Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Inferno - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 czerwca 2026
3374 pkt
punktów Virtualo

Inferno - ebook

Rzym lśni bogactwem i tonie w intrygach.

Neron, odurzony władzą, wielbiony jest za wygląd i błyskotliwy umysł, jednak budzi strach z powodu nieprzewidywalnego temperamentu. Jego imperium rozciąga się od leśnych ostępów Brytanii po pustynie Partii, lecz wrogowie zawsze czają się gdzieś blisko – dowódcy legionów, senatorowie, lud, który oklaskuje go w cyrku, ale przeklina na ulicach.

Władzy się z nikim nie dzieli, tylko się ją przejmuje. Usunął już niejednego wroga, w tym także swoją matkę Agrypinę. Tymczasem teraz na północy zagraża mu Boudika, królowa plemienia Icenów, która wszczęła rewoltę przeciwko Rzymowi. A nieco bliżej Gajusz Juliusz Windeks, wyższy urzędnik rzymski, który jawnie potępił zepsucie Nerona i stanął na czele galijskiego powstania przeciwko cesarzowi.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Esej
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8338-894-6
Rozmiar pliku: 2,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Dziew­czyna się pośli­zgnęła na mokrym bruku dzie­dzińca, ale od razu pod­nio­sła się nie­zdar­nie, ze stra­chu nawet nie krzyk­nąw­szy. Zresztą bra­ko­wało jej tchu, by krzy­czeć. Nie oglą­dała się za sie­bie, bo gniewne wrza­ski sena­tora sły­szała zale­d­wie kilka kro­ków za ple­cami. Miała czter­na­ście lat i otu­ma­niona panicz­nym stra­chem nawet nie wie­działa, w którą stronę ucie­kać.

Zoba­czyła go nagle, jak wyma­chi­wał wście­kle uchem roz­bi­tej przez nią wazy, war­tej ponoć wię­cej, niż zapła­cono by za nią samą na targu nie­wol­ni­ków. Matka ostrze­gała tysiąc razy, że ma nie doty­kać postu­mentu, ale nama­lo­wane figurki tak bar­dzo ją fascy­no­wały. Wodziła pal­cami po tych liniach za każ­dym razem, gdy kazano jej wysprzą­tać kom­natę. Były tam też słowa, imiona, które matka wypo­wia­dała szep­tem na jej prośbę. Achil­les… Hek­tor… Helena. Jej imię.

Sena­tor był ocię­żały i bar­dzo stary, miał ponad pięć­dzie­siąt lat, ona zaś była chu­der­lawa i pokraczna. Pod­czas biegu pie­kło ją od wcze­śniej­szego upadku i może dla­tego zdo­łał ją dogo­nić. Sadziła dłu­gimi susami, patrząc to w lewo, to w prawo, jakby to miało jej pomóc w ucieczce, jakby dzięki temu mogła wsko­czyć na wysoki mur ota­cza­jący domo­stwo i po pro­stu pofru­nąć. Z daleka dobie­gały ją pokrzy­ki­wa­nia matki.

Eleni poko­nała jesz­cze jeden zakręt, ale tu wła­śnie poczuła palce sta­ru­cha na szyi, usły­szała jego oddech i zro­biła unik. Krzyk­nę­łaby, gdyby star­czyło jej odde­chu. Ścieżką idącą w lewo dobie­głaby do sta­jen. Tam była furtka i gdyby aku­rat stała otwo­rem, uda­łoby jej się dotrzeć do drogi. A tym­cza­sem…

Zoba­czyła przed sobą gładki mur i spró­bo­wała dosko­czyć do szczytu. Cza­sami dzieci nie­wol­ni­ków wspi­nały się tam i urzą­dzały sobie wyścigi, zwłasz­cza w dni wolne od pracy. Eleni nie była wysoka i nie miała pod ręką żad­nej pod­pory; zde­spe­ro­wana pod­sko­czyła jak naj­wy­żej, ale zdo­łała tylko dotknąć naj­wyż­szej płytki i padła jak długa na zie­mię.

Sena­tor Lucjusz Peda­niusz stał nad nią, dysząc jak pies; był pur­pu­rowy na twa­rzy i myślała, że oczy zaraz wysko­czą mu z oczo­do­łów. Dźgał ją kawał­kiem roz­bi­tego naczy­nia z furią, która zakra­wała na sza­leń­stwo.

– Ty to zro­bi­łaś! – ryk­nął, uży­wa­jąc głosu niczym broni. – Ty roz­bi­łaś wazę! Wiem, że ty. Jak śmiesz ucie­kać! Patrz! Patrz, co zro­bi­łaś! Tego się nie da napra­wić. Ta waza miała pięć­set lat i kosz­to­wała wię­cej niż kil­ka­na­ście takich jak ty. Ty głu­pia, nic nie­warta…

Eleni, widząc zbli­ża­jącą się matkę, pobla­dła ze stra­chu. Sena­tor nie zare­ago­wał, kiedy uka­zała się po jego pra­wej, zakra­da­jąc się lękli­wie, jakby mogła osło­nić córkę przed jego gnie­wem. Eleni wycią­gnęła ku niej rękę, ale z gar­dła męż­czy­zny wydo­był się nie­mal wil­czy sko­wyt. Przy­ci­snął ostrą kra­wędź gli­nia­nej sko­rupy do jej pod­bródka.

– Powi­nie­nem cię zabić! – wark­nął. – W jed­nej chwili znisz­czy­łaś wię­cej, niż warte jest całe twoje życie. I nawet tego nie ogar­niasz rozu­mem.

Nachy­lił się nad nią. Eleni znowu poczuła ostry ból i zdjęta paniką rzu­ciła się na niego z paznok­ciami.

– _Domine_, pro­szę! – usły­szała mat­czyny głos.

Ale matka nie mogła nic zro­bić. Obie były jego wła­sno­ścią, od naro­dzin aż do śmierci. Mógł roze­drzeć gar­dło mło­dej nie­wol­nicy, bo był w swoim pra­wie.

Eleni patrzyła w jego nabie­głe krwią oczy, tak pociem­niałe, że wyda­wały się czarne. Wypeł­niły całe pole jej widze­nia, gdy wbi­jał w nią ucho od wazy. Nagle jego źre­nice zwę­ziły się, brwi opa­dły jakby z nie­zro­zu­mie­nia albo zasko­cze­nia. Odsu­nął się, a Eleni ode­tchnęła z roz­pacz­liwą ulgą, doty­ka­jąc dłońmi szyi. Zoba­czyła, że są czer­wone od krwi.

Gdy znowu zadarła głowę, ujrzała matkę ska­mie­niałą z prze­ra­że­nia. Sena­tor też się obró­cił, by na nią spoj­rzeć, spoj­rzeć po raz pierw­szy. Opu­ścił rękę i wycią­gnął nóż ster­czący mu spo­mię­dzy żeber. Uniósł go w górę ze zdu­mie­niem, chwie­jąc się.

– Coś ty zro­biła? – zapy­tał, dziw­nie spo­koj­nym gło­sem, nie­malże zre­zy­gno­wa­nym.

Zro­bił kilka kro­ków, po czym osu­nął się na kolana, a potem całym cia­łem zwa­lił się na zie­mię.

Eleni zoba­czyła, że matka szlo­cha, gwał­tow­nie potrzą­sa­jąc głową. Ona też jakby stra­ciła wszyst­kie siły. Kiedy sena­tor upadł, zro­biła głę­boki wdech i z jej gar­dła wyrwał się strasz­liwy okrzyk, wycie osa­mot­nie­nia i straty. Córka pró­bo­wała ją objąć, ale została ode­pchnięta.

Czy­jeś ręce zabrały Eleni, osa­czyły ją gniewne twa­rze. Razem z matką zostały zawle­czone do domu.1

Morze pod nim było zimne i czarne jak atra­ment, a odbi­cia gwiazd na jego powierzchni roz­ma­zy­wały się i roz­pa­dały. Neron zląkł się nagle, że jest tak daleko od lądu. Wie­dział, że ryzy­kuje, pły­wa­jąc nocą, i pręd­kimi ruchami ruszył w stronę brzegu.

Poczuł, że coś dotyka jego stóp. Cokol­wiek to było, napie­rało na niego dłu­gim szorst­kim ciel­skiem. Deli­kat­nie był wcią­gany pod powierzch­nię wody. Tuż nad czub­kami jego pal­ców obró­ciła się srebrna tar­cza. Coś trzy­mało go za nogi; nie odwa­żył się spraw­dzić, co to takiego. Jego matka młó­ciła sto­pami w wodzie, z roz­pusz­czo­nymi wło­sami i roz­dętą suk­nią. Agry­pina szy­dziła z jego stra­chu, a była tak bli­sko, że mogła go poca­ło­wać.

Nie uto­nie, a już na pewno nie na jej oczach! Nie będzie go osą­dzała! Kop­nął to, co trzy­mało go za nogi, wkła­da­jąc w to całą sza­leń­czą siłę mło­do­ści. W tym momen­cie nie bał się ani bólu, ani ewen­tu­al­nych obra­żeń. Górę brała jego wola, jego wście­kłość. Wyrwał ciało, żeby wybić się na powierzch­nię i zaczerp­nąć jesz­cze jeden oddech.

Coś owi­nęło się wokół jego ud. Wie­dział, że to jakiś wąż, pła­ski stwór z koł­nie­rzem, ocie­ka­jący mlecz­nymi pasmami tru­ci­zny. Na nic się zdała jego mło­dość i siła – wąż go poj­mał bez trudu.

Matka uśmiech­nęła się z zado­wo­le­niem. Jego słowo przy­pie­czę­to­wało jej los. To Neron wydał roz­kaz, na mocy któ­rego wrzu­cono ją do morza razem z jej służką. Do tego morza. Czuł, że siła go zawo­dzi, że do jego ciała zakrada się odrę­twie­nie. Zwoje ciel­ska zaci­snęły się wokół jego piersi, ale już i tak było po nim. Spoj­rzał w twarz Agry­piny i chciał powie­dzieć, że strasz­nie żałuje. I że się cie­szy. Sio­stra cesa­rza Kali­guli, żona cesa­rza Klau­diu­sza… jego matka. Dopóki żyła, sta­no­wiła zagro­że­nie. Nikt nie był rów­nie zepsuty albo tak nie­bez­pieczny.

Dopły­nęła bli­żej, łypiąc srebr­nymi oczyma. Pró­bo­wał prze­raź­li­wie krzyk­nąć, bo za nic nie chciał, by go doty­kała. Ostat­nie tchnie­nie wypły­nęło z niego dono­śnym rykiem i wie­dział, że zaraz do jego ciała dosta­nie się mor­ska woda.

Obu­dził się o świ­cie, zaplą­tany w poskrę­caną pościel. Jego wzrok spo­czął na bran­so­le­cie, którą zawsze nosił, pre­zent od matki. Pasek wężo­wej skóry osa­dzo­nej w żywicy migo­tał zło­tymi reflek­sami, na podo­bień­stwo owa­dów zato­pio­nych w bursz­ty­nie. Zamru­gał. Gdzieś bli­sko budziły się wszyst­kie pałace i świą­ty­nie mia­sta. Bijące serce świata cuciło go. Setki tysięcy męż­czyzn i kobiet cało­wało się wła­śnie na poże­gna­nie, ska­zane na roz­łąkę przez pracę i potrzebę zdo­by­wa­nia jedze­nia.

Młody cesarz sły­szał kroki żoł­nie­rzy i krzą­ta­ninę nie­wol­ni­ków roz­po­czy­na­ją­cych dzień. Miał wra­że­nie, że w ogóle nie spał, i przez jakiś czas tylko leżał, gapiąc się w sufit. Kosz­mary nie chciały go opu­ścić. Nie pozwa­lały odpo­cząć, dla­tego przez cały dzień cho­dził wyczer­pany. Pamię­tał poja­wia­jącą się w nich twarz matki, prze­ma­wia­ją­cej do niego w zie­lo­nej wodzie, mio­ta­ją­cej oskar­że­nia. Posta­no­wił, że opo­wie o tym Senece. Sta­rzec znał się po tro­sze na wszyst­kim, a w każ­dym razie tak mówił. Brzmiało to śmiesz­nie, kiedy Neron był jesz­cze mały, ale z cza­sem oka­zało się zgodne z prawdą.

Może Senece uda się coś wymy­ślić, żeby go te sny prze­stały drę­czyć. Bur­rus twier­dził, że trzeba tro­chę pocze­kać, ale prze­cież minęły już mie­siące. Wino nie poma­gało, a sok z maku tylko wszystko pogar­szał.

Prze­tarł twarz dło­nią. Oczy­wi­ście zauwa­żono, że się obu­dził, i do kom­naty wkro­czyła mil­cząca kolumna cesar­skich nie­wol­ni­ków. Dwóch otwarło okien­nice, wpusz­cza­jąc świa­tło brza­sku, a dwóch innych usta­wiło krze­sło bal­wier­skie.

Neron dwu­krot­nie zakla­skał w dło­nie, po tro­sze po to, by się roz­bu­dzić, po tro­sze, by ich przy­mu­sić do pręd­szych ruchów. Przy­jął tacę z kwa­dra­to­wymi ście­recz­kami i udał się do pry­wat­nej toa­lety. Były tam cztery sie­dzi­ska, ale uży­wał ich tylko on i teraz zała­twiw­szy potrzebę pod­tarł się nimi – nie żadną żoł­nier­ską gąbką na patyku! Led­wie zwró­cił uwagę na nie­wol­ni­ków, któ­rzy weszli po nim do małej izdebki, gotowi natych­miast tam wszystko ide­al­nie wysprzą­tać. Pozo­sta­wił na posadzce opa­skę na bio­dra i nagi jak dziecko wkro­czył z powro­tem do głów­nej kom­naty.

Praca nie­wol­ni­ków była pobudką dla całego Pala­tynu. Jesz­cze przed świ­tem przy­no­sili dra­biny do wszyst­kich pomiesz­czeń, aby zdej­mo­wać paję­czyny, odku­rzać, czy­ścić sre­bra. Inni roz­pa­lali ogień w kuch­niach, przy­go­to­wu­jąc jedze­nie na cały dzień. Taka praca roz­po­czy­nała się w każ­dym domu zresztą, czy to boga­tym, czy bied­nym, już o brza­sku. Tylko pijacy prze­sy­piają słońce, mawiał Seneka. Biały dzień był dro­go­cenny tak dla kon­sula, jak i żebraka.

Neron roz­wa­żał, czy nie udać się do innych czę­ści sie­dziby cesar­skiej, gdzie cze­kały na niego baseny i pod­grze­wane łaź­nie. Na wscho­dzie zoba­czył na wid­no­kręgu złotą kre­skę. Nie, nie ma czasu na relak­so­wa­nie się w cie­ple, spo­dzie­wano się go już w sena­cie. Dał znak oso­bi­stym nie­wol­ni­kom i przy­nie­śli wia­dra pełne gorą­cej i zim­nej wody, gdy stał z rękoma wycią­gnię­tymi na boki, a oni oble­wali go i szo­ro­wali. Niczym dobo­ro­wego byczka, bo wszak był dobrze umię­śniony i miał zgrabną syl­wetkę. Na koniec wypluł pach­nącą wodę do zło­tej misy i cały lśniąc od świe­żej oliwy, zasiadł na krze­śle, by pod­dać się zabie­gom bal­wie­rza Tala­musa. Umo­ścił się wygod­nie na opar­ciu i dwóch nie­wol­ni­ków opo­rzą­dziło go spraw­nie – wyczy­ścili uszy, wyświe­co­wali je i na końcu spraw­dzili nos. Wysma­ro­wali też włosy oliwą, po czym uło­żyli je w drobne pukle, z któ­rych Neron był dumny, bo choć zakra­wało to na próż­ność, to prze­cież koja­rzyły mu się z lwią grzywą. Połowa senatu miała lśniące brą­zowe łysiny ster­czące niczym wyspy z morza. Szcze­rze czuł, że jest przy­szło­ścią Rzymu, kiedy zasia­dał pośród tych star­ców. Pomy­ślaw­szy to, par­sk­nął śmie­chem, gdy tym­cza­sem Tala­mus ostrzył brzy­twę z hisz­pań­skiej stali, oddy­cha­jąc przez nos.

Neron ski­nął głową, udzie­la­jąc mu pozwo­le­nia. Tala­mus zama­szy­stym gestem wyjął ręcz­nik z paru­ją­cego wia­dra i uło­żył go na twa­rzy cesa­rza. Zapie­kło, ale Neron wytrzy­mał. Po zdję­ciu ręcz­nika Tala­mus wtarł mu w policzki odro­binę oliwy z oli­wek i zabrał się do pracy z brzy­twą. Żaden władca Rzymu nie nosił brody od cza­sów Juliu­sza Cezara. Zresztą, ta moda zaczęła się pew­nie już w cza­sach tam­tego sta­rego wilka, w każ­dym razie stała się popu­larna. Neron był raczej miło­śni­kiem współ­cze­snych grec­kich tren­dów, ale Seneka tak się prze­ra­ził na myśl o tym, że naj­waż­niej­szy czło­wiek w Rzy­mie miałby cho­dzić nie­ogo­lony, że Neron w końcu obie­cał, iż nawet nie będzie o tym myślał. Zawarli kom­pro­mis – Neron zachowa swoje pukle woź­nicy rydwa­nów, ale za to będzie się co rano golił.

Teraz zaci­skał szczęki, a Tala­mus pra­co­wał. Nie­któ­rzy bal­wie­rze tak bar­dzo się bali, że mogliby zaciąć swych wysoko uro­dzo­nych klien­tów, że ich praca trwała wieki. Ten był wpraw­dzie stary, ale wciąż miał szyb­kie ruchy. Neron zwy­czaj­nie się zdzi­wił, gdy poczuł ukłu­cie. Spoj­rzał na Tala­musa, który stę­żał w bez­ru­chu.

– Jest bar­dzo źle? – spy­tał cesarz.

– To mała ranka, _domine_, na pod­bródku. Tylko kro­pelka krwi – odparł goli­broda, jąka­jąc się.

Tala­mus już się­gał po swoje przy­bory, wśród któ­rych miał pasma paję­czyny nasą­czone w oli­wie i occie. Neron nic nie powie­dział, kiedy pase­czek tej sub­stan­cji został przy­kle­jony do jego twa­rzy. W duchu był z sie­bie zado­wo­lony, że nie zare­ago­wał wybu­chem. Roz­my­ślał wcze­śniej o sena­cie i to go tak roz­ko­ja­rzyło, że gniew zaraz mu minął. Seneka byłby z niego dumny.

Kiedy gole­nie dobie­gło końca, bal­wierz sta­nął i cze­kał pokor­nie, na­dal cały się trzę­sąc. Neron potarł szczękę i ski­nął głową. Tala­mus ukląkł z ulgą, jesz­cze raz prze­pra­sza­jąc jąka­ją­cym się gło­sem, aż w końcu cesarz uci­szył go gestem dłoni. Nic nie mogło mu zepsuć nastroju w taki dzień.

Krze­sło zostało wynie­sione i cztery kobiety o macie­rzyń­skim wyglą­dzie ubrały Nerona w nową prze­pa­skę bio­drową, długą tunikę i togę w bar­wie ośle­pia­ją­cej bieli. Nie było mu w smak, że to wszystko było takie cięż­kie, ale mus to mus. Ni­gdy nie nosił tego samego stroju dwa razy; czuł, że jego umysł się uspo­kaja od tego nie­ska­zi­tel­nie czy­stego odzie­nia. Wyszko­lił swych nie­wol­ni­ków i dzięki temu każdy pora­nek prze­bie­gał nie­mal dosko­nale, zgod­nie z jego życze­niem. Dotknął pod­bródka w tym miej­scu, gdzie zacięło go ostrze brzy­twy. Ten epi­zod zakłó­cił rytm. Być może nale­żało ode­słać Tala­musa na eme­ry­turę i poszu­kać kogoś młod­szego. Neron skrzy­wił się pod wpły­wem tej myśli. Wybie­ra­nie kogoś na tyle zaufa­nego, by mógł sta­nąć obok cesar­skiego gar­dła z brzy­twą, to nie prze­lewki.

Neron usiadł na krze­śle obok drzwi, gdzie zawią­zano mu san­dały, a gdy pode­rwał się ener­gicz­nie, nie­wol­nicy teatral­nie odsko­czyli, uno­sząc dło­nie do twa­rzy. Uśmiech­nął się do nich sze­roko. Tę zabawę urzą­dzał każ­dego ranka, a oni dobrze odgry­wali swoje role. W tym momen­cie był Ody­se­uszem, Achil­le­sem… Przed oczyma sta­nęła mu skwa­śniała twarz Seneki, wytę­żył więc umysł w poszu­ki­wa­niu jakie­goś rzym­skiego boha­tera w miej­sce grec­kich. Był Ceza­rem pod­czas bitwy pod Far­sa­los. Był Hora­cju­szem Kokle­sem bro­nią­cym mostu na Tybrze, goto­wym oddać życie za Rzym.

Ruszył w stronę ogrom­nych odrzwi z brązu. Zanim je otwo­rzono, zatrzy­mał się jesz­cze, by w tej ostat­niej chwili dla sie­bie spraw­dzić wszystko, zanim pokaże twarz światu. W tym momen­cie pod­biegł do niego nie­wol­nik, ukląkł i podał szkla­nicę czy­stej wody. Neron zacze­kał, aż degu­sta­tor się napije, po czym przy­jął resztę, póki jesz­cze się nie ocie­pliła. Takie ostat­nio wyna­lazł sobie ulu­bione zaję­cie, że stale szu­kał naj­czyst­szej gór­skiej wody. Przej­rzy­sta ciecz widoczna w tym naczy­niu została spro­wa­dzona z Galii. Naj­pierw ją prze­ce­dzano i goto­wano, a potem mie­szano z pokru­szo­nym lodem. Była teraz tak zimna, że aż roz­bo­lało go gar­dło i zro­bił gło­śny wdech, uśmie­cha­jąc się do nich skąpo w ramach nagrody za te trudy.

Drzwi się otwarły. Nie­wol­nicy za jego ple­cami ode­tchnęli z ulgą, a dopiero potem zabrali się do sprzą­ta­nia pry­wat­nych kom­nat cesa­rza.

Neron kiw­nął głową w stronę ulu­bio­nych dorad­ców, usta­wio­nych według ich pozy­cji oraz wagi spraw, któ­rymi się zaj­mo­wali. Wie­dział, że mają zwy­czaj prze­py­chać się i kłó­cić o miej­sce za drzwiami do jego pry­wat­nej sie­dziby. Godził się na to, bo taka rywa­li­za­cja spra­wiała, że wyka­zy­wali się bystro­ścią umy­słu i oszczę­dzali mu czasu. Naj­pierw do jego uszu docie­rały rze­czy naj­waż­niej­sze.

Po chwili razem ze stad­kiem dorad­ców kro­czył pod arkadą, do któ­rej napły­wała woń jaśminu i szum pły­ną­cej wody. Napa­wał się tym wszyst­kim, jed­no­cze­śnie zauwa­ża­jąc, że Grek, któ­rego zatrud­nił na sta­no­wi­sku głów­nego kwe­stora zarzą­dza­ją­cego finan­sami, nie idzie na samym prze­dzie. I dobrze. Faon spraw­dzał się zna­ko­mi­cie w swej roli, ale Neron nie lubił zaczy­nać dnia od pro­ble­mów z walutą i pożycz­kami.

Zer­k­nął ukrad­kiem na pre­fekta pre­to­ria­nów, tuż za pra­wym ramie­niem. Bur­rus był sta­łym ele­men­tem jego świty i rzadko ustę­po­wał miej­sca innym, jeśli nie zacho­dziła jakaś wielka potrzeba. Jego obec­ność roz­pra­szała jakie­kol­wiek obawy, dokład­nie tak, jak powinno być. Neron zer­k­nął na Epriusa Mar­cel­lusa sto­ją­cego po jego lewicy. Pro­ku­ra­tor był łysy i brzydki jak pies, z tą pobruż­dżoną i ogo­rzałą twa­rzą od lat spę­dzo­nych pod rzym­skim słoń­cem. Trzy­mał w rękach zwoje papi­rusu owi­nięte wstę­gami barwy cesar­skiej pur­pury i cze­kał cier­pli­wie, aż cesarz pokaże, że dostrzega jego obec­ność.

Neron wes­tchnął i przy­spie­szył kroku. Omal nie obej­rzał się prze­pra­sza­jąco na Senekę. Jego nauczy­ciel nie był już mło­dym czło­wie­kiem, ale od zawsze towa­rzy­szyła mu dole­gli­wość, która także teraz spo­wo­do­wała, że rzę­ził i miał czer­woną twarz, gdy dotarli do Forum u stóp wzgó­rza. Neron zaci­snął zęby. Sprawy oma­wiane w sena­cie nie mogły cze­kać. Sena­to­rzy ocze­ki­wali, że będzie ich zaszczy­cał swoją obec­no­ścią raz w tygo­dniu i że obda­rzy cał­ko­witą uwagą. Seneka będzie musiał po pro­stu cier­pieć albo zostać z tyłu. Każdy się z czymś zma­gał w taki czy inny spo­sób. Bur­rus stra­cił na woj­nie dwa palce. Senece ści­skało się gar­dło przy byle wysiłku fizycz­nym, przez co zawsze żył ze śmier­cią na ramie­niu. A on sam… Neron pomy­ślał o srebr­nych oczach matki i dreszcz go prze­szedł.

Otwo­rzyły się skrzy­dła ostat­niej bramy i wypro­wa­dził swą grupę na uliczny bruk. Dołą­czyło do nich kil­ku­na­stu pre­to­ria­nów idą­cych w ide­al­nie rów­nej for­ma­cji, żeby pil­no­wać bez­pie­czeń­stwa cesa­rza. I jak każ­dego ranka miał przed sobą widok, który zapie­rał mu dech w pier­siach. Przez chwilę stał w miej­scu, radu­jąc się jego urodą.

Roz­ta­czał się przed nim widok na cały Rzym, mia­sto zamiesz­kane przez milion dusz, nie­wol­ni­ków, ludzi wol­nych i wyzwo­leń­ców, garn­ca­rzy, mala­rzy i stra­te­gów wojen­nych. Ze szczytu Pala­tynu widział Cir­cus Maxi­mus, świą­ty­nie przy Forum, akwe­dukty, które dostar­czały mia­stu wodę – oraz same wzgó­rza rojące się od ludzi, któ­rzy już han­dlo­wali, wytwa­rzali różne przed­mioty i kupo­wali żyw­ność, mimo że słońce dopiero co roz­świe­tliło hory­zont. Neron czuł się wolny od wszel­kich trosk, gdy dawał znak pro­ku­ra­to­rowi.

– Epriu­sie – zagaił.

Męż­czy­zna ode­zwał się natych­miast, był bowiem wete­ra­nem poran­nych szarż w dół wzgó­rza.

– Senat zbiera się, by wysłu­chać argu­men­tów w kwe­stii mor­der­stwa sena­tora Lucju­sza Peda­niu­sza. Jako że sprawa doty­czy zabi­cia sena­tora, wasza cesar­ska mość będzie pro­szony o wyda­nie wyroku.

– Podaj mi główne tezy – rzu­cił Neron. Mimo hała­śli­wego mar­szu pre­to­ria­nów sły­szał, że Seneka oddy­cha coraz gorzej.

– Otóż… zgi­nął z ręki wła­snej nie­wol­nicy. Kobieta została poj­mana i czeka na karę. Nie ma dys­ku­sji co do tej zbrodni.

– W takim razie jaki mam tu wydać wyrok?

– Sena­tor Peda­niusz posia­dał ponad czte­ry­stu nie­wol­ni­ków, _domine_. Prawo i oby­czaj naka­zuje uśmier­cić wszyst­kich po takim mor­der­stwie.

Neron zmełł prze­kleń­stwo. Nie­mal czuł spoj­rze­nie Seneki na ple­cach.

– Męż­czyzn, kobiety i dzieci? – zapy­tał.

Eprius przy­tak­nął, doty­ka­jąc zwo­jów, które znał już na pamięć.

– Dzie­więć­dzie­siąt kobiet, _domine_, w wieku od czter­na­stu do sześć­dzie­się­ciu lat. Czter­dzie­ścioro ośmioro dzieci, w tym rów­nież bękarty sena­tora, ale Peda­niusz już nie żyje, więc nie może potwier­dzić ojco­stwa…

– Rozu­miem. Niech tak będzie, wysłu­cham argu­men­tów.

Eprius pokło­nił się i wyco­fał, ustę­pu­jąc miej­sca ulu­bio­nym archi­tek­tom Nerona. Cesarz omiótł spoj­rze­niem tych dwóch. Powia­dano, że Sewer i Celer pra­cują i miesz­kają razem, połą­czeni intym­no­ścią wszel­kiej odmiany. Zda­rzały się chwile – zazwy­czaj wtedy, gdy żona albo kochanka roz­zło­ściły się na niego – kiedy się zasta­na­wiał… Życie w męskim oto­cze­niu mogło przy­no­sić swo­iste korzy­ści, ale z dru­giej strony cena za to byłaby dość wysoka. Uśmiech­nął się pod wpły­wem tej myśli.

Młody cesarz pra­wie całą drogę szedł na czele grupy. Nie bar­dzo miał ochotę poru­szać jakiś nowy temat, ale osta­tecz­nie się ugiął.

– Sewe­ru­sie.

– Teatr na dru­gim brzegu Tybru jest już nie­mal ukoń­czony, _domine_ – odparł natych­miast zapy­tany. On też zauwa­żył, że doszli już pra­wie do Forum. – Nale­gam tylko, byś przy­sta­wił swą pie­częć na ostat­nich rachun­kach. Trudno było zna­leźć pozłotę dobrej jako­ści, ale…

– Spo­tkaj się z Faonem – wszedł mu w słowo Neron. – Faonie? Wyraź zgodę na te rachunki.

Zer­k­nął na Bur­rusa i dostrzegł zna­jomą kamienną minę. Zaci­snął zęby i obró­cił się w stronę archi­tek­tów.

– Weź­cie obaj dodat­kową zapłatę za tę pracę. Niech to będzie jedna piąta kosz­tów budowy. Pierw­szego następ­nego mie­siąca zaaran­żuję tam coś, jakieś pry­watne przed­sta­wie­nie. Bur­ru­sie, nie musisz się tak na mnie krzy­wić. Tylko dla przy­ja­ciół i rodziny.

Pre­to­ria­nin pochy­lił głowę i obaj archi­tekci zostali z tyłu. Neron zauwa­żył, że młod­szy obej­muje towa­rzy­sza i potrząsa nim z zado­wo­le­niem. Gdy­byż wszyst­kie jego zada­nia były takie pro­ste…

Tego ranka cała grupa dotarła na Forum wyjąt­kowo szybko, dla­tego nie wszy­scy zostali wysłu­chani. Neron zatrzy­mał się przed wej­ściem do budynku Curia Iulia. Już nie byli sami: zebrała się tu spora grupa oby­wa­teli nad­sta­wia­ją­cych uszu, by przy­słu­chi­wać się deba­tom toczą­cym się w środku. Na widok cesa­rza męż­czyźni i kobiety zesztyw­nieli z czcią.

Neron spoj­rzał na swych dorad­ców, po raz kolejny zauwa­ża­jąc, z jakim wysił­kiem Seneka oddy­cha.

– Dziś rano ska­za­łem cię na zbyt wielki wysi­łek, stary przy­ja­cielu – rzekł cicho.

Filo­zof potrzą­snął głową.

– Odzy­skam siły. Moim obo­wiąz­kiem… jest być u twego boku.

Nie był to wcale wyraz ado­ra­cji i Neron wie­dział, że został ofuk­nięty. Seneka umiał być sub­telny, ale młody cesarz pra­gnął jego apro­baty, bo nauczy­ciel był pod nie­któ­rymi wzglę­dami dla niego jak ojciec. Chłopcy potrze­bują ojca, a jego… cóż, ledwo pamię­tał męż­czyzn, któ­rych poślu­biała matka. Tylko Klau­diu­sza pamię­tał naprawdę dobrze, a oprócz tego jakieś mgli­ste sie­lan­kowe chwile i kle­je­nie rydwanu. Zachmu­rzył się. Bogi­nie losu ode­brały mu ojców, dla­tego musieli go wszyst­kiego uczyć obcy męż­czyźni. Szu­kał ich i zna­lazł Senekę i Bur­rusa, bo im mógł ufać.

– Muszę tam wejść – powie­dział. – Bur­ru­sie? Toruj przej­ście. Znajdź miej­sce na ławach obser­wa­to­rów dla Seneki.

Pre­fekt ukło­nił się i wszedł do środka. Jego poja­wie­nie się na pewno uczu­liło sena­to­rów na obec­ność Nerona, jeśli jesz­cze nie usły­szeli, że przy­był. Wie­dział, że zosta­nie przy­jęty z nale­żytą czcią i sza­cun­kiem. Nie ze względu na niego samego, jak to mu kładł do głowy Seneka chyba z tysiąc razy, lecz przez wzgląd na donio­słość peł­nio­nej prze­zeń funk­cji. Był prin­cep­sem, tym, który w Rzy­mie zaj­mo­wał pierw­sze miej­sce. Był cesa­rzem i sku­piał w swych rękach całą wła­dzę.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij