryana. Między nami to tak nie działa.
– Pożyjemy, zobaczymy.