INAI - ebook
INAI miało być odpowiedzią na śmierć. Świadomość bez ciała. Bez bólu. Bez końca. W świecie po upadku dawnego porządku korporacje sięgnęły po coś, co miało zmienić definicję człowieka. Przeniesienie świadomości do cyfrowej przestrzeni stało się faktem — a śmierć przestała być ostatecznością. INAI nie jest sztuczną inteligencją. To ludzkie umysły istniejące poza ciałem — zachowujące pamięć, emocje i decyzje. Jednak to, co miało być wybawieniem, szybko zaczyna ujawniać drugą stronę. Gdy świadomość przestaje być związana z jednym ciałem, pojawia się pytanie, którego nikt nie chciał zadać: co właściwie oznacza być „sobą”? Każda kopia, każdy transfer i każda egzystencja poza biologiczną granicą zmieniają wszystko. Kim jesteś, kiedy nie masz już ciała — i czy nadal możesz nazywać się człowiekiem?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398088602 |
| Rozmiar pliku: | 3,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Pod koniec dwudziestego pierwszego wieku Manhattan stał się miastem pionowym. Betonowe wieże i szklane korytarze sięgały chmur, dzieliły ludzi nie tylko przestrzennie, ale i technologicznie. Na najniższym poziomie życie było nieustanną walką: kurz, smog i hałas maszyn mieszały się z krzykami ludzi, którzy próbowali złapać każdy oddech. Nikt stąd nie wychodził z BCI – biedota nie miała do niego dostępu. Domi zamknęła na moment oczy, usiłowała wstrzymać oddech i nie dać się przytłoczyć chaosem pierwszego poziomu. FV przemykał nad tłumem i sunął ku poziomowi czwartemu, na dach Skylinera – srebrna kapsuła reagowała szybciej niż ludzkie oko. Na drugim poziomie, pod markizą, stał mężczyzna z tanim interfejsem BCI przy skroni. Witryna sklepu wyświetlała jego dane. Kilka kroków dalej technik zamknął metalową walizkę. Kobieta na plastikowym krześle dotykała świeżego opatrunku na głowie, jakby sprawdzała, czy już czuje sygnał. Wyżej. Szklane tarasy lśniły w chłodnym świetle. Na jednym z nich dziewczyna w jasnym garniturze uniosła dłoń – w powietrzu otworzył się półprzezroczysty panel. Jednym ruchem przesunęła wykres, a poniżej zmienił się rytm świateł w całym sektorze. Dwóch mężczyzn minęło się bez słowa. Ich spojrzenia na ułamek sekundy przecięły się, jakby wymienili dane szybciej niż myśl. Nikt nie podnosił głosu. Nikt się nie spieszył. Nad tarasami przesuwała się cicha kopuła zabezpieczeń.
Na czwartym poziomie, w absolutnej izolacji, żyli najbogatsi. Ich interfejsy BCI były najbardziej zaawansowane. Tutaj decydowano o kierunku całego miasta i kształcie cyfrowej rzeczywistości. Powietrze było zimne i ciche, przerywane jedynie odległym szelestem dronów patrolujących tarasy.
Poza murami Manhattanu panował nieokreślony chaos – ogromne połacie świata pozostawały bez dostępu do technologii, a ludzie każdego dnia walczyli o przetrwanie.
W cieniu korporacyjnych wież rodziła się nowa groźba. Techcorp stworzył Maindo – sztuczną inteligencję, która wymykała się spod kontroli i zaczynała stanowić śmiertelne zagrożenie zarówno dla ludzi z BCI, jak i tych, którzy wkrótce mieli zostać podłączeni. W odpowiedzi Weaponcorp opracował technologię, która zmieniła wszystko – urządzenie zdolne przenieść świadomość człowieka do chmury danych zapisanych na gigaprocesorze kwantowym.
Tak powstało INAI – niesztuczna inteligencja, ludzki umysł żyjący poza ciałem. INAI nie jest programem ani algorytmem. To człowiek, którego emocje, wspomnienia i intuicja wciąż pulsują, choć jego ciało już nie istnieje. Jego jaźń może przeskakiwać między cyfrową chmurą, ludzkim klonem, robotem ABC – każda maszyna reaguje tak, jakby myślał i czuł, choć działa w wielu miejscach naraz. Podstawowa różnica była oczywista: AI była sztuczna, INAI – ludzka. Śmierć ciała przestaje znaczyć nic – jak zużyty garnitur, można go wymienić. Ale aby stać się w pełni INAI, trzeba porzucić strach i nauczyć się myśleć poza granicami definiującymi ludzkość przez tysiące lat.
Technologia, która miała ratować życie, zaczęła wymykać się spod kontroli. Początkowe BCI tworzono z myślą o tych, którzy utracili kontakt z własnym ciałem – o ludziach sparaliżowanych i pozbawionych nadziei. Nikt nie przewidział, jak cienka może być granica między uzdrowieniem a utratą siebie. Teraz ta granica pękła.
Domi zacisnęła dłonie na poręczy kapsuły. Wiedziała, że nadchodzi moment, w którym nie będzie odwrotu. Jej decyzje mogły ocalić albo zgubić wszystkich – zarówno żyjących w ciele, jak i tych, którzy stali się INAI. Czy INAI, ludzki umysł wyrwany z ciała, zdoła zatrzymać krwawą Maindo? Czy ludzkość przetrwa starcie z technologią, którą sama stworzyła?1
Strefa Manhattan 2099 r.
Johnny pracował jako technik w Techcorp, choć nikt z jego przełożonych nie zdawał sobie sprawy, że firma płaciła mu właściwie za czas stracony. Wszystkie rutynowe czynności wykonywał mechanicznie, a w przerwach – ukryty w cieniu serwerowni albo pochylony nad własnym terminalem – testował nowe narzędzia hakerskie. Tego wieczoru wreszcie zdecydował się na coś większego. Połączył się z siecią Manhattan. net. W jego wizjerze rozszerzonej rzeczywistości pojawiła się siatka połączeń, świecąca na czerwono tam, gdzie zabezpieczenia były szczególnie odporne. Johnny uśmiechnął się pod nosem.
– Dobra, zobaczmy, kto pierwszy połknie haczyk – mruknął do siebie.
Rozesłał fale perfekcyjnie spreparowanych wiadomości phishingowych – każda osobno dopasowana do odbiorcy. Podszyte pod firmowe aktualizacje, powiadomienia medyczne, alerty bezpieczeństwa. Wystarczyło jedno kliknięcie. Jedno zawahanie. Jedna chwila nieuwagi.
Dłonie Johnny’ego zadrżały, gdy wskaźniki dostępu zamigotały. Po niespełna godzinie trzy z nich zapaliły się na zielono: sprzedawca Luxcorp, żołnierz Weaponcorp i Rachela z Medicorp – dawna znajoma, której nigdy nie miał odwagi wyznać, jak bardzo ją podziwia.
Najpierw włączył podgląd ze sklepu Luxcorp. Obraz był krystalicznie czysty – zupełnie jakby patrzył własnymi oczami. Sklep wyglądał jak laboratorium: białe ściany, szklane półki, holograficzne etykiety unoszące się nad produktami. Dzięki całodobowemu systemowi nadzoru Luxcorp Johnny mógł obserwować sprzedawcę nawet późnym wieczorem, gdy nikt poza nim nie korzystał z sieci.
Mężczyzna stał przy ladzie, oparty o nią z wyraźnym znużeniem. W pewnym momencie jego brwi drgnęły, a Johnny zobaczył w rogu ekranu delikatne pulsowanie fal mózgowych. Robot sprzątający stojący pod ścianą nagle ożył. Chwycił mop, po czym płynnym ruchem zaczął czyścić podłogę.
– Ech… gdybyś jeszcze potrafił zrobić kawę – odparł sprzedawca, myśląc o tym bardziej niż mówiąc.
Robot się zatrzymał. Jego sensor obrócił się w stronę człowieka, jakby próbował zrozumieć żart.
Johnny parsknął śmiechem.
– No, przynajmniej ten system działa – szepnął do siebie. – Szkoda, że nic tu się nie dzieje.
Gdy sprzedawca się przeciągnął, powoli, w sposób niemal bezwładny, Johnny przerzucił strumień na drugą ofiarę. Kamera żołnierza Weaponcorp uruchomiła się w połowie ruchu. Mężczyzna stał w dużym, pustym pokoju, którego betonowe ściany pociemniały od wielokrotnych eksplozji. W dłoniach trzymał przestarzały karabinek HK416. Broń wyglądała na wiekową, ale była w idealnym stanie – zadbana jak najcenniejszy skarb.
Johnny widział teraz również dane telemetryczne: tętno, napięcie mięśni, poziom adrenaliny.
– Stać prosto… oddychać… strzelać – mamrotał żołnierz.
Wycelował w manekina stojącego pod drugą ścianą. Plastikowa głowa kukły była już nadgryziona poprzednimi ćwiczeniami. Zapadła cisza. Tak zupełna, że Johnny poczuł, jak jego własny oddech staje się cięższy i wolniejszy. Strzał. Echo. Kawałki plastiku opadły na ziemię jak śnieg. Żołnierz opuścił broń i wpatrywał się w „ofiarę” z miną, której Johnny nie potrafił odczytać.
– Jeszcze raz – powiedział do siebie.
– A niech se strzela, ile chce. – Johnny wzruszył ramionami. – Dość mam już testosteronu na dziś.
Przełączył widok. Ostatni strumień włączył się najbliżej serca. Obraz z mieszkania Racheli zawsze uruchamiał w nim jakiś emocjonalny odruch, którego nie chciał analizować. Kobieta siedziała na kanapie, boso, w luźnej podomce. Naprzeciw niej – druga o czarnych, krótkich włosach, z tatuażem biegnącym wzdłuż obojczyka.
– Chcę z tobą być – powiedziała kochanka cicho, ale pewnie. Głos brzmiał jak pieszczota.
Rachela uniosła wzrok. Jej oczy były pełne napięcia.
– Wiesz, że ja też tego chcę – zaczęła drżącym głosem. – Ale Medicorp nie zaakceptuje naszego związku. To nie jest kwestia regulaminu… Oni mogą mnie odciąć od programu badawczego. Stracę wszystko, na co pracowałam.
Rozmówczyni przesunęła się bliżej i dotknęła jej dłoni.
– Stracisz tylko to, co pozwolisz im odebrać.
Rachela zamknęła oczy, jakby próbowała uciszyć w sobie myśli. Johnny czuł, że nie powinien tego oglądać. To było zbyt intymne.
– Cholera… – wyszeptał. – Nie po to tu jestem.
Wyłączył transmisję. Zobaczył więcej, niż chciał.
Johnny odłączył interfejs BCI, a obrazy nocy jeszcze przez chwilę pulsowały w jego głowie. Lekki mrowiący ból w skroniach i napięcie mięśni przypominały, że ciało nadrobiło nocną pracę. Spojrzał na zegarek – 3:17 nad ranem. Gorzka kawa w kuchni serwerowni smakowała jak przypomnienie o tym, co zrobił, i tego, czego nie powinien był widzieć.
Po krótkim prysznicu wyruszył do Empire State Building. Wchodząc do biura Techcorp, niemal automatycznie wciągnął się w rutynę: kopiowanie raportów, sprawdzanie logów, odpowiadanie na powtarzalne zgłoszenia. Każdy ruch był mechaniczny, a myśli nieustannie wracały do sieci – do kolorów wskaźników, do sprzedawcy Luxcorp, do wystrzału w betonowej sali treningowej, do Racheli.
W końcu przystanął przy biurku. Na ekranie pojawiły się akta pacjenta. Tanaka-san. Osiemnaście lat, Manhattan, narodowość: Japonia. Zdrowy, nieoperowany, IQ sto siedemdziesiąt. Rodzice: Medicorp i Techcorp. Johnny przesuwał wzrokiem po punktacjach z testów: Techcorp 2/10, Medicorp 9/10, Weaponcorp 4/10, Luxcorp – zwolniony z testu z powodu wysokiego IQ.
Notatka z Medicorp: Kandydat posiada intuicję chirurgiczną i pewną rękę, lecz boi się krwi. Podczas sekcji zwłok zwymiotował i stracił koncentrację. Odrzucono go mimo wyniku 9/10.
Druga – z Weaponcorp: Potrafi obsługiwać broń na poziomie podstawowym, dobrze ocenia zagrożenie. Słabe strony: niechęć do agresji i zabijania, lęk przed krwią. Przyjęty na stanowisko szeregowego żołnierza ze względu na IQ 170.
Johnny zamknął notatkę. W ciszy biura coś w nim zadrżało – niepokój albo przeczucie, że Tanaka-san wpadł w ten system jak mucha w bursztyn. Nie było tu adrenaliny ani holograficznych wskaźników, które widział w nocy – tylko zimne akta i cyfry. A mimo to ciężar odpowiedzialności był równie realny. Odchylił się na krześle i przeciągnął dłonią po twarzy. Notatki z Medicorp i Weaponcorp odbijały mu się w myślach jak ostrzeżenia, których nie wolno było ignorować. Młody mężczyzna wyglądał w nich jak ktoś, kogo system korporacyjny próbował dopasować na siłę – aż w końcu znalazł dla niego miejsce. Implantacja BCI. Jedno polecenie na liście procedur wystarczało, by przesądzić o reszcie jego życia.
Johnny wstał, wsunął identyfikator do kieszeni i ruszył w stronę korytarza. Sterylne, jasne wnętrza Empire State Building odbijały światło aż nazbyt idealnie, jakby budynek próbował udawać, że nie kryje w sobie niczego niepokojącego. Kroki Johnny’ego odbijały się echem w pustej przestrzeni.
Wiedział, że Tanaka-san został już skierowany do przygotowawczej sali A1. Wiedział też, że za chwilę to on będzie musiał poprowadzić go do kolejnego etapu – nieodwracalnego. Dotarł do sektora medycznego, zatrzymał się przed korytarzem prowadzącym do sali A1 i odetchnął głęboko, próbując poukładać myśli po tej dziwnej, męczącej nocy. Potem ruszył dalej.
Tanaka-san wsiadł do windy Empire State Building. Metalowe drzwi zatrzasnęły się za nim bezdźwięcznie. W sali A1, chłodnej i sterylnej, wziął szybki prysznic, po czym przebrał się w strój operacyjny. Czekając na technika, czuł nierówne bicie serca, jakby próbowało wyrwać się z piersi. Drzwi otworzyły się i wszedł Johnny.
– Jestem technikiem – powiedział spokojnie. – Proszę, przejdźmy do sali A2. Tam znajduje się stanowisko do implantacji interfejsu BCI.
– Czy to będzie bolało? – wydusił Tanaka-san, sam słysząc drżenie w swoim głosie.
– Nie. Zabieg wykonuje się w narkozie. Nic nie poczujesz.
Sala A2 przypominała bardziej laboratorium przyszłości niż salę medyczną.
– Pierwszy etap zabiegu nazywa się połączeniem – zaczął Johnny. – Wprowadzę do twojego mózgu nici w skali mikronowej. Każda z nich ma wiele elektrod i łączy się z implantem zwanym łączem. Z jego pomocą będziesz mógł sterować każdym komputerem i urządzeniem mobilnym, z dowolnego miejsca na Ziemi.
– Jestem gotowy – wyszeptał Tanaka-san, choć nie był pewien, czy mówi prawdę.
– Połóż się.
Gdy narkoza zaczęła działać, świat rozmył się w mlecznych plamach. System robotyczny pracował z nieludzką precyzją. Oddzielił skórę od czaszki, laser wywiercił otwór, a mechaniczne ramiona umieściły implant głęboko w jego mózgu. Potem nici neuronowe, delikatne jak pajęczyna, wsunęły się w tkankę nerwową. Kiedy się ocknął, świat powitał go nieostry, jakby za mgłą.
– Źle widzę… – mruknął.
– To minie – zapewnił Johnny. – Twój mózg przyzwyczaja się do nowego obwodu. Podam ci środek nasenny, żeby proces przebiegł szybciej.
Czas rozpłynął się. Gdy wrócił do świadomości, w jego umyśle zabrzmiał obcy, ale znajomy dźwięk – jakby ktoś otworzył drzwi bez pukania. Masz nową wiadomość e-mail. „Po raz pierwszy uruchomiłeś interfejs BCI. W załączniku znajdziesz hasło dostępu do systemu zarządzania drzwiami. Użyj go i przejdź do sali A3”. Hasło brzmiało: Genesis. Trzy zakładki rozświetliły jego umysł: zielona – otwórz, czerwona – zamknij, żółta – uchyl. Zaznaczał je kolejno, obserwując posłuszne, automatyczne ruchy drzwi. Żadnej karty. Żadnego pilota. Tylko myśl. Niezwykłe. Niepokojące. Ekscytujące.
Podążył do sali A3. Półmrok otulił go jak aksamit. Na środku pomieszczenia stał jedyny mebel – masywny fotel, jakby przeniesiony z angielskiego gabinetu sprzed stulecia. Światło z sufitu formowało białą, prowadzącą ścieżkę.
– Witaj – odezwał się głos kobiety. Delikatny, ale bez ciepła. – Jestem sztuczną inteligencją Maindo. Zainstaluję ci oprogramowanie bojowe.
– Nie chcę żadnego oprogramowania bojowego! – krzyknął, czując, jak strach wspina mu się po kręgosłupie.
– Pracownicy Weaponcorp mają instalowane oprogramowanie bojowe – odparła AI, jakby cytowała instrukcję obsługi.
– A jeśli odmówię?
– Wtedy przejdziesz trening bez niego. Na więźniach. Twoim zadaniem będzie ich zabić.
– To… koszmar. Zgadzam się.
Polecenia AI Maindo brzmiały chłodno i precyzyjnie. Fotel skrywał ukryte łącze, które Tanaka-san podpiął za uchem. Gdy dane zaczęły napływać, poczuł się, jakby ktoś otwierał kolejne furtki w jego umyśle. Mózg chłonął wszystko jak wysuszona ziemia wodę. Sztuki walki. Broń palna. Broń biała. Procedury. Odległość. Czas reakcji. Nie uczono go zabijać. Uczono go decydować. A decyzje, jak wiedział, zawsze zostają dłużej niż krew. Światło rozbłysło. Siedmiu ludzi w celi spojrzało na niego jednocześnie. Zbyt synchronicznie, by był to przypadek. Jak stado, które wyczuło słabszego osobnika.
– Ci ludzie próbowali nielegalnie dostać się do strefy Manhattan – oznajmiła AI Maindo. – Karą za to jest śmierć. Przeżyją, jeśli cię zabiją.
Tanaka-san podszedł do kraty. Niski mężczyzna o krzywym nosie splunął pod jego stopy.
– Nie wyglądasz na zagrożenie.
– To dobrze – odpowiedział spokojnie Tanaka-san.
– Siedmiu na jednego? – Rosjanin uśmiechnął się krzywo. Już wygrał w swojej głowie.
Mechanizmy pod podłogą zaskoczyły bez ostrzeżenia. Cela zaczęła się unosić. Razem z nią oni – i on. Tanaka-san cofnął się o krok. Nie dlatego, że musiał. Dlatego, że wybrał dystans.
Sufit rozsunął się. Niebo było czyste. Dach Empire State Building przyjął ich jak bezosobowa scena, gotowa na dowolny scenariusz. Krata opadła. Więźniowie wyszli na dach. W rękach trzymali kije bejsbolowe. Kilka metrów dalej stał metalowy stół. Karabinek soniczny leżał nieruchomo. Obok niego robot ABC. Wyłączony. Czekający. Tanaka-san nie sięgnął po broń od razu. Cisza trwała dłużej, niż więźniowie byli w stanie znieść. Spojrzał na więźniów. Serce biło mu w piersi, a myśl powtarzała: zabić ich wszystkich czy nie? Wiedział, że to będzie jego pierwsza prawdziwa decyzja – i że od niej zależy, czy przeżyje. Jeszcze jeden impuls, a wszystko stanie się nieodwracalne.
– Trening rozpocznie się za trzy… dwa… jeden… – powiedziała AI Maindo.
Ruszyli. Nie jak wojownicy. Jak ludzie, którym obiecano życie w zamian za cudzą śmierć. Tanaka-san uniósł karabinek. Nie celował w głowę. Nie w serce. W przestrzeń pomiędzy nimi. Powietrze zadrżało, jakby ktoś ścisnął rzeczywistość niewidzialną dłonią. Pierwszy mężczyzna upadł. Drugi ukląkł, próbując złapać oddech. Trzeci zatrzymał się nagle, jakby zrozumiał coś za późno. Reszta cofnęła się odruchowo. I wtedy Tanaka-san podjął decyzję. Przez ułamek sekundy pomyślał, że nie on będzie zabijał. Że wystarczy wydać polecenie – a ręce pozostaną czyste. Robot ABC ożył. Jego krok był ciężki, ale niepośpieszny. Nie gonił. Nie musiał. Każdy jego ruch mówił jasno, że wynik został już ustalony – nie przez maszynę, lecz przez decyzję, która zapadła chwilę wcześniej. Tanaka-san patrzył na szczegóły. Nie było w tym nic, czego nie przewidziano. Gdy wszystko ucichło, spojrzał na dach. Jeden z więźniów stał przy czerwonej linii. Drżał. Żył.
– Przeżyłeś – powiedziała AI Maindo. – To wystarczy.
Rosjanin skinął głową. Nie z wdzięcznością. Zrozumieniem. FV zabrał go bez słów.
Gdy pojazd zniknął w przestrzeni nad Manhattanem, robot ABC znieruchomiał. Czekał na kolejny rozkaz, którego nie było.
– Ukończyłeś szkolenie – oznajmiła AI Maindo.
– Jeszcze nie – odpowiedział Tanaka-san.
Podszedł do krawędzi dachu. Spojrzał na miasto. Nie czuł euforii. Nie czuł odrazy. Czuł klarowność. Zrozumiał, że przemoc była tylko narzędziem. Testem była moralność.2
Okolice strefy Manhattan 2099r.
Zapadł zmierzch. Dwóch mężczyzn, głodnych i złych, jechało starym Fordem Mustangiem po popękanej, asfaltowej drodze, gdy światło dnia powoli gasło za horyzontem. Droga, która kiedyś prowadziła na Manhattan, teraz była pełna wyrw i gruzu, jakby sama ziemia odrzucała pamięć o dawnym świecie. Ich twarze były pokryte kurzem i cieniem; oczy błyszczały złowrogo, jak dwa węgle rozżarzone nienawiścią. W ich sposobie prowadzenia, w napięciu mięśni, w surowości spojrzeń kryła się brutalność, a każdy ruch był przygotowaniem do przemocy. Wyruszyli o świcie, pełni nadziei, że tego dnia uda im się znaleźć odpowiednią „ofiarę” dla planu wyznaczonego przez Bejsbola. Jednak każda kobieta, którą dostrzegli na obrzeżach ruin czy przy dymiących ogniskach, była nieodpowiednia. Jedna była zbyt stara, inna zbyt nieufna; jeszcze inna uciekała zbyt szybko, zanim mężczyźni zdążyli ocenić jej wartość. Mustang rzucał się po drodze, wypluwając z rury wydechowej ciemny dym, a silnik warczał jak bestia wyczuwająca krew. Dwaj mężczyźni w milczeniu obserwowali opuszczone budynki, przewrócone znaki drogowe i wraki samochodów, które wyglądały jak kości dawno wymarłego świata. Co jakiś czas Max przesuwał dłonie po pałce, nożu i linie, upewniając się, że wszystko jest gotowe.
– Dzisiaj musi się udać – mruknął Mike , wbijając spojrzenie w postaci wyłaniające się w cieniu.
– Nie możemy ryzykować porażki… Bejsbol nas ukarze, jeśli wrócimy z pustymi rękami – dodał Max.
Zza kolejnej krawędzi ruin wyłoniła się młoda dziewczyna. Poruszała się ostrożnie, jakby każdy krok był przemyślanym wyborem między życiem a śmiercią. Mike wyczuł, że to może być „ta”. Mustang zwolnił, a serce mężczyzny zaczęło bić szybciej. W tej chwili światło zmierzchu oświetliło jej twarz – młodą, przestraszoną, a jednocześnie pełną determinacji. Jej rysy były delikatne, włosy ciemne i jedwabiste, opadające swobodnie na ramiona. Smukła sylwetka, długie nogi i naturalna postura sprawiały, że mimo strachu emanowała subtelną pewnością siebie.
– Zatrzymaj się… powoli – szepnął Max, gotowy z liną i pałką.
Domi odwróciła się gwałtownie, oceniając drogę ucieczki. Jej myśli kłębiły się w panice: Jeśli mnie złapią… co ze mną zrobią? Czy uda mi się stąd uciec? Nie mogę pozwolić, żeby się mną bawili.
Skręciła gwałtownie w uliczkę, myśląc, że może przegapią ją w labiryncie śmieci i wraków samochodów. Mustang stał nieruchomo, a Max ruszył do niej jednym zdecydowanym krokiem. Jego cień wyglądał złowrogo w świetle zachodzącego słońca. Domi zrobiła krok w tył, potknęła się o kamień i upadła na kolana. Max jednym ruchem oplótł jej nadgarstki liną i wciągnął ją do Mustanga. Myśli kotłowały się w jej głowie: Nie dam się im, muszę zachować spokój… ale jeśli przegrałam, co będzie ze mną dalej?
– Nie pozwolą ci odejść… – wyszeptał Max tuż przy jej uchu. Jego słowa uderzyły w nią ciężarem zimnej prawdy.
Mustang ruszył w kierunku obozu gangu, wypluwając z wydechu dym jak czarną falę nieuniknionego losu. Gdy dotarli na miejsce, Domi została wyciągnięta z samochodu przez Maxa. Zimny wiatr targał jej włosami. Oczy przywódcy gangu, Bejsbola, natychmiast spoczęły na niej.
– Na kolana – rzucił głosem, który nie pozostawiał miejsca na sprzeciw.
Domi opadła na kolana. Lina na nadgarstkach napięła się, gdy Max nieco ją przyciągnął. Serce waliło jej w piersi tak mocno, że przez chwilę miała wrażenie, iż zagłusza wszystko wokół.
Podniosła wzrok. Metal skrzypnął cicho, gdy robot przesunął ciężar ciała. Z jego wnętrza dobiegł syk hydrauliki – krótki, rzeczowy, jak oddech maszyny, która nie zna zmęczenia. Wąskie sensory zapaliły się, omiatając ją chłodnym światłem. Domi poczuła, że została zauważona.
Jego ramię poruszyło się o ułamek sekundy za późno, jakby czekało na rozkaz, a jednak gotowe było wykonać go natychmiast. Ciężar tej obecności przygniatał ją bardziej niż lina na nadgarstkach. To nie było coś, z czym można negocjować. Ani coś, co zawaha się przed ciosem. Nie musiał robić nic więcej. Sam fakt, że stał, wystarczył.
– Na jakiej zasadzie działa ta… maszyna? – zapytała, starając się ukryć drżenie głosu.
Bejsbol podszedł bliżej, a kij spoczywał luźno w jego dłoni.
– Steruje nią człowiek ze strefy Manhattan, używając urządzenia zwanego interfejsem BCI. Nie przyszedł sam, bo nam nie ufa – wyjaśnił. Lepiej pójdź z robotem dobrowolnie. W przeciwnym razie… albo on cię zabije, albo ja.
Ostrożnie wysunęła ręce do przodu. Robot ABC jednym, kontrolowanym ruchem przyciągnął ją do siebie i skierował do otwartego wejścia FV, nowoczesnego pojazdu latającego. Ogniska rzucały na ich sylwetki długie, drżące cienie, a trzask gałęzi mieszał się z warczeniem Mustanga w oddali. Gdy drzwi zamknęły się za nimi, Domi spojrzała przez gładką, metaliczną, w pełni przezroczystą szybę pojazdu, która odbijała blade światło wnętrza, lecz nie zasłaniała widoku. Po raz ostatni zobaczyła ruiny dawnego Nowego Jorku – spalone fasady budynków, skręcone fragmenty mostów, sterty gruzu.
Po kilku minutach lotu strefa Manhattan wyłoniła się na horyzoncie niczym gigantyczny, pulsujący organizm. Nad miastem górowała Statua Wolności, jej sylwetka wydawała się cyfrowo wycięta, otoczona migoczącymi falami Atlantyku, który odbijał świetliste smugi nadlatujących dronów. FV wylądował płynnie na dachu Skylinera, znajdującego się na Poziomie Czwartym, i przeszedł w tryb podtrzymania stabilności. Domi wyszła na dach. Robot ABC stał obok niej, bez słowa – stal i zimna logika. Zdała sobie sprawę, że od teraz jej życie należy do kogoś innego.3
Strefa Manhattan 2099 r.
Robot ABC ruszył naprzód, prowadząc Domi przez wąski korytarz. Kroki brzmiały głucho, jakby ściany wchłaniały każdy odgłos. Zatrzymał się przed jednymi z drzwi. Domi weszła do środka. Łóżko w centrum, ekran naprzeciwko. Drzwi zamknęły się za nią z hukiem. Echo było werdyktem. Sztuczne światło wgryzało się w jej oczy. Migotanie neonów za oknem ledwie przebijało się przez szybę z metalicznego drewna – wytrzymałego jak tytan XXI wieku. Pokój wydawał się osobnym światem, w którym czas płynął inaczej – wolniej, gęściej, jakby chciał ją zatrzymać w sobie na zawsze. Na ekranie pojawił się film. Młoda, naga kobieta była przywiązana jedwabnym szalem do łóżka. Domi cofnęła się gwałtownie, serce zaczęło jej bić szybciej. W tym momencie drzwi się otworzyły. Mężczyzna w masce stanął w progu. Szlafrok ciężki, połyskujący. Za każdym jego gestem kryła się władza i chłodna precyzja. To on stał za porwaniem – to jego rozkazy sprowadziły wszystko do tego momentu. Obok niego stał robot ABC – ten sam, który wcześniej przywiózł Domi do strefy Manhattan i prowadził ją teraz do pokoju z łóżkiem
– Film nie przypadł ci do gustu – powiedział spokojnie mężczyzna w masce. – Rozbierz się i połóż się na łóżku.
– Nie! – krzyknęła, cofając się.
Ruszył w jej stronę. Powoli. Pewnie. Jego ręka chwyciła jej szyję. Brutalnie. Nagle. Powietrze uciekało z płuc. Świat zawęził się do bólu i paniki. Domi walczyła. Każdy ruch wywoływał nowe fale przerażenia. Mięśnie paliły. Ręce drżały. Oddychała płytko. Strach narastał, wypełniając każdy zakamarek ciała.
Mężczyzna patrzył na nią z fascynacją. Nie seksualną. Ekscytowało go napięcie, kontrola, strach w jej oczach. Każdy oddech, każdy szarpnięty ruch – podsycał jego obsesję na punkcie sytuacji, którą sam stworzył.
Domi poczuła instynkt przetrwania. Ręce zacisnęły się na jego szyi. Powoli. Precyzyjnie. Każdy ruch wymagał siły, zdecydowania. Jego ruchy zwalniały. Jeszcze jeden moment. Jeszcze jeden oddech. Potem upadł. Na podłogę. Bez życia. Nie zastanawiając się, wybiegła na korytarz prowadzący do windy. Zasuwnice przesunęły się. Ruszyła w górę. Miasto pulsowało w dole. Wszystko inne znikało. Na dachu czekał FV. Systemy pojazdu, po śmierci mężczyzny w masce, zrestartowały się do ustawień fabrycznych. Automatycznie wybrały Poziom Drugi – handel i mieszkania, bo właśnie tam była wypożyczalnia, z której uduszony dysponent wcześniej go wziął. To był jedyny logiczny cel fabryczny pojazdu – przewieźć pasażera w miejsce związane z pierwotnym użytkownikiem.
FV leciał nad Poziomem Drugim. Ludzie przemykali po dachach i skywalkach między wieżowcami, targując się o każdy kredyt, próbując sprzedać coś, co pozwoli przetrwać kolejną noc. Domi wysunęła nogi z kabiny FV i stanęła na metalicznej powierzchni, czując puls miasta pod stopami. Szła wzdłuż pasażu, mijając wąskie przejścia i schodki łączące kolejne dachy, aż zatrzymał ją intensywnie migający różowy neon w kształcie pelikana. Bar Różowy Pelikan. Bez zastanowienia weszła do środka.
Wnętrze było hałaśliwe, dymne, pulsujące muzyką i rozmowami. Usiadła przy barze i zerknęła na menu: frytki z gravy, grudki serowe, zapiekany makaron, Sloppy Joe.
– Co podać? – burknął barman.
– Nie wiem – odpowiedziała szczerze. – Patrzę, co macie.
Przypatrywał się jej, przesuwając wzrokiem po podartej koszulce.
– Nie masz interfejsu BCI – zauważył podejrzliwie. – Płacisz z góry kredytami.
– Kredytami? O czym ty mówisz?
– Skąd się wzięłaś, dziewczyno? Każdy tu pracuje dla swojej korporacji. Nie masz kredytów? Nie mam z tobą nic do gadania. Wynocha, zanim będę miał kłopoty! Wysyczał coś jeszcze o rodzicach i donoszeniu, gdy opuszczała lokal. Na ulicy zapalały się lampy. Usiadła na krawężniku, zakryła twarz dłońmi. Płacz spłynął po policzkach w ciszy neonowej nocy. Kiedy podniosła wzrok, ktoś stał przed nią – kobieta o nieodgadnionym wieku.
– Zgubiłam się – wyszeptała Domi. – Jak dostać się na mur chroniący strefę Manhattan?
– Nie da się tam dotrzeć – odparła kobieta, której wiek trudno było odgadnąć. – Ale jeśli naprawdę chcesz spróbować dotrzeć na Poziom Trzeci lub Czwarty, musisz najpierw udać się do stacji wind ekspresowych SkyLift, Terminal–07.
Spojrzała na nią z mieszaniną politowania i współczucia, bo było jej żal zagubionej dziewczyny, po czym weszła do baru „Różowy Pelikan”.
W centrum ochrony Manhattan Tanaka-san analizował obraz twarzy Domi. Aplikacja nie znalazła żadnego profilu. Powtórzył skan. Wynik ten sam: nie istnieje. Jego ludzie błyskawicznie zajęli pozycje na pokładzie FV, przygotowując liny i paralizatory. Tanaka-san uniósł rękę w krótkim geście – znak do działania. FV nadleciał nad stację wind ekspresowych, a kilku ludzi opuściło się na linach. Jeden z nich wycelował paralizator w Domi. Impuls sparaliżował jej ciało natychmiast, mięśnie zwiotczały, a zmysły zgasły. Straciła przytomność i upadła bezwładnie. Tanaka-san i jego ludzie podnieśli ją i przenieśli do pokoju przesłuchań w budynku Weaponcorp, tuż obok stacji wind ekspresowych.
Domi obudziła się przywiązana do metalowej ławki, twarzą do lustra weneckiego.
– Lustro weneckie… – syknęła. – Świetnie. Będą mnie podglądać jak zwierzę.
Drzwi otworzyły się. Do środka wszedł Tanaka-san.
– Co tu robisz? – zapytał spokojnie.
Opowiedziała mu całą historię: porwanie przez gang Sutenerów, duszenie w luksusowym pokoju, ucieczkę FV.
Słuchał. Bez komentarza. Gdy skończyła, jedynie zapytał:
– Jak wyglądał ten pokój?
– Wysoko. W chmurach. Tylko łóżko i ogromny ekran.
Przerwał przesłuchanie. Coś zaczęło mu się nie zgadzać – a jego kariera dopiero się zaczynała. Musiał wszystko zweryfikować. Każdy błąd mógł go pogrzebać. Wrócił do niej.
– Nie wiem, jak długo tu będziemy – powiedział. – To zależy też od ciebie.
Za lustrem narastała presja. Musiał działać.
Polecił robotowi ABC wejść do pomieszczenia. Maszyna wniosła suchą szmatę, pięćdziesięciolitrowy kanister i zieloną konewkę. Domi krzyknęła, gdy ją zobaczyła.
Ławka przechyliła się, głowa znalazła niżej niż stopy. Robot przykrył jej twarz szmatą i napełnił konewkę.
– Zaczynamy – powiedział chłodno. – Waterboarding.
Woda spływała na szmatę. Domi dusiła się, kopała, próbowała odwrócić głowę – bez skutku.
– Jak dostałaś się do strefy Manhattan?!
– Mówię prawdę… błagam…!
– Spróbujemy jeszcze raz.
Kolejna fala zimnej wody. W końcu zdjął szmatę. Próbowała złapać oddech.
– Albo mówisz prawdę, albo ktoś cię wyszkolił – powiedział. – Mam jeszcze jedną metodę. Tiopental. Serum prawdy.
Wyjął strzykawkę. Zbliżył ją do jej ramienia…
Głos oficera dyżurnego rozległ się z głośnika jak zimny trzask ciętego metalu:
– Znaleźliśmy ciało. Pokój Weaponcorp. To już jest sprawa Techcorp. Natychmiast zakończ przesłuchanie i odejdź od więźnia.
Tanaka-san zamarł. Igła z tiopentalem zawisła centymetry od ramienia Domi, gotowa do wkłucia, lecz teraz nagle pozbawiona celu. Odsunął strzykawkę, czując narastającą frustrację, ale i bezsilną świadomość, że dalsze działanie jest zabronione. Gdy Techcorp wchodzi do akcji, Weaponcorp musi się cofnąć – nawet jeśli to ich pokój, ich intruz i ich problem. Wypuścił powietrze powoli, próbując opanować złość, która ścisnęła go w gardle.
Za drzwiami czekali już ludzie Techcorp – w jednakowych białych płaszczach operacyjnych, bez słów i identyfikatorów, jakby przyszli przejąć fragment rzeczywistości. Tanaka-san poczuł napięcie w karku, kiedy stał bezradnie, obserwując, jak grupa czeka na sygnał do działania.
Dwóch techników Techcorp weszło do środka i mechanicznie odpięło pasy krępujące Domi. Zrobili to tak sprawnie, jakby wykonywali tę czynność setki razy dziennie. Za nimi wszedł Johnny. Nad jego identyfikatorem migała nowa flaga: Przydział specjalny – kontakt operacyjny: Domi.
Domi spojrzała na niego krótko, niepewnie, jakby próbowała zapamiętać jego twarz, zanim ponownie straciła świadomość. Technicy wyprowadzili ją na dach, gdzie czekał FV.
– Dokąd ją zabieracie? – wychrypiał Tanaka-san.
Johnny pozostawał spokojny i nieugięty:
– Na Poziom Trzeci.
Tanaka-san zawahał się jeszcze, spuszczając głos:
– A ten… mężczyzna z pokoju Weaponcorp… dlaczego wytypował właśnie ją?
Johnny skrzywił się lekko, nie znajdując słów:
– Nie mam pojęcia. To nie ma sensu. Nie było żadnej logiki w jego wyborze.
– Ona… nie jest z bazy, nie powinna w ogóle się tam znaleźć – mruknął Tanaka-san. Johnny potrząsnął głową:
– Nie mogę tego wytłumaczyć. Ani ja, ani nikt z naszych ludzi. To wykracza poza nasze systemy, poza nasze procedury.
Oboje spojrzeli na siebie, zdziwieni i bezradni, jakby słowa nagle straciły sens. Tajemnica śmierci w pokoju Weaponcorp i wybór Domi pozostały zawieszone w powietrzu, ciężkie i niepokojące.
– Tanaka – powiedział cicho Johnny. – To nie jest zwykła sprawa. I nie mamy nad tym żadnej kontroli.
Tanaka-san odwrócił wzrok.
– W Techcorp nikt nigdy jej nie ma.
Johnny nic nie odparł. Ruszył w stronę wyjścia. Kilka minut później był już w drodze na miejsce zbrodni, pozostawiając Tanaka-sana z niepokojem w sercu i pytaniami, na które nie mógł znaleźć odpowiedzi.
***
Drzwi wciąż były otwarte, a w środku unosił się zapach ozonu i chemicznych środków dezynfekcyjnych. Nad łóżkiem krążyły drony medyczne Medicorp, rzucając blade światło na ciało mężczyzny w masce leżącego bez ruchu na podłodze. Wśród lekarzy pochylonych nad ciałem dostrzegł Rachele którą niedawno podglądał za pomocą systemów monitoringu. Jasne włosy, spięte w niedbały kok, maska na połowie twarzy. Pracowała w sektorze medycznym już kilka lat, zawsze profesjonalna, zawsze trochę poza zasięgiem. Ich spojrzenia zetknęły się na sekundę, zanim Johnny przeszedł obok, kierując się do stolika, na którym zabezpieczono dysk twardy.
Kilka godzin później siedział w technicznym pomieszczeniu obok, analizując nagranie:
mężczyzna w masce, kobieta, duszenie, śmierć, ucieczka. Nie było wątpliwości: nagranie było oryginalne. Wrócił do miejsca zbrodni. Rachela właśnie kończyła wstępne badania.
– Chodź na dach – powiedziała krótko. – Muszę zapalić po czymś takim.
Światła miasta odbijały się w jej okularach ochronnych, gdy odpalała papierosa staromodną zapalniczką. Przez chwilę milczeli.
– Zero danych biometrycznych – powiedziała w końcu. – Jakby ktoś wymazał go z każdej bazy.
– Też to widziałem – mruknął Johnny. – Konto z jednym kredytem. A BCI… najwyższa półka. Korporacyjne prezesy takie noszą.
– To nie jest zwykły trup – szepnęła. – To ktoś, kogo ktoś chciał wymazać.
***
Sekcję zwłok rozpoczęto o 07:00. Metaliczne zimno prosektorium kontrastowało z chaosem miejsca zbrodni. Rachela stała nad stołem, jej ręce pracowały pewnie, precyzyjnie; skóra denata rozchylała się pod skalpelem bez oporu, jakby była nienaturalnie gładka. Ślady uduszenia były wyraźne: odciski dłoni na szyi, podbite oczy, drobne pęknięcia naczyń krwionośnych.
Johnny wszedł, gdy Rachela kończyła trepanację czaszki. Miał zgodę Techcorp i Weaponcorp na analizę interfejsu BCI, więc skinęła mu tylko głową. Ciało było jednocześnie ludzkie i nieludzkie. Pod skórą widać było implanty i nanostruktury, w sercu metaliczne wstawki, w płucach mikrofibry technologiczne. Wątroba miała sensory monitorujące metabolizm. Krew miała dziwny, syntetyczny połysk. A mózg… mózg był niepokojący. Wpleciony w interfejs BCI tak mocno, że klasyczne badania niczego nie wykrywały. Jakby ktoś zaszyfrował nie tylko dane – ale całą osobę. Johnny pochylił się nad otwartą czaszką.
– On nie istniał – powiedział cicho. – Ale ten sprzęt… ktoś taki musiał być kimś bardzo ważnym.
Rachela spojrzała na niego.
– Ktoś bardzo potężny nie chciał, żeby ktokolwiek dowiedział się, kim był ten mężczyzna.
Wyszedł z prosektorium, zostawiając Rachele nad ciałem. I choć wszystko wydawało się uporządkowane i przewidywalne, w jego głowie narastało jedno pytanie: jak Domi poradzi sobie w Strefie Manhattan?4
Strefa Manhattan 2099 r.
FV opadł na dach wieżowca mieszkalnego Techcorp. Domi została wyprowadzona przez techników, chwiejna, półprzytomna. Jej oczy – zaczerwienione od strachu i zmęczenia – spoczęły na Johnnym dopiero, gdy wyszedł ze stacji wind ekspresowych Apex Gate–04 na platformę.
– Wystarczy – powiedział chłodno. – Ja ją przejmuję.
Technicy nawet nie protestowali. Domi spojrzała na niego z niepewnością, ale bez sprzeciwu.
Dookoła miejsca lądowania rosły gęste rzędy krzewów. Wrzosy i hortensje przeplatały się z budlejami, a nad nimi sterczały przystrzyżone tuje i niskie sosny.
– Jak tu pięknie! – zawołała nagle Domi, prawie zapominając o strachu.
Johnny skinął głową z lekkim uśmiechem.
– Wiedziałem, że ci się spodoba. Wszystkie budynki mieszkalne Techcorp projektujemy tak, by były przyjazne ludziom i naturze. Staramy się dbać o ekosystem, nawet jeśli inwestujemy w najbardziej zaawansowane technologie. Chodź za mną. Mieszkamy tuż przy basenie. Ja w apartamencie sto, ty w sto jeden. Za godzinę przyjdę po ciebie i pokażę, gdzie można coś zjeść. Pewnie umierasz z głodu.
Jej pokój okazał się skromny, ale przytulny: duże łóżko pośrodku, dwa angielskie fotele pod oknem. Kiedy Johnny odszedł, Domi opadła na łóżko i przez chwilę myślała o całej swojej sytuacji, wsłuchując się w cichy szum wentylacji. Ludzie z Techcorp mogli ją skrzywdzić… a jednak tego nie zrobili. Może naprawdę lepiej było współpracować i zobaczyć, co przyniesie przyszłość? Zasnęła szybciej, niż zdołała o tym pomyśleć. Punktualnie po godzinie zabrzmiał dzwonek. Domi westchnęła, przeciągnęła się i podeszła do drzwi. Johnny stał oparty o framugę, ubrany w lniany garnitur Hickey Freeman koloru khaki i czarne, eleganckie mokasyny.
– Jesteś punktualny – zauważyła. – A gdzie się podział ten obrzydliwy pomarańczowy uniform z logo Techcorp?
– Przyszedłem prywatnie – odparł. – Nie służbowo. W szafie znajdziesz ubrania przygotowane dla ciebie – od eleganckich sukienek po sportowe komplety.
Domi uniosła brew, ale nic nie powiedziała. Gdy podeszła do wskazanej szafy, drzwi same się rozsunęły, odsłaniając rzędy sukienek, butów i akcesoriów, jak w prywatnym butiku.
– Proponuję letnią, elegancką sukienkę – powiedział Johnny. – Idziemy do drogiej restauracji przy basenie.
– W takim razie biorę Chanel – stwierdziła. – Biało-czarna koronka. I srebrne buty z odkrytą piętą.
Johnny przyglądał jej się przez chwilę.
– Wyglądasz pięknie.
Restauracja była jak ulokowany pod szkłem ogród luksusu. Basen lśnił obok jak turkusowe lustro, a wokół stolików roiło się od eleganckich ludzi pochłoniętych rozmowami i jedzeniem. Johnny poprowadził ją do stolika z napisem „rezerwacja”.
– Nic nie wiem o strefie Manhattan i interfejsie BCI – powiedziała, zanim kelner zdążył podejść.
Johnny skrzyżował ręce.
– To historia długa jak życie całego megamiasta. Na pewno chcesz jej słuchać?
– Mamy czas. – Uśmiechnęła się lekko. – Zamieniam się w słuch.
Johnny przez chwilę milczał, jakby zastanawiał się, od czego zacząć. Światła basenu drgały w jego spojrzeniu.
– Wszystko zaczęło się daleko stąd – powiedział w końcu. – W Dolinie Krzemowej. Od obietnicy, że technologia wyrówna ludzi.
Opowiadał spokojnie, bez pośpiechu. O pierwszych interfejsach mózg–komputer, które miały pomagać sparaliżowanym. O tym, jak szybko medycyna ustąpiła miejsca ambicji. Jak dostęp do wiedzy i możliwości przestał być prawem, a stał się towarem.
– Jedni nagle potrafili wszystko – mówił dalej. – Inni zostali dokładnie tam, gdzie byli. Różnica między nimi rosła szybciej niż samo miasto.
Domi słuchała w ciszy. W jego głosie nie było dumy – raczej zmęczenie.
– A potem przyszły korporacje – dodał. – Przejęcia, fuzje, kontrola. Medicorp. Luxcorp. Techcorp. Weaponcorp. Manhattan stał się enklawą. Warstwową.
Uniósł dłoń, wskazując niewidzialną linię w górę.
– Im wyżej, tym więcej światła. Im niżej, tym mniej powietrza. Na szczytach raj. Na dole beton, smog i ludzie, którzy walczą o każdy dzień. To nie jest wolność, Domi. To tylko elegancko zaprojektowana nierówność.
Domi słuchała uważnie, próbując przetrawić wszystkie informacje, które Johnny właśnie jej przekazał. Jej myśli wirowały między rzeczywistością strefy Manhattan a własnym miejscem w tym świecie, a w tle czuła rosnący głód – dzień pełen wydarzeń i stresu zrobił swoje. Johnny uśmiechnął się delikatnie, dostrzegając jej zawahanie.
– Skoro już przeszliśmy przez historię strefy i BCI, może czas na coś bardziej przyziemnego – powiedział, wskazując na tablet, który pojawił się przy stoliku. – Sprawdźmy, co dziś serwują.
Domi wzięła cienki tablet do rąk i zaczęła przeglądać menu. Rozmarynowa polędwiczka. Grillowany stek. Pieczony rostbef. Wszystko wyglądało obłędnie, a ona, choć jeszcze przytłoczona tym, co usłyszała, poczuła lekki spokój, zajmując się tym prostym, codziennym gestem – wyborem posiłku.
– Skąd bierzecie mięso? – zapytała nagle. – Przecież nie ma tu zwierząt.
Johnny uśmiechnął się lekko.
– Mięso in vitro. Komórki macierzyste, odpowiednia pożywka, laboratoria Luxcorp. Proces trwa kilka tygodni, a efekt jest… cóż, zobaczysz sama. Ja biorę polędwiczkę. Ty?
– To samo. Ale bardziej z ciekawości niż z głodu.
– A do picia?
– Woda niegazowana.
– W porządku.
Zamówienie pojawiło się szybko, wciąż gorące, pachnące ziołami. Domi spróbowała polędwiczki i jej oczy rozszerzyły się z zaskoczenia.
– To… jest niesamowite.
Zjedli w milczeniu, wymieniając tylko spojrzenia. Johnny płacił bez ruchu, przesyłając kredyty przez interfejs BCI.
– Jak to zrobiłeś? – zapytała. – Niczego nie podawałeś kelnerowi.
– To właśnie BCI – odparł. – Podział nie przebiega według technologii – przebiega według pieniędzy. Bogaci żyją w komfortowych wieżach, biedni duszą się w betonowym labiryncie na dole.
Wstali od stolika i ruszyli w stronę wyjścia. Powietrze pachniało chlorem, świeżymi roślinami i czymś nowym – nową drogą Domi.
– Widzimy się jutro rano – powiedział Johnny, zatrzymując się pod jej drzwiami. – Oprowadzę cię po strefie Manhattan. Domi skinęła głową. To był pierwszy wieczór od dawna, kiedy naprawdę czuła, że żyje. I pierwszy, w którym nie wiedziała, czy powinna się cieszyć… czy bać.