Ja, baba! - ebook
Lubicie historie, gdzie motywem przewodnim jest podróż w czasie? Lena po hucznej imprezie budzi się w samotnej stodole pełnej siana, stojącej gdzieś na totalnym zadupiu. Wkrótce przekonuje się, chociaż wydaje się to nieprawdopodobne, że znalazła się w czasach króla Artura w pobliżu legendarnego Camelot. Tylko że… Artur jest stajennym, Merlin miał opinię szaleńca i skręcił kark, spadając ze schodów, a władza spoczywa w rękach Mordreda. Nie ma okrągłego stołu, legendarnego miecza czy Pani z Jeziora i na dodatek Lancelot okazuje się impotentem. Jakby tego było mało, pada propozycja, aby spalić Lenę na stosie… Ta historia bawi, rozgrzewa i jest idealna na nadchodzące jesienne wieczory. Zwłaszcza gdy do akcji wkroczy Ginewra!
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788366352575 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Strasznie nie chciało mi się otwierać oczu. Leżałam więc sobie, trwając w dziwnym błogostanie. Powoli odzyskiwałam świadomość, a jednocześnie z rozrzewnieniem wspominałam wczorajszą imprezę – wieczór panieński zorganizowany dla mojej najlepszej przyjaciółki. Limuzyna, morze szampana i kilku przystojniaków, którzy dotrzymywali nam towarzystwa. Szczerze mówiąc, nie bardzo pamiętałam, kiedy dokładnie urwał mi się film…
Odrobinę zaniepokojona tym faktem, jak i zapachem, który dopiero teraz zarejestrowała moja otumaniona świadomość, na próbę otworzyłam jedno oko. Potem dużo bardziej gwałtownie drugie i z coraz większym przerażeniem wpatrywałam się w świński ryj tuż obok mojego nosa.
– Ki czort?! – zaklęłam, usiłując zająć pozycję siedzącą. Dokonałam tego dopiero za drugim razem, a przepłoszona świnia uciekła z głośnym kwikiem. – Boże! – wyszeptałam ze zgrozą. – Ależ się schlałam! Gdzie ja jestem?
Z pewnością była to drewniana stodoła wypełniona sianem. Mimowolnie przypomniałam sobie czasy dzieciństwa. Taką samą miała moja babcia, ale to było prawie dwadzieścia lat temu. Tamta już dawno spłonęła, a o ile mi wiadomo, w okolicach Poznania nie było już takich archaicznych budowli. Przynajmniej nie drewnianych.
Tknięta nagłą myślą pomacałam się po kroczu. Nic. Bielizna w całości, rajstopy w całości, żadnych dziwnych plam. Znaczy się gwałt odpadał. Porwanie? No co komu taka pyskata baba, która sama nie potrafiła zdecydować się, czego chce w życiu? Ewentualnie do eksperymentów medycznych, ale to chyba nie w stodole?
– Dwa lata abstynencji i ledwo człowiek trochę zaszalał, a już wylądował cholera wie gdzie – zrzędziłam, gramoląc się z siana.
W końcu stanęłam na nieco chwiejnych nogach. Co dziwniejsze, tuż obok leżały moje buty, ale nie wytworne szpilki, tylko wygodne trampki, które wzięłam ze sobą tak na wszelki wypadek. Widać, zdążyłam jeszcze zmienić obuwie. Pokręciłam z dezaprobatą głową i zaczęłam nasłuchiwać.
Ciszę przeplatały głosy ludzi i zwierząt. Takie zwyczajne. Żadnego warczenia, muzyki, szumu samochodów. Razem z tą drewnianą stodołą dawało to zadupie wielkie, gdzie psy szczekały tym, co miały pod ogonem. Od razu przyszło mi do głowy, że postanowiłyśmy wybrać się do jakiegoś nietypowego miejsca. Może po drodze kazałyśmy zatrzymać się szoferowi, a gdy ja udałam się za gęsty krzaczek, te wampirzyce odjechały, zapominając o swojej koleżance? W takim wypadku dobre i to, że trafiłam na stodołę. A gdyby to był niewielki stawek, pole pełne byków, gniazdo przestępców czy takie tam?
– Nigdy więcej alkoholu – powiedziałam surowo do siebie i postanowiłam wybadać okolicę. Skoro słychać ludzi, to z pewnością użyczą mi telefonu. Mój został w torebce, a ona pewnie w limuzynie. Zadzwonię, po kogo trzeba, ochłonę i zacznę przygotowania do imprezy weselnej. W końcu jako główna druhna miałam swoje obowiązki.
Drzwi zaskrzypiały ostrzegawczo, jakby zaraz miały wypaść z zawiasów. Zmrużyłam oczy, bo słoneczko nieźle dawało, i dopiero po chwili udało mi się dostrzec szczegóły najbliższej okolicy. Patrzyłam w milczeniu i powoli włos jeżył się na mojej głowie…
Trzy drewniane chałupy do połowy zakopane w ziemi. Z jednej uchodził dym przez coś w rodzaju komina. Zero okien. Błoto na podwórzu, za płotem gęsty las, nierogacizna pętająca się po całej okolicy. No i ludzie. Oby to szlag trafił! Dwie kobiety, jeden mężczyzna, cała gromadka brudnych, zasmarkanych dzieciaków. Widok rodem ze średniowiecza. Z niesmakiem pomyślałam, że wylądowałam w jakimś skansenie, chociaż szczerze mówiąc, to skanseny wyglądały dużo lepiej. Czyściej. Przynajmniej te, które dotychczas udało mi się zobaczyć.
– Hej, hej! – Pomachałam do stojących w półkolu ludzi, którzy żywo o czymś dyskutowali. – Przepraszam państwa, ale chyba zbłądziłam.
Raźnym krokiem ruszyłam w ich kierunku. Przystopowało mnie dopiero w połowie drogi, bo wyglądali, jakby zobaczyli samego Belzebuba. Przerażenie w ich oczach, usta otwarte jak do krzyku, ale niewydające żadnego dźwięku, trwoga wykrzywiająca twarze. Po czym z głośnym rykiem zaczęli uciekać.
– Jasna cholera! – zaklęłam. Pomacałam się po głowie, potem po twarzy. Nic. Wszystko wydawało się normalne. Zerknęłam na ubranie, czyli maksymalnie seksowną, minimalistyczną, srebrzystą sukienkę. Też nic. Co to wszystko miało znaczyć?! – Ludzie, stójcie! – wrzasnęłam ponownie, zgrabnie omijając krowi placek na swojej drodze. – Pomocy potrzebuję! Telefonu!
Ostatnie dziecko zniknęło w gęstwinie lasu. Zostałam sama na środku błotnego podwórza, otoczona przez kaczki, gęsi, kury i coś tam jeszcze. Przy czym zwierzyna najwyraźniej miała w nosie mój wygląd i obecność.
– Co za pech – mruknęłam poirytowana, po czym nagle mnie olśniło.
Skoro buty leżały obok, to może i torebka się gdzieś zawieruszyła? Szybko wróciłam do wnętrza stodoły i po chwili triumfalnie wygrzebałam z siana niewielką kopertówkę. _Ma się to szczęście_ – pomyślałam, siadając na płaskim, nagrzanym słońcem głazie. Wygrzebałam telefon i tu spotkała mnie kolejna przykra niespodzianka – brak sieci. Kompletnie nic. Nawet numery alarmowe szlag trafił. Zaklęłam pod nosem, a potem wyjęłam małą, podręczną puderniczkę. Przyjrzałam się podejrzliwie swemu obliczu, bo mieszkańcy dziwnej zagrody nadal nie wrócili, ale oprócz rozmazanego tuszu do rzęs i barwnej smugi na lewym policzku po szmince nie dostrzegłam nic niepokojącego. No dobrze, ta szminka nadawała mi trochę wygląd wampira po przepiciu, ale bez przesady. Na taką panikę z pewnością nie zasługiwała.
– Trzeba będzie ruszyć dupsko, wybrać którąś stronę świata i poszukać cywilizacji – wymamrotałam posępnie.
Poczekałam jeszcze kwadrans, potem drugi i trzeci. W międzyczasie poprawiłam makijaż, odświeżyłam oddech za pomocą gumy do żucia i pożałowałam, że nie zabrałam ze sobą plecaka z wałówką. Mieszkańcy nadal nie wrócili. Co było robić? Wstałam, otrzepałam pupę i ponuro spojrzałam na świecące wesoło słoneczko.
– Entliczek pętliczek, zielony guziczek. Na kogo wypadnie, na tego bęc!
Wypadło na moją prawą stronę. I dobrze, bo tam las nie był taki gęsty. Zresztą, dziwne było, że do zagrody nie prowadziła żadna droga, chociażby gruntowa, zarośnięta. Zanim zanurzyłam się w nieznanym lesie, obeszłam jeszcze wszystko dookoła. Dopiero wtedy za stodołą dostrzegłam dość szeroką ścieżkę. Samochód by nie przejechał, ale dwóch rowerzystów obok siebie już tak. Postanowiłam olać wyliczankę i pójść dróżką. Gdzieś mnie w końcu zaprowadzi. Zanim jednak zdążyłam to zrobić, wyraźnie usłyszałam tętent końskich kopyt.
– No, w końcu! – krzyknęłam uradowana. Trzeba przyznać, że przez całe życie samotność nie doskwierała mi tak bardzo, jak w przeciągu ostatniej godziny.
Oparłam się o sterczący z ziemi, nadłamany pal, przybierając wdzięczny wyraz twarzy. Oczywiście wolałbym warkot samochodu, ale dobry i koń. Od biedy umiałam jeździć, więc może podrzucą mnie gdzieś w jakieś cywilizowane okolice? Niechby do najbliższego spożywczaka albo kościoła. Tych pierwszych i tych drugich akurat ci u nas pod dostatkiem.
Z lasu na polanę, na której stały chaty i stodoła, wypadło kilku konnych. Zatrzymali się, po czym zaczęli zachłannie się na mnie gapić. Ja na nich również. Konie jak konie, ale jeźdźcy stylizowani byli na wczesne średniowiecze, a poza tym kilku z nich dobyło broni. Miecze, topory i łuki skierowano niewątpliwie w moją stronę. A ja zamarłam osłupiała, wybałuszając oczy.
– Przepraszam, że przerywam zabawę w rycerzy i wieśniaków – odezwałam się w końcu, bo coś należało powiedzieć. – Ale zgubiłam w nocy drogę i…
– Wysłanniczko diabła! – Rosły młodzian na równie dorodnym koniu potrząsnął złocistą czupryną i groźnie zmarszczył czoło. – Zwyciężymy cię, szatanie, władco piekła!
– Mam na imię Lena. I przestańcie się wygłupiać! – Zdenerwowałam się. Co za nawiedzony palant?! Ja mu dam władcę piekła! Jak przyłożę w ten zakuty łeb, to ujrzy gwiazdy w biały dzień.
– Czarownica! – krzyknął któryś z tyłu. – Zabić ją!
Nie powiem, wiarygodni byli, ale jakoś te ich wygłupy nie przypadły mi do gustu.
– Zobaczymy, kto kogo – mruknęłam, na wszelki wypadek rozglądając się za możliwą bronią. Od ponad dziesięciu lat trenowałam krav magę, która z założenia była systemem walki opracowanym dla sił obronnych Izraela. Stanowiła niezwykle udaną hybrydę boksu tajskiego, judo, brazylijskiego ju-jitsu, aikido i zapasów. Baba byłam agresywna i zawzięta, więc dosyć szybko doszłam do brązowego pasa. Poza tym od przedszkola uczęszczałam na karate – tatuś z uporem maniaka prowadzał mnie na strzelnicę, a brat przekonał do skoków spadochronowych. Słowem, rzeczy ekstremalne stanowiły sens mej egzystencji. Przynajmniej do momentu, gdy umówiłam się na randkę z wymarzonym mężczyzną i w jego obronie obiłam mordy kilku typom spod ciemnej gwiazdy. Ukochany się spłoszył, zrywając kontakt, a ja popadłam w przygnębienie. Ta cała emancypacja to mi nosem wyszła.
– Nie, lepiej ją pojmać. – Na czoło jeźdźców wysunął się mężczyzna o anemicznym wyglądzie i minie zbitego psa. – Może coś wie o zaginionej królowej. Skujemy ją i doprowadzimy przed oblicze władcy. On zadecyduje.
– Ja bym tę parchatą czarownicę ukatrupił na miejscu – mruknął złotowłosy młodzian, który przed chwilą bredził o szatanie i piekle. Mierzył mnie przy tym wysoce nieprzyjaznym spojrzeniem.
Odwdzięczyłam mu się, wytykając język i prostując środkowy palec prawej ręki w powszechnie znanym geście. Buc jeden! Parchata czarownica? Parchata?!
– Skuwać mnie nie musicie, pójdę sama – oświadczyłam z godnością. Aż się wzdrygnęli ze strachem. Pewnie lepszego efektu nie osiągnęłabym, ziejąc ogniem z pyska i lewitując nad koronami drzew. A swoją drogą, za aktorstwo to bym im przyznała Oscara. – Potrzebuję konia i pomocy, aby go dosiąść. Akurat w te klocki nie jestem najlepsza – wyjaśniłam, szeroko się uśmiechając.
– Lancelocie! – Anemik skinął dłonią na blond gburka. – Czy podejmiesz się tego niebezpiecznego zadania?
– Oczywiście! – Blond gburek od razu poweselał, ale ja nie byłam zachwycona.
– Nie pojadę sama? – spytałam z pretensją.
– Nie mamy zapasowego rumaka. Sir Lancelot będzie cię pilnował, abyś nie uciekła i dotarła przed oblicze króla.
– Sir Lancelot? – Z powątpiewaniem patrzyłam na chłopaka, który podjechał bliżej i właśnie szykował coś w rodzaju grubego, solidnie wyglądającego sznura. – A ty to kto? Może do kompletu sir Galahad?
– Sir Girflet! Ona cię obraża! Może jednak…
– Nie! – Jedno stanowcze słowo ukróciło zapędy gburka. – Ma stanąć przed królem.
Ten, który szumnie tytułował się sir Lancelotem, zeskoczył z konia, po czym ostrożnie się do mnie zbliżył. Robił przy tym groźne miny, wymachiwał mieczem i w ogóle wyglądał przezabawnie. Poza tym pomyślałam z melancholią, że śliczny z niego chłopak – postawny, kolorystycznie wyrazisty, a buźkę miał taką, jakby mu ją rzeźbił sam Michał Anioł.
– Mam się dać związać? – spytałam domyślnie. Potem wzruszyłam ramionami. Nie będę temu gronu nawiedzonych szaleńców psuć zabawy. – To dawaj, wiąż! – Wyciągnęłam przed siebie złączone dłonie, co skrzętnie wykorzystał.
Kilka minut później siedziałam na koniu opleciona tym grubym powrozem jak świąteczna paczka, z kwaśną miną zastanawiając się, dlaczego nie trafiłam na kogoś normalnego. Co za pech! W końcu ruszyliśmy, na razie stępem, bo gęsty las nieco utrudniał rozwinięcie większej prędkości. Zaciekawiona wykręciłam głowę i spojrzałam przez ramię na siedzącego za mną gburka. Gapił się na moje prawie całkiem gołe nogi, bo sukienka podwinęła się, odsłaniając zbyt wiele. Gapił się i gapił, wybałuszając oczy i groźnie marszcząc brwi, a ja byłam coraz bardziej rozbawiona. W dodatku poczułam, jak jego ramię ściska mnie w pasie coraz bardziej kurczowo. Byłabym ostatnią kretynką, gdybym nie zorientowała się, co mu krąży po głowie. I złośliwie pomyślałam, że teraz się odwdzięczę za tę parchatą czarownicę. Dużej swobody ruchów nie miałam, ale zaczęłam odrobinę się wiercić, kręcąc tyłeczkiem i ocierając się o jego krocze i uda. Zauważyłam, że z taką siłą zacisnął palce na uździe, aż pobielały kłykcie. W pewnym momencie ze świstem wciągnął powietrze, a w końcu nie wytrzymał i jedna z jego dłoni wylądowała na moim udzie.
– Czarownica! – syknął przy tym wściekłym szeptem. – Przeklęta czarownica!
– Nie przesadzaj. To ty mnie obmacujesz.
– Chcesz mnie zwieść na manowce? Niedoczekanie twoje! – Z wyraźnym trudem oderwał rękę od rozpalonej skóry.
Wyjechaliśmy z lasu i konie od razu przeszły w kłus. Trochę ciężko było uwodzić gburka w takiej sytuacji, więc odpuściłam, resztę zemsty odkładając na później. Za to z ciekawością rozglądałam się dookoła. Nagie pagórki, wszechobecna zieleń, po prawej las, po lewej las, za nami las, w oddali na horyzoncie las… Gdzie ja, do cholery, jestem? Po raz pierwszy poczułam wyraźny, trudny do określenia niepokój. Coś mi strasznie nie pasowało w tym wszystkim.
– Co to za miejsce, w które się udajemy, czcigodny rycerzu? – zadałam pytanie mojemu milczącemu i wkurzonemu towarzyszowi.
– Jesteśmy w drodze do Camelotu – odparł krótko. – Król zadecyduje, co z tobą zrobić, czarownico. Ale łaski to bym nie oczekiwał.
– Taaa… W drodze do Camelotu – odpowiedziałam z ironią, po czym zamilkłam, bo minęliśmy właśnie pas drzew i moim oczom ukazała się ogromna dolina, nad którą górował potężny, kamienny zamek.
Zamrugałam zdezorientowana oczami. Co jak co, ale moja wiedza o zamkach i pałacach była dość obszerna i dałabym sobie głowę uciąć, że ta budowla nie znajdowała się w Polsce. Ale w takim razie gdzie? Gdzie, do diabła, trafiłam? Niemcy? Bzdura! Z języków obcych znałam jedynie angielski, nie dogadałbym się. A przecież… Zastanowiłam się. Zaraz, zaraz… Rozumiałam tych ludzi, oni mnie również, lecz to nie był język polski. Raczej coś, czego nie znałam, chociaż znałam. Kurde! Jakie to wszystko popieprzone…
– Najprostsze wyjaśnienie, to puknęli mnie w łeb i mam omamy – wymamrotałam, zachłannie gapiąc się na okolicę.
Właśnie wjechaliśmy do jakiejś wioski. Zresztą, kto wie, może to były tereny podmiejskie? Nieważne. Ogólnie widok przygnębiający. Brud, smród i ubóstwo. Droga pełna błota, małe, przytulone do siebie chatki i ludzie o zmęczonych twarzach. W miarę jak posuwaliśmy się do przodu, droga zmieniła się w kamienny trakt, domy zaczęły przypominać normalne budowle, a mieszkańcy wyglądali na czystszych i mniej dzikich. Tak intensywnie przyglądałam się wszystkim szczegółom, że nie zauważyłam, iż większość spluwa na mój widok. Nic dziwnego, byłam prawie naga. Poza tym w promieniach zachodzącego słońca moja sukienka skrzyła się i lśniła. W porównaniu do wszechobecnej szarzyzny byłam jak egzotyczny ptak wśród wróbli. No i te trampki w kolorze soczystej zieleni. Szał ciał i uprzęży!
– Czy król Artur… – zaczęłam ostrożnie, ale od razu urwałam, napotykając zdumione spojrzenie mego towarzysza.
– Jaki król Artur? – spytał z niesmakiem. – Nie ma i nie było kogoś takiego.
– Nie? – osłupiałam jeszcze bardziej. Te majaki, jak widać, były jakąś spersonalizowaną wersją. – To kto niby jest królem?
– Nasz miłościwie nam panujący władca to Mordred. U jego boku zasiada królowa Ginewra, która niespodziewanie zniknęła dziś rano.
– Mordred? – zadumałam się. – Ale okrągły stół macie?
– Co ty bredzisz, babo?! – warknął. – Po cholerę nam okrągły stół? To niepraktyczne. Stoły ci u nas normalne, dębowe, na trzydziestu chłopa.
Więcej nie pytałam, czując się przytłoczoną nadmiarem sprzecznych wiadomości. Majaki nijak się miały do legendy. Artura nie było, stołu nie było, Merlina…
– A jakiegoś Merlina znasz? – spytałam markotnie.
– Merlina? Był taki jeden pokręcony staruch, co robił za nadwornego błazna, ale poślizgnął się na świeżo wypucowanej posadzce, fiknął koziołka i zleciał ze schodów. Nie żyje już dobre parę lat.
– No jasny gwint! – wymamrotałam.
Dopiero teraz spostrzegłam, że zbliżyliśmy się do zamku, a przed nami rozciągała się szeroka fosa pełna mętnej wody. Sama budowla z bliska nie wyglądała już tak imponująco. Po dziedzińcu pętały się kaczki i gęsi, widać też było, że mury w wielu miejscach się sypią, wymagając natychmiastowego remontu. Nawet, o zgrozo, przed samym wejściem do siedziby króla stała sobie ubrudzona świnia i pochrząkiwała wesoło, ryjąc z zaangażowaniem w ziemi.
Zatrzymaliśmy się na samym środku, tuż przy studni. Zostałam w sposób mało elegancki postawiona na ziemi, przy czym gburek wyraźnie unikał mego wzroku.
– I co dalej? – spytałam zgryźliwie. – Tak mnie spętałeś, że nie zrobię nawet kroku.
– Zaniosę cię – mruknął.
– Skąd wytrzasnęliście takie rekwizyty?
– Hę?
Poddałam się. Byłam pewna, że nie udaje. On naprawdę był Lancelotem, rycerzem okrągłego… No cóż, pozostańmy przy rycerzu. Pewnie miałyśmy wypadek i leżę sobie teraz gdzieś w szpitalu pogrążona w śpiączce, a moja podświadomość szaleje. Westchnęłam. Trudno, zaakceptuję sytuację i poczekam, aż mnie wybudzą. Do tej pory będę się świetnie bawić. Pod warunkiem, że nie spalą mnie na stosie jako czarownicy.
– Prowadź wiedźmę do władcy – usłyszałam za plecami i od razu się zdenerwowałam.
– Tylko nie wiedźmę! – zaprotestowałam energicznie.
Żaden z nich nie raczył mi odpowiedzieć, za to Lancelot przerzucił mnie sobie przez ramię i wszedł do środka. Średniowieczną budowlę podziwiałam więc niejako do góry nogami. Siły temu skubańcowi nie brakowało, bo nawet się nie zadyszał, dźwigając moją skromną osobę. Za to wyobraziłam sobie jego minę i zachichotałam, bo musiał mnie trzymać za nagie uda…
– Panie! – Postawił mnie w końcu na ziemi, a sam padł na kolana, pochylając głowę. Z ciekawością przyjrzałam się ich władcy i mina wyraźnie mi się wydłużyła. To niby był ten ich król? To? Tłusty i nieruchawy, o pożółkłych zębach, ogromnym brzuszysku, malutkich oczkach i wianuszku z resztek włosów dookoła łysej czaszki. Nawet korony nie miał…
– Cóż za dziwo ze sobą przywiozłeś, sir Lancelocie? – usłyszałam głęboki, lekko rozbawiony głos gdzieś po prawej. – I kto, u licha, tak ją obwiązał tym powrozem?
– To czarownica, mój panie. Może być niebezpieczna.
– Co za ludzie… Czy każdą piękną kobietę nazywasz czarownicą?
W końcu mogłam zobaczyć właściciela głosu i trzeba powiedzieć, że szczęka opadła mi po raz drugi. Wysoki, szczupły i widać, że niezwykle postawny. Włosy miał w kolorze nocnego nieba, kędzierzawe, twarz o niezwykle regularnych rysach, wysokie kości policzkowe, nos nieco kartoflowaty, oczy ciemne niczym dwie studnie, a cerę smagłą, ogorzałą od słońca. Zerknęłam na Lancelota i pomyślałam, że byli niczym rewers i awers, jeden jasny, złocisty, drugi ciemny, mroczny.