Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Iskra niezgody - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
14 maja 2026
2993 pkt
punktów Virtualo

Iskra niezgody - ebook

Kapitan Borys, czarodziejka Rosa oraz nekromanta Feinereth wyruszają z tajną misją zdobycia artefaktu, Serca bogini Mehre. Władający magią mnich Salvus po powrocie do macierzystego klasztoru zastaje tylko zgliszcza. Celem zakonnika staje się zemsta na najeźdźcach i odzyskanie Serca Mehre. Po przegranej walce z Rosą Salvus zostaje schwytany i wraz z porywaczami zmierza do stolicy Grothlandu. Uwalnia go Fyrwenn, przywódca thar’shirów. Salvus decyduje się do niego przyłączyć, jednak w mnichu rodzi się wewnętrzny konflikt, jako że krwawe porachunki kłócą się z zasadami jego zgromadzenia. Po wielu przygodach i zawirowaniach, które tak czy inaczej sprawiają, że myśl o odwecie odsuwa się w czasie, Salvus musi wreszcie podjąć ostateczną decyzję, jak dalej żyć – pozostać wiernym kodeksowi zakonu czy poświęcić zasady w imię zemsty.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68593-45-7
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I TCHNIENIE SMOKA

Tylko krew, trupy i zgliszcza. Tego dnia gniew Salvusa zapłonął jaśniej od ognia w smoczej gardzieli. Uczucie wypleniło swą siłą miłosierdzie, przyćmiło w jego mnisim sercu nawet światło przebaczenia. Zamknął oczy. Znał cenę utraty kontroli. Żywioł mógł bezlitoś­nie pożreć jego ciało i wszystko dookoła. Na szczęście dobrze zapamiętał nauki starego mistrza Daeriona: „Poczuj przepływ energii i dostrój się do niego. Następnie chwyć strumień mocy pewną ręką i utrzymaj nad nim kontrolę. W przeciwnym wypadku to on będzie kontrolował ciebie. Oddech, spokój i równowaga, Salvusie”. Ostatnie słowa rozbrzmiewały echem w jego głowie. Z każdym wydechem otulające go płomienie wznosiły się w ciasnej spirali, targając jego szatą. Przy wdechu zaś ogień słabł. Salvus oddychał głęboko, lecz wściekłość i ból tętniące w jego piersi nie pozwalały mu odnaleźć spokoju. Gdy otworzył oczy, ujrzał przed sobą oddział piechurów w czerwonych zbrojach. Miecze i groty włóczni wystające poza mur tarcz odbijały pulsujący blask płomieni. Dzieliło ich jakieś pięćdziesiąt kroków.

– Dziesięciu, dwudziestu, trzydziestu. – Salvus liczył, a jego twarz krzywiła się w mieszaninie wstrętu i żalu. Za jego plecami dogorywał zrujnowany klasztor, nieopodal jęknął ktoś śmiertelnie zraniony. – Tak wiele żyć zmuszony jestem odebrać…

Zdawał sobie jednak sprawę, iż nie podoła przeważającej liczbie przeciwników w obecnym stanie. Strudzony wędrówką, osłabiony i bez vreisirskich mikstur dałby radę góra dziesiątce zbrojnych. „Nie mam innego wyjścia”, pomyślał z goryczą. „Wybaczcie, bracia”.

Zacisnął pięści i rozpoczął wypowiadanie zakazanego zaklęcia. Jego głos zadudnił z mocą dziesięciu mężów. Rozmyty, gruby i niesamowicie donośny. Z oczu bił mu żar wzmagający się z każdym uderzeniem serca. Salvus wyciągnął dłonie ku stosom poległych, z których wnet buchnął fioletowo-czerwony obłok. Trupy leżące przy murach się poruszyły, jakby w pośmiertnych skurczach, po czym błyskawicznie zmieniły się w zasuszone kości. Dym niosący energię ciał zbił się w pędzące ku Salvusowi smugi, po czym wtargnął w niego przez usta i nos. Haniebna sztuka nekromancji – Hvoor nal’tum – natychmiast okazała swą szpetną stronę. Pożywienie się mocą umarłych piętnowało ciało i duszę. Czarne żyły pojawiły się na twarzy mnicha, a przez myśli przebiegł mu niezrozumiały szept.

Dźwięk rogu bojowego sprowadził go z powrotem na ziemię. Skryty za formacją dowódca wojsk Groth­landu wzniósł miecz, a opanowawszy narowistego rumaka, wydał rozkaz do ataku. Salvus poprawił kaptur i uśmiechnął się spod niego paskudnie.

– Już ja z wami zatańcuję.

Żołnierze z okrzykiem ruszyli naprzód, nabierając pędu. Salvus wystąpił im naprzeciw, składając palce w kilka następujących po sobie symboli. Wyglądało to trochę tak, jakby próbował wytrząsnąć coś z rękawa. Gdy ostatni z glifów zaiskrzył na jego szponiastych palcach, mnich się zamachnął, wykonał szybki obrót i wypchnął dłoń w stronę nadciągających wrogów.

– An! – Tubalny, przesiąknięty magią głos poniósł odpychającą falę ku szturmującym piechurom.

Niewidzialna pięść wdarła się w ich szeregi, wyrzucając pierwszą linię w powietrze niczym szmaciane lalki. Salvus nie trwonił ani chwili. Z prędkością myśli wyprowadził kolejny atak, tym razem nasycony mocą ognia. Każdemu przecinającemu powietrze wymachowi, ciosowi i kopniakowi maga towarzyszyła sylaba wykrzykiwana w języku żywiołów. Wypowiadane glify mógł wykorzystywać na zmianę ze złożonymi w palcach symbolami, znaczyły bowiem to samo. Klucz stanowiło skomponowanie ich z właściwym ruchem ciała, a najpotężniejszym połączeniem było wykorzystanie wszystkich trzech elementów jednocześnie.

– Li! – Moc glifu przeszyła przestrzeń, a grad ognistych pocisków zasypał Grothlandczyków.

Każdy ruch jego ciała nadawał magicznym atakom odpowiedni kształt, moc i prędkość. Mnisi z Chin’vel doskonalili tę sztukę od wieków. Metaliczny głos Salvusa rozchodził się po polu bitwy, wprawiając powietrze w wibracje. Magiczny taniec nabierał tempa. Każde uderzenie kosztowało Salvusa wiele energii, lecz dawało efekt adekwatny do wysiłku. Kule ognia, ogniste bicze i fale płomieni pożerały zwartą formację wroga kawałek po kawałku. Ten mnich bez wątpienia znał swe rzemios­ło. W pędzie łączył uderzenia, układając kombinacje ciosów, wplątując w nie skoki, piruety oraz tupnięcia. Poruszał się z lekkością i gracją kontrastującymi z nieokiełznaną furią wypisaną na jego gadzim pysku.

– Ka-Lar-Li!

Ogień zbierał krwawe żniwo w szeregach opancerzonych szturmowców. Mimo to trzech żołnierzy zdołało zbliżyć się do Salvusa na odległość dźgnięcia włócznią. Mnich uchylił się przed ciosem, skrócił dystans i przyłożył skamieniałą pięścią w tors piechura. Siła uderzenia wgniotła napierśnik, odrzucając przeciwnika na kilka kroków. Nie wstał już.

Kolejna włócznia otarła się o szyję Salvusa. Ten pochwycił ją, złamał niczym zapałkę, po czym wbił szpic w oko Grothlandczyka. Trzeci śmiałek wziął nogi za pas. Ich szeregi przerzedziły się na tyle, że zmuszeni byli do niezgrabnego odwrotu. Płomienie wirowały nad wypaloną ziemią, przechodząc ze spirali w zamknięty pierś­cień. W środku stał on, upojony krwią przeciwników – zmiennokształtny półczłowiek, półgad. Żądza zemsty zdarła człowieczeństwo z jego łuskowatej twarzy.

Dostrzegłszy uciekających niedobitków, ruszył pędem za nimi, zostawiając za sobą ognistą smugę. Doganiając ich, złożył palce w trzech szybkich ruchach, po czym wystrzelił w górę w niewiarygodnym skoku. Spadając, wychylił głowę naprzód i zwieńczył atak, wykrzykując glif Ki, symbolizujący smoka. Powietrze przeszyła fala uderzeniowa, a z jaszczurzej paszczy wystrzeliła śmiercionośna wiązka ognia. Salvus zdołał nagiąć moc glifu do własnej woli tylko przez krótki moment, lecz wystarczyło to w zupełności. Płomienie w mgnieniu oka pochłonęły rozproszonych żołnierzy, nadtapiając ich zbroje.

Mnich wylądował twardo, ogon pomógł mu utrzymać równowagę. Smoczy ogień poparzył mu usta i dłonie. Winien był oszczędniej korzystać z mocy, wszak to jeszcze nie koniec walki. Wzrok Salvusa przeszył otaczającą go pożogę. Grothlandzkiemu dowódcy całkiem zrzedła mina. „No dalej, rycerzyku”, pomyślał jaszczur, ciężko dysząc. „Pognaj konia!”

Salvus zmrużył powieki, gdy u boku dowódcy zjawiła się tajemnicza postać, której nie dostrzegł wcześniej. Wystąpiła ona śmiało w stronę maga, odrzucając na bok przydużą opończę. Była to szczupła kobieta o czarnych, krótkich włosach. W marszu jakby od niechcenia wygięła palce w szybkim geście, a pod jej stopami wyrosła nabierająca prędkości ruchoma tafla lodu.

Była to jedna z kilku sztuk magicznych bazujących na sile woli i koncentracji na wizualizacji efektu. Nie polegała ona na cielesnej współpracy z żywiołem, jak w przypadku bojowych technik mnichów z Chin’vel, a na całkowitym podporządkowaniu i uprzedmiotowieniu magii. Dawało to mniej niszczycielskie efekty, lecz pozwalało na swobodę oraz precyzję manipulacji, którą ograniczyć mogła jedynie siła umysłu czarownika.

Lód niósł czarodziejkę szerokim łukiem, tak by mog­ła zaatakować Salvusa od flanki. Wymusiła tym samym zmianę jego pozycji. Ten, co prawda, obrócił się, lecz kątem oka wciąż baczył na ruchy grothlandzkiego dowódcy. Jednakże rycerz tylko przyglądał się starciu spod wojskowego sztandaru i nie kwapił się zbytnio do bezpośredniej konfrontacji. Wtedy jaszczur ze zgrozą pojął, że Grothlandczyk był gotów poświęcić oddział, by go zmęczyć.

Gdy czarodziejka nabrała pędu, wyskoczyła w górę i posłała w stronę mnicha lodowe strzały. Odłamki lodu przecięły powietrze z jękiem. Salvus zaklął szpetnie. Natychmiast przeturlał się na bok, unikając kilku pocisków. Jeden z nich złapał w locie i roztopił w palącym uścisku dłoni. Czarodziejka, spadając, wyczarowała przed sobą lodowy tor, pozwalający jej zniwelować siłę upadku i nabrać nieco prędkości do kolejnego skoku. Ponownie wzbiła się w powietrze, po czym uformowała w rękach długi, lodowy łańcuch. Zamachnęła się widowiskowo i uderzyła nim niczym batem.

Salvus przypatrywał się uważnie jej ruchom i zarea­gował w odpowiednim momencie. Jego szponiasta dłoń spoczęła na ziemi. Łuski na niej wyostrzyły się, a okolice stawów pokryły rogowe wypustki żarzące się od gorąca. Nie spuszczając oka z czarodziejki, wykorzystał glif Ul. Dudniący głos rozniósł się echem. Przed Salvusem w ostatniej chwili powstał ognisty mur, niweczący uderzenie lodowego łańcucha. Mur rozwiał się po krótkiej chwili. Jaszczur wykorzystał dziś spore pokłady energii – nie wiedział, jak długo da radę jeszcze walczyć.

Przeciwniczka wylądowała przed nim z gracją. Z jej ust buchał mroźny oddech, oczy miała zupełnie białe, jakby pokrył je szron. Wyciągnęła rękę w bok, a w jej dłoni pojawiła się lodowa szabla. Zaatakowała dziko, bez ostrzeżenia. Nadludzki refleks Salvusa nie zawiódł go i tym razem. Kobieta była szybka, zadawała cios za ciosem, jednak żaden z nich nie sięgnął celu – ostrze cięło powietrze, przelatując o włos od ciała jaszczura.

Salvus w jednej chwili kucnął i się obrócił, podcinając ogonem nogi czarodziejki. Ta zwaliła się na ziemię, warcząc. Mnich stanął nad nią i rozłożył ręce na boki. Czarne chmury zakotłowały się nad jego głową. Następnie zaparł się prawą nogą w spopielonym podłożu, szybko wzniósł prawą rękę do góry, a drugą wycelował dwoma palcami w podnoszącą się przeciwniczkę. Wraz z ruchem wyrzekł glif Ro, a z nieba uderzył mocarny piorun. Salvus przyjął go w ciało przez wzniesioną rękę i wypuścił w kierunku czarodziejki. Całość trwała zaledwie kilka uderzeń serca.

Pomimo dobrej postawy siła uderzenia odsunęła go na parę kroków w tył. Huk nadszedł z krótkim opóźnieniem, zaś wokół wzbiły się kłęby kurzu i dymu. Salvus zakaszlał, po czym się otrzepał. Wytężał wzrok, lecz w całej tej zawierusze nie mógł dostrzec czarodziejki czy raczej tego, co z niej zostało. Rozejrzał się, zrobił kilka kroków, a chmary pyłu wokół zalśniły, wciąż przenosząc ładunek energii. W miejscu, gdzie leżała czarodziejka, został tylko osmalony ślad. Nagle jaszczur usłyszał za plecami chrzęst popiołu. Gdy już miał obejrzeć się za siebie, świetlisty bat niespodziewanie strzelił mu w plecy. Sparaliżowany, upadł twarzą do ziemi. Cios przepalił się przez jego szatę i przysmażył gruby pas skóry na jego plecach. „Ta suka potrafi zapanować nad piorunem?! Niemożliwe”, pomyślał.

– A jednak. – Usłyszał nad sobą głos czarodziejki. – Ta suka potrafi znacznie więcej. I przy okazji, ma na imię Rosa. Rosa Gorana Fin’ell Vuyi Gebri. Na rozkaz króla Travisa, władcy Grothlandu aresztuję cię, Salvusie z Chin’vel.

– Areszt? – spytał z niedowierzaniem. – Szkoda, że pozostałych nie wzięliście pod areszt zamiast zarzynać ich jak świnie, we śnie!

– Nie zamierzam się tłumaczyć. Jego Wysokość Travis kazał cię oszczędzić i przywieźć przed swe oblicze ze względu na rzekomy dług wdzięczności, jaki ma wobec ciebie.

– Och, co za szczęście! Nie wiem, jak mu dziękować! Jakaż łaska! Cóż za honor!

– Milcz. Gdyby to ode mnie zależał twój los, moje księgi zyskałyby oprawę z gadziej skóry.

Przyciskając go butem, sięgnęła po kajdany. Jaszczur, czując dotyk na poparzeniach, syknął z bólu i szarpnął się, próbując wstać.

– Poleż! – warknęła Rosa i przymroziła go do ziemi.

Następnie zaklęła kajdany resztą energii pioruna, skuwając nimi leżącego Salvusa.

– Jeden fałszywy ruch, a spalą ci łapska do kości. A teraz… pójdziesz ze mną.

– Poleżę.

– Jak chcesz – westchnęła poirytowana.

Z figlarną łatwością wyczarowała lodowy łańcuch, owinęła nim maga i zaczęła wlec go za plecami. Aby ułatwić sobie zadanie, zamroziła ścieżkę przed sobą. Więzy oraz lód skutecznie uniemożliwiały mu próby ucieczki. Nie minęła chwila, a znaleźli się przy dowódcy Grothlandczyków.

– Zobacz, jakie paskudne zwierzątko udało mi się schwytać! – zawołała, po czym zwróciła się do swego jeńca. – Poznaj kapitana Borysa, gadzie. Zabieramy cię do stolicy, zachowuj się.

– Przywitałbym cię godnie, mości parszywy kundlu, ale niestety mam zajęte ręce – wydusił Salvus, udając rozczarowanie.

Mężczyzna zignorował zaczepkę, splunął i dał znak pachołkom, by położyli maga na wozie.

– Nie za duża jesteś, Rosa, na zabawę w łapanie jaszczurek? – spytał Borys.

– Powinieneś sam spróbować, zamiast stać i się przyglądać – odparła z uśmiechem. – To świetna zabawa.

Podczas gdy oboje rzucali sobie znaczące spojrzenia, Salvus uczynił palcami dwa szybkie gesty i wyszeptał glif Ma – aspekt skały. Wskutek czaru jego ciało przylgnęło mocno do ziemi, a dwaj pachołkowie trudzili się, nie mogąc go podnieść.

– Ostrzegałam! – warknęła Rosa, rażąc go mocą kajdan. Wściekła, poprawiła kopniakiem w głowę, a ten stracił przytomność.

Ciało mnicha rozluźniło się bezwładnie, tracąc jednocześnie wszelkie gadzie cechy.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij