Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ja, złodziej - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lutego 2026
30,29
3029 pkt
punktów Virtualo

Ja, złodziej - ebook

Lata dziewięćdziesiąte, Gdańsk. Zyga żyje z kradzieży samochodów i wierzy, że zawsze będzie o krok przed innymi. Do czasu. Jeden nieostrożny ruch burzy jego świat i kończy się więzieniem. Za kratami dojrzewa w nim decyzja, by spróbować inaczej. Po wyjściu wyjeżdża na Mazury. Praca w lesie ma dać mu to, czego nigdy nie miał: spokój i czyste konto. Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+)

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-643-4
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 2

o siekierze, grochówce, Maciejaku i leśnych ludziach.

Obudził mnie dźwięk otwieranych drzwi. Turek zrobił krok przez próg i zapalił światło, a ja, nawykiem więziennym, zerwałem się do pozycji siedzącej.

— Czujny masz sen, kolego. To dobrze. W lesie przydaje się czujność.

Spojrzałem zaspanym wzrokiem w zarośniętą twarz leśniczego i odniosłem wrażenie, że nie spędził tej nocy w łóżku. W jego ubiorze nic się nie zmieniło, a twarz wyglądała jakby starzej.

— Zejdź na śniadanie. Jest już na stolę.

Zamknął drzwi i zszedł drewnianymi schodami, które trzeszczały przy każdym jego kroku.

Szybko wyskoczyłem spod koca, ochlapałem twarz wodą z kranu, a potem założyłem spodnie i naciągnąłem na siebie bluzę. Już miałem wyjść, gdy dostrzegłem, że okno jest zamknięte. Nie przypominałem sobie, bym je zamykał przed snem.

Zgasiłem światło i zszedłem do kuchni, a tam pachniało świeżo zaparzoną kawą zbożową i smażonymi jajkami.

— Był pan w nocy w moim pokoju.

Nie przerywając nalewać ciemnego płynu do kubka, odpowiedział, jakby spodziewał się mojego pytania.

— Tak, zamknąłem okno.

Podstawił przede mną parujący kubek, usiadł przy stole, po czym dodał.

— W nocy jest jeszcze zimno o tej porze. Zmarzłbyś.

Zaskoczyła mnie jego pewność. Sądziłem, że go zawstydzę, ale nic takiego się nie stało. Najwyraźniej nie było dla niego niczym niezwykłym wchodzenie do pomieszczeń, gdy ktoś obcy w nich spał.

— Siadaj i jedz, bo wystygnie i będzie niesmaczne.

Jajecznica na boczku. Spora ilość jajek wymieszanych i usmażonych, raczej ugotowanych w tłuszczu, wyglądała jak danie dla kilku osób. Do tego prawie cały chleb skrojony w grube kromki i posłodzona kawa zbożowa z mlekiem. Wszystko smakowało wyśmienicie, jak często mawiał przy takiej okazji książkowy doktor. Zjedliśmy całą porcję, chyba z dziesięciu jajek, a na koniec jeszcze umoczyliśmy kromki chleba w tłuszczu pozostałym w talerzu. Byłem tak objedzony, że miałem ochotę wrócić do łóżka, pod ciepły koc i zasnąć. Gospodarz wstawił talerze do zlewu, chciałem mu pomóc, umyć je, ale nie pozwolił mi na to. Wyjaśnił, że nie ma na to czasu, bo ludzie już czekają na nas w lesie.

Zanim opuściliśmy dom, dostałem filcaki, które musiałem założyć zamiast moich „adidasów”. Kazał też zostawić moją kurtkę, a w zamian dał grubą, pikowaną kamizelkę zapinaną na guziki. Na koniec przyniósł ze schowka pod schodami nową siekierę, z jasnym drzewcem i ostrzem pomalowanym do połowy czerwoną farbą.

— To twoja siekiera, już naostrzona. Jest tylko twoja, nikomu jej nie pożyczaj i dbaj o nią.

Wręczył mi narzędzie, zwykły przedmiot, a miałem wrażenie, że oddaje mi swoją córkę. Na koniec zażądał, bym zostawił swój dowód osobisty. Nie miałem na to ochoty, ale wyjaśnił mi, że musi mnie zarejestrować i spisać umowę. Poczułem się niepewnie. Wręczyłem mu ciemnozieloną książeczkę z dziwnym przeczuciem, że to zły pomysł. Trudno — pomyślałem — powinienem to przewidzieć. Przecież nie mogłem pracować jako człowiek bez tożsamości. Dziwiłem się sobie, że wcześniej nie pomyślałem o tym, a przecież było to takie oczywiste.

Gazikiem dotarliśmy do niewielkiej polany gdzieś w głębi lasu. Na miejscu czekała na nas grupka ludzi.

— Poczekaj chwilkę — powiedział leśniczy, po czym wyszedł do nich i przywitał się z każdym, podając dłoń. Otoczyli go pół kołem i o czymś dyskutowali, zapewne omawiali plan dnia i słuchali jego poleceń. Odprawa szybko dobiegła końca i ludzie rozeszli się, a na miejscu pozostali tylko starzec i leśniczy, który odwrócił się do mnie, dając znak ręką, bym podszedł.

— Panie Antoni, to Zyga. Zyga, przedstawiam ci, pana Maciejaka. Dziś będziesz pracować razem z nim. Pokaże ci, co i jak masz robić.

Przyjrzałem się starcu. Szkliste oczy o jasnoszarych źrenicach patrzyły na mnie z wyrazem współczucia.

— Wykonuj jego polecenia — instruował mnie Turek. — Słuchaj go. On nauczy cię pracy w lesie.

A do starca dodał, jakbym był nieobecny.

— Przypilnujcie młodego, Antoni, niech sobie nie zrobi krzywdy w pierwszy dzień.

Odwrócił się i ruszył w kierunku terenówki, zostawiając nas samych. Przez chwile staliśmy, patrząc, jak gazik oddala się, podskakując w koleinach.

— Idź za mną, Młody, skaże, co robić będziemy.

No pięknie — pomyślałem — znowu zostałem „Młodym”. Czy to się kiedyś skończy? Miałem dwadzieścia sześć lat, a ciągle trafiałem na starszych, którym wydawało się, że jestem gówniarzem.

Maciejak powoli wspinał się na mały pagórek, a ja, idąc kilka kroków za nim, zastanawiałem się, co tu robi ten człowiek. Starzec wydawał się zmęczony i słaby. Szczupła sylwetka kołysała się przy każdym kroku, a jego nachylony do przodu tułów mówił mi, że marsz jest dla niego sporym wysiłkiem. Próbowałem odgadnąć jego wiek: siedemdziesiąt, osiemdziesiąt, zgadywałem, ale byłem pewny, że nie powinien już pracować w lesie. W ogóle już nie powinien pracować.

Poza wzniesieniem, w dolince, leżało mnóstwo ściętych drzew. Stary wyjaśnił mi, na czym będzie polegać nasza praca. Trzeba było poodcinać gałęzie od pni. Oczyścić plac tak, aby pozostały tylko pocięte w równe odcinki grube bale drew. Wytłumaczył mi, jak trzymać siekierę, pokazał jak uderzać, jak ustawiać się, by nie odciąć sobie stopy. Ściął kilka grubych gałęzi, bez widocznego wysiłku, bez pośpiechu, ogołocił spory kawałek pnia, po czym polecił mi spróbować.

Ustawiłem się tak jak on, uderzyłem i gałąź miękko odskoczyła od pnia. Krok w tył i kolejne uderzenie. Maciejak uśmiechnął się do mnie serdecznie, ukazując kilka złotych zębów pośród czarnej pustki w ustach.

— Dobrze. Dobrze, Młody. Dasz sobie radę.

Również się uśmiechnąłem i dodałem łagodnie, że nie lubię, jak do mnie mówią „Młody”. Wytłumaczyłem, że źle mi się to kojarzy i poprosiłem, aby mówił mi po imieniu.

— Dobrze, Zygmunt. Dla mnie może być Zygmunt.

Nie przestał pokazywać swoich szlachetnych koronek. Miałem nadzieje, że przejdziemy na „ty”. Że powie, a mi mów Antoni. Nic z tego. Odwrócił się swoim powolnym ruchem i przez ramie dodał.

— Pracuj wolno. — Po czym odszedł na drugą stronę dolinki.

Zabrałem się do pracy. Z początku nie wydawała się ciężka, ale po godzinie ramiona mi zesztywniały, a dłonie zaczęły nieznośnie piec. Wyprostowałem plecy i stwierdziłem, że chwilowo mam dość. Stary Maciejak nie przestawał rąbać. Powoli unosił siekierę i uderzał, jakby bez wysiłku, oczyszczał kolejne pnie. W oddali słychać było pracę pił spalinowych. Domyślałem się, że to reszta załogi ścina tam drzewa, które my będziemy ogałacać później z gałęzi. Las niósł dźwięk wysokich obrotów silnika. Słychać było, jak wirujące łańcuchy wgryzały się w pień, jak z wysiłkiem odcinają drzewo od korzenia.

Stary Maciejak pracował bez ustanku, gdy tymczasem ja robiłem przerwy coraz częściej i coraz dłuższe i gdy słońce było już wysoko, ostatecznie wyczerpałem swoje siły. Usiadłem na jednym z powalonych pni, ciężko oddychając. Mięśnie piekły niemiłosiernie. Ramiona i dłonie, sztywne i pozbawione mocy, nie miały już ochoty dźwigać siekiery, więc wypuściłem ją z uczuciem ulgi. Zaciągałem się czystym leśnym powietrzem przesyconym żywicą i odpoczywałem ze spuszczoną głową.

Już wiedziałem, jak wygląda praca w lesie. Może nie była skomplikowana, ale za to ciężka i wykańczająca. Pot spływał mi z czoła, szczypiąc oczy, docierał do brody i skapywał na igliwia leżące między nogami. Pomyślałem, że dalej już nie dam rady pracować i nie podniosę siekierę. Nie byłem przygotowany do wysiłku, nie w takim tempie, nie bez ustanku przez cały dzień. Wówczas spojrzałem na starca. On pracował dalej. Bez przerw, w równym tempie unosił narzędzie i uderzał. Zrobiło mi się wstyd, bo źle go oceniłem. Było w nim więcej siły niż w moim młodym, zdrowym ciele. Może poruszał się wolno i wyglądał na starego, zmęczonego człowieka, ale wiedziałem, że przegrałbym z nim każdy pojedynek siłowy.

Odpoczywałem jakiś czas, może dziesięć minut, gdy stary Maciejak uderzył ostatni raz, po czym wolnym krokiem ruszył ku mnie. Prawie równocześnie umilkły piły spalinowe i w lesie było słychać tylko ptaki. Miałem nadzieje, że to znak na koniec dniówki. Podniosłem się kulawo na widok podchodzącego do mnie Maciejaka. Zatrzymał się przy mnie i spojrzał na leżącą nieopodal siekierę. Szybko ją podniosłem, na co on się uśmiechnął krótko.

— Tera będzie przerwa. Odpoczniemy, zjemy obiad, a potem wrócimy do pracy.

Spojrzałem mu w twarz z nieukrywaną radością. O tym, że potem wrócę do pracy, nawet nie myślałem. Udawałem sam przed sobą, że tego nie usłyszałem. Ważne było, że będę mógł usiąść, odpocząć, napić się i coś zjeść.

— Chodź, Zygmuncie, idziemy do chłopaków.

Zagarniając mnie ramieniem, lekko poklepał dwa razy w plecy, po czym dodał:

— Masz siłę. Będzie z ciebie dobry lesorub.

— Leso, co? — Szybko zareagowałem na nieznane mi słowo.

— Lesorub — odpowiedział powoli, wyraźnie akcentując pierwszą sylabę — drwal, jak gadają dziś.

— A drwal, czy jak tam pan powiedział, lesorub, to nie leśnik?

Spojrzał na mnie z boku mokrymi, szarymi oczami i odpowiedział równie powoli co nasz leniwy marsz.

— Leśny, to pan Turek.

Mimo że tyle razy czytałem powieść o leśniczym Turleju, o leśnym człowieku w „Ogrom lasu”, dopiero wówczas dotarło do mnie, iż pomyliłem zawody. Może dlatego, że w książce nikt ich nie nazywał drwalami, tylko leśnymi ludźmi. Maciejak poprowadził mnie przez kolejne wzgórze, za którym widać było puste pole zapełnione powalonymi drzewami. Było podobne do naszej dolinki, tyle że trzy razy większe. Dłonie mnie zapiekły na samą myśl, że kiedyś będę musiał to obrobić. Tuż przy piaszczystej drodze, z dala od powalonych drzew, na krótkich klockach uciętych z bali, niczym na taboretach, siedziała grupka ludzi. Byli to ci sami, którzy rano rozmawiali z leśniczym. Palili w milczeniu papierosy, nawet nie spoglądając w naszą stronę. Dopiero gdy weszliśmy w krąg siedzących, unieśli głowy. Czterech mężczyzn w różnym wieku patrzyło mi w twarz. W ich spojrzeniach była obojętność, tak jakbym był obcym, który przybył i zaraz sobie pójdzie, niewart ich uwagi. Maciejak usiadł na wolnym pieńku, nic nie mówiąc, zostawiając mnie stojącego z boku. Jeden z mężczyzn sięgnął ręką za plecy i wyczarował butelkę, którą podał starcowi. Ten sprawnie zerwał siekierą kapsel i wlał sobie kilka łyków w gardło. Dopiero wówczas spojrzał na mnie i wskazując jeden z wolnych klocków, powiedział:

— Spocznij.

Usiadłem naprzeciw nich. Mężczyzna w czarnej czapce z rondem w małe sombrero wyczarował i dla mnie butelkę. Podziękowałem mu grzecznie, zerwałem kapsel obuchem siekiery i wlałem w siebie całą zawartość gazowanej wody.

— Więc mieszkasz u leśnego? — szpakowaty tęgi mężczyzna, siedzący po lewej stronie, pierwszy odezwał się do mnie.

Pokiwałem głową.

— I będziesz pracować w lesie?

Znowu milcząco potwierdziłem.

— Masz jakoś na imię? — tym razem pytanie zadał ten od czarów. Wyprostował się przy tym, jedną ręką podpierając o kolano. Już miałem odpowiedzieć, gdy stary Maciejak odezwał się swoim powolnym głosem.

— To, Zygmunt.

Zamknąłem usta.

— Przedstawcie się kulturnie, bo dla mnie się widzi, że długo z nami będzie.

Wszystkie oczy nagle zwróciły się w stronę starca, który nie wiedząc czemu, pocierał kciukiem ostrze swej siekiery. Przyglądał się srebrnej krawędzi pod różnym kątem i wcale nie zwracał uwagi na zdziwione spojrzenia w nim utkwione. Sam byłem zaskoczony jego słowami.

— A skąd możecie to wiedzieć?! — spytał zaczepnie, siedzący najbliżej Maciejaka młody chłopak w długich ciemnych włosach, gęsto pokręconych jak u barana.

— No właśnie? Skąd to wiecie Antoni? — dodał czarodziej w czarnym sombrero.

— A bom widział, jak pracuje. Dla mnie to starczy. — Podniósł wzrok w ich kierunku i zmierzył każdego z osobna, spojrzeniem szarych oczu. Nie pamiętałem, kiedy ktoś ostatnio mnie pochwalił i poczułem odwagę. Postanowiłem sam się przedstawić, zanim cisza przeciągnie się w niezręczność. Wstałem i nachylając się do każdego z nich, wyciągałem dłoń.

— Zyga.

— Starzak — przedstawił się szpakowaty, chyba czterdziestoletni mężczyzna siedzący najdalej po lewej.

Ścisnął mi dłoń, prawie miażdżąc kości pod obolałą skórą. Uśmiechnąłem się, nie pokazując mu, jak wielki sprawił mi ból. Drugi, szczupły brunet po trzydziestce, mruknął niewyraźnie swoje imię, patrząc mi pod nogi, jakby się czegoś wstydził. Czarodziej miał na imię Sławek. Uśmiechając się do mnie i potrząsając moją dłonią, opowiedział mi, jak to kiedyś przybył do lasu szukać pracy tak jak ja. Zanim puścił moją rękę, wiedziałem już, kiedy przybył, jaki miał plan i dlaczego tu został. Tę krótką historię spuentował Antoni.

— Tak, miałeś pracować rok. Dorobić się i kupić mieszkanie w bloku — i z nutką pretensji w głosie dodał. — A znalazłeś tu kobite i zostałeś na zawsze.

— A znalazłem — odparł z dumą Sławek — i dziękuję bogu za Anie, bo to najlepsza kobieta na świecie.

— No się rozumie — wtrącił Starzak — że najlepsza. Bo z domu Starzaków jest.

Młody chłopak z barankiem na głowie okazał się synem Sławka. Miał na imię Andrzej. Powitaliśmy się, potrząsając dłońmi i uśmiechając z życzliwością. Od razu pochwalił się, że jak tylko uzbiera trochę pieniędzy, to wyjedzie do miasta i tam rozpocząć nowe życie. Odniosłem wrażenie, że przed chwilą usłyszałem podobną historię z ust jego ojca.

Wkrótce z oddali dało się usłyszeć, zmierzający do nas samochód pana Turka.

— O! Jedzie obiad! — krzyknął najmłodszy z nas. — Ciekawe co tam dziś ugotowała dla nas pani Gertruda?!

Gdy tylko gazik zatrzymał się nieopodal, wszyscy wstaliśmy i ruszyliśmy w jego kierunku. Ustawiłem się na końcu kolejki utworzonej z tyłu samochodu i próbowałem wypatrzeć, co tam leśniczy nam przywiózł. Dostrzegłem wielki garnek, z którego Antoni zdjął pokrywę, uwalniając smugi pary i zapach zupy. Woń dotarła do mnie. To była uwielbiana przeze mnie grochówka. Po kolei podchodziliśmy do wielkiego gara, z wiklinowego kosza braliśmy wojskowe manierki, a Antoni nalewał do nich gęstą zawiesinę, dbając, aby każdy dostał swoją porcję kiełbasy. Na końcu każdy z nas brał grubą pajdę chleba, łyżkę, i tak zaprowiantowany powracał na pieniek, do innych, nachylonych nad manierką i siorbiących gorącą strawę. Usiadł z nami też Turek z porcją podaną mu przez Antoniego. W garnku było jeszcze sporo zupy, więc każdy sam podchodził i nalewał sobie dokładkę. Ja zjadłem trzy porcje, taki byłem głodny. Brudne menażki wróciły do koszyka.

Na zakończenie uczty Turek oznajmił, że wracam z nim do leśniczówki.

— Coś nie tak z moimi dokumentami? — Zmartwiłem się, że może już odkrył moją przeszłość.

— Dokumenty są w porządku — odpowiedział zdawkowo, po czym szybko spojrzał w stronę odchodzących ludzi. Nie uwierzyłem mu. Miał mój dowód osobisty i na pewno sprawdził mnie na komisariacie. Dowiedział się co ze mnie za ziółko i zechce pozbyć się mnie z domu. Może nawet nie zatrudni. Zrobiło mi się nieprzyjemnie.

Ku mojemu zaskoczeniu nie pojechaliśmy do leśniczówki, lecz wprost między zabudowania ogrodzone niskim drewnianym płotem. Nie była to jeszcze wioska, tylko kilka domów przyklejonych do piaszczystej drogi. Przyglądałem się im z zainteresowaniem, gdy nagle na jednym z nich dojrzałem białą tabliczkę z napisem Dr Lange. Budynek niczym się nie wyróżniał od tych, stojących po przeciwnej stronie. Wszystkie miały spadziste dachy z czerwonej dachówki, podobne okna z okiennicami okolone białym pasem farby i podobnie zaniedbane ogródki. Tylko ta tabliczka go wyróżniała. Uśmiechnąłem się do siebie, wspominając książkę i doktora czekającego na swą miłość. Czy i ten czekał samotnie na tę jedyną kobietę, która pokocha go prawdziwym i wiecznym uczuciem?

Zostawiliśmy dom doktora z tyłu, wzniecając za sobą tuman żółtego pyłu i po chwili byliśmy w wiosce. Zatrzymaliśmy się przy bramie jednej z posesji.

— Chodź, pomożesz mi odstawić garnek — powiedział Turek, wysiadając z gazika.

Domyśliłem się, że w domku z zadbanym ogródkiem, w którym stali nieruchomo bocian i trzy krasnale, przyrządzano posiłek dla ludzi pracujących w lesie. Drzwi do domu były od podwórka, gdzie powitał nas mały kundel. Z początku zaniepokojony szczekał, ale gdy zauważył leśniczego, szybko zmienił nastrój na wesoły i zaczął biegać wokół, uderzając nas po łydkach długim cienkim ogonkiem. Leśniczy bez pukania otworzył drzwi i od progu krzyknął.

— To my, pani Gertrudo!

Nikt nie odpowiedział, ale weszliśmy do środka. Leśniczy pierwszy z wiklinowym koszykiem w dłoni, a za nim ja, trzymając oburącz wielki garnek. Dopiero gdy byliśmy wewnątrz, a ja stopą zamknąłem za nami drzwi, z bocznej futryny wychyliła się uśmiechnięta twarz kobiety.

— Wchodźcie do kuchni, panowie, zapraszam.

Turek postawił koszyk z brudnymi menażkami pod ścianą ze zlewem, a ja, nie wiedząc gdzie odstawić gar, stałem w progu, rozglądając się za odpowiednim dla niego miejscem. Z pomocą przyszła mi gospodyni.

— Proszę postawić przy piecu. — Wskazała pulchną dłonią miejsce pod kaflowym piecem, w którym trzaskały palące się drewna.

Gospodyni cały czas uśmiechała się życzliwie, spoglądając to na mnie, to na pana Turka. Zapadła krótka cisza. Twarz kobiety, która dawno przekroczyła pięćdziesiątkę, wydawała się wyczekiwać na coś. W końcu sama przerwała milczenie.

— Nie przedstawisz nas sobie, Władku?

— Oj przepraszam, pani Gertrudo — powiedział speszony Turek. — Pani Gertrudo, przedstawiam pani, pana Zygmunta. — wypowiedział formułkę lekko żartobliwie, akcentując nasze imiona. — Panie Zygmuncie, oto pani Gertruda, żona pana Maciejaka.

Miałem okazję przekonać się, że leśniczy nie był człowiekiem pozbawionym humoru. Kobieta cicho śmiejąc się, zaprosiła nas do stołu, na ciastka i herbatę. Leśniczy odmówił, tłumacząc się, że ma dziś sporo urzędowej pracy, tu wskazał na mnie oczami, po czym obiecał, iż następnym razem zostaniemy dłużej. Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w drogę powrotną.

Mijając dom doktora, z zaciekawieniem przyjrzałem się jego oknom. Ramy pomalowane na biało świeżą farbą, mocno kontrastowały ze złuszczającą się elewacją. Czyste szyby, za którymi widać było kwiaty w doniczkach i spięte nisko po bokach śnieżne firanki. Te przypomniały mi o moim rodzinnym domu. Matka uwielbiała w ten sposób dekorować okna. Ojciec sprzeciwiał się temu, twierdząc, że tak wieszają tylko wieśniacy, i nikt w bloku tego nie robi, że będą o nas plotkować i wytykać palcami. Matka natomiast powtarzała, że to nasze mieszkanie i wolno nam robić w domu to, co nam się podoba. Mówiła: to nasz dom, nasze królestwo, tylko tu jesteśmy panami i powinniśmy z tego korzystać. Gdy to nie pomagało, dodawała jeszcze: Czy naprawdę zależy ci na opinii ludzi, których nawet nie znamy?

Rodzice, zanim się rozstali, potrafili sobie ustępować. Firanki w dużym pokoju prosto spływały spod sufitu do podłogi, a te w kuchni leniwie zwisały łukami, niczym w bajkowych domkach. Wakacje spędzaliśmy nad morzem, gdzie mama całymi dniami wpatrywała się w spienione fale. Za to w wolne dni tygodnia jechaliśmy nad jezioro, gdzie ojciec milczał cały dzień, wpatrując się w czerwony patyk wystający z wody. Wszyscy byli zadowoleni. Mama miała swoją ukochaną plażę. Ojciec swoje wędkowanie. Ja miałem rodzinę.

— Coś taki zamyślony, przyjacielu?!

Poruszaliśmy się powoli, a nasz pojazd nie wydawał nieznośnych odgłosów uniemożliwiających rozmowę. Pytanie wyrwało mnie z zamyślenia, ale minęła długa sekunda, zanim oprzytomniałem.

— A nic.

Nie wiedziałem, czy coś dodać, podjąć jakiś temat, czy tak to zostawić. Jednak w głębi siebie czułem, że mam ochotę porozmawiać z drugą osobą. Pomyślałem, że dawno nie rozmawiałem z kimś bliskim i przypomniałem sobie o Młotku.

Cholera — zakląłem w myślach — zapomniałem o nim, a przecież obiecałem mu wysłać pocztówkę.

Pod wpływem tych myśli uświadomiłem sobie, że on był dla mnie kimś bliskim. Przez długi czas był jedyną osobą, z którą potrafiłem szczerze rozmawiać, mówić o swoich uczuciach i zwierzać się ze swoich marzeń.

— Jednak coś cię męczy.

— Komuś coś obiecałem — zawahałem się, czy powiedzieć więcej. Czy zwierzyć się osobie, którą poznałem tak niedawno? Czy powinienem powiedzieć mu o swojej przeszłości, zanim sam się o niej dowie? Może było jeszcze za wcześnie? Nie wiedziałem.

— Obiecałem, że napiszę, lub wyślę kartkę. Obiecałem koledze.

— To da się załatwić. Jutro jadę do miasta, to mogę ci kupić widokówkę, taką z naszego rejonu, z jeziorami i lasem. Co ty na to?

— Będzie git. — I usta same zdradziły moją przeszłość. Nienawidzę tego gdy, zanim pomyślę, słowa już dźwięczą mi w uszach. Czasami mam wrażenie, że słyszę je szybciej niż własne myśli.

— To znaczy, dobrze?

Nie będzie dobrze, pomyślałem. Sam wydam się swoją więzienną gadką. Dwa lata grypsowania nie dawało się łatwo wyrzucić z głowy.

— Gra gitara, panie Turek.

W domu, jak poprzednio nie zamkniętym, od razu poprosił mnie do swojego pokoju. Siadł za dużym solidnym biurkiem z ciemnego grubego drewna, a mi wskazał krzesło przy oknie i poprosił, abym sobie przystawił i usiadł naprzeciw. Przez chwilkę czegoś szukał między papierami leżącymi na biurku, po czym położył przede mną zadrukowaną kartkę.

— To umowa na miesiąc.

Spojrzałem na pismo, potem na niego i z powrotem na pismo. To była moja pierwsza w życiu umowa o pracę, nie licząc tej z praktyki jako cukiernik.

— Oczywiście tylko na razie. Jak się sprawdzisz, jak będziesz chciał, podpiszemy umowę na rok, a tu — wskazał palcem cyfry — jest napisane, ile dostaniesz za pracę.

Niespecjalnie zwróciłem na to uwagę. Nie, żebym lekceważył pieniądze, lecz w tamtym momencie ważniejsze było dla mnie, pozostanie w domu leśniczego.

— Za mieszkanie wezmę dwieście tysięcy.

Ogromna suma wzbudziła mój wewnętrzny opór. Byłem świadom ogromnego skoku inflacji podczas mojej odsiadki, ale nadal dziwnie się czułem, widząc banknoty z kilkoma zerami.

Gdy mnie zamykali na początku osiemdziesiątego dziewiątego, za piwo płaciłem piątaka, a wczorajszy kufel zimnego jasnego, kosztował mnie sześć tysięcy. Nie miałem pojęcia, czy sumy, o których mówił Turek, to dużo, czy mało, i uznałem, że nie jest to ważne w tej chwili. Istotne było, że miałem pracę i miałem gdzie spać.

— Gdzie się mam podpisać?

Leśniczy wskazał palcem miejsce tuż pod moim nazwiskiem, a ja bez wahania podpisałem dokument.

— Tak. To byłoby na tyle — powiedział, oddając mi mój dowód.

Turek potarł swoją nieogoloną twarz. Nie patrzył na mnie, jego oczy błądziły gdzieś po blacie biurka. Przez kilka sekund panowała niezręczna cisza, więc uznałem, że to koniec formalności i powinienem odejść. Wstałem, odstawiłem krzesło na miejsce i ruszyłem do wyjścia.

— Zygmunt, poczekaj.

Odwróciłem się, trzymając już klamkę w dłoni.

— Słucham, panie Turek.

— Nie wychodź w nocy bez potrzeby — zrobił małą przerwę, po czym dodał, jakby było mu niezręcznie — przynajmniej przez jakiś czas.

— Przecież na zewnątrz jest toaleta. Jak więc mam…?

— Chodzi mi o to, abyś na razie starał się powstrzymać.

Zauważyłem, że był to dla niego trudny temat. Chciał coś mi powiedzieć, ale nie wiedział jak.

— Panie Turek. Jeśli jest to ważne, to postaram się nie wychodzić w nocy.

Uśmiechnął się krótko. Nie musiałem znać powodu, dla którego chciał, abym nie ruszał się z mojego pokoju w nocy, tak jak on nie pytał mnie, gdzie byłem przez ostatnie kilka lat. Uznałem, że to równa wymiana. Zanim jednak wyszedłem z gabinetu, postanowiłem zaspokoić swoją ciekawość.

— Panie Turek. Mam jedno pytanie.

— Słucham, przyjacielu.

— Dlaczego chciał pan, abym zamieszkał tutaj?

— Tak jest dla ciebie wygodniej, a ja mam dodatkowe pieniądze z pustego pokoju.

Odniosłem wrażenie, że zbyt szybko odpowiedział. Czyżby powód był inny?

— Rozumiem.

— Dziś masz już wolne. Odpocznij, wyśpij się, a od jutra pracujesz już na pełnym etacie.

Podziękowałem mu za przyjęcie do pracy, on uśmiechnął się, machnął ręką i zapewnił mnie, że nie ma za co, bo potrzebuje ludzi. Ja zapewniłem go, że marzyłem o pracy w lesie, to wcale nie mijało się z prawdą i nie mam zamiaru uciekać do miasta jak inni. Nie kłamałem, nie chciałem wracać do dawnego życia i do tamtych ludzi. Zanim opuściłem gabinet i udałem się do swego pokoju, gospodarz zaprosił mnie na kolację.

Z łóżka zniknęło posłanie, a pojawiła się niebieska kołdra, niebieskie prześcieradło i takiego samego koloru poduszka. Nic już nie pachniało miętą. Zdjąłem ubranie i położyłem się w samych slipkach na chłodnej pościeli. Rozluźniłem mięśnie, przyszło zmęczenie i senność. Szybko zapominałem o świecie i odpłynąłem w sen, w którym była siekiera. Trzymałem ją w dłoniach i uderzałem w wielkie drzewo, a ono nic sobie z tego nie robiło i dalej zdrowo stało pośrodku polany. I tak przez wydawało mi się, wieczność.

Ze snu obudziło mnie skrzypienie drewnianych schodów. Ktoś po nich schodził. Wstałem, powoli rozprostowując obolałe plecy i nasłuchiwałem. Trzask zamykanych drzwi do domu przebił się przez ściany i stłumiony dotarł do mych uszu. Czyżby to Turek wyszedł z domu? Było już ciemno, a przez otwarte okno wlatywało chłodne nocne powietrze przesycone zapachem lasu. Pomyślałem, że spóźniłem się na kolacje, lecz ubrałem się, otworzyłem powoli drzwi i wyszedłem na korytarz. W domu panowała cisza, w której dało się usłyszeć tykanie zegara z gabinetu. Na boso zszedłem do kuchni. Nie zapaliłem światła, nie chcąc zmącić spokoju, w jakim pogrążony był dom. Na stole stał talerz z kanapkami. Byłem głodny i nie zastanawiałem się zbytnio, czy są dla mnie i zacząłem się częstować.

Stałem naprzeciw okna i wkładając łapczywie kanapkę do ust, dostrzegłem na podwórku Turka. Trzymał w dłoni długi karabin i szedł w stronę drogi do wioski. Czyżby na polowanie? — zadałem sobie w myślach pytanie. — W nocy? Jak chce coś upolować w ciemności? I dlaczego idzie do wioski, a nie w głąb lasu?

Miałem ochotę pójść za nim. Zobaczyć, gdzie chodzi mój gospodarz w środku nocy. Zżerała mnie ciekawość, więc szybko wróciłem do swego pokoju, nałożyłem buty i wybiegłem z domu. Turka już nie było widać na drodze, ale na wszelki wypadek, by mnie nie dostrzegł, poszedłem bokiem drogi, tuż przy drzewach. Szybkim krokiem zbliżyłem się do pierwszego zakrętu, gdy nagle usłyszałem znajomy dźwięk. Gardłowy bulgot wydobywający się z paszczy bestii. Zamarłem przerażony. Zapomniałem o psie, który poprzedniego wieczoru odwiedził leśniczówkę. To był on! Gdzieś po drugiej stronie drogi! Byłem pewny, że mnie wyczuł, więc czym prędzej rozejrzałem się za drzewem, na które mógłbym uciec. Cień w głębi lasu przemknął między drzewami i schował się w krzakach. Dostrzegłem wielki łeb i długi tułów, który szybko skrył się w gęstwinie i tam pozostał. Powoli przesuwałem się do grubego pnia z niskimi gałęziami, gotowy szybko wdrapać się na nie, gdyby tylko pies rzucił się w moją stronę. Krzak poruszył się lekko, zaszeleścił gałązkami i wielki zwierz wyszedł wprost na mnie. Szybko podciągnąłem się na gałęzi, nogami wdrapując się po szorstkiej korze, wszedłem na gruby konar. Pies dostrzegł moją ucieczkę. Wydał przeciągły warkot, jakby chciał mnie ostrzec, bym tego nie robił. Byłem pewny, że zaraz rzuci się w moją stronę i spróbuję mnie dosięgnąć, więc wspiąłem się na kolejną gałąź. Zwierz zawarczał ponownie i … odszedł w stronę wioski. Już nie spojrzał na mnie, tylko pokłusował w kierunku, w którym jak mi się zdawało, poszedł leśniczy. Przez sekundę zastanawiałem się, czy nie ostrzec go przed zwierzęciem, krzyknąć, ale nagle coś zrozumiałem.

Czy to nie przypadkiem pies Turka, czy nie przed nim ostrzegł mnie dziś, zakazując wychodzenia w nocy?

Siedziałem na drzewie dobre dziesięć minut, gdy w końcu zdecydowałem się na odważny krok i zeskoczyłem z gałęzi. Powoli, idąc tyłem, by widzieć nadbiegającego psa i w razie czego salwować się ucieczką, dotarłem do domu. Wszedłem do kuchni i spojrzałem przez okno. W srebrnej poświacie księżyca widać było całe podwórko i kawałek piaszczystej drogi. Nic się nie poruszało. Doszedłem do wniosku, że najwidoczniej pies poszedł za swoim panem i uspokoiwszy się, zjadłem pozostałe kanapki, które popiłem szklanką zimnej wody z kranu.

Poszedłem na piętro. Blask księżyca wpadający przez okno w końcu korytarza skrócił się i lekko skręcił w prawo, oświetlając próg drzwi sąsiedniego pokoju. To stamtąd Turek przyniósł mi koc i poduszkę. Nęcony nagłą ciekawością podszedłem to nich. Miałem ochotę sprawdzić, co jest w środku. Byłem sam w domu i nie musiałem się obawiać, że ktoś mnie nakryje. Przecież nic się nie stanie — pomyślałem — tylko wejdę do środka. Tylko tam zajrzę. To wszystko.

Położyłem dłoń na klamce, a jednak miałem nadzieję, że zaryglowany zamek uchroni mnie przed moją chorą ciekawością. W głębi serca wiedziałem, że nie powinienem wchodzić, ale głos we mnie mówił mi: to nic takiego, przecież tam nikt nie mieszka i pewnie to rupieciarnia, do której gospodarz znosi niepotrzebne już rzeczy. Mocnej zacisnąłem dłoń na klamce.

Ostry huk, jak uderzenie bata, gwałtownie urwał ciszę. Moja ręka odskoczyła od chłodnego metalu jak oparzona i nie wiedząc czemu, podbiegłem do okna. Strzał był zbyt odległy, abym mógł coś zobaczyć, jednak rozejrzałem się po obejściu. Drugi strzał zaskoczył mnie bardziej niż pierwszy i z dziwnym lękiem odsunąłem się od okna, jakbym bał się, że zostanę przez kogoś zauważony i wzięty na cel. W panującej ciszy brzmiał on złowrogo jak zapowiedź nieszczęścia. Jak krzyk zła. Echo wystrzału umilkło szybko w głębi lasu, ale ja czekałem na kolejny huk. Czekałem w napięciu, gotowy na nienaturalny krzyk w nocnym lesie. Minął czas przerwy między dwoma wystrzałami, a potem kolejny cykl i nic się nie stało.

Turek coś upolował — pomyślałem, byłem pewny w stu procentach, że drugi pocisk trafił w cel. Zbiegłem do kuchni, postanowiwszy poczekać na jego powrót. Byłem pewny, że lada moment wróci.

Zegar wybił godzinę drugą. Czas mijał powoli, a przed oknem nic się nie działo. W końcu znużony usiadałem przy stole i siedziałem długo, aż moja głowa skapitulowała i oparła się na ramionach. Potem zamknąłem oczy, decydując się jedynie na wsłuchiwanie w dźwięki z zewnątrz.

Zegar wybił trzykrotnie, i to była ostatnia rzecz, jaką zapamiętałem, zanim usnąłem.Rozdział 6

o spalonym kotlecie i rowerze Demona

„Czołem Młotek!”

Zastanawiałem się, jak zacząć. Nigdy nie pisałem listu, nie miałem okazji i nie bardzo wiedziałem jak ruszyć.

„Piszę do Ciebie z domu w środku lasu. Tak, udało mi się. Jestem w leśniczówce i mam tu swój pokój na poddaszu. Pracuję przy wyrębie drzew.”

Przerwałem, by wypić łyk herbaty. Byłem sam w domu, Turek i Mirella pojechali do kościoła, więc miałem czas, by spokojnie napisać list. Chciałem go wysłać nazajutrz, gdy będę w Martach. Siedziałem w kuchni naprzeciw okna i spoglądałem na złocące się blaskiem słońca podwórko. O czym mu napisać? Co mogło go zainteresować? — dumałem nad kartką papieru i w końcu ze szczegółami opisałem o spotkaniu z Turkiem, jak zaproponował mi pracę i mieszkanie, jak wyglądał mój pierwszy dzień, trochę o ludziach, z którymi pracowałem i sporo o Maciejaku i o jego synu. Zwierzyłem się też w liście z moich obaw, jakie miałem po spotkaniu z komendantem, a na koniec wspominałem o siostrzenicy leśniczego, pięknej Mirelli.

Lista zakończyłem tylko pozdrowieniami.

Nie byłem pewny, czy życzyć mu szybkiego powrotu na wolność. Dostał kare śmierci. Zamieniono mu ją co prawda na dożywocie, ale moje życzenia mogłoby zabrzmieć jak okrutny żar. Postawiłem kropkę, a na dole dopisałem:

„Skoszronki 16 czerwca 1991 r.”

Odłożyłem długopis w momencie, gdy na podwórze wjechał gazik. Wysiadł z niego Turek, starannie uczesany i ubrany w grafitowy garnitur. Z drugiej strony samochodu ukazała się Mirella. Długimi susami wyprzedziła Turka, głośnym krokiem przeszła korytarzem i uciekła po schodach na piętro.

Zebrałem zapisane kartki, pocztówkę i włożyłem je do koperty, a potem zakleiłem, śliniąc brzeg z klejem.

Do kuchni wszedł Turek.

— Cześć, przyjacielu.

— Witam, szybko wróciliście.

— Szybko? — odrzekł z ironią w głosie.

Wyjął butelkę mleka z lodówki i pociągnął z niej spory łyk.

— Nasz ksiądz to największy gaduła na świecie, kazania potrafi ciągnąć przez pół godziny, a ty mówisz, że szybko wróciliśmy?

Odstawił mleko, zamknął lodówkę.

— Przepraszam cię, za nią. — Spojrzał w sufit, w kierunku skąd usłyszeliśmy głośne trzaśnięcie drzwi.

— Nie wyszło jej spotkanie z chłopakiem — dodał, wyjaśniając zachowanie dziewczyny.

Właśnie dowiedziałem się, że Mirella miała kogoś i choć wcale mnie to nie zaskoczyło, to jednak poczułem ukłucie zazdrości.

Turek podszedł do stołu, spojrzał na niezaadresowaną kopertę i spytał:

— Do kolegi?

— Tak — odpowiedziałem, mimowolnie przypominając sobie dzień, gdy wszedłem do celi. Przywitało mnie kilka wściekłych spojrzeń i spokojna twarz Młotka.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij