Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ja, robot. Gatunek z amnezją. - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 września 2026
40,00
4000 pkt
punktów Virtualo

Ja, robot. Gatunek z amnezją. - ebook

„Ja, robot” to inżynierskie dochodzenie w sprawie pochodzenia, natury i konstrukcji Homo sapiens. Autor, inżynier z ponad 20-letnim doświadczeniem w projektach badawczo-rozwojowych, analizuje człowieka jak produkt inżynieryjny i pyta, dlaczego jesteśmy tak słabo przystosowani do życia w naturze. Kręgosłup, miednica, mięśnie, nagość, potliwość, bezradne dzieciństwo czy ukryta owulacja tworzą obraz organizmu pełnego niezwykłych „anomalii”, które mogą sugerować celową modyfikację. Następnie autor analizuje starożytne artefakty, skok technologiczny neolitu oraz mity i teksty religijne różnych cywilizacji, odczytując je jako potencjalne ślady utraconej wiedzy. Wreszcie zagląda do ludzkiego mózgu, umysłu i świadomości, opisując je językiem hardware’u, firmware’u i software’u. Książka nie oferuje ostatecznych odpowiedzi, lecz stawia radykalną hipotezę: czy człowiek jest największym artefaktem w historii – i dlaczego pozostawiono nas z amnezją?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Popularnonaukowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398230315
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

O AUTORZE

Urodziłem się w 1979 roku, w jednym z małych, dolnośląskich miasteczek. Moje pokolenie, jeszcze jako dzieci, bez większego zrozumienia doświadczyło turbulentnych czasów - ci kilka lat starsi pamiętają stan wojenny, ci w moim wieku pamiętają brak większości artykułów spożywczych, brak czekolady i dwie pomarańcze na święta. Czasy dorastania to cały rok w jednych butach, hiperinflacja, denominacja, przestępczość, wojny subkultur i rekordowe bezrobocie.

Bezrobocie, przed którym nie dało się uciec. Nawet ukończywszy wydział mechaniczny na Politechnice ciężko było o pracę. Chyba nie przesadzę gdy stwierdzę, że 90% mojego pokolenia mieszkającego na wsiach, w małych miastach, a nawet w średnich miastach podjęło trudną decyzję o emigracji zarobkowej. Część z nas po latach wróciła, część z nas już pewnie nie wróci. Za to każdy z nas za granicą mierzył się ze stereotypem Polaka - delikatnie ujmując, osoby, której należy cały czas patrzeć na ręce.

Paradoks dla wielu z nas polegał na tym, że za granicą mogliśmy pracować w wyuczonym zawodzie, podczas gdy w Polsce nie było dla nas pracy w ogóle. Ja wyjechałem pierwszy raz na kilka miesięcy, wróciłem po 10 latach, by po kilku latach pracy w Polsce znowu zostać zmuszonym do wyjazdu za granicę. I tak minęło ponad 20 lat.

20 lat pracy inżyniera przy projektach badawczo-rozwojowych wyrabia pewne nawyki - w pewnym momencie już całkowicie nieświadomie analizuje się wszystko to, co się wokół dzieje. Nieświadomie, ale krytycznie. W pewnym momencie zacząłem zadawać sobie pytania, dlaczego to czego nas uczą, o czym nam mówią, stoi w opozycji do zdrowego rozsądku, logiki i doświadczenia? Po pewnym czasie brak odpowiedzi na te pytania rodzi frustrację. Zwłaszcza, że pytania te dotyczą najważniejszych obszarów naszego życia - nauki, ekonomii, zasad, psychologii…

Kwestie nauki i technologii są dla inżyniera czymś naturalnym do rozważania.

Kwestie ekonomii i finansów - po tym jak byłem świadkiem gdy pokolenie moich rodziców w rok straciło całe życie - wszystkie oszczędności, pieniądze odłożone na książeczkach mieszkaniowych i zmuszone było pracować na 2 etaty by w pewnym okresie zwyczajnie móc przetrwać “do pierwszego”, chciałem zrozumieć co się wydarzyło, by móc tego uniknąć.

Kwestia naszej psychiki, zachowania… Cóż, od dziecka mam przypadłość świadomego śnienia. Na początku była to ogromna fascynacja i fantastyczna zabawa, w pewnym momencie natura inżyniera przejęła stery i zaczęło się badanie tego obszaru, co doprowadziło mnie do obserwacji o tyle fantastycznych, co logicznych gdy się już je dostrzeże, a mianowicie, że nasz mózg bardzo często nas oszukuje. I to nie tylko we śnie…

I właśnie te trzy składowe stanowią bazę, na której powstała ta książka. W życiu bardzo rzadko mamy do czynienia z wyizolowanymi wydarzeniami – skutek zawsze wynika z przyczyny, zawsze są jakieś niewiadome czy składowe o których nie wiemy, często w wyniku błędu poznawczego ignorujemy wpływ z innych obszarów, a mimo to tak często formułujemy hipotezy, które uważamy za dogmaty. I nie przeszkadza nam, że widzimy dane zjawisko tylko przez dziurkę od klucza. Lub może inaczej - widzimy tylko jego chybotliwy cień, jak w platońskiej jaskini. Nie rozumiemy, nawet nie próbujemy zrozumieć - po prostu arbitralnie stwierdzamy, że mamy rację. To jest problem wyizolowanej perspektywy. Oraz naszej pychy.

Tymczasem jeśli spojrzymy holistycznie, bez uprzedzeń, z autentycznym zainteresowaniem, otwartością i chęcią zrozumienia, fragmenty łamigłówki nagle wskakują na swoje miejsce i choćbyśmy nie wiadomo jak bardzo chcieli, nie da się ich ani inaczej ułożyć, ani wyrzucić i udawać, że całość dalej pasuje. A raz zobaczonego obrazu nie da się odzobaczyć.

Pytanie, czy jesteście gotowi spojrzeć na świat przez pryzmat logiki, chronologii i prawdopodobieństwa, odrzucając na czas analizy paradygmaty i opinie “autorytetów”?

Jeśli tak, to zapraszam na skok do mojej króliczej nory.

“_Myślenie nie jest łatwe, ale można się do niego przyzwyczaić.”_

_Alan Alexander Milne, Kubuś Puchatek_ZAMIAST WSTĘPU

Nie wiemy, co dokładnie wydarzyło się kilkadziesiąt lat temu, jeśli nie mamy świadków lub dokumentów. Opieramy się wówczas o doświadczenie życiowe, jak i dobrze udokumentowane wydarzenia historyczne, logikę, naszą wiedzę z różnych obszarów (technologia, psychologia, geologia etc) i na podstawie tego staramy się wydedukować najbardziej prawdopodobny scenariusz. Nie wiemy co dokładnie wydarzyło się kilkadziesiąt lat temu, a co dopiero kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lub kilkaset tysięcy lat wstecz?

Problem w tym, że nasz umysł otwierając nam jedne drzwi, zatrzaskuje inne - bardzo trudno jest być obiektywnym, jeśli chcemy mieć rację. A jeszcze trudniej, jeśli od tej “racji” zależy nasza pozycja zawodowa, a zarazem finansowa.

A przyznać po 20 czy 30 latach bronienia określonej tezy, że się myliliśmy jest praktycznie niemożliwe. Chyba, że na łożu śmierci, gdy już ośmieszenie nie jest straszne, wstyd nie ma znaczenia, a o przyznawane przez dziesiątki lat granty na badania nikt się nie upomni.

W archeologii artefakt ma pierwszeństwo przed deklaracją (tekst narracyjny). Zazwyczaj. Problem pojawia się, gdy do tego równania wkracza technologia. Dlaczego? Ponieważ archeolog nie musi i zazwyczaj nie ma pojęcia o aspektach technologicznych i technicznych niezbędnych do wykonania znalezionych artefaktów. Nie będąc inżynierem zadowala się wynikiem abstrakcyjnego (bo oderwanego od rzeczywistości) eksperymentu myślowego na zasadzie: _to była epoka brązu, więc mieli dłuta z brązu, więc mogli nimi kuć w kamieniu i jeśli kuli odpowiednio długo i dokładnie, to na pewno mogli uzyskać efekt, jaki widzę w postaci znalezionego artefaktu._ I już artefakt został dopasowany do tekstu, mimo, że autor zapisku mógł czegoś nie wiedzieć, mógł źle lub nie zrozumieć, konfabulować lub kłamać.

Co jednak fascynuje mnie od dziecka, to fakt, że współczesna archeologia potrafi z ogromną swobodą ignorować nie tylko artefakty, ale i dowody w postaci spisanych dokumentów (choć do siebie pasują) - najwyraźniej wychodząc z założenia, że artefakt “jakoś przecież wykonano”, a autor tekstu nie opisywał czego był świadkiem, lecz to “sobie wymyślił”.

Nie wiem, czy miejsce miał scenariusz analogiczny do opisywanego w książce. Jak było NIE WIE NIKT - ani ja, ani żaden archeolog, bo nas tam wtedy nie było. Ale pozostały artefakty. I piszę właśnie o artefaktach, które widzimy każdego dnia, których nie da się zignorować, ale których nauka nie potrafi wytłumaczyć w racjonalny i logiczny sposób. Zazwyczaj dochodzi wówczas do ekwilibrystyki intelektualnej niemającej nic wspólnego z racjonalnością, a na końcu stawiana jest teza, że tak jest, bo... nie potrafimy tego inaczej wytłumaczyć.

Ale… pokażcie artefakt inżynierowi - nie powie wam, czy możliwe było wykonać go 10.000 lat temu, ale powie jak taki przedmiot można wykonać, jaką wiedzą należy dysponować, jakimi narzędziami, jaką technologią.

Inżynierowie nie bawią się w domysły i interpretacje - albo coś wiedzą, albo nie. A jeśli nie, to stosują metodę eliminacji negatywnej - odrzucają to, co nie działa. Dokładnie jak Sherlock Holmes Arthura Conana Doyle’a: “_jeśli odrzucić to co niemożliwe, to to, co pozostanie, choćby najmniej prawdopodobne, musi być prawdą_”.

Chociaż… inżynierowie nie lubią słowa prawda - wolimy określenie: FAKT. Prawda to kwestia postrzegania z określonej perspektywy, fakt natomiast jest zjawiskiem obiektywnym - patrząc na walec z różnych stron jeden będzie widzieć okrąg, inny prostokąt…

A ARTEFAKT powstał z połączenia słów: ARS (sztuka, kunszt, umiejętność) oraz FACTUM (czyn, dzieło, coś zrobionego). Arte-fakt - umiejętność tworzenia. Technologia.

Podejmuję tę rękawicę i wam zostawiam ocenę, czyja wersja wydarzeń ma dla was więcej sensu - moja, czy stanowisko oficjalnej nauki.

Książka nie wyczerpuje zagadnień, wręcz przeciwnie - ledwie zarysowuje wierzchołek góry lodowej.

_Prawdziwa inżynieria zaczyna się tam, gdzie kończą się zasoby._PROLOG

— Szefie?

— Tak, Kyle?

— Co robimy? Cisną mocno o informację, nie rozumiem dlaczego mnie.

— Wiem, Kyle. Nie słuchają. Od kilku tygodni próbuję im wytłumaczyć, że to tak nie działa - nie wystarczy stacja orbitalna, kilkadziesiąt maszyn i setka choćby najgenialniejszych specjalistów, żeby w tak krótkim czasie zacząć wydobycie. Zresztą sam wiesz doskonale jak jest. Ta planeta to dla nas niespodzianka - nie wiemy wystarczająco dużo na temat jej stabilności tektonicznej, charakterystyce geologicznej, nie wiemy jakim zagrożeniem może być dla nas roślinność, zwierzęta czy drobnoustroje.

— Wiem szefie. Oni myślą, że to to samo, co kilka ostatnich projektów eksploatacji kilkunastokilometrowych geoid - że wystarczy kilka maszyn operowanych ze stacji, grupka techników do ich obsługi w razie jak się popsują, choć tak naprawdę nie bardzo od czego mają się psuć, jeśli tylko operatorów nie poniesie fantazja przy wyciskaniu parametrów. Nie mogę uwierzyć, że nie potrafią zrozumieć tak prostej różnicy, że geoida nie ma atmosfery, nie ma aktywności tektonicznej - to po prostu duży kamień, w którym możemy wiercić tam gdzie chcemy, wysadzać to, co nam przeszkadza i wybierać surowce jak z piaskownicy. A planeta, jeszcze taka… tu najpierw trzeba będzie wykarczować teren, aby cokolwiek zacząć robić. A czym mamy karczować? Wiertnicami? Egzoszkieletami górniczymi? Mamy nawiercać drzewa i je wysadzać? Przecież to jakaś paranoja! Poza tym widziałeś symulacje Adama – nawet jakbyśmy oczyścili jakimś cudem kilka hektarów, to kilka procent zasobów na dole musimy przeznaczyć na konserwację terenu. Zasobów, których i tak mamy za mało.

— Wiem Kyle. Wiem. Mamy trochę czasu by uruchomić wydobycie, a nie mamy odpowiedniego sprzętu. Nawet jakbyśmy przerobili część tego co mamy, to i tak będzie to niewystarczające - na długo nie wystarczy i może skończyć się tak, że zanim pozyskamy surowiec maszyny się wyeksploatują i wtedy co? Będziemy kanibalizować część struktury bazy, by spróbować reanimować sprzęt na dole? Bez gwarancji, że jeszcze bardziej uszczuplonymi zasobami osiągniemy choćby pierwsze rezultaty? A tak naprawdę, nie wiemy nawet, jaki skład chemiczny mają tutejsze rudy, jakie procesy musimy opracować do ich rafinacji, że przecież trzeba najpierw zbudować instalacje przetwórcze… Ale ci cholerni biurokraci nie potrafią zrozumieć nawet tego… Chcesz się pośmiać? Wczoraj, jak już nie wytrzymałem i wyrwało mi się to i owo, chyba dotarło do nich, że problem naprawdę jest poważny. I wiesz co zaproponowali? Nie uwierzysz. Wiesz, może lepiej usiądź. No to teraz słuchaj - zaproponowali… zwiększenie budżetu o 20, no może nawet 30%.

— Yyy… Co?

— No właśnie to. Powiedzieli, że sypną groszem. Że zbiorą zarząd w trybie pilnym, choćby dziś lub jutro, przedstawię sprawę i przyznają nam dodatkowe środki…

— Jezu, poważnie?

— Poważnie.

— I jak niby według nich ma to cokolwiek rozwiązać? Taką decyzję to należało podjąć przed rozpoczęciem projektu i to co najmniej dwa lata - żeby można było zamówić sprzęt, żeby zdążyli go wyprodukować, dostarczyć, zrobić choćby pierwsze testy, wyszkolić operatorów pod okiem fachowców. Co my teraz z tą kasą mamy niby zrobić? Zamówienie, wykonanie i dostarczenie czegokolwiek do naszej lokalizacji zajmie… Co ja opowiadam - nikt się tego nie podejmie. To szaleństwo – jakbym na środku pustyni umierał z pragnienia, ale oni prześlą mi dodatkowy budżet, bym sobie kupił skrzynkę wody. Od kogo – skorpiona czy skarabeusza? No, to w sumie możemy się zawijać z powrotem.

— I tu pojawia się pewien problem…

— Jaki problem? Andy, o czym ty mówisz?

— Nie damy rady. Nie mamy na tyle paliwa.

— Co!?! Jak? Przecież Daphne…

— Daphne jest genialna, ale to tylko algorytm - jeśli fizycznie zmanipulujesz czujniki, to Daphne nie ma szansy o tym wiedzieć. A wygląda na to, że to akurat dobrze przygotowali. Kojarzysz komunikat podczas finalnego sprawdzania systemów?

— Tak, przesunęliśmy start by wszystko jeszcze raz zdiagnozować.

— No właśnie. Moim zdaniem to właśnie wtedy usunęli część paliwa i musieli jakoś ominąć system i nadpisać logi - to dlatego Daphne tego nie wykryła. Teraz jak o tym myślę, to wszystko układa się w logiczną całość - te drobne korekty kursu, które musieliśmy wprowadzać. To nie był błąd w obliczeniach, to był błąd w masie i jej rozłożeniu, którego nie powinno być przy pełnej ilości paliwa.

— Jezu… przecież to kryminał.

— Słowo na słowo. Powiedzą, że zafałszowaliśmy logi, bo chcemy wracać. Nie da się sprawdzić tego w sposób wiarygodny, wiedzą doskonale, że zanim wrócimy, to zgarną premię, przetasują się stanowiskami, zrobią reorganizację i włos nikomu z głowy nie spadnie.

— To co robimy? Masz jakiś plan?

— Kyle, jak długo pracujemy razem?

— Nie liczyłem, ale będzie już z… 200 lat? 250? W każdym razie z połowę geoid z okolic Saturna.

— 323 lata.

— Hmmm, aż tyle? Jak człowiek się nie starzeje, to gubi się poczucie czasu.

— Fakt. Ale do rzeczy - rozmawiałem z Li Chun i Helen, z ekipy Adama.

— Po co? Co pion biologiczny ma do wydobycia? Czekaj, wracamy? Kombinujesz z driftem kontrolowanym i sprawdzasz, czy potrzebna będzie rotacja operatora? W sumie to ja też nie chciałbym wychodzić z hibernacji co kilka miesięcy przez kilkadziesiąt lat. Chyba bym was wszystkich znienawidził za to, że wy sobie spokojnie śpicie, a ja cały czas muszę przechodzić kaca po chemii.

— Nie. Nie wracamy. Jakkolwiek wydawałoby się to intuicyjnym rozwiązaniem, ale wiąże się to po pierwsze z ryzykiem dla załogi, po drugie z konsekwencjami prawnymi - skoro logi są sfałszowane i wyszło to dopiero teraz, to jak mam udowodnić, że z premedytacją odpompowano nam część paliwa uniemożliwiając powrót? Moje słowo przeciwko ich słowom… Nie bardzo mamy wybór - jakkolwiek irytująca jest ta myśl w tych okolicznościach, to ten podły czyn był na zimno przekalkulowany i… jedyne wyjście to spróbować uruchomić wydobycie. Powiem więcej – teraz robimy już to nie tylko dla firmy, ale i dla siebie. Jedyny bilet powrotny to stworzenie infrastruktury umożliwiającej nam wyprodukowanie paliwa.

— Andy, ale… jak? Nie mamy czym, nie mamy kim, nie mamy zasobów! Jak chcesz wyjść z tego impasu?

— Dlatego rozmawiałem z Helen i Li Chun. Myślę, że mam rozwiązanie, choć od tygodnia biję się z myślami.

— Okay, oświeć mnie.

— Znasz raport Helen odnośnie fauny tej planety? Chodzi mi o duże zwierzęta?

— Nie.

— Zleciłem taki na prośbę Piotra, pod kątem bezpieczeństwa operatorów na dole. No więc Helen wysłała drony i wyobraź sobie, że pośród różnych stworzeń, które tam biegają, pełzają i latają, są również gatunki anatomicznie prawie humanoidalne. Nie są jakoś super podobne, ale funkcja ich budowy anatomicznej jest bardzo zbliżona.

— No i?

— No i… Li Chun twierdzi, że potrafiłaby przerobić ich genotyp tak, by stworzyć nam kadrę na dole.

— Pfff… kompletnie się na tym nie znam, ale to brzmi… przerażająco. Nasza cywilizacja próbowała już kilka razy bawić się w Stwórcę i z tego co kojarzę skończyło się to w najlepszym przypadku samobójstwem tych biednych stworzeń, w tym gorszym – śmiercią naukowców i zabiciem genomika.

— Nie powiedziałem, że to będzie łatwe. Li Chun i Helen są zdania, że jest nieźle, bo nie muszą opracowywać genomu od podstaw, co byłoby po pierwsze cholernie trudne, zajęłoby dużo czasu, nawet z ogromną pomocą Daphne i niestety wcale nie byłoby wolne od ukrytych wad, które wychodziłyby wraz z kolejnymi literami. Natomiast przeróbka załatwia nam ponad 95% tego najtrudniejszego obszaru - nie musisz się zastanawiać nad stworzeniem szkieletu, doborem siły mięśni i ścięgien, systemu nerwowego, całego tego wachlarza organów i hormonów, które u tych stworzeń są zupełnie inne niż znany, więc też brodzilibyśmy po szyję po omacku tym genetycznym bagnie. A tak bierzemy tego humanoida, stawiamy go na tylnych łapach, robimy mu stopy zamiast łap, postawić do pionu kręgosłup, przerobić to i owo tak, żeby środek ciężkości wypadał między stopami… 5% przeróbek. Zero mieszania w ich chemii, systemie nerwowym i tak dalej. Można by rzec, że to takie bardziej nasze przeróbki - zmiana kinematyki, statyki, kwestie wytrzymałościowe…

— Czekaj, a jakieś zabezpieczenia, żebyśmy nie skończyli jak ci naukowcy z pierwszego eksperymentu z genomikami?

— Dlatego chcę za dwie godziny porozmawiać z tobą, Helen, Li Chun, Alonso, Piotrem i Jose. Piotr i Alonso służyli kiedyś w wojsku, to chyba zresztą wiesz. Jose pracował przy systemach zabezpieczeń, a nie znam nikogo lepszego od ciebie, kto znajdzie dziurę w całym. A dziewczyny muszą powiedzieć, co da się zrobić.

— Sportowo… ehhh, daj mi chwilę na przetrawienie tego co powiedziałeś. To znaczy, ja wiem – to jest rozwiązanie optymalne, co nie znaczy, że mi się podoba. A nawet inaczej – zgadzam się z tobą, że to jedyne sensowne wyjście, ale… Ehhh, nie podoba mi się to.

(…)

— … i tak to wygląda moi drodzy. Rozumiem szok, rozumiem, że może się nam to nie podobać, ale chciałbym was prosić, abyście odłożyli emocje do końca tego spotkania, ponieważ nic one nie zmienią, a tylko stracimy cenny czas - utknęliśmy i im szybciej zaczniemy działać, tym większe mamy szanse.

— Niezłe szambo… no dobrze, to ja na samym wstępie od razu zaznaczam, że mamy co najmniej dwie kategorie do zabezpieczenia, tę bezpośrednią i tę pośrednią. Bezpośrednia – genomik nie może stanowić zagrożenia podczas kontaktu z nami. To znaczy zagrożenie zawsze będzie, ale chodzi mi o zminimalizowanie ryzyka uszkodzenia ciała lub poważnego uszkodzenia ciała. Na pewno muszą być od nas słabsze fizycznie, dobrze byłoby wprowadzić cechy pozwalające natychmiastową identyfikację, na co patrzą, czy są w dobrym humorze czy może wściekłe, na pewno do wyeliminowania są kły, pazury, silne szczęki, może mają toksyczną ślinę więc to też trzeba byłoby wyeliminować. Pete?

— Do pierwszej warstwy dorzuciłbym ogólną gracylność układu - skoro i tak redukujemy im siłę mięśni, to zredukujmy również kościec - dziewczyny i tak będą musiały nad nim popracować podczas prostowania szkieletu i dodania mu mobilności. Zmniejszcie przy okazji gęstość kości, będzie dodatkowa oszczędność na masie - zawsze to mniej paliwa. Al już powiedział o zębach, ja na wszelki wypadek zmniejszyłbym kąt rozwarcia szczęki, jakieś zęby zawsze im zostaną, a jak nie będą mogli rozdziawić japy to i ugryzienie nie będzie takie łatwe. Ja tu widzę kilka innych zagadnień - jak chcemy przekonać te genomiki, by pracowały cały dzień za michę jedzenia? Mamy bawić się w kucharzy i kelnerów? Jeśli już tworzymy nowy gatunek, to zróbmy to kompleksowo - niech będą zbliżone maksymalnie do swojego pierwowzoru, niech same dbają o wyżywienie.

— Czekaj, tylko widzisz – pójdzie toto w las po jedzenie i już nie wróci.

— No to zmieńmy go tak, by musiał wrócić, albo żeby wcale nie musiał chodzić do lasu. A najlepiej jedno i drugie.

— Czyli co?

— Odbieramy im kły, pazury, szczęki, siłę, ale dajemy im sprawniejszy układ przemieszczania się, manualny i jak się domyślam robimy mu upgrade systemu operacyjnego? No bo musi ogarnąć czynności bardziej złożone niż znalezienie pożywienia czy drapanie się po tyłku. I to trochę komplikuje sprawę.

— Pozbawmy ich ochrony.

— Co masz na myśli?

— No to ściągaj skafander, buty i gacie i idź do lasu.

— A, no tak. W sumie to fantastyczny pomysł – bez futra będą pozbawione ochrony termicznej jak i będą narażone na wszelkie uszkodzenia warstwy zewnętrznej. Czyli wyprawa do lasu nie będzie taka przyjemna, samo poruszanie się po terenie naturalnym będzie stanowić pewne wyzwanie żeby się łatwo nie uszkodzić. Z drugiej strony daje nam to możliwość lepszego chłodzenia, a więc dłuższej i wydajniejszej pracy.

— Lepsze chłodzenie oznacza konieczność uzupełniania płynów, to dodatkowy punkt do przywiązania go do jednego miejsca. To znaczy przywiązania ich, bo będziemy potrzebować całą armię robotników. No dobrze, o ile prototypy możemy wydrukować, to nie widzę tutaj innej możliwości niż żeby genomiki same się reprodukowały. To nam implikuje kolejne kwestie – płciowość, a więc hormony, a więc pewna destabilizacja układu, dodajmy do tego większe skupiska… kurczę, ogarnięcie tego będzie niezłym wyzwaniem.

— Cóż, trzeba będzie wprowadzić cykl programowania. Te pierwsze egzemplarze jakoś ogarniemy, dla kolejnych musimy opracować kilka warstw zabezpieczeń z poziomu drugiego i jak się okazuje z trzeciego – czyli żeby nie pozabijały się między sobą...

— Panowie, moja wstępna symulacja pokazuje pewien problem jeśli chodzi o tę reprodukcję – muszę im zwęzić miednicę, a więc i kanał rodny, a trzeba im zwiększyć mózg, a więc i czaszkę. To dziecko się nie urodzi. Nie przejdzie przez kanał rodny.

— Jakieś rozwiązanie?

— Tak, ale może się wam nie spodobać. Dziecko musi się urodzić zanim wielkość czaszki przekroczy wartość krytyczną.

— Czyli jako wcześniak?

— Tak. Ostatnia faza rozwoju płodu będzie odbywać się już poza macicą. Mogę zrobić tak, że płód będzie mieć wykształcone podstawowe funkcje, ochronną warstwę zewnętrzną, przy podstawowej opiece nie powinno być problemu z dalszym rozwojem. Jest jedno małe “ale”. Mogę zaprogramować długość ciąży na podstawie mediany wzrostu czaszki, ale…

— …musimy się liczyć ze stratami?

— Między 10 a 20% na dzień dobry. Ale skoro tworzymy duże skupiska, to możemy też nauczyć ich odpowiedniej pielęgnacji i prowadzenia ciąży, a nawet jej odbioru. Skoro zrobimy ich na tyle inteligentnych by mogli wykonywać złożone polecenia, to nie widzę powodu dla którego nie mogłyby opanować i takich funkcji. Przy takim założeniu straty spadłyby poniżej 5%, może nawet do 2%.

— Skoro będziemy kształcić akuszerki, to wyodrębnijmy również kilka grup zawodowych – będą potrzebować schronienia, dobrze byłoby, by się nie rozbiegali szukać jedzenia. Będą potrzebować ochrony termicznej w nocy, może mechanicznej podczas pracy. Na pewno są tu rośliny, które możemy zmodyfikować tak, by dawały większe plony, nauczymy ich rolnictwa, włókiennictwa, garncarstwa, co zapewni nam komfort ich skupienia jak i ciągłości pracy, ale wiecie co – to oznacza że do naszego grona potrzebujemy dołączyć kolejnych specjalistów. Daphne jest genialna, ale może zwyczajnie nie ogarnąć pewnych cech które są trwałe z organizmami żywymi – przydałby się cybernetyk, psycholog, ktoś od kodowania – programista lub logik, matematyk. Bo wiecie, to już nie jest, to znaczy nie będzie, tylko biorobot. Mówimy o stworzeniu inteligentnego gatunku z nieznanych nam komponentów i w nieznanym nam środowisku. A skoro inteligencja, to i jakaś forma świadomości…

— Masz rację. Zastanówmy się do jutra nad tym, kogo na wstępie dołączyć do naszego wąskiego grona, a tymczasem skupmy się na tym co już teraz możemy określić, by dziewczyny już mogły zacząć pracę. A mnie czeka jeszcze ogłoszenie “wesołej nowiny” całej załodze…

_“Im bardziej pospolita i banalna jest zbrodnia, tym trudniej ją wykryć.”_

_Arthur Conan Doyle, Przygody Sherlocka Holmesa_1. ANOMALIE BIOLOGICZNE - FAKTY, KTÓRYCH PRÓBUJEMY NIE DOSTRZEC

WADY KONSTRUKCYJNE - WSTĘP

Codziennie patrzymy w lustro, nawet nie zauważając, jak bardzo różnimy się pod względem dostosowania do warunków naturalnych, od innych stworzeń żyjących na naszej planecie.

Jeśli odrzucimy na chwilę wszystko to, czego uczą nas w szkole, o czym mówią nam naukowcy, jeśli postaramy się otworzyć na nową perspektywę i ocenić fakty z perspektywy logiki wyjdzie nam, że jesteśmy gatunkiem, który nie miał szans by przetrwać w naturalnym środowisku.

Ludzkie ciało jest biologicznym nonsensem – zbiorem wad konstrukcyjnych, które w warunkach czystej selekcji naturalnej powinny wyeliminować nas miliony lat temu.

Fundamentem tej anomalii jest nasz szkielet. Przejście na dwunożność u Homo Sapiens nie było powolną adaptacją, lecz gwałtownym „postawieniem do pionu”. Nasz kręgosłup, ewolucyjnie zaprojektowany jako most (jak u wszystkich ssaków), nagle stał się pionowym masztem. Skutkiem tego błędu inżynieryjnego są powszechne u ludzi dyskopatie, żylaki i problemy z grawitacyjnym przepływem krwi – schorzenia nieznane dzikim naczelnym. Ta pionizacja pociągnęła za sobą kolejną katastrofę: „pułapkę położniczą”. Zwężenie miednicy przy jednoczesnym, nienaturalnie szybkim rozroście mózgoczaszki sprawiło, że człowiek jest jedynym gatunkiem na Ziemi, dla którego poród jest procesem skrajnie bolesnym, długim i w porównaniu do wszelkich innych zwierząt, niespotykanie często śmiertelnym. Natura nie promuje cech, które zabijają matkę w momencie reprodukcji.

Co więcej, jesteśmy „wersją lite” naszych kuzynów. Straciliśmy gęstość kości i 70% siły mięśniowej - o połowę lżejszy od nas szympans jest silniejszy od nas 1.5 raza. Nasza szczęka skurczyła się tak gwałtownie, że zęby mądrości nie mają w niej miejsca, co prowadzi do infekcji, które bez dentystyki bywały wyrokiem śmierci. Jesteśmy nadzy, pozbawieni kłów, pancerzy i pazurów. Nasze dzieci rodzą się „przedwcześnie”, pozostając bezradnymi przez dekadę. To biologiczne upośledzenie ma jednak ukryty cel: stworzono istotę zwinną, posiadającą precyzyjne dłonie idealne do obsługi skomplikowanych narzędzi, ale fizycznie zbyt słabą, by mogła kiedykolwiek zagrozić swoim twórcom.

Przejdźmy zatem po kolei przez najważniejsze anomalie.

Pułapka położnicza (Obstetrical Dilemma)

Większość ssaków, w tym wielkie naczelne, przechodzi przez proces porodu w sposób stosunkowo szybki, autonomiczny i bezpieczny. U Homo Sapiens mechanizm ten stał się jednak technologicznym koszmarem. Z perspektywy inżynierii wstecznej, ludzki aparat rozrodczy to podręcznikowy przykład konfliktu dwóch nieskoordynowanych aktualizacji systemowych: gwałtownego powiększenia jednostki centralnej (mózgu) oraz drastycznego zwężenia i przebudowy ramy nośnej (miednicy) na potrzeby chodu pionowego.

SPECYFIKACJA KONFLIKTU GEOMETRYCZNEGO (PROBLEM PRZEPUSTOWOŚCI)

Poród u człowieka to operacja geometryczna o zerowej tolerancji błędu. Średnica kanału rodnego jest niemal identyczna jak średnica czaszki noworodka.

ROTACJA ŚRUBOWA

Przez tę zmianę geometrii kanału, ludzkie dziecko nie może po prostu przejść prosto przez miednicę.

Podczas porodu główka noworodka musi wykonać skomplikowaną rotację o 90 stopni (ruch śrubowy) wewnątrz kości matki, aby dopasować się do zmieniającego się kształtu tunelu.

Co więcej, ze względu na szerokie ramiona człowieka (kolejna anomalia hardware’u), po przejściu głowy nastąpić musi kolejna rotacja, by barki zmieściły się w wyjściu miednicy. Najmniejszy błąd w tym procesie (np. ułożenie pośladkowe lub asynchroniczne) blokuje system, co w warunkach naturalnych bez chirurgii (cesarskiego cięcia) oznaczało 100% śmiertelność zarówno matki, jak i nowego dziecka.

WYMÓG ASYSTY SPOŁECZNEJ

Z powodu zakrzywienia kanału rodnego ludzkie dzieci rodzą się zazwyczaj twarzą skierowaną w stronę pleców matki (u małp rodzą się twarzą do matki).

Małpa może sama chwycić rodzące się młode i wyciągnąć je do góry, nie uszkadzając mu kręgosłupa.

Jeśli kobieta spróbuje zrobić to sama w tej samej pozycji, ryzykuje wygięcie kręgosłupa dziecka w nienaturalną stronę i jego uszkodzenie. Ludzki poród fizycznie wymaga obecności drugiej osoby (asysty), która odbierze dziecko od tyłu. To unikalna cecha społeczna zakodowana bezpośrednio w biomechanice kości.

WCZEŚNIACTWO FIZJOLOGICZNE

Aby ominąć kompletną blokadę kanału rodnego, Projektant musiał wprowadzić drastyczne rozwiązanie awaryjne w oprogramowaniu rozwoju płodu: skrócenie czasu trwania ciąży.

Ludzkie noworodki rodzą się w stanie skrajnej niedojrzałości (wcześniactwo fizjologiczne) w porównaniu do szympansów. Noworodek małpy potrafi od razu chwycić się futra matki i kontrolować swoje ciało. Ludzkie dziecko przez pierwszy rok życia jest całkowicie bezbronne, nie potrafi nawet utrzymać własnej głowy, ponieważ jego mózg musiał opuścić miednicę matki, osiągając zaledwie 25–30% swojej docelowej objętości. Gdyby ciąża trwała dłużej (tak by dziecko rodziło się na poziomie rozwoju szympansa), głowa byłaby zbyt duża i zabiłaby matkę podczas porodu.

PODSUMOWANIE

To największy kompromis w historii biologii. Zmiana postawy na wyprostowaną (zwężenie miednicy) nastąpiła niemal jednocześnie z gwałtownym rozrostem mózgoczaszki.

To najbardziej dramatyczny dowód na "nienaturalne" tempo zmian. Ewolucja pionowej postawy wymagała zwężenia miednicy, by umożliwić efektywny chód. Jednocześnie jednak, domniemana ewolucja intelektu wymusiła gwałtowny rozrost mózgoczaszki noworodka. Te dwa trendy są ze sobą całkowicie sprzeczne - jeśli następował rozrost mózgu i czaszki noworodka, to miednica powinna ewoluować jednocześnie poszerzając kanał rodny, a nie go zwężając, radykalnie zwiększając ryzyko śmierci matki i dziecka podczas porodu.

Poród w przypadku człowieka bardzo często wiąże się z dodatkowymi czynnościami, jak nacięcie krocza, przebicie pęcherza płodowego, założenie cewnika do pęcherza moczowego, użycia kleszczy lub próżniociągu, ręczne wydobycie łożyska, z szyciem dróg rodnych.

Do tego stymulacja oksytocyną, znieczulenie, założenie wenflonu w razie konieczności szybkiego podania leków lub płynów.

W przyrodzie zwierzęta nie mają możliwości zastosowania takich środków. Co więcej – nie mają takiej potrzeby. Problem podczas porodu to anomalia, nie niemal norma.

I tak, bywa, że zwierzęta też potrzebują pomocy weterynarza podczas porodu. Te udomowione, które zmieniliśmy tak, by mieć z nich większą korzyść. W wyniku tego większość z gatunków hodowlanych wypuszczona na wolność zwyczajnie by zginęła, gdyż z punktu widzenia natury są one niepełnosprawne.

Podobnie z okresem połogu - podczas gdy zwierzęta stają na nogi w ciągu kilkunastu minut do kilku godzin po porodzie, w przypadku kobiet są to tygodnie, czasem wręcz miesiące.

Wadliwy kręgosłup (lordoza lędźwiowa)

Zanim przejdziemy do opisu kręgosłupa człowieka poznajmy budowę kręgosłupa innych zwierząt.

U większości ssaków (psów, kotów, koni, naczelnych chodzących na czterech kończynach) kręgosłup pełni funkcję konstrukcyjną podobną do mostu wiszącego lub łuku.

Fenomen konstrukcyjny łuku polega na tym, że potrafi on przekształcić siły rozciągające i zginające (które są zabójcze dla wielu materiałów budowlanych) w siły ściskające.

To genialne rozwiązanie architektoniczne, znane już w starożytności, pozwala na przekraczanie ogromnych rozpiętości przy użyciu materiałów, które z zasady są kruche i nieodporne na rozciąganie – takich jak kamień, cegła czy beton.

Tradycyjna prosta belka (nadproże) oparta na dwóch filarach, pod wpływem ciężaru ugina się. Jej górna część jest ściskana, ale dolna – rozciągana. Kamień czy cegła mają znikomą odporność na rozciąganie, dlatego długa belka kamienna pękłaby w pół pod własnym ciężarem.

Łuk eliminuje ten problem. Dzięki swojemu krzywoliniowemu kształtowi, każda siła działająca na łuk od góry (ciężar własny, ruch samochodów na moście, dach budynku) jest przekazywana wzdłuż krzywizny w dół, z jednego klina (klucza) na kolejny, aż do podpór. Elementy łuku są wyłącznie ściskane, a kamień i cegła znoszą ściskanie wręcz doskonale.

Taki właśnie most stanowi kręgosłup w większości ssaków – z przodu obciążenia przekładane są na kończyny przednie przez garnitur ścięgien i mięśni (człowiek i naczelne dodatkowo mają silnie rozwinięte obojczyki), co skutkuje w niektórych przypadkach fantastyczną wręcz amortyzacją (bieg powoduje dużo większe obciążenie przednich kończyn), z tyłu przechodzą one na tylne kończyny poprzez kość krzyżową połączoną z miednicą.

Organy wewnętrzne są niejako zawieszone na tymże łuku, co powoduje stabilne i równomierne rozłożenie naprężeń na kręgi kręgosłupa.

Taka konstrukcja jest wytrzymała i stabilna, nie jest narażona na kontuzje wynikające z jej funkcji - realizacji ruchu.

Człowiek jest wyjątkiem z jego kręgosłupem w kształcie litery S. Postawienie nas do pionu wymagało drastycznego przeniesienia środka ciężkości, abyśmy nie przewracali się do przodu. Aby głowa i klatka piersiowa mogły znajdować się bezpośrednio nad miednicą, dolny odcinek kręgosłupa musiał wygiąć się przeciwnie do reszty (do wewnątrz). Nazywamy to lordozą lędźwiową.

Stworzyło to co prawda swoisty amortyzator, ale jednocześnie powoduje, że kręgi lędźwiowe są poddane gigantycznym siłom ścinającym i ściskającym - kręgosłup, nie dość, że w odróżnieniu od innych zwierząt musi stanowić maszt, na którym tylko z jednej strony zawieszone są wszystkie organy i mięśnie (które próbują go zgiąć do przodu), to jeszcze musi realizować funkcję ruchu. Najbardziej zabójcze jest dla naszego kręgosłupa jednoczesne zgięcie do przodu (skłon) połączone z rotacją (skrętem tułowia), ale nie mniej niebezpieczne jest siedzenie ze zgarbionymi plecami, a nawet bieganie. Ruch nie stanowi zagrożenia dla naszego kręgosłupa tak długo, jak długo mamy gorset mięśniowy który pozwala odpowiednio zamortyzować działające wówczas siły.

Jesteśmy jedynym zwierzęciem na Ziemi, u którego cierpienia i schorzenia kręgosłupa wynikają z jego specyficznej budowy i pionizacji:

Usystematyzujmy całość w kilku punktach - w architekturze ssaków kręgosłup pełni funkcję poziomego mostu wiszącego, opartego na czterech podporach (kończynach). U Homo Sapiens ta pozioma konstrukcja została brutalnie obrócona o 90 stopni do pionu. Aby utrzymać równowagę i pionową postawę, wprowadzono nienaturalne, esowate wygięcia, w tym lordozę lędźwiową. Z perspektywy inżynierii wstecznej, ludzki kręgosłup to najbardziej awaryjny i przeciążony element naszej ramy nośnej, generujący permanentne błędy systemowe.

SPECYFIKACJA MECHANICZNA: MOST WISZĄCY VS KOLUMNA NOŚNA

Różnica w dystrybucji obciążeń między człowiekiem a innymi naczelnymi obnaża słabość ludzkiego hardware'u:

LORDOZA LĘDŹWIOWA JAKO „HOT-FIX” STABILNOŚCI

Aby spionizowany człowiek nie przewracał się do przodu pod ciężarem klatki piersiowej i głowy, natura musiała wygiąć dolny odcinek kręgosłupa drastycznie do wnętrza ciała. To wygięcie to właśnie lordoza lędźwiowa.

KATASTROFALNY PUNKT PODPARCIA: POŁĄCZENIE L5-S1

Najsłabszym punktem całego ludzkiego hardware'u jest połączenie ostatniego kręgu lędźwiowego (L5) z kością krzyżową (S1).

Z powodu pionizacji i lordozy, płaszczyzna tego stawu jest nachylona pod ostrym kątem. Górna część ciała dosłownie „ześlizguje się” z miednicy pod wpływem grawitacji.

System musi być permanentnie trzymany w napięciu przez potężne pakiety mięśni głębokich i więzadeł. Gdy te mięśnie słabną (np. z powodu pracy statycznej w cywilizacji), dochodzi do kręgozmyku (spondylolistezy) – fizycznego przesunięcia kości i trwałego uszkodzenia mechanicznego ramy.

KOD DZIEDZICZONY: EMBRIONALNY POWRÓT DO WERSJI „C”

Potwierdzeniem tego, że pionowa rama „S” z lordozą jest sztuczną nakładką na stary program, jest rozwój osobniczy.

Ludzki płód w łonie matki oraz noworodek posiadają kręgosłup w kształcie litery „C” – dokładnie taki sam jak u szympansa.

Dopiero gdy uruchamia się procedura podnoszenia głowy (ok. 3 miesiąca) i siadania/chodzenia (ok. 1 roku), wdrażany jest program wyginania kości (najpierw lordoza szyjna, potem lędźwiowa). Nasz organizm rodzi się jako „czworonogi most”, który w toku rozwoju zostaje brutalnie i naprędce wygięty w pionowy maszt.

Żadne inne zwierzę nie ma tak “załamanego” kręgosłupa w tym miejscu, nie ma miażdżonych dysków pomiędzy kręgami - nie cierpi na tego typu schorzenia. Żadne zwierzę nie chodzi na siłownie, nie rozciąga się, nie trenuje, a jednak do późnej starości zachowuje swoją zwinność i gibkość, o jakiej większość z nas może tylko pomarzyć, a zdobycie której udaje się nielicznym, zazwyczaj predysponowanym genetycznie, po wieloletnich, wymagających treningach. Natomiast większość z nas ryzykuje kontuzją, gdy po dłuższym przebywaniu w jednej pozycji (leżenie, siedzenie, pochylanie się, a nawet stanie nieruchomo) gwałtownie zerwie się do działania, nagle się wyprostuje, zrobi ruch skrętny lub dźwignie w niekorzystnej pozie większy ciężar (co zna każdy rodzic dziecka w młodszym wieku).

Atrofia siły fizycznej

Kościec

Unikalna „gracylność” (czyli wysmuklenie, odchudzenie i zmniejszenie masy) ludzkich kości w stosunku do szkieletu innych naczelnych to jeden z najbardziej uderzających, a zarazem zagadkowych aspektów naszej anatomii. Podczas gdy szympansy, goryle czy orangutany posiadają kościec o potężnej gęstości, zaprojektowany do znoszenia gigantycznych obciążeń, ludzki szkielet przypomina wersję „ekonomiczną” – lekką, porowatą i kruchą.

Z perspektywy inżynierii wstecznej i biologii, zjawisko to można rozłożyć na kilka kluczowych obszarów:

REWOLUCJA GĄBCZASTA (UTRATA GĘSTOŚCI MINERALNEJ)

Najważniejsza różnica między nami a innymi naczelnymi nie dotyczy samego kształtu kości, lecz ich wewnętrznej struktury (mikroarchitektury). Kości dzielą się na tkankę zbitą (twardą, zewnętrzną skorupę) oraz tkankę gąbczastą (wewnętrzną strukturę przypominającą rusztowanie).

GEOMETRIA CZASZKI: ZANIK STRUKTUR OCHRONNYCH

Czaszka współczesnego człowieka to podręcznikowy przykład gracylności. W toku ewolucji (lub modyfikacji) zrezygnowano z potężnych kościanych wzmocnień na rzecz maksymalnego odchudzenia i powiększenia puszki mózgowej:

ZMIANA WEKTORÓW SIŁ (GORSZA BIOMECHANIKA)

Gracylność wiąże się również ze zmianą proporcji, co drastycznie obniżyło naszą surową siłę fizyczną:

DŁONIE I STOPY: ODCHUDZENIE RĄK ROBOCZYCH

U dzikich naczelnych kości dłoni i stóp (śródręcza i śródstopia) są grube, łukowato wygięte i przystosowane do przenoszenia całego ciężaru ciała podczas poruszania się po drzewach lub chodzenia na kłykciach.

Ludzkie palce i kości dłoni są proste, niezwykle cienkie i delikatne. Zyskaliśmy unikalną precyzję ruchów (dzięki wydłużeniu kciuka i delikatnej strukturze stawów), ale straciliśmy odporność na urazy. Ludzka dłoń, w przeciwieństwie do małpiej, nie jest już twardym narzędziem do kopania w ziemi czy łamania gałęzi – to delikatny manipulator stworzony do obsługi skomplikowanych przedmiotów.

DLACZEGO TA GRACYLNOŚĆ JEST TAK UNIKALNA?

W biologii istnieje pojęcie „syndromu udomowienia” (domestication syndrome). Kiedy człowiek udomawia dzikie zwierzęta (zamienia wilka w psa, dzika w świnię, tura w krowę), w kolejnych pokoleniach dochodzi u nich do powtarzalnych zmian anatomicznych: pocienienia kości, skrócenia twarzoczaszki, zmniejszenia gęstości szkieletu i redukcji uzębienia. Dziki przodek jest zawsze „masywny”, a forma udomowiona – „gracylna”.

Pod tym względem Homo Sapiens wykazuje wszelkie cechy gatunku udomowionego. Nasz szkielet został odchudzony, ponieważ środowisko, do którego zostaliśmy przeznaczeni (lub w którym zostaliśmy porzuceni), miało być bezpieczne i kontrolowane. Ciężka, gęsta i energochłonna kość, niezbędna do przetrwania w surowej dżungli, została zastąpiona konstrukcją lekką i oszczędną metabolicznie – idealną dla istoty, która zamiast siły mięśni ma polegać na technologii, narzędziach i strukturze społecznej.

Mięśnie

Ale to nie koniec - jesteśmy też słabsi od innych zwierząt. Powszechnie znany fakt, że szympans mniejszy od człowieka jest od niego od 1,5 do nawet 3 razy silniejszy, nie wynika z „magii”, lecz z zupełnie innych ustawień fabrycznych tkanki mięśniowej i układu nerwowego. Człowiek przeszedł głęboką atrofię siły eksplozywnej.

ZMIANA KOMPOZYCJI WŁÓKIEN (SZYBKIE KONTRA WOLNE)

Mięśnie szkieletowe składają się z dwóch głównych typów włókien: szybkokurczliwych (wybuchowa siła, szybkie męczenie) i wolnokurczliwych (wytrzymałość, niska siła, wysoka ekonomia).
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij