Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Instruktor Jazdy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 lipca 2026
14,90
1490 pkt
punktów Virtualo

Instruktor Jazdy - ebook

Nocne ulice Gdańska tętnią własnym, ukrytym życiem. Dla Marty, młodej i ambitnej, nauka jazdy miała być tylko kolejnym krokiem w dorosłość. Nie spodziewała się, że jej instruktorem zostanie Igor – mężczyzna o spojrzeniu, które zdradzało więcej, niż chciałby powiedzieć. Jego męskość, połączona z tajemniczą aurą, przyciągała ją jak magnes. Igor, choć profesjonalny, ukrywa coś pod maską spokoju. Jego przeszłość to labirynt niebezpiecznych sekretów. Marta staje się dla niego nie tylko uczennicą, ale też kimś więcej. Nocne jazdy stają się tłem dla rodzącego się uczucia, które przekracza granice profesjonalizmu. Czy uczucie rodzące się w cieniu nocy ma szansę na przetrwanie?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 2,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

CHAPTER 1

Cisza, jaka panowała w luksusowo urządzonym salonie na przedmieściach, miała w sobie coś z gęstości zastygającej żywicy. Marta stała przy panoramicznym oknie, opierając czoło o chłodną, potrójną szybę, przez którą ogród wyglądał jak idealnie skomponowana makieta. Trawnik przycięty co do milimetra, rzędy ciemnozielonych tui odgradzające ich od reszty świata, a na podjeździe z kostki granitowej – lśniący, grafitowy SUV Roberta. Wszystko w tym życiu było na swoim miejscu. Wszystko było bezpieczne, przewidywalne i porażająco ciche.

Z parteru dobiegał stłumiony, melodyjny śmiech jej męża. Robert bawił się z ich sześcioletnim synem, budując skomplikowaną trakcję kolejową. Marta przymknęła oczy, wsłuchując się w ten dźwięk, który powinien być synonimem absolutnego szczęścia. Robert był mężczyzną idealnym – czułym, odpowiedzialnym, odnoszącym sukcesy zawodowe, a przede wszystkim bezgranicznie w niej zakorzenionym. Pamiętał o każdej rocznicy, przynosił jej ulubione frezje bez okazji, a kiedy zauważył, że od dłuższego czasu Marta wydaje się nieobecna i zamknięta w sobie, natychmiast uznał, że potrzebuje nowej przestrzeni, własnego bodźca do rozwoju.

To był jego pomysł. Prezent na trzydzieste drugie urodziny, zapakowany w elegancką, przewiązaną satynową wstążką kopertę – opłacony odgórnie, elitarny kurs prawa jazdy w jednej z najlepiej ocenianych szkół w mieście. „Chcę, żebyś była niezależna, kochanie” – powiedział wtedy, całując ją w czubek głowy z tą swoją niezmienną, ciepłą troską. „Żebyś mogła w każdej chwili zabrać małego, wsiąść w auto i jechać, dokąd tylko zechcesz. Bez czekania na mnie”.

Marta otworzyła oczy. Na blacie kuchennej wyspy leżał jej telefon. Ekran rozbłysnął, sygnalizując nadejście wiadomości SMS od nieznanego numeru: _„Dzień dobry. Z tej strony Igor, pani instruktor prowadzący. Czekam na parkingu przed głównym wejściem do parku o godzinie 16:00. Samochód to srebrny Ford Focus, numery WI 7732X. Do zobaczenia”_.

Spojrzała na zegarek. Była piętnasta trzydzieści. W jej piersi, gdzieś tuż pod żebrami, pojawiło się dziwne, niemal zapomniane drżenie – drobny, elektryczny impuls, który nie miał nic wspólnego ze spokojem jej codzienności.

Gdy piętnaście minut później schodziła po schodach, Robert podniósł wzrok znad plastikowych torów. Jego jasne oczy lśniły czystą, niezachwianą sympatią. – Idziesz już, kochanie? – zapytał, wstając i otrzepując kolana. Podszedł do niej, pachnący dobrą kawą i domem, po czym ujął jej twarz w ciepłe, gładkie dłonie. – Nie denerwuj się. To tylko pierwsza lekcja. Na pewno trafisz na jakiegoś spokojnego, starszego pana, który wszystko wytłumaczy Ci krok po kroku. Pokaż im, na co Cię stać.

Marta zmusiła się do uśmiechu, choć w głębi duszy poczuła palący wstyd. Robert całował ją miękko, bez pośpiechu, z tą samą przewidywalną czułością, którą znała od dziesięciu lat. Jego usta były znajome jak własne odbicie w lustrze. Kochała go. Była tego pewna. A jednak, gdy zamykała za sobą ciężkie, dębowe drzwi wejściowe, poczuła dziwną, niemal fizyczną ulgę, jakby na chwilę zrzuciła z ramion niewidzialny, zbyt ciasny pancerz.

Popołudniowe słońce grzało zza chmur, sprawiając, że powietrze w mieście było lepkie i ciężkie. Marta szła wzdłuż ogrodzenia parku, mocniej zaciskając palce na pasku skórzanej torebki. Srebrny Ford stał dokładnie tam, gdzie wskazywał SMS – zaparkowany nieco na uboczu, pod rozłożystym cieniem starego dębu. Szyby pojazdu były lekko przyciemnione, przez co wnętrze wydawało się nieprzeniknione.

Zrobiła kilka kroków, a jej serce przyspieszyło rytm. Gdy podeszła do drzwi od strony pasażera, szyba nagle zjechała w dół z cichym, mechanicznym świstem.

W ciemnym wnętrzu samochodu siedział mężczyzna. Nie był starszym panem, o którym mówił Robert. Mógł mieć trzydzieści siedem, może trzydzieści osiem lat. Miał szerokie ramiona opięte prostym, czarnym t-shirtem, z którego wyłaniały się silne, pokryte ciemnym zarostem przedramiona. Jego twarz była ostra, o wyraźnie zarysowanej linii żuchwy, pokryta kilkudniowym, twardym zarostem. Jednak to, co uderzyło Martę najmocniej, to jego oczy – ciemne, niemal czarne, o przeszywającym, niezwykle uważnym spojrzeniu, które natychmiast, bez żadnej żenady, przesunęło się po jej sylwetce, od stóp aż po linię dekoltu.

– Marta? – zapytał. Jego głos był niski, lekko chropowaty, jakby nienawykły do zbędnych uprzejmości. Nie użył zwrotu „pani”, co natychmiast skróciło dystans i sprawiło, że poczuła się nieswojo. – Tak, dzień dobry. Igor? – odpowiedziała, starając się, by jej głos brzmiał stabilnie. – Wsiadaj – rzucił krótko, skinieniem głowy wskazując na fotel obok siebie. – Szkoda czasu na stanie w słońcu.

Marta pociągnęła za klamkę i usiadła na fotelu pasażera. Wnętrze auta pachniało intensywnie – mieszanką mocnego, męskiego perfumu z nutą skóry, tytoniu i rozgrzanego plastiku. To był zapach skrajnie różny od cytrusowych, sterylnych odświeżaczy w samochodzie Roberta. Ten zapach uderzył w jej zmysły z siłą fizycznego bodźca, sprawiając, że poczuła, jak krew szybciej krąży w jej żyłach.

– Na początek formalności – powiedział Igor, nie odwracając głowy. Sięgnął na tylne siedzenie po podkładkę z dokumentami. Podczas tego ruchu jego ramię otarło się o jej ramię. Choć kontakt trwał zaledwie ułamek sekundy, Marta poczuła, jak na jej skórze pojawia się gęsia skórka. Był boleśnie fizyczny, duży i emanował surową, męską siłą, która zdominowała całą ciasną przestrzeń kabiny.

Podał jej długopis. Gdy go odbierała, ich palce zetknęły się. Igor nie cofnął ręki od razu. Przez dłuższą chwilę patrzył prosto w jej oczy, a w tym spojrzeniu nie było profesjonalnego dystansu instruktora. Było tam coś drapieżnego, badawczego, co sprawiło, że Marta zapomniała, jak się oddycha.

– Podpisz tutaj, tutaj i tutaj – wskazał palcem miejsca na karcie zajęć. Jego paznokcie były krótko przycięte, dłonie duże, z widocznymi żyłami, noszące ślady ciężkiej pracy. – Jeździłaś już kiedyś? – Nie – przyznała cicho, podpisując dokumenty drżącą lekko dłonią. – Nigdy. Mąż zawsze mnie wozi. Albo wybieram taksówki. Igor wydał z siebie cichy, gardłowy dźwięk, który mógł być parsknięciem albo niemym komentarzem. – Mąż – powtórzył wolno, a w jego głosie pobrzmiewała nuta trudnej do zdefiniowania ironii. – Dobrze. Dzisiaj nie wyjedziemy na miasto. Muszę zobaczyć, jak reagujesz na mechanikę auta. Przesiadamy się. Ty za kółko, ja na fotel pasażera.

Marta poczuła, jak ogarnia ją nagła panika. – Już teraz? Myślałam, że najpierw teoria, jakieś omówienie… – Teorii uczyłaś się do egzaminu wewnętrznego – uciął bezwzględnie, otwierając swoje drzwi. – Prawdziwa nauka dzieje się tutaj. Ruchy, Marta.

Wysiadł, a Marta przez moment siedziała nieruchomo, walcząc z chaosem we własnej głowie. Dlaczego ten człowiek działał na nią w tak destrukcyjny sposób? Powinna czuć irytację jego szorstkością, a tymczasem czuła, jak każda komórka jej ciała napina się w oczekiwaniu na jego kolejny ruch. Wysiadła z auta i obeszła maskę. Igor stał przy drzwiach kierowcy, opierając się o dach. Był wysoki, dobrze zbudowany, a jego bliskość sprawiała, że Marta czuła się przy nim filigranowa i całkowicie bezbronna.

Gdy wsiadła na miejsce kierowcy, poczuła się jeszcze bardziej zagubiona. Wszystko było tu inne – pozycja, widoczność, układ pedałów. Igor wsiadł obok, zatrzaskując drzwi z głośnym hukiem, który odciął ich od świata zewnętrznego. W kabinie zapanowała duszna, intymna atmosfera.

– Pierwsza zasada – zaczął Igor, obracając się w stronę Marty tak, że jego prawe ramię spoczęło na oparciu jej fotela. Był tak blisko, że czuła ciepło bijące od jego ciała i widziała drobne, złote drobinki w jego ciemnych tęczówkach. – Fotel. Musisz siedzieć tak, żebyś kontrolowała auto, a nie auto ciebie. Dłoń na kierownicę. Druga na dźwignię zmiany biegów.

Marta posłusznie położyła lewą rękę na wieńcu kierownicy, a prawą na skórzanej gałce biegów. Jej dłoń była zimna, palce zaciśnięte tak mocno, że aż zbielały jej kłykcie.

– Rozluźnij się – nakazał Igor. Jego głos stracił odrobinę swojej wcześniejszej szorstkości, stając się niższy, bardziej zmysłowy. – Jesteś spięta jak struna. Jeśli będziesz tak trzymać kierownicę, po dziesięciu minutach odmówią ci posłuszeństwa przedramiona.

Zanim Marta zdążyła zareagować, Igor uniósł swoją dużą, ciepłą dłoń i położył ją bezpośrednio na jej prawym przedramieniu. Jego palce, szorstkie i silne, zacisnęły się delikatnie na jej skórze, przesuwając się powoli w górę, aż do łokcia. To nie był profesjonalny dotyk nauczyciela. Ruch był powolny, celowy, badający napięcie jej mięśni, a jednocześnie paraliżująco intymny. Marta wstrzymała oddech. Miejsce, którego dotykał, zaczęło palić żywym ogniem.

– Widzisz? – szepnął, pochylając się ku niej jeszcze bardziej. Jego oddech, pachnący miętą, musnął jej policzek. – Cały czas walczysz. Puść to napięcie.

Przeniósł dłoń na jej dłoń, która wciąż spoczywała na dźwigni zmiany biegów. Przykrył jej drobne palce swoimi, zamykając je w szczelnym, gorącym uścisku. Marta poczuła, jak w brzuchu zawiązuje jej się ciasny supeł pożądania. To było szaleństwo. Znała tego człowieka od piętnastu minut, w domu czekał na nią kochający mąż, a ona drżała pod wpływem dotyku obcego faceta w tanim samochodzie nauki jazdy.

– Wciśnij sprzęgło – wydał polecenie, a jego dłoń wciąż mocno dociskała jej rękę do gałki biegów. Marta posłusznie wcisnęła lewy pedał. Jej noga lekko drżała. – Teraz wrzuć jedynkę. Do siebie i w przód. Ruch ma być pewny. Nie bój się tego auta. Ty tu rządzisz.

Pod wpływem nacisku jego dłoni, wspólnie przesunęli dźwignię. Marta czuła każdy ruch jego mięśni, strukturę jego skóry, siłę, z jaką kontrolował jej dłoń. To była czysta, pierwotna dominacja, która zamiast ją przerażać, budziła w niej coś, co uważała za dawno umarłe – dziką, nieokiełznaną ciekawość.

– Dobrze – mruknął Igor, ale nie zabrał ręki. Jego palce zaczęły powoli, niemal leniwie gładzić wierzch jej dłoni, kciukiem zataczając małe kręgi na jej nadgarstku, dokładnie tam, gdzie pulsowało jej przyspieszone tętno. – Masz bardzo delikatne dłonie, Marta. Mąż chyba o ciebie dba, co? Nie dajesz im się przemęczać.

W tym pytaniu była prowokacja, bezczelne badanie granic. Marta odwróciła głowę, patrząc mu prosto w oczy. Ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. Widziała drobne zmarszczki wokół jego oczu, twardość jego ust.

– Mój mąż jest dobrym człowiekiem – powiedziała, a jej głos, choć cichy, brzmiał jak wyznanie winy. Igor uśmiechnął się lekko, drapieżnie. W tym uśmiechu nie było współczucia. Była tam absolutna pewność siebie. – Nie wątpię – szepnął, a jego wzrok zszedł na jej usta, zatrzymując się na nich na dłuższą, pełną napięcia sekundę. – Dobrzy ludzie są bardzo potrzebni. Ale dobrzy ludzie bywają też potwornie nudni.

Marta poczuła, jak te słowa trafiają prosto w cel. To było dokładnie to, czego nie potrafiła nazwać – bezpieczna, złota klatka nudy, którą Robert wybudował wokół niej z najlepszych intencji.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij