Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • Empik Go W empik go

Inny dawny świat - Tom I - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
15 lutego 2024
19,98
1998 pkt
punktów Virtualo

Inny dawny świat - Tom I - ebook

Wielka księżna Anna Mallinckrodt od lat rządzi Księstwem Asselin, tworząc oazę spokoju i dobrobytu w burzliwym świecie pełnym politycznych intryg, stając się światłym przykładem dla zazdrosnych władców. Jednak spokój zostaje gwałtownie przerwany, gdy na sąsiednie Królestwo Ashwood spada ognista kula, a wraz z nią pojawia się zagrożenie, jakiego nikt wcześniej nie zaznał. Anna musi stawić czoła sile, która może zniszczyć wszystko, co budowała przez całe życie. Czy odwaga jednej kobiety wystarczy, by ocalić księstwo i jego mieszkańców?


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397040915
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Wstęp

Prze­mowa głowy Ko­ścioła ar­tu­riań­skiego ar­cy­bi­skupa Jor­dana w ostat­nich dniach urzę­do­wa­nia do zgro­ma­dzo­nego ludu nie­ist­nie­ją­cego już Ce­sar­stwa Mac­le­sia. Słowa spi­sał kro­ni­karz Ha­mil­kar Ba­ra­kas 1500 lat przed wy­da­rze­niami, które na­stą­pią w dal­szej czę­ści tego dzieła:

— I po­wia­dam wam, wier­nym Ko­ścioła ar­tu­riań­skiego. Do­kład­nie ty­dzień temu, nasz Pan ze­słał mi ostrze­że­nie, które je­stem wam te­raz wi­nien wszyst­kim zgro­ma­dzo­nym przed­sta­wić.

— A brzmi ono tak: Przyj­dzie kie­dyś taki dzień, kiedy to ogni­sta kula przy­bę­dzie z ciem­nych re­jo­nów nieba, za­wi­taw­szy w skromne progi na­szego świata. Kula ta nie znisz­czy tego, co na co dzień wi­dzimy, lecz bę­dzie pró­bo­wała znie­wo­lić — arcy­bi­skup wska­zał pal­cem na tłum — was!

— I to nie za po­mocą wojsk, czy kaj­dan, lecz za­truje wa­sze słabe po­datne na po­kusy umy­sły.

— Wy słabi bę­dzie­cie re­ali­zo­wać ich wolę. Tak skoń­czy się pa­no­wa­nie pra­wych człe­ko­kształt­nych na tym świe­cie. Za­stą­pią ich bo­wiem ludzcy bo­go­wie, o nik­czem­nych za­mia­rach.

— Nie­mniej jed­nak jest jesz­cze czas, aby...

Nie do­koń­czyw­szy, ar­cy­bi­skup zła­pał się za serce, po czym padł na drew­niany po­dest. Roz­go­rącz­ko­wany tłum usły­szaw­szy zło­wro­gie słowa, wsz­czął za­mieszki, które do­pro­wa­dziły do wojny do­mo­wej trwa­ją­cej bez mała bite sto lat! Wojna ta do­pro­wa­dziła do roz­padu ce­sar­stwa, da­jąc po­czą­tek no­wemu światu. Światu, który pewny swej przy­szło­ści trwał w bło­giej nie­świa­do­mo­ści nad­cho­dzą­cego nie­bez­pie­czeń­stwa. Nikt bo­wiem nie trak­to­wał po­waż­nie słów świą­to­bli­wego kle­chy aż do pew­nego pa­mięt­nego dnia...II

Trzech żoł­nie­rzy prze­dzie­rało się przez gę­sty las, co chwilę za­wa­dza­jąc o ga­łę­zie drzew igla­stych, któ­rych to igły prze­do­sta­wały się pod opan­ce­rzone uni­formy, draż­niąc mo­krą od wie­lo­go­dzin­nego mar­szu skórę. Na­około roz­brzmie­wał ryk dzi­ków, niedź­wie­dzi oraz sko­wyt wa­tah wil­ków, a po­ry­wi­sty wiatr sma­ga­jąc wierz­chołki drzew, po­tę­go­wał uczu­cie wszech­obec­nego nie­bez­pie­czeń­stwa.

Błot­ni­sta zie­mia sku­tecz­nie pró­bo­wała za­trzy­mać prą­cych przed sie­bie wo­ja­ków, lecz ci za­cho­wy­wali się tak, jakby owład­nęła ich ja­kaś ma­giczna siła, która na­ka­zy­wała im ma­sze­ro­wać, póki nie do­trą do celu. Jed­nakże po pew­nym cza­sie ma­gia zwana dys­cy­pliną wy­mie­szana z ad­re­na­liną za­częła słab­nąć, od­da­jąc pola re­al­nemu zmę­cze­niu.

Wo­jak idący na czele od­działu oświe­tlał drogę trzy­maną w ręce lampą naf­tową. Po­ma­rań­czowa po­świata po ko­lej­nych kil­ku­na­stu kro­kach uka­zała oczom pro­wa­dzą­cego nie­wielką po­lankę. Do­wódca, uj­rzaw­szy su­chy plac, spoj­rzał na ze­ga­rek. Ma­sze­ro­wali wy­star­cza­jąco długo, aby po­zwo­lić so­bie na odro­binę wy­tchnie­nia, zresztą ich stopy były na gra­nicy wy­trzy­ma­ło­ści, przez co dal­szy marsz mógł za­koń­czyć się przy­wi­ta­niem ko­lej­nej pary od­ci­sków.

Unió­sł­szy za­ci­śniętą dłoń, dał znać po­zo­sta­łym, że czas się za­trzy­mać. Lecz kompan za jego ple­cami wy­ra­ził wąt­pli­wość co do słusz­no­ści tego po­my­słu:

— Nie mo­żemy te­raz sta­nąć! Wi­dzie­li­ście sami, co się tam stało. Trzeba jak naj­szyb­ciej do­star­czyć wia­do­mość.

— Mu­simy tu­taj się za­trzy­mać — od­rzekł zmę­czo­nym gło­sem do­wódca.

— Ale…

— To roz­kaz żoł­nie­rzu.

Wo­jacy usie­dli na­około lampy naf­to­wej, zdej­mu­jąc buty. Po roz­wią­za­niu onuc ma­so­wali swe stopy, które ozda­biały liczne od­ci­ski oraz krwawe ob­tar­cia.

— Od­po­czy­nek bę­dzie trwał go­dzinę — na­ka­zał do­wódca — po­tem ru­szamy. Każdy ma dwa­dzie­ścia mi­nut na sen.

— Ja­mes ty od­po­czy­wasz pierw­szy.

Ofi­cer wska­zał pal­cem żoł­nie­rza, który od sa­mego po­czątku mar­szu mil­czał jak grób.

Wy­wo­łany do ta­blicy wo­jak nic nie od­po­wie­dział. W mil­cze­niu zdjął swój ka­ra­bin z ple­ców, prze­ła­do­wu­jąc go.

— Ja­mes? — za­py­tał za­nie­po­ko­jony do­wódca.

Wo­jak Ja­mes spoj­rzał na swo­ich kom­pa­nów lo­do­wa­tym jak obecna tem­pe­ra­tura po­wie­trza wzro­kiem. Z jego nosa cie­kła nie­bie­skawa wy­dzie­lina, która kiedy spły­nęła w stronę ust, wy­wo­łała na jego twa­rzy głup­ko­waty uśmiech.

Żoł­nierz sie­dzący obok ofi­cera, zro­zu­miaw­szy, co się święci, wy­krzy­czał, pod­ry­wa­jąc się na równe nogi:

— Jego! Jego też…

Nie zdą­żył do­koń­czyć. Ka­ra­bi­nowa kula ro­ze­rwała jego część głowy, a ka­wałki czaszki wraz z mó­zgiem po­kryły twarz zdu­mio­nego do­wódcy. Ośle­piony i za­sko­czony pró­bo­wał się­gnąć do ka­bury, lecz i on po­dzie­lił los swego mar­twego to­wa­rzy­sza.

Wo­jak Ja­mes, upew­niw­szy się, że oby­dwaj prze­nie­śli się do kra­iny wiecz­nych snów, za­rzu­cił dy­miący ka­ra­bin na plecy. Pod­szedł­szy do jed­nego z ciał, prze­szu­kał su­mien­nie kie­sze­nie. Z jed­nej z nich wy­jął za­wi­nięty list, cho­wa­jąc go za pa­zu­chę, po czym pod­niósł po­bli­ską lampę, udając się w dal­szą drogę.III

Kró­lew­ski mi­ni­ster skarbu Mor­gan Har­ri­son prze­mie­rzał bru­ko­waną aleję, co chwilę spo­glą­da­jąc na ota­cza­jące go pię­cio­pię­trowe ka­mie­nice cią­gnące się po oby­dwu stro­nach ulicy. Z otwar­tych okien wy­do­by­wał się pył, dźwięk stu­kotu młot­ków, pi­ło­wa­nia drewna oraz siar­czy­ste prze­kleń­stwa ro­bot­ni­ków na­rze­ka­ją­cych na wa­runki pracy.

Na ca­łej dłu­go­ści ulicy przed wej­ściem do bu­dyn­ków le­żały po­ukła­dane na kształt pi­ra­midy sta­lowe rury. Kró­le­stwo Ash­wood było jed­nym z ostat­nich państw na kon­ty­nen­cie, które po­sta­no­wiło za­opa­trzyć swo­ich miesz­kań­ców w ka­na­li­za­cję. Wszystko to było za­sługą kró­lew­skiego syna, księ­cia Er­ne­sta Mor­risa, który za punkt ho­noru po­sta­no­wił po­pra­wić wa­runki sa­ni­tarne swo­ich przy­szłych pod­da­nych.

W pew­nym mo­men­cie od­głosy trwa­ją­cych re­mon­tów zo­stały przy­tłu­mione przez tę­tent ko­pyt kon­nych dy­li­żan­sów pę­dzą­cych na zła­ma­nie karku. Ich wi­dok za­in­try­go­wał kró­lew­skiego mi­ni­stra zresztą tak samo, jak i pu­ste ulice, które gdy słońce za­czyna wscho­dzić, po­winny po­woli za­peł­niać się stra­ga­nami, pu­cy­bu­tami oraz tak nie­lu­bia­nymi przez niego na­ga­nia­czami skle­po­wymi.

Mor­gan Har­ri­son po­sta­no­wił przy­spie­szyć kroku.

Po cza­sie do­tarł przed ma­je­sta­tyczny plac, który swym ogro­mem po­tra­fił za­chwy­cić na­wet czło­wieka o ka­mien­nym sercu. Zresztą nic dziw­nego wszak było to miej­sce, gdzie ukrzy­żo­wano czo­łową po­stać Ko­ścioła ar­tu­riań­skiego, ja­kim był sam Święty Ar­tur.

Plac w kształ­cie pro­sto­kąta ota­czał równo przy­cięty ży­wo­płot a wsze­cho­becną sko­szoną trawę słu­żącą za ide­alne miej­sce do klę­cze­nia i wzno­sze­nia mo­dłów, prze­ci­nały mar­mu­rowe ścieżki z ro­sną­cymi po oby­dwu stro­nach kró­lew­skimi li­liami. Po­środku wzno­siła się ka­te­dra bę­dąca naj­wyż­szym obiek­tem w zna­nym świe­cie. Jej iglice nie­raz prze­ci­nały pie­rza­ste ob­łoki wi­szące pa­rę­set me­trów nad zie­mią. Wierni wie­rzyli, że za ich po­mocą du­chowni ko­mu­ni­kują się z Naj­wyż­szym w Kró­le­stwie Nie­bie­skim.

Lecz za­miast mo­dlą­cych się żar­li­wie wier­nych plac wy­peł­niały ści­śnięte masy ludz­kie sku­pione na­około krzyża bę­dą­cego świę­tym sym­bo­lem wszyst­kich wie­rzą­cych miesz­ka­ją­cych na pla­ne­cie zwa­nej „Do­mem”.

Kró­lew­ski mi­ni­ster za­sko­czony tym wi­do­kiem ro­zej­rzał się po zgro­ma­dze­niu. Miesz­kańcy sto­licy wle­piali wzrok w mów­nicę usta­wioną przed krzy­żem, cze­ka­jąc nie­cier­pli­wie na pierw­sze słowa głowy Ko­ścioła. Roz­glą­da­jąc się po tłu­mie ga­piów, uwagę mi­ni­stra zwró­ciła grupka stra­ża­ków sto­jąca nie­opo­dal niego któ­rzy pro­wa­dzili ze sobą ży­wio­łową dys­ku­sję.

Nie zwra­ca­jąc na sie­bie uwagi, po­sta­no­wił się do nich zbli­żyć.

— Po­dobno ta pło­nąca skała spa­dła gdzieś w oko­li­cach Gór Czar­nych — rzekł je­den ze stra­ża­ków, ubrany w czarny uni­form.

— A czy wia­domo coś wię­cej? — wtrą­cił prze­jęty pie­karz trzy­ma­jący ufor­mo­wany bo­che­nek chleba sto­jący dwa kroki da­lej.

Stra­żak zdjął swój srebrny hełm, do­da­jąc:

— Wiem tyle, co reszta, czyli nie­wiele. Mu­simy cze­kać na po­słań­ców z gar­ni­zonu sta­cjo­nu­ją­cego w tam­tych re­jo­nach. Oczy­wi­ście, je­śli prze­żyli. Choć… — Stra­żak za­milkł, bo­jąc się mó­wić da­lej.

— Je­żeli pan coś jesz­cze wie, to pro­szę na Boga nam po­wie­dzieć! — po­na­glił szewc trzy­ma­jący w dło­niach na wpół zszy­tego buta.

Po­zo­stali miesz­kańcy spio­ru­no­wali stra­żaka cie­kaw­skim spoj­rze­niem. Ten po­dra­paw­szy się po gło­wie, ro­zej­rzał po ota­cza­ją­cych go lu­dziach, po czym rzekł:

— Mój szwa­gier trzy­ma­jący nocną wartę na wie­rzy ob­ser­wa­cyj­nej na wzgó­rzu Jor­dana, po­wie­dział mi… Tylko pro­szę tego nie roz­po­wia­dać, aby nie siać nie­po­trzeb­nej pa­niki. — Stra­ża­kowi od­po­wie­działy ener­giczne kiw­nię­cia głową. — A więc mój szwa­gier po­wie­dział mi, że oko­lice od Har­wood po Ri­ver­wood zo­stały do­szczęt­nie znisz­czone.

— Święty Ar­tu­rze! Ra­tuj nas! — od­po­wie­dział prze­ra­żony chór.

Wtem la­ment miesz­kań­ców zo­stał prze­rwany przez pewny głos ar­cy­bi­skupa, który po­ja­wił się na mów­nicy.

— Pro­szę wier­nych i nie­wier­nych o chwilę ci­szy i sku­pie­nia!

Chwilę po­trwało, za­nim wszyst­kie gar­dła za­mil­kły. Ar­cy­bi­skup cze­kał cier­pli­wie, trzy­ma­jąc sze­roko unie­sione ręce ku niebu. Gdy do jego uszu do­szedł nie­za­kłó­cony szum wia­tru, wraz z dźwię­kiem la­ta­ją­cych owa­dów był to znak, że może mó­wić da­lej:

— Dzię­kuję. Za­nim jed­nak roz­pocznę swą mowę, chciał­bym, aby­śmy po­mo­dlili się do na­szego Pana.

Ar­cy­bi­skup wy­ko­nał znak krzyża, na­stęp­nie roz­po­czął od słów: Oj­cze nasz któ­ryś jest w…

Ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, Mor­gan Har­ri­son przedarł się przez tłum, aby zna­leźć się jak naj­bli­żej ar­cy­bi­skupa. Sta­nąw­szy przed mów­nicą, skrzy­żo­wał ręce. Była to jawna po­garda wo­bec re­li­gii, którą uwa­żał za na­rzę­dzie uży­wane w celu sze­rze­nia ciem­noty wśród pod­da­nych Ash­wood.

Kiedy ludz­kie masy prze­stały się mo­dlić, po­now­nie roz­brzmiał głos ar­cy­bi­skupa:

— I po­wia­dam wam! Ten, który od­dał swoje ży­cie na o to tym krzyżu znaj­du­ją­cym się za mo­imi ple­cami, ostrzegł nas za po­śred­nic­twem Świę­tego Jor­dana, o wy­da­rze­niu, któ­rego część z nas była świad­kami dzi­siej­szej nocy. Mu­simy się te­raz po­ka­jać przed Nim i spę­dzić na­stępne dni na gor­li­wej mo­dli­twie, aby nasz Pan uchro­nił nas przed dal­szymi kon­se­kwen­cjami. Dla­tego też ogła­szam, że na­stępne trzy dni będą dniami wol­nymi od ja­kiej­kol­wiek pracy.

Na placu wy­buchł szał ra­do­ści. Setki ka­pe­lu­szy i me­lo­ni­ków po­szy­bo­wały do góry. Nie­mniej pewna grupa męż­czyzn ubrana w dro­gie gar­ni­tury zro­biła po­sępną minę. Byli to prze­my­słowcy, któ­rzy już w my­ślach li­czyli straty, ja­kie po­niosą na de­cy­zji Ko­ścioła, wszak prawo ko­ścielne w wielu kwe­stiach gó­ro­wało nad pra­wem pań­stwo­wym, mu­sieli więc po­kor­nie pod­po­rząd­ko­wać się jego de­cy­zji.

Arcy­bi­skup uniósł pa­lec do góry, a tłum w jed­nej chwili za­milkł.

— Po­święćmy ten czas na mo­dli­twę i bła­gajmy Pana o wy­ba­cze­nie nam na­szych grze­chów. Ci, któ­rzy speł­nią swój obo­wią­zek, zo­staną zba­wieni na wieki wie­ków! Dzię­kuję za wy­słu­cha­nie, mo­że­cie się ro­zejść.

Gdy tłum za­czął się roz­rze­dzać, Mor­gan Har­ri­son pod­szedł do scho­dzą­cego z mów­nicy ar­cy­bi­skupa, za­cze­pia­jąc go:

— Trzy dni świę­to­wa­nia? Nie­zła sumka wpad­nie do ko­ściel­nej kabzy arcybi­sku­pie Sheen.

Popra­wiw­szy fio­le­tową szatę prze­pa­saną zło­tym sza­lem, arcy­bi­skup Sheen spio­ru­no­wał kró­lew­skiego mi­ni­stra skarbu nie­na­wist­nym wzro­kiem.

— Wi­tam naj­więk­szego i naj­bar­dziej za­twar­dzia­łego bez­boż­nika Kró­le­stwa Ash­wood — od­parł za­dzior­nie ar­cy­bi­skup, po­sy­ła­jąc swemu roz­mówcy bło­go­sła­wień­stwo.

— Mi rów­nież jest bar­dzo miło. Jed­nak wra­ca­jąc do te­matu czy skarb pań­stwa może li­czyć na ja­kiś udział z tych trzy­dnio­wych mo­dłów? Drogi, szkoły czy ka­na­li­za­cja, która wła­śnie po­wstaje, nie zo­sta­nie zbu­do­wana dzięki gor­li­wej mo­dli­twie tylko dzięki kró­lew­skim mo­netą.

— Pie­niędzmi się nie sza­sta sza­nowny mi­ni­strze… A co do szkół. Chyba za­po­mniał pan, że swój ty­tuł otrzy­mał za ukoń­cze­nie Ar­tu­riań­skiego Uni­wer­sy­tetu Eko­no­micz­nego. Mogę pana rów­nież za­pew­nić, że póki żyję, nic pan od nas nie do­sta­nie.

— No cóż… — od­parł Mor­gan Har­ri­son, szy­der­czo się uśmie­cha­jąc. — W ta­kim ra­zie ży­czę dużo zdro­wia, bo na pewno arcybi­sku­powi się ono przyda.

Mi­ni­ster ukło­nił się, po czym od­da­lił w stronę kró­lew­skiego pa­łacu.

Za­sły­szane słowa spra­wiły, że ar­cy­bi­skup zro­bił po­sępną minę. Wie­dział bo­wiem że jego dzień osta­teczny może na­stą­pić w każ­dej chwili a na­stępca bę­dzie mniej skory do trzy­ma­nia ko­ściel­nego ma­jątku pod klu­czem. Prze­że­gnaw­szy się, ru­szył w stronę ka­te­dry.

Kon­ty­nu­ując swą wę­drówkę, Mor­gan Har­ri­son wszedł na trakt kró­lew­ski, skąd można było uj­rzeć mo­nar­szy pa­łac. Po­mię­dzy ulicą roz­cią­gały się skle­piki, a skle­powi na­ga­nia­cze na­wo­ły­wali klien­tów do środka, aby ich wła­ści­ciele mo­gli jesz­cze za­ro­bić przed trzy­dnio­wym świę­tem.

Wtem je­den z na­ga­nia­czy sto­jący na ulicy w ostat­niej chwili usko­czył przed pę­dzą­cym wo­zem. Mor­gan Har­ri­son ką­tem oka doj­rzał ran­nego żoł­nie­rza ubra­nego w mun­dur kró­lew­skiego gar­ni­zonu sta­cjo­nu­ją­cego na po­gra­ni­czu Gór Czar­nych.

Mi­ni­ster skarbu przy­spie­szył kroku, aby jak naj­szyb­ciej, do­wie­dzieć się, ja­kie szkody wy­rzą­dził obiekt, który tak nie­spo­dzie­wa­nie po­ja­wił się na noc­nym nie­bie.

***

Król Jo­seph Mor­ris IV spę­dzał po­ra­nek w miej­scu, gdzie każ­dego dnia prze­sia­dy­wał co­raz wię­cej czasu, roz­ko­szu­jąc się za­pa­chem tu­li­pa­nów, żon­kili, bzu oraz wielu in­nych ga­tun­ków kwia­tów, któ­rych nazw nie po­tra­fił wy­mie­nić. Miej­sce to ko­iło jego nerwy na­pięte z po­wodu co­raz to uciąż­liw­szych obo­wiąz­ków pań­stwo­wych.

Trzy­ma­jąc me­ta­lową ko­newkę, prze­cha­dzał się po ogro­dzie, co chwilę pod­le­wa­jąc sa­motną ro­ślinę. Opróż­niw­szy ostat­nią kro­plę wody, mo­nar­cha usiadł na ławce przy po­bli­skiej fon­tan­nie. Pa­trząc na try­ska­jącą wodę, do­strzegł, że w ob­łocz­kach mi­kro­sko­pij­nych kro­pel wy­two­rzyła się tę­cza, przy­pra­wia­jąca go o uśmiech na twa­rzy. Naj­chęt­niej zo­stałby tu cały dzień bo­wiem miał do­syć kró­lew­skiego urzędu, który był tylko sze­re­giem ko­lej­nych nud­nych po­sie­dzeń, prze­mó­wień do głu­piego ludu czy w końcu wie­lo­go­dzinną pracą nad tak znie­na­wi­dzo­nymi do­ku­men­tami urzę­do­wymi.

Za­mknąw­szy oczy, pró­bo­wał się z re­lak­so­wać, słu­cha­jąc szumu wody z try­ska­ją­cej fon­tanny. Lecz nie­spo­dzie­wa­nie przy­jemny dźwięk zo­stał prze­rwany przez ryt­miczny stu­kot pan­to­fli. Kroki sta­wały się co­raz wy­raź­niej­sze, aż w końcu uci­chły, po czym po krót­kiej chwili roz­brzmiał nie­pewny mę­ski głos:

— Pa­nie…

Król, otwo­rzyw­szy oczy, uj­rzał przed sobą swego ka­mer­dy­nera, ubra­nego w czer­wony uni­form, spod któ­rego wy­sta­wał koł­nierz bia­łej ko­szuli. Mło­dzian nie­pew­nie prze­kła­dał stopy ozdo­bione przez wy­po­le­ro­wane smo­li­ste pan­to­fle.

Mor­ris IV wi­dząc nie­pew­ność pod­wład­nego, wy­ko­nał od nie­chce­nia gest dło­nią, aby ten mó­wił da­lej.

— Pa­nie, przy­był trans­port, który przy­wiózł oca­la­łego z ka­ta­strofy w Gó­rach Czar­nych.

Przez mo­ment król za­cho­wy­wał się tak, jakby słowa giermka do niego nie do­cie­rały. Po chwili jed­nak wstał ocię­żale i klep­nąw­szy go w ra­mię, dał znać, aby pro­wa­dził.

Opu­ściw­szy ogród, zna­leźli się na bru­ko­wa­nej ścieżce, pro­wa­dzą­cej zyg­za­kiem w stronę bocz­nego wej­ścia do kró­lew­skiego pa­łacu. Na pierw­szy rzut oka sam bu­dy­nek nie pre­zen­to­wał się ma­je­sta­tycz­nie. Ciężko bo­wiem było od­gad­nąć, że dwu­pię­trowa pła­ska bu­dowla ni­czym nie­róż­niąca się od bu­dyn­ków szkoły, jak i urzę­dów mo­gła być do­mem dla tak waż­nej per­sony, jaką jest król. Nie­mniej pierw­sze mdłe wra­że­nie od­cho­dziło w za­po­mnie­nie po prze­kro­cze­niu progu pa­łacu.

Ściany od głów­nego wej­ścia do końca sali, gdzie stał kró­lew­ski tron ob­wie­szone były ob­ra­zami przed­sta­wia­ją­cymi zmar­łych po­przed­ni­ków, kro­czą­cego z tru­dem króla, który nie­raz o mało nie po­śli­zgnął się na mar­mu­ro­wej po­sadzce oświe­tla­nej przez świe­cowe ży­ran­dole.

Do­szedł­szy w końcu do scho­dów wy­ście­ła­nych czer­wo­nym dy­wa­nem, mo­nar­cha z po­mocą giermka wszedł po scho­dach i pod­wi­nąw­szy swą szatę, z ulgą usiadł na po­zła­ca­nym tro­nie, ob­ser­wu­jąc jak po­woli, lecz nie ubła­ga­nie wy­peł­nia się przy­by­łymi dy­gni­ta­rzami.

Miej­sca z przodu zaj­mo­wali naj­waż­niejsi mi­ni­stro­wie w tym kró­lew­ski skarb­nik Mor­gan Har­ri­son ubrany w ofi­cjalny czarny frak zle­wa­jący się z fry­zurą za­cze­saną w bok, po­tę­gu­jąc jego przy­stojny, lecz po­ważny wy­raz twa­rzy. Za nim za­sia­dali do­wódcy woj­skowi w swych bia­ło­czer­wo­nych od­święt­nych mun­du­rach, któ­rych ob­li­cza wy­glą­dały tak, jakby król za kilka chwil miał wy­po­wie­dzieć wojnę ca­łemu zna­nemu światu. Dwie ławy przy ścia­nie za­jęte były z jed­nej strony przez du­chow­nych z dru­giej na­to­miast za­sia­dało kółko na­ukowe. Po­dział ten miał sym­bo­li­zo­wać rów­no­wagę po­mię­dzy wiarą a na­uką. Jed­nakże nie­na­wistne spoj­rze­nia rzu­cane przez jed­nych i dru­gich da­wały do zro­zu­mie­nia po­stron­nym, jak wiel­kim uwiel­bie­niem do sie­bie pa­łają. Ostat­nie rzędy wy­peł­niały mniej zna­czące oso­bi­sto­ści nie­ma­jące żad­nego zna­cze­nia dla prze­biegu po­sie­dze­nia.

Po ca­łej sali prze­cha­dzały się szepty i ży­wio­łowe roz­mowy. Acz­kol­wiek wraz z trza­skiem za­my­ka­nych drzwi, po któ­rych na­stą­pił brzdęk dzwon­ków wszy­scy zgro­ma­dzeni na­tych­miast za­mil­kli.

Wy­cze­kaw­szy jesz­cze parę chwil, Jo­seph Mor­ris IV uniósł w końcu kró­lew­skie berło, a cała sala wy­ko­nała ni­ski ukłon trwa­jący pełną mi­nutę. Gdy ce­re­mo­nia po­wi­talna mi­nęła, do mo­nar­chy podszedł je­den z kró­lew­skich gwar­dzi­stów, szep­cząc mu coś na ucho. Mor­ris IV kiw­nął tylko po­ro­zu­mie­waw­czo głową, po czym gwar­dzi­sta krzyk­nął:

— Wpro­wa­dzić oca­la­łego z Gór Czar­nych!

Z bocz­nych drzwi wy­szło ko­lej­nych czte­rech gwar­dzi­stów, któ­rzy wnie­śli przed tron wy­nędz­nia­łego żoł­nie­rza. Spoj­rze­nia wszyst­kich w tym i sa­mego króla pa­dały na po­pa­lony mun­dur oraz po­ra­nioną twarz wo­jaka ozdo­bioną przez za­krze­płą krew. Przy oca­la­łym po­zo­stało dwóch gwar­dzi­stów, po­ma­ga­jąc mu ustać na no­gach.

Wy­mę­czony czło­wiek wzbu­dzał li­tość u króla, lecz wie­dział, że ten bie­dak był je­dy­nym źró­dłem wie­dzy na te­mat znisz­czeń wy­rzą­dzo­nych w oko­li­cach Gór Czar­nych. Mo­nar­cha w jed­nej chwili z sym­pa­tycz­nego sta­ruszka prze­mie­nił się w chłod­nego po­li­tyka. Po se­kun­dach dłu­żą­cej się ci­szy w końcu z ust głowy pań­stwa pa­dły pierw­sze słowa:

— Imię, na­zwi­sko oraz sto­pień żoł­nie­rzu.

— Młod­szy sze­re­gowy… Ja­mes... Ja­mes Par­ker pa­nie! — od­krzyk­nął wo­jak, z tru­dem się pro­stu­jąc i wy­ko­nu­jąc sa­lut.

— Spo­cznij… — roz­brzmiał roz­ka­zu­jący głos. Gdy żoł­nierz wy­ko­nał po­le­ce­nie, mo­nar­cha kon­ty­nu­ował: — Czy to prawda, że by­łeś świad­kiem ude­rze­nia ogni­stej kuli?

— Tak pa­nie.

— W ta­kim ra­zie opo­wiedz nam, co się tam wy­da­rzyło.

Młod­szy sze­re­gowy Par­ker zro­bił sze­ro­kie oczy, a jego od­dech stał się ciężki.

Król, uj­rzaw­szy prze­ję­cie swego pod­wład­nego, ode­zwał się nad wy­raz spo­koj­nym gło­sem:

— Nie bój się mó­wić chłop­cze. Dla nas wszyst­kich je­steś bo­ha­te­rem, zo­sta­niesz od­zna­czony naj­wyż­szym kró­lew­skim or­de­rem za bo­ha­ter­stwo wo­bec Kró­le­stwa Ash­wood. Jed­nakże mu­simy wie­dzieć, co tam się u was wy­da­rzyło i ja­kie ta ogni­sta kula po­czy­niła szkody, aby móc pod­jąć od­po­wied­nie kroki.

Młod­szy sze­re­gowy spoj­rzał w kró­lew­skie oczy, po czym po­ki­wał głową.

— Wczo­raj­szej nocy — za­czął z tru­dem — kiedy na­sza zmiana ze­szła z warty, ustę­pu­jąc miej­sca noc­nej zmia­nie, za­sie­dli­śmy jak za­wsze do su­tej ko­la­cji. Jak zwy­kle za­częła się od cie­płej po­mi­do­rówki, po któ­rej miała zo­stać po­dana pie­czona wo­ło­wina wraz z wi­nem. Lecz gdy opróż­ni­li­śmy ta­le­rze z zupą, uj­rze­li­śmy za oknem białą po­światę, która z każdą chwilą sta­wała się co­raz bar­dziej ja­skrawa. Wszy­scy po­de­rwali się z miejsc, aby uj­rzeć to dziwne zja­wi­sko. Błysk po cza­sie zro­bił się tak ja­sny, że wy­peł­nił całe po­miesz­cze­nie, a wi­docz­ność spa­dła do za­le­d­wie paru kro­ków. Na­gle nasz fort na­wie­dziła po­tężna wi­chura, po któ­rej zie­mia za­częła trząść się tak mocno, że cała ko­la­cja spa­dła na pod­łogę… — Sze­re­gowy Par­ker mu­siał na chwilę prze­rwać z po­wodu krwa­wego kaszlu. Kiedy uspo­koił ka­szel, mó­wił da­lej: — Na­gle do na­szych uszu do­biegł głos ofi­cera, który krzyk­nął: „Cho­wać się!”. Nie­stety ża­den z nas nie zdą­żył wy­ko­nać tego roz­kazu. Na­gły wy­buch spra­wił, że rzu­ciło mną o drew­nianą ścianę, która po chwili przy­kryła mnie, ra­tu­jąc przed ogni­stą falą. Cały ten roz­gar­diasz trwał parę chwil. Gdy się ock­ną­łem z fortu po­zo­stały za­le­d­wie pło­nące zglisz­cza. Nie wielu z nas prze­trwało, duża część z na­szych żoł­nie­rzy po pro­stu zni­kła.

— Jak to zni­kła? — wtrą­cił zdzi­wiony mo­nar­cha.

— Wy­pa­ro­wali — od­parł z bó­lem sze­re­gowy.

Na sali za­pa­no­wało lek­kie ob­ru­sze­nie.

— Ci­sza — rzekł sta­now­czo król, na­stęp­nie po­ka­zał ge­stem dłoni, aby oca­lały mó­wił da­lej.

— Część z tych, któ­rzy prze­trwali, wy­ru­szyła, aby zba­dać po­pa­loną przez ogień oko­licę.

— Aste­ro­ida! — krzyk­nął je­den z pro­fe­so­rów, prze­ry­wa­jąc wy­po­wiedź sze­re­go­wego. Reszta uczo­nych po­ki­wała ener­gicz­nie gło­wami.

— Pro­szę mil­czeć! — ode­zwał się zde­ner­wo­wany król. — Jesz­cze je­den taki wtręt i każe was stąd wy­pro­wa­dzić oraz ode­tnę wam na trzy bite mie­siące kró­lew­skie fun­du­sze.

Uczeni w mig spo­kor­nieli, a mo­nar­cha na­ka­zał, aby sze­re­gowy kon­ty­nu­ował.

— To wszystko jest ta­kie nie­re­alne…

Sze­re­gowy po­now­nie prze­rwał, lecz tym ra­zem po­wo­dem był ka­szel, który spra­wił, że na po­sadzkę przed sobą wy­pluł sporą ilość nie­bie­ska­wej wy­dzie­liny.

— Po­trze­bu­jesz prze­rwy żoł­nie­rzu? — za­py­tał z obawą król.

Młod­szy sze­re­gowy Par­ker uniósł za­ci­śniętą pięść, mó­wiąc:

— Oni wró­cili…

— Ale kto?

— Ci, co mieli zba­dać oko­licę.

— I? — po­na­glił znie­cier­pli­wiony król.

— Wró­cili bez du­szy…

Na sali za­pa­no­wało istne za­mie­sza­nie. Du­chowni aż po­wstali z ław, roz­po­czy­na­jąc mię­dzy sobą ży­wio­łową dys­ku­sję, na­to­miast w śro­do­wi­sku uczo­nych sły­chać było śmie­chy oraz szy­der­cze uwagi.

Mor­ris IV schwy­cił kró­lew­ską la­skę, ude­rza­jąc nią trzy­krot­nie w pod­łogę. Echo ude­rzeń wy­peł­niło salę a wszyst­kie gar­dła w jed­nej chwili za­mil­kły.

— Jak to bez du­szy? — za­py­tał skon­ster­no­wany król. — Mo­żesz nam to wy­ja­śnić?

— No… Jakby to po­wie­dzieć… — Nie­spo­dzie­wa­nie ton głosu sze­re­go­wego Par­kera zmie­nił się, przy­po­mi­na­jąc dźwięk wy­do­by­wa­jący się z fo­no­grafu. — Jak chcesz się do­wie­dzieć, to po­dejdź tu ty stary dziadu!

Cała cala usły­szaw­szy słowa sze­re­go­wego Par­kera po­bla­dła. Sam król za­sta­na­wiał się, czy przy­pad­kiem się nie prze­sły­szał.

Wtem po sali roz­szedł się spo­kojny głos męż­czy­zny:

— Pa­nie… Władco Ash­wood, czy mogę coś po­wie­dzieć?

Mo­nar­cha spoj­rzał na gru­ba­wego czło­wieka w ele­ganc­kim gar­ni­tu­rze. Jego oczy ozda­biały po­zła­cane bi­no­kle, a twarz po­kry­wała bujna siwa broda. Trzy­ma­jąc unie­sioną rękę, cze­kał na znak od króla, aby ten po­zwo­lił mu mó­wić da­lej.

— Ach, pro­fe­sor Irving. — Ujrzaw­szy swego do­brego przy­ja­ciela z daw­nych cza­sów, król wes­tchnął z no­stal­gią, wszak wi­dziana per­sona wzbu­dziła jego wspo­mnie­nia, gdy jesz­cze jako mło­dzian stu­dio­wał na­uki me­dyczne. Pro­fe­sor Bran­don Irving był pio­nie­rem w le­cze­niu za­bu­rzeń psy­chicz­nych spo­wo­do­wa­nych przez zbyt szybką in­du­stria­li­za­cję spo­łe­czeń­stwa Ash­wood. — Pro­szę mó­wić pro­fe­so­rze — do­koń­czył, wy­ko­nu­jąc gest dło­nią.

— Dzię­kuję pa­nie za od­da­nie mi głosu w tak waż­nej spra­wie. — Pro­fe­sor po­pra­wiw­szy bi­no­kle, mó­wił da­lej: — Nasz dzielny żoł­nierz sze­re­gowy Par­ker zdra­dza jawne ob­jawy ka­ta­stro­ficz­nego urazu mó­zgu.

— Ka­ta­stro­ficz­nego urazu mó­zgu? — za­py­tał za­gu­biony król. Po chwili za­my­śle­nia do­dał: — Czy mo­żesz nam to wy­ja­śnić?

— W skró­cie umysł tego nie­szczę­śnika nie do­szedł jesz­cze do sie­bie po gwał­tow­nym szoku, któ­rego do­znał pod­czas ude­rze­nia i utra­cie swych kom­pa­nów. Dla­tego też za­le­cam, aby na ja­kiś czas wy­słać tego bie­daka do mo­jego ośrodka a za­pew­niam, że w ciągu trzech mie­sięcy po­sta­wimy go na nogi.

— Bzdury opo­wia­dasz! — krzyk­nął je­den z du­chow­nych, który ener­gicz­nie po­wstał.

Król spoj­rzał się wy­mow­nie w kie­runku, z któ­rego pa­dły słowa obu­rze­nia.

Wy­soki męż­czy­zna w fio­le­to­wej sza­cie kon­ty­nu­ował:

— Ten czło­wiek zdra­dza jawne ob­jawy opę­ta­nia!

Na sali roz­brzmiały jęki stra­chu po­mie­szane ze śmie­chem nie­któ­rych uczo­nych.

— Śmiej­cie się da­lej ba­ra­nie łby! — krzy­czał du­chowny. — Lecz każdy z nas wi­dział na nie­bie kule ognia! Stało się tak, jak za­po­wia­dał Święty Jor­dan!

— Ci­sza!

Salę po­now­nie na­wie­dził stu­kot kró­lew­skiej la­ski.

Król spoj­rzał na sze­re­go­wego Par­kera, mó­wiąc roz­ka­zu­jąco:

— Sze­re­gowy Par­ker pro­szę do mnie po­dejść.

Wo­jak, chwie­jąc się na no­gach, pod­szedł do władcy na od­le­głość wy­cią­gnię­tej dłoni. Król ocię­żale po­wstał i do­ty­ka­jąc po oj­cow­sku jego ra­mie­nia, szep­nął mu do ucha:

— Synu wiem, że jest ci ciężko, ale mu­simy do­wie­dzieć się, co do­kład­nie się tam wy­da­rzyło. Oczy­wi­ście masz prawo do od­ro­cze­nia, lecz wtedy tra­fisz pod skrzy­dła pro­fe­sora Irvinga i spę­dzisz całe trzy mie­siące wśród wa­ria­tów. Wie­rzę, że twe mę­stwo po­zwoli ci prze­zwy­cię­żyć tę chwi­lową sła­bość.

Sze­re­gowy Par­ker uniósł bez­na­miętny wzrok w stronę króla i gdy wy­da­wało się, że nic nie po­wie, z jego ust wy­do­był się sła­bo­wity szept. Król po­now­nie na­chy­lił się, aby zro­zu­mieć jego nie­wy­raźną mowę.

— Do­brze po­wiem wszystko, ale… Ale naj­pierw pro­szę mi uści­snąć dłoń.

Usły­szaw­szy tak nie­co­dzienną prośbę, Jo­seph Mor­ris IV uśmiech­nął się, jed­no­cze­śnie pew­nie po­dał dłoń sze­re­go­wemu, dla któ­rego zwy­kły wy­da­wa­łoby się uścisk, nie­wiele zna­czył. Nie­mniej król wie­dział, że dla żoł­nie­rza Kró­le­stwa Ash­wood moż­li­wość uści­śnię­cia mo­nar­szej dłoni jest ogrom­nym za­szczy­tem, wszak nie co dzień zwy­kły śmier­tel­nik ma oka­zję do­ty­kać dłoń pierw­szego czło­wieka po Bogu.

Król, ści­ska­jąc dłoń sze­re­go­wego, uj­rzał, jak ten przy­gląda mu się cie­kaw­sko. W pierw­szej chwili po­trak­to­wał to jako kom­ple­ment, lecz gdy chciał za­brać dłoń, po­czuł, jak wo­jak za­ci­ska ją co­raz moc­niej, jakby jego palce prze­mie­niły się w sta­lowe si­dła.

Pró­bu­jąc wy­rwać rękę, mo­nar­cha od­czuł, jak jego ciało prze­szywa prąd, który nie­spo­dzie­wa­nie za­lał całe ciało. Chciał przy­wo­łać do sie­bie gwar­dzi­stów, lecz ta sama nie­znana siła ze­spa­wała mu usta.

Na­gle ku zdu­mie­niu wszyst­kich sze­re­gowy Par­ker opluł swo­jego władcę. Salę wy­peł­niła ka­ko­fo­nia obu­rze­nia. Po­bli­scy gwar­dzi­ści rzu­cili się na sprawcę znie­wa­że­nia głowy pań­stwa, po­wa­la­jąc go w ułamku se­kundy na zie­mię.

Otrzą­snąw­szy się z szoku, król po­wró­cił na tron, gdzie otarł twarz z resz­tek nie­bie­ska­wej śliny. Pa­trząc na swą dłoń, przy­glą­dał się, jak wy­dzie­lina zmie­nia ko­lor na zie­lony na­stęp­nie na czer­wony, aby na ko­niec stać się bez­barwną lepką ma­zią, przy­le­ga­jącą do skóry.

Po chwili roz­my­ślań nad wi­dzia­nym zja­wi­skiem mo­nar­cha się­gnął po la­skę, którą za­stu­kał trzy­krot­nie, uspo­ka­ja­jąc ze­bra­nych.

Gdy na­stała ci­sza ode­zwał się nad­wy­raz spo­koj­nie:

— Sze­re­gowy Par­ker zo­sta­nie skie­ro­wany na le­cze­nie do ośrodka pro­fe­sora Irvinga. Jed­nak w le­cze­niu jego du­szy ma uczest­ni­czyć rów­nież Ko­ściół, który wy­bie­rze swego przed­sta­wi­ciela naj­le­piej eg­zor­cy­stę, aby to­wa­rzy­szył le­ka­rzom w pro­ce­sie le­cze­nia. — Po­now­nie roz­brzmiały prze­śmiew­cze po­mruki koła na­uko­wego, lecz pewne spoj­rze­nie króla za­raz uci­szyło oświe­cone umy­sły. Mo­nar­cha mó­wił da­lej: — Pro­szę rów­nież, aby woj­sko opra­co­wało plan zba­da­nia miej­sca ka­ta­strofy. Wraz z grupą na­ukow­ców ochot­ni­ków uda­cie się na miej­sce, w celu wy­ja­śnie­nia co się tam do­kład­nie wy­da­rzyło. Ce­sar­stwo Wschod­nie za­pewne już pla­nuje taką samą eks­pe­dy­cję, więc nie mo­żemy po­zwo­lić, aby nas uprze­dzili. — Król, po­wstaw­szy, do­dał: — Ogła­szam ko­niec spo­tka­nia, pro­szę wra­cać do swych obo­wiąz­ków.

Cała sala za­wrzała w ko­tle roz­mów, każdy bo­wiem na swój spo­sób pró­bo­wał wy­ja­śnić, co wy­da­rzyło się w miej­scu, skąd przy­był sze­re­gowy Ja­mes Par­ker. Acz­kol­wiek im dłu­żej trwały ta­kowe dys­ku­sje tym po­wsta­wały co­raz to bar­dziej wy­myślne teo­rie, od­da­la­jące się od twar­dej rze­czy­wi­sto­ści. Rów­nież sie­dzący okra­kiem król, pa­trząc na top­nie­jący tłum, pró­bo­wał zna­leźć wła­sne wy­ja­śnie­nie. Nie­stety jego star­czy umysł nie był już tak ela­styczny, jak daw­niej. Je­dy­nie czego pra­gnął to za­mknąć oczy i choć na chwilę od­pły­nąć do kra­iny ze swych naj­skryt­szych ma­rzeń. Kra­iny gdzie le­żąc na po­la­nie, ob­ser­wo­wałby prze­miesz­cza­jące się le­ni­wie po nie­bo­skło­nie pie­rza­ste ob­łoczki rzu­ca­jące cień na zie­lone pa­stwi­ska.

Lecz ma­rze­nia te zo­stały prze­rwane przez zna­jomy głos:

— Dzię­kuję pa­nie za gest wo­bec Ko­ścioła.

Otwarł­szy oczy, Mor­ris IV uj­rzał przed sobą ar­cy­bi­skupa She­ena trzy­ma­ją­cego w pra­wej dłoni po­zła­cane berło ozdo­bione na rę­ko­je­ści dia­men­tami uło­żo­nymi na kształt krzyża.

— Nie ma za co — od­parł od nie­chce­nia król. — Rów­no­waga musi zo­stać za­cho­wana.

— To prawda — po­parł ar­cy­bi­skup.

Król przez mo­ment mil­czał, lecz po chwili pa­trze­nia na swego roz­mówcę po­wie­dział z uśmie­chem na ustach:

— Arcy­bi­sku­pie Sheen co po­wiesz na mały spa­cer?

Du­chowny pew­nie ski­nął, po­ma­ga­jąc swemu władcy po­wstać z tronu.

Trzy­ma­jąc się pod rękę, udali się po­wol­nym kro­kiem do wyj­ścia wy­cho­dzą­cego na tyły pa­łacu.

Kiedy zna­leźli się na placu, mo­nar­cha, spoj­rzał na opu­sto­szałą oko­licę, mó­wiąc z ulgą.

— W końcu ci­sza… Tak mi te­raz tego bra­kuje.

Ar­cy­bi­skup, pa­trząc na zmę­czoną twarz władcy, ode­zwał się nad wy­raz ostroż­nie:

— Nie my­śla­łeś mój drogi przy­ja­cielu, aby ustą­pić z urzędu? Masz prze­cież zdol­nego i spraw­nego syna. My­ślę, że już czas by to on po­pro­wa­dził nas ku lep­szemu ju­tru.

Król uśmiech­nął się i po chwili wy­buchł szcze­rym śmie­chem.

— Oczy­wi­ście, że o tym my­śla­łem. Ma­rze o tym każ­dego dnia! — Klep­nąw­szy ar­cy­bi­skupa w ra­mię, kon­ty­nu­ował: — Gdy mój syn wróci z in­spek­cji wojsk, za­pro­szę go na po­ważną roz­mowę. Mam na­dzieję, że się zgo­dzi.

— Po twoim to­nie stwier­dzam, że nie je­steś pe­wien czy Er­nest przyj­mie twą pro­po­zy­cję ob­ję­cia po to­bie kró­lew­skiej schedy.

— Ni­czego nie można wy­klu­czyć. Choć… gdyby od­mó­wił, to bym zro­zu­miał.

— Mó­wisz po­waż­nie? — Arcy­bi­skup był wy­raź­nie za­nie­po­ko­jony za­sły­sza­nymi sło­wami. — Wiesz, co by to ozna­czało?

— Wojnę do­mową… — od­parł gorzko król.

— Oraz a może przede wszyst­kim śmierć wielu ty­sięcy ist­nień — do­dał ar­cy­bi­skup.

Po ko­lej­nych paru kro­kach do­tarli do po­mnika przed­sta­wia­ją­cego jeźdźca w od­święt­nej zbroi, który dum­nie uno­sił miecz skie­ro­wany na wschód. Jo­seph Mor­ris IV przy­sta­nąw­szy, klep­nął w me­ta­lową nogę ru­maka.

— Wiesz, dla­czego ten miecz wska­zuje wschód? — za­py­tał król.

Arcy­bi­skup bez­rad­nie wzru­szył ra­mio­nami.

— Wska­zuje on kie­ru­nek, któ­rym mia­łem po­dą­żyć. Wolą mego ojca było, abym po­wa­lił Ce­sar­stwo Wschod­nie na ko­lana, dzięki czemu dziś nasi ro­dacy nie bo­ry­ka­liby się z pro­ble­mem głodu. Nie­stety wiesz, czemu tego nie zro­bi­łem?

Du­chowny po­now­nie wzru­szył ra­mio­nami.

— Bo się ba­łem… Ba­łem się ofiar. Ro­zu­miesz? Po­to­mek naj­więk­szych wo­jow­ni­ków bał się wojny. A naj­gor­sze jest to, że i tak do­pro­wa­dzi­łem do śmierci swo­ich pod­da­nych. Śmierć na woj­nie by­łaby dla nich o wiele mniej do­tkliwa niż śmierć gło­dowa.

Po swo­ich sło­wach król za­chwiał się na no­gach.

— Jo­se­phie!

Arcy­bi­skup do­padł do mo­nar­chy, po­ma­ga­jąc mu utrzy­mać rów­no­wagę. Po­sa­dziw­szy władcę na be­to­no­wej pod­po­rze po­sągu, rzekł:

— Po­stą­pi­łeś słusz­nie. Wielka wojna prze­ciwko ce­sar­stwu trwa­łaby by lata i po­chło­nę­łaby o wiele wię­cej ist­nień. A to prze­cież nasi bra­cia w wie­rze, Pan by nam tego nie wy­ba­czył. Klę­ska głodu jest na­to­miast czymś, czego nikt z nas nie mógł prze­wi­dzieć. Na szczę­ście ist­nieje wiele moż­li­wo­ści, aby ją ujarz­mić. Nad­wyżka pro­duk­cji zboża w Księ­stwie As­se­lin może stać się na­szym wy­ba­wie­niem.

— Wła­śnie As­se­lin… — od­parł po­sęp­nie król. — Po­my­śleć, że tak małe księ­stwo trzyma w ry­zach kil­ku­mi­lio­nowe kró­le­stwo. Wy­star­czy je­den de­kret księż­nej wstrzy­mu­jący do­stawy, aby ze­słać na nas upa­dek.

— Wąt­pię, by to zro­biła — rzekł pew­nie ar­cy­bi­skup — w końcu ich bo­ga­cze nie będą w sta­nie żyć bez na­szych me­bli oraz po­zo­sta­łych dóbr luk­su­so­wych.

— No tak wy­god­nicki styl ży­cia po pew­nym cza­sie staje się rów­nie sku­tecz­nymi kaj­da­nami na spo­łe­czeń­stwo — wes­tchnął król, spo­glą­da­jąc na po­mnik. Mach­nąw­szy ręką, do­dał: — Ale mniej­sza z tym, jak na ra­zie mu­simy roz­wią­zać pro­blem zwią­zany z tą całą ko­metą.

— Aste­ro­idą — po­pra­wił ar­cy­bi­skup.

— Tak, tak aste­ro­idą... My­ślisz, że ona na­prawdę może mieć zwią­zek z prze­po­wied­nią Świę­tego Jor­dana?

— Moż­liwe.

Mo­nar­cha, spoj­rzaw­szy na ar­cy­bi­skupa, uśmiech­nął się pod no­sem.

— Czyli Ko­ściół sam nie jest prze­ko­nany co do nad­przy­ro­dzo­nej siły tego zja­wi­ska?

Arcy­bi­skup ob­ró­cił w dłoni berło ni­czym wo­jow­nik szy­ku­jący się do po­je­dynku.

— My lu­dzie wiary sza­nu­jemy osią­gnię­cia na­ukowe oraz po­gląd na­szych uczo­nych braci. Wie­rzymy, że na­uka jest tak samo ważna w ży­ciu czło­wieka, jak wiara du­chowa. Na na­szych uni­wer­sy­te­tach du­chowni w po­cie czoła pra­cują, aby wy­ja­śniać zja­wi­ska na­tu­ralne oraz nad­na­tu­ralne. Dzięki czemu wspo­ma­gamy się na­wza­jem w two­rze­niu no­wych wy­na­laz­ków.

— To nie mo­że­cie w końcu prze­stać wy­ry­wać so­bie wło­sów w nie­po­trzeb­nych spo­rach teo­lo­giczno-na­uko­wych?

— Nie — od­po­wie­dział pew­nie ar­cy­bi­skup.

— Dla­czego? — za­py­tał król, prze­wra­ca­jąc oczami.

— Cho­dzi o to, co dziś po­wie­dzia­łeś, kiedy na­ka­za­łeś, aby w le­cze­niu sze­re­go­wego Par­kera uczest­ni­czył czło­nek na­szej wspól­noty.

Przy­po­mniaw­szy so­bie swe słowa, król od­pał bez­na­mięt­nie:

— Rów­no­waga…

— Do­kład­nie. Święte Księgi za­wie­rają ostrze­że­nia o zbyt po­chop­nej wie­rze w osią­gnię­cia na­ukowe. Za­da­niem Ko­ścioła jest wy­do­być ze wszech­świata wszystko to, co jest po­ży­teczne dla istot ro­zum­nych, a wszystko inne co może do­pro­wa­dzić do na­szego upadku, ma być nisz­czone i ukry­wane przed wścib­skim okiem na­ukow­ców.

— Wi­dząc obecny po­stęp, co­raz czę­ściej uświa­da­miam so­bie, że mo­że­cie mieć ra­cję.

— Wie­rzymy, że na­sza mi­sja jest słuszna pa­nie.

— Tak słuszna...

Ujrzaw­szy, że król ma już dość roz­mowy, arcy­bi­skup Sheen po­mógł mu po­wstać na równe nogi. I gdy mieli udać się w drogę po­wrotną, nie­spo­dzie­wa­nie król po­now­nie za­chwiał się na no­gach.

— Może we­zwać po­moc? — za­py­tał zmar­twiony ar­cy­bi­skup.

— Nie to mi­nie. Po­trze­buję… Po­trze­buję tylko chwili, aby opa­no­wać za­wroty.

Nie­mniej ko­ło­wro­tek przed oczyma króla nie mi­jał. Na do­miar złego sta­wał się jesz­cze bar­dziej do­kucz­liwy.

Wtem Jo­seph Mor­ris IV za­słabł, osu­wa­jąc się na za­sko­czo­nego ar­cy­bi­skupa. Ten trzy­ma­jąc bez­władne ciało króla, ro­zej­rzał się po placu. Wi­dząc w od­dali gwar­dzi­stów, wy­krzy­czał w ich kie­runku, aby na­tych­miast po­de­szli.

Kiedy ci po cza­sie przy­bie­gli na miej­sce, ar­cy­bi­skup Sheen spoj­rzał na jed­nego z nich, mó­wiąc po­śpiesz­nie:

— Pędź po kró­lew­skiego me­dyka pio­ru­nem!

Gwar­dzi­sta po­pę­dził co sił w no­gach w stronę pa­łacu, a ar­cy­bi­skup usil­nie sta­rał się ocu­cić mo­nar­chę, kle­piąc go na zmianę po po­licz­kach. Jed­nakże jego próby zdały się na nic.

Po paru mi­nu­tach na miej­scu zja­wił się me­dyk z czarną le­kar­ską torbą, z któ­rej wy­jął ste­to­skop, przy­stę­pu­jąc do na­słu­chi­wa­nia rytmu serca swego pana.

Skoń­czyw­szy na­słuch, rzekł:

— Żyje, ale jego serce sza­le­nie pę­dzi. Na­tych­miast za­bierz­cie go do jego kom­naty.

— Dok­to­rze czy to ozna­cza, że… — prze­rwał ar­cy­bi­skup, bo­jąc się py­tać da­lej.

— Nie wiem — od­parł bez­rad­nie me­dyk, wie­dząc, o co chciał go za­py­tać du­chowny. — Moja wie­dza nie po­zwala mi po­wie­dzieć z peł­nym praw­do­po­do­bień­stwem, co mu do­lega. Trzeba bę­dzie we­zwać pro­fe­sora Man­ner­he­ima.

— Zajmę się tym — od­po­wie­dział pew­nie ar­cy­bi­skup.

Kró­lew­ski me­dyk udał się za gwar­dzi­stami nio­są­cymi swego władcę do pa­łacu, na­to­miast ar­cy­bi­skup Sheen spoj­rzał na jed­nego z przy­by­łych wraz z me­dy­kiem gierm­ków, mó­wiąc:

— Po­ślij­cie po księ­cia.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij