-
nowość
-
promocja
Inferno - ebook
Inferno - ebook
Rzym lśni bogactwem i tonie w intrygach.
Neron, odurzony władzą, wielbiony jest za wygląd i błyskotliwy umysł, jednak budzi strach z powodu nieprzewidywalnego temperamentu. Jego imperium rozciąga się od leśnych ostępów Brytanii po pustynie Partii, lecz wrogowie zawsze czają się gdzieś blisko – dowódcy legionów, senatorowie, lud, który oklaskuje go w cyrku, ale przeklina na ulicach.
Władzy się z nikim nie dzieli, tylko się ją przejmuje. Usunął już niejednego wroga, w tym także swoją matkę Agrypinę. Tymczasem teraz na północy zagraża mu Boudika, królowa plemienia Icenów, która wszczęła rewoltę przeciwko Rzymowi. A nieco bliżej Gajusz Juliusz Windeks, wyższy urzędnik rzymski, który jawnie potępił zepsucie Nerona i stanął na czele galijskiego powstania przeciwko cesarzowi.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Esej |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8338-894-6 |
| Rozmiar pliku: | 2,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dziewczyna się poślizgnęła na mokrym bruku dziedzińca, ale od razu podniosła się niezdarnie, ze strachu nawet nie krzyknąwszy. Zresztą brakowało jej tchu, by krzyczeć. Nie oglądała się za siebie, bo gniewne wrzaski senatora słyszała zaledwie kilka kroków za plecami. Miała czternaście lat i otumaniona panicznym strachem nawet nie wiedziała, w którą stronę uciekać.
Zobaczyła go nagle, jak wymachiwał wściekle uchem rozbitej przez nią wazy, wartej ponoć więcej, niż zapłacono by za nią samą na targu niewolników. Matka ostrzegała tysiąc razy, że ma nie dotykać postumentu, ale namalowane figurki tak bardzo ją fascynowały. Wodziła palcami po tych liniach za każdym razem, gdy kazano jej wysprzątać komnatę. Były tam też słowa, imiona, które matka wypowiadała szeptem na jej prośbę. Achilles… Hektor… Helena. Jej imię.
Senator był ociężały i bardzo stary, miał ponad pięćdziesiąt lat, ona zaś była chuderlawa i pokraczna. Podczas biegu piekło ją od wcześniejszego upadku i może dlatego zdołał ją dogonić. Sadziła długimi susami, patrząc to w lewo, to w prawo, jakby to miało jej pomóc w ucieczce, jakby dzięki temu mogła wskoczyć na wysoki mur otaczający domostwo i po prostu pofrunąć. Z daleka dobiegały ją pokrzykiwania matki.
Eleni pokonała jeszcze jeden zakręt, ale tu właśnie poczuła palce starucha na szyi, usłyszała jego oddech i zrobiła unik. Krzyknęłaby, gdyby starczyło jej oddechu. Ścieżką idącą w lewo dobiegłaby do stajen. Tam była furtka i gdyby akurat stała otworem, udałoby jej się dotrzeć do drogi. A tymczasem…
Zobaczyła przed sobą gładki mur i spróbowała doskoczyć do szczytu. Czasami dzieci niewolników wspinały się tam i urządzały sobie wyścigi, zwłaszcza w dni wolne od pracy. Eleni nie była wysoka i nie miała pod ręką żadnej podpory; zdesperowana podskoczyła jak najwyżej, ale zdołała tylko dotknąć najwyższej płytki i padła jak długa na ziemię.
Senator Lucjusz Pedaniusz stał nad nią, dysząc jak pies; był purpurowy na twarzy i myślała, że oczy zaraz wyskoczą mu z oczodołów. Dźgał ją kawałkiem rozbitego naczynia z furią, która zakrawała na szaleństwo.
– Ty to zrobiłaś! – ryknął, używając głosu niczym broni. – Ty rozbiłaś wazę! Wiem, że ty. Jak śmiesz uciekać! Patrz! Patrz, co zrobiłaś! Tego się nie da naprawić. Ta waza miała pięćset lat i kosztowała więcej niż kilkanaście takich jak ty. Ty głupia, nic niewarta…
Eleni, widząc zbliżającą się matkę, pobladła ze strachu. Senator nie zareagował, kiedy ukazała się po jego prawej, zakradając się lękliwie, jakby mogła osłonić córkę przed jego gniewem. Eleni wyciągnęła ku niej rękę, ale z gardła mężczyzny wydobył się niemal wilczy skowyt. Przycisnął ostrą krawędź glinianej skorupy do jej podbródka.
– Powinienem cię zabić! – warknął. – W jednej chwili zniszczyłaś więcej, niż warte jest całe twoje życie. I nawet tego nie ogarniasz rozumem.
Nachylił się nad nią. Eleni znowu poczuła ostry ból i zdjęta paniką rzuciła się na niego z paznokciami.
– _Domine_, proszę! – usłyszała matczyny głos.
Ale matka nie mogła nic zrobić. Obie były jego własnością, od narodzin aż do śmierci. Mógł rozedrzeć gardło młodej niewolnicy, bo był w swoim prawie.
Eleni patrzyła w jego nabiegłe krwią oczy, tak pociemniałe, że wydawały się czarne. Wypełniły całe pole jej widzenia, gdy wbijał w nią ucho od wazy. Nagle jego źrenice zwęziły się, brwi opadły jakby z niezrozumienia albo zaskoczenia. Odsunął się, a Eleni odetchnęła z rozpaczliwą ulgą, dotykając dłońmi szyi. Zobaczyła, że są czerwone od krwi.
Gdy znowu zadarła głowę, ujrzała matkę skamieniałą z przerażenia. Senator też się obrócił, by na nią spojrzeć, spojrzeć po raz pierwszy. Opuścił rękę i wyciągnął nóż sterczący mu spomiędzy żeber. Uniósł go w górę ze zdumieniem, chwiejąc się.
– Coś ty zrobiła? – zapytał, dziwnie spokojnym głosem, niemalże zrezygnowanym.
Zrobił kilka kroków, po czym osunął się na kolana, a potem całym ciałem zwalił się na ziemię.
Eleni zobaczyła, że matka szlocha, gwałtownie potrząsając głową. Ona też jakby straciła wszystkie siły. Kiedy senator upadł, zrobiła głęboki wdech i z jej gardła wyrwał się straszliwy okrzyk, wycie osamotnienia i straty. Córka próbowała ją objąć, ale została odepchnięta.
Czyjeś ręce zabrały Eleni, osaczyły ją gniewne twarze. Razem z matką zostały zawleczone do domu.1
Morze pod nim było zimne i czarne jak atrament, a odbicia gwiazd na jego powierzchni rozmazywały się i rozpadały. Neron zląkł się nagle, że jest tak daleko od lądu. Wiedział, że ryzykuje, pływając nocą, i prędkimi ruchami ruszył w stronę brzegu.
Poczuł, że coś dotyka jego stóp. Cokolwiek to było, napierało na niego długim szorstkim cielskiem. Delikatnie był wciągany pod powierzchnię wody. Tuż nad czubkami jego palców obróciła się srebrna tarcza. Coś trzymało go za nogi; nie odważył się sprawdzić, co to takiego. Jego matka młóciła stopami w wodzie, z rozpuszczonymi włosami i rozdętą suknią. Agrypina szydziła z jego strachu, a była tak blisko, że mogła go pocałować.
Nie utonie, a już na pewno nie na jej oczach! Nie będzie go osądzała! Kopnął to, co trzymało go za nogi, wkładając w to całą szaleńczą siłę młodości. W tym momencie nie bał się ani bólu, ani ewentualnych obrażeń. Górę brała jego wola, jego wściekłość. Wyrwał ciało, żeby wybić się na powierzchnię i zaczerpnąć jeszcze jeden oddech.
Coś owinęło się wokół jego ud. Wiedział, że to jakiś wąż, płaski stwór z kołnierzem, ociekający mlecznymi pasmami trucizny. Na nic się zdała jego młodość i siła – wąż go pojmał bez trudu.
Matka uśmiechnęła się z zadowoleniem. Jego słowo przypieczętowało jej los. To Neron wydał rozkaz, na mocy którego wrzucono ją do morza razem z jej służką. Do tego morza. Czuł, że siła go zawodzi, że do jego ciała zakrada się odrętwienie. Zwoje cielska zacisnęły się wokół jego piersi, ale już i tak było po nim. Spojrzał w twarz Agrypiny i chciał powiedzieć, że strasznie żałuje. I że się cieszy. Siostra cesarza Kaliguli, żona cesarza Klaudiusza… jego matka. Dopóki żyła, stanowiła zagrożenie. Nikt nie był równie zepsuty albo tak niebezpieczny.
Dopłynęła bliżej, łypiąc srebrnymi oczyma. Próbował przeraźliwie krzyknąć, bo za nic nie chciał, by go dotykała. Ostatnie tchnienie wypłynęło z niego donośnym rykiem i wiedział, że zaraz do jego ciała dostanie się morska woda.
Obudził się o świcie, zaplątany w poskręcaną pościel. Jego wzrok spoczął na bransolecie, którą zawsze nosił, prezent od matki. Pasek wężowej skóry osadzonej w żywicy migotał złotymi refleksami, na podobieństwo owadów zatopionych w bursztynie. Zamrugał. Gdzieś blisko budziły się wszystkie pałace i świątynie miasta. Bijące serce świata cuciło go. Setki tysięcy mężczyzn i kobiet całowało się właśnie na pożegnanie, skazane na rozłąkę przez pracę i potrzebę zdobywania jedzenia.
Młody cesarz słyszał kroki żołnierzy i krzątaninę niewolników rozpoczynających dzień. Miał wrażenie, że w ogóle nie spał, i przez jakiś czas tylko leżał, gapiąc się w sufit. Koszmary nie chciały go opuścić. Nie pozwalały odpocząć, dlatego przez cały dzień chodził wyczerpany. Pamiętał pojawiającą się w nich twarz matki, przemawiającej do niego w zielonej wodzie, miotającej oskarżenia. Postanowił, że opowie o tym Senece. Starzec znał się po trosze na wszystkim, a w każdym razie tak mówił. Brzmiało to śmiesznie, kiedy Neron był jeszcze mały, ale z czasem okazało się zgodne z prawdą.
Może Senece uda się coś wymyślić, żeby go te sny przestały dręczyć. Burrus twierdził, że trzeba trochę poczekać, ale przecież minęły już miesiące. Wino nie pomagało, a sok z maku tylko wszystko pogarszał.
Przetarł twarz dłonią. Oczywiście zauważono, że się obudził, i do komnaty wkroczyła milcząca kolumna cesarskich niewolników. Dwóch otwarło okiennice, wpuszczając światło brzasku, a dwóch innych ustawiło krzesło balwierskie.
Neron dwukrotnie zaklaskał w dłonie, po trosze po to, by się rozbudzić, po trosze, by ich przymusić do prędszych ruchów. Przyjął tacę z kwadratowymi ściereczkami i udał się do prywatnej toalety. Były tam cztery siedziska, ale używał ich tylko on i teraz załatwiwszy potrzebę podtarł się nimi – nie żadną żołnierską gąbką na patyku! Ledwie zwrócił uwagę na niewolników, którzy weszli po nim do małej izdebki, gotowi natychmiast tam wszystko idealnie wysprzątać. Pozostawił na posadzce opaskę na biodra i nagi jak dziecko wkroczył z powrotem do głównej komnaty.
Praca niewolników była pobudką dla całego Palatynu. Jeszcze przed świtem przynosili drabiny do wszystkich pomieszczeń, aby zdejmować pajęczyny, odkurzać, czyścić srebra. Inni rozpalali ogień w kuchniach, przygotowując jedzenie na cały dzień. Taka praca rozpoczynała się w każdym domu zresztą, czy to bogatym, czy biednym, już o brzasku. Tylko pijacy przesypiają słońce, mawiał Seneka. Biały dzień był drogocenny tak dla konsula, jak i żebraka.
Neron rozważał, czy nie udać się do innych części siedziby cesarskiej, gdzie czekały na niego baseny i podgrzewane łaźnie. Na wschodzie zobaczył na widnokręgu złotą kreskę. Nie, nie ma czasu na relaksowanie się w cieple, spodziewano się go już w senacie. Dał znak osobistym niewolnikom i przynieśli wiadra pełne gorącej i zimnej wody, gdy stał z rękoma wyciągniętymi na boki, a oni oblewali go i szorowali. Niczym doborowego byczka, bo wszak był dobrze umięśniony i miał zgrabną sylwetkę. Na koniec wypluł pachnącą wodę do złotej misy i cały lśniąc od świeżej oliwy, zasiadł na krześle, by poddać się zabiegom balwierza Talamusa. Umościł się wygodnie na oparciu i dwóch niewolników oporządziło go sprawnie – wyczyścili uszy, wyświecowali je i na końcu sprawdzili nos. Wysmarowali też włosy oliwą, po czym ułożyli je w drobne pukle, z których Neron był dumny, bo choć zakrawało to na próżność, to przecież kojarzyły mu się z lwią grzywą. Połowa senatu miała lśniące brązowe łysiny sterczące niczym wyspy z morza. Szczerze czuł, że jest przyszłością Rzymu, kiedy zasiadał pośród tych starców. Pomyślawszy to, parsknął śmiechem, gdy tymczasem Talamus ostrzył brzytwę z hiszpańskiej stali, oddychając przez nos.
Neron skinął głową, udzielając mu pozwolenia. Talamus zamaszystym gestem wyjął ręcznik z parującego wiadra i ułożył go na twarzy cesarza. Zapiekło, ale Neron wytrzymał. Po zdjęciu ręcznika Talamus wtarł mu w policzki odrobinę oliwy z oliwek i zabrał się do pracy z brzytwą. Żaden władca Rzymu nie nosił brody od czasów Juliusza Cezara. Zresztą, ta moda zaczęła się pewnie już w czasach tamtego starego wilka, w każdym razie stała się popularna. Neron był raczej miłośnikiem współczesnych greckich trendów, ale Seneka tak się przeraził na myśl o tym, że najważniejszy człowiek w Rzymie miałby chodzić nieogolony, że Neron w końcu obiecał, iż nawet nie będzie o tym myślał. Zawarli kompromis – Neron zachowa swoje pukle woźnicy rydwanów, ale za to będzie się co rano golił.
Teraz zaciskał szczęki, a Talamus pracował. Niektórzy balwierze tak bardzo się bali, że mogliby zaciąć swych wysoko urodzonych klientów, że ich praca trwała wieki. Ten był wprawdzie stary, ale wciąż miał szybkie ruchy. Neron zwyczajnie się zdziwił, gdy poczuł ukłucie. Spojrzał na Talamusa, który stężał w bezruchu.
– Jest bardzo źle? – spytał cesarz.
– To mała ranka, _domine_, na podbródku. Tylko kropelka krwi – odparł golibroda, jąkając się.
Talamus już sięgał po swoje przybory, wśród których miał pasma pajęczyny nasączone w oliwie i occie. Neron nic nie powiedział, kiedy paseczek tej substancji został przyklejony do jego twarzy. W duchu był z siebie zadowolony, że nie zareagował wybuchem. Rozmyślał wcześniej o senacie i to go tak rozkojarzyło, że gniew zaraz mu minął. Seneka byłby z niego dumny.
Kiedy golenie dobiegło końca, balwierz stanął i czekał pokornie, nadal cały się trzęsąc. Neron potarł szczękę i skinął głową. Talamus ukląkł z ulgą, jeszcze raz przepraszając jąkającym się głosem, aż w końcu cesarz uciszył go gestem dłoni. Nic nie mogło mu zepsuć nastroju w taki dzień.
Krzesło zostało wyniesione i cztery kobiety o macierzyńskim wyglądzie ubrały Nerona w nową przepaskę biodrową, długą tunikę i togę w barwie oślepiającej bieli. Nie było mu w smak, że to wszystko było takie ciężkie, ale mus to mus. Nigdy nie nosił tego samego stroju dwa razy; czuł, że jego umysł się uspokaja od tego nieskazitelnie czystego odzienia. Wyszkolił swych niewolników i dzięki temu każdy poranek przebiegał niemal doskonale, zgodnie z jego życzeniem. Dotknął podbródka w tym miejscu, gdzie zacięło go ostrze brzytwy. Ten epizod zakłócił rytm. Być może należało odesłać Talamusa na emeryturę i poszukać kogoś młodszego. Neron skrzywił się pod wpływem tej myśli. Wybieranie kogoś na tyle zaufanego, by mógł stanąć obok cesarskiego gardła z brzytwą, to nie przelewki.
Neron usiadł na krześle obok drzwi, gdzie zawiązano mu sandały, a gdy poderwał się energicznie, niewolnicy teatralnie odskoczyli, unosząc dłonie do twarzy. Uśmiechnął się do nich szeroko. Tę zabawę urządzał każdego ranka, a oni dobrze odgrywali swoje role. W tym momencie był Odyseuszem, Achillesem… Przed oczyma stanęła mu skwaśniała twarz Seneki, wytężył więc umysł w poszukiwaniu jakiegoś rzymskiego bohatera w miejsce greckich. Był Cezarem podczas bitwy pod Farsalos. Był Horacjuszem Koklesem broniącym mostu na Tybrze, gotowym oddać życie za Rzym.
Ruszył w stronę ogromnych odrzwi z brązu. Zanim je otworzono, zatrzymał się jeszcze, by w tej ostatniej chwili dla siebie sprawdzić wszystko, zanim pokaże twarz światu. W tym momencie podbiegł do niego niewolnik, ukląkł i podał szklanicę czystej wody. Neron zaczekał, aż degustator się napije, po czym przyjął resztę, póki jeszcze się nie ociepliła. Takie ostatnio wynalazł sobie ulubione zajęcie, że stale szukał najczystszej górskiej wody. Przejrzysta ciecz widoczna w tym naczyniu została sprowadzona z Galii. Najpierw ją przecedzano i gotowano, a potem mieszano z pokruszonym lodem. Była teraz tak zimna, że aż rozbolało go gardło i zrobił głośny wdech, uśmiechając się do nich skąpo w ramach nagrody za te trudy.
Drzwi się otwarły. Niewolnicy za jego plecami odetchnęli z ulgą, a dopiero potem zabrali się do sprzątania prywatnych komnat cesarza.
Neron kiwnął głową w stronę ulubionych doradców, ustawionych według ich pozycji oraz wagi spraw, którymi się zajmowali. Wiedział, że mają zwyczaj przepychać się i kłócić o miejsce za drzwiami do jego prywatnej siedziby. Godził się na to, bo taka rywalizacja sprawiała, że wykazywali się bystrością umysłu i oszczędzali mu czasu. Najpierw do jego uszu docierały rzeczy najważniejsze.
Po chwili razem ze stadkiem doradców kroczył pod arkadą, do której napływała woń jaśminu i szum płynącej wody. Napawał się tym wszystkim, jednocześnie zauważając, że Grek, którego zatrudnił na stanowisku głównego kwestora zarządzającego finansami, nie idzie na samym przedzie. I dobrze. Faon sprawdzał się znakomicie w swej roli, ale Neron nie lubił zaczynać dnia od problemów z walutą i pożyczkami.
Zerknął ukradkiem na prefekta pretorianów, tuż za prawym ramieniem. Burrus był stałym elementem jego świty i rzadko ustępował miejsca innym, jeśli nie zachodziła jakaś wielka potrzeba. Jego obecność rozpraszała jakiekolwiek obawy, dokładnie tak, jak powinno być. Neron zerknął na Epriusa Marcellusa stojącego po jego lewicy. Prokurator był łysy i brzydki jak pies, z tą pobrużdżoną i ogorzałą twarzą od lat spędzonych pod rzymskim słońcem. Trzymał w rękach zwoje papirusu owinięte wstęgami barwy cesarskiej purpury i czekał cierpliwie, aż cesarz pokaże, że dostrzega jego obecność.
Neron westchnął i przyspieszył kroku. Omal nie obejrzał się przepraszająco na Senekę. Jego nauczyciel nie był już młodym człowiekiem, ale od zawsze towarzyszyła mu dolegliwość, która także teraz spowodowała, że rzęził i miał czerwoną twarz, gdy dotarli do Forum u stóp wzgórza. Neron zacisnął zęby. Sprawy omawiane w senacie nie mogły czekać. Senatorzy oczekiwali, że będzie ich zaszczycał swoją obecnością raz w tygodniu i że obdarzy całkowitą uwagą. Seneka będzie musiał po prostu cierpieć albo zostać z tyłu. Każdy się z czymś zmagał w taki czy inny sposób. Burrus stracił na wojnie dwa palce. Senece ściskało się gardło przy byle wysiłku fizycznym, przez co zawsze żył ze śmiercią na ramieniu. A on sam… Neron pomyślał o srebrnych oczach matki i dreszcz go przeszedł.
Otworzyły się skrzydła ostatniej bramy i wyprowadził swą grupę na uliczny bruk. Dołączyło do nich kilkunastu pretorianów idących w idealnie równej formacji, żeby pilnować bezpieczeństwa cesarza. I jak każdego ranka miał przed sobą widok, który zapierał mu dech w piersiach. Przez chwilę stał w miejscu, radując się jego urodą.
Roztaczał się przed nim widok na cały Rzym, miasto zamieszkane przez milion dusz, niewolników, ludzi wolnych i wyzwoleńców, garncarzy, malarzy i strategów wojennych. Ze szczytu Palatynu widział Circus Maximus, świątynie przy Forum, akwedukty, które dostarczały miastu wodę – oraz same wzgórza rojące się od ludzi, którzy już handlowali, wytwarzali różne przedmioty i kupowali żywność, mimo że słońce dopiero co rozświetliło horyzont. Neron czuł się wolny od wszelkich trosk, gdy dawał znak prokuratorowi.
– Epriusie – zagaił.
Mężczyzna odezwał się natychmiast, był bowiem weteranem porannych szarż w dół wzgórza.
– Senat zbiera się, by wysłuchać argumentów w kwestii morderstwa senatora Lucjusza Pedaniusza. Jako że sprawa dotyczy zabicia senatora, wasza cesarska mość będzie proszony o wydanie wyroku.
– Podaj mi główne tezy – rzucił Neron. Mimo hałaśliwego marszu pretorianów słyszał, że Seneka oddycha coraz gorzej.
– Otóż… zginął z ręki własnej niewolnicy. Kobieta została pojmana i czeka na karę. Nie ma dyskusji co do tej zbrodni.
– W takim razie jaki mam tu wydać wyrok?
– Senator Pedaniusz posiadał ponad czterystu niewolników, _domine_. Prawo i obyczaj nakazuje uśmiercić wszystkich po takim morderstwie.
Neron zmełł przekleństwo. Niemal czuł spojrzenie Seneki na plecach.
– Mężczyzn, kobiety i dzieci? – zapytał.
Eprius przytaknął, dotykając zwojów, które znał już na pamięć.
– Dziewięćdziesiąt kobiet, _domine_, w wieku od czternastu do sześćdziesięciu lat. Czterdzieścioro ośmioro dzieci, w tym również bękarty senatora, ale Pedaniusz już nie żyje, więc nie może potwierdzić ojcostwa…
– Rozumiem. Niech tak będzie, wysłucham argumentów.
Eprius pokłonił się i wycofał, ustępując miejsca ulubionym architektom Nerona. Cesarz omiótł spojrzeniem tych dwóch. Powiadano, że Sewer i Celer pracują i mieszkają razem, połączeni intymnością wszelkiej odmiany. Zdarzały się chwile – zazwyczaj wtedy, gdy żona albo kochanka rozzłościły się na niego – kiedy się zastanawiał… Życie w męskim otoczeniu mogło przynosić swoiste korzyści, ale z drugiej strony cena za to byłaby dość wysoka. Uśmiechnął się pod wpływem tej myśli.
Młody cesarz prawie całą drogę szedł na czele grupy. Nie bardzo miał ochotę poruszać jakiś nowy temat, ale ostatecznie się ugiął.
– Sewerusie.
– Teatr na drugim brzegu Tybru jest już niemal ukończony, _domine_ – odparł natychmiast zapytany. On też zauważył, że doszli już prawie do Forum. – Nalegam tylko, byś przystawił swą pieczęć na ostatnich rachunkach. Trudno było znaleźć pozłotę dobrej jakości, ale…
– Spotkaj się z Faonem – wszedł mu w słowo Neron. – Faonie? Wyraź zgodę na te rachunki.
Zerknął na Burrusa i dostrzegł znajomą kamienną minę. Zacisnął zęby i obrócił się w stronę architektów.
– Weźcie obaj dodatkową zapłatę za tę pracę. Niech to będzie jedna piąta kosztów budowy. Pierwszego następnego miesiąca zaaranżuję tam coś, jakieś prywatne przedstawienie. Burrusie, nie musisz się tak na mnie krzywić. Tylko dla przyjaciół i rodziny.
Pretorianin pochylił głowę i obaj architekci zostali z tyłu. Neron zauważył, że młodszy obejmuje towarzysza i potrząsa nim z zadowoleniem. Gdybyż wszystkie jego zadania były takie proste…
Tego ranka cała grupa dotarła na Forum wyjątkowo szybko, dlatego nie wszyscy zostali wysłuchani. Neron zatrzymał się przed wejściem do budynku Curia Iulia. Już nie byli sami: zebrała się tu spora grupa obywateli nadstawiających uszu, by przysłuchiwać się debatom toczącym się w środku. Na widok cesarza mężczyźni i kobiety zesztywnieli z czcią.
Neron spojrzał na swych doradców, po raz kolejny zauważając, z jakim wysiłkiem Seneka oddycha.
– Dziś rano skazałem cię na zbyt wielki wysiłek, stary przyjacielu – rzekł cicho.
Filozof potrząsnął głową.
– Odzyskam siły. Moim obowiązkiem… jest być u twego boku.
Nie był to wcale wyraz adoracji i Neron wiedział, że został ofuknięty. Seneka umiał być subtelny, ale młody cesarz pragnął jego aprobaty, bo nauczyciel był pod niektórymi względami dla niego jak ojciec. Chłopcy potrzebują ojca, a jego… cóż, ledwo pamiętał mężczyzn, których poślubiała matka. Tylko Klaudiusza pamiętał naprawdę dobrze, a oprócz tego jakieś mgliste sielankowe chwile i klejenie rydwanu. Zachmurzył się. Boginie losu odebrały mu ojców, dlatego musieli go wszystkiego uczyć obcy mężczyźni. Szukał ich i znalazł Senekę i Burrusa, bo im mógł ufać.
– Muszę tam wejść – powiedział. – Burrusie? Toruj przejście. Znajdź miejsce na ławach obserwatorów dla Seneki.
Prefekt ukłonił się i wszedł do środka. Jego pojawienie się na pewno uczuliło senatorów na obecność Nerona, jeśli jeszcze nie usłyszeli, że przybył. Wiedział, że zostanie przyjęty z należytą czcią i szacunkiem. Nie ze względu na niego samego, jak to mu kładł do głowy Seneka chyba z tysiąc razy, lecz przez wzgląd na doniosłość pełnionej przezeń funkcji. Był princepsem, tym, który w Rzymie zajmował pierwsze miejsce. Był cesarzem i skupiał w swych rękach całą władzę.