Incydent Bałtycki - ebook
Michał Różycki, były nurek bojowy Formozy, szukał spokoju na szwedzkiej Gotlandii. Ciszę przerywa łomot do drzwi. Na progu jego domu pada półżywy rosyjski marynarz, który ostatkiem sił doczołgał się z brzegu. Chwilę później potężny impuls EMP paraliżuje elektronikę. Wyspa staje się polem bitwy trzech wywiadów. Wszyscy polują na tajemniczą technologię ukrytą na dnie — a klucz do niej ma tylko Różycki. Teraz nie ma już wyboru. Żadnych zasad.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-365-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Napięta niczym struna żyłka wyprostowała się nagle, przerywając ciszę nad brzegiem Bałtyku. Czerwony spławik zanurzył się kilka razy, dając znak, że kolejna zdobycz połknęła haczyk. Michał z wyczuciem kręcił korbką kołowrotka. Terkot mechanizmu przypominał miarową pracę wskazówek zegara. Każdy obrót przybliżał mężczyznę do celu.
W metalowym wiadrze pływały już cztery sztuki. Ta ostatnia nie szarpała się tak mocno jak poprzednie; raczej poddała się na starcie, jakby przeczuwała nieuchronny los. Wędkarz przyspieszył zwijanie, by woda stawiała mniejszy opór. Poderwał wędkę, jednocześnie domykając dystans szybkim ruchem korby. Kilka minut później na powierzchni ukazała się ryba. Wybijała ogonem rytm o taflę wody, nie mając już sił na walkę w głębinie.
Michał ocenił jej wielkość, sprawnym ruchem wypiął haczyk z pyska i wrzucił ją do wiadra.
— Na dziś koniec — mruknął do siebie.
Złożył wędkarskie krzesełko, zabezpieczył wędziska i schował akcesoria do torby. Chwycił wiadro. Ruszył ścieżką w górę, w kierunku domu stojącego na szczycie klifu. Wdrapywanie się po kamienistym zboczu z obciążeniem było wyzwaniem, ale dla byłego żołnierza takie podejście nie stanowiło problemu. Mięśnie wyćwiczone w armii wciąż pracowały bez zarzutu. Ostatnie metry pokonał pewnie, niemal przeskakując rozpadliny skalne wielkimi susami.
Dom na północnym krańcu wyspy stał otworem. Michał znalazł go przypadkiem, szukając własnego miejsca na ziemi. Pobliska wioska Hallshuk zamierała poza sezonem, co czyniło tę okolicę idealną oazą odosobnienia. To nie była Warszawa. Stolica Polski rozrastała się w obłędnym tempie, pożerając okoliczne wsie i zamieniając je w betonowe dzielnice. Gotlandia, zagubiona gdzieś na środku Bałtyku, była dla niego bezpieczną jaskinią — schronieniem przed przeszłością.
Pierwszy okoń, już sprawiony i obtoczony w mące, zaskwierczał na patelni. Służba wojskowa nauczyła Michała samowystarczalności, także w kuchni. Kiedy był szeregowcem, często trafiał na garnuszek do kucharzy. Później, gdy przeszedł selekcję do FORMOZY, na misjach zagranicznych jadał to, co udało się zdobyć w lokalnych akwenach.
Kilka minut później złota panierka ozdobiła bałtyckiego okonia. Były komandos sięgnął po widelec, by skosztować dzieła, lecz wibracja telefonu przerwała mu posiłek. Czarny, prostokątny przedmiot niemal wyślizgnął mu się z rąk ubrudzonych tłuszczem. Gdy na ekranie wyświetliło się imię „Jaro”, Michał zamarł. Przez głowę w ułamku sekundy przemknęły mu obrazy z jednostki. Czego po dwóch latach w cywilu mógł chcieć od niego były dowódca?
Odebrał.
— Zadomowiłeś się już na dobre na tej skale? — Głos Jaro brzmiał chłodno.
Był sarkastyczny i opanowany, ale do bólu lojalny. Takiego go Michał zapamiętał. Szef nie zmienił się ani trochę przez te wszystkie miesiące.
— Czyżby komandor wydzwaniał do każdego podwładnego w stanie spoczynku? — odbił piłeczkę Michał.
— Tylko do moich najlepszych ludzi.
— Panie komandorze, melduję posłusznie: Gotlandia zdobyta — Michał przełączył telefon na tryb głośnomówiący i wrzucił kolejną rybę na patelnię.
— Różycki, nie wygłupiaj się. Brakuje mi tu takich jak ty.
— Młodziki nie umieją pływać? — Michał obrócił rybę na drugi bok.
— Twój rocznik był ostatnim z najlepszych, jakie miałem. Poza tym politykierzy znowu mieszają się do naszych spraw… — uciął Jaro.
Michał przypomniał sobie lata pod dowództwem komandora Jarosława „Jaro” Stępińskiego i jego utarczki na sejmowych salonach. Szef zawsze walczył o zwiększenie nakładów finansowych na formacje takie jak GROM czy jego FORMOZA. Polska już dwa lata temu potrzebowała wzmocnień; konflikt na Ukrainie był tego najlepszym dowodem. Niestety cywile w garniturach z Wiejskiej nie rozumieli nowoczesnego pola walki. Przez te przepychanki komandor o mało nie został dyscyplinarnie usunięty z armii.
— Pan wybaczy, że nie mogłem zostać. Rozstanie z żoną, walka o majątek…
— Wiem, co czujesz, Michał. Kiedy odeszła moja druga połowa, też przeżyłem załamanie. Śmierć to wprawdzie nie rozwód, ale coś te sprawy łączy.
— Pan jednak został w Formozie… — Różycki wrzucił na gorącą patelnię trzeciego okonia.
Olej prysnął na wszystkie strony, a kilka kropel spadło na ekran telefonu, lądując dokładnie na napisie „Jaro”. Różycki lekko się uśmiechnął.
— Samotność i brak pomysłu na życie przybijają. Uciekłem w pracę i tyle. — Do uszu komandora doleciały odgłosy smażonej ryby. — Co tam pitrasisz?
— Rozbitka ze szwedzkiego statku handlowego — Różycki zaśmiał się do słuchawki.
Po drugiej stronie na chwilę zapadła cisza.
— Dobrze. Koniec ze wspomnieniami. W zasadzie dzwonię do ciebie w innej sprawie.
— Uprzedzam pytania: nie piszę się na misje jako najemnik.
— Nie o to chodzi, Różycki. Stul dziób i słuchaj.
Michał przełożył rybę na talerz i wyłączył płytę indukcyjną. Miał wrażenie, że znów jest w gabinecie Jaro na odprawie przed kolejną misją. Komandor kontynuował:
— Od momentu wybuchu konfliktu na Ukrainie Ruscy wypuścili na Bałtyk dwie łodzie podwodne i niszczyciele. NATO przeczuwa, że twoja spokojna ostoja może być ich celem.
— Czerwoni chcą zająć ten skrawek lądu? — Michał podniósł telefon do ucha, wyłączając tryb głośnomówiący.
— Sojusz bierze pod uwagę rozszerzenie konfliktu. Kluczem do panowania na morzu ma być opanowanie Gotlandii. Taki scenariusz zakładają też Amerykanie, którzy wysyłają w ten rejon swoje jednostki.
Różycki wyciągnął paczkę papierosów z kuchennej szuflady. Zapalił jednego, zaciągając się tak mocno, że usłyszał to komandor.
— Niech zgadnę: mam być czujnym szpiegiem Rzeczypospolitej?
— Na polityków nie mam co liczyć. Kłócą się teraz o to, ile sankcji jeszcze nałożyć na Rosję. Wojskowi zerkają na sojuszników z NATO, którzy radzą zwiększyć czujność na Bałtyku. Więc gdybyś coś zauważył albo usłyszał…
— Jasne. Jak zacznie się inwazja, polecę strzelać pierwszy. Panie komandorze, ryba mi stygnie.
Jaro westchnął do słuchawki tak ciężko, że Michał poczuł mrowienie na skórze. Najwyraźniej lojalność wobec niedawnego szefa jeszcze nie wygasła. Ciało zareagowało jak u dobrze wyszkolonego żołnierza pozostającego w ciągłej gotowości. Michał niemal stanął na baczność; powstrzymała go jedynie niewidzialna siła nabytego w cywilu dystansu.
— Różycki… gdyby nie fakt, że jesteś w cywilu…
— Panie komandorze, żartowałem. Jak będzie się coś dziać, pomogę. Człowiek wychodzi z armii, ale służba z człowieka nigdy — Michał zaciągnął się kolejną porcją dymu, po czym powoli wypuścił go ustami.
— Dziękuję. Miej oczy i uszy otwarte — rzucił Jaro i rozłączył się.
Komandos zgasił peta w popielniczce i wrócił do ryby. Zjadł kilka kęsów, czując na podniebieniu słony smak Morza Bałtyckiego. „Służba z człowieka nie wychodzi” — te słowa znów zabrzmiały mu w głowie. Minęły dwa lata spokoju od odejścia z FORMOZY i świat znów się o niego upomniał. Gdziekolwiek by nie uciekł, los i tak go znajdował. Chwycił widelcem płat okonia i zaczął żuć. Przez chwilę planował puścić prośbę dowódcy mimo uszu. NATO, wojna, nurkowanie w lodowatych odmętach — chciał od tego odpocząć tutaj, na wyspie.
Bił się z myślami jeszcze przez kwadrans, podjadając resztki panierki. Doszedł w końcu do wniosku, że jakieś zajęcie pozwoli mu skuteczniej zapomnieć o rozwodzie. Zabawa w szpiega? Czemu nie. Lepsze to niż wypieranie bolesnych wspomnień na siłę.
Wstał, otworzył zmywarkę i wstawił do niej naczynia. W chwili, gdy chciał zatrzasnąć drzwiczki, usłyszał dwa głośne uderzenia w drzwi. Dudnienie wypełniło kuchnię niczym huk pioruna. W pierwszej chwili Różycki pomyślał, że to wyobraźnia przywołała wojenne echa. Telefon od byłego szefa mógł uruchomić lawinę niechcianych skojarzeń. Ocknął się dopiero przy kolejnym łomocie — tym razem nieco słabszym.
Podszedł do wejścia i szarpnął za klamkę. W progu stał blondyn. Ledwo trzymał się na nogach, kołysząc się na boki niczym kadłub statku na fali. Komandos, mimo doskonałego refleksu, nie zdążył złapać przybysza. Mężczyzna zwalił się do środka i padł na podłogę niczym ścięte drzewo.Rozdział 2
Sterta dokumentów przewalała się przez biurko niczym śmieci na wysypisku. Nieposegregowane teczki, oznaczone różnymi kryptonimami, walały się też na podłodze. Jaro z trudem przeciskał się przez ten bałagan, chodząc nerwowo z kąta w kąt. Od kilku dni atmosfera w bazie nie pozwalała mu skupić się nawet na sprzątaniu. Jedyne, co robił bezbłędnie, to palenie. Jak w zegarku, co godzinę dym wypełniał każdy zakamarek jego gabinetu w budynku portowym.
Między jednym a drugim zaciągnięciem obserwował wychodzące w morze jednostki. Okręty Marynarki Wojennej tuż za falochronem południowym zwiększały obroty, szybko znikając za horyzontem. Cywilne łajby, jakby ceremonialnie, wolno mijały wyjście z portu, mozolnie opuszczając wody terytorialne Polski. Jaro, stojąc w oknie, doszedł kiedyś do wniosku, że armatorzy musieli wydać specjalne rozkazy: pasażerowie mieli oglądać widok oddalającej się Gdyni jak najdłużej. Taka dodatkowa atrakcja w cenie biletu. Splunął kilka razy przez framugę, pozbywając się gorzkiego posmaku nikotyny.
Krawaciarze z Warszawy przez lata cięli koszty, co doprowadziło do rozłożenia armii na łopatki. Stępiński nie mógł się nadziwić, jak szybko, w zaledwie rok, zlikwidowano WSI, pozostawiając kontyngenty polskich żołnierzy bez wsparcia wywiadowczego. Potem przyszła kolej na nich — elitę NATO, Formozę. Walczyli w Afganistanie, Iraku i Syrii, by w końcu zostać uziemionymi i zapomnianymi przez polityków. Jaro pociągnął kolejny łyk dymu. Uśmiechnął się pod nosem na myśl o panice, jaka wybuchła w stolicy, gdy Ruscy ruszyli na Ukrainę. Takiego „popłochu” wśród cywili dawno nie widział. Nagle wszystkie jednostki bojowe dostały zastrzyk gotówki i wolną rękę. Sytuacja skomplikowała się jednak, gdy rosyjskie fregaty wyszły na Bałtyk. NATO dało jasno do zrozumienia: jedna iskra może przeistoczyć się w trzecią wojnę światową.
Komandor podszedł do biurka i wygrzebał ostatni raport. Słowo „Gotlandia” pojawiało się w co drugim zdaniu. Największa wyspa na środku Bałtyku, należąca do Szwecji, mogła stać się nową zawleczką w wojennym granacie. Na dodatek Szwedzi długo opierali się przed wejściem do Sojuszu, który teraz działał w pośpiechu, by nadrobić stracony czas.
— Nie przeszkadzam? — Komandor odwrócił się gwałtownie. W progu gabinetu stał ubrany w garnitur, niemal łysy facet. Wyszczerzył zęby, ściskając w ręku czarną teczkę.
— Chyba nie byliśmy dzisiaj umówieni. — Jaro usiadł za biurkiem, nie zapraszając gościa do środka.
— Nastały takie czasy, że nie musimy się umawiać — odparł „garniak”, robiąc kilka kroków w stronę biurka.
— Nadal nie rozumiem. — Jaro splótł dłonie na piersi i oparł się ciężko w fotelu.
— Leon Kord, oficer SWW. — Nieznajomy wyciągnął rękę. Stępiński zawahał się, ale po sekundzie odwzajemnił gest.
— Proszę siadać. Co sprowadza kontrwywiad do naszej bazy?
Oficer uśmiechnął się lekko, zajmując miejsce naprzeciwko komandora. Omiótł wzrokiem pomieszczenie. Stępiński odniósł wrażenie, że gość przyjechał go przesłuchać. Pytanie brzmiało: w jakim celu? Czyżby szykowała się tajna misja na Ukrainie? Oficjalnie wojsk NATO tam nie było. Nieoficjalnie jednak…
— Wróciliście do łask przez te walki na wschodzie. — Kord wyjął z teczki kilka kartek zapisanych drobnym drukiem. Położył je przed Stępińskim, układając je w wachlarz. Wyglądało to tak, jakby komandor miał za chwilę wylosować jedną z nich niczym kartę w kasynie.
— To raporty naszych agentów z akwenu Bałtyku. Rosjanie po sukcesach na Ukrainie i przełamaniu frontu puścili armadę na morze.
— Dwa okręty podwodne i niszczyciele. Wiem to od swoich ludzi — uciął Jaro.
— Właśnie. — Oficer SWW uniósł jedną z kartek zatytułowaną „Gotlandia”. Przez moment analizował tekst, jakby widział go po raz pierwszy, po czym podał dokument Stępińskiemu.
Komandor wczytał się w raport ze Szwecji. Wynikało z niego, że okręty podwodne rozpoczęły ciszę radiową tuż po minięciu wysepki Gotska Sandön, położonej na północ od Gotlandii. Na końcu widniała krótka, porażająca informacja o zatonięciu jednej z jednostek.
— Nie rozumiem ostatnich wersów. Jeden z okrętów eksplodował po osadzeniu się na dnie? — Stępiński zmarszczył brwi i spojrzał na oficera.
— Ma pan to czarno na białym. Czyż nie?
— Kto ich zdjął? Amerykanie? Brytyjczycy? — Jaro świdrował Korda wzrokiem, próbując odgadnąć odpowiedź.
Oficer odebrał kartkę i położył ją na biurku. Jego twarz skamieniała.
— Ani jedni, ani drudzy, panie komandorze.
— Awaria? Powtórka z Kurska?
— To próbują ustalić Szwedzi. Wysyłają drona podwodnego. Rosjanie oficjalnie milczą, nabrali wody w usta.
— Dziwne, że nie wywołali jeszcze propagandowej burzy — mruknął komandor i wyciągnął w stronę gościa paczkę papierosów. Kord odmówił krótkim skinieniem głowy i zaczął chować dokumenty do teczki.
— Proszę szykować najlepszy zespół. FORMOZA ma być w pełnej gotowości. — Agent SWW wstał i ruszył ku wyjściu. Zatrzymał się dopiero przy drzwiach. Wsunął dłoń do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął białą kopertę. Podał ją zaskoczonemu Stępińskiemu, po czym wyszedł bez słowa.
Komandor stał przez chwilę jak zahipnotyzowany, wpatrując się w biały prostokąt. Czuł, że w środku znajduje się oficjalne pismo. Wyciągnął kartkę. Rozkaz z Ministerstwa Obrony Narodowej nie pozostawiał złudzeń: nakazywał wszystkim żołnierzom, bez wyjątku, natychmiastowe stawiennictwo w jednostkach. Jaro zbladł. Rosyjski wrak na dnie Bałtyku mógł oznaczać tylko jedno. Eskalację, na którą nikt nie był gotowy.Rozdział 3
Srebrny Gulfstream przecinał niebo nad Atlantykiem niczym rozgrzany nóż wchodzący w masło. Pilot pchnął przepustnicę do oporu, gdy tylko zostawili za sobą wschodnie wybrzeże USA. Kiedyś nad tym bezkresem wód z ogłuszającym hukiem latały Concorde’y, zamieniając ocean w pole bicia rekordów prędkości. Gulfstream nie pędził tak szybko jak sławna maszyna pasażerska i ustępował jej wielkością, był jednak wystarczającym środkiem transportu dla służb wywiadowczych Stanów Zjednoczonych. Tylko nieliczni mogli otrzymać pozwolenie na przelot „srebrną strzałą”, jak nazywano maszynę w Langley. Specjalny bilet na pokład wystawiał sam szef CIA.
Anna Lind dostała rozkaz wyjazdu nagle, właśnie gdy szykowała się do urlopu. Wniosek o odpoczynek cofnięto jej w trybie natychmiastowym. Zamiast na Hawajach, z dala od szpiegów i wojen, siedziała teraz nad Atlantykiem, studiując stertę raportów. Pomarańczową teczkę szef wcisnął jej osobiście w chwili wejścia do samolotu. Podziękował jedynie za szybkie przybycie i odprawił ją bez słowa wyjaśnienia. Kilka minut później była już na pułapie przelotowym, ponad zwartą warstwą chmur.
Lind zerknęła raz jeszcze na ostatnie strony raportu. Szef wyraźnie podkreślił zdania: „anomalie na dnie morza w rejonie Gotlandii” oraz „awarie przyrządów pomiarowych”. Agentka miała przed sobą dokumentację czegoś, co w centrali określono jako zjawiska skrajnie niepokojące. Porównała zapiski dotyczące Bałtyku z pozycjami rosyjskich okrętów. Flota uderzeniowa, która wyszła z Petersburga, dziwnym trafem zatrzymała się w okolicy szwedzkiej wyspy. Rosjanie stali na kotwicy czwarty dzień, zachowując całkowitą ciszę radiową. W dobie kryzysu na Ukrainie było to zjawisko zagadkowe i groźne.
Samolot wleciał nad kontynent, przecinając linię brzegową Francji. Pilot skorygował kurs w okolicach Nantes. Anna z trudem przełknęła ślinę na myśl o rodakach, którzy pod nią spędzali właśnie wymarzone wakacje. Francuskie winnice cieszyły się ostatnio ogromnym wzięciem; Amerykanie mieli dość zatłoczonych autostrad we własnym kraju, wybierając pozornie spokojniejszą Europę. I to mimo wojny szalejącej na wschodzie. Niemcy i Polska wydawały się turystom wystarczającym buforem bezpieczeństwa.
— Jesteśmy na wysokości Hamburga, za pół godziny podchodzimy do Visby — metaliczny głos z głośnika wyrwał agentkę z lektury.
Zaczęła zbierać rozrzucone strony, chowając je z powrotem do pomarańczowej teczki. Samolotem szarpnęło, gdy maszyna wleciała nad Morze Bałtyckie. Z lewej strony Lind dostrzegła Bornholm, który po chwili zniknął za horyzontem. Mówi się, że najtrudniejszy jest start i lądowanie, jednak dotknięcie pasa w Visby było niczym muśnięcie piórem. Agencja zatrudniała tylko najlepszych pilotów.
— Witamy na Gotlandii, panno Lind! — Mężczyzna w czarnym garniturze krzyknął w stronę Anny, gdy ta schodziła po stopniach. Machał do niej energicznie, niczym mąż, który rok nie widział żony.
— Anna Lind, sekcja wywiadu CIA — rzuciła oschle, nie odwzajemniając uśmiechu.
— Erik Holm, szwedzki kontrwywiad SÄPO.
— Mój szef przekazał, że ma mi pan udzielić wszelkiej pomocy.
— Mój powiedział mi to samo. — Erik wskazał ręką na czarnego Mercedesa. — Ma pani szczęście, że w ogóle wylądowała na wyspie.
— Nie rozumiem.
— Od północy rząd zaostrzył reguły podróżowania na Gotlandię. Wszystko przez tych Rosjan, którzy tam stoją. — Holm wskazał dłonią kierunek wschodni.
— Chyba nie obawiacie się inwazji? — odparła Lind, gdy wsiadali do samochodu.
Szofer uruchomił silnik, który wydał pomruk niczym kot zamknięty w klatce. Anna przez chwilę myślała, że maszyna jest elektryczna — pracowała niezwykle cicho. Szwedzi, podobnie jak cała Skandynawia, od lat mieli obsesję na punkcie ekologii. Zupełne przeciwieństwo USA, gdzie nadal królowały potężne, ryczące diesle.
— Dostaliśmy od was raporty o okrętach podwodnych na północ od wyspy. To wystarczyło, by politycy zdecydowali tak, a nie inaczej.
Samochód ruszył w stronę bramy lotniska. Minął posterunek kontrolny i skierował się do centrum Visby.
— Teraz pewnie żałujecie, że nie jesteście w NATO?
— Politycy żałują wszystkiego, ale zazwyczaj po fakcie — skwitował Holm, gdy podjechali pod hotel Landgården. — Proszę się odświeżyć, panno Lind. Za godzinę mamy odprawę na miejscowym posterunku policji.
Agentka skinęła głową i weszła do hotelu. W portierni szybko wypełniła kartę meldunkową, po czym udała się do pokoju. Gdy zdjęła buty, poczuła trudy podróży. W łazience był tylko prysznic, ale to wystarczyło, by odzyskać siły na resztę dnia.
Punktualnie sześćdziesiąt minut później znów siedziała w Mercedesie, który kluczył wąskimi uliczkami stolicy Gotlandii. Miejscowy posterunek policji różnił się od wszystkiego, co Lind widywała do tej pory. Wyglądał jak poniemiecki bunkier; niemal pozbawiony okien, z jedynymi drzwiami od frontu. Surowa bryła betonu z delikatnie odświeżoną elewacją pamiętała zapewne mroczne czasy zimnej wojny. W korytarzu spotkała Holma. Tym razem nie uśmiechał się szeroko. Bez słowa ruszyli w stronę sali konferencyjnej na pierwszym piętrze.
Pomieszczenie było niewielkie jak na pokaźne rozmiary samego budynku. Stoły ustawiono w półokrąg, z centralnym miejscem dla dowodzącego. Po bokach stały drewniane krzesła z metalowymi oparciami, przypominające te ze szkolnych klas. Siedziało na nich dwunastu mężczyzn — wojskowi i cywile. Gdy weszła, zmierzyli ją wzrokiem, z trudem kryjąc protekcjonalne uśmieszki. Była jedyną kobietą w tym towarzystwie.
Z wyuczonym opanowaniem zajęła miejsce, a Holm usiadł obok niej. Po chwili do sali wszedł tęgi, łysy mężczyzna. Anna natychmiast rozpoznała szefa SÄPO. Lars Berg, ubrany w mundur polowy, bardziej przypominał dowódcę szykującego się na front niż urzędnika mającego wygłosić prelekcję. Zerknął podejrzliwie na agentkę CIA, dając jej do zrozumienia, że nie jest tu mile widziana. Lind pamiętała z raportów, że Szwedzi zawsze utrudniali zagraniczne śledztwa w rejonie Skandynawii.
— Pozwolą państwo, że będę mówił po angielsku — rzucił łysy. — Mamy sytuację nadzwyczajną. Dlatego zdecydowałem się zasięgnąć pomocy u naszych amerykańskich przyjaciół. — Zmierzył wzrokiem Annę, która lekko skinęła głową. — Pani Anna Lind z CIA. Witamy na wyspie. Proszę referować.
Agentka popatrzyła po zgromadzonych. Wyglądali jak dwunastu apostołów o kamiennych twarzach. Ich chłodne spojrzenia niemal ją zmroziły.
— Moja agencja od kilku dni śledzi ruch jednostek rosyjskich w rejonie Gotlandii — zaczęła. — Wykryliśmy aktywność nawodną oraz dwa obiekty podwodne, o czym na bieżąco informowaliśmy SÄPO.
— Jednak nie to nas niepokoi… — Lind zerknęła na Berga, który zmarszczył brwi. Erik też z zaciekawieniem spojrzał w stronę agentki. Kobieta nabrała powietrza w płuca. — Jeden z rosyjskich okrętów podwodnych zatonął. Początkowo wydawało się, że to awaria, jednak nasz satelita zarejestrował dziwne anomalie. Coś na kształt impulsu elektromagnetycznego w rejonie zaginięcia jednostki.
W sali zapadła głucha cisza.
— Impuls elektromagnetyczny? — bezgłos przerwał Berg.
— Na głębokości około dziewięćdziesięciu metrów, w bliskiej odległości od Gotska Sandön.
— Sugeruje pani atak podwodny kogoś z NATO?
— CIA niczego nie sugeruje. Nie mamy wglądu pod powierzchnię. To może być równie dobrze nowa broń. Rosjanie mogli wypłynąć na Bałtyk, by ją przetestować, a konflikt na Ukrainie idealnie odwraca uwagę.
— Za dużo w tym wszystkim słowa „może” — Berg wstał od stołu. Lind spojrzała na niego podejrzliwie, przypominając sobie o legendarnej nieufności Szwedów. Szef SÄPO rozejrzał się po sali, jakby szukał wsparcia u kolegów. Beznamiętne wodzenie wzrokiem zakończył na Lind.
— Langley liczy na pomoc szwedzkiego rządu. Ta sprawa musi zostać wyjaśniona jak najszybciej. — Agentka CIA wyprostowała się na drewnianym krześle niczym wzorowa uczennica. Lars spuścił wzrok. To zadziałało jak sygnał dla wytrenowanego pracownika wywiadu. — Chyba że wy wiecie już coś więcej? — wyrwała Berga z zamyślenia.
— Obecnie nasz kontrwywiad niczego dokładnie nie ustalił. Jednak tuż przed spotkaniem dostałem zaszyfrowaną wiadomość. Marynarka Wojenna za godzinę wejdzie w rejon wyspy z rozkazem pełnej gotowości bojowej.
— Mieliście nas informować o każdym ruchu! — Anna wstała gwałtownie. Lars Berg zrobił krok w tył. Najwyraźniej rzadko spotykał się z taką reakcją, zwłaszcza ze strony kobiety.
— Szwecja nie jest w NATO, Rosjanie o tym wiedzą. Jeśli na Bałtyku ma dojść do bitwy, chcemy dyktować warunki.
Erik stanął naprzeciw Anny Lind, patrząc jej prosto w oczy i dając niemy znak, by odpuściła dalszą wymianę zdań. Sala konferencyjna opustoszała w kilka minut. Szef SÄPO wyszedł pierwszy, a za nim posłuszni podwładni. Nikt więcej się nie odezwał. Agentka CIA odniosła wrażenie, że dwunastu pretorianów stanowiło tylko tło dla tej sceny.
— Nigdy nie widziałam tak krótkiej odprawy. I co to miało być? Dwunastu apostołów?
— My, Szwedzi, nie tracimy czasu na gadanie. Wolimy konkrety i rozkazy — rzucił Holm.
— Tak czy inaczej, ta wymiana zdań była dość tajemnicza. Nie uważasz?
— Pozwól, że nie będę podważał kompetencji swojego przełożonego. — Szwed ruszył w stronę wyjścia, a Lind podążyła za nim. Po chwili znaleźli się przed budynkiem.
— Zapewniałeś mnie na lotnisku, że udzielicie wszelkiej pomocy. Tymczasem to moja agencja wie więcej niż wasz rząd. — Agentka CIA nie kryła ironicznego uśmiechu. Erik jedynie pokiwał głową. — Muszę zameldować o „owocnym” spotkaniu. — Wyciągnęła telefon, niemal ceremonialnie pokazując go Erikowi. Ten przytaknął i wrócił do budynku policji.
Anna wybrała numer. Rozmówca po drugiej stronie Atlantyku odebrał niemal natychmiast. Lind usłyszała znajome sapanie.
— Jakieś postępy w sprawie? Co mówili Szwedzi?
— Miałam najkrótszą odprawę sztabu kryzysowego w karierze — rzuciła Anna do słuchawki.
— Mówiłem ci, to specyficzny naród. Europejczycy działają chaotycznie — odparł George.
— Mam wrażenie, że wiedzą więcej. Zasłaniają się brakiem akcesji do NATO, co daje im poczucie panowania nad sytuacją.
— Powiedziałaś im o impulsie?
— Tak. Na szefie SÄPO nie zrobiło to wrażenia. Jakby wiedział… — Lind urwała w połowie zdania.
— Myślisz, że chcą potajemnie zbadać rosyjski wrak?
Agentka milczała, zbierając myśli. Spoglądała na surową bryłę posterunku, z którego właśnie wyszli Szwedzi.
— Sprawdzę to. Potrzebuję wsparcia kogoś z szybkimi palcami. Ich marynarka wojenna jest w drodze. To okazja na mały hakerski abordaż.
— Zwykle nie atakujemy przyjaciół, ale… podeślę ci kogoś. Czekaj w hotelu na namiary. I nie daj się wykurzyć z Gotlandii.Rozdział 4
Wielkie pęcherze powietrza, przypominające dryfujące meduzy, zaczęły gwałtownie wykwitać na powierzchni spokojnego Bałtyku. W ciągu kilku minut ich liczba wzrosła czterokrotnie, tworząc spieniony spektakl niedaleko północnego krańca Gotlandii. Pod mętnym lustrem wody zarysowała się żółta, jajowata sylwetka. Z każdą chwilą obiekt zdawał się potężnieć, aż w końcu „jajo” powoli przebiło taflę. Kadłub, zaprojektowany do wytrzymywania miażdżącego naporu ziemskich głębin, wyszedł z tej próby bez najmniejszego uszczerbku.
Fale morskie z minuty na minutę odsłaniały pełen obraz tajemniczej konstrukcji. Intensywna żółć pociemniała, wpadając w odcienie głębokiego pomarańczu. W miarę jak woda spływała z gładkich burt, ukazały się kontury okrągłych iluminatorów. Wielka bryła w otoczeniu kłębiącej się piany niemal wyskoczyła nad powierzchnię, po czym zaczęła kołysać się na fali niczym ciężka, stalowa boja.
Pasażer wewnątrz oddychał z trudem, chwytając powietrze spazmatycznie jak ryba wyrzucona na piach. Leżał na profilowanym fotelu z podnóżkiem. Tylko dzięki trzem pasom bezpieczeństwa nie wylądował na podłodze, gdy miniaturowa łódź gwałtownie wytraciła pęd u celu podróży. Komputer pokładowy wyłączył się, kwitując wykonanie zadania suchym, trzykrotnym sygnałem, który w sterylnej ciszy kabiny brzmiał wyjątkowo złowrogo.
Mężczyzna rozpiął klamry i wstał z wielkim wysiłkiem. Lekko zgarbiony, podszedł do iluminatora. Chciał zrozumieć, gdzie rzucił go los. Żył, był cały i jako jeden z nielicznych mógł teraz oglądać błękit nieba nad Bałtykiem. Ten widok przywrócił mu resztki sił.
Zaczął manipulować przy sufitowym włazie. Mechanizm nie drgnął — ani za pierwszym, ani za drugim razem. Ogromne ciśnienie, z którym mierzyli się przez ostatnie tygodnie, musiało nadwyrężyć uszczelki lub zassać pokrywę. Mężczyzna zaparł się nogami i szarpnął z furią, wkładając w to całą pozostałą energię. Koło zamachowe w końcu puściło, wydając z siebie metaliczny skowyt. Furta ustąpiła, a do wnętrza wtargnęło świeże powietrze, nasycone słonym smakiem bałtyckiej bryzy.
Oczy pasażera powoli oswajały się z jaskrawym światłem, tak różnym od mroku, w którym tkwił przez ostatnie tygodnie. Rozejrzał się, oceniając położenie. Około kilometra dalej dostrzegł ciemny zarys lądu. W macierzystej jednostce nigdy nie ćwiczono podobnego scenariusza — zazwyczaj kapsuła wynurzała się w bezpośrednim sąsiedztwie ścigacza lub okrętu patrolowego.
Pozostawało dryfować i liczyć na szczęście, choć istniało ryzyko, że prądy zniosą go na otwarte morze. Mógłby spróbować wiosłować, ale szybko zdał sobie sprawę z beznadziejności tego pomysłu. Nie miał czym.
Zaczął nerwowo przeszukiwać wnętrze. Próba wyrwania elementów elektroniki czy stelaża fotela spełzła na niczym. W szafce nad głową znalazł jedynie apteczkę; reszta skrytek świeciła pustką. Usiadł zrezygnowany. W tej chwili nawet kawałek deski byłby na wagę złota.
Nagle jego wzrok zatrzymał się na emaliowanym godle Federacji Rosyjskiej, wtopionym w ścianę kabiny. Podszedł do emblematu, szukając jakiejkolwiek szczeliny. Spróbował podważyć metal, ale tylko złamał paznokcia. Syknął z bólu i odruchowo włożył palec do ust, przeklinając pod nosem. Jeszcze raz przeszukał każdy centymetr podłogi, zaglądając pod pulpit sterowniczy. W końcu pod wiązką kabli dostrzegł stalową blaszkę mocującą. Szarpnął raz, drugi — za trzecim metal ustąpił. Trzymał w ręku ostry, prymitywny kawałek stali. To musiał być jego nóż i jedyne narzędzie ratunku.
Zaostrzoną krawędzią blachy zaczął wydłubywać herb ze ściany. Gdy wykruszył kilka centymetrów spoiwa, podważył krawędź i wsunął pod spód drżące palce. Szarpnął z całej siły. Emblemat odpadł od grodzi z głośnym łoskotem. To prowizoryczne wiosło musiało mu wystarczyć.
Wydostał się na zewnątrz i przykucnął przy krawędzi kadłuba, desperacko wiosłując metalową płytą. Miał szczęście — Bałtyk był tego dnia nad wyraz spokojny. Do brzegu zostało około sześciuset metrów, ale prąd znosił go na południowy zachód.
Pół godziny walki z oporną masą wody wycisnęło z niego ostatnie poty. Gdy poczuł, że głębokość na to pozwala, zsunął się do morza i dopłynął wpław do płytkiej mielizny. Padł na piasek, ciężko dysząc. Fale obmywały mu nogi, a kilka kropel słonej wody wdarło się do ucha, powodując irytujące kłucie. Wylądował na odludziu. Jedynym dźwiękiem był rytmiczny szum Bałtyku rozbijającego się o brzeg. Na plaży nie było żywej duszy. Potrzebował kwadransa, by opanować drżenie mięśni.
Usiadł, mrużąc oczy i szukając punktów orientacyjnych. W pamięci kołatała mu tylko jedna nazwa: „Gotska Sandön”. To ostatnie słowa, jakie usłyszał przed zatrzaśnięciem włazu kapsuły. Jeśli rzeczywiście był na terytorium obcego państwa, musiał przygotować wiarygodną legendę. Zdradzenie celu misji nie wchodziło w grę — w kraju czekałby go za to sąd wojskowy i kula w potylicę. Wstał powoli, prostując zesztywniałe ciało. Wąska plaża kończyła się tu stromym klifem. Musiał wdrapać się na górę, by zorientować się w terenie i sprawdzić, czy grozi mu niebezpieczeństwo.
Zrobił kilka kroków w stronę skalistej ściany i nagle zamarł. Na górze dostrzegł sylwetkę. Z tej odległości wyglądał na mężczyznę w średnim wieku. Nieznajomy, ubrany w spodnie moro i skórzaną kurtkę, sprawnie piął się w górę z wędką przewieszoną przez plecy. Przypominał żołnierza na przepustce.
W klifie musiała istnieć wydeptana ścieżka, bo tamten co chwilę znikał za załomami skał, pojawiając się coraz wyżej. W końcu dotarł na szczyt, pokonując ostatnie metry kilkoma pewnymi skokami.
Rozbitek odczekał chwilę, obserwując krawędź urwiska. Gdy upewnił się, że nieznajomy zniknął, podszedł bliżej. Między ostrymi jak noże głazami odnalazł wąskie przejście. W głębi zaczynała się stroma, niemal pionowa ścieżka, wijąca się ku szczytowi niczym wąż. Zaczął wspinaczkę. Metr po metrze pokonywał zawiłą trasę, walcząc z grawitacją. Krótkie szkolenie przed misją nie przygotowało go na taką eskapadę.
W połowie drogi zabrakło mu tchu. Zatrzymał się na niewielkim skalnym tarasie. Przed oczami zaczęły latać ciemne plamy, obraz świata falował. Pulsujące skronie i łomot serca przypomniały o gwałtownej dekompresji podczas wynurzenia. Odczekał, aż organizm odzyska względną równowagę, i ruszył dalej. Wyższe partie klifu były jeszcze trudniejsze. Pamiętał, że facet w moro pokonał je „susami” — spróbował zrobić to samo, choć jego nogi były jak z waty.
Wykrzesał z siebie ostatnie pokłady energii. Trzy pierwsze kroki wykonał bezbłędnie, ale przy ostatnim potknął się i runął na samą krawędź klifu, prosto w gęste pokrzywy. Pieczenie skóry pomogło mu nie zemdleć. Potrzebował długich minut, by uspokoić oddech. Podniósł się na drżących nogach. Kilkaset metrów dalej dostrzegł mały dom — samotny budynek wyglądający jak pustelnia.
Ruszył w jego stronę, gdy nagle za plecami usłyszał narastający warkot silnika. Odwrócił się gwałtownie. Na wysokości plaży, gdzie zostawił kapsułę, pojawiła się szwedzka łódź patrolowa. Podpłynęła na tyle blisko, że wojskowi mogli wyskoczyć do wody. Czterech ludzi w pełnym rynsztunku, walcząc z przybojem, dopadło do pomarańczowej bryły. Zaczęli nerwowo przeszukiwać wnętrze. Gdy stało się jasne, że kabina jest pusta, jeden z nich uniósł głowę i wskazał palcem prosto na szczyt klifu. Mężczyzna nie czekał dłużej. Resztkami sił pobiegł w stronę domu.
Uderzył pięścią w drzwi, łapząc ustami rzedniejące powietrze. Obejrzał się przez ramię, wypatrując pościgu. Na krawędzi klifu nie zauważył jeszcze żadnego ruchu. Podejście pod tak stromą ścianę nawet szwedzkim komandosom musiało zająć sporo czasu. Miał najwyżej kilka minut, zanim ich sylwetki odetną się na tle nieba.
Zebrał resztki woli i raz jeszcze rąbnął w drewniane deski. Wewnątrz usłyszał ciężkie kroki. Kiedy drzwi w końcu skrzypnęły, w progu mignęła mu znajoma sylwetka w moro. To było ostatnie, co zarejestrował. Świat nagle zwinął się do czarnego punktu, a podłoga uderzyła go w twarz z bolesną twardością.
Organizm ostatecznie odmówił posłuszeństwa.Rozdział 5
Różycki złapał przybysza pod pachy i wtaszczył do środka. Nieznajomy opadł na łóżko bezwładnie, niczym worek piasku. Przez moment Michał miał wrażenie, że mężczyzna skonał na jego oczach, ale puls, choć słaby, był wyczuwalny. Oddech — płytki i rzężący. Przybysz nie wyglądał na rybaka z Gotlandii. O tej porze roku pobliska osada świeciła pustkami, sezon miał ruszyć dopiero za miesiąc. Różycki wpatrywał się w bladą twarz nieprzytomnego, szukając odpowiedzi na pytania, które zaczęły kłębić się pod czaszką. Miał tu odpocząć, odciąć się od przeszłości i poukładać życie na nowo. Najwyraźniej nie było mu to pisane.
Przypomniał sobie nagły telefon od Jaro. Były dowódca nie dzwonił bez powodu. Myśl o rosyjskiej inwazji, którą sugerował, wydawała się niedorzeczna, ale teraz ten człowiek tutaj…
Nieznajomy poruszył się gwałtownie.
— Vorota, volna, svet… — wycharczał, nie otwierając oczu.
Brama, fala, światło. Różycki poczuł chłód na karku. Rozpoznał rosyjski. A więc to, co mówił komandor Stępiński, mogło być prawdą. Czy Rosjanin był zwiadowcą? Jeśli tak, to dlaczego wybrał akurat jego azyl?
Michał podszedł do stołu, wyciągnął papierosa i przypalił. Gorzki dym wypełnił płuca, wymuszając na mózgu wyższe obroty. Miał zameldować Jaro o każdej nietypowej sytuacji. Tylko czy to, co się właśnie działo, było już incydentem, czy wciąż tylko niefortunnym wypadkiem? Bałtyk to nie prywatne jezioro, a ten człowiek mógł być zwykłym żeglarzem, który rozbił jacht na pobliskich szkierach. Słowa o fali i świetle pasowały do morskiej katastrofy aż nadto.
Zaciągnął się ostatni raz, walcząc z wątpliwościami, po czym sięgnął po telefon. Wybrał numer. Buczenie w słuchawce przeciągało się w nieskończoność. Raz, drugi, trzeci… Szef FORMOZY nie odbierał.
Różycki odłożył smartfon na blat, zamierzając dopalić papierosa, gdy nagle usłyszał stłumione głosy za oknem. Podszedł do szyby i ostrożnie uchylił zasłonę. Dostrzegł trzech mężczyzn w mundurach Szwedzkiej Straży Przybrzeżnej. Podchodzili pod drzwi, rozglądając się czujnie. Przez ramiona mieli przewieszone karabiny. Szukali Rosjanina. Szpieg czy inwazja — w głowie Michała znów zabrzmiało ostrzeżenie Jaro o napiętej sytuacji na morzu.
Z każdym krokiem Szwedów narastał dylemat. Jeśli wyda rannego, zaczną się przesłuchania, a wojskowa przeszłość Różyckiego szybko wyjdzie na jaw. W najgorszym razie posądzą go o współpracę z obcym mocarstwem. Jeśli skłamie, strażnicy będą żądać przeszukania pomieszczeń. Mógł ich zbyć brakiem nakazu, ale wtedy jego samotnia na Gotlandii przestałaby być bezpiecznym schronieniem.
Stukanie do drzwi przecięło ciszę. Trzeba było działać. W Różyckim odezwał się stary nawyk żołnierza. Wyprostował się, wziął głęboki oddech i ruszył do wejścia. Uchylił drzwi tylko tyle, by pokazać twarz w wąskim prześwicie.
— Yes? How can I help you? — zapytał po angielsku.
Zaskoczenie w ich oczach utwierdziło go w przekonaniu, że nie spodziewali się nikogo zastać w budynku.
— Czy nie kręcił się tu ktoś podejrzany? — zapytał lider grupy, mierząc Michała uważnym wzrokiem.
Różycki zaprzeczył spokojnym ruchem głowy.
— Nie zauważyłem niczego niepokojącego.
— Pan tu mieszka?
— Kupiłem ten dom kilka miesięcy temu. Emerytura — skwitował krótko. Szwed uśmiechnął się blado, wodząc wzrokiem po elewacji budynku, jakby szukał śladów włamania.
— Możemy wejść do środka?
— Niestety, spieszę się na spotkanie w Visby. Czy to coś pilnego? — Michał uciął krótko, patrząc strażnikowi prosto w oczy. Zmarszczył brwi, przybierając maskę człowieka lekko poirytowanego zawracaniem głowy. Wpuszczenie ich do środka nie wchodziło w grę. Musiał grać na zwłokę.
Szwed zerknął porozumiewawczo na kompanów. Czy nabrał podejrzeń? A może widział, jak Rosjanin wślizguje się do domu? Różycki próbował wyczytać cokolwiek z twarzy mundurowego, gdy nagle zza rogu wyszedł czwarty mężczyzna. Michał zarejestrował go kątem oka, spinając mięśnie, choć na zewnątrz pozostał niewzruszony. Musiał założyć, że w pobliżu może być ich więcej.
— W okolicy grasuje niebezpieczny człowiek — podjął lider. — Jego łódź porzucono na brzegu, u dołu klifu.
— Rozumiem. Mam dzwonić, jeśli kogoś zobaczę?
— Dokładnie tak, panie…?
— Michał Różycki. — Wyciągnął rękę, licząc, że ten gest zakończy wizytę.
— Polak? Ciekawe.
— Czy to wszystko? Naprawdę muszę już ruszać — uciął komandos.
— Proszę dzwonić pod sto dwanaście. Przełączą pana do Straży Przybrzeżnej. To tyle. — Szwed zasalutował niedbale i dał znak swojej grupie. Ruszyli w stronę zejścia na plażę.
Różycki zamknął drzwi i oparł się o nie plecami. Spojrzał na postać na łóżku. Jeśli to nie żaden agent, tylko pospolity morderca, właśnie popełnił największy błąd w życiu. Znów chwycił za telefon. Pięć, sześć, siedem sygnałów… Nic. Stępiński milczał jak zaklęty.
Michał podszedł do Rosjanina. Przebudzony przez szmery przybysz oddychał z trudem, ale jego stan wydawał się stabilny. Wyglądał, jakby przepłynął wpław połowę Bałtyku, choć wzmianka Szweda o łodzi sugerowała coś innego. Różycki przypalił kolejnego papierosa, nie spuszczając wzroku z nieznajomego. Musiał go przeszukać, zanim tamten odzyska przytomność.
Odłożył papierosa na krawędź popielniczki i zaczął fachowo sprawdzać kieszenie gościa. W spodniach i bluzie nie znalazł nic. Żadnych dokumentów, portfela, nawet drobnych. Jeśli ten człowiek był żołnierzem lub marynarzem, nie nosił przy sobie niczego, co mogłoby go zidentyfikować. Żadnych emblematów, sygnetu, nieśmiertelnika.
Różycki zaciągnął się dymem, czując narastającą irytację. Istniała szansa, że coś zostało na łodzi, ale to już zapewne zabezpieczyli Szwedzi.
— Kim ty, do kurwy nędzy, jesteś? — mruknął pod nosem.
Rosjanin poruszył się i zakasłał. Po chwili otworzył oczy. Przez dłuższą chwilę tępo wpatrywał się w sufit, aż w końcu przeniósł wzrok na okno, za którym płynęły wolno chmury.
Nieznajomy próbował poskładać w całość ostatnie zarejestrowane obrazy. Odwrócił głowę i dostrzegł Różyckiego stojącego nad nim z papierosem. Twarz mężczyzny była ostatnią rzeczą, jaką zapamiętał przed utratą przytomności.
— Czy to Kaliningrad? Jestem w Rosji? — wymamrotał.
— W zasadzie jeszcze nie, chyba że twoi kumple są już w drodze — odparł po rosyjsku Różycki, wypuszczając kłąb dymu.
— Estonia? Łotwa?
— Gotlandia. Szwedzka wyspa na środku Bałtyku. — Michał zrobił dwa kroki w stronę łóżka. — Kim jesteś i czego tu szukasz?
Przybysz zamknął oczy i z trudem przełknął ślinę. Nawet ta krótka wymiana zdań wyraźnie go wyczerpywała.
— Jestem Igor… — wydusił, po czym zaniósł się gwałtownym kaszlem. Łapał powietrze jak ryba wyciągnięta z wody.
— Wyglądasz fatalnie. Nie przywlokłeś tu chyba żadnej zarazy? — Różycki odruchowo cofnął się o krok.
Igor dźwignął się na łokciach i usiadł na krawędzi materaca, próbując uspokoić rozregulowany organizm. Szybka dekompresja i wspinaczka po klifie zrobiły swoje.
— Nie jestem chory — wycharczał w końcu.
— Cieszy mnie to. Niedawno mieliśmy pandemię, ludzie wciąż są przewrażliwieni. — Różycki splótł ramiona na piersi, lustrując gościa. — Igor, a nazwisko?
Rosjanin zmierzył go wzrokiem, zatrzymując się na spodniach moro gospodarza. Próbował ocenić, czy ten człowiek jest godny zaufania. Każde zbędne słowo mogło być wyrokiem. Gdyby był w Rosji, szukałby najbliższego posterunku policji, ale szwedzka wyspa zmieniała postać rzeczy na jego niekorzyść.
— Nie musisz się bać, ja się przedstawiłem. A ty? Jak na Szweda świetnie mówisz po rosyjsku — zauważył Igor.
— Michał Różycki.
— Polak?
— Co w tym dziwnego? Jesteś dzisiaj kolejną osobą, która zadaje to pytanie. Czy bycie Polakiem to jakaś zbrodnia?
Rosjanin zmarszczył brwi, wyraźnie zdezorientowany.
— Nie rozumiem.
— Przywlokłeś za sobą Straż Przybrzeżną. Kiedy tu smacznie spałeś, niemal zrobili mi abordaż do domu.
— Straż? Byli tutaj?
— Zostawiłeś łódź na brzegu. Każdy patrol by się zainteresował. Powiedz mi, ty nie jesteś czasem mordercą? — Różycki spojrzał mu prosto w oczy, opuszczając ręce. Stał teraz w lekkim rozkroku, gotowy do błyskawicznej reakcji, gdyby gość wykonał gwałtowny ruch.
— Skąd ci to przyszło do głowy?
— Strażnicy o tym wspominali. Nieważne. Zbyłem ich, ale mogą wrócić. Jeśli masz coś na sumieniu, lepiej gadaj teraz. Nie lubię niejasnych sytuacji, zwłaszcza we własnym domu.
Igor milczał przez kilka sekund. Analizował mimikę Różyckiego, szukając w niej podstępu. Rosja była daleko, dowódca został na dnie Bałtyku, a ten Polak, mimo że mógł wydać go Szwedom, nie zrobił tego. Rosjanin przełknął ślinę i postanowił zaryzykować, choć zamierzał dawkować informacje.
— Nazywam się Igor Pietrow. Jestem… a w zasadzie byłem akustykiem. Bardziej naukowcem niż żołnierzem.
— I tak sobie pływałeś łódką po Bałtyku? — Michał przerwał mu ironicznie, nie spuszczając gościa z oka.
— Jeśli rosyjski atomowy okręt podwodny to dla zachodu „łódka”, to właśnie tak było — wycharczał Pietrow. Kolejny atak kaszlu wstrząsnął jego ciałem. Przez minutę walczył o oddech, z trudem powstrzymując odruch wymiotny.
Różycki milczał, analizując fakty. Hasło „okręt podwodny” natychmiast uruchomiło w nim stare mechanizmy. Jaro miał rację — na Bałtyku zaczynała się brudna gra, a on właśnie znalazł się w samym jej centrum. Przez chwilę żałował żartów o strzelaniu do wszystkiego, co podpłynie pod klif. Karma wróciła szybciej, niż się spodziewał. Skoro jednak Rosjanin zaczął odkrywać karty, Michał postanowił pójść za ciosem.
— Były dwie jednostki. Z której ty jesteś?
Źrenice Pietrowa rozszerzyły się gwałtownie. Polak wiedział za dużo. To nie był zwykły cywil, który kupił domek na wyspie. Spodnie moro, styl bycia, chłodne spojrzenie… Rosjanin zaczął podejrzewać, że wylądował w sfabrykowanym punkcie przesłuchań. Może to wcale nie była Gotlandia, tylko polskie wybrzeże, a cała ta sceneria była jedynie teatrzykiem dla jednego widza? Adrenalina zaczęła krążyć w jego żyłach, zagłuszając ból mięśni.
— Zanim odpowiem… Poczęstuj papierosem. Nie miałem nic w ustach od kilku godzin — rzucił, wskazując wzrokiem paczkę leżącą na stole.
— Czemu nie. Rzadko miewam tu gości.
Różycki odwrócił się w stronę blatu. Gdy tylko wyciągnął rękę po paczkę, Pietrow skoczył.
To był desperacki zryw, napędzany czystym instynktem przetrwania. Michał jednak nie był amatorem. Zarejestrował ruch i wykonał krótki, oszczędny unik. Rosjanin, nie napotykając oporu, runął do przodu i uderzył głową w krawędź ciężkiego, dębowego stołu. Padł na podłogę z głuchym jękiem. Krew z pękniętego łuku brwiowego natychmiast zalała mu oko. Krótki wyrzut energii wypalił się równie szybko, jak się pojawił.
Różycki błyskawicznie przydusił butem nogę leżącego napastnika, tuż nad kostką. Rosjanin syknął z bólu.
— Ya nichego ne skazhu — wycharczał przez zaciśnięte zęby, krzywiąc się z bólu.
— Liczyłem na miłą konwersację, ale teraz przesadziłeś. Co tu robisz i jakie masz zadania? — Głos Różyckiego stał się lodowaty. Dawny żołnierz FORMOZY wrócił ze stanu spoczynku. Pietrow zadziałał jak zapalnik. Michał potrzebował tej adrenaliny bardziej, niż chciał przed samym sobą przyznać. Docisnął nogę mocniej, gdy Rosjanin spróbował przetrzeć zakrwawioną twarz.
— Żądam widzenia z przełożonym… i ambasadorem Federacji Rosyjskiej!
— Gówno możesz żądać. Jesteś tu tak samo obcy jak ja.
Spojrzenie Pietrowa zmieniło się w wyraz czystego niedowierzania.
— Co to za baza? Gdynia? Kołobrzeg? Gdzie ja jestem?
Różycki zdjął nogę z jego kostki i cofnął się o krok, nie tracąc jednak czujności.
— Jakie bazy? Jesteś na Gotlandii, człowieku. Mam ci to przeliterować?
— Jak mam ci wierzyć? — wycharczał Rosjanin, próbując powstrzymać krwawienie rękawem.
Michał wyciągnął papierosa z paczki i podał go Igorowi. Rosjanin przyjął poczęstunek, wyprostował się z trudem i usiadł na podłodze, opierając plecy o kuchenną ścianę. Przez dwie minuty trwali w milczeniu, czekając, aż tytoń porządnie się rozpali. Obłoki dymu krążyły pod sufitem, szukając ujścia w nieszczelnościach przy framugach okien.
— Jesteś na północ od Visby — zaczął spokojnie Różycki. — Kilometr stąd leży wioska Hallshuk. Poza sezonem nie uświadczysz tam żywej duszy. Domki dawno wykupili bogacze, wpadają tu na ryby dopiero, gdy robi się ciepło. — Michał zaciągnął się, wypuszczając dym z lekko uniesioną głową. Czuł, że odzyskał kontrolę nad sytuacją.
— Jestem kretynem — mruknął Igor, kręcąc głową.
— Jesteś przede wszystkim idiotą. Gdybym chciał wycisnąć z ciebie zeznania, ta rozmowa wyglądałaby zupełnie inaczej. Skąd ci przyszła do głowy ta Gdynia?
— Wyglądasz na zawodowca. Mówisz, jakbyś wciąż był na służbie. No i ten unik… — Rosjanin zawiesił głos, dotykając palcami rozbitego łuku brwiowego. — Takich rzeczy nie uczą w cywilu.
Różycki wbił wzrok w żarzący się koniec papierosa. Otworzył usta, chcąc zdradzić skrawek swojej przeszłości i powód, dla którego wybrał życie pustelnika na szwedzkim klifie.
Nie zdążył. Rozmowę uciął głośny brzęk tłuczonego szkła.
Obaj zamarli, patrząc na podłogę. Po deskach przetoczył się stalowy walec. Granat ręczny. Zawleczki nie było, a mechanizm czasowy już odliczał ostatnie sekundy.
Igor cisnął papierosem i desperacko spróbował dźwignąć się z ziemi. Różycki, reagując szybciej niż świadoma myśl, rzucił się w stronę otwartych drzwi łazienki. Wpadł do środka, niemal wbijając się w emaliowaną wannę.
Rozległ się ogłuszający huk. Fala uderzeniowa i oślepiający błysk w jednej sekundzie wymiotły resztki szyb z ram. Potem zapadła martwa, dzwoniąca w uszach cisza, przesycona gryzącym dymem i zapachem spalonego materiału wybuchowego.Rozdział 9
Boeing 737 linii LOT stał na płycie postojowej warszawskiego Okęcia od dobrych trzydziestu minut. Kapitan nie dołączył do kolejki maszyn kołujących w stronę pasa startowego. Zamiast tego studiował depeszę, którą w ostatniej chwili dostarczył mu technik pokładowy. Centrala, pod naciskiem międzynarodowych zaleceń, wdrożyła nadzwyczajne korekty korytarzy powietrznych.
Dowodzący lotem do Sztokholmu wklepywał do komputera pokładowego nowe ciągi cyfr i liter. Bezpośredni skok nad Bałtykiem przestał wchodzić w grę. Zgodnie z nowymi wytycznymi, musieli nadłożyć trasy, kierując się nad Danię, by dopiero nad terytorium Norwegii odbić na wschód. Kapitan podpisał dokument, potwierdzając przyjęcie instrukcji. Chwilę później stewardesa zatrzasnęła drzwi, a maszyna drgnęła, zaczynając powolny marsz w stronę progu pasa.
Eliasz Nowak wyglądał przez małe, okrągłe okno, po raz kolejny odczytując napis na hali terminala. Jeszcze kilka godzin temu celująco zdawał kolokwium na Uniwersytecie Warszawskim, wprawiając w zakłopotanie profesora swoimi teoriami na temat kryptografii kwantowej. Wyszedł z sali szybkim krokiem, zostawiając na biurku indeks z wpisem, który dla każdego innego byłby powodem do świętowania. Dla Eliasza był tylko formalnością przed prawdziwym sprawdzianem.
Taksówka podjechała pod główne wejście na Nowym Świecie idealnie o czasie. Kierowca pędził przez zakorkowaną stolicę, wykorzystując każdy skrót i lukę w ruchu, jakie znał tylko stary warszawski taksiarz. Dzięki temu Eliasz wpadł na lotnisko w ostatniej możliwej chwili. Z plecakiem wypchanym książkami, notatnikami i laptopem, trzymając w ręku telefon z wyświetlonym kodem QR, błyskawicznie przeszedł kontrolę bezpieczeństwa. Status VIP, przyznany mu przez nieznanego „sponsora”, otwierał wszystkie bramki.
Wsiadł na pokład jako ostatni, zajmując miejsce w klasie biznes obok młodej kobiety. Zapiął pas, obserwując, jak technik w żółtej kamizelce opuszcza kokpit z pustą podkładką pod dokumenty. Gdy silniki zawyły, a siła odrzutu wgniotła go w fotel, poczuł znajomy ucisk w żołądku. Nigdy nie lubił startów; zbyt wiele czytał o statystyce katastrof podczas tych krytycznych sekund. Dopiero gdy odrzutowiec osiągnął pułap przelotowy, młody student odetchnął z ulgą.