-
nowość
Jacek Bauer: Cienie z Somalii - ebook
Jacek Bauer: Cienie z Somalii - ebook
JACEK BAUER: Cienie z Somalii - to trzymający w napięciu thriller marynistyczny, w którym zapach prochu miesza się ze słoną bryzą Zatoki Adeńskiej. Jacek Bauer, były oficer Wojska Polskiego i weteran misji w Kosowie, próbuje odnaleźć się w cywilu jako Team Leader zbrojnej ochrony statków handlowych. Gdy obejmuje dowództwo nad trzyosobowym zespołem na kontenerowcu MV Baltic Star, misja wydaje się rutynowym rejsem przez „Aleję Piratów”. Szybko jednak okazuje się, że największe niebezpieczeństwo nie czai się na horyzoncie, lecz wewnątrz stalowego kolosa. Czy polski oficer zdoła ocalić załogę i zapobiec destabilizacji regionu? To opowieść o rzemiośle wojennym, taktyce przetrwania i cenie, jaką płaci się za lojalność. I czym jest agencja SBS również interesująca się Muzykiem.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Sensacja |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398056502 |
| Rozmiar pliku: | 609 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Chapter 2
Chapter 3
Chapter 4
Chapter 5
Chapter 6
Chapter 7
Chapter 8
Chapter 9
Chapter 10
Chapter 11
Chapter 12
Chapter 13
Chapter 14
Chapter 15
Chapter 16
Chapter 17
Chapter 18
Chapter 19
Chapter 20
Chapter 21
Chapter 22
Chapter 23
Chapter 24
Chapter 25
Chapter 26
Chapter 27
Chapter 28
Chapter 29
Chapter 30
Chapter 31
Chapter 32
Chapter 33
Chapter 34
Chapter 35
Chapter 36
Chapter 37
Chapter 38
Chapter 39
Chapter 40
Chapter 41
Chapter 42
Chapter 43
Chapter 44
Chapter 45
Chapter 46
Chapter 47
Chapter 48
Chapter 49
Chapter 50
Chapter 51
Chapter 52
Chapter 53
Chapter 54
Chapter 55
Chapter 56
Chapter 57
Chapter 58
Chapter 59
Chapter 60
Chapter 61
Chapter 62
Chapter 63
Chapter 64
Chapter 65
Chapter 66
Chapter 67
Chapter 68
Chapter 69
Chapter 70
Chapter 71
Chapter 72
Chapter 73
Chapter 74CHAPTER 1: PROLOG
Słońce się rozlewało po wybrzeżu Somalii. Abdi Warsame, zwany Ręką, odwrócił wzrok od oślepiającej tafli morza i poprawił zakurzony karabinek AK zwisający z ramienia. Jego wychudzone, żylaste ciało rzucało długi cień na spękaną ziemię portu w Hobyo. Nie znosił czekać — zwłaszcza na białych.
Zardzewiała motorówka uderzyła o prowizoryczne molo. Warsame zmrużył oczy. Z łodzi wysiadł wysoki mężczyzna w jasnym garniturze, kompletnie niepasujący do otoczenia. Krople słonej wody osiadały na jego włoskich butach, gdy szedł pewnym krokiem. Elegancka laska stukała rytmicznie o deski.
– Spóźniłeś się – warknął Warsame, wypluwając resztki khat, popularnych w Afryce Wschodniej liści działających podobnie do amfetaminy.
Heinrich Gringer, znany wśród lokalnych watażków jako Muzyk, uśmiechnął się lekko. Nie odpowiedział od razu. Najpierw przetarł czoło jedwabną chusteczką, po czym wskazał laską na przydrożną chatę.
– Wewnątrz, Abdi. Biznesu nie robi się na otwartym terenie.
Weszli do dusznej budy z blachy falistej i drewna. Gringer usiadł na jedynym solidnym krześle, jakby było tronem. Jego wzrok przesunął się po wnętrzu, rejestrując trzech uzbrojonych ludzi Warsame’a, skrzynie z amunicją i puste butelki po whisky.
Warsame przyklęknął na matę.
– Gdzie broń?
– Gdzie moje pieniądze? – Gringer przesunął dłonią po lasce. Promienie słońca wpadające przez szpary w dachu podkreślały zmarszczki na jego opalonej twarzy.
– Pół teraz, pół po dostawie. Jak ustaliliśmy.
Skinął na jednego z ludzi. Ten przyniósł metalową walizkę i położył przed Niemcem.
Muzyk nawet na nią nie spojrzał.
– Warunki się zmieniły – powiedział, a jego niemiecki akcent wyraźnie przebijał przez angielskie słowa. – Cały ładunek będzie na kontenerowcu _Baltic Star_. Za dwa tygodnie przejdzie przez Cieśninę Adeńską.
Warsame zacisnął szczękę.
– Za dwa tygodnie zaczyna się sezon sztormowy.
– Dokładnie. Nikt nie spodziewa się ataku w taką pogodę.
– A straż? Konwoje? NATO? – Abdi zerwał się z ziemi. – Myślisz, że jesteśmy dziećmi? Każdy transportowiec ma teraz ochronę!
Gringer spokojnie oparł laskę na kolanach.
– _Baltic Star_ będzie miał ochronę. Trzech ludzi. Załoga im ufa. Moi ludzie wewnątrz pomogą wam się dostać. Broń jest w kontenerach oznaczonych jako części zamienne: dwanaście karabinów maszynowych dwunasto milimetrowych, sto AK-104, pięćdziesiąt RPG-7, amunicja. Więcej, niż obiecałem.
Jeden z ludzi Warsame’a szepnął coś po somalijsku. Abdi uciszył go gestem.
– Dlaczego to robisz? Handel bronią to jedno. Ale przekazanie całego statku…
Gringer powoli wstał. Był prawie głowę wyższy od Somalijczyka. Światło załamało się na metalowej głowicy jego laski.
– To nie twój problem, Abdi. Wy dostajecie broń. Ja dostaję pieniądze. I coś jeszcze, czego potrzebuję.
Zrobił krok w stronę Warsame’a.
– Na pokładzie jest też inny kontener. Czarny. Zapieczętowany. Jest mój.
– Co w nim?
– Nie dotykać. Nie otwierać. Cała broń będzie twoja, ale ten kontener wraca ze mną. Jasne?
Warsame wytrzymał spojrzenie przeciwnika. Coś tu śmierdziało, ale ilość broni była zbyt kusząca. W końcu skinął głową.
– Kto jest twoim człowiekiem na statku?
– Poznasz go, gdy usłyszysz. Wyłączy systemy bezpieczeństwa.
– A ochrona? Trzech ludzi to nie problem, ale…
– To moi ludzie, spokojnie – przerwał mu Gringer. – Wśród załogi też coś mam.
– Dwa tygodnie – potwierdził Warsame. – W Cieśninie.
– Będę czekał na sygnał. Skontaktuj się z moim człowiekiem, gdy przejmiesz statek.
Opuścili chatę. Słońce chyliło się ku zachodowi, barwiąc pustynny piasek na czerwono. Warsame patrzył, jak Gringer wsiada do motorówki. Niemiec odwrócił się jeszcze na moment.
– Pamiętaj. Czarny kontener. Nietknięty.
Łódź odpłynęła, wzbijając białą pianę. Warsame stał na brzegu, czując piasek przesypujący się między palcami. Przez krótką chwilę zastanawiał się, czy powinien ufać białemu w drogim garniturze. Potem przypomniał sobie o arsenale czekającym na statku i o tym, jak zmieni się układ sił, gdy zdobędzie nowoczesną broń.
Odwrócił się do swoich ludzi. Trzeba było przygotować łodzie. I zebrać więcej ludzi.
Za dwa tygodnie dostanie wszystko, co mu obiecano. I dowie się, co kryje czarny kontener.CHAPTER 2
Tego dnia wreszcie przyszła wiadomość, że będzie transfer. Kolejne 5 do 10 dni na normalnym statku z normalnym jedzeniem. Miał już dość tej łajby.
Floating armory. Pływająca zbrojownia, a tak naprawdę kilkudziesięciometrowa łódź. Na której Hindusi cały czas gotowali swoje pikantne i pozbawione smaku jedzenie. Już dwóch chłopaków się rozchorowało, aż w końcu przyleciał śmigłowiec żeby ich zabrać. Jacek był tym faktem rozczarowany. Nie żeby nie miał serca dla cierpiących kolegów. Ale te 150 dolarów, o które się założył już tak. Obstawiał, że nie przylecą wcześniej niż po 2 tygodniach. Pięć dni. Pewnie tam na górze były roszady, Odi by nie wysłał pomocy tak szybko. Leniwy grubas. Od pięciu tygodni.
W wojsku jedzenie było lepsze, choć może mu się tylko wydawało. W końcu siedzi na łajbie, która już od dawna nadaje się do remontu. Od 3 tygodni nie ma prądu, więc i świeżej wody. Temperatura powyżej 35 stopni Celsjusza i ani jednej chmurki.
Ani jednej chmurki.
– Jak tam?
Przez chwilę nie wiedział kto do niego mówi, pogrążony we własnych myślach.
– Stara bieda.
Pięćdziesięciodwuletni Afrykaner był wielki jak drzewo. Ale jak pochodzi się z kraju, w którym służby bezpieczeństwa to żart, jest to tylko atutem.
_Chodź właściwie to kiedy nie jest._ On sam, miał raptem 175 cm wzrostu. Trochę mniej i wszyscy by się nabijali z niego. A i pewnie jakiś przydomek by dostał.
Czuł, że cały się lepi od potu. _Pieprzona strefa_, pomyślał. Po czterech miesiącach myślał, że już się jako tako przyzwyczaił do tych upałów, ale jego organizm był odmiennego zdania.
– Odi cię wzywa – krzyknął któryś z chłopaków.
Odwrócił się, ale już nikogo nie było. No tak. Stał po nasłonecznionej stronie statku. Żaden z chłopaków nie zapuszczał się tu bez powodu, a jak już musiał to był tam tak krótko jak to możliwe.
Odi, niski – jak dla kogo, miał 173 cm wzrostu, co czyniło ich praktycznie tego samego wzrostu – czarnoskóry przodek jednego z nigeryjskich plemion siedział u siebie.
– No, co tam? – Zagaił niby od niechcenia, dalej nie wiedząc czy temu kto go poinformował o wezwaniu chodziło na pewno o niego. I czy nie był to głupi żart. Głupich też tutaj nie brakowało, a nuda i upał tylko tę głupotę mogły spotęgować. I karaluchy. Tych nienawidził najbardziej.
–A tak. Twój krajan się rozchorował. Robert. Musisz go zastąpić. Dzisiaj wchodzicie na pokład. – mówiąc to nawet na niego nie spojrzał.
_Głupi tłuścioch._ Polak lekko się uśmiechnął widząc jak tamten się poci nawet siedząc w chyba jedynym w miarę klimatyzowanym pomieszczeniu na statku. _Jak on dostał tę pracę?_ No tak. Firma niemiecka to zadbali, aby nadzór nad wszystkim miał ich rodak. Polak przypomniał sobie, że w czeskiej Skodzie pod zarządem niemieckim też prezesem był Niemiec. Obcemu by nie zaufali. Z lekcji historii pamiętał, że w czasach drugiej wojny światowej na zajętych terenach ustanawiali własne władze. Od tylu lat ten sam styl zarządzania.
–Dobra, a z kim płynę?
Niemiecki "namiestnik" podał mu wydruk. A właściwie to odłożył na róg stołu. Pewnie jego niemiecka zajebistość mu nie pozwalała dać się zbliżyć plebsowi.
„_...brali tylko tych, którzy nie potrafili spieprzyć przed siatką…_” przypomniał sobie scenkę z jednej z jego ulubionych komedii. Rasistą nie był, ale jak widział tego wieprza to mu się nóż w kieszeni otwierał. Spojrzał na kartkę z informacjami o nowym zadaniu w tym o członkach jego nowego zespołu. Pod jego nazwiskiem i przydzieloną funkcją lidera zespołu widniały dwa nazwiska. Młodego Argentyńczyka imieniem Marco. I Willem, którego już znał. Rosły Afrykaner był o wiele bardziej doświadczy niż on sam.
Polak zastanawiał się dlaczego nie jest jeszcze TL. _Może bierze tę pracę tylko z doskoku?_, zastanawiał się. A na liderów zespołów wolą ludzi mniej więcej regularnie pływających. Z takimi lepiej spiąć grafik. Choć chętnych chyba nie brakowało.
_No to lecimy._ Wymamrotał coś na pożegnanie i wyszedł z tego przyjemnie wentylowanego pokoju.
Od razu wziął się do roboty. Wyszukał oby wymienionych w dokumencie ochroniarzy, by zrobić mały briefing.CHAPTER 3
Jacek przemierzał pokład zbrojowni, szukając Marco i Willema. Potrzebował sprawdzić, z kim będzie pracował przez kolejne dni na Baltic Star. Wiedział już, że Willem to weteran – twardy jak skała Afrykaner, który widział wojnę w Angoli. Co w tej robocie było bezcenne. Ale ten Argentyńczyk? Zupełna niewiadoma. Młody, za szybko się uśmiechał, a w oczach miał ten błysk, który Jacek kojarzył z typami lubiącymi łatwy zarobek. A to nie zawsze musiała być prawda. Nawet w dzisiejszych czasach, gdy piratów było, na szczęście, coraz mniej.
Przeszedł obok kilku chłopaków z załogi i ochroniarzy, zagłębionych w grę w karty przy jednej ze skrzyń. I tam go zobaczył. Marco siedział przy prowizorycznym stoliku, ustawionym bezpośrednio na mokrym pokładzie, tuż obok nadbudówki. Wokół niego niewielka grupka – w większości Hindusi z załogi, kilku mechaników w upapranych kombinezonach. Atmosfera była napięta jak na zwykłą grę.
Jacek podszedł bliżej, skanując stół wzrokiem. Talia kart była nietypowa, zaskakująco odmienna od wszystkiego, co znał. Nie przypominała żadnej, jaką kiedykolwiek trzymał w dłoniach, ani nawet widział na zdjęciach. Kolory bardziej wyblakłe, niż intensywne, a symbole obco brzmiące. Zamiast zaznajomionych kierów, pików i innych, których nazw nie pamiętał. Widać było dziwaczne, prawie hieroglificzne znaki. Figury również się różniły – postaci o surowych rysach, niepodobnych do królów, dam czy waletów. Za miast tego kolejne cyfry rzymskie. Całość sprawiała wrażenie starożytnego artefaktu, wyjętego wprost z zapomnianych ruin. Jacek lekko zmarszczył brwi. Te karty, z całą pewnością, były szczegółem wartym uwagi.
— Co to za karty? — spytał, nie kryjąc zdziwienia. Jego głos zabrzmiał ostro, jak na przesłuchaniu.
Marco uniósł wzrok znad talii, uśmiechając się lekko tym swoim beztroskim uśmiechem. W jego spojrzeniu było coś dziwnego. Choć Jacek nie umiał tego jeszcze nazwać, coś w tym spojrzeniu przypominało mu spojrzenia dealerów z kasyn.
— Hiszpańska talia. Baraja española — odparł Marco, tasując karty z wprawą, która zdradzała obycie przy stole. Jego palce przesuwały się szybko i pewnie, niemal niezauważalnie, jakby to był odruch, a nie celowe działanie. — Nie znałeś?
Jacek potrząsnął głową. Wojsko, Kosowo, pływające zbrojownie. Ale o hiszpańskich kartach, o tej specyficznej talii, nie miał pojęcia. Człowiek całe życie się uczy, a świat wciąż potrafi zaskoczyć. Po raz kolejny.
— Gramy w „siete y media” — wtrącił się jeden z grających, wyczuwając jego zagubienie. Młody Hindus, prawdopodobnie mechanik, miał na sobie brudną koszulkę, miejscami postrzępioną i powycinaną. Jego angielski był mocno obciążony akcentem, brzmiał trochę jak szum fal uderzających o burtę. — Siedem i pół. Coś podobnego do waszego blackjacka, ale z innymi zasadami liczenia. Tam musi być dokładnie 21, tutaj –siedem i pół.
_Blackjack? Co to jest… a oczko._ Jacek nigdy nie był graczem. W wojsku królowały prostsze gry: tysiąc, wojna, czasem poker o papierosy, ale on nawet na nie nie patrzył.
Pomocny mechanik zaczął cierpliwie tłumaczyć zasady, robiąc gesty nad kartami. Każdy gracz dobiera karty, starając się zbliżyć do siedmiu punktów, albo dokładnie do siedmiu i pół. Karty od jedynki do siódemki mają wartość nominalną, a figury – sota, caballo, rey – liczą się jako połówki. Ósemki i dziewiątki wyrzuca się z talii przed grą. Brzmiało skomplikowanie, ale Jacek już liczył w głowie – matematyka zawsze była jego mocną stroną.
— Jak policzysz raz, to zrozumiesz — dodał Marco, rozdając karty pewnym ruchem. — To naprawdę proste. Prostsze niż poker.
Jacek przyjrzał się karciarzom uważniej, jego wzrok wojskowego analityka skanował szczegóły. Marco grał z nonszalancją zawodowca, rzucając kartami na stół jakby to były znaczki pocztowe. Jego ruchy były szybkie i precyzyjne. Większość pozostałych graczy skupiała się na policzeniu punktów, pocąc się nad każdą kartą. Ale Marco nie. Ten Argentyńczyk miał wszystko wliczone w pamięci, znał każdą kartę, która wyszła z talii.
Szuler. Ciekawe.
Jacek obserwował jeszcze przez chwilę. Ta gra, ta talia, ta pewność siebie Marco… wszystko to wydawało się dziwne i obce. Czuł narastające niezadowolenie. Przyszedł tu nie po to, żeby sprawdzać, jaką talią grają, lecz żeby ocenić, czy Marco jest godny zaufania zawodowcem. Czy ten młody Argentyńczyk nie okaże się kolejnym problemem na tej cholernej łajbie.
_Legionista, który zbyt dobrze gra… oszukuje w karty_ — pomyślał Jacek, odchodząc od stolika. To nie wróżyło dobrze.CHAPTER 4
Kilka minut później już czekał na pozostałych w mesie. Rozłożył na metalowym stole plany _Baltic Star_, mapy morskie i procedury bezpieczeństwa. Znał ten typ kontenerowca. Typowy kolos z wysoko usadowionym mostkiem, kontenerami ułożonymi w rzędy na otwartym pokładzie i maszynownią pod spodem. Nic skomplikowanego. No i bez tych cholernych oparów paliwa, jak na tankowcach. One, dosłownie skracały ludziom życie.
Pchnął drzwi i wszedł wysoki, barczysty mężczyzna. Spod koszuli z podwiniętymi rękawami wystawał fragment tatuażu. "Legio Patria Nostra" –Jacek rozpoznał motto Legii Cudzoziemskiej. _Dziwne, na oko gość ma jakieś 20 lat._ Południowoamerykański akcent zdradził go, zanim się przedstawił.
– Marco Alvarez – wyciągnął rękę, uścisk miał silny i suchy.
– Jacek Bauer. –Obaj wiedzieli, że jest TL, więc tego nie dodawał.
Argentyńczyk zmierzył go wzrokiem od stóp do głów. Jacek wytrzymał spojrzenie bez mrugnięcia. W jego ocenie "Latynos" miał około 20-22 lata, był wyższy od niego o dobrych kilka centymetrów i prawdopodobnie cięższy o piętnaście kilogramów. Kickboxer, tak podpowiadała mu intuicja. Sposób, w jaki się poruszał, równowaga i lekko rozbite kostki dłoni.
– Czemu Robert nie płynie? – zapytał Marco, siadając naprzeciwko.
– Nie tym razem.
Drzwi otworzyły się ponownie. Wszedł ostatni członek zespołu. Jacek musiał unieść głowę, by spojrzeć mu w twarz. Prawie dwa metry wzrostu, szeroki jak szafa, z wypłowiałą blizną ciągnącą się przez policzek aż do szyi.
– Cześć, Jacek – powiedział, głębokim głosem z akcentem typowym dla Afrykanerów.
– Cześć. W końcu razem na łajbie. –I tym razem nie było możliwości na pomyłkę. Obaj z Latynosem wiedzieli, że jest ich liderem.
Willem usiadł ciężko, drewniane krzesło zatrzeszczało pod jego ciężarem. Łypnął na Jacka podejrzliwie, jakby oceniał jego przydatność. Blizna na jego twarzy wyglądała na pozostałość po wybuchu. Mina przeciwpiechotna, może improwizowany ładunek wybuchowy. Angola, przypomniał sobie Jacek. Kiedyś wspomniał, że walczył w Angoli.
– Dobrze, skoro jesteśmy w komplecie, możemy zacząć – Jacek wskazał na rozłożone dokumenty. – Za dwie godziny wchodzimy na _Baltic Star_. Standardowe zabezpieczenie podczas przepływu przez strefę wysokiego ryzyka. Trzy dni eskorty, potem wracamy na bazę. Pytania?
– Czemu Robert nie płynie? – Willem pochylił się nad stołem.
– To pytanie do Obi, nie do mnie – Jacek nie dał się wytrącić z równowagi. – Ja mam rozkaz dowodzić tym zespołem.
– Rozkaz? – Marco uśmiechnął się ironicznie. – To nie wojsko, Polaku.
– Przyzwyczajenie. – Jacek zignorował głupi uśmieszek młodzika. – Jakie macie doświadczenie?
– Pierwszy kontrakt – odpowiedział Marco. – Przed tym Legia Cudzoziemska, 2 REI.
– SANDF, jednostka rozpoznawcza – dodał Willem krótko. – Potem Angola, teraz tutaj, od kilku lat.
–A pomiędzy?
–Nic, to wszystko.
Jacek skinął głową. Wiedział, że dopytywanie nie miało sensu.
– Wojsko Polskie, potem dwa lata tutaj.
– I Kosowo – dodał Marco z dziwnym uśmiechem.
Jacek poczuł, jak żołądek mu się zaciska. Wieści szybko się rozchodzą w takich miejscach. Szczególnie te złe.
– Tak, Kosowo też – potwierdził, nie dając po sobie poznać zdenerwowania. – Ale to historia.
Willem prychnął.
– Historia ma zwyczaj powracać, gdy najmniej się tego spodziewasz.
– Lepiej zajmijmy się teraźniejszością – Jacek wskazał na mapę. – Trasa _Baltic Star_ przebiega tutaj. To klasyczne łowisko piratów. Grupy po cztery do sześciu osób, łodzie rybackie przerobione na szybkie jednostki bojowe, karabinki, czasem granatniki RPG. Zazwyczaj atakują o świcie lub o zmierzchu.
Willem skrzyżował masywne ramiona na piersi.
– Wiemy to wszystko. Pływamy tu dłużej niż ty.
– Słusznie, – przesunął palcem po trasie statku. – W takim razie przejdźmy do procedur. Jak rozdzielaliście się z Robertem?
– Zmiany po osiem godzin, rotacyjnie – Marco wzruszył ramionami. – Jeden na mostku, drugi przy CCTV, trzeci odpoczywa. Podstawy.
– Przy zmianie robimy obchód – dodał Willem. – Standard.
Jacek zastanawiał się przez chwilę. Ich podejście było lekceważące, jakby chcieli mu pokazać, że nie potrzebują nowego dowódcy.
– Dobra, ale zmieniamy schemat – powiedział stanowczo. – Przy zagrożeniu idziemy w tryb czujny. Sześć godzin służby, sześć godzin gotowości, sześć godzin odpoczynku. Przy alarmie wszyscy na pozycje.
Marco parsknął.
– Po co komplikować? System Roberta działał.
– A skąd wiesz, że mój nie zadziała lepiej? – Jacek pochylił się nad stołem. – Słuchajcie, rozumiem. Nie znacie mnie, wolicie swojego kolegę. Ale to ja dowodzę tym zespołem.
Zapadła niezręczna cisza. Marco stukał palcami o blat stołu. Willem patrzył gdzieś ponad głową Jacka.
– Jaką broń preferujecie? – zapytał Jacek, zmieniając temat.
– CKM do dalekiego zasięgu – odpowiedział od razu Marco. – Glock do bliskiego.
– Karabin snajperski FN – dodał Willem. – I nóż, gdy sprawy robią się osobiste.
Jacek skinął głową. –A ja minigun. –Wszyscy się roześmiali na ten wspólny żart.
–A tak serio, pytam, czy któryś nie chce SWD?
Niedźwiedź się uśmiechnął. – Oczywiście, że nie pogardzę.
Przesunął w ich stronę aktualny komunikat meteo.
– Zbliża się sezon sztormowy. Morze będzie niespokojne, widoczność ograniczona. To komplikuje sprawę.
Willem zerknął na mapę pogodową i zmarszczył brwi.
– Niski front nad Morzem Arabskim. Może być nieprzyjemnie.
– Dokładnie. Piraci to wykorzystają – Jacek rozłożył na stole zdjęcia satelitarne. – Ostatnie ataki miały miejsce tutaj i tutaj. Widać wzorzec?
Marco pochylił się nad zdjęciami. Po raz pierwszy wydawał się zainteresowany.
– Skracają dystans. Nie atakują już tak daleko od brzegu.
– Zgadza się – Jacek poczuł iskrę satysfakcji. Może jednak da się z nimi pracować. – Zmieniają taktykę. Mniej czasu na reakcję.
– Albo lepsze łodzie – dodał Willem. – Szybsze, z większym zasięgiem.
Jacek popatrzył na mapę, rozważając wszystkie możliwości.
– To znaczy, że musimy być bardziej czujni. Żadnych skrótów, żadnych ułatwień. Pełna procedura bezpieczeństwa przez całą trasę.
Spojrzał na swoich ludzi. Nadal byli zdystansowani, ale przynajmniej słuchali.
– Jeszcze jedno. Jeśli macie z czymś problem, mówcie mi otwarcie. Wolę szczerą krytykę niż ciche sabotowanie.
Willem wyprostował się na krześle.
– W wojsku też tak mówiłeś swoim ludziom?
– Tak. –_O co mu chodzi? –_Przeszkadza ci, że byłem oficerem, czy co?
–Nie, nic.
Frustrat.
– Spotkanie zakończone. O szóstej zaokrętowanie. Pomożecie mi ze skrzyniami. Pytania?
Mężczyźni wymienili spojrzenia.
– Jak na razie nie – powiedział w końcu Willem, wstając ciężko. – Ale mogą się pojawić.
Jacek skinął głową i zaczął zbierać dokumenty, podczas gdy tamci ruszyli do wyjścia. Gdy byli już przy drzwiach, Marco odwrócił się, jakby chciał coś powiedzieć, ale się rozmyślił.
Gdy zostały zamknięte drzwi, Jacek opadł na krzesło. _To będzie długi rejs_, pomyślał, masując skronie. Nieufność to jedno, ale wyraźna niechęć to coś zupełnie innego. Czuł, że z nimi jest coś nie tak.
Nie tak wyobrażał sobie pierwsze dowodzenie. Zdał sobie sprawę, że zdobycie zaufania tych dwóch może być trudne.CHAPTER 5
Swoim "stateczkiem" podpłynęli pod lewą burtę statku docelowego. Był to kontenerowiec o długości 330 metrów. Jeszcze 35 metrów i konstrukcja by musiała posiadać rozdzielone nadbudówkę i komin. Niektórzy tego nie lubili, bo takim statkiem mocniej bujało. Poza tym, jako że nadbudówka w której spali wszyscy mieszkańcy statku, była z przodu bujanie odbywało się nie tylko na boki, ale i w przód i tył. Dając nieprzyjemne dla części ludzi, uczucie podchodzenia żołądka do gardła. Jak na karuzeli. On na szczęście, był wolny od tych uczuć mogących uprzykrzyć czas w tym zawodzie.
Wiedział, że statek ma 25 lat i cała załoga to Hindusi. _A jakżeby inaczej_. Sami Hindusi niebyli źli. W przeciwieństwie do Ukraińców, z którymi pływał wcześniej. Ci byli ciągle uśmiechnięci. I nie klęli w co drugim zdaniu. A nawet jeśli, to on ich nie rozumiał. Co z uszu, to z serca. Ale to ich jedzenie, było po prostu bez smaku. Zresztą, nawet jeżeliby miało jakiś smak to i tak utonąłby w pikantnym sosie. Lub jednej z tysiąca – a jakże – równie pikantnych przypraw. Tu Ukraińcy ze swoją swojską kuchnią, byli górą.
Jacek pamiętał jak kilka miesięcy temu schodził ze statku w porcie na Sri Lance. Na samolot czekał trzy dni, więc żeby się nie nudzić wychodził na miasto, choć wiedział, że firma tego zabrania. Zbyt niebezpieczne. O wysyłaniu ludzi na statek z bronią, by tam się strzelali z gotowymi na wszystko piratami, nie powiedzieli tego samego. Podczas jednej z przechadzek dał się namówić na spróbowanie jednej z przypraw leżących na straganie. Podszedł do ułożonych kupek przypraw i spytał o tę najmniej ostrą. Sprzedawca o dziwo znał angielski. Gdy Jacek jej spróbował, myślał, że usta mu płoną żywym ogniem. Zarówno straganiarz jak i jego kumple rozbawieni byli po pachy. Po powrocie musiał się hamować, by nie dać nikomu w mordę. Przynajmniej później sobie to odbił rzucając ich o matę w hotelowej siłowni podczas treningów Jiu Jitsu.
Może powinien im wspomnieć o czarnym pasie, który zdobył dwa lata wcześniej? I o tym, jak niedawno mu dodali kolejną belkę?
Niemniej od tamtej pory każdy posiłek sporządzony ręką Hindusa lub Tamila sprawdzał biorąc trochę posiłku na widelec i próbując go przodem języka. Niczym żółw sprawdzający, czy to zielone co mu ktoś lub coś podstawia to aby na pewno sałata. Tego, że któregoś dnia podłożą mu zupę z żółwia się nie bał. _Tych, chyba nie jedzą. Chociaż, to chętnie by coś takiego zjadł._
Najpierw, weszli oni. A później pomogli wciągać bagaże. Swoje i te z bronią. Na dole już je umocowali. Musieli to zrobić marynarze, którzy i tak mieli już dużo do roboty. Nie żeby nikt się do tego nie garną. Tyle, że choć było tam około półtora tuzina ochroniarzy w większości po kilka lub nawet kilkanaście lat doświadczenia na morzu. To prawie nikt nie umiał wiązać węzłów, tej wydawało by się podstawowej umiejętności w pracy na statku. A nawet jeżeli już ktoś umiał coś wiązać na przykład z wojska, to albo już mu uleciało z siwiejącej głowy, albo wiedział, że marynarze zrobią to lepiej. Nikt nie chciał być odpowiedzialny za rozwiązanie się liny i w efekcie wrzucenie czyjegoś bagażu do wody. Lub co gorsza walizy z bronią. Za bagaż dostałby co najwyżej kilka kuksańców i rozeszłoby się po kościach. Zgubienie lub wrzucenie broni do wody, to trochę większy kaliber. Prokurator, dochodzenie. Lepiej się nie wychylać z takimi umiejętnościami. Poza tym marynarzom za to płacili, im nie.
On sam by nigdy nie ryzykował, choć też umiał kilka węzłów. Na szkole oficerskiej to mus.
Po wciągnięciu całego sprzętu poszli do środka prowadzeni przez trzeciego oficera. Najpierw zaprowadził ich do biura statku na parterze. Lub, jak kto woli upper decku. Po złożeniu wymaganych na każdym statku dokumentów poszli do swojej kajuty. Jak zwykle ulokowani byli w pomieszczeniu nazywanym ‘suez cabin’ lub ‘crew cabin’. Było tam sześć łóżek spiętrowanych po dwa. Dolne miały zasłonę dla odrobiny prywatności. I możliwość snu nawet przy zapalonym świetle.
–Świetnie, znowu współdzielony pokój. – żalił się Marco, rodem z ojczyzny Perona.
–Pierwszy dzień, a ty już narzekasz, –jęknął Afrykaner, najwidoczniej nie uznając swoich słów za to samo. Z tego co zdołał zaobserwować Polak, to lubił on młodego Argentyńczyka.
Może różnica wieku – 29 lat – miała na to wpływ. Że widział w nim syna to może przesada, ale jego kolegę już tak. Kogoś komu może po mentorować, gdy jego własny syn zaczyna się odcinać od niego mając własne zainteresowania. A który sam nie miał ojca. Poza tym dla młodszego z tego duetu "ojciec-syn" lub "mistrz-uczeń", to pierwszy kontrakt na wodzie.
_Jakie to kurna, słodkie_, żartował w duchu ze swoich spostrzeżeń Jacek.
–Dobra chłopaki, ja idę pogadać z szefem lub z kapitanem.
–Z Polakiem się dogadasz łatwiej. – rzucił Latynos.
Nie do końca wiedział jak to skomentować, więc po prostu skinął głową, odwrócił się na pięcie i wyszedł kierując się jeszcze raz do biura z nadzieją, że jest tam ktoś. Jednak się zawiódł. _Niema rady, muszę iść na mostek_. Winda była na poziomie B i jechała dosyć leniwie do góry. Był jednak zmęczony i cały mokry od tego skwaru na zewnątrz, więc postanowił, że będzie czekać i dziesięć minut jak będzie trzeba. I mniej więcej to tyle trwało. Ktoś najwidoczniej postanowił nie czekać na powrót windy i przytrzymywał drzwi. Zapewne kawałkiem drewna do zatrzymania drzwi w otwarciu, a więc i całej windy, dla pilota. Ten zaś był potrzebny do manewrowania statkiem w zdradliwych wodach portów. Zarówno przy zawijaniu do niego jak i przy wychodzeniu w morze.CHAPTER 6
Winda stanęła na najwyższym piętrze. Jacek wyszedł na korytarz prowadzący do mostka, czując pod stopami wibracje statku. Po chwili stanął przed drzwiami i zapukał. Czekał, mając nadzieję, że nie przerywa czegoś ważnego.
Drzwi otworzyły się po kilku sekundach. W progu stał postawny mężczyzna po pięćdziesiątce, z siwymi skroniami kontrastującymi z ciemniejszymi włosami. Jego mundur, choć noszony na co dzień, był idealnie wyprasowany, a na naramiennikach lśniły cztery złote paski. Na piersi widniała plakietka z polskim orzełkiem.
– Kapitan Nowak – przedstawił się mężczyzna, wyciągając dłoń.
– Jacek Bauer, Team Leader grupy ochronnej – uścisnął dłoń kapitana, czując jej suchość i siłę.
Nowak zmierzył go wzrokiem, jakby oceniał jego przydatność. Po chwili na jego twarzy pojawił się ledwo dostrzegalny uśmiech.
– Zapraszam na mostek, panie Bauer.
Kapitan poprowadził go przez przedsionek do przestronnego pomieszczenia wypełnionego ekranami radarowymi i elektronicznymi mapami. Za panoramicznymi oknami rozciągał się widok na morze, skąpane w popołudniowym słońcu. Dwóch oficerów pracowało przy konsolach, kątem oka zerkając na nowo przybyłego.
– Drugi oficer Patel i trzeci oficer Singh – przedstawił ich kapitan. – Panowie, to pan Bauer, szef ochrony.
Oficerowie skinęli głowami, po czym wrócili do swoich zajęć. Kapitan wskazał na niewielki stolik pod bocznym oknem.
– Usiądźmy. Chciałbym omówić kilka spraw, zanim wpłyniemy na niebezpieczne wody.
Zajęli miejsca. Jacek obserwował, jak promienie słońca załamują się na falach za oknem, tworząc migoczące refleksy na powierzchni wody.
– Mam rozumieć, że wasze procedury są zgodne z wytycznymi MSSO? – zapytał kapitan, sięgając po termos z kawą.
– Tak, – potwierdził Jacek. – Wszystko według standardów Maritime Safety & Security Organization.
Sprawdza mnie?
Nowak nalał dwie filiżanki kawy i podsunął jedną Jackowi.
– Ta organizacja powstała niedawno, prawda? Słyszałeś, że to coś więcej niż tylko kolejne biuro do spraw bezpieczeństwa.
Jacek nie mógł nie zanotować tych oznak spoufalania się. Porzucenie "pan" i dopytywanie o MSSO.
– Formalnie zajmują się koordynacją międzynarodowych działań związanych z bezpieczeństwem żeglugi – Jacek przyjął kawę z wdzięcznością. – W praktyce mają szerszy mandat, obejmujący dochodzenia w sprawach przemytu broni, narkotyków i nie tylko. Nasza firma działa w pełnej zgodności z ich standardami. Choć, tylko z tymi podstawowymi. Jeszcze nas, to jest prywatnych firm, nie uznają.
Kapitan pokiwał głową.
— Tylko tolerują?
— Dokładnie.
– Trzydzieści lat na morzu, Jacek. Widziałem, jak zmieniały się zagrożenia i procedury. Dawniej wystarczyli marynarze. Dzisiaj potrzebujemy całego zespołu specjalistów.
– Czasy się zmieniają – przyznał Jacek, sącząc kawę. Była mocna i gorzka, niedokładnie taka, jaką lubił.
Nowak pochylił się lekko nad stołem, ściszając głos.
– Słyszałeś o ostatnich porwaniach? Dwa statki w ciągu miesiąca. Somalijczycy znów się uaktywniają, mimo że wszyscy twierdzili, że problem piractwa został rozwiązany.
– Słyszałem – Jacek skinął głową. – Jeden kontenerowiec i jeden tankowiec, oba pod tanimi banderami, oba z indyjską ochroną.
– Dokładnie. Media o tym nie trąbią, ale w branży wszyscy o tym mówią. Wchodzimy w niespokojne wody, panie Bauer.
Kapitan podszedł do mapy elektronicznej i wskazał na trasę, którą mieli przebyć.
– W nocy wpłyniemy na Zatokę Adeńską. To tam koncentruje się większość aktywności pirackiej. Jakie macie procedury na wypadek ataku?
– Standardowy protokół. Obserwacja radarowa i wizualna w systemie dwudziestoczterogodzinnym – Jacek podszedł do mapy. – Przy podejrzanym kontakcie natychmiastowe powiadomienie mostka, przygotowanie zespołu i sprzętu. Niepokoi mnie brak czasu na przygotowanie statku.
— Mnie też. Dostaliśmy ten kurs kilka dni temu. Mówili wam coś?
— Nie. Choć, to podejrzane. Sprawdzimy to.
Nowak przyglądał się mu z uwagą.
– A zespół? Jacy to ludzie?
– Doświadczeni. Obaj to byli wojskowi, z doświadczeniem bojowym.
_Poza mną._ Ale tego już nie dodał.
Kapitan oparł się o konsolę.
– Wiesz Jacek, największym zagrożeniem na morzu nie są piraci, ani sztormy. To rutyna. Ludzie przestają być czujni, zaczynają wierzyć, że nic się nie stanie, bo wczoraj też nic się nie stało.
– Znam to z wojska – przyznał Jacek. – Najgorsze były dni, kiedy nic się nie działo.
– Właśnie – Nowak wrócił do stolika. – Dlatego potrzebuję zespołu, który pozostanie czujny nawet wtedy, gdy przez dwa tygodnie nie zobaczymy nic poza mewami i delfinami.
– Moi ludzie są profesjonalistami – zapewnił Jacek. – Mamy system rotacji i treningów, który utrzymuje ich w gotowości.
Przez chwilę patrzyli przez okno, gdzie słońce zaczynało chylić się ku zachodowi, rzucając złote refleksy na fale. Woda wyglądała spokojnie, niemal niewinnie.
– To złudny spokój – mruknął kapitan, jakby czytając w myślach Jacka. – Ocean zawsze coś ukrywa pod powierzchnią.
– Dlatego tu jesteśmy – odpowiedział Jacek, wpatrując się w migoczące odblaski. – Żeby być gotowym na to, co ukryte.
Nowak skinął z aprobatą.
– Chciałbym, żebyście byli gotowi od momentu, gdy tam wpłyniemy –powiedział, wskazując przed siebie.
– Będziemy, kapitanie.
Jacek dopił kawę i wstał. Czuł, że znalazł w kapitanie sojusznika – człowieka, który rozumiał, że na morzu pewne rzeczy pozostają niewypowiedziane, ale obaj wiedzieli, o co chodzi.
Kapitan kiwnął głową z satysfakcją.
– Dobrze się rozumiemy, panie Bauer. Do zobaczenia na odprawie.
Jacek wyszedł. Za sobą zostawił panoramiczne okna mostka, przez które ocean migotał w słońcu, jakby drwił z ich przygotowań i planów. Obaj wiedzieli, że cisza na morzu potrafi być najbardziej zdradliwa.CHAPTER 7
Historyk poprawił krawat, spoglądając na nową przepustkę w dłoni. Adam Zaręba nie lubił pożegnań, dlatego oddał wszystkie dokumenty na portierni o piątej rano, kiedy budynek świecił pustkami. Zawsze preferował wyjścia bez szumu –tak jak swoje operacje.
Teraz siedział w sterylnym korytarzu nowej jednostki, gdzie panowała cisza przerywana jedynie monotonnym szumem klimatyzacji. Służba Bezpieczeństwa Strategicznego. Nawet nazwa brzmiała enigmatycznie, jak coś, co istniało w cieniu innych instytucji, ukryte przed światem zewnętrznym. Tajna służba o tajnych celach –zawsze podobała mu się ta dwuznaczność.
— Podpułkownik Zaręba? Dyrektor czeka — głos młodej kobiety przerwał jego rozważania.
Adam wstał, poprawił marynarkę opinającą się niekomfortowo na jego tęgawej sylwetce i ruszył za panią oficer. Jej kroki odbijały się echem od kamiennej posadzki. Korytarz wydawał się ciągnąć w nieskończoność, jakby każdy krok oddalał go od starego życia, prowadząc w głąb instytucji, której istnienie było jedynie pogłoską w kręgach wywiadowczych. Przez chwilę się nawet zapatrzył w jej kołyszące biodra. _Może innym razem._
Gabinet Dyrektora S był zaskakująco skromny, pozbawiony typowych symboli władzy. Duże, proste biurko z ciemnego drewna, za którym siedział szczupły mężczyzna przed pięćdziesiątkom, którego spojrzenie zdradzał jego dyskomfort. A może nawet strach? Jego działania w wojskowym wywiadzie mogły onieśmielać.
— Proszę spocząć, pułkowniku — głos miał spokojny, ale autorytarny, bez zbędnych emocji.
Adam usiadł, kładąc teczkę z dokumentami na kolanach. Czuł się nieswojo, jak uczeń wezwany do dyrektora po przewinieniu. Jego dłonie, choć nieruchome, aż świerzbiły z irytacji. _Po co, to całe pieprzenie?_
— Rozumiem, że wszystkie formalności zostały już załatwione? — Dyrektor nie zaszczycił go nawet spojrzeniem, metodycznie przeglądając dokumenty leżące przed nim.
— Tak. Zakończyłem pracę w Agencji o piątej rano — odpowiedział Zaręba, zachowując neutralny ton.
Teraz Dyrektor podniósł wzrok znad papierów, a jego spojrzenie było badawcze, tak jakby chciał wydobyć każdą tajemnicę, którą ten przechowywał.
— Nie zapytam, dlaczego ktoś nalegał na pański transfer, pułkowniku. W SBS interesuje nas teraźniejszość i przyszłość, nie przeszłość. Chyba że ta przeszłość może wpłynąć na bezpieczeństwo naszych operacji — w jego głosie pojawiła się ledwie wyczuwalna nuta ostrzeżenia.
Adam wytrzymał spojrzenie bez mrugnięcia, przyzwyczajony do takich gierek psychologicznych. Lata przesłuchań i negocjacji nauczyły go kontrolować każdy mięsień twarzy.
— Jeśli chodzi o blamaż z Tanger… — szef przerwał, jakby celowo zawieszając głos, czekając na reakcję, na potknięcie, na jakikolwiek znak słabości.
— Nigdy tam nie byłem — odezwał się w końcu Zaręba, z lekkim zniecierpliwieniem w głosie. — Przysłano mi wezwanie na dzisiaj, więc jestem. Wie pan chociaż, kim jestem?
Znał takich jak on. Pewnych siebie biurokratów z politycznego nadania. Ludzi, którzy nigdy nie byli i nie robili tego co on. O tej pracy wiedzieli tyle, że istnieje. Choć, ten ponoć wie t r o c h ę więcej. Ciekawie ile to trochę oznacza. Jak pamiętał z jedynego posiedzenia speckomisji na jakim był, raczej nie brylował intelektem. Wkrótce się przekona, jaki kaliber reprezentuje jego nowy przełożony.
— Wiem. Adam Zaręba. Nowy szef wydziału operacyjnego — odparł Dyrektor beznamiętnie. — Czyli nie był pan w tamtym rejonie?
— Nie. Nigdy nie stacjonowałem w Afryce — odpowiedział z nutą znużenia w głosie, jakby te pytania były stratą czasu.
— A ten pomysł dotyczący Nigerii? To nie pan mówił o możliwościach "polskiego" prezydenta z tym państwie?
Mówiąc "polskiego", zrobił ten durny anglosaski gest, oznaczający w tamtych stronach cudzysłów –palce zgięte w powietrzu jak niewidzialne haczyki. To, też mu dużo mówiło. Jako psycholog, wiedział, jak ważny jest profil psychologiczny swojego przeciwnika. Rosyjski szpieg, polski polityk, jego szef… bez różnicy. Wszyscy mieli swoje słabości, które można było wykorzystać.
— To była tylko sugestia, która się okazała zbędna dla moich przełożonych. I tyle — odparł lakonicznie, zachowując na twarzy maskę profesjonalnej obojętności.
— Dobrze. –Mówiąc to, szef SBS przekładał papiery. Wyglądało to tak jakby ktoś dał mu złe papiery, a ten nie chce się do tego przyznać. –W takim razie, jakie jest mniej więcej pana doświadczenie?
Szpieg miał już dość tego pajaca.
— Jakieś piętnaście lat w wywiadzie. Wojskowym i cywilnym. Głównie Bałkany i lewa strona Europy.
— Lewa?
— Wschodnia. Czechy, Słowacja. I od Polski, na wschód.
— My jesteśmy w Europie Centralnej.
— Gdy Friedrich Naumann wymyślał ten koncept, był on uzasadnieniem niemieckiej wizji świata. Z nimi w środku. O Polsce, nie było mowy. Nie istniała.
— Wiem, że nie istniała! Ale teraz istniejemy i to w Europie Środkowej.
Jeżeli, wcześniej miał jeszcze jakieś wątpliwości, to właśnie zostały rozwiane. Kolejny fanatyk "Wielkiego Lechistanu". Pseudo znawca historii. I pewnie kanapowy analityk wywiadu.
To kara za Pragę. I panią ambasador.
— Ok, stwierdzam tylko fakt. — Widząc, jak jego szef podnosi głowę, by coś odpowiedzieć, szybko dodał, — a przynajmniej, mój punkt widzenia.
Wiedział o tym polityku, że miał duże znajomości. Może nawet, przyszły premier. Musiał postępować z nim, jak z jajkiem. Popatrzył na swojego nowego szefa. Wydawał się zadowolony, z postawienia na swoim.
— Zresztą, to nieważne. Proszę mi powiedzieć, jak pan widzi swoją rolę? Ma pan pojęcie, co tutaj robimy?
— Mniej więcej. Strategiczny wywiad, aktywny kontrwywiad. I dlatego nie…
— Zaraz będzie pan wiedział więcej. –Przerwał mu jego nowy szef. Przez telefon wezwał jakiegoś Marka. –On, panu wszystko wyjaśni. Też to dlaczego pan tu jest.CHAPTER 8
Jacek wyszedł z mostka i ruszył w kierunku pokładu, gdzie miał spotkać się ze swoim zespołem. Korytarze statku były wąskie, z rzędem drzwi do pomieszczeń dla załogi po jednej stronie. Willem i Alvarez powinni właśnie kończyć przegląd sprzętu i zabezpieczać broń na czas odprawy.
Skręcił w stronę klatki schodowej, gdy na jego drodze pojawiła się młoda kobieta w mundurze nawigacyjnym. Szła szybkim krokiem, trzymając w rękach teczkę wypchaną mapami. Jej ciemne włosy związane były w ciasny kok, co podkreślało ostre rysy twarzy o wyraźnie indyjskim pochodzeniu. Na jej mundurze widniała plakietka z nazwiskiem: KAPOOR B.
_Po cholerę im te plakietki?_ Nigdy wcześniej ich nie widział. Poznawał trzy do pięciu imion na kurs i tyle. Teraz pozna wszystkie.
Jacek zwolnił, instynktownie przesuwając się na bok, by zrobić jej miejsce w wąskim przejściu. Kobieta podniosła wzrok znad mapy, którą przeglądała w marszu, i na moment ich spojrzenia się spotkały. Jacek zauważył błysk czujności w jej oczach – nie był to strach, lecz raczej ostrożna kalkulacja. Oceniała go.
– Pozwoli pani przejść – powiedział Jacek, przyciskając się do ściany.
W tym samym momencie zza rogu wyłonili się Willem i Alvarez. Obaj mieli przy sobie kabury z bronią krótką – standardowe wyposażenie zespołu ochrony podczas transferu. Na widok uzbrojonych mężczyzn kobieta zatrzymała się na ułamek sekundy, jej spojrzenie szybko przemknęło po ich twarzach i broni, po czym znów przybrała profesjonalny wyraz twarzy.
Marco Alvarez wyprostował się i posłał jej szeroki uśmiech.
– Piękny dzień na morzu, pani kadet – rzucił, opierając rękę o ścianę. – Nie powinniśmy się przedstawić? Będziemy razem na tym statku przez kolejne kilka dni.
Bauer poczuł lekkie uczucie. Zazdrości? Ale szybko mu przeszło, gdy spostrzegł dalszą część tej sceny.
Kobieta nawet nie zwolniła kroku, mijając ich z chłodną precyzją.
– Kadet Kapoor – odpowiedziała sucho, nie zatrzymując się. – Mam mapę do dostarczenia.
Jacek zauważył, że mimo pozornej obojętności, jej wzrok zatrzymał się na moment na jego twarzy, jakby starała się zapamiętać każdy szczegół. Jej oczy były bystre i inteligentne, niepasujące do roli młodego kadeta nawigacyjnego.
– Arogancka dziewczynka – mruknął Alvarez, gdy minęła ich i zniknęła za rogiem korytarza, kierując się w stronę mostka.
Tym razem, tylko się uśmiechnął na niemoc argentyńskiego lowelasa.
Willem van der Merve wzruszył ramionami, jego masywna sylwetka niemal wypełniała korytarz.
– Przyzwyczaisz się, chłopcze – powiedział do Alvareza, klepnąwszy go ciężką dłonią w ramię. – Załoga zawsze tak reaguje. Jesteśmy dla nich obcym ciałem.
Jacek już zignorował młodego zalotnika i patrzył w kierunku, w którym zniknęła kobieta. Było w niej coś, co nie pasowało do obrazka. Kadeci nawigacyjni zwykle nie zachowują się z taką pewnością siebie. Ich spojrzenia są albo przestraszone, albo zbyt pewne – próbujące ukryć niepewność. Ale ona oceniała ich z precyzją, którą widział wcześniej tylko u ludzi z doświadczeniem, u ludzi, którzy nauczyli się szacować zagrożenie w ułamku sekundy.
– Szefie? – głos Willema wyrwał go z zamyślenia.
– Sprzęt zabezpieczony? – zapytał Jacek, wracając myślami do zadania.
– Tak jest – odpowiedział Alvarez. – Karabinki w skrzyni, zamknięte na kod. Broń krótka przy nas, zgodnie z procedurą. Amunicja oddzielnie.
Jacek skinął głową. Chwila, zaraz. –Co? Gdzie?
Latynos nie rozumiał. Za to Willem, najwyraźniej tak, bo zaczął się śmiać.
— To nie wojsko. Tu, amo trzymasz razem z bronią.
—Dobrze, poprawię. –Alvarez wydawał się speszony, co było normalne dla nowego. Ale coś tutaj było nie tak. Jakby speszenie było zagrane. Nieudolnie zagrane.
– Dobrze. Idziemy na odprawę, szef chce omówić procedury bezpieczeństwa przed wpłynięciem w rejon zwiększonego ryzyka – powiedział Jacek, zerkając na zegarek. Szef –pierwszy oficer –wyznaczył spotkanie w maszynowni, z dala od uszu większości załogi. Niestandardowa procedura. Tak jak niestandardowe było napięcie, które Jacek czuł w powietrzu.
Ruszyli korytarzem, mijając metalowe ściany z odrapanymi fragmentami farby. Dawno nie był ta takiej krypie. Wiedział, że kapitan też dopiero wszedł i jeżeli już zdążył go poznać, załoga będzie miała z nim ciężko. A było co robić. Willem i Alvarez podążali za nim w milczeniu. Stukot ich butów odbijał się echem po wąskim przejściu. Jacek nie mógł jednak pozbyć się myśli o kobiecie, którą właśnie minęli. Brahmi Kapoor. Zarejestrował to nazwisko w pamięci, czując, że jeszcze się z nią spotka. Coś w jej spojrzeniu, w sposobie poruszania się, nie pasowało do kadeta. Zbyt pewna siebie. Zbyt uważna. Jak ktoś, kto ocenia potencjalne zagrożenia, a nie jak ktoś, kto dopiero uczy się żeglować. No i ta uroda.
– Coś nie tak, Jacek? – zapytał Willem, zauważając jego zamyślenie.
– Nie, wszystko w porządku – odpowiedział Jacek, choć w jego głowie pojawiło się pierwsze ziarno niepewności. – Po prostu myślę, że ten rejs może być ciekawszy, niż nam powiedziano.
Willem skinął głową ze zrozumieniem. Stary weteran Angoli też miał swój instynkt, który rzadko go zawodził.
– Zawsze tak jest – mruknął. – Zawsze mówią połowę tego, co powinni. Dlatego musimy być dwa razy bardziej czujni.
Alvarez prychnął lekceważąco.
– To tylko zwykły transport, panowie. Nie dorabiajcie do wszystkiego teorii spiskowych.
Jacek nie odpowiedział, ale w jego umyśle młoda kandydatka na oficer nawigacyjną została zanotowana jako element, który nie pasuje do układanki. W jego zawodzie elementy, które nie pasują, często stawały się później kluczowymi punktami w zrozumieniu całej sytuacji. A przynajmniej w teorii wyniesionej z WSO WL — Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych.
Schodzili właśnie po wąskich schodach na pokład, gdy Jacek przypomniał sobie jej spojrzenie — pewne, oceniające, bez cienia niepewności. Nie, to nie było spojrzenie kadeta.
Po prostu wpadła ci w oko
Morze za burtą zaczynało ciemnieć wraz z nadchodzącym zmierzchem. Wkrótce wpłyną na jedne z najniebezpieczniejszych wód świata. A Jacek nie mógł oprzeć się wrażeniu, że niebezpieczeństwo może czaić się nie tylko na zewnątrz, ale i wewnątrz statku.