-
nowość
Jack London "Dzieci mrozu" - ebook
Jack London "Dzieci mrozu" - ebook
„Dzieci mrozu” to wyjątkowy zbiór opowiadań Jacka Londona, jednego z najważniejszych amerykańskich pisarzy przełomu XIX i XX wieku. Autor zabiera czytelnika na mroźną Północ — w świat Inuitów, myśliwych, szamanów i ludzi żyjących w bezpośredniej bliskości natury. Każde opowiadanie odsłania inną historię o przetrwaniu, honorze, tradycji i zderzeniu człowieka z siłami, które go przerastają. W tomie znajdują się: W borach Północy (In the Forests of the North) Prawo życia (The Law of Life) Nam-bok, Syn Kłamstwa (Nam-Bok the Unveracious) Mistrz Tajemnicy (The Master of Mystery) Ludzie słońca (The Sunlanders) Choroba Samotnego Wodza (The Sickness of Lone Chief) Keesh, syn Keesha (Keesh, the Son of Keesh) Śmierć Ligouna (The Death of Ligoun) Li Wan, Piękna (Li Wan, the Fair) Liga Starców (The League of the Old Men) tekst oryginalnie opublikowany w 1902 roku, dziś należący do domeny publicznej
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Opowiadania |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397992009 |
| Rozmiar pliku: | 901 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Za ostatnimi kępami karłowatego zarośla i rzadkimi zagajnikami, po trudnej wędrówce w głąb Pustkowi, tam, gdzie skąpy Północny Wiatr rzekomo odmawia Ziemi wszelkiego życia, można znaleźć rozległe połacie lasów i uśmiechnięte, żyzne przestrzenie. Lecz świat dopiero zaczyna się o tym dowiadywać. Odkrywcy świata wiedzieli o tym już nieraz, lecz dotąd nigdy nie wracali, by o tym opowiedzieć.
Pustkowia — cóż, są właśnie Pustkowiami: złymi ziemiami Arktyki, pustyniami Kręgu Polarnego, ponurym i surowym domem piżmowołu oraz wychudzonego wilka stepowego. Takimi właśnie ujrzał je Avery Van Brunt: bezdrzewnymi, posępnymi, skąpo okrytymi mchem i porostami, zupełnie nieprzyjaznymi. Przynajmniej takimi je widział, dopóki nie przedarł się w białe, puste przestrzenie na mapie i nie natrafił na niewyobrażalne bogate lasy świerkowe oraz nieopisane dotąd plemiona Eskimosów. Jego zamiarem — i drogą do sławy — było wypełnić te białe plamy czarnymi znakami pasm górskich, zapadlisk i kotlin oraz wijących się koryt rzek; a z tym większą radością zaczął snuć domysły o możliwych pasach leśnych i osadach tubylców.
Avery Van Brunt, a w pełnym tytule profesor A. Van Brunt z Urzędu Geologicznego, był drugim dowódcą wyprawy, a pierwszym dowódcą podwyprawy, którą poprowadził w boczny marsz na blisko pół tysiąca mil w górę jednego z ramion rzeki Thelon i którą teraz wiódł ku jednej z nieznanych wsi. Za nim mozolnie postępowało ośmiu ludzi, dwóch francusko-kanadyjskich voyageurs (tragarze‑przewoźnicy z epoki kolonialnej) i reszta, krzepcy Kri z okolic Manitoby. On jeden był czystej krwi Saksonem, a krew jego huczała gwałtownie w żyłach na wspomnienie tradycji rodu. Clive i Hastings, Drake i Raleigh, Hengest i Horsa szli wraz z nim. Jako pierwszy z ludzi swej rasy miał wkroczyć do tej samotnej północnej osady, a na myśl o tym ogarnęła go radość triumfalna, uniesienie, i towarzysze spostrzegli, że opadło z niego zmęczenie nóg i że niepostrzeżenie przyspieszył kroku.
Wieś opróżniła się, a pstrokata gromada wysypała naprzeciw: mężczyźni na przedzie, z łukami i włóczniami groźnie ściśniętymi w dłoniach, kobiety i dzieci z tyłu, cofające się bojaźliwie. Van Brunt uniósł prawe ramię i uczynił powszechny znak pokoju, znak znany wszystkim ludom, a mieszkańcy odpowiedzieli pokojem. Lecz ku jego rozdrażnieniu, człowiek odziany w skóry wybiegł naprzód i wyciągnął dłoń z poufałym: „Hello”. Był to mężczyzna brodaty, o policzkach i czole spieczonych na miedziany brąz, i Van Brunt poznał w nim swego.
— Kim jesteś? — zapytał, ściskając wyciągniętą rękę. — André?
— Kto to André? — odparł tamten.
Van Brunt spojrzał nań uważniej.
— Na Boga, siedziałeś tu już kawał czasu.
— Pięć lat — odrzekł człowiek, z nikłym błyskiem dumy w oczach. — Ale chodźmy, pogadamy.
— Niech rozbiją obóz obok mnie — odpowiedział na spojrzenie Van Brunta rzucone ku jego ludziom. — Stary Tantlatch się nimi zajmie. Chodź.
Ruszył długim krokiem, a Van Brunt szedł tuż za nim przez wieś. W nieregularnym porządku, gdzie tylko grunt na to pozwalał, stały namioty z łosiowych skór. Van Brunt objął je wprawnym okiem i rachował.
— Dwieście, nie licząc młodych — podsumował.
Tamten skinął głową.
— Prawie tyle. A tu mieszkam ja, nieco na uboczu, wiesz — więcej prywatności i takie tam. Siadaj. Zjem z tobą, gdy twoi ludzie coś ugotują. Zapomniałem, jak smakuje herbata… Pięć lat i ani smaku, ani zapachu… Masz tytoń?… Ach, dzięki, i fajkę? Dobrze. Teraz patyk do ognia i zobaczymy, czy ziele nie utraciło swej mocy.
Zeskrobał zapałkę z pedantyczną troską leśnego człowieka, pieścił młody płomień, jakby na świecie nie było drugiego, i wciągnął pierwszy haust dymu. Ten zatrzymał w płucach przez chwilę zadumy, po czym wypuścił przez ściągnięte wargi wolno i pieszczotliwie. Twarz jego zmiękła, gdy oparł się w tył, a oczy zaszły łagodną mgłą. Westchnął ciężko, szczęśliwie, z niewymiernym zadowoleniem, i rzekł nagle:
— Boże! Jak to smakuje!
Van Brunt skinął ze współczuciem.
— Pięć lat, powiadasz?
— Pięć lat. — Znów westchnął. — A ty zapewne chcesz o tym wiedzieć, z naturalnej ciekawości i z powodu dość osobliwej sytuacji, i tak dalej. Lecz nie ma tu wiele do opowiadania. Wyruszyłem z Edmonton na woły piżmowe i, jak Pike i reszta, miałem swoje przygody, tylko że straciłem drużynę i rynsztunek. Głód, trudy, zwyczajna opowieść — jedyny ocalały i tak dalej — aż doczołgałem się do Tantlatcha, tutaj, na rękach i kolanach.
— Pięć lat — powtórzył Van Brunt, jakby rozważając w myśli.
— Pięć lat w lutym zeszłego roku. Przeprawiłem się przez Wielkie Jezioro Niewolnicze na początku maja
— A ty jesteś… Fairfax? — wtrącił Van Brunt.
Tamten skinął głową.
— Niech pomyślę… John, zdaje się, John Fairfax.
— Skąd wiedziałeś? — zapytał Fairfax leniwie, półprzytomnie śledząc spirale dymu wznoszące się w spokojnym powietrzu.
— Gazety były tym pełne. Prevanche
— Prevanche! — Fairfax podniósł się nagle, czujny. — Zaginął w Górach Dymnych.
— Tak, ale przetrwał i wyszedł.
Fairfax znów oparł się i powrócił do dymnych spiral.
— Cieszę się, że to słyszę — rzekł zamyślony. — Prevanche był zacnym chłopem, choć miał swoje idee o pasach na głowę, nędznik. I wyszedł? Cóż, cieszę się.
Pięć lat… fraza ta nawracała uporczywie w myślach Van Brunta i jakoś twarz Emily Southwaithe zdawała się wyłaniać i przybierać przed nim kształt. Pięć lat… Klin dzikiego ptactwa zahuczał nisko nad głową i na widok obozowiska skręcił prędko ku północy, w tlące się słońce. Van Brunt nie mógł za nim podążyć wzrokiem. Wydobył zegarek. Była godzina po północy. Chmury na północy zapłonęły krwawo, a promienie posępnej czerwieni strzelały ku południowi, zapalając ponure bory jaskrawą poświatą. Powietrze trwało w bezdechu, nie drgnęła ni jedna igła, a najlżejsze odgłosy obozu brzmiały wyraźnie jak trąbne zawołania. Kri i voyageurs czuli ducha tej chwili i mamrotali w sennych półtonach, a kucharz nieświadomie przytłumił brzęk garnków i patelni. Gdzieś płakało dziecko, a z głębi boru, jak srebrna nić, wznosił się głos kobiety w żałobnym śpiewie:
„O-o-o-o-o-o-a-haa-ha-a-ha-aa-a-a, O-o-o-o-o-o-a-ha-a-ha-a.”
Van Brunt zadrżał i energicznie potarł wierzchy dłoni.
— A więc uznali mnie za zmarłego? — spytał jego towarzysz powoli.
— Cóż, nigdy nie wróciłeś, więc twoi przyjaciele — — Bezzwłocznie zapomnieli. — Fairfax zaśmiał się szorstko, wyzywająco.
— Czemu nie wróciłeś?
— Po części z niechęci, przypuszczam, po części z powodu okoliczności, nad którymi nie miałem władzy. Widzisz, Tantlatch miał złamaną nogę, gdy go poznałem — paskudne złamanie — nastawiłem ją i doprowadziłem go do porządku. Zostałem jakiś czas, odzyskując siły. Byłem pierwszym białym, jakiego ujrzał, a więc wydawałem mu się bardzo mądry i nauczyłem jego ludzi mnóstwa rzeczy. Między innymi podszkoliłem ich w taktyce wojennej, tak że podbili cztery inne wioski plemienne (których jeszcze nie widziałeś) i zaczęli władać krajem. Naturalnie przywiązali się do mnie, do tego stopnia, że gdy byłem gotów odejść, nie chcieli o tym słyszeć. Byli, w istocie, nader gościnni. Postawili nade mną parę strażników i pilnowali dniem i nocą. A potem Tantlatch zaproponował mi pewne zachęty — w pewnym sensie zachęty — że tak powiem, i skoro w gruncie rzeczy było mi wszystko jedno, pogodziłem się z pozostaniem.
— Znałem twego brata we Fryburgu. Jestem Van Brunt.
Fairfax odruchowo pochylił się i uścisnął mu dłoń.
— Byłeś przyjacielem Billy’ego, co? Biedny Billy! Często o tobie mówił.
— Dziwne miejsce na spotkanie — dodał, ogarniając spojrzeniem pierwotny krajobraz i przez chwilę wsłuchując się w żałosne nuty kobiecego śpiewu. — Jej męża poranił niedźwiedź, i ciężko to znosi.
— Podła egzystencja! — Van Brunt skrzywił się z odrazą. — Sądzę, że po pięciu latach takiego życia cywilizacja będzie słodka? Co powiesz?
Twarz Fairfaksa przybrała wyraz tępego spokoju.
— Och, nie wiem. Przynajmniej są to ludzie uczciwi i żyją wedle swego światła. A do tego zadziwiająco prości. Żadnej złożoności, żadnych tysiąca i jednej subtelnych odnóg każdego uczucia, jakie przeżywają. Kochają, boją się, nienawidzą, gniewają się lub radują w sposób zwyczajny, powszedni i nieomylny. Może to życie podłe, ale przynajmniej łatwe do zniesienia. Żadnych flirtów, żadnych ceregieli. Jeśli kobieta cię lubi, nie omieszka ci tego oznajmić. Jeśli cię nienawidzi, powie to, a wtedy, jeśli masz ochotę, możesz ją pobić — rzecz w tym, że ona dokładnie wie, co masz na myśli, i ty dokładnie wiesz, co ona ma na myśli. Bez pomyłek, bez nieporozumień. Po rozedrganej gorączce cywilizacji ma to swój urok. Rozumiesz?
— Nie, to całkiem dobre życie — ciągnął po chwili; — dość dobre dla mnie, i mam zamiar przy nim pozostać.
Van Brunt pochylił głowę w zamyśleniu, a na jego ustach pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech. Żadnych flirtów, żadnych ceregieli, żadnych nieporozumień. Fairfax także brał to ciężko do serca — pomyślał — właśnie dlatego, że Emily Southwaithe została omyłkowo poturbowana przez niedźwiedzia. I to bynajmniej nie najgorszego z niedźwiedzi — bo Carlton Southwaithe również był niedźwiedziem nie lada.
— Ale ty pójdziesz ze mną — rzekł Van Brunt z rozmysłem.
— Nie pójdę.
— Pójdziesz.
— Życie jest tu zbyt łatwe, mówię ci. — Fairfax mówił stanowczo. — Wszystko rozumiem i jestem rozumiany. Lato i zima następują po sobie jak słońce migocące między szczeblami płotu, pory roku są rozmazanym splotem światła i cienia, a czas uchodzi, i życie uchodzi, i potem… zawodzenie w borze, i ciemność. Słuchaj!
Podniósł rękę, a srebrna nić kobiecej żałości wzniosła się w ciszy i bezruchu. Fairfax przyłączył się cicho:
„O-o-o-o-o-o-a-haa-ha-a-ha-aa-a-a, O-o-o-o-o-o-a-ha-a-ha-a” — śpiewał. — Czy nie słyszysz? Czy nie widzisz? Kobiety opłakujące? Pieśń pogrzebową? Moje włosy pobielałe i patriarchalne? Skóry, w które jestem odziany w surowym przepychu? Włócznię myśliwską u boku? I kto powie, że nie jest to dobre?
Van Brunt spojrzał nań chłodno. — Fairfax, jesteś przeklętym głupcem. Pięć lat takiego życia wystarczy, by złamać każdego człowieka, a ty znajdujesz się w stanie chorobliwym, morbidnym. Nadto Carlton Southwaithe nie żyje.
Van Brunt nabił fajkę i zapalił ją, przyglądając się chytrze i z niemal zawodowym zainteresowaniem. Oczy Fairfaksa błysnęły natychmiast, pięści zacisnęły się, pół podniósł się z miejsca, po czym mięśnie opadły i popadł w zamyślenie. Michael, kucharz, dał znak, że posiłek gotów, lecz Van Brunt gestem kazał czekać. Cisza zawisła ciężko, a on począł rozbierać w myśli wonie boru, zapachy pleśni i gnijącej roślinności, żywiczne aromaty szyszek i igliwia, korzenne tchnienia wielu ognisk. Dwukrotnie Fairfax podniósł wzrok, lecz nie rzekł słowa, aż wreszcie:
— A… Emily…?
— Od trzech lat wdowa; wciąż wdowa.
Zapadła kolejna długa cisza, przerwana w końcu przez Fairfaksa naiwnym uśmiechem.
— Zdaje mi się, że masz słuszność, Van Brunt. Pójdę z tobą.
— Wiedziałem, że tak będzie. — Van Brunt położył mu dłoń na ramieniu. — Oczywiście, nikt nie może wiedzieć, lecz wyobrażam sobie — dla kobiety w jej położeniu — że miała propozycje
— Kiedy wyruszacie? — przerwał Fairfax.
— Gdy ludzie trochę się wyśpią. Co mi przypomina, że Michael się niecierpliwi, chodź więc jeść.
Po wieczerzy, gdy Kri i voyageurs potoczyli się w koce, chrapiąc, obaj mężczyźni pozostali przy dogasającym ognisku. Było wiele do omówienia — wojny i polityka, wyprawy i odkrycia, sprawy ludzkie i zdarzenia świata, wspólni przyjaciele, małżeństwa, śmierci — pięć lat historii, których Fairfax łaknął.
— A więc flota hiszpańska została uwięziona w Santiago — mówił właśnie Van Brunt, gdy młoda kobieta podeszła lekko i stanęła u boku Fairfaksa. Spojrzała szybko w jego twarz, po czym zwróciła niespokojne oczy na Van Brunta.
— Córka wodza Tantlatcha, coś w rodzaju księżniczki — wyjaśnił Fairfax z uczciwym rumieńcem. — Jedna z owych zachęt, krótko mówiąc, które skłoniły mnie do pozostania. Thom, to jest Van Brunt, mój przyjaciel.
Van Brunt wyciągnął rękę, lecz kobieta zachowała sztywną nieruchomość, całkowicie zgodną z jej ogólnym wyglądem. Ani jedna linia jej twarzy nie zmiękła, żaden rys nie ustąpił. Patrzyła mu prosto w oczy, a jej własne były przenikliwe, pytające, przeszukujące.
— Cóż ona z tego rozumie — zaśmiał się Fairfax. — To jej pierwsze takie spotkanie, wiesz. Ale jak mówiłeś — flota hiszpańska zamknięta w Santiago?
Thom przykucnęła przy boku męża, nieruchoma jak spiżowy posąg, jedynie oczy jej miotały się z twarzy na twarz w nieustannym poszukiwaniu. A Avery Van Brunt, mówiąc dalej, czuł pod jej niemym spojrzeniem narastający niepokój. W samym środku najbarwniejszych opisów bitew nagle uświadamiał sobie czarne oczy palące go na wskroś i potykał się, miotał, aż znów chwytał rytm i mógł iść dalej. Fairfax, z dłońmi splecionymi na kolanach, bez fajki, pogrążony w słuchaniu, ponaglał go, gdy słabł, i odmalowywał mu na nowo świat, który, jak sądził, zapomniał.
Minęła jedna godzina, potem druga, aż Fairfax niechętnie podniósł się z miejsca.
— A więc Cronje został osaczony? Cóż, poczekaj chwilę, aż skoczę do Tantlatcha. Będzie cię oczekiwał, a ja umówię spotkanie po śniadaniu. To będzie w porządku, prawda?
Odszedł między sosny, a Van Brunt znalazł się sam na sam z ciepłym spojrzeniem Thom. Pięć lat — rozmyślał — a ona nie może mieć więcej niż dwadzieścia. Istota nader osobliwa. Jako Eskimoska powinna mieć nieco spłaszczony pozór nosa, a oto nie jest on ani szeroki, ani płaski, lecz orli, z nozdrzami delikatnymi i czułymi jak u najsubtelniejszej damy bielszej rasy — gdzieś tu musi płynąć krew indiańska, zapewne, Avery Van Brunt. I, Avery Van Brunt, nie bądź niespokojny, ona cię nie pożre; to tylko kobieta, i bynajmniej nie brzydka. Raczej orientalna niż aborygeńska. Oczy wielkie, dość szeroko osadzone, z ledwie dostrzegalną mongolską skośnością. Thom, jesteś anomalią. Nie na miejscu wśród tych Eskimosów, choćby twój ojciec był jednym z nich. Skąd przyszła twoja matka? albo twoja babka? I, Thom, moja droga, jesteś pięknością, lodowatą, zamarzniętą drobną pięknością z alaską lawą we krwi, i proszę, nie patrz na mnie w ten sposób.
Zaśmiał się i wstał. Jej natarczywe spojrzenie peszyło go. Pies kręcił się między workami z zapasami. Odpędzi go i zabezpieczy je przed powrotem Fairfaksa. Lecz Thom wyciągnęła rękę, zatrzymując go, i powstała, stając naprzeciw.
— Ty? — rzekła w mowie arktycznej, niewiele różnej od grenlandzkiej aż po Point Barrow. — Ty?
A szybki wyraz jej twarzy domagał się wszystkiego, co kryło się w tym „ty”: jego racji istnienia, jego obecności, jego związku z jej mężem — wszystkiego.
— Brat — odpowiedział w tymże języku, szerokim gestem wskazując południe. — Braćmi jesteśmy, twój mąż i ja.
Potrząsnęła głową.
— Niedobrze, że tu jesteś.
— Po jednym śnie odejdę.
— A mój mąż? — zapytała drżącą gorliwością.
Van Brunt wzruszył ramionami. Czuł w sobie pewien skryty wstyd, bezosobowy, i gniew na Fairfaksa. I czuł gorącą krew na twarzy, gdy spoglądał na młodą dzikuskę. Była tylko kobietą. Tylko tym — kobietą. Cała ta plugawa historia na nowo, raz po raz, tak stara jak Ewa i tak młoda jak ostatni blask nowej miłości.
— Mój mąż! Mój mąż! Mój mąż! — powtarzała namiętnie, a twarz jej pociemniała od żaru, i bezwzględna czułość Wiecznej Kobiety, Kobiety-Towarzyszki, wyglądała nań z jej oczu.
— Thom — rzekł poważnie po angielsku — urodziłaś się w północnym borze i jadłaś ryby i mięso, i walczyłaś z mrozem i głodem, i żyłaś prosto przez wszystkie dni swego życia. A jest wiele rzeczy, w istocie nieprostych, których nie znasz i pojąć nie możesz. Nie wiesz, co znaczy tęsknić za dalekimi garnkami mięsnymi, nie możesz zrozumieć, czym jest pragnąć oblicza pięknej kobiety. A kobieta jest piękna, Thom, kobieta jest szlachetnie piękna. Byłaś kobietą dla tego mężczyzny i byłaś jego wszystkim, lecz twoje wszystko jest bardzo małe, bardzo proste. Zbyt małe i zbyt proste, a on jest człowiekiem obcym. Jego nigdy nie poznałaś, nigdy poznać nie zdołasz. Tak jest postanowione. Trzymałaś go w ramionach, lecz nie trzymałaś jego serca — tego mężczyzny z rozmytymi porami roku i snami o barbarzyńskim kresie. Sny i proch snów — tym był dla ciebie. Chwytałaś kształt i ściskałaś cień, oddałaś się mężczyźnie i ległaś z widmem mężczyzny. Tak niegdyś czyniły córki ludzkie, które bogowie uznali za piękne. A, Thom, Thom, nie chciałbym być Johnem Fairfaxem w nocnych strażach lat, w nocnych strażach, gdy oczy jego ujrzą nie słonecznowłose oblicze kobiety u boku, lecz ciemne warkocze porzuconej towarzyszki w borach Północy.
Choć nie rozumiała, słuchała z najwyższą uwagą, jakby życie zawisło na jego słowach. Lecz pochwyciła imię męża i zawołała po eskimosku:
— Tak! Tak! Fairfax! Mój mąż!
— Biedna głuptasko, jakże mógłby być twoim mężem?
Nie pojmowała jednak jego angielskiej mowy i mniemała, że z niej drwią. Niema, bezrozumna wściekłość Kobiety-Towarzyszki zapłonęła na jej twarzy, i niemal zdało się mężczyźnie, iż przyczaiła się jak pantera do skoku. Zaklął cicho i patrzył, jak ogień gaśnie na jej obliczu, a wstępuje łagodny, świetlisty blask błagalnej kobiety, kobiety, która wyrzeka się siły i mądrze przyodziewa się w słabość.
— On jest moim mężem — rzekła łagodnie, z półszlochem w gardle. — Nigdy nie znałam innego. Nie może być, abym miała kiedykolwiek poznać innego. Ani też nie może być, by on mnie opuścił.
— Któż powiedział, że ma cię opuścić? — zapytał ostro, pół z rozdrażnienia, pół z bezsilności.
— Do ciebie należy, by rzekł, że mnie nie opuści — odparła cicho.
Van Brunt brutalnie kopnął żar ogniska i usiadł.
— Do ciebie to należy. On jest moim mężem. Przed wszystkimi kobietami on jest moim mężem. Ty jesteś wielki, ty jesteś silny, a oto ja jestem bardzo słaba. Patrz, jestem u twych stóp. Do ciebie należy, byś ze mną postąpił. Do ciebie.
— Wstań! — szarpnął ją gwałtownie na nogi i sam powstał. — Jesteś kobietą. Przeto ziemia nie jest dla ciebie miejscem, ani stopy żadnego mężczyzny.
— On jest moim mężem.
— Niechże więc Jezus przebaczy wszystkim ludziom! — zawołał Van Brunt z pasją.
— On jest moim mężem — powtórzyła monotonnym, błagalnym tonem.
— On jest moim bratem — odparł.
— Mój ojciec jest wodzem Tantlatchem. Włada on pięcioma wioskami. Dopilnuję, by przeszukano wszystkie pięć wiosek w poszukiwaniu twego wyboru spośród wszystkich dziewcząt, abyś mógł pozostać tu przy swym bracie i żyć w dostatku.
— Po jednym śnie odejdę.
— A mój mąż?
— Twój mąż nadchodzi. Oto on!
Z ponurych świerków popłynął jasny, nucący śpiew Fairfaksa. Jak dzień gaśnie pod naporem morza mgły, tak jego pieśń zgasiła światło na jej twarzy.
— To mowa jego własnego ludu — rzekła. — Mowa jego własnego ludu.
Odwróciła się z lekkim ruchem gibkiego młodego zwierzęcia i zniknęła w borze.
— Wszystko załatwione — zawołał Fairfax, podchodząc. — Jego królewska wysokość przyjmie cię po śniadaniu.
— Powiedziałeś mu? — spytał Van Brunt.
— Nie. I nie powiem, póki nie będziemy gotowi ruszyć.
Van Brunt spojrzał z ponurą czułością na śpiące postacie swych ludzi.
— Będę rad, gdy znajdziemy się sto lig w drodze — rzekł.
Thom uniosła skórzaną zasłonę szałasu ojca. Siedziało z nim dwóch mężczyzn i wszyscy trzej spojrzeli na nią z żywym zainteresowaniem. Lecz twarz jej nie zdradzała niczego, gdy weszła i bez słowa usiadła. Tantlatch bębnił kostkami palców o drzewce włóczni spoczywającej w poprzek kolan i obojętnie śledził bieg promienia słońca, który przebiwszy dziurkę w wiązaniu, rzucał migotliwą smugę przez mroczną atmosferę szałasu. Po jego prawicy, u ramienia, kulił się Chugungatte, szaman. Obaj byli starcami, a zmęczenie wielu lat zalegało w ich oczach. Naprzeciw nich siedział Keen, młodzieniec i ulubieniec wodza w plemieniu. Był szybki i czujny w ruchach, a jego czarne oczy miotały się z twarzy na twarz w nieustannej czujności i wyzwaniu.
W szałasie panowała cisza. Od czasu do czasu przenikały odgłosy obozu, a z dali, słabe i odległe, niczym cienie głosów, dolatywały piskliwe sprzeczki chłopców. Pies wsunął łeb w wejście i przez chwilę mrugał ku nim wilczymi oczyma, ślina spływała z jego kościano-białych kłów. Po pewnym czasie warknął niepewnie, po czym, onieśmielony nieruchomością ludzkich postaci, opuścił głowę i cofając się, zniknął. Tantlatch rzucił apatyczne spojrzenie na córkę.
— A twój mąż — jakże jest między nim a tobą?
— Śpiewa dziwne pieśni — odparła Thom. — I nowy wyraz jest na jego twarzy.
— Tak? Przemówił?
— Nie, lecz nowy wyraz jest na jego twarzy i nowe światło w jego oczach, i z Nowo-Przybyłym siedzi przy ogniu, i mówią, i mówią, i mowie nie ma końca. Chugungatte szepnął coś do ucha wodza, a Keen pochylił się naprzód.
— Coś go wzywa z daleka — ciągnęła — i zdaje się, że siedzi i słucha, i odpowiada śpiewem w mowie swego ludu.
Znów Chugungatte szeptał, a Keen pochylał się naprzód, aż Thom przerwała, czekając, aż ojciec skinie głową, by mogła mówić dalej.
— Wiadomo ci, o Tantlatchu, że dzika gęś i łabędź i mała obrączkowana kaczka rodzą się tutaj, na niskich ziemiach. Wiadomo, że uchodzą przed obliczem mrozu w nieznane strony. I wiadomo również, że zawsze wracają, gdy słońce znów jest w kraju, a wody są wolne. Zawsze wracają tam, gdzie się narodziły, aby nowe życie mogło wyjść na świat. Ziemia je wzywa i one przychodzą. A teraz inna ziemia wzywa, i wzywa mojego męża — ziemia, gdzie się narodził — i on zamierza odpowiedzieć na to wezwanie. A przecież on jest moim mężem. Przed wszystkimi kobietami jest moim mężem.
— Czy to dobrze, Tantlatchu? Czy to dobrze? — zażądał Chugungatte, z nutą groźby w głosie.
— Tak, to dobrze! — zawołał śmiało Keen. — Ziemia wzywa swe dzieci i wszystkie ziemie wzywają swe dzieci do domu. Jak dzika gęś i łabędź i mała obrączkowana kaczka są wzywane, tak wzywany jest ten Obcy Mąż, który zatrzymał się z nami, a teraz musi odejść. Jest też wezwanie krwi. Gęś łączy się z gęsią, a łabędź nie łączy się z małą obrączkowaną kaczką. Niedobrze jest, by łabędź łączył się z małą obrączkowaną kaczką. I niedobrze jest, by obcy mężczyźni łączyli się z kobietami naszych wiosek. Przeto mówię, że mąż powinien odejść, do swego ludu, w swojej ziemi.
— On jest moim mężem — odpowiedziała Thom. — I jest wielkim mężem.
— Tak, jest wielkim mężem — podniósł głowę Chugungatte z nikłym przebłyskiem dawnej siły. — Jest wielkim mężem, i włożył siłę w twe ramię, o Tantlatchu, i dał ci władzę, i uczynił twe imię strasznym w tej ziemi, strasznym i czczonym. Jest bardzo mądry, i wielka jest korzyść z jego mądrości. Jemu zawdzięczamy wiele rzeczy — przebiegłość w wojnie i tajemnice obrony wioski i nagłego natarcia w borze, narady w radzie i unicestwianie wrogów słowem i twardą przysięgą, zbieranie zwierzyny i zastawianie sideł i przechowywanie pożywienia, leczenie chorób i opatrywanie ran z drogi i walki. Ty, Tantlatchu, byłbyś dziś kulawym starcem, gdyby nie Obcy Mąż, który przyszedł do nas i zajął się tobą. I zawsze, gdy powstawała wątpliwość w dziwnych sprawach, szliśmy do niego, by ze swej mądrości czynił je jasnymi, i zawsze czynił je jasnymi. A będą jeszcze pytania i potrzeby jego mądrości, i nie możemy znieść, by pozwolić mu odejść.
Tantlatch wciąż bębnił o drzewce włóczni i nie dawał znaku, że słyszy. Thom na próżno badała jego twarz, a Chugungatte jakby zapadł się w sobie i skurczył pod ciężarem lat, które znów nań spadły.
— Żaden mąż nie czyni mojego zabicia — Keen uderzył się w pierś odważnym gestem. — Sam czynię moje zabicie. Rad jestem żyć, gdy sam czynię moje zabicie. Gdy pełznę przez śnieg ku wielkiemu łosiowi, rad jestem. A gdy napinam łuk, tak, z całą moją siłą, i pędzę strzałę dziką i prędką, prosto w serce, rad jestem. I mięso z zabicia żadnego męża nie smakuje tak słodko jak mięso z mojego zabicia. Rad jestem żyć, rad w mojej przebiegłości i sile, rad, że jestem czyniącym rzeczy, czyniącym rzeczy dla siebie. Jakiż inny powód do życia ponad ten? Czemuż miałbym żyć, jeśli nie raduję się sobą i tym, co czynię? I dlatego idę polować i łowić, że się raduję, a dlatego staję się przebiegły i silny, że idę polować i łowić. Mąż, który siedzi w szałasie przy ogniu, nie staje się przebiegły ani silny. Nie raduje się jedzeniem z mojego zabicia, ani życie nie jest mu rozkoszą. On nie żyje. Przeto mówię, że dobrze jest, aby ten Obcy Mąż odszedł. Jego mądrość nie czyni nas mądrymi. Jeśli on jest przebiegły, nie ma potrzeby, byśmy my byli przebiegli. Gdy potrzeba, idziemy do niego po jego przebiegłość. Jemy mięso z jego zabicia, a ono smakuje niesłodko. Korzystamy z jego siły, a nie ma w niej radości. Nie żyjemy, gdy on żyje za nas. Tyjemy i stajemy się jak kobiety, i boimy się pracy, i zapominamy, jak czynić rzeczy dla siebie. Niech odejdzie ten mąż, o Tantlatchu, abyśmy mogli być mężami! Jam Keen, mąż, i sam czynię moje zabicie!
Tantlatch zwrócił ku niemu spojrzenie, w którym zdawała się pustka wieczności. Keen oczekiwał decyzji z napięciem; lecz wargi nie drgnęły, a stary wódz obrócił się ku córce.
— To, co zostało dane, nie może być odebrane — wybuchnęła. — Byłam tylko dziewczyną, gdy ten Obcy Mąż, który jest moim mężem, przyszedł między nas. I nie znałam mężów ani dróg mężów, a serce moje było w zabawie dziewcząt, gdy ty, Tantlatchu, ty i nikt inny, wezwałeś mnie do siebie i wcisnąłeś w ramiona Obcego Męża. Ty i nikt inny, Tantlatchu; a jak mnie dałeś temu mężowi, tak dałeś i tego męża mnie. On jest moim mężem. W moich ramionach spał, i z moich ramion nie może być zabrany.
— Dobrze by było, o Tantlatchu — podchwycił szybko Keen, z wymownym spojrzeniem na Thom — dobrze by było pamiętać, że to, co dane, nie może być odebrane.
Chugungatte wyprostował się.