-
nowość
-
promocja
Jak nie być zbyt dobrym - ebook
Jak nie być zbyt dobrym - ebook
Twoja dobroć – Twoja supermoc!
Czy zawsze mówisz „tak”, choć w głębi duszy wiesz, że powinieneś powiedzieć „nie”?
Czy zdarza Ci się czuć, że Twoja życzliwość jest wykorzystywana?
A może marzysz o tym, by pomagać innym, nie tracąc przy tym siebie?
Ta książka pokaże Ci, jak zamienić swoją dobroć w prawdziwą siłę. To praktyczny przewodnik, dzięki któremu nauczysz się stawiać granice, bronić własnych potrzeb i jednocześnie pozostać autentycznie dobrym człowiekiem. Zrozumiesz, jak Twoja empatia może działać na Twoją korzyść, zamiast stawać się pułapką.
Nie pozwól, by nadmierna dobroć kontrolowała Twoje życie – odkryj sekret mądrej życzliwości! Zacznij wykorzystywać swoją empatię jak prawdziwą supermoc.
Twoja dobroć może zmienić świat – ale najpierw zmień swoje życie!
| Kategoria: | Poradniki |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-18742-9 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_Davinii Qui, jednemu z najczystszych serc, jakie kocham._
_Moim lekarzom Francescowi Mirallesowi, Àlexowi Rovirze, Sonii Fernandez Vidal i mistrzowi Antoniowi Bolinchesowi._
_Wszystkich ich łączy dobroć._
_Moim przyjaciołom i mentorom, Jaumemu Solerowi i Mercè Conangli, niezachwianym w miłości i autentyczności._
_Wszystkim, którzy na pewien czas stali się pacjentami._
_To dzięki waszemu świadectwu powstała ta książka._SŁOWO WSTĘPNE
Słowo wstępne
Niniejsza książka ma na celu edukację na temat znaczenia dobroci, tak ważnej i potrzebnej cnoty, która jednak stała się u niektórych czymś wypaczonym i niepożądanym.
Nic dziwnego, że do tego doszło. Wielu ludzi odczuło na własnej skórze narzucanie tego, co Xavier Guix nazywa złą dobrocią, i dlatego unika owej wartości lub ją odrzuca. Przyczyną jest nieprawidłowe lub zniekształcone znaczenie oraz brak adaptacyjnych przykładów tego, co to znaczy być dobrym.
Na tym polu zaszło zbyt wiele nieporozumień, którymi należy się zająć, wyjaśnić je i naprawić. Jeśli tego nie zrobimy, nie uda nam się wykształcić i rozwinąć koniecznej wartości dobroci. A będzie to miało naprawdę negatywne konsekwencje zarówno dla naszego życia osobistego, jak i społecznego.
Niełatwo praktykować dobroć-cnotę w świecie, w którym słowa są zniekształcane, przekręcane i wypaczane, a nakaz „bycia dobrym” stał się narzędziem kontroli i władzy nad ludźmi.
Xavier Guix rysuje w tej książce jasną mapę sytuacji. Opowiada nam o „złej dobroci”, jej początkach i konsekwencjach. Mówi nam o formach, w których zostaliśmy wymodelowani, wyuczeni i uwięzieni, a także o bólu, jaki był udziałem wielu osób próbujących się dopasować do owych modeli, a jakiego można było uniknąć. „Nie jesteśmy już sobą, staliśmy się tym, czym oczekiwano, że będziemy”.
Nie. Dobrze wyglądać, dobrze się zachowywać, nie sprawiać zbyt wielu kłopotów, być uległym i postępować zgodnie z wytycznymi autorytetu – to nie jest równoznaczne z byciem dobrym. Bycie życzliwą osobą to nie to samo co bycie osobą czyniącą dobro.
Xavier Guix hojnie dzieli się z czytelnikami osobistymi i rodzinnymi doświadczeniami z dzieciństwa i młodości. Mówi nam, jak wpłynęły na niego pewne nakazy, jak stał się ich świadomy i jak sobie z nimi radził.
Jesteśmy przekonani, że ta część biograficzna jest jedną z największych wartości książki. Autor nie tylko pozycjonuje się jako ekspert, ale i z pokorą ukazuje siebie jako jedną z osób dotkniętych „złą dobrocią”. Przeprowadza też autopsję tego zjawiska, bardzo przydatną dla jego poznania i dezaktywacji.
Na tym właśnie skupia się w drugiej części książki. Mówi, jak ważne jest uzdrowienie naszych ran, zintegrowanie rozproszonych części naszego serca i ukierunkowanie się na zmiany. Zalecamy zwrócenie szczególnej uwagi na wskazówki, które Xavier Guix nam daje, aby przestać praktykować „złą dobroć”.
Zgadzamy się z nim, że życzliwość jest ludzkim potencjałem, który musi być kształcony i trenowany i który nie może wypływać z nakazu posłuszeństwa, obowiązku lub narzucania go. Obowiązkiem rodzin, wychowawców i społeczeństwa jest stworzenie najlepszych warunków do rozkwitu owego zasianego w naszych wnętrzach ziarna. Takie jest główne przesłanie tej interesującej książki.
Nie widzimy lepszego sposobu na zakończenie niniejszego prologu niż podziękowanie autorowi, z którym mamy zaszczyt się przyjaźnić i dzielić projekty życiowe.
Dziękujemy Ci, Xavier, za założenie z nami Instytutu Dobroci w ramach Fundacji Ekologii Emocjonalnej. Dziękujemy za przykład spójności między tym, co myślisz, mówisz, czujesz i robisz. Dziękujemy za Twoje nauki i piękne książki.
Kończymy słowami autora: „Wola jest siłą, która popycha nas do działania, ale należy skupić się na dobru”. Czysta dobroć dobrego rodzaju. Czysta dobroć w działaniu.
_Jaume Soler i Mercè Conangla_
_Barcelona, grudzień 2023_WPROWADZENIE
Wprowadzenie
Kiedy mieszkałem w bliźniaku, mogłem obserwować, szczególnie w okresie letnim, co się działo w sąsiedztwie. Obok mieszkała rodzina z dwójką dzieci, sześcioletnim i trzyletnim. Starsze z nich przejawiało zachowania tak zwanego dobrego dziecka. Umiało się dostosować, było chętne do pomocy, nigdy nie narzekało i tylko wtedy, gdy sytuacja obróciła się przeciwko niemu, zamykało się na chwilę w sobie, dopóki matka nie wyciągnęła go z tego stanu paroma pieszczotami; to wystarczało, by przywołać je do idealnego posłuszeństwa.
Tymczasem to młodsze było „zarazą” lub „potworem”, jak to się czasem mówi. Wydawało się opętane przez energię skłaniającą do złośliwości – jeśli przez to rozumiemy dokuczanie bratu, niszczenie rzeczy, nieposłuszeństwo rodzicom i wszczynanie prawdziwych wojen podczas rannego wstawania. Jedynym sposobem na powstrzymanie go było skarcenie i ukaranie, co jeszcze bardziej podżegało jego buntowniczość.
W takich przypadkach łatwo się zastanawiać, czy dobroć jest nieodłączną cechą każdego człowieka, czy też, jak powiedział Hobbes, człowiek jest wilkiem dla własnego gatunku. Czy rodzimy się dobrzy, czy źli? A jeśli tak, to czy istnieje zbawienie dla złych i czy nie jest również formą potępienia to, że zawsze musimy być dobrzy?
Cofnięcie się do dzieciństwa i zadanie sobie pytania, co z niego wynieśliśmy, by zidentyfikować wzorce dobra, przynosi prostą odpowiedź: wszystko! Problem polega na tym, że nie pamiętamy wystarczająco dużo z tego doniosłego procesu. Co najwyżej zachowujemy w pamięci niektóre szczegóły i anegdoty opowiadane podczas oglądania starego albumu ze zdjęciami, na których pojawiamy się jako śliniące się bobasy, podczas chrztu, zabawy na plaży czy przyjmowania pierwszej komunii.
Większość ludzi nie pamięta pierwszych lat swego życia, między innymi dlatego, że ich mózg nie skonsolidował jeszcze wówczas zdolności zapamiętywania. Z drugiej strony ich ciała były w stanie rejestrować wrażenia, które pozostają jako wrażliwe wspomnienia w wieku dorosłym.
Trudno nam sobie przypomnieć, jakie były nasze własne skłonności, ale wiemy, że musieliśmy się dopasować do modeli wychowawczych naszych rodziców, co oznacza, że oni zrobili nam to, co zrobiono im. Nieważne, że myśleli, iż poradzą sobie lepiej niż ich rodzice – kiedy przyszło co do czego, doszło do głosu to, co sobie nieświadomie przyswoili.
Podobnie musimy dopasować się do wyobrażeń każdej epoki na temat dzieci. Zdjęcia dzieci z mojego pokolenia pokazują pulchne ciała, które wówczas były symbolem zdrowia i właściwego odżywiania, a dziś byłyby uważane za wykroczenie przeciw racjonalnemu żywieniu i zasługiwałyby na naganę od pediatry za działanie prowadzące do otyłości.
To, co nas interesuje, to trudności, jakie sprawiało nam dopasowanie się do przyciasnych lub zbyt obszernych form. Do dziś wielu rodziców nie rozumie, że nie rodzimy się jako czysta karta ani plastelinowe ciało, które należy dopiero odpowiednio ulepić, i wyobraża sobie, że musi nas przekształcić w pełnowartościowych i – oczywiście – dobrych ludzi.
Z owego procesu dopasowywania się niektórym udaje się wyjść jako przystosowanym. Inni się buntują. Ale nikt nie dokonuje świadomego wyboru. Jako dzieci nie potrafiliśmy podejmować decyzji, co nie znaczy, że nie mieliśmy własnych skłonności, tendencji ani nie napotykaliśmy zjawisk, które przykuwały naszą uwagę, jak i takich, które nas nudziły.
Innymi słowy, wiedzieliśmy, nie wiedząc. Nie byliśmy świadomi, że przyszliśmy na ten świat z określonym potencjałem do rozwoju. Reagowaliśmy na pewne bodźce, a unikaliśmy innych, manifestując w ten sposób ukryte impulsy. W pewnym sensie byliśmy tym, czym byliśmy – czystymi istotami manifestującymi się spontanicznie.
Jedyną rzeczą, do której mogliśmy aspirować, było posiadanie ojców i matek wrażliwych na naszą wrażliwość. Aby mieli świadomość, której nam, dzieciom, brakowało, to znaczy by byli świadomi skłonności i potencjałów, które przejawialiśmy. Jednak większość z nich wolała dopasować nas do własnego modelu. I owo dopasowanie niosło ze sobą zarówno koszty, jak i korzyści, o czym przekonasz się, czytając tę książkę.
Wyobraź sobie przez chwilę kolejne etapy, przez które musi przejść każde dziecko: najpierw przywiązuje się do osoby opiekuna, zwykle rodzica. Następnie odkrywa, że dorośli opiekunowie czerpią przyjemność z przebywania z nim. Pożądające ich obecności dziecko samo również jest obiektem pożądania. Dorośli pragną go, niezależnie od tego, co robi.
Nadchodzi jednak dzień, w którym coś zaczyna się zmieniać: teraz opiekunowie akceptują dziecko, o ile spełnia ono określone warunki. Pragną go, ale mogą je też odrzucić. Od tej pory wszystko, co dziecko robi, będzie należało do kategorii rzeczy pochwalanych lub odrzucanych. Pojawiły się wymagania, które muszą zostać spełnione.
Co gorsza, pojawiają się inne postacie, które stają się jego rywalami, ponieważ odbierają mu uwagę opiekuna – np. tata czy rodzeństwo. Opiekun nie tylko pragnie lub odrzuca, może także wybierać między nim i kimś innym. W takiej sytuacji pojawiają się aspekty psychiczne, które będą miały duże znaczenie w konfiguracji osobowości: preferencje, skłonność do prokrastynacji, rywalizacji, zazdrości, walki lub potrzeby bycia wyjątkowym. Ów zestaw programowania nazywamy stylami afektywnymi; zajmiemy się nimi później.
Style te są obciążone zarówno pragnieniami, jak i ranami, traumami, ograniczeniami, a także heroicznymi aspiracjami. Straciliśmy połączenie z esencją naszej istoty, aby stać się postaciami z imieniem, nazwiskiem i wizerunkiem, z którym można się identyfikować. Nie jesteśmy już „sobą”, lecz stajemy się tym, kim inni oczekują, że będziemy. Albo wręcz przeciwnie. Jak mawiał Antonio Blay:
To, co zewnętrzne, staje się normą, staje się moim Bogiem, nie szczerość, nie wewnętrzna wolność, nie to, co głębokie, ale to, co zewnętrzne. Dziecko jest cenione i oceniane tylko i wyłącznie na podstawie modelu.
W ten sposób, wraz z ciepłym mlekiem i każdą piosenką, powstawała kombinacja naszego temperamentu i charakteru, naszego sposobu bycia, mająca niewiele wspólnego z tym, kim naprawdę byliśmy. Zaczęło się wówczas odłączanie od naszego naturalnego źródła. Straciliśmy własną życiową energię, aby przystosować ją do wymagań świata zewnętrznego. A wszystko to było opakowane w zestaw komunikatów mających na celu przyswojenie tego, czego oczekiwano od nas jako małych ludzi:
Musisz być grzeczny i dobrze się zachowywać. Zamknij się i bądź posłuszny.
Nawet jeśli coś ci się nie podoba, musisz to znosić.
Cokolwiek by nie mówiono, masz się uśmiechać. Jeśli nie będziesz grzeczny, przyjdzie ogr. Nie przeszkadzaj.
Gdyby tylko ludzie wiedzieli, co wyprawiasz w domu… Przestań robić z siebie błazna.
Wszyscy robią to lepiej od ciebie.
Jeśli będziesz taki, nikt nie będzie cię kochał. Nic nie będzie z tego dziecka.
Większość rodziców chce, by ich dzieci dobrze się zachowywały, a przynajmniej nie sprawiały większych kłopotów. Miarą sukcesu ojców i matek jest poziom posłuszeństwa, jaki uzyskują u swojego potomstwa. Dlatego z satysfakcją chwalą się, że mają dobre dzieci: „nie sprawiają nam kłopotów, zachowują się bardzo dobrze, są bardzo posłuszne”. Tak oto dobro jest kojarzone z adaptacyjnym, niekonfrontacyjnym i uległym zachowaniem. Z drugiej strony jego przeciwieństwo jest problemem i sygnałem, że dziecko nie radzi sobie dobrze. Jeśli za dużo płacze, jeśli jest bardzo wymagające, jeśli wykazuje buntownicze postawy, jeśli jest zbyt aktywne, jeśli nie przestaje… Wszystko to sprawia, że jest „niewygodnym” dzieckiem. Nie zachowuje się dobrze, więc jest krytykowane, karcone, nieakceptowane lub odrzucane. W tym momencie rozpoczyna się budowa scenariusza jego życia.
Pisanie tego, co nazywamy życiowymi scenariuszami, zaczyna się, gdy mama i tata, w ogóle rodzina, z najprawdziwszą spontanicznością, wyrażają opinie, czynią osądzające komentarze i etykietują zachowanie swoich potomków, nie zdając sobie sprawy, jakie to ma znaczenie dla psychiki dzieci, pozornie rozproszonych, zajętych odgrywaniem ról lekarzy, strażaków, policjantów lub nauczycieli.
Kiedy dziś rano piłem herbatę w kawiarni, przy sąsiednim stoliku rodzice starali się jak mogli, by uspokoić swoją trzyletnią córkę, która siedziała w wózku. Gdy im się to nie udało, ojciec wstał, mówiąc ze złością: „Nie możemy nigdzie iść z takim dzieckiem; nie wiem, po co miałem córkę, skoro ma tak się zachowywać”.
Matka również wstała, ale nic nie powiedziała, a płaczące dziecko nagle zamilkło. Ojciec ciągnął wózek, coś mamrocząc, matka szła z tyłu, dziecko znów zaczęło płakać. Szczerze mówiąc, ów widok złamał mi serce.
Z takich drobiazgów wypowiadanych wśród żartów, złości i nieistotnych czynności rodzi się obraz siebie, który dziecko rozwinie w sobie i który położy podwaliny pod jego poczucie własnej wartości, a także doświadczenie, które będzie mu towarzyszyć przez całe życie i które będzie jego udręką: rozproszony strach przed poczuciem zagubienia, samotności, pustki i porzucenia.
Jak powiedziałby Oscar Wilde, „najlepsze intencje spowodowały najgorsze katastrofy”. Jedną z nich jest bez wątpienia określenie tego, kim możemy się stać jako ludzie.
Ja również cierpiałem dlatego, że byłem dobrym dzieckiem. Pamiętam siebie z tamtych lat jako dziecko, które spędzało dużo czasu samotnie – pierwsza z moich sióstr pojawiła się, dopiero gdy ukończyłem sześć lat. Ten czas, który spędziłem jako jedynak, niemal bez socjalizacji – nie było żłobków ani przedszkoli – wyostrzył moją wyobraźnię. Żyłem w swoim własnym świecie.
Gdyby nie psychologia i moje zgłębianie umysłu, myślę, że nadal funkcjonowałbym tak jak w dzieciństwie. Żyłbym w swoim świecie z dala od wydarzeń i relacji międzyludzkich. I doprawdy często odczuwam potrzebę, by choć na chwilę schronić się w swej norze.
Produkty projekcji w moim umyśle napotkały jednak świat, który nie był taki, jak go sobie wyobrażałem. To, co brało się z mojej spontaniczności, nie pasowało do kontekstów ani relacji, które nawiązałem. Często czułem się nie na miejscu, niezręcznie, żartowałem niecelnie. Nie pasowałem. Świat i ja byliśmy sobie obcy. Tak więc moja socjalizacja polegała na rozwijaniu osobowości podobnej do kameleona, pozwalającej idealnie dopasować się do otoczenia.
W domu dwie kobiety stworzyły mi niezłe warunki do trenowania się w sztuce robienia dobrego wrażenia: moja kochana matka oraz kobieta, która przygarnęła moją matkę w okresie dojrzewania, stała się dla mnie „matką chrzestną”. Miała arystokratyczną urodę i wykonywała zawód krawcowej. Chciała ukształtować mnie na swój obraz i podobieństwo, zakładając mi marynarskie ubranka i przekonując, że moje zbawienie polega na tym, bym „nie był jak mój ojciec”.
Kobieta, której udało się poskromić w mojej matce pretensje do bycia księżniczką i zmienić ją w posłuszną i dobrą osobę, pomocną i uległą, teraz robiła to samo ze mną. Skoro ojciec jako wzór autorytetu i męskości nie był potrzebny, moja projekcja na świat zewnętrzny polegała na byciu miłym, pomocnym, uprzejmym i posłusznym. Książątko o dobrym guście, wyrafinowany chłopiec powołany do bycia „zwycięzcą”, aby zadowolić matkę, która marzyła o tym, by móc chwalić się sławnym synem.
Moje zwierzę skryło się wewnątrz, na zewnątrz lśniłem jak czysta porcelana. Wewnątrz był walec parowy, na zewnątrz aż nadto grzeczny chłopiec. Pomiędzy tymi dwoma światami jedyną rzeczą, która wydawała się prawdziwa, było moje dobre serce, tylko że zacząłem go słuchać za późno, ponieważ zbyt absorbowały mnie starania, by nie mówić głupich rzeczy, tylko takie, jakich się po mnie w danej sytuacji spodziewano.
Stałem się wtedy osobą, która robiąc wszystko dla innych, była jednocześnie sztywna, wymagająca, perfekcjonistyczna, a przede wszystkim cieszyła się uznaniem w oczach świata – z racji dość wyjątkowej zdolności komunikowania się, która mnie ratowała lub usprawiedliwiała moje dziwactwa. Najwięcej wysiłku wkładałem w to, by postępować zgodnie ze „zdrowym rozsądkiem”, a także by nie ujawniać mych lęków i skrępowania, choć i tak zdradzały mnie emocje, które sprawiały, że przy lada okazji czerwieniłem się jak pomidor.
Niewątpliwie starałam się być osobą idealną i z charakterem, kosztem zapominania o sobie. Nie mogło być inaczej, skoro zawsze byłem porównywany do tych, do których miałem być podobny. Porównanie, jak zobaczymy, pokazuje nam, co nie jest w nas „odpowiednie”, a to uniemożliwia nam przejęcie odpowiedzialności za własną osobowość. Tak właśnie spędziłem okres dojrzewania i wczesnej dorosłości. Wspaniały charakter, który skrywał ranę zwaną „niesprawiedliwością”.
Wszystko, co przeczytasz w tej książce, sam przeżyłem, chociaż nie chcę pisać autobiografii o moich neurozach. Zachowuję to na okazję pisania opowiadań. Moją intencją jest informacja, a jej celem rozwikłanie wielu kompleksów ludzi, którym wpojono ów skrypt posłuszeństwa. Bo koniec końców najważniejsze przesłanie, jakie otrzymujemy, brzmi: bądź dobry!
Czy więc wszyscy ludzie rodzą się wewnętrznie dobrzy, czy może uczymy się być dobrymi ludźmi? Jedno i drugie jest prawdą. Postawię się na chwilę w sytuacji stoika. Dla Zenona z Kition i jego uczniów pierwotny instynkt był skierowany na utrzymanie i rozwój naszej istoty danej nam przez naturę. Nie tylko postrzegamy rzeczy na zewnątrz, ale także odnosimy je do naszej własnej esencji i cenimy je zależnie od tego, czy są dla nas korzystne, czy nie.
Innymi słowy, od najmłodszych lat odróżniamy to, co „pożyteczne” i „dobre”, od tego, co szkodliwe i złe. Uczymy się nadawać wartość temu, co sprzyja utrzymaniu naszej egzystencji, nie tylko w kategoriach przetrwania czy zmysłowych, ale i w kategoriach tego, co czyni nas zasadniczo ludźmi.
W ten sposób przechodzimy od pierwszego etapu „naturalnego egoizmu”, w którym liczą się tylko nasze potrzeby, do stania się istotami, które osiągną maksymalne spełnienie, kierując się w życiu wartościami etycznymi oraz duchowymi.
Innymi słowy, od momentu narodzin nasze naturalne predyspozycje zmierzają do jednego celu: całkowitego rozwoju. Całe stworzenie – a my stanowimy jego część – jest ciągłą manifestacją owej oczywistości – że wszystko dąży do pełnego wyrażenia samego siebie. Dla nas wyrazem naszej esencji jest _areté –_ cnota i odsłonięcie źródła całego stworzenia.1. Dwa słowa na temat bytu i obowiązku
1
Dwa słowa na temat bytu i obowiązku
Zanim zaczniemy analizować pokłady złej dobroci, konieczna jest krótka uwaga, która pozwoli zrozumieć dalszy ciąg. Przypominam sobie wzorcowy przypadek z mojej praktyki, kobietę, która twierdziła, że nic nie robiła z chęci, lecz wszystko z obowiązku.
Była jeszcze młoda, więc tym bardziej zaskoczyło mnie jej stwierdzenie. Potem powiedziała mi, że w domu nauczono ją, że wszystko należy robić z poczucia obowiązku. Żadne inne przesłanie nie było tak często powtarzane jak to, że masz żyć, robiąc to, co musisz.
To nic nowego – wiele osób mówiło mi, że ich rodzice byli bardzo surowi, że kazali im postępować przyzwoicie i że obowiązek oraz posłuszeństwo ukształtowały ich dzieciństwo. Niektórzy wspominają to z dumą. Dla kobiety stojącej przede mną w gabinecie był to koszmar, który nawet dziś nie pozwala jej żyć w spokoju.
Analizując jej przypadek, odkryliśmy, że w rzeczywistości miała takie same uczucia jak reszta z nas: były rzeczy, które lubiła, i rzeczy, których nie lubiła. Miała związki z mężczyznami, w których się zakochiwała, i była wysoce kompetentna w pracy. Ale było coś jeszcze: wszystkie te „normalne” uczucia były dla niej obowiązkami.
Gdy jej partner cokolwiek jej zarzucił, sądziła, że należy wycofać się ze związku, nawet jeśli bardzo lubiła tego mężczyznę. Jeśli nie była wystarczająco doceniana w pracy, uważała, że ma obowiązek z niej zrezygnować. Działo się tak zazwyczaj, gdyż źle się czuła z powodu niewykonania swojego obowiązku. Karała się, zamykając się w sobie i odczuwając nienawiść do samej siebie, podczas gdy w tle pojawiał się wszechobecny obraz jej ojca.
W moim zawodzie miałem do czynienia z wieloma, wieloma ludźmi, którzy byli wymagający wobec siebie, ale ten przypadek był zaskakujący ze względu na stopień moralnego obowiązku, który został owej kobiecie narzucony. Nasze sesje terapeutyczne również podlegały kryzysom, ponieważ gdy tylko pojawiało się najmniejsze poczucie braku postępu w terapii, pacjentka uważała, że należy ją przerwać. Wszystko mierzyła bardziej poczuciem moralnym niż ambiwalentnymi emocjami.
Dylemat, z którym musiała się zmagać, polegał na tym, komu być posłuszną: czy powinna być wierna sobie, czy być posłuszna temu, co narzucali jej inni, tak jak to było w jej domu rodzinnym, bo to również był jej obowiązek? Zasugerowałem, aby nie przestrzegała wszystkich narzuconych sobie obowiązków i zbadała swoje uwięzione emocje. Na szczęście proces ów okazał się konstruktywny.
Omawiam pokrótce ten przykład, ponieważ problemy z byciem zbyt dobrym, które nazywam złą dobrocią, są zakorzenione w tożsamości moralnej, która nie pozwala na żaden inny sposób bycia niż czucie się dobrą osobą. Innymi słowy, istnienie i moralny obowiązek łączą się, by powstała osobowość dręczona niemożnością bycia tym, czym jest, i przymusem bycia tym, czym być powinna.
U większości ludzi sumienie buduje się od dzieciństwa i dostosowuje do kanonów kulturowych, społecznych i religijnych. Już jako dzieci uczymy się, co jest dobre, a co złe. Najbardziej udane seriale i filmy często opierają się na walce dobra ze złem. Nie możemy uciec od tego, co Hume nazwał uczuciami moralnymi. Pytanie „czy postępuję właściwie” jest stale w nas obecne.
Jednak życie moralne idzie w parze z różnymi zjawiskami, takimi jak poczucie winy, wstyd, odrzucenie, orientacja na idealizację i obowiązek stania się kimś, kto wyróżnia się swoimi cnotami. Wszystko to szczegółowo przeanalizujemy. Z drugiej strony są ludzie, u których bunt i niechęć stają się sposobem przeciwstawiania się obowiązkowi bycia dobrym z nakazu. Nie chodzi o to, że są źli, tylko nie są ulegli. Nie buntują się przeciwko dobroci, ale przeciwko byciu dobrym, co jest czymś innym. Chodzi o to, że muszą reagować lub sprzeciwiać się temu, co nie jest zgodne z ich osobowością.
Kiedy jaźń jest zalana obowiązkami, człowiek przestaje być sobą. Staje się wykonawcą rozkazów i niewolnikiem obowiązków. Nieświadomość odebrała mu zdolność decydowania, kierowania się własną wolą, po to, by stał się przykładem moralności.
Prawdopodobnie odebrała mu również zdolność do cieszenia się otwarcie. Ten, kto podporządkowuje się obowiązkom, nie może wymknąć się spod kontroli, nie może stracić głowy ani pozwolić sobie na zbyt wiele szczęścia. Kiedy jego radość narasta, hamuje ją, by nie uchybić swoim obowiązkom i nie być postrzeganym jako osoba beztroska. Kiedy zaczyna się dobrze bawić, sam przywołuje obowiązek, który na niego czeka.
Wypełnianie obowiązków nie czyni jednak człowieka dobrym, lecz jedynie posłusznym. Aby istniała dobroć, trzeba działać, czyniąc dobro, nawet kosztem nieposłuszeństwa. A dobro jest nie tylko dla nas samych, ale zawsze dla większego dobra. Okrucieństwa były popełniane w imię obowiązku, nim też nadal uzasadnia się wojny i wszelkiego rodzaju fundamentalizm.
Cała ta struktura opiera się na nieporozumieniu: niezrozumieniu natury bytu. Dobro i stworzenie to praktycznie to samo. Nazywamy to również miłością, jednością, źródłem, ostateczną naturą lub Bogiem. Taka jest nasza wewnętrzna natura i jesteśmy powołani, by jej doświadczać, ponieważ tym właśnie jesteśmy.
Tymczasem gdy odłączamy się od źródła, gdy ograniczamy tę porządkującą zasadę istnienia, powstaje pomieszanie między byciem a naszymi „sposobami” bycia, takimi jak bycie zbyt dobrym. Z tego połączenia rodzi się tożsamość lub osobowość, którą przeanalizujemy poniżej, wiedząc, że nie jest tym, czym jesteśmy, ale tym, czym myślimy, że powinniśmy być.
Osobowość ta nie została do tej pory dogłębnie zbadana. Nazywamy ją złą dobrocią lub złym dobrem; jak powiedział mój przyjaciel Antonio Boliches w publicznym wystąpieniu: „Czasami dobrzy ludzie mogą reprezentować złą dobroć”. Mój dobry przyjaciel Francesco Miralles również był u mojego boku podczas tej dyskusji i spojrzał na mnie, jakby chciał powiedzieć: „Masz temat do swojej książki”. Porozmawiamy o tym wszystkim później.2. Cztery zasady złej dobroci
2
Cztery zasady złej dobroci
Oto cztery filary, na których wspiera się zła dobroć.
ZASADA POSŁUSZEŃSTWA. Aby być dobrym człowiekiem, musisz spełniać wszystkie wymagania, jakie stawiają wobec ciebie inni, niezależnie od tego, czy ci się to podoba. Wszystko opiera się na „obowiązku…”. Nieposłuszeństwo jest niemożliwe, gdyż nie będąc posłusznym, nie byłbyś dobry. Tym, na co z pewnością kładziono nacisk w twoim dzieciństwie, było posłuszeństwo.
NAKAZ DOBREGO ZACHOWANIA. Dobre zachowanie dotyczy manier, widocznej na zewnątrz postawy, dlatego wszystko musi być wykonane z należytą starannością, schludnością, przyzwoitością i perfekcją. Dobre zachowanie jest synonimem dokładania wszelkich starań, aby wszystko wyszło idealnie, i cierpienia aż do udręki z obawy przed popełnieniem błędu. Zachowywać się dobrze to być doskonałym dla innych.
UDRĘKA NIEBYCIA DOBRYM. Udręka dobrodusznych osobowości pojawia się z dwóch powodów. Pierwszym, najgorszym z nieszczęść jest poczucie odrzucenia, bycia pomijanym za to, że się jest innym, wrażenie, że inni się z nami nie liczą. Druga udręka polega na złym samopoczuciu z powodu bycia niewystarczająco dobrym. Pojawia się poczucie winy i strach. Musimy być stale czujni, by mieć pewność, że jesteśmy wystarczająco dobrzy.
HAMOWANY GNIEW. Jedną z największych konsekwencji praktyk złej dobroci jest nagromadzenie niewyrażonego gniewu, który nie pozwala nam być sobą. Niesprawiedliwe traktowanie, którego niekiedy doświadczamy, wszystko, co znosimy i przełykamy, aby dobrze wypaść, zamienia się w nienawiść do samych siebie, która nas niszczy od wewnątrz, nierzadko uzewnętrzniając się w postaci chorób psychosomatycznych.
Przyjrzyjmy się teraz bardziej szczegółowo każdemu z tych filarów.
Posłuszeństwo jako zasada porządkująca
Jak sobie radzisz z byciem posłusznym? Większość ludzi twierdzi, że nie lubi, gdy im się mówi, co mają robić. Ty to lubisz? Ja nie. Jednak zdecydowana większość, gdy nadejdzie czas, będzie praktykować posłuszeństwo w różnym stopniu. Jak widzieliśmy wcześniej, dwie oczekiwane cechy skryptu dobrego dziecka to posłuszeństwo i dobre zachowanie. Może się wydawać, że są one tożsame, ale tak nie jest i opowiem o tym poniżej.
Na czym polega bycie posłusznym?
Aby zrozumieć znaczenie posłuszeństwa w złej dobroci, musimy rozważyć implikację ciągłej interakcji między aspektami wewnętrznymi i zewnętrznymi. Ujmijmy to w ten sposób: osoba żyje z wewnętrznym obowiązkiem bycia zawsze w pełni dobrym. Aby być w pełni dobrym, musi być posłuszna dominującym modelom społecznym. Ten aspekt jest kluczowy, gdyż posłuszeństwo rodzi się nie tylko z zasad i praw, ale także z niemożności nieposłuszeństwa.
Oto, co mi powiedział jeden z pacjentów:
Spędzam cały dzień, obserwując siebie i kontrolując wszystko, aby się upewnić, że jestem dobry. Ciągle sprawdzam, czy wszystko robię dobrze.
Wiele osób tak ma. Niektórzy nie popadają w aż takie skrajności, ale są na dobrej drodze. Każdy dobroczyńca czuje się zobowiązany do przestrzegania i bycia doskonałym realizatorem następujących zasad:
Traktować jako obowiązek wszelkie nakazy wynikające z przywiązania, autorytetu lub bliskości. Przestrzegać prawa całkowicie. Podporządkować się wszystkim zasadom moralnym danej społeczności. Wypadać dobrze w oczach innych: odwzajemniać się, zgadzać się z nimi, nie rozczarowywać ich. Robić to, czego oczekują od nas inni.
Jedynie wówczas, gdy dobrowolnie przyjmujemy jakiś nakaz – z szacunku lub z własnej woli – żyjemy w sposób satysfakcjonujący. Innymi słowy, tylko wtedy, gdy świadomie podejmujemy decyzję, możemy swobodnie decydować o naszym postępowaniu.
Jeśli się nad tym zastanowisz, zdasz sobie sprawę, że ludzie, którzy mają tendencję do buntu, robią dokładnie odwrotnie, niż to przedstawiono na powyższej liście. Przede wszystkim nie słuchają rozkazów. W życiu posłusznych ludzi jest inaczej:
1. Prawie wszystko staje się obowiązkiem, ponieważ traktują życzenia i polecenia innych jako obowiązek, na który muszą reagować, zwłaszcza jeśli są to osoby reprezentujące jakiś rodzaj autorytetu. Im większy autorytet, tym większy obowiązek.
2. Posłuszni ludzie podporządkowują się każdej osobie, która ma na nich duży wpływ. Mogą to być rodzice, dzieci, przyjaciele, przełożeni, modni guru lub Bóg Ojciec. Faktem jest, że cokolwiek ktoś taki powie, natychmiast staje się to rozkazem do wykonania, obowiązkiem do spełnienia. Ludzie nauczyli się tak robić, a posłuszeństwo jest częścią ich osobowości.
3. Posłuszne osoby okazują posłuszeństwo, by pozostać w dobrych stosunkach z tymi, którzy mogą nawet nie mieć dużego autorytetu, ale reprezentują jakiś interes, z którym należy się liczyć. Czy to ze względu na to, „co ludzie powiedzą”, czy po to, by „dobrze wypaść”, czy też po to, by nie popsuć własnego wizerunku.
4. Posłuszni ludzie milczą, godzą się lub podporządkowują, byle tylko nie wywołać konfliktu, który by im zaszkodził. Nie mogą znieść myśli o byciu postrzeganym w złym świetle, ponieważ wtedy nie byliby już dobrzy. A jeśli nie są dobrzy, to wręcz przeciwnie: są dziwni, nieodpowiedni, konfliktowi lub samolubni.
Przypadek andrésa
Andrés przyszedł do mojego biura z problemem, który mnie poruszył. Od kilku lat był członkiem wspólnoty duchowej, w której przechodził proces samopoznania. Poza godzinami pracy większość czasu poświęcał życiu wspólnoty; był osobą, do której można się zwrócić o pomoc we wszystkim. Dobrze dogadywał się z innymi i uważał, że cieszy się sympatią przywódcy.
Pewnego dnia jego nauczyciel zadzwonił do niego prywatnie, co sprawiło mu wielką radość, ponieważ poczuł się uprzywilejowany takim zbliżeniem się do postaci, którą tak podziwiał. To, co wydarzyło się później, zmroziło go do szpiku kości. Jego ukochany mistrz, leżąc w łóżku, ogłosił, że jest chory i obawia się, że nie wyzdrowieje. Andrés poczuł się zarazem przerażony i wzruszony. Zapytał, co może dla niego zrobić. I wtedy nadeszła niespodzianka:
– Chcę, żebyś zostawił wszystko i zamieszkał we wspólnocie. Wszystkie swoje pieniądze przeznacz na utrzymanie domu i cokolwiek innego, co może się przydarzyć. Chcę też, byś wziął Amandę za żonę i zaopiekował się jej synem. Jest najbardziej oddaną kobietą w społeczności i jeśli mnie nie będzie, oboje będziecie mogli kontynuować moją pracę. O to cię proszę. I mam nadzieję, że tym razem się zaangażujesz, bo źle się dzieje i nadszedł czas, byś porzucił swą unikową postawę. Tym razem nie uciekniesz, rozumiesz mnie? Taką mam nadzieję. A teraz zostaw mnie, muszę odpocząć.
Andrés odszedł zrozpaczony. Nagle świat zawalił mu się na głowę, a droga do domu stała się piekłem. Nie przyszło mu nawet do głowy, że taka prośba może być również żartem. Lub jedną z metod mistrza, który potrafił doprowadzać poszczególne osoby do granic możliwości, aby je obudzić.
Dla wielu ludzi odrzucenie takiej prośby byłoby oczywiste ze względu na jej nieproporcjonalność lub dlatego, że daleko odbiegała od zobowiązań, które byli w stanie podjąć. Dla Andrésa jednak słowa mistrza stały się obowiązkiem, który musiał na siebie wziąć; była to jego odpowiedzialność, bez względu na wiążące się z nią obciążenia. Jego życie zaczęło dryfować w kierunku niepożądanego przeznaczenia.
Po powrocie do domu przez kolejne godziny i dni Andrés czuł się przygnębiony. Był również zirytowany, nie na nauczyciela, ale na siebie. Czuł się jak dziecko, które zostało ukarane za to, że starało się być miłe. Był zły, ponieważ w swojej naiwności posunął się za daleko, a teraz jego nauczyciel dawał mu lekcję, na którą zasłużył.
Wreszcie Andrés przyszedł do mojego gabinetu, gdyż nie mógł już tego znieść. Był zablokowany. Opowiedział mi o sytuacji, a ja zapytałem go: „Dlaczego musisz być mu posłuszny?”. Wtedy zdał sobie sprawę, że nie wziął pod uwagę „nieposłuszeństwa”, czyli po prostu odmówienia propozycji lub przedyskutowania jej, na wypadek gdyby była prawdziwa.
Największą rewelacją było dla niego zdanie sobie sprawy, że cały czas funkcjonował zaprogramowany jako dobre, posłuszne dziecko, niezdolne do sprzeciwiania się nakazom lub rozumienia ich jako problemu do rozwiązania. Jego życiem sterowano z centrum dowodzenia, które wdrukowało mu posłuszeństwo i niemożność sprawienia zawodu, pokazania się ze złej strony czy zaniedbania obowiązków.
Jeśli ten przypadek wydaje ci się ekstremalny lub nietypowy, podam ci trzy przykłady z rodzaju tych, z jakimi stykam się co pewien czas w moim gabinecie. Dotyczą one osób, które pracują w sektorach wymagających dużej wydajności. Jednym z nich jest bankowość, innym praca dla międzynarodowej firmy, a ostatnim sektor edukacji.
Wspólną cechą owych trzech osób było to, że pracowały w środowiskach uważanych za toksyczne, czy to z powodu hierarchii władzy, długotrwałych wadliwych relacji, czy też przywództwa skoncentrowanego na wynikach, a nie na procesach. Środowiskach, w których na porządku dziennym było złe traktowanie, żądania, obawy i groźby w rodzaju „uważaj, bo na ulicy jest zimno”. Środowiskach, w których jest mnóstwo zwolnień lekarskich z powodu depresji i lęku, gdzie większość ludzi cierpi na stres i bezsenność oraz musi wspomagać się lekami.
Owe trzy osoby łączyła wewnętrzna potrzeba dopasowania się i dalszego utrzymywania wysokich standardów zawodowych, pomimo faktu, że niektóre z wymagań, jakie przed nimi stawiano, ocierały się o nielegalność. Walczyły najlepiej jak potrafiły z nieznośnym poziomem cierpienia, ponieważ oprócz stresu były narażone na brak szacunku, umniejszanie i diaboliczną strategię sprawiającą, że czuły się niepewne, złe i zbędne.
Interesujące w przypadku, z którym mamy do czynienia, jest to, że żadne z nich nawet nie pomyślało o nieposłuszeństwie i to nie z poczucia obowiązku, lecz dlatego, że nie byli w stanie zlekceważyć wewnętrznego nakazu, aby stale dawać z siebie wszystko, angażować się tak bardzo, jak to możliwe, i naginać się do sytuacji, nawet jeśli się jej nie rozumie. Innymi słowy, żadnemu z nich nie przyszło do głowy, by spojrzeć na to inaczej, wycofać się lub nawet odejść ze stanowiska w sytuacji, gdy ich zdrowie tak bardzo cierpi.
W kontaktach z nimi zdałem sobie sprawę, że podążali za wzorcem „dobrych ludzi”. Wszystko znosili ze stoickim spokojem, nie przestawali sztywno od siebie wymagać, unikali konfliktów i żyli w udręce lub strachu przed tym, co może się wydarzyć. Innymi słowy, nie umieli zmienić swojej uległej postawy i stawić czoła sytuacji, którą uważali za przegraną i narażającą ich na upokorzenie.
Warto zaznaczyć, że w toksycznych środowiskach tworzonych przez osoby lub grupy, które wykazują toksyczne zachowania, pierwszymi i preferowanymi ofiarami są dobrzy ludzie, ponieważ psy gończe, które ich tropią, wiedzą, że ci się im nie przeciwstawią, wręcz przeciwnie – zrobią wszystko, co w ich mocy, aby być posłusznymi, więc nękają ich aż do upodlenia.
Nie jest łatwo radzić sobie z takimi przywódcami lub grupami nacisku, które najpierw grożą, by po chwili cię pozdrowić. Wiemy już, że lepiej trzymać się jak najdalej od osób prezentujących tego rodzaju zachowania. Problem polega na tym, że czasami nie można wydostać się z pułapki na myszy, ponieważ stawka jest zbyt wysoka. Co robić?
_Jeśli okoliczności nie mogą się zmienić, zmień siebie. I wszystko się zmieni._
Pozwól, że wyjaśnię ci ten aspekt, ponieważ czasami nie jest on poprawnie interpretowany. Mamy tendencję do wierzenia, że jeśli ty się zmienisz, inni też się zmienią, a to nie do końca jest prawda. Ty możesz się zmienić, ale inni nie zawsze się zmieniają.
Jeśli się zmieniasz, w pewnym sensie zmuszasz drugą osobę do zmiany swojego nastawienia do ciebie. Inną rzeczą jest to, że ona to robi na zasadzie znanego w psychologii efektu „ślepoty na zmiany”, czyli trudności w docenianiu małych zmian, nienadawania im znaczenia, a tym samym utrzymywania stałego obrazu drugiej osoby.
Co się dzieje, gdy się zmieniasz? Zmienia się perspektywa, z której postrzegasz siebie, innych i świat. Po zmianie perspektywy nie będziesz już odnosić się w ten sam sposób do innych lub do wielu sytuacji, których doświadczasz. I to właśnie sprawia, że wszystko wydaje się zmieniać, ponieważ naprawdę się zmieniło. Nie jesteś tą samą osobą, przynajmniej w niektórych aspektach.
Kiedy rozmawiałem o tym z moimi pacjentami, zaczynali rozumieć potrzebę zmiany perspektywy, ale nie działania. A przecież nie musieli z nikim walczyć ani się zmagać. Jednak nadal tkwili w miejscu, bo działali pod wpływem zaskakująco ograniczającego przekonania: „Nie mogli uwierzyć w to, co się z nimi dzieje. Nie mieściło im się to w głowach”.
Nie mogło im się to pomieścić w głowach, bo nigdy nie zrobili czegoś takiego w stosunku do innego człowieka. Dlatego źle odczytywali sytuację. Ponieważ tego nie rozumieli, nie mogli w to uwierzyć. Byli ofiarami złej dobroci, wierząc, że czynią dobro.
Jeden z nich powiedział mi: „Ale czy nie lepiej jest pomagać sobie nawzajem w pracy?”. Jak mógłbym z nim dyskutować, miał rację! Jednak taka godna pochwały zasada zderza się z niezdolnością do zrozumienia – by nie powiedzieć naiwnością – że nie wszyscy są tacy sami, nie myślą ani nie czują w ten sam sposób i nie rozumieją pracy w taki sam sposób.
Kiedy mu to powiedziałem, omal nie spadłem z krzesła, słysząc jego odpowiedź: „Wiem, że każdy jest inny, doskonale to rozumiem… Ale czy nie lepiej, żebyśmy pomagali sobie nawzajem w pracy?”.
Nie ma wyjścia z impasu, jeśli ludzie, jak to się mówi, „nie mogą sobie tego wybić z głowy”. Ciągle narzucają sobie obowiązek bycia dobrym. Dlatego pracuję z moimi pacjentami nad zmianą ich przekonań, wspierając się pewnymi wskazówkami, które stary stoicyzm pozostawił nam w spadku:
Rób to, co jest w twojej gestii, i nie martw się o to, co od ciebie nie zależy.
Jedynym prawdziwym obszarem kontroli, jaki masz nad sytuacją, jest to, jak zdecydujesz się ją przeżyć.
Skup się na tym, co dla ciebie naprawdę ważne.
Toksyczna osoba swoim zachowaniem daje świadectwo o sobie, nie bierz tego do siebie.
Zło nie tkwi w okolicznościach, ale w sposobie, w jaki je postrzegamy.
Te idee nie są kazaniami do zapamiętania, ale postawami do przyjęcia. Praca polega na powstrzymaniu tych „dobrych chłopców i dziewcząt”, którzy automatycznie pojawiają się w naszej osobowości, byciu świadomym ich istnienia i dokonywaniu wyborów, takich jak niepoddawanie się uczuciu strachu, które kształtowało naszą przeszłość.
Jeśli nie możemy uniknąć danej sytuacji, możemy przynajmniej maksymalnie się z niej wyłączyć, nie wahając się ujawniać naszych ograniczeń, ale też nie prosząc nikogo o łaskę, bez żądań, ale mając baczenie na to, w jakim stopniu wpływa ona na nasze zdrowie.
I na koniec: wydostań się z niej jak najszybciej, przy najbliższej okazji. Nie musimy działać odważnie ani być najlepiej przystosowani w systemie, który pozwala nam otrzeć się o ludzką nędzę, dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek.
Jak widać, duża część dyskomfortu, bezsenności lub złości wielu ludzi wynika z faktu, że nie wiedzą, jak odpowiedzieć na to, czego wymagają od nich inni. Boli ich porażka lub rozczarowanie innych.
Nie potrafię powiedzieć „nie”.
Sprawianie przykrości sprawia mi ból. Ufają mi i nie mogę ich zawieść.
Byli dla mnie bardzo dobrzy. Zawsze się ze mną liczą. Muszę dobrze się zachować.
Co oni sobie o mnie pomyślą?
Posłuszeństwo może wniknąć w osobowość tak głęboko, że dana osoba traktuje je jako coś oczywistego, jakby była to cecha, która nie może być inna. Wiele osób narzeka, wyraża irytację z tego powodu, że robi coś z musu, ale co ciekawe, nie bierze pod uwagę możliwości odmowy posłuszeństwa, kwestionowania rozkazu lub wyznaczenia ograniczeń swojej dostępności.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki