-
nowość
Jak nakarmić świat. Historia i przyszłość żywności - ebook
Jak nakarmić świat. Historia i przyszłość żywności - ebook
Nigdy wcześniej nie musieliśmy wyżywić tylu ludzi co dziś.
Jak globalne potrzeby żywnościowe wpływają na nasze życie?
Dlaczego niektórzy z największych producentów żywności na świecie to jednocześnie kraje z największym odsetkiem ludności niedożywionej?
Dlaczego marnujemy tak ogromne ilości jedzenia i jak można temu zaradzić?
Czy wszyscy moglibyśmy przejść na dietę wegańską i cieszyć się zdrowiem? A co najważniejsze – czy powinniśmy?
Wybitny naukowiec Vaclav Smil odpowiada nie tylko na te pytania. Rozprawia się z mitami i objaśnia, skąd naprawdę bierze się żywność. Opisując dzieje globalnej produkcji jedzenia, wyjaśnia, dlaczego hodujemy te, a nie inne gatunki zwierząt, jak doszło do tego, że większość kalorii spożywanych na świecie pochodzi z zaledwie kilku produktów oraz jak może się to zmienić w przyszłości.
„Jak nakarmić świat” to fascynująca, poszerzająca horyzonty i opierająca się na danych i rzetelnych badaniach książka o fundamencie naszego istnienia – żywności.
Wspaniała, bazująca na faktach podróż przez nasz system żywnościowy – od jego początków po współczesność. Ta książka zainspiruje wiele fascynujących dyskusji o tym, jak wyżywić 10 miliardów ludzi, nie rujnując przy tym planety – Hannah Ritchie, autorka książki „To nie koniec świata”
Rozległość wiedzy Smila jest równie imponująca jak jej głębia – „The Lancet”
Smil zabiera czytelnika w fascynującą podróż po dziejach żywności, przystępnie opowiadając o kluczowych koncepcjach i najważniejszych aspektach związanych z tym, co jemy – „Booklist”
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68639-57-5 |
| Rozmiar pliku: | 3,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Katastrofizm ma długą tradycję, a obawy o wyżywienie świata towarzyszą nam nieprzerwanie, od kiedy Thomas Robert Malthus opublikował w 1798 roku swoją Rozprawę o prawie ludności z przestrogą, że „siła wzrostu ludności jest nieskończenie większą, aniżeli zdolność ziemi do produkowania środków utrzymania”.
Tak narodziło się przekonanie, że populacja ludzka wzrasta szybciej niż podaż żywności aż do chwili, gdy hamulce tego wzrostu – głód, wojny i choroby – doprowadzają do zmniejszenia liczby ludności. W konsekwencji w dłuższej perspektywie czasowej wielkość populacji pozostaje stała.
O wybiórczym charakterze zapamiętywania przez nas wniosków z historii i wiedzy o wytwarzaniu żywności świadczy to, że w bliższej analizie sam Malthus nie okazuje się na wskroś „malthusiański”. W drugim wydaniu Rozprawy (z 1803 roku) wypowiada się bardziej optymistycznie: „choć nasze widoki na przyszłość (…) mogą nie być tak promienne, jakbyśmy sobie życzyli, dalekie są wszelako od defetyzmu i w żadnym razie nie wykluczają stopniowej i progresyjnej poprawy sytości świata”.
Niestety propagatorzy ideologii z rzadka biorą pod uwagę fakty. W świetle ciągłego wzrostu liczby ludności oraz pogłębiania się problemów środowiska naturalnego utrzymują się obawy o możliwość wyżywienia świata, niekiedy wręcz alarmistyczne. Na przykład brytyjski publicysta i działacz polityczny George Monbiot stwierdził w maju 2022 roku w „Guardianie”, że „globalny system żywnościowy zaczyna wyglądać jak globalny system finansowy w przededniu krachu 2008 roku. O ile jednak załamanie finansowe jest druzgoczące dla majątków ludzi, o tyle o załamaniu systemu żywnościowego strach nawet pomyśleć. Niemniej w szybkim tempie przybywa dowodów, że dzieje się coś bardzo złego”.
To tylko jeden przykład z zalewu wątpliwych tez oraz jawnej dezinformacji. W ostatnim dziesięcioleciu wielokrotnie napełniało mnie zgrozą słabe społeczne rozeznanie, a wręcz ignorancja w kwestii wielu podstawowych realiów świata – czy to dotyczących organizmów żywych czy maszyn; upraw czy silników; żywności czy paliwa.
Czy stan globalnego systemu żywnościowego powinien wzbudzać nasz niepokój? Czy żyjemy w świecie, który w najbliższych dekadach pognębią klęski głodu? Czy nasze społeczeństwa stoją na progu zapaści? Krótka odpowiedź brzmi: prawdopodobnie nie. Pełniejsza – oparta na wnioskach z dziejów wytwarzania żywności oraz najnowszych ustaleniach naukowych wyjaśniających pewne zasadnicze zagadnienia biofizyczne, takie jak wydajność fotosyntezy i zapotrzebowanie na substancje odżywcze – jest dłuższa i rozciąga się niemal na całą tę książkę.
Jeżeli czytelnik szuka tekstu o imponujących przełomowych innowacjach, które zrewolucjonizują system żywienia, nie znajdzie ich tutaj. Przeciwnie, ta książka przekonuje bowiem o potędze dokonywania zmian małymi kroczkami, wprowadzania rozwiązań często pomijanych przez media i autorów popularnych opracowań publicystycznych, którzy wolą się koncentrować na nierealistycznych projektach. Ponadto nie widzę potrzeby posługiwania się niepoprawnymi hiperbolami, kiedy rzeczywiste liczby dobitnie przemawiają do wyobraźni.
Na przykład globalna produkcja żywności dostarcza obecnie średnio około 3000 kcal na osobę, a dzienne marnotrawstwo jedzenia na świecie wynosi około 1000 kcal na osobę. Mimo to nie podejmuje się pilnych działań w tej sprawie. Przecież gdyby ktoś stale tracił jedną trzecią swoich dochodów, starałby się coś z tym zrobić. Moja książka dotyczy tego typu realiów.
Dlaczego udomowiliśmy tak niewielką liczbę roślin i zwierząt w celu wytwarzania żywności? Czy gdyby nasi przodkowie dysponowali dostępną obecnie wiedzą, dokonaliby innych wyborów? Co wynika z najlepszych dotychczasowych badań naukowych na temat współczesnych mód dietetycznych – od keto do unikania produktów wysoko przetworzonych? Czy w perspektywie 2050 roku świat zwróci wolność zwierzętom gospodarskim i wejdzie w erę techno-wegańskiej utopii, która oczyści nas z winy, opierając nasze żywienie na substytutach mięsa pozyskiwanych ze źródeł roślinnych lub na mięsie hodowanym in vitro? Jestem zwolennikiem ograniczania spożycia mięsa – jedna trzecia produkcji zboża na świecie, a aż dwie trzecie zbiorów zbóż w USA są przeznaczane na paszę – jeśli jednak miałoby to oznaczać na przykład większą konsumpcję owoców i orzechów, zapewne wcale nie okazałoby się lepsze dla środowiska.
A jak wygląda sprawa rolnictwa ekologicznego? Czy to jest panaceum? W ubiegłych stuleciach, w których ówczesne rozwiązania techniczne sprawiały, że całe rolnictwo było „ekologiczne”, zwykle na roli pracowało 80 procent ludności, wykonując takie wdzięczne zadania, jak zbieranie gnoju służącego jako nawóz. W dzisiejszych bogatych krajach wytwarzaniem żywności zajmuje się nie więcej niż 1–3 procent mieszkańców. Kto reflektuje na zbieranie krowich placków?
Co ważniejsze, atakom podlega nawet przekonanie, że uprawa roli stanowi działalność będącą fundamentem istnienia ludzkości. Czy nastanie rolnictwa pozwoliło na jej rozkwit, czy też – jak twierdzi wielu poczytnych autorów – było największą dziejową katastrofą? W tej książce krytycznie przyjrzymy się alternatywnym scenariuszom.
Jak wyżywić świat otwiera piątą dekadę moich rozważań naukowych na temat żywności. Zaczęły się one pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku od badań na potrzeby bardziej specjalistycznej książki (opublikowanej w 1982 roku) – pierwszej tak obszernej analizy głównej uprawy w Ameryce: kukurydzy. Pięć moich innych książek, które ukazały się w latach osiemdziesiątych XX wieku, również zawierało passusy czy rozdziały dotyczące upraw i żywności.
W 2000 roku wydałem pierwszą książkę poświęconą wyłącznie różnym aspektom żywności – Feeding the World (Wyżywienie świata) – w której omawiałem zagadnienia od fotosyntezy i wydajności upraw po chów zwierząt i sposoby odżywiania się. Bezpośrednio po niej, w 2001 roku, ukazał się Enriching the Earth (Wzbogacanie Ziemi), szczegółowy raport na temat podstawowego składnika niezbędnego w nowoczesnym rolnictwie: amoniaku, wykorzystywanego, jak dalej przeczytamy, do produkcji wszystkich nawozów azotowych. Do kwestii żywienia wróciłem w trzech książkach wydanych w pierwszej dekadzie XXI wieku: Japan’s Dietary Transition and Its Impacts (Przemiana dietetyczna Japonii i jej konsekwencje, napisana wraz z Kazuhiko Kobayashim), Harvesting the Biosphere (Zbieranie plonów biosfery) oraz Should We Eat Meat? (Czy powinniśmy jeść mięso?).
Od 2014 roku zajmowałem się innymi zagadnieniami. Publikowałem książki o stali, ropie naftowej, gazie ziemnym, transformacji energetycznej, energii i cywilizacji, wzroście i wielkościach, choć Jak naprawdę działa świat (wyd. oryginalne 2022) zawiera rozdział o wytwarzaniu żywności. Krótko mówiąc, moje zainteresowanie kwestiami żywnościowymi nie jest przelotne.
Niemniej żywność i rolnictwo to tematy niezwykle obszerne pod względem faktograficznym i koncepcyjnym, toteż każde głębsze ich omówienie musi być dokonane w indywidualnie zakreślonych ramach. W niniejszej książce wyjaśniam podstawowe cechy globalnego systemu żywnościowego. W tym celu stosuję podejście ilościowe, ponieważ w odniesieniu do żywności liczby są znacznie ważniejsze od poglądów i odczuć. Przyjrzymy się wszystkiemu: od praktyk agronomicznych i charakterystyki roślin uprawnych do bilansu energetycznego, jakości odżywczej produktów i kwestii zdrowotnych, a zrobimy to w logicznej sekwencji ośmiu zasadniczych zagadnień.
Pierwsza połowa książki jest poświęcona biofizycznym podstawom wytwarzania żywności. W drugiej połowie ukazuję w liczbach rzeczywistą skalę globalnego systemu żywnościowego, wyjaśniam potrzeby dietetyczne człowieka oraz spoglądam krytycznym okiem na niektóre niedawne propozycje radykalnej transformacji tego systemu. Czytelnicy zainteresowani wyczerpującym omówieniem dwóch modnych kwestii – rolnictwa w kontekście zmian klimatycznych oraz zrównoważonych metod rolniczych – powinni sięgnąć po inne publikacje. To nie jest kolejna książka o wytwarzaniu żywności w kontekście globalnego ocieplenia. Na ten rozległy temat tyle już napisano, że można by dziś zgromadzić niemałą bibliotekę takich tekstów.
Celowo książka ta nie jest pomyślana jako wszechstronny wykład nowoczesnych sposobów produkcji żywności czy przegląd wiedzy z zakresu dietetyki, lecz stanowi zwięzłe, zdecydowanie ilościowe podsumowanie elementarnych podstaw. Publikacje o rolnictwie i żywności często nie zawierają zbyt wielu liczb, tymczasem w tej wręcz się od nich roi. Nie zamierzam za to przepraszać. Liczby są antidotum na myślenie życzeniowe oraz oferują jedyny sposób rzeczowego uchwycenia różnorodności i ograniczeń nowoczesnej uprawy roli, produkcji żywności i potrzeb żywnościowych świata. Opierając się na takim fundamencie, znacznie zmniejszamy ryzyko, że błędnie zinterpretujemy lub mylnie zrozumiemy podstawowe realia albo będziemy bezkrytycznie przyjmować mnożące się przesadzone tezy i nierealistyczne obietnice dotyczące przyszłości rolnictwa na świecie.1 CO ZAWDZIĘCZAMY ROLNICTWU?
Dlaczego jest nam potrzebne rolnictwo? Dlaczego musimy uprawiać rośliny jednoroczne i wieloletnie? Dlaczego pola uprawne zajmują blisko 40 procent niezlodowaciałej powierzchni naszej planety? Dlaczego utrzymujemy miliardy zwierząt hodowlanych? Odpowiedź na te wszystkie pytania sprowadza się do tego, że jest nas na świecie bardzo dużo. I, jak to często dzieje się w przypadku przyrostu ilościowego, rezultatem staje się fundamentalna zmiana jakościowa.
Nasz gatunek oddzielił się od pozostałych naczelnych ponad 6 milionów lat temu. Następnie, około 300 tysięcy lat temu, ewolucja doprowadziła do wykształcenia się Homo sapiens – nas. Dopóki nasi przodkowie żyli w małych i oddalonych od siebie gromadach, byli w stanie utrzymywać się w taki sam sposób jak ich zwierzęcy poprzednicy – dzięki zbieractwu i łowiectwu. Choć nie jesteśmy w stanie szczegółowo zrekonstruować diety tych ludzkich praprzodków (homininów) pod względem ilościowym (najlepsze dostępne nam metody, jak analiza izotopów stałych w zachowanych kościach i zębach, nie przynoszą takich szczegółowych informacji), zbieractwo szympansów daje realistyczne przesłanki do stworzenia rekonstrukcji jakościowej. Można na jej podstawie wnioskować, że hominini żywili się rozmaitymi roślinami, a także małymi zwierzętami, korzystając z oportunistycznego padlinożerstwa, celowo polując na drobną zwierzynę, a sporadycznie nawet dopuszczając się kanibalizmu.
Dieta szympansów
W wielu badaniach udokumentowano wszystkożerne zwyczaje żywieniowe grup szympansów w Afryce tropikalnej: wielką różnorodność zjadanych przez nie gatunków, preferowanie łatwostrawnej materii roślinnej, pożeranie owadów oraz polowanie na drobne ssaki. Żyjące w lasach szympansy jedzą zwykle ponad sto różnych gatunków roślin. W ich diecie dominują owoce (największym uznaniem cieszą się figi), uzupełniane kwiatami, świeżymi liśćmi i pędami, miękiszem, korzeniami, nasionami i orzechami, przy czym te ostatnie bywają rozłupywane kamieniem niczym młotkiem. W wielu obserwacjach terenowych szczegółowo zbadano też, w jaki sposób szympansy wyszukują owady (przede wszystkim termity, nierzadko wyciągane „wędkami” w postaci źdźbeł trawy) oraz bezkręgowce, ptasie jaja i pisklęta.
Nasi wszystkożerni poprzednicy: szympansy zabijające i zjadające małpę.
Szympansy polują też na małe ssaki (głównie małpy gerezy, lecz także dzikie świnie, buszboki, galagi, dujkerczyki modre i pawiany), a następnie dzielą się mięsem z pozostałymi członkami gromady. W Parku Narodowym Gombe w Tanzanii zaobserwowano, że dorosłe samce szympansa są w stanie upolować 25 kilogramów mięsa rocznie, czyli znacznie więcej, niż zjada się go w większości tradycyjnych społeczeństw rolniczych, w których roczne spożycie mięsa na głowę wynosi niecałe 10 kilogramów. Polowanie na małe zwierzęta odbywa się zwykle z udziałem dwóch lub więcej samców i kończy się sukcesem w zachęcającym odsetku 50–60 procent, ale polują również samice, i to nawet gdy noszą małe. Na obszarze badawczym Fongoli w Senegalu zauważono, że do zabijania galagów – niewielkich małpiatek nocnych, które w ciągu dnia sypiają w dziuplach – szympansy używają różnych oszczepowatych narzędzi. Podejmowanie związanego z polowaniem ryzyka kontuzji (wynikającego z pogoni w koronach drzew oraz pokonywania oporu ofiar) zdecydowanie się opłaca: nawet niewielki kąsek mięsa dostarcza więcej substancji odżywczych (przede wszystkim białka) niż setki termitów, których schwytanie zabiera mnóstwo czasu.
W środowisku lasów zwrotnikowych, oferujących obfitość gatunków roślinnych i zwierzęcych, nie jest to zbytnio obciążający tryb życia. Szympansy przeznaczają tam mniej więcej połowę dnia na poszukiwanie żywności i jej zjadanie, przy czym od 60 do 80 procent tego czasu poświęcają na znajdowanie i zjadanie owoców. Pozostaje im więc wiele godzin na wypoczynek, penetrowanie okolicy, życie społeczne i wzajemną pielęgnację. Jednakże wszystkożerna dieta z wysokim udziałem owoców ogranicza liczbę członków grupy, a tym samym maksymalne zagęszczenie na eksploatowanym obszarze; ponieważ rośnie na nim tylko określona liczba owocodajnych drzew, większość z nich plonuje zaledwie raz lub dwa razy w roku, a ponadto o te ograniczone zasoby rywalizują też inne gatunki. Niektóre środowiska leśne są w stanie zapewnić utrzymanie średnio 1,5 osobnika na kilometr kwadratowy, inne do dwóch, a nawet czterech szympansów na terenach najbardziej obfitujących w owoce, natomiast w otwartym, często zdegradowanym i suchym środowisku sawanny przeciętna gęstość wynosi mniej niż jeden osobnik na 2 kilometry kwadratowe. Skuteczne żywienie się dziko rosnącymi owocami i małymi zwierzętami, które upolowało się z pomocą swojej rodziny, jest ewidentnie nierealne w dzisiejszym, gęsto zaludnionym środowisku zurbanizowanym.
Dieta homininów i wczesnych ludzi
Dieta pierwszych homininów, którzy odłączyli się od szympansów 6 milionów lat temu, nadal przypominała wyżej opisany wzorzec. W spożywanej żywności dominowały tkanki roślinne (owoce, bulwy, orzechy, liście), łatwe do trawienia i dostarczające niezbędnych substancji odżywczych. Ten jadłospis uzupełniano umiarkowanym spożyciem bezkręgowców i małych kręgowców oraz oportunistycznym zjadaniem mięsa i szpiku z resztek ofiar upolowanych przez wielkie drapieżniki. Dokonany z czasem postęp w wytwarzaniu narzędzi – najpierw niewielkich kamiennych, a w końcu oszczepów, łuków i strzał – umożliwił zasadzanie się na większe zwierzęta i ich zabijanie.
Dane antropologiczne, którymi dziś dysponujemy, wyraźnie pokazują, że umiejscowienie człowieka w łańcuchu pokarmowym ewoluowało od stosunkowo niskiego poziomu spożycia mięsa u szympansów do znacznej mięsożerności, która osiągnęła szczyt u Homo erectus (gatunku, który żył aż do mniej więcej 250 tysięcy lat temu) i zaczęła się zmniejszać w paleolicie górnym (późnej fazie starszej epoki kamienia) około 50–12 tysięcy lat temu. O tym przesunięciu świadczą badania szczątków ludzkich na całym świecie, wykazujące coraz większe rezerwy tłuszczu i wyższą kwasowość żołądka, zmieniający się kształt i objętość jelit (co ograniczało zdolność pobierania energii z włókien roślinnych), zredukowanie mięśni żujących (lepsza dieta wymagała mniej przeżuwania) oraz wcześniejsze odstawianie dzieci od piersi (w miarę jak pokarm matki był uzupełniany, a potem zastępowany coraz bardziej wartościową żywnością).
W chłodniejszych rejonach na transformację sposobów odżywiania się wpłynęło wyginięcie największych ssaków lądowych – takich wielkich roślinożerców jak mamuty – do czego doszło w neolicie (młodszej epoce kamienia) w okresie od 9000 do 3000 lat przed naszą erą. Wymarcie tych zwierząt tłumaczą dwie rywalizujące hipotezy: zmiana klimatu skutkująca ekspansją lasów i kurczeniem się terenów trawiastych, na których żyły wielkie zwierzęta, oraz znacznie mniej prawdopodobna, lecz bardzo popularna koncepcja nadmiernego wybijania – wymarcie gatunków z powodu masowego polowania na wielkich roślinożerców przez grupy prehistorycznych łowców.
Nawet kiedy Homo sapiens opanował umiejętność polowania na megaroślinożerców oraz połowu ryb w wodach śródlądowych i przybrzeżnych wodach słonych (a tym samym zdołał utrzymywać się w rozmaitych środowiskach od tropików po Arktykę), gęstość populacji grup łowców-zbieraczy pozostawała ograniczona. Wyrywkowość danych archeologicznych sprawia, że nie można dokonać wiarygodnej rekonstrukcji rzeczywistych gęstości zaludnienia z czasów prehistorycznych, ale dysponujemy wieloma ilościowymi informacjami dotyczącymi skali i sposobów pozyskiwania żywności przez grupy łowców-zbieraczy, które przetrwały do XX wieku i stały się przedmiotem badań antropologicznych. Jak zauważył amerykański antropolog Frank Marlowe, badający społeczność Hanzów z Tanzanii, choć „problematyczne może być traktowanie tych łowców-zbieraczy jako odpowiedników ludzi z przeszłości, są oni niewątpliwie najdoskonalszymi przykładami takich ludzi obecnie” – a duże zróżnicowanie wielkości ich grup i gęstości zaludnienia (w Afryce Południowej i Środkowej, Amazonii i Australii) prawdopodobnie odzwierciedla większość realiów życia dawniejszych grup, które posługiwały się ograniczonym zestawem prostych narzędzi.
Z badań tych wynika, że najmniejsza liczba łowców-zbieraczy konieczna do tego, by grupa utrzymała się przy życiu, wynosi 25–30 osób, natomiast największe osiadłe gromady rybaków, łowców i zbieraczy obejmują około 500 ludzi. Analiza trzystu badań społeczności tego rodzaju, które przetrwały do XIX i XX wieku, wykazała, że średnia gęstość zaludnienia wynosiła 0,25 osoby na kilometr kwadratowy, najmniejsza gęstość – poniżej 0,1, a przypadki największej – ponad jedną osobę na kilometr kwadratowy – stanowiły wyjątki dotyczące osiadłych społeczności z dostępem do wysoce pożywnych (i tłustych) składników diety pochodzenia morskiego, takich jak ryby i foki. Na przykład duże grupy około 500 ludzi na północno-zachodnim wybrzeżu Pacyfiku korzystały z łatwo dostępnych łososi podczas ich dorocznej migracji (niektóre grupy polowały też na małe walenie w wodach przybrzeżnych). Tylko nieliczne tereny oferowały tak obfite zasoby żywności, by zdołała się utrzymać pokaźna osiadła społeczność.
Po uwzględnieniu przeciętnej masy ciała (55 kilogramów dla dorosłej kobiety, a 35 kilogramów dla dorosłej szympansicy) okazuje się, że zakres gęstości występowania łowców-zbieraczy znamiennie blisko pokrywa się z jego odpowiednikiem u szympansów (co zresztą nie powinno dziwić). Średnio poszczególne środowiska były w stanie wyżywić od 5 do 50 kilogramów żywej masy ciała na kilometr kwadratowy terenu. Najmniejsza gęstość zaludnienia łowców-zbieraczy na lądzie dotyczyła grup na obszarach subarktycznych i wysokogórskich, a także na suchych sawannach. Stosunkowo spora rozpiętość gęstości populacji występowała jednak nawet w bardziej przyjaznych warunkach, na przykład w sezonowo suchym klimacie śródziemnomorskim oraz w lasach zwrotnikowych. Zakresy gęstości populacji wyraźnie ukazują granice, w jakich działalność zbieracko-łowiecka może dostarczać energii czy to naczelnym czworonożnym, czy dwunogim ludziom. Zatem nawet kiedy zaczęliśmy spożywać mięso większych zwierząt, łowiectwo i zbieractwo nie były w stanie zapewnić utrzymania wielkich grup (w tym kontekście oznacza to tysiące osób, a nie dziesiątki milionów, jak w największych dzisiejszych metropoliach) ani pozwolić na duże gęstości zaludnienia, przekraczające 10 osób na kilometr kwadratowy (dla porównania: we współczesnej Manili na Filipinach gęstość zaludnienia wynosi ponad 70 tysięcy mieszkańców na kilometr kwadratowy).
Rosnąca populacja ludzka
Współczesne badania genetyczne i modele demograficzne pozwalają z większą pewnością niż kiedykolwiek szacować całkowite liczby ludzi żyjących na Ziemi w czasach prehistorycznych. Populacja naszych przodków, którzy żyli ponad 1,2 miliona lat temu, zapewne nie przekraczała 20 tysięcy homininów, była zatem znacznie mniejsza od obecnej globalnej populacji szympansów i goryli. Późniejsze populacje homininów (takich jak Homo erectus i Homo heidelbergensis) prawdopodobnie wynosiły zaledwie od 50 tysięcy osobników ćwierć miliona lat temu do 100 tysięcy przedstawicieli Homo sapiens (nas) około 100 tysięcy lat temu. Z danych genetycznych wynika, że po następnym i względnie intensywnym wzroście liczby ludności nastąpił jej spadek, spowodowany znacznym ochłodzeniem klimatu i rozprzestrzenieniem się pokrywy lodowej w okresie od 29 do 17 tysięcy lat temu.
W 2015 roku zespół fińskich naukowców doszedł do wniosku, że europejska populacja Homo sapiens zmniejszyła się z ponad 300 tysięcy ludzi 30 tysięcy lat temu do około 130 tysięcy osób 23 tysiące lat temu, następnie zaś wzrosła do mniej więcej 400 tysięcy z końcem ostatniej epoki lodowej 10 tysięcy lat temu. W początkach neolitu, około 12 tysięcy lat temu, ludzie żyli w środowiskach rozciągających się od zwrotnikowych lasów deszczowych do Arktyki. W lasach deszczowych, w których duże zwierzęta należą do rzadkości, a małe bytują głównie na drzewach, często prowadzą nocny tryb życia i są trudne do upolowania, w diecie siłą rzeczy przeważały rośliny. Na szerokościach umiarkowanych znaczną część zapotrzebowania energetycznego zaspokajało mięso dużych roślinożerców, a w Arktyce przeżycie nie byłoby możliwe bez polowania na wielkie, tłuste ssaki morskie.
Wzrost liczby ludności na świecie: prehistoryczna stagnacja, po której nastąpiło powolne przyspieszanie.
Oczywiście czytelnicy wiedzą, że stało się coś, co przyspieszyło wzrost populacji ludzkiej. Trudno rozdawać nagrody za prawidłowe odgadnięcie (zwłaszcza w świetle tytułu tego rozdziału), że wydarzeniem tym było udomowienie roślin i zwierząt, co umożliwiło wyżywienie znacznie gęściej skoncentrowanej populacji. W przeciwieństwie jednak do wielokrotnie powtarzanej tezy – wprowadzonej przez Gordona Childe’a, australijskiego archeologa działającego w Wielkiej Brytanii, w jego wpływowej książce Man Makes Himself (Człowiek stwarza siebie, 1936) – iż złożyło się to na tak zwaną rewolucję neolityczną, był to stopniowy rozwój, proces trwający całe tysiąclecia, podczas którego coraz intensywniejsze korzystanie z uprawianych roślin nadal uzupełniano zbieraniem gatunków dziko rosnących i polowaniem na wolno żyjącą zwierzynę. W okrzepłych społeczeństwach rolniczych ta aktywność zbieracko-łowiecka wciąż w wielu rejonach dostarczała niebagatelnej części energii żywnościowej, a nawet dziś osiadłe wspólnoty w wielu krajach afrykańskich i azjatyckich czerpią sporo żywności z dzikiej przyrody. Przed rozpoczęciem udomawiania (zaczęło się ono około 12 tysięcy lat temu w kilku regionach Środkowego Wschodu) liczba ludności na świecie zawierała się najprawdopodobniej w przedziale od 2 do 4 milionów. Na początku naszej ery (kiedy to August został pierwszym cesarzem Rzymu około 2000 lat temu) ludność świata liczyła najprawdopodobniej między 150 a 300 milionów osób.
Dlaczego zajęliśmy się rolnictwem?
Nie chcę, by powstało wrażenie, że początki udomawiania roślin i zwierząt można wyczerpująco wytłumaczyć procesem innowacji indukowanej, to znaczy zachodzącą stopniowo nieuchronną reakcją na wzrost populacji oraz tym, że pierwsze sukcesy tego procesu umożliwiły i bezpośrednio wzmogły jego dalszą ekspansję i intensyfikację. Ta książka przedkłada fakty nad wygodne narracje.
Niewiele kwestii we współczesnej nauce wiąże się z tak głębokimi wątpliwościami (i jest tak trudnych do rozwikłania) jak te dotyczące początków domestykacji roślin i zwierząt. Zebrano stosowne dane i przedstawiono argumenty na rzecz wielu bardzo różniących się wyjaśnień udomowienia, w których akcenty rozciągają się od przyczyn czysto fizycznych do motywacji wyłącznie behawioralnych, a niekiedy sugeruje się nawet, że prawda jest zupełnie inna – to my zostaliśmy udomowieni przez rośliny.
Jako decydujący czynnik przedstawia się nieraz ocieplenie Ziemi połączone ze wzrostem stężenia CO₂ w atmosferze, inaczej mówiąc, zmianę klimatu, i to do tego stopnia, iż trzech czołowych amerykańskich antropologów sformułowało hipotezę, że „jeśli możliwy staje się bardziej produktywny system utrzymania” – jak to było po ostatniej epoce lodowej – „w długiej perspektywie czasowej zastąpi on mniej produktywny system, który go poprzedzał”.
A może transformacja ta stanowiła nieuchronną reakcję na kryzysy żywnościowe? Zaistniała przemiana byłaby wtedy skutkiem braków żywności w obliczu stosunkowo szybkiego wzrostu populacji i niedostatecznej podaży energii zapewnianej przez zbieractwo i łowiectwo. Amerykański archeolog Lewis Binford posunął się nawet do zasugerowania zdumiewająco precyzyjnej wartości jako katalizatora tej przemiany: przejście od dawniejszego systemu do uprawy roli miało następować przy osiągnięciu gęstości zaludnienia przekraczającej 9,098 osoby na kilometr kwadratowy.
W całkowitym przeciwieństwie do tych przyczyn o charakterze fizycznym inne teorie przypisują domestykację dążeniu ludzi do większego uspołecznienia i posiadania dóbr materialnych (pragnęliśmy ściślejszych więzi międzyludzkich oraz/lub większego stanu posiadania i dlatego zaczęliśmy uprawiać rolę), a także jej zaletom w kontekście rywalizacji społecznej oraz lepszej organizacji działań obronnych i ofensywnych. Mocnym argumentem przemawiającym za znaczeniem czynników społecznych jest fakt, że zwroty netto z wczesnego rolnictwa (liczone jako stosunek energii uzyskiwanej w zbiorach do energii wkładanej w uprawę roli) były często mniejsze niż zwroty z działalności łowiecko-zbierackiej – w takich przypadkach ważniejsze musiały się okazywać inne względy niż zysk energetyczny.
W odniesieniu do źródeł udomowienia nie musimy jednak opowiadać się po którejkolwiek z tych stron. Niemal na pewno na proces ten składała się kombinacja i wzajemne oddziaływanie czynników fizycznych i kulturowych, a stare metody pozyskiwania żywności przez długi czas współistniały z nowymi. Nie ma natomiast wątpliwości, że jedynie stopniowe przyjęcie i rozpropagowanie uprawy roli w wybranym miejscu (tak zwanej uprawy osiadłej) mogło zapewnić podstawę bytu liczniejszym, hierarchicznym społeczeństwom z władzą skoncentrowaną w miastach. Żerowanie w stylu szympansów czy łączne przedsięwzięcia łowiecko-zbierackie podobne do działań ludzi w końcowej fazie ostatniego zlodowacenia nie byłyby w stanie zapewnić utrzymania kilkudziesięciu milionom ludzi na całym świecie, nie mówiąc o takiej ich liczbie w jednym mieście. Domestykacja i uprawa zbóż oraz roślin strączkowych, oleistych i włóknistych, a także chów zwierząt jako źródła pożywienia i pracy (ciągnięcie pługów, transport ciężkich ładunków) nie wyeliminowały sezonowej i rocznej zmienności dostaw pożywienia, ale w wielkim stopniu ją zmniejszyły dzięki przewidywalniejszej i zdecydowanie bardziej skoncentrowanej produkcji.
Ponadto ten nowy sposób pozyskiwania żywności zapewniał jej nadwyżki w pewnych okresach roku, co umożliwiało gromadzenie jej na przyszłość. Na przykład zboże w suchych rejonach miało z natury mniejszą zawartość wody i w odpowiednich pojemnikach można je było przechowywać aż do następnych żniw. To dodatkowo ułatwiło populacjom rolniczym rozrastanie się znacznie ponad skalę osiągalną dla izolowanych grup łowiecko-zbierackich. Już w niektórych z pierwszych społeczeństw tego typu uprawa roli pozwalała zapewnić byt sto razy większej liczbie ludzi na jednostkę powierzchni pól. W okresie Starego Państwa egipskiego (2700–2200 roku p.n.e.) wskaźnik ten wynosił około 1,3 osoby na hektar gruntów uprawnych (czyli 130 osób na kilometr kwadratowy), a przed nastaniem czasów rzymskich uległ on co najmniej podwojeniu.
Ostatecznie najbardziej intensywne wersje tradycyjnej uprawy w Azji, przede wszystkim w południowych Chinach dynastii Qing (1644–1912), opierały się na irygacji, znacznym recyklingu odpadów organicznych (głównie obornika i resztek uprawowych jako nawozu organicznego), sadzeniu więcej niż jednej uprawy rocznie (intensywniejszym wykorzystaniu dostępnego areału) oraz złożonym schemacie płodozmianu (dbałości o niewyjaławianie gleby). Dzięki tym rozwiązaniom hektar ziemi rolnej pozwalał na utrzymanie ponad trzech, a niekiedy nawet ponad pięciu osób, czyli więcej niż 500 ludzi z kilometra kwadratowego. Pod koniec XIX wieku podobna kombinacja usprawnień sprawiła, że Anglicy i Holendrzy byli w stanie zapewniać byt ponad trzem osobom z jednego hektara.
Więcej żywności niż kiedykolwiek w dziejach
W pierwszej dekadzie XIX wieku, tuż przed tym, gdy ekspansja uprzemysłowienia i urbanizacji (oraz wzrost jakości życia, wynikający ze zwiększonej produktywności gospodarki) zaczęły przyspieszać tempo przyrostu populacji, ludzkość przekroczyła symboliczny próg 1 miliarda mieszkańców na świecie. Do 2020 roku liczba ta wzrosła niemal ośmiokrotnie. Biorąc pod uwagę ludność świata oraz całkowitą powierzchnię gruntów uprawnych, widać, że w 2020 roku jeden hektar był w stanie wyżywić pięć osób.
Trzeba jednak dodać, że choć takie są wartości średnie, stopień zaopatrzenia w żywność na świecie jest bardzo zróżnicowany – od wysokiego spożycia mięsa i nabiału w krajach bogatych do przeważnie wegetariańskich diet w Indiach i na dużych połaciach Afryki. Przeciętna dostępność żywności rozciąga się od marnotrawstwa z nadmiaru do powszechnego niedożywienia w najuboższych krajach Afryki Subsaharyjskiej. W większości krajów Unii Europejskiej i Ameryki Północnej podaż energii z żywności daleko przekracza rzeczywiste zapotrzebowanie oraz możliwość jej spożycia bez wywołania ogromnej otyłości całych populacji. Skutkiem tego nadmiaru jest zarówno przejadanie się (oraz nadwaga lub otyłość znacznej części mieszkańców), jak i ogromne marnotrawstwo jedzenia. Jednocześnie wiele krajów afrykańskich praktycznie wcale nie ma poduszki podażowej, niektóre zaś systematycznie znajdują się na skraju regionalnej lub krajowej klęski głodu albo pod jej rzeczywistym naporem (najbardziej dramatycznym przykładem jest Etiopia).
Co innego można było zrobić?
Czy udomowienie roślin, z przewagą uprawy zbóż, i towarzysząca temu domestykacja kilku gatunków zwierząt stanowiły jedyne rozwiązanie pozwalające na ponad tysiąckrotne zwiększenie przeciętnej gęstości zaludnienia oraz całkowitej liczby mieszkańców na Ziemi od kilku milionów do 8 miliardów – i osiągnięcie tego w bardzo krótkim czasie w skali ewolucyjnej, bo zaledwie w dwanaście tysiącleci? Czy jakieś inne strategie pozyskiwania żywności również mogłyby poskutkować rozwojem populacji, osiadłym trybem życia, stratyfikacją społeczną, powstaniem złożonych społeczeństw i w końcu globalnej cywilizacji?
Przyjrzymy się tym alternatywnym scenariuszom bez względu na to, jak mało prawdopodobne się wydają. Zanim jednak do tego przejdziemy, muszę najpierw wyjaśnić kwestię podstawowych potrzeb żywieniowych.
Co człowiek musi zjadać?
Od ostatnich dekad XIX wieku zgromadziliśmy istotne dane dotyczące zapotrzebowania ludzi na energię z pożywienia oraz trzy makroskładniki diety: węglowodany, tłuszcze i białka. Węglowodany uzupełniane przez tłuszcze są głównym źródłem energii żywnościowej. Białka natomiast pozwalają na budowanie nowych tkanek (mięśni, kości, narządów wewnętrznych, skóry) i naprawę tych uszkodzonych, a przemianie metabolicznej w energię ulegają tylko wtedy, gdy dwa pierwsze makroskładniki występują w niedoborze. Dorośli prowadzący umiarkowanie aktywny tryb życia powinni średnio przyjmować dziennie nie więcej niż 2500 kilokalorii (to jednostka tradycyjnie używana przez dietetyków i często niepoprawnie określana mianem „kalorii”, które są jednostką tysiąc razy mniejszą), czyli 10,5 megadżula (MJ w międzynarodowych jednostkach naukowych) – i jest to oszacowanie liberalne. Współczesne zalecenia dietetyczne, opracowane przez międzynarodowe i krajowe zespoły eksperckie, wyszczególniają trzy optymalne przedziały spożycia makroskładników przez dorosłych: 45–65 procent energii z pożywienia powinno pochodzić z węglowodanów, 20–35 procent z tłuszczów, a 10–35 procent z białek.
Trawione przez nas węglowodany i białka dostarczają około 400 kcal/100 g, a tłuszcze ponad dwa razy więcej: 880 kcal/100 g. Oprócz węglowodanów, tłuszczu i białka świeże części roślin oraz mięso ze świeżo ubitych zwierząt i ryb składają się głównie z wody. Owoce dostarczają nie więcej niż 70 kcal/100 g (oraz zaledwie śladowe ilości białek i tłuszczów, choć wartym odnotowania wyjątkiem jest tłuste awokado), bulwy (podziemne, skrobiowe narządy spichrzowe roślin, przede wszystkim ziemniaki) do około 115 kcal/100 g, a orzechy (ze względu na dużą zawartość tłuszczów) aż 650 kcal/100 g. Mięso niewielkich zwierząt żyjących dziko zawiera bardzo mało tłuszczu – na jego świeżą masę składa się przede wszystkim białko (20 procent) i woda, a gęstość energetyczna wynosi poniżej 150 kcal/100 g.
Korzystając z tych elementarnych informacji, możemy obliczyć, czy potencjalnie istniała realna, długofalowa alternatywa dla rolnictwa, z której nie skorzystaliśmy, choć można było to zrobić. Czy w pewnych środowiskach wielkoskalowe populacje ludzkie mogłyby się rozwijać bez potrzeby uprawy roli?
Świat bez rolnictwa
Jeść jak szympans
Czy mogliśmy się zdać na wzbogaconą wersję typowej diety szympansów, uzupełniając ich w przeważającej mierze owocowe menu innymi tkankami roślinnymi, zbieranymi owadami i odrobiną mięsa upolowanych zwierząt? Owoce i warzywa stanowią cenne źródło witamin oraz minerałów i w niektórych rejonach zwrotnikowych dostarczają niebagatelnych ilości szybko trawionych węglowodanów. Tyle że Amerykanin próbujący się odżywiać jak szympans (tak by 80 procent energii żywnościowej pochodziło z fig i innych owoców) musiałby codziennie zjadać 4–5 kilogramów takich świeżych owoców.
Nawet w otoczeniu obfitującym w figi wymagałoby to przeznaczenia wielu godzin na poszukiwanie dojrzałych owoców, wspinanie się na drzewa lub ogołacanie krzewów i zjadanie tylu fig każdego dnia, że w sumie dawałoby to 1,5–1,8 tony świeżych owoców rocznie – a i tak nie zapewniałoby żadnych tłuszczów i tylko bardzo nieznaczne ilości białka. Co więcej, figowce nie rosną na wyższych szerokościach geograficznych, na których inne dzikie owoce (między innymi wiśnie i śliwki) dojrzewają w roku zaledwie jeden raz, dają stosunkowo niewielkie zbiory, a nieprzetworzone nie nadają się do przechowywania. W sprzyjającym środowisku dieta oparta na figach teoretycznie mogłaby być realną opcją dla grup liczących od kilkudziesięciu do kilkuset osób (podobnie jak daktyle – aczkolwiek w odmianie udomowionej – dostarczają istotnej części energii w niektórych afrykańskich oazach), niemniej zapewnienie energii żywnościowej (ale bez tłuszczów i białka) dla dzisiejszej ludności Unii Europejskiej wymagałoby ponad pół miliarda ton fig rocznie, co z górą czterysta razy przekracza zbiory tego owocu na całym świecie w 2020 roku. Żaden zintensyfikowany model żywienia oparty na sposobie odżywiania się szympansów ewidentnie nie nadaje się jako rozwiązanie dla dużych populacji zamieszkujących obszary od tropików po Arktykę. Ponadto trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób rozwój społeczności skupionych na zbieraniu fig miałby w końcu doprowadzić do powstania pisma, Partenonu i antybiotyków.
Jeść jak goryl
Może w takim razie jeść świeże zielone łodygi i liście – części roślin, które występują znacznie obficiej i są dostępne przez dłuższy okres w większym przedziale środowisk niż figi i inne słodkie owoce? Czy moglibyśmy pomnożyć swoją liczebność dzięki masowemu naśladowaniu diety zapewniającej byt górskim gorylom, które mieszkają na zboczach wulkanów Wirunga w Kongo? U zwierząt tych, słynących z entuzjastycznego zajadania się bujną zieleniną, 68 procent spożywanej żywności stanowią liście ziół i krzewów, a łodygi tych pierwszych składają się na dodatkowe 25 procent. Czy i my moglibyśmy zanurzyć się w zielonym gąszczu podobnie wysokich łodyg oraz dorodnych liści i wziąć się po prostu do ich przeżuwania?
Nawet tam, gdzie byłoby to możliwe przez cały rok – co nie obejmuje przecież wielkich połaci planety od półsuchych stepów do lasów borealnych, przez miesiące tonących w głębokim śniegu – dorośli musieliby przeznaczać większą część dnia na odgryzanie, przeżuwanie i połykanie zieleniny, aby spożyć około 10 kilogramów tkanek roślinnych dziennie po to tylko, by zaspokoić zapotrzebowanie na energię z żywności. Na dodatek w tym celu musieliby być w stanie trawić te tkanki równie dobrze jak goryle, a tych zdolności Homo sapiens nie posiadał nigdy. Nasza okrężnica (w której zachodzi trawienie błonnikowej masy roślinnej) stanowi zaledwie jedną piątą całej objętości przewodu pokarmowego (a nie połowę jak u innych naczelnych) i jest znacznie krótsza nawet niż u szympansów, stosujących bardziej zróżnicowaną i łatwiejszą do trawienia dietę niż goryle.
Goryle są mistrzami, jeśli chodzi o rozkładanie pokarmu w końcowym odcinku jelit, zdolnymi do przetwarzania dużej objętości błonnikowej masy roślinnej, głównie traw i liści drzew. Podobnie jak w przypadku innych zwierząt tego typu, takich jak konie, nosorożce, króliki i koale, w ich długiej okrężnicy bytują ogromne kolonie drobnoustrojów fermentujących (beztlenowych bakterii i grzybów), co ułatwia trawienie błonnika i pozyskiwanie energii w postaci krótkołańcuchowych kwasów tłuszczowych. W odróżnieniu od tego nasz układ pokarmowy jest w stanie pobrać nie więcej niż 10 procent energii zawartej w tym włóknistym listowiu (a prawdopodobnie mniej niż połowę tego odsetka), toteż nawet zjadając 10 kilogramów zieleniny dziennie, wciąż byśmy głodowali. Poza tym nawet gdyby nasza okrężnica bardziej przypominała okrężnicę goryla, ta strategia żywienia wymagałaby ciągłego dostępu do nowej, soczystej masy roślinnej, byłaby więc ograniczona do klimatów wilgotnych i wolnych od mrozu. A zatem i ta opcja nie prowadziłaby do rozprzestrzenienia się siedzib ludzkich na całym świecie, dużej gęstości zaludnienia oraz powstania miast i globalnej cywilizacji.