Iris - ebook
Pierwszy tom porywającej serii o rodzinnych tajemnicach, nieoczekiwanej miłości i wielkiej odwadze. Idealna lektura dla wielbicielek Lucindy Riley i Sorayi Lane.
Rok 1931. Podczas budowy domu Charles Blackmore powala pionowe głazy zwane Siostrami Skary, a na jego rodzinę spada pradawna klątwa: mężczyzna traci majątek, umiera jego żona, a córki są zmuszone opuścić dom. Zabierają ze sobą jedynie pierścionki odziedziczone po ukochanej matce. Jako pierwsza wyjeżdża Iris – podróżuje do Cejlonu w poszukiwaniu wuja, który ma pomóc ocalić rodzinę…
Obecnie. Roz ucieka z Australii do Londynu, zabierając ze sobą niewiele poza starym pierścionkiem matki. Samotna i pogrążona w żałobie trafia do małego antykwariatu, w którym widzi obraz przedstawiający cztery skały na klifie. Jakaś tajemna siła każe Roz zgłębić jego historię. Dziewczyna poznaje losy Iris i przekonuje się, że nie da się uciec od przeszłości…
Cztery zagubione siostry. Cztery magiczne pierścienie. Cztery skały, które wskazują drogę do utraconego domu. Pełna emocji podróż z krainy szkockich klifów, przez plantacje cejlońskiej herbaty, po australijskie prerie i klimatyczne zakamarki Londynu.
Urzekająca saga rozgrywająca się w dwóch planach czasowych. Wzrusza do głębi!
SORAYA LANE
Cztery zaginione siostry, porzucony dom na skalistym wybrzeżu Szkocji i klątwa sprzed setek lat. Nastrojowa, porywająca lektura!
KRISTIN HARMEL
Nieprzewidywalna, nieodkładalna. Zachwyciła mnie bez reszty!
SANTA MONTEFIORE
| Kategoria: | Esej |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-271-7001-9 |
| Rozmiar pliku: | 4,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Skara, ok. 2800 p.n.e.
_Wróciłem w samą porę_, pomyślał, taszcząc łódź na plażę. W słoneczne dni piasek oślepiał bielą na tle błękitnego morza, ale tego dnia woda była wzburzona, ciemna i niespokojna, fale chłostały ostrzegawczo brzeg. Za wzgórzami kłębiły się czarne chmury, a pomruk burzy zapowiedział pierwsze kłujące krople deszczu. Miał szczęście, że nawałnica nie złapała go na otwartym morzu.
Później pamiętał, że tak sobie właśnie pomyślał: że miał szczęście.
Musiał szybko zabezpieczyć łódź na wydmach, zanim wiatr przybierze na sile. Kil przeszorował z mozołem o piach, kiedy mężczyzna dźwignął go w górę, ciężko dysząc z wysiłku. Jego dwie najmłodsze córki zwykle przybiegały mu pomóc. Trajkotały, żartowały i przekomarzały się przy tym wesoło. Słowa wypływały z ich ust nieprzerwanym potokiem. Zwinne dłonie odplątywały sieci lub patroszyły ryby wprawnymi pociągnięciami krzemienia. Albo pomagały mu wyciągać łódź na brzeg. Kiedy dotarł do wydm, z nieba lały się już strugi deszczu, a on w dalszym ciągu się nie zorientował.
Tłumaczył sobie, że młodsze córki schroniły się wraz z siostrami. Najstarsza była rozsądna, nawet jeśli tamte niespecjalnie. Zauważyłaby, że nadchodzi burza, i kazałaby im zostać w chacie. Jego druga córka, porywcza i wybuchowa, też by tam była. Oczyma wyobraźni widział, jak przejmuje od niego ryby i sadza go przy palenisku. Patrzyłby, jak krzątają się w ten typowy dla kobiet celowy sposób, słuchałby śpiewnej intonacji ich głosów i wybuchów śmiechu, które ogrzewały równie mocno jak płonący torf.
Inni mężczyźni współczuli mu, że nie ma synów, ale on się tym nie przejmował. Na co mu synowie, skoro miał córki, wszystkie silne i długonogie? Był dumny z tego, że chodziły wyprostowane i bez strachu patrzyły nieznajomym w oczy. Każda z nich była na swój sposób inna, ale wszystkie cztery – skore do śmiechu. Biegały z rozwianymi włosami po piasku, ich głosy niosły się wśród traw na wydmach i tańczyły nad wrzosowiskiem. Jako małe dziewczynki chichotały, kiedy je łaskotał, a teraz nadal go kochały: zarzucały mu ręce na szyję i przyciskały twarze do jego policzka.
W końcu udało mu się zabezpieczyć łódź, a kiedy zaczął wyciągać ryby, kątem oka zauważył but.
Miękka skóra zasznurowana rzemieniem, z której wysypywała się sucha trawa. Jego córki wypychały nią buty, żeby było im ciepło w stopy. But leżał na piasku, a po obu jego stronach widniały ślady wyżłobione przez wleczone ciało.
W jego żołądku uformowała się bryłka lodu. W jednej chwili zrozumiał, że wcale nie wrócił w samą porę. Wrócił o wiele za późno.
– Nie! – Mimo wszystko zaczął biec.
Wypuścił z rąk ryby i potykając się, gnał przez wydmy i nastroszone kępy nadmorskiej trawy. Imiona, którymi nawoływał córki, porywał wiatr i rzucał je wzgardliwie w morze, bez odpowiedzi.
Gdy dotarł do chaty, deszcz zacinał już bez litości, przyklejając mu włosy do głowy i zacierając ślady walki. Okręcał się bezradnie pośród burzy, nawołując córki, jego ukochane córki z ich radosnym śmiechem i wesołą paplaniną. Wiatr wył obojętnie, niebo rozdzierały błyskawice, a huk grzmotu akompaniował jego rozpaczy.
Chata była pusta. Torf nadal dymił ponuro. Na klepisku leżało potłuczone naczynie. Przewrócony dzban, z którego wysypywało się ziarno.
– Nie, nie, nie... – Cierpienie i szok tak splątały mu język, że nie zdołał wykrztusić nic więcej. – Nie, nie, nie...
Mówił im, że tu będą bezpieczni. Obiecywał, że w końcu znaleźli dom. To było ich miejsce, którego nigdy nie będą musieli opuścić.
Dlaczego, dlaczego nie zawrócił wcześniej do chaty? Czy wołały go, kiedy je zabierali? Jak mógł kontynuować połów, kiedy walił mu się cały świat? Powinien był wiedzieć.
Nie bacząc na strugi deszczu i wściekłe włócznie błyskawic, wytoczył się znów na zewnątrz. Pogroził niebu pięścią i przeklął bogów, którzy pozwolili porwać jego córki. Nękany bólem i wściekłością, padł na kolana w błoto. Gdzie teraz były jego dziewczęta? Czy kuliły się na dnie łodzi, czy może zostały zabrane lądem? Wszystko w nim krzyczało na myśl o tym, co może się z nimi dziać. Musiał je odnaleźć! Próbował pocieszać się tym, że były silne. Jeśli tylko natrafi się taka sposobność, znajdą drogę do domu, o ile on nie zdoła odnaleźć ich pierwszy.
Następnego dnia rano wieśniacy przyczłapali wstydliwie na wzgórze.
Nadmorska mgła szybko zasnuła okolicę, tak jak to czasem bywało, i sprowadziła pod swoją osłoną wilki morskie. Dopiero kiedy się rozwiała, ludzie zobaczyli łodzie prujące przez fale ku głębokiemu morzu. Słyszeli dzikie okrzyki, widzieli jego córki związane razem, ale nic nie zrobili. Nic nie mogli zrobić, zarzekali się.
– Nigdy ich nie odnajdziesz – powiedzieli. – A one nigdy nie odnajdą drogi do domu. Straciłeś je.
Nie chciał ich słuchać. Poprzysiągł sobie, że nie spocznie, póki ich nie uratuje. Obiecał im dom i muszą go mieć, bez względu na to, czy on sam nadal tu będzie.
Nim odszedł, postawił cztery wielkie głazy, po jednym dla każdej z córek. Miały zawsze tam tkwić i wskazywać jego dzieciom drogę na cypel. Wieśniacy, bojąc się obłędu wywołanego cierpieniem, pomogli mu dźwignąć w górę kamienie, wysokie i smukłe jak jego córki, upstrzone jasnymi drobinkami, które połyskiwały w słońcu. Jeden, drugi, trzeci, czwarty, ustawili je na cyplu z widokiem na morze oraz wyspy i góry w oddali.
Wyobrażał sobie swoje córki na łodzi, przeczesujące wzrokiem brzeg w poszukiwaniu punktów orientacyjnych, wyobrażał sobie, że z okrzykiem pokazują sobie głazy.
– Patrzcie! – wołały. – Tam jest nasz dom. Nareszcie.
Kiedy głazy już stały, rzucił klątwę na każdego, kto spróbowałby zwalić je na ziemię. Rodzina śmiałka zostanie rozbita tak, jak stało się to z jego własną, dzieci rozpierzchną się po siedmiu morzach i nie zaznają spokoju, dopóki wszystkie jego córki nie powrócą do domu.
Rozkazał wieśniakom dbać o głazy pod swoją nieobecność, a oni się zgodzili, bo widzieli głębię jego rozpaczy i bali się gniewu bogów. Klątwa spadnie na każdego, kto pozwoli zmienić to miejsce, ostrzegł, zataczając ręką łuk, który objął ich wszystkich.
A potem zabrał znaleziony na piasku but i wyruszył na poszukiwanie córek, pozostawiając za sobą cztery wielkie głazy, które miały im wskazać drogę do domu.ROZDZIAŁ 1
IRIS
Skara, kwiecień 1931
Kiedy było już po wszystkim, a pani Grierson zmywała filiżanki i spodeczki, trzaskaniem dając upust przygnębieniu, one poszły do głazów.
Niegdyś cztery głazy, Cztery Siostry, stały dumnie wyprostowane na cyplu, ale za czasów Iris leżały już na ziemi, ułożone w coś w rodzaju półkola skierowanego ku morzu. To było ulubione miejsce sióstr Blackmore, miejsce, do którego przychodziły, aby marzyć i snuć plany, aby zwierzać się sobie z sekretów i się dąsać, aby śmiać się i wściekać.
Czasami Iris siadywała tam sama ze swoim szkicownikiem. Rysowała pejzaż złożony z kolczastej trawy, falistych linii białego piasku i morza sięgającego wysp widniejących w oddali, scenerię niezmienioną od wieków. Często rozmyślała o czterech siostrach z legendy i wyobrażała sobie, jak spoglądały na te same wzgórza, na to samo morze. Czy kochały to miejsce równie gorąco jak ona?
Rubha Clachan, kamienny cypel przyklejony do samego krańca Skary, półwyspu połączonego wąskim pasmem lądu z zachodnim wybrzeżem Szkocji. Na zachodzie widniały odległe niebieskie wzgórza wyspy Harris i Lewis, a w pogodny dzień – również North Uist. Na północy na stałym lądzie wznosiły się góry, wcinając się w morze, od południa zaś w Skarę celował północny palec Skye.
W inne dni Iris rysowała samą zatokę wraz z Zamkiem Dundonan stojącym nieustraszenie na sąsiednim cyplu. Jego stare wieże i baszty kontrastowały z nowoczesnym domem, który Charles Blackmore postawił na Rubha Clachan.
W tej chwili jednak nie patrzyła na Dundonan.
Zamiast tego wbijała wzrok we wzgórza po drugiej stronie wody. Uwielbiała, gdy wszystko wyglądało jak teraz: gdy morze wzburzone rześkim wiatrem zamieniało się w roztańczoną, połyskującą połać turkusu, a góry wydawały się tak bliskie i wyraźne, że wystarczyło niemal wyciągnąć rękę, by ich dotknąć.
Uwielbiała też, kiedy woda była spokojna, blada i mleczna w nieruchomym świetle, pomarszczona tu i ówdzie dotknięciem morskiej bryzy niczym kocią łapą, kiedy wzgórza falowały w oddali delikatnymi, subtelnymi odcieniami błękitu. Albo kiedy popołudniowe słońce zalewało pagórki złotem i purpurą. A nawet wtedy, gdy woda robiła się szara i ponura, a deszcz chłostał zatokę tak, jakby ktoś zaciągnął nad nią zasłony, a spowite chmurami góry wyłaniały się na krótki moment z mgły niczym widmo, by po chwili znów zniknąć z widoku.
Rysowała ten pejzaż we wszystkich jego odsłonach i kochała każdą z nich. To był Rubha Clachan, to był dom.
A ona musiała wyjechać.
Ta myśl przygniatała ją niczym głaz położony na piersi.
Nie chciała jechać.
Nie miała jednak wyjścia.
Zwykle siostry siadywały na tym z kamieni, który każda uważała za swój, ale dziś zebrały się blisko siebie, by dodać sobie otuchy. Daisy oparła się o Iris, Rose objęła ramieniem Lily, dwie starsze wzięły między siebie te młodsze. Dwunastoletnia Daisy szybko dorastała, ale w myślach Iris pozostała maleńkim dzieckiem. Lily, teraz piętnastoletnia, zawsze była szybka i bystra. Iris pamiętała, jak w wieku trzech lat pokazywała im na plaży najprostszy sposób budowania zamku z piasku dla wróżek.
I była też Rose. Iris nie pamiętała czasu bez siostry. Dzieliło je ledwie piętnaście miesięcy i mogłyby być bliźniaczkami, gdyby aż tak bardzo nie różniły się charakterem. Iris miała teraz dwadzieścia lat, Rose dziewiętnaście. Iris uważała, że to tamta powinna być najstarsza. Była inteligentna i odważna, zawsze skora do przygody, do podejmowania ryzyka, podczas gdy Iris była łagodna jak ich matka i znacznie ostrożniejsza.
Teraz Rose poderwała się na nogi, bo jak zwykle nie była w stanie usiedzieć w miejscu.
– Musi być inne rozwiązanie – orzekła, chodząc tam i z powrotem przed głazami.
– Nie ma. – Iris przekręciła pierścionek na palcu, myśląc o obietnicy złożonej matce.
„Znajdę go. Dopilnuję, żebyśmy byli razem. Poradzimy sobie”.
– Ale... Cejlon? To potwornie daleko! – odezwała się Lily. – Znienawidzisz to miejsce.
Iris była pewna, że tak się stanie. Aż się wzdrygnęła na myśl o Cejlonie. Dla Rose ten pomysł był ekscytujący, jednak w Iris przywoływał wizje obcości i węży, gorąca i splątanej roślinności w dżungli, podczas gdy ona pragnęła jedynie zostać tutaj, na Skarze, blisko morza, nieba i łagodnego szkockiego światła. Pomyślała, że jest zespolona z tym miejscem. Głaz, na którym siedziała, zgodził się z nią cichym pomrukiem. To było jej miejsce na ziemi.
Pierścionek, który nosiła, uwierał w sposób, którego nie umiała wyjaśnić. Złożyła matce obietnicę, że nigdy go nie zdejmie, ale budził w niej dziwny niepokój. Ciężarem na palcu, zimnym błękitnym błyskiem.
Każda z nich miała pierścionek z oczkiem z jednego z czterech przepięknych niebieskich kamieni, wyjątkowych, idealnie dobranych. Rozmigotany opal, połyskujący kamień księżycowy, tajemniczy piaskowiec i skrzący się szafir. Ojciec kazał z nich zrobić naszyjnik poprzeplatany lśniącymi diamentami, który podarował ich matce, kiedy przenieśli się na Rubha Clachan. Iris miała wtedy osiem lat, Daisy była jeszcze niemowlęciem.
– Po jednym kamieniu w podzięce za każdą z moich pięknych córek, najdroższa – oznajmił tubalnym głosem Charles, zapinając naszyjnik na szyi Amelii, i być może naprawdę tak było, ale nawet wtedy Iris podejrzewała, że prezent był w równej mierze celebracją co gestem pojednawczym.
Pamiętała, z jaką dumą ojciec oprowadzał je po domu, który wybudował dla ukochanej żony.
– Wszystkie najnowsze udogodnienia! – zachwalał.
Była tam elektryczność. Był telefon w holu. Były lodówka i gramofon. Były łazienki przylegające do każdej sypialni. Były przestronne pokoje i kręte schody zakończone szerokim podestem.
Kiedy jednak Charles otworzył na oścież drzwi do salonu wyposażonego w wielkie, półokrągłe okna, z których rozciągał się widok na morze, Amelia zamarła. Rose i Lily wbiegły do środka, lecz idąca z niemowlęciem na ręku Iris zdążyła usłyszeć, jak matka wciąga ostro powietrze.
– Gdzie Cztery Siostry? – zapytała dziwnym, ściśniętym głosem.
– Te kamienie? Zasłaniały widok, więc kazałem je powalić i położyć na płasko. Ale nie martw się – dodał pospiesznie Charles, unosząc dłonie na widok miny żony. – Dalej tam są. Będzie na czym usiąść w pogodny wieczór.
– Och, Charles, co ty najlepszego zrobiłeś? – odparła słabym głosem Amelia.
– Chyba nie myślisz o tej absurdalnej klątwie? – Cmoknął sfrustrowany. – Moja droga, mamy rok tysiąc dziewięćset dziewiętnasty! Dwudziesty wiek! Trzeba otwierać się na przyszłość, a nie kurczowo trzymać przeszłości i wierzyć w jakieś czary-mary i inne przesądne bzdury. Przecież nie rozwaliłem tych kamieni. Wciąż tu są, ale nie mogą hamować postępu.
Właśnie w tym momencie wyciągnął naszyjnik.
– To dla ciebie, moja droga. Na znak rozpoczęcia nowego życia tutaj. Podoba ci się? – zapytał z przejęciem, gdy Amelia otworzyła płaskie puzderko.
– Jest piękny – odparła posłusznie.
Iris nie zrozumiała zdjętej grozą miny matki, a przynajmniej nie wtedy. W jej oczach dom na Rubha Clachan był w końcu ich bezpieczną przystanią, szczęśliwym miejscem, przestrzenią i światłem. Poza tym było w nim w bród służby, która przewracała z zachwytem oczami na widok nowoczesnych udogodnień wprowadzonych przez Charlesa Blackmore’a. Każda z sióstr miała swojego kucyka, suknie balowe, a później – nowe kapelusze. Każdy pokój zdobiły kwiaty. W salonie stało białe pianino, przy gramofonie odbywały się tańce, lał się szampan, dźwięczał śmiech, a w mroźne zimowe wieczory w kominku trzaskał ogień.
Teraz na ścianach widniały ślady w miejscach, w których wcześniej wisiały cenne obrazy. Ogród był zaniedbany, srebra – niewypolerowane. Tylko Griersonowie nadal u nich pracowali, z miłości do Amelii. Nie było nawet pokojówki do pomocy. Ukochane Bugatti Charlesa rdzewiało w garażu.
Amelia zdjęła kamienie z naszyjnika i kazała zrobić z nich cztery pierścionki dla każdej z córek, na pamiątkę po niej.
A może po to, żeby Charles nie mógł sprzedać naszyjnika albo go przepuścić. Do samego końca lojalna, nie powiedziała nic w tym duchu, ale Iris pomyślała, że być może tak właśnie było.
Najmłodsza Daisy otrzymała szafir, natomiast Lily – kamień księżycowy. Piaskowiec przypadł Rose, a Iris – opal połyskujący niebieską głębią, osadzony na prostej złotej obrączce.
Iris okręciła teraz pierścionek na palcu i przypomniała sobie smutek w uśmiechu matki oraz to dziwne poruszenie, gdy Amelia położyła pierścionek na jej dłoni i ją zamknęła.
– Dla ciebie, najdroższa Iris.
Dziewczyna rozchyliła dłoń i natychmiast rozpoznała kamień.
– Ale mamusiu, twój piękny naszyjnik...!
– Naszyjnik do niczego mi się już nie przyda, Iris, a chciałam, żeby każda z was coś po mnie miała. Każda z twoich sióstr dostanie swój pierścionek, a ten jest dla ciebie. – Amelia uśmiechnęła się z bólem. – Opal zawsze kojarzył mi się z tobą, na pierwszy rzut oka czysty i prosty, ale jeśli mu się bliżej przyjrzeć, znacznie bardziej kolorowy i interesujący. Noś go i zabierz ze sobą moją miłość, gdziekolwiek wiatr cię poniesie.
– Nigdzie nie wyjadę. – Słowa utknęły jej w gardle. Oparła się czołem o łóżko matki, żeby ta nie dostrzegła łez. – Nie zostawię cię.
– Moja najdroższa córeczko, musisz. Ja umieram. – Amelia pogładziła Iris po włosach. – Wolałabym cię o to nie prosić, ale musisz odnaleźć Ralpha i zatroszczyć się o siostry. Wiem, że nie chcesz wyjeżdżać, lecz obawiam się, że twój ojciec... – Jej głos przycichł i zgasł.
Zdławiona cierpieniem Iris uniosła głowę. Nie będzie zmuszała mamy do wypowiedzenia tych słów.
– Nie martw się o tatę. Znajdę wuja Ralpha – zapewniła. Wsunęła pierścionek na palec. Poczuła ostrzegawcze mrowienie, ale je zignorowała. Jakimś cudem zdobyła się na blady uśmiech. – Zawsze będę go nosiła i myślała o tobie, mamusiu. Zawsze.
A teraz jej łagodnej matki już z nimi nie było. Tego ranka złożyły ją do grobu na ponurym zboczu – dokonała się ostatnia i najdotkliwsza ze strat, których doświadczyły w ciągu minionych dwóch lat.
Krach na giełdzie był tylko początkiem. Zbyt późno złożony wniosek patentowy i konkurencyjna firma, która sprzątnęła sukces prosto sprzed nosa Charlesa. Bankructwo i rozprawa sądowa.
– Niefart – skwitował Charles, kiedy strumyczek nieszczęść przybrał rozmiary powodzi.
– Cholerny pech – orzekł, kiedy przegrał w karty resztki majątku, a potem zapożyczył się, żeby przegrać jeszcze więcej.
– Przeklęte szczęście – powiedział, opróżniając zawartość butelki whisky, kiedy nie zdołał opłacić lekarza dla umierającej żony.
Być może miał pecha, lecz Iris pamiętała, że podsłuchała raz rozmowę starej Nessy z panią Grierson. Głos trząsł się jej z wściekłości.
„Powalił głazy. Zapłaci za to”.
Daisy odezwała się, jakby wiedziała, o czym myśli Iris:
– To wszystko wina taty! Gdyby nie powalił tych głazów, nie zacząłby pić. Mama by żyła, a ty i Ian... – Urwała, bo Iris się wzdrygnęła. – Nie musiałabyś jechać na Cejlon ani w ogóle nigdzie wyjeżdżać – dokończyła.
– Daisy, przecież wiesz, że to zwykłe zabobony – wydusiła z siebie Iris.
– Czyżby? – Daisy wysunęła brodę. Oczy jej błyszczały i Iris wiedziała, że siostra z trudem hamuje płacz. – Zabawne, że wszystko dzieje się dokładnie tak, jak zapowiadała legenda.
– Zawsze uważałam, że to by było niesprawiedliwe, gdyby klątwa dosięgła nas – wtrąciła się Lily. – Dlaczego to my mamy cierpieć za coś, co zrobił papa, nie pytając nas o zdanie?
Iris nabrała powietrza, aby ochłonąć. Wszystkie były zdenerwowane.
– Nawet gdybyśmy wierzyły w tę klątwę, a przecież nie wierzymy, to głosi ona, że cała rodzina zostanie rozrzucona po świecie – oznajmiła. – A wyjeżdżam tylko ja. Wy pozostaniecie na miejscu do czasu mojego powrotu, więc rodzina nie zostanie rozbita. – Spróbowała uśmiechnąć się pokrzepiająco.
Daisy chwyciła ją za rękę.
– Nie chcę, żebyś jechała – powiedziała drżącym głosem. – Nie chcę tu zostać bez mamusi i bez ciebie.
– Wiem, kochanie – odparła Iris. – Ja też nie chcę wyjeżdżać, ale muszę odnaleźć wuja Ralpha. Obiecałam mamie, że to zrobię. Potem wrócę prosto do domu.
– A nie możemy pojechać wszystkie razem? – zapytała Lily. Wyciągnęła rękę, a kamień księżycowy w jej pierścionku zalśnił na niebiesko. – Mama powiedziała mi, że dała nam te pierścionki, żebyśmy zawsze były razem, jak kiedyś te kamienie w naszyjniku. Jeśli pojedziesz sama... Nie podoba mi się to.
– Bardzo bym chciała, żebyśmy mogły pojechać razem, ale nas na to nie stać. Mam szczęście, że lady Carsington chce mieć kogoś do towarzystwa i że opłaci mi podróż, w przeciwnym razie w ogóle nie miałabym jak dostać się na Cejlon.
– A po co jej towarzystwo? – Cały ten pomysł zupełnie nie przemawiał do pragmatycznej i niezależnej Rose. – Przecież siedzenie na statku nie może być aż tak trudne, prawda?
– Nie wiem – odparła Iris. – Podobno jest znajomą znajomej lady Malcolm. – Starała się ze wszystkich sił, żeby jej głos brzmiał naturalnie, gdy mówiła o matce Iana, która podczas pogrzebu unikała jej wzroku, ale zrobiła, co w jej mocy, by pomóc. – Zakładam, że to starsza pani, która chce mieć przy sobie kogoś, kto załatwi sprawy z tragarzami i będzie zabawiał ją rozmową.
– Na pewno jest jędzą – orzekła Rose. – Będziesz dziewczyną na posyłki. Naprawdę bym wolała, żebyś nie musiała tego robić, Iris.
– A mam wybór? – odparła tamta cierpliwie. Rose rozumiała sytuację, ale wszystkie przeżywały pogrzeb, a Iris nie chciała warczeć na siostrę. – Nie stać mnie na bilet, a musimy w jakiś sposób skontaktować się z wujem Ralphem.
– A może zapytamy, czy zechciałaby, abyśmy towarzyszyły jej we cztery? – zaproponowała Lily, żeby rozładować napiętą atmosferę. – Ja mogłabym z nią grać w bezika, Rose organizowałaby wycieczki na lądzie, a Daisy nadstawiałaby policzek, żeby lady Carsington mogła ją głaskać i zachwycać się, jaka jest słodka.
– A ja musiałabym tylko załatwić sprawy z tragarzami? – spytała Iris, uśmiechając się do Lily z wdzięcznością. – Byłoby fajnie, prawda? Niestety nie sądzę, żeby lady Carsington zechciała zapłacić za nas cztery. Poza tym musicie tu zostać i pomóc Rose zajmować się papą.
Serce jej pękało na myśl o ojcu, stojącym tego ranka chwiejnie nad grobem żony. Tak bardzo go kochały, kiedy były młodsze.
„O rety, dziewczęta, jesteście najpiękniejszym bukietem kwiatów, jaki kiedykolwiek widziałem!” – wołał, otwierając szeroko ramiona po powrocie do domu, hałaśliwy i żywiołowy, rozemocjonowany jakimś nowym projektem. Brał je na ręce i kręcił się z nimi, aż zaczynały piszczeć i chichotać. Iris nadal pamiętała szorstki tweed przy policzku, kojący zapach tytoniu i poczucie bezwzględnego zaufania.
Nie mogła mu już jednak dłużej ufać. Na to było za późno. Teraz jej ukochany ojciec stał się problemem do rozwiązania.
Wierzyła, że Rose sobie z tym poradzi. Druga pod względem starszeństwa siostra zawsze była ulubienicą Charlesa. Dysponowała tą żywiołową pewnością siebie, której brakowało Iris. Lily była inteligentna, a Daisy – urocza, ale wiadomo było, że Rose będzie umiała najlepiej do niego podejść. Iris zdążyła już pochować resztę biżuterii matki i co cenniejsze obrazy.
– Sprzedaj, co będzie trzeba, żeby zapłacić pani Grierson i pokryć rachunki – powiedziała, wręczając Rose klucz. – Postaraj się, żeby papa o niczym nie wiedział. Jeśli zwęszy pieniądze...
– To je przepuści – dokończyła Rose. – Wiem. Będę uważać.
– Nie chcę, żebyś wyjeżdżała – powtórzyła Daisy. – Nie zniosę tego!
– Przecież nie wyjeżdżam na zawsze – uspokoiła ją Iris.
Zauważyła, że młodszej siostrzyczce drżą wargi, więc przytuliła ją mocno i spojrzała na Lily, by nie pozwolić na żaden ostry przytyk na temat skłonności Daisy do dramatyzowania. Dziś jednak Lily zaciskała zapamiętale usta i nic nie mówiła.
– Postaram się wrócić jak najszybciej. Mnóstwo ludzi wyjeżdża na Cejlon – podjęła, w równej mierze starając się przekonać do tego samą siebie co swoje siostry. – Muszę tylko znaleźć wuja Ralpha, a wtedy wszystko się ułoży.
------------------------------------------------------------------------
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------