Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Iskra. Willowdale. Tom 2 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 maja 2026
E-book: EPUB, MOBI
43,90 zł
Audiobook
54,90 zł
43,90
4390 pkt
punktów Virtualo

Iskra. Willowdale. Tom 2 - ebook

Willowdale to nie tylko sielskie miasteczko na Florydzie,

znane dzięki stajni Willow Ridge Stables.

To także sekrety, które zbyt długo czekały,

by wyjść na światło dzienne.

Jedno niepozorne włamanie uruchamia lawinę zdarzeń, której nikt nie potrafi zatrzymać. Celem jest poznanie prawdy, ale czy bohaterowie Willowdale na pewno są na nią gotowi?

Bo gdy dawne tajemnice zaczynają wypływać na powierzchnię, wszyscy muszą nagle zmierzyć się z własnymi lękami, błędami i uczuciami, których się nie spodziewali. A w samym środku tej burzy ukryte jest coś, z czym trudno już dalej walczyć. Iskra, która rozpala. Potrzeba bliskości. Nadzieja.

Tylko czy Amber i Tony znajdą w sobie odwagę, by dać szansę temu, co ich łączy?

Drugi tom serii o miasteczku, którego mieszkańcy skrywają więcej, niż mogłoby się wydawać.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Young Adult
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368592863
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Amber

W oczach Mike’a widziałam panikę. Czekał, aż coś powiem, zareaguję, uratuję sytuację, której sama jeszcze nie rozumiałam.

Nie drgnęłam. W moim ciele wszystko zamarło, jakby jakaś niezmierzona siła przygwoździła mnie do ziemi. Czułam, że jeśli się poruszę, powiem jedno słowo, świat wywróci się do góry nogami.

– Amber, idziemy! – Mike w końcu nie wytrzymał i chwycił mnie za ramiona.

Twarz miał napiętą jak struna, gotową pęknąć przy najmniejszym dotyku. Jego mięśnie drżały, oczy były szeroko otwarte i gniewne. Wyglądał jak ktoś, kto stoi na krawędzi załamania.

Nie ufałam mu. Nigdy. Mike od zawsze był jak żywe ostrzeżenie. Gdziekolwiek się pojawiał, tam prędzej czy później coś się sypało. Czasem dosłownie, innym razem tylko w przenośni, ale skutek zawsze był ten sam – chaos rozlany jak benzyna po asfalcie. Przyciągał wyłącznie kłopoty.

Teraz jednak sprawiał wrażenie kogoś, kto stracił kontrolę nad wszystkim, co dotąd trzymało go przy zdrowych zmysłach. Było w nim coś dzikiego i nieobliczalnego, co instynktownie kazało mi zrobić krok w tył i wyswobodzić się z jego uścisku.

– Mówię ci, Tony… – syknął przez zęby, nerwowo przechadzając się tam i z powrotem. – Chryste… – mruknął pod nosem, ściskając skronie. – Leży postrzelony w moim aucie – wydusił w końcu.

Zamarłam.

„Postrzelony” – przebiło się przez moją zamroczoną świadomość. Przez ułamek sekundy nie istniało nic więcej, tylko ciężar tego słowa. A potem wszystko wróciło naraz – gwałtownie, brutalnie. Oddech wdarł się do płuc, serce zaczęło bić zbyt szybko. Świat, który na moment przygasł, rozbłysnął z powrotem ostrym światłem. Logiczne argumenty, zdrowy rozsądek, wszystkie bariery, które budowałam, aby nie podążyć za Mikiem – zniknęły bez śladu.

– Gdzie on jest? – wydusiłam.

Wybiegliśmy z posesji Eloise. Auto stało krzywo zaparkowane na chodniku przed bramą. Nie miałam pojęcia, jak Mike w ogóle dostał się na teren rezydencji, ale teraz nie miało to znaczenia. Liczył się tylko Tony. Rzuciłam się w stronę samochodu. Palce drżały, gdy chwytałam za klamkę. Otworzyłam drzwi i… świat się zatrzymał.

Tony. Leżał skulony na tylnym siedzeniu, lekko oświetlony blaskiem latarni. Jego twarz była blada, spocona. Ściskał ramię, z którego sączyła się ciemna krew. Ten sam Tony, który zawsze był jak skała – silny, pewny siebie, nie do ruszenia – teraz wyglądał jak cień samego siebie.

I wtedy, jak błysk, wrócił obraz z Orlando. Lupo, broń w jego ręku. Huk wystrzału. I ten sam chłód, który właśnie rozlał się po moim kręgosłupie.

– Mike, musimy jechać do szpitala! – Odwróciłam się gwałtownie, czując, jak adrenalina ściska mi gardło. – To nie jest jakieś zadrapanie! On jest ciężko ranny! – Wymachiwałam nerwowo rękami, próbując opanować panikę.

– Nie no, serio?! Geniusz! – ryknął ironicznie chłopak, chwytając się za głowę. – Myślisz, że nie wiem?! Gdyby istniała jakakolwiek inna opcja niż proszenie ciebie o pomoc, to, do cholery, nie byłoby mnie tu! – Słowa wylatywały z jego ust jak odłamki szkła. Ostre, pełne jadu i desperacji. – Nie możemy pojechać do szpitala – dodał już ciszej, ale nadal z takim napięciem, że przeszył mnie dreszcz. – Nie mamy na tę chwilę żadnego lekarza, który by nam pomógł. Zostałaś tylko ty – urwał, zbliżając się do mnie.

W świetle latarni jego sylwetka wydawała się jeszcze większa, mroczniejsza. Miałam ochotę uciec. Ale wtedy spojrzałam na Tony’ego. Jeśli było tak, jak mówił Mike… musiałam go ratować. Bez względu na konsekwencje.

– Musimy się dostać do kliniki. Tam znajdę wszystko, co niezbędne, żeby mu pomóc – powiedziałam cicho, zaciskając dłonie w pięści. – Potrzebujemy tylko kluczy… – dodałam, zerkając na posesję Eloise.

Mike uniósł brew, a na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.

– Kluczy? – powtórzył z drwiną. – Po co, skoro jestem specjalistą od włamań? – rzucił z udawaną nonszalancją.

Nie odpowiedziałam. Po prostu wsiedliśmy do auta. Tylna kanapa była zimna, pachniała metalem i dymem papierosowym. Usiadłam obok Tony’ego – był przytomny, ale tylko częściowo, jakby balansował na granicy jawy i snu. Delikatnie położyłam sobie jego głowę na kolanach. Miał płytki i nieregularny oddech. Widziałam, jak pierś unosi się z trudem, a dłoń powoli osuwa z ramienia. Chwyt, który jeszcze chwilę temu był kurczowy, teraz tracił moc. Przejęłam kontrolę – przycisnęłam rękę do krwawiącego miejsca. Czułam pod palcami pulsujące ciepło, które wydobywało się z rany.

– Tony, słyszysz mnie? – wyszeptałam ze złudną nadzieją.

Wydobył z siebie jakieś słowa, ale były kompletnie niezrozumiałe. Poczułam w środku ucisk – to ten moment, kiedy adrenalina miesza się z paniką. Świadomość tego, na co się pisałam, w końcu doszła do mnie w pełni. Przecież nie byłam lekarzem. Nie byłam nawet weterynarzem. Zmierzałam jednak właśnie do kliniki dla koni, aby zrobić coś, co mogło zdecydować o czyimś życiu.

W mojej głowie zaczęły się pojawiać wspomnienia. Obraz taty, jego spokojne dłonie, czujny wzrok. Tak właśnie go widziałam, gdy pozwalał mi obserwować operacje. Pamiętałam dokładnie, jak usuwał odłamek metalu z nogi konia, który podczas burzy wpadł na ogrodzenie. Wtedy też było dużo krwi. I strach. Ale tata zawsze powtarzał, że lęk to część procesu i nie da się go wyłączyć, można tylko nauczyć się go słuchać. Tamta scena wróciła do mnie tak wyraźnie, jakby wydarzyła się wczoraj. Dźwięk nożyczek chirurgicznych, ciche „trzymaj” i głos taty – łagodny, ale zdecydowany. Chciałam w tym momencie mieć choć odrobinę tamtego spokoju…

– Trzeba tylko opatrzeć ranę. Jutro przyjedzie lekarz i się nim zajmie – odezwał się nagle Mike, jakby czytał mi w myślach. – Musi tylko dożyć tej wizyty, nie może się wykrwawić. Rozumiesz?

Kiwnęłam tylko głową.

– Będzie dobrze… – szepnęłam, bardziej do siebie niż do Tony’ego.

Delikatnie pogładziłam włosy, które przykleiły mu się do czoła. Jego oddech na moment się uspokoił, a ja złapałam się tej chwili, jakby od niej zależało wszystko.

Droga do kliniki dłużyła się w nieskończoność, choć w rzeczywistości minęło zaledwie kilka minut. Silnik wył, a światła mijanych latarni rozciągały się w długie, rozmazane smugi. Miałam wrażenie, że powietrze w samochodzie zgęstniało.

Gdy zatrzymaliśmy się wreszcie na parkingu, Mike szybko wyskoczył z auta. Trzymał w dłoni jakieś metalowe narzędzie, które błysnęło w świetle reflektorów. Nie czekał ani chwili – podbiegł do drzwi kliniki i zaczął pewnie majstrować przy zamku. Najwidoczniej robił to już dziesiątki razy.

– Znasz kod do alarmu?! – krzyknął przez ramię, nie przerywając pracy.

– Jeśli nic się nie zmieniło od czasów mojego taty, to tak! – odpowiedziałam, unosząc głos, aby na pewno mnie usłyszał.

– No to lepiej, żeby tak było! – odburknął i pochylił się z powrotem nad zamkiem.

Wciąż tkwiłam w aucie. Trzymałam głowę Tony’ego na kolanach i gładziłam ją w bezradnym, rytmicznym geście, który miał uspokoić nas oboje. Przygryzłam wargę, czując, jak do gardła podchodzi mi coś ciężkiego.

– Łatwiej było cię nienawidzić niż… – wyszeptałam niemal bezgłośnie.

Słowa się urwały, jakby ktoś nagle ściszył dźwięk świata. Dopiero po chwili zrozumiałam, dokąd zmierzam. Automatycznie dotknęłam ust. Spojrzałam na Tony’ego – jego powieki lekko drgnęły. Czułam, jak serce wali mi w piersi, a dłonie drżą mimo wszelkich prób ich opanowania. Nie wiedziałam, czy bardziej boję się o niego… czy tego, co właśnie sobie uświadomiłam.

TRZYNAŚCIE LAT WCZEŚNIEJ…

– Nie chcę iść dzisiaj do szkoły… – westchnęłam, opierając głowę o zagłówek fotela.

Tata spojrzał na mnie. W jego uśmiechu było coś pomiędzy rozbawieniem a troską.

– Taaa… jasne – mruknął z lekką ironią, wciąż skupiony na drodze. – Zaraz uwierzę, że wcale nie chcesz się wszystkim pochwalić nowym plecakiem w kucyki. – Mówiąc to, wyciągnął rękę i zmierzwił mi włosy, jak zawsze wtedy, gdy próbował mnie rozśmieszyć.

Skrzywiłam się lekko, ale nie odpowiedziałam. Zamiast tego przesunęłam palcami po pasku plecaka leżącego na moich kolanach. Przez szybę wpadało światło poranka, a brokatowe grzywy kucyków mieniły się subtelnie, przyciągając wzrok. Przypomniałam sobie, dlaczego tak bardzo go chciałam. Chociaż teraz… to już nie miało znaczenia.

– I tak nikogo to nie obchodzi – wymamrotałam, wbijając wzrok w swoje kolana. – W szkole nikt nie lubi koni. Oni nie rozumieją… – Głos mi się załamał w połowie zdania.

Jechaliśmy dalej. Ciszę wypełniał jednostajny szum drogi. Spojrzałam niepewnie na tatę. Miał ten swój skupiony wyraz twarzy. Wiedziałam, że analizuje każde moje słowo. W końcu westchnął i spokojnie zaczął:

– Wiesz, Amber… Bycie wyjątkowym nigdy nie jest proste. Ludzie często śmieją się z tego, czego nie rozumieją. Ale prawda jest taka… – Zerknął na mnie i dokończył z lekkim uśmiechem: – To może boleć, ale właśnie ten ból przypomina, że idziesz własną drogą. A tylko ona ma sens.

Nie odpowiedziałam. Wtedy jeszcze nie do końca rozumiałam jego słowa, ale zapadły mi głęboko w pamięć. Wracałam do nich później wiele razy – szczególnie wtedy, gdy świat próbował mnie przekonać, że łatwiej byłoby być kimś innym.

Stanęłam przed budynkiem, który budził we mnie złość i niechęć. Szkoła podstawowa w Willowdale. Brzmiało to niewinnie, a dla mnie oznaczało miejsce, które codziennie odbierało resztki wiary w ludzi. Sama nauka nigdy nie była problemem. Ale towarzystwo… to już inna historia. Nie znosiłam tej szkolnej hierarchii, podziału na „lepszych” i „gorszych”. Zabawne, że na samym szczycie piramidy zawsze znajdowała się elita największych głupków, którym ktoś kiedyś wmówił, że zawartość portfela ich rodziców to klucz do sukcesu. Tony Draven i jego świta – żywe dowody na to, że ewolucja nie objęła wszystkich.

– Hollister! – krzyknął znajomy głos, zanim zdążyłam zrobić choćby krok. Zobaczyłam biegnącą w moją stronę brunetkę z rozwianymi włosami. – Musimy już iść! Zaraz się spóźnimy na zajęcia!

– Alex, spokojnie. – Z udawaną powagą uniosłam brew. – Mamy jeszcze dwie minuty wolności. Nacieszmy się nimi, póki możemy. – Uśmiechnęłam się zawadiacko. – A może… zamiast do szkoły pójdziemy na plac zabaw? Co ty na to?

– Oszalałaś?! – Alex złapała się za głowę. – Już drugi raz się na to nie nabiorę! Po ostatnim miałam takie wyrzuty sumienia, że jak tylko wróciłam do domu, padłam na kolana i błagałam rodziców o wybaczenie! – Mówiąc to, wymachiwała rękami tak energicznie, że prawie uderzyła przechodzącą obok dziewczynkę.

Westchnęłam teatralnie, ale w końcu pozwoliłam się poprowadzić do głównych drzwi. Każdy krok dudnił mi w uszach jak wyrok. Wiedziałam, że uciekanie ze szkoły, kiedy ma się siedem lat, to głupi pomysł i że może się skończyć solidnym kazaniem rodziców, a mimo to… ta wizja wydawała mi się mniej przerażająca niż spędzenie kolejnych godzin w budynku pełnym ludzi, którzy tylko czekali, aż się potknę lub powiem coś nie tak. Wystarczył jeden błąd – a już stawałam się ich ulubionym żartem dnia.

– No to chodźmy do tego więzienia – mruknęłam pod nosem. – To znaczy… do szkoły.

– Dzisiaj zagramy w zbijaka! Grupy mieszane! – oznajmił z entuzjazmem nasz nauczyciel wychowania fizycznego.

Przez sekundę naprawdę uwierzyłam, że ten dzień może nie będzie taki zły. Ale jak się okazało – złudne były moje nadzieje. Po kilku minutach drużyny były skompletowane. Oczywiście mnie i Alex rozdzielili. Ona została wybrana jako jedna z pierwszych – w końcu była najwyższa i najszybsza wśród dziewczyn. Mnie, jak zwykle, zostawiono na sam koniec.

– Uważaj lepiej na tę Amber – szepnęła dziewczyna z mojej drużyny do koleżanki, niby konspiracyjnie, ale wystarczająco głośno, żebym doskonale usłyszała. – Ponoć można się od niej zarazić smrodem końskiego łajna.

Cudownie. Dzień bez żartu o koniach byłby dniem straconym. Już nawet nie reagowałam na podobne zaczepki. Słyszałam takie rzeczy codziennie. Teraz bardziej martwiło mnie to, że po drugiej stronie boiska stali Mike i Tony – w jednej drużynie. Czyli w praktyce: ja kontra duet apokalipsy. Zbijak był ulubioną rozrywką Blaze’a. Oficjalnie mógł wtedy z całej siły uderzać w ludzi piłką, co oznaczało spełnienie marzeń tego osiłka. Już teraz szczerzył się od ucha do ucha, jak trofeum obracając w dłoniach narzędzie zbrodni. Tony natomiast sprawiał wrażenie, jakby ta gra była dla niego stratą czasu. Patrzył na wszystkich znudzonym wzrokiem, co jakiś czas przewracając oczami. W końcu nachylił się do Mike’a, coś mu szepnął do ucha, a tamten parsknął głupkowatym śmiechem. Znałam ich zbyt dobrze, żeby nie wiedzieć, co się właśnie działo. Ustalali, kogo „przypadkiem” trafić pierwszego.

Rozgrywka się rozpoczęła. Piłka odbiła się od parkietu z takim impetem, że echo poniosło się po całej sali gimnastycznej. W teorii mieliśmy grać zespołowo – dziesięć osób w każdej drużynie, współpraca, strategia, fair play i inne frazesy, które z przekonaniem wypowiadał nauczyciel. W praktyce wyglądało to tak, że Mike przejął całe boisko. Poruszał się jak drapieżnik, który właśnie trafił na ślad ofiary. Jego wzrok śledził każdy ruch przeciwników, a kiedy tylko dostrzegał okazję, zaciskał dłonie na piłce i z całą siłą rzucał nią w wybraną osobę. Huk uderzenia rozchodził się jak wystrzał. Jeden z chłopaków z naszej drużyny padł na ziemię i zwijał się z bólu. Mike roześmiał się głośno, a stojący obok Tony uniósł triumfalnie dłoń. Przybili sobie piątkę, jakby właśnie zdobyli mistrzostwo świata.

– Tak nie można! – krzyknęła Alex. Jej stanowczy, choć lekko drżący głos odbił się od ścian sali.

Mike zatrzymał się w pół kroku i powoli odwrócił w jej stronę.

– Masz jakiś problem? – warknął, ruszając ku niej z tym charakterystycznym półuśmiechem, który sprawiał, że wszyscy wokół kulili się w sobie.

Zrobiłam krok naprzód, chcąc stanąć między nimi… ale nagle zamarłam. Nie potrafiłam się ruszyć. Zawsze tak było – Alex mówiła, ja milczałam. To ona miała w sobie tę odwagę, której ja ciągle szukałam.

– Tak, mam problem. To tylko gra, a ty zachowujesz się tak, jakbyś chciał nam zrobić krzywdę – powiedziała, starając się brzmieć pewnie, ale ja słyszałam w jej głosie tę ledwie słyszalną nutę strachu, która pojawiała się zawsze, gdy Mike Blaze podchodził za blisko.

Na szczęście nauczyciel zareagował w ostatniej chwili. Wszedł między nich i położył dłoń na ramieniu chłopaka.

– Spokojnie, Blaze. Trochę mniej siły w tych rzutach, dobra? – powiedział tonem, który bardziej przypominał prośbę niż upomnienie. Po chwili dodał z uśmiechem: – Ale muszę przyznać… świetna technika. Widać, że trenujesz.

Oczywiście. Kolejny dorosły, który bał się gniewu wpływowego ojca Mike’a.

Gra toczyła się dalej, a ja czułam, jak napięcie rośnie z każdą minutą. Wiedziałam, że prędzej czy później na mnie zapoluje. Mike rzucał w każdego, ale co chwilę zerkał w moją stronę, coraz dłużej i intensywniej mi się przyglądał. Piłki śmigały w powietrzu, odbijały się od parkietu, uczniów i ścian. Serce waliło mi jak szalone, ale każdy unik niósł ze sobą nową dawkę adrenaliny. Udawało mi się – przemykałam, schylałam się, uskakiwałam o włos od trafienia. Mike z każdą sekundą wyglądał na coraz bardziej zirytowanego. Tony tylko obserwował, jakby oglądał przedstawienie i całkiem dobrze się bawił. Czasem coś szeptał do Mike’a, potem się uśmiechał pod nosem, a ja czułam, że gadają o mnie. Kiedy gwizdek kończący mecz rozdarł powietrze, byłam ostatnią osobą z drużyny, która nadal nie została trafiona. Zmęczona, spocona, ale wciąż niepokonana. I choć nie zdobyłam żadnych punktów, po raz pierwszy od dawna miałam wrażenie, że wygrałam coś naprawdę ważnego.

– Nienawidzę tych debi… – westchnęła głośno Alex, kiedy wyszłyśmy z szatni. Nie zdążyła jednak dokończyć. Zatrzymała się gwałtownie, a ja wpadłam na jej plecy.

Czekali już na nas. Tony. Mike. I trójka innych. Ci sami, którzy zawsze stali krok za tamtą dwójką, przyklaskując im i kiwając z uznaniem na każde ich słowo. Przydupasy.

Przełknęłam głośno ślinę i instynktownie cofnęłam się o krok. Alex za to nie drgnęła. Stała wyprostowana, z uniesioną głową, choć widziałam, że dłonie zacisnęła mocno w pięści, aż pobielały jej knykcie. Wiedziałam, że jeśli dojdzie do rękoczynów, ona spróbuje nas bronić, a ja… będę walczyła ze sobą, żeby nie uciec.

– No, no… – odezwał się Mike, przeciągając słowa z tym swoim sztucznym luzem, który miał ukryć agresję. – Pyskata się ostatnio zrobiłaś, co? – Spojrzał z uśmiechem na Alex. – Ale spokojnie, to nie musi oznaczać nic złego. Jeszcze.

Tony odchrząknął znacząco.

– Chcemy ci coś zaproponować – zaczął Draven z nutą chłodnego opanowania. – Dołącz do nas. Do naszej paczki. – I tak po prostu wyciągnął w jej stronę dłoń.

Patrzył na nią intensywnie, świdrując tymi swoimi zielonymi, wrednymi oczami.

A ja? Zamarłam. Alex również milczała. Stałam za nią, więc nie widziałam jej wyrazu twarzy, ale miałam nadzieję, że nie usłyszę zaraz czegoś, co złamie mi serce…

Tony uśmiechnął się sztucznie, przekrzywiając lekko głowę, a potem, tonem, który aż kipiał od fałszywej uprzejmości, dodał:

– Oczywiście… oznaczałoby to, że musisz trochę bardziej uważać, z kim się zadajesz.

Jego spojrzenie przesunęło się powoli w moją stronę.

– W naszym gronie nie ma miejsca dla takich odmieńców jak… ona. – Wskazał na mnie, jakbym była rzeczą.

Zrobiło mi się gorąco. Serce waliło jak młotem, a słowa same wypłynęły z ust, zanim zdążyłam je zatrzymać.

– Sam jesteś odmieńcem… – wyszeptałam cicho, ale niestety Draven to usłyszał.

Chwyciłam się za usta, natychmiast żałując tych słów. Cisza zawisła w powietrzu, a wszystkie spojrzenia wbiły się we mnie jak szpilki. Wiedziałam jedno – miałam przerąbane.

Tony uniósł brew, udając zaskoczenie.

– Ja? – powtórzył, wskazując palcem na siebie, po czym roześmiał się cicho, z tą charakterystyczną nutą pogardy. – To ja śmierdzę końskim łajnem? Chodzę ze słomą przyklejoną do swetra? To ja mam jakąś chorą obsesję na punkcie wielkich, głupich zwierząt? – Każde słowo wypowiadał przesadnie wolno.

Nie potrafiłam na niego spojrzeć. Miałam wrażenie, że ziemia pod stopami zaraz się otworzy i wciągnie mnie do środka. I może… wcale bym się nie broniła.

– Odwalcie się! – wyrzuciła nagle z siebie Alex.

Wszyscy zamarli.

– Wolę o stokroć mojego odmieńca… – dodała z dumą, choć po chwili się poprawiła – …to znaczy, Amber. Po prostu Amber. Niż was, rozpieszczone gnojki!

Jej głos odbił się echem od ścian korytarza. Poczułam ucisk w gardle. Wiedziałam już wtedy, że mnie i Alex połączyła przyjaźń, która przetrwa wszystko.

Mike za to parsknął głośno śmiechem.

– Jesteś jakaś niepełnosprytna czy co? Masz uszkodzenie mózgu, że wybierasz ją zamiast nas? – W jego głosie nie było już żadnego rozbawienia, a w oczach pojawiła się gotowość do ataku.

Ruszył w stronę Alex. Zrobiłam krok do przodu, mimo że całe ciało krzyczało, żebym nie reagowała.

– Mike! – ryknął Tony.

Jego głos był inny. Ciężki, szorstki, wypełniony gniewem, który w jednej sekundzie zatrzymał wszystko. Przyjaciel spojrzał zdezorientowany, kiedy Tony złapał go za bluzę i przyciągnął do siebie.

Ich twarze dzieliły centymetry. Draven był niższy i drobniejszy, ale w tamtym momencie wyglądał o wiele groźniej od Blaze’a. Jego oczy płonęły wściekłością, której nie rozumiałam. Przez długą chwilę żaden z nich się nie ruszył. Blaze tylko patrzył, kompletnie zbity z tropu, jakby po raz pierwszy zobaczył w kumplu coś, czego nie potrafił nazwać.

A potem Tony po prostu puścił jego bluzę, odwrócił się bez słowa i ruszył do wyjścia. Świta poszła za nim, nawet Mike, choć wyglądał na zagubionego jak nigdy.

W końcu zostałyśmy same. Stałyśmy pośrodku szerokiego, pustego korytarza. Spojrzałam na przyjaciółkę i poczułam, jak mięknie mi serce. Miała zmierzwione włosy, policzki lekko zaróżowione od gniewu – wyglądała jak ktoś, kto rzucił światu rękawicę i właśnie wygrał małą bitwę. Jej usta drgnęły w uśmiechu, kiedy nasze spojrzenia się spotkały.

– Dziękuję, że mnie nie zostawiłaś – wyszeptałam. Głos załamywał mi się z wdzięczności i zawstydzenia.

Alex krótko się zaśmiała. Przytknęła palec do mojego ramienia i lekko mnie szturchnęła.

– Ale jeśli jeszcze raz wpakujesz nas w jakieś kłopoty, to od razu lecę do Dravena, żeby zrobił ze mnie skarbnika w tej ich sekcie. Rozumiesz? – rzuciła półżartem, półserio i puściła do mnie oczko.

W odpowiedzi udałam urażoną, chociaż w środku czułam ciepło, które rozlało się od klatki piersiowej aż po czubki palców u stóp. Prawda była taka, że przez całą podstawówkę praktycznie codziennie coś kombinowałam – małe sabotaże, psikusy, drobne kłamstewka, jakieś wygłupy, które ciągnęły nas w tarapaty. A mimo wszystko Alex wciąż przy mnie trwała.

Kod na szczęście zadziałał. Razem z Mikiem przenieśliśmy Tony’ego do sali zabiegowej zwykle przeznaczonej dla koni. Była wyposażona w szerokie pasy, mocne haki i ciężkie stalowe stoły. Teraz na jednym z nich leżał człowiek. Absurd chwili uderzył mnie z całą siłą, bo wszystko było nie na miejscu, niczym w scenie ze złego snu. Lampy operacyjne wisiały nad nami, rzucając białe, ostre światło. Tony leżał nieruchomo, jego skóra była blada jak kreda, a pot mieszał się z krwią, tworząc ciemne smugi na jego jasnej koszulce. Nie miałam pojęcia, co robię – taka była prawda – ale wiedziałam na pewno, że nie mogę pozwolić, by się wykrwawił. Przesuwałam wzrokiem po metalowych blatach, analizując każdy napotkany przedmiot. Igły, nożyczki chirurgiczne, kleszcze – wszystko wyglądało groźnie, ale zarazem tak, jakby miało się przydać. Na chwilę mnie zmroziło, ale potem wzięłam głęboki oddech i drżącymi dłońmi chwyciłam rękawiczki.

– Cholera… – wyszeptałam głosem pełnym strachu.

Mike stał na drugim końcu sali. Udawał twardziela, ale w jego oczach dostrzegłam przerażenie.

– Masz mu pomóc. Rozumiesz? – wyszeptał.

Nie odpowiedziałam. Przysunęłam lampę operacyjną bliżej, aż zimne światło rozcięło powietrze i padło na ranę. W jej głębi błysnął ciemny metal – pocisk zatopiony tuż obok mięśnia. Próba wyciągnięcia go wiązałaby się ze zbyt dużym ryzykiem. Nie miałam narzędzi ani umiejętności, by wykonać właściwy zabieg, ale musiałam opatrzeć ranę.

Przytrzymywałam jego ramię tak, żeby znaleźć pozycję najmniej dla niego bolesną. W środku panikowałam, ale na zewnątrz musiałam być silna, bo od mojego spokoju zależało jego przetrwanie. Sekundy ciągnęły się jak godziny, a ja liczyłam oddechy Tony’ego. Miałam wrażenie, że każdy mój ruch był decyzją o życiu lub śmierci.

Jęki Tony’ego wreszcie przycichły, a oddech stał się głębszy, choć nadal nierówny.

– Opatrunki wytrzymają do jutra – powiedziałam w końcu, opierając się o zimną ścianę. – Ale jak najszybciej musi zobaczyć go lekarz.

Mike westchnął ciężko. W tym jednym dźwięku było więcej, niż mogło się zawrzeć w słowach – zmęczenie, ulga i nadzieja, że wszystko jakoś się ułoży.

– Amber? – cichy, ochrypły głos przeciął ciszę i brutalnie wyrwał mnie ze snu.

Przez moment nie wiedziałam, gdzie jestem. Oczy piekły, powieki miałam ciężkie jak z ołowiu. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że zasnęłam, siedząc na twardym, metalowym krześle. Zmęczenie w końcu zrobiło swoje. Tony leżał na łóżku polowym, na które z Mikiem go przenieśliśmy. Korzystał z niego tata, gdy musiał zostawać na noc w klinice. Aż trudno mi było uwierzyć, że wciąż stało w pomieszczeniu gospodarczym. Czas go nie oszczędził; materiał był przetarty, rama zardzewiała w kilku miejscach, a jednak wciąż się trzymało. Tak samo jak my – prowizorycznie, na słowo honoru.

Tony patrzył na mnie z wyraźnym napięciem, jego źrenice były rozszerzone, twarz pobladła, a na czole błyszczały kropelki potu. Nie było w tym spojrzeniu wdzięczności ani ulgi, których się spodziewałam. Zamiast tego tlił się w nim gniew – ten charakterystyczny, który pamiętałam sprzed lat.

– Hej… – odezwałam się cicho. – Cieszę się, że się obudziłeś. Myślałam, że… – urwałam, bo żadne słowa nie brzmiały wystarczająco dobrze.

Tony rozejrzał się niespokojnie, jakby próbował poukładać w głowie puzzle, które do siebie nie pasują.

– Czemu tu jesteśmy? Czemu w… – Zatrzymał wzrok na lampach i metalowych szafkach. – Klinice?

– Zostałeś postrzelony – odpowiedziałam, z trudem łapiąc oddech. – Straciłeś dużo krwi, musiałam… musiałam coś zrobić.

– Mike. – Jego głos nagle nabrał ostrości. – Gdzie on jest?

Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Tony poderwał się gwałtownie do pozycji siedzącej, ale zaraz skrzywił się z bólu i chwycił za ramię.

– Połóż się! – krzyknęłam, ruszając w jego stronę. – Pocisk nadal jest w środku. Każdy ruch może pogorszyć sytuację. Mike jest na zewnątrz, rozmawia z kimś… chyba z lekarzem, który ma tu przyjechać.

– Mike! – wydarł się zaskakująco donośnie jak na kogoś w takim stanie.

Jego głos odbił się echem od ścian, a ja aż podskoczyłam. Spojrzał na mnie twardo. Zobaczyłam chłód w jego oczach.

– Nie powinnaś tu być.

Zamarłam. Patrzyłam na niego, nie wierząc w to, co słyszę. Po wszystkim, co zrobiłam, po nocy pełnej strachu, po tym, jak trzymałam jego życie dosłownie w dłoniach… on mówi mi, żebym odeszła.

Drzwi gwałtownie się otworzyły.

– Żyjesz! – Mike stanął w progu, uśmiechając się z ulgą.

– Ja tak – syknął Tony. – Ale z tobą może być zaraz inaczej, jeśli nie zabierzesz stąd Amber. Natychmiast – rozkazał.

Mike nie zareagował od razu. Spojrzał na mnie, jakby chciał coś wyjaśnić, ale nie znalazł odpowiednich słów.

– Idziemy – powiedział w końcu, zbliżając się do mnie.

– Tony, do cholery! – krzyknęłam, kiedy dotarł do mnie absurd tej sytuacji. – Co się tu dzieje?! Znowu jakieś tajemnice?! – Głos mi się załamywał, ręce drżały. – Skąd ten postrzał? W co ty się wplątałeś?!

Tony wziął głęboki oddech. Przez chwilę milczał, jakby zbierał myśli, po czym uniósł głowę i spojrzał na mnie bez cienia emocji, jakbyśmy byli sobie zupełnie obcy.

– Amber, wyjdź – rzucił chłodno. – Po prostu odejdź. Dzięki za… to. – Wskazał opatrunek na ramieniu.

Zamilkłam. Próbowałam odnaleźć w jego spojrzeniu choć ślad człowieka, którego poznałam na nowo, cień ciepła, błysk, który sprawił, że pozwoliłam sobie uwierzyć w jego przemianę. Nie było tam już nic.

– Było miło – dodał spokojnie, niemal obojętnie. – Ale to już koniec.

Poczułam, jak moje serce spowalnia, zupełnie jakby ktoś jednym ruchem przeciął niewidzialne sznurki i zostawił mnie pustą. To nie był zwykły cios, lecz roztrzaskanie wszystkiego, co za moim przyzwoleniem się we mnie narodziło. Gdzieś w tle słyszałam głos Mike’a, poczułam jego dłonie na ramionach, ale jednym ruchem się uwolniłam.

– W takim razie żegnaj, Tony – powiedziałam chłodno. – Jak widać… Draven zawsze pozostanie Dravenem.

Nie oglądając się za siebie, wyszłam z pomieszczenia. Nadal byłam w piżamie, miałam na dłoniach zaschniętą krew, a serce nie potrafiło pojąć, co się właśnie wydarzyło. Nie uroniłam przy nich nawet jednej łzy, ale kiedy tylko minęłam próg kliniki, zgięłam się wpół. Głośny szloch wyrwał się z mojego gardła. Adrenalina, która trzymała mnie w ryzach, zniknęła. Nagle byłam tylko ja i fakt, że ponownie zaufałam nieodpowiedniej osobie. Czemu? Notorycznie pchałam się w relacje, które doprowadzały mnie do jednego – zranienia. Nie potrafiłam się uczyć na błędach. Moje życie zatoczyło pełne koło – po raz kolejny, ponownie na własne życzenie…
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij