Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Jak nie być zbyt dobrym - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 lutego 2026
2032 pkt
punktów Virtualo

Jak nie być zbyt dobrym - ebook

Twoja dobroć – Twoja supermoc!

Czy zawsze mówisz „tak”, choć w głębi duszy wiesz, że powinieneś powiedzieć „nie”?

Czy zdarza Ci się czuć, że Twoja życzliwość jest wykorzystywana?

A może marzysz o tym, by pomagać innym, nie tracąc przy tym siebie?

Ta książka pokaże Ci, jak zamienić swoją dobroć w prawdziwą siłę. To praktyczny przewodnik, dzięki któremu nauczysz się stawiać granice, bronić własnych potrzeb i jednocześnie pozostać autentycznie dobrym człowiekiem. Zrozumiesz, jak Twoja empatia może działać na Twoją korzyść, zamiast stawać się pułapką.

Nie pozwól, by nadmierna dobroć kontrolowała Twoje życie – odkryj sekret mądrej życzliwości! Zacznij wykorzystywać swoją empatię jak prawdziwą supermoc.

Twoja dobroć może zmienić świat – ale najpierw zmień swoje życie!

Kategoria: Poradniki
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18742-9
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

DEDYKACJA

_Davi­nii Qui, jed­nemu z naj­czyst­szych serc, jakie kocham._

_Moim leka­rzom Fran­ce­scowi Miral­le­sowi, Àlexowi Rovi­rze, Sonii Fer­nan­dez Vidal i mistrzowi Anto­niowi Bolin­che­sowi._

_Wszyst­kich ich łączy dobroć._

_Moim przy­ja­cio­łom i men­to­rom, Jau­memu Sole­rowi i Mercè Conan­gli, nie­za­chwia­nym w miło­ści i auten­tycz­no­ści._

_Wszyst­kim, któ­rzy na pewien czas stali się pacjen­tami._

_To dzięki waszemu świa­dec­twu powstała ta książka._SŁOWO WSTĘPNE

Słowo wstępne

Niniej­sza książka ma na celu edu­ka­cję na temat zna­cze­nia dobroci, tak waż­nej i potrzeb­nej cnoty, która jed­nak stała się u nie­któ­rych czymś wypa­czo­nym i nie­po­żą­da­nym.

Nic dziw­nego, że do tego doszło. Wielu ludzi odczuło na wła­snej skó­rze narzu­ca­nie tego, co Xavier Guix nazywa złą dobro­cią, i dla­tego unika owej war­to­ści lub ją odrzuca. Przy­czyną jest nie­pra­wi­dłowe lub znie­kształ­cone zna­cze­nie oraz brak adap­ta­cyj­nych przy­kła­dów tego, co to zna­czy być dobrym.

Na tym polu zaszło zbyt wiele nie­po­ro­zu­mień, któ­rymi należy się zająć, wyja­śnić je i napra­wić. Jeśli tego nie zro­bimy, nie uda nam się wykształ­cić i roz­wi­nąć koniecz­nej war­to­ści dobroci. A będzie to miało naprawdę nega­tywne kon­se­kwen­cje zarówno dla naszego życia oso­bi­stego, jak i spo­łecz­nego.

Nie­ła­two prak­ty­ko­wać dobroć-cnotę w świe­cie, w któ­rym słowa są znie­kształ­cane, prze­krę­cane i wypa­czane, a nakaz „bycia dobrym” stał się narzę­dziem kon­troli i wła­dzy nad ludźmi.

Xavier Guix rysuje w tej książce jasną mapę sytu­acji. Opo­wiada nam o „złej dobroci”, jej począt­kach i kon­se­kwen­cjach. Mówi nam o for­mach, w któ­rych zosta­li­śmy wymo­de­lo­wani, wyuczeni i uwię­zieni, a także o bólu, jaki był udzia­łem wielu osób pró­bu­ją­cych się dopa­so­wać do owych modeli, a jakiego można było unik­nąć. „Nie jeste­śmy już sobą, sta­li­śmy się tym, czym ocze­ki­wano, że będziemy”.

Nie. Dobrze wyglą­dać, dobrze się zacho­wy­wać, nie spra­wiać zbyt wielu kło­po­tów, być ule­głym i postę­po­wać zgod­nie z wytycz­nymi auto­ry­tetu – to nie jest rów­no­znaczne z byciem dobrym. Bycie życz­liwą osobą to nie to samo co bycie osobą czy­niącą dobro.

Xavier Guix hoj­nie dzieli się z czy­tel­ni­kami oso­bi­stymi i rodzin­nymi doświad­cze­niami z dzie­ciń­stwa i mło­do­ści. Mówi nam, jak wpły­nęły na niego pewne nakazy, jak stał się ich świa­domy i jak sobie z nimi radził.

Jeste­śmy prze­ko­nani, że ta część bio­gra­ficzna jest jedną z naj­więk­szych war­to­ści książki. Autor nie tylko pozy­cjo­nuje się jako eks­pert, ale i z pokorą uka­zuje sie­bie jako jedną z osób dotknię­tych „złą dobro­cią”. Prze­pro­wa­dza też autop­sję tego zja­wi­ska, bar­dzo przy­datną dla jego pozna­nia i dez­ak­ty­wa­cji.

Na tym wła­śnie sku­pia się w dru­giej czę­ści książki. Mówi, jak ważne jest uzdro­wie­nie naszych ran, zin­te­gro­wa­nie roz­pro­szo­nych czę­ści naszego serca i ukie­run­ko­wa­nie się na zmiany. Zale­camy zwró­ce­nie szcze­gól­nej uwagi na wska­zówki, które Xavier Guix nam daje, aby prze­stać prak­ty­ko­wać „złą dobroć”.

Zga­dzamy się z nim, że życz­li­wość jest ludz­kim poten­cja­łem, który musi być kształ­cony i tre­no­wany i który nie może wypły­wać z nakazu posłu­szeń­stwa, obo­wiązku lub narzu­ca­nia go. Obo­wiąz­kiem rodzin, wycho­waw­ców i spo­łe­czeń­stwa jest stwo­rze­nie naj­lep­szych warun­ków do roz­kwitu owego zasia­nego w naszych wnę­trzach ziarna. Takie jest główne prze­sła­nie tej inte­re­su­ją­cej książki.

Nie widzimy lep­szego spo­sobu na zakoń­cze­nie niniej­szego pro­logu niż podzię­ko­wa­nie auto­rowi, z któ­rym mamy zaszczyt się przy­jaź­nić i dzie­lić pro­jekty życiowe.

Dzię­ku­jemy Ci, Xavier, za zało­że­nie z nami Insty­tutu Dobroci w ramach Fun­da­cji Eko­lo­gii Emo­cjo­nal­nej. Dzię­ku­jemy za przy­kład spój­no­ści mię­dzy tym, co myślisz, mówisz, czu­jesz i robisz. Dzię­ku­jemy za Twoje nauki i piękne książki.

Koń­czymy sło­wami autora: „Wola jest siłą, która popy­cha nas do dzia­ła­nia, ale należy sku­pić się na dobru”. Czy­sta dobroć dobrego rodzaju. Czy­sta dobroć w dzia­ła­niu.

_Jaume Soler i Mercè Conan­gla_

_Bar­ce­lona, gru­dzień 2023_WPROWADZENIE

Wpro­wa­dze­nie

Kiedy miesz­ka­łem w bliź­niaku, mogłem obser­wo­wać, szcze­gól­nie w okre­sie let­nim, co się działo w sąsiedz­twie. Obok miesz­kała rodzina z dwójką dzieci, sześciolet­nim i trzylet­nim. Star­sze z nich prze­ja­wiało zacho­wa­nia tak zwa­nego dobrego dziecka. Umiało się dosto­so­wać, było chętne do pomocy, ni­gdy nie narze­kało i tylko wtedy, gdy sytu­acja obró­ciła się prze­ciwko niemu, zamy­kało się na chwilę w sobie, dopóki matka nie wycią­gnęła go z tego stanu paroma piesz­czo­tami; to wystar­czało, by przy­wo­łać je do ide­al­nego posłu­szeń­stwa.

Tym­cza­sem to młod­sze było „zarazą” lub „potwo­rem”, jak to się cza­sem mówi. Wyda­wało się opę­tane przez ener­gię skła­nia­jącą do zło­śli­wo­ści – jeśli przez to rozu­miemy doku­cza­nie bratu, nisz­cze­nie rze­czy, nie­po­słu­szeń­stwo rodzi­com i wsz­czy­na­nie praw­dzi­wych wojen pod­czas ran­nego wsta­wa­nia. Jedy­nym spo­so­bem na powstrzy­ma­nie go było skar­ce­nie i uka­ra­nie, co jesz­cze bar­dziej pod­że­gało jego bun­tow­ni­czość.

W takich przy­pad­kach łatwo się zasta­na­wiać, czy dobroć jest nie­od­łączną cechą każ­dego czło­wieka, czy też, jak powie­dział Hob­bes, czło­wiek jest wil­kiem dla wła­snego gatunku. Czy rodzimy się dobrzy, czy źli? A jeśli tak, to czy ist­nieje zba­wie­nie dla złych i czy nie jest rów­nież formą potę­pie­nia to, że zawsze musimy być dobrzy?

Cof­nię­cie się do dzie­ciń­stwa i zada­nie sobie pyta­nia, co z niego wynie­śli­śmy, by ziden­ty­fi­ko­wać wzorce dobra, przy­nosi pro­stą odpo­wiedź: wszystko! Pro­blem polega na tym, że nie pamię­tamy wystar­cza­jąco dużo z tego donio­słego pro­cesu. Co naj­wy­żej zacho­wu­jemy w pamięci nie­które szcze­góły i aneg­doty opo­wia­dane pod­czas oglą­da­nia sta­rego albumu ze zdję­ciami, na któ­rych poja­wiamy się jako śli­niące się bobasy, pod­czas chrztu, zabawy na plaży czy przyj­mo­wa­nia pierw­szej komu­nii.

Więk­szość ludzi nie pamięta pierw­szych lat swego życia, mię­dzy innymi dla­tego, że ich mózg nie skon­so­li­do­wał jesz­cze wów­czas zdol­no­ści zapa­mię­ty­wa­nia. Z dru­giej strony ich ciała były w sta­nie reje­stro­wać wra­że­nia, które pozo­stają jako wraż­liwe wspo­mnie­nia w wieku doro­słym.

Trudno nam sobie przy­po­mnieć, jakie były nasze wła­sne skłon­no­ści, ale wiemy, że musie­li­śmy się dopa­so­wać do modeli wycho­waw­czych naszych rodzi­ców, co ozna­cza, że oni zro­bili nam to, co zro­biono im. Nie­ważne, że myśleli, iż pora­dzą sobie lepiej niż ich rodzice – kiedy przy­szło co do czego, doszło do głosu to, co sobie nie­świa­do­mie przy­swo­ili.

Podob­nie musimy dopa­so­wać się do wyobra­żeń każ­dej epoki na temat dzieci. Zdję­cia dzieci z mojego poko­le­nia poka­zują pulchne ciała, które wów­czas były sym­bo­lem zdro­wia i wła­ści­wego odży­wia­nia, a dziś byłyby uwa­żane za wykro­cze­nie prze­ciw racjo­nal­nemu żywie­niu i zasłu­gi­wa­łyby na naganę od pedia­try za dzia­ła­nie pro­wa­dzące do oty­ło­ści.

To, co nas inte­re­suje, to trud­no­ści, jakie spra­wiało nam dopa­so­wa­nie się do przy­cia­snych lub zbyt obszer­nych form. Do dziś wielu rodzi­ców nie rozu­mie, że nie rodzimy się jako czy­sta karta ani pla­ste­li­nowe ciało, które należy dopiero odpo­wied­nio ule­pić, i wyobraża sobie, że musi nas prze­kształ­cić w peł­no­war­to­ścio­wych i – oczy­wi­ście – dobrych ludzi.

Z owego pro­cesu dopa­so­wy­wa­nia się nie­któ­rym udaje się wyjść jako przy­sto­so­wa­nym. Inni się bun­tują. Ale nikt nie doko­nuje świa­do­mego wyboru. Jako dzieci nie potra­fi­li­śmy podej­mo­wać decy­zji, co nie zna­czy, że nie mie­li­śmy wła­snych skłon­no­ści, ten­den­cji ani nie napo­ty­ka­li­śmy zja­wisk, które przy­ku­wały naszą uwagę, jak i takich, które nas nudziły.

Innymi słowy, wie­dzie­li­śmy, nie wie­dząc. Nie byli­śmy świa­domi, że przy­szli­śmy na ten świat z okre­ślo­nym poten­cja­łem do roz­woju. Reago­wa­li­śmy na pewne bodźce, a uni­ka­li­śmy innych, mani­fe­stu­jąc w ten spo­sób ukryte impulsy. W pew­nym sen­sie byli­śmy tym, czym byli­śmy – czy­stymi isto­tami mani­fe­stu­jącymi się spon­ta­nicz­nie.

Jedyną rze­czą, do któ­rej mogli­śmy aspi­ro­wać, było posia­da­nie ojców i matek wraż­li­wych na naszą wraż­li­wość. Aby mieli świa­do­mość, któ­rej nam, dzie­ciom, bra­ko­wało, to zna­czy by byli świa­domi skłon­no­ści i poten­cja­łów, które prze­ja­wia­li­śmy. Jed­nak więk­szość z nich wolała dopa­so­wać nas do wła­snego modelu. I owo dopa­so­wa­nie nio­sło ze sobą zarówno koszty, jak i korzy­ści, o czym prze­ko­nasz się, czy­ta­jąc tę książkę.

Wyobraź sobie przez chwilę kolejne etapy, przez które musi przejść każde dziecko: naj­pierw przy­wią­zuje się do osoby opie­kuna, zwy­kle rodzica. Następ­nie odkrywa, że doro­śli opie­ku­no­wie czer­pią przy­jem­ność z prze­by­wa­nia z nim. Pożą­da­jące ich obec­no­ści dziecko samo rów­nież jest obiek­tem pożą­da­nia. Doro­śli pra­gną go, nie­za­leż­nie od tego, co robi.

Nad­cho­dzi jed­nak dzień, w któ­rym coś zaczyna się zmie­niać: teraz opie­ku­no­wie akcep­tują dziecko, o ile speł­nia ono okre­ślone warunki. Pra­gną go, ale mogą je też odrzu­cić. Od tej pory wszystko, co dziecko robi, będzie nale­żało do kate­go­rii rze­czy pochwa­la­nych lub odrzu­ca­nych. Poja­wiły się wyma­ga­nia, które muszą zostać speł­nione.

Co gor­sza, poja­wiają się inne posta­cie, które stają się jego rywa­lami, ponie­waż odbie­rają mu uwagę opie­kuna – np. tata czy rodzeń­stwo. Opie­kun nie tylko pra­gnie lub odrzuca, może także wybie­rać mię­dzy nim i kimś innym. W takiej sytu­acji poja­wiają się aspekty psy­chiczne, które będą miały duże zna­cze­nie w kon­fi­gu­ra­cji oso­bo­wo­ści: pre­fe­ren­cje, skłon­ność do pro­kra­sty­na­cji, rywa­li­za­cji, zazdro­ści, walki lub potrzeby bycia wyjąt­ko­wym. Ów zestaw pro­gra­mo­wa­nia nazy­wamy sty­lami afek­tyw­nymi; zaj­miemy się nimi póź­niej.

Style te są obcią­żone zarówno pra­gnie­niami, jak i ranami, trau­mami, ogra­ni­cze­niami, a także hero­icz­nymi aspi­ra­cjami. Stra­ci­li­śmy połą­cze­nie z esen­cją naszej istoty, aby stać się posta­ciami z imie­niem, nazwi­skiem i wize­run­kiem, z któ­rym można się iden­ty­fi­ko­wać. Nie jeste­śmy już „sobą”, lecz sta­jemy się tym, kim inni ocze­kują, że będziemy. Albo wręcz prze­ciw­nie. Jak mawiał Anto­nio Blay:

To, co zewnętrzne, staje się normą, staje się moim Bogiem, nie szcze­rość, nie wewnętrzna wol­ność, nie to, co głę­bo­kie, ale to, co zewnętrzne. Dziecko jest cenione i oce­niane tylko i wyłącz­nie na pod­sta­wie modelu.

W ten spo­sób, wraz z cie­płym mle­kiem i każdą pio­senką, powsta­wała kom­bi­na­cja naszego tem­pe­ra­mentu i cha­rak­teru, naszego spo­sobu bycia, mająca nie­wiele wspól­nego z tym, kim naprawdę byli­śmy. Zaczęło się wów­czas odłą­cza­nie od naszego natu­ral­nego źró­dła. Stra­ci­li­śmy wła­sną życiową ener­gię, aby przy­sto­so­wać ją do wyma­gań świata zewnętrz­nego. A wszystko to było opa­ko­wane w zestaw komu­ni­ka­tów mają­cych na celu przy­swo­je­nie tego, czego ocze­ki­wano od nas jako małych ludzi:

Musisz być grzeczny i dobrze się zacho­wy­wać. Zamknij się i bądź posłuszny.

Nawet jeśli coś ci się nie podoba, musisz to zno­sić.

Cokol­wiek by nie mówiono, masz się uśmie­chać. Jeśli nie będziesz grzeczny, przyj­dzie ogr. Nie prze­szka­dzaj.

Gdyby tylko ludzie wie­dzieli, co wypra­wiasz w domu… Prze­stań robić z sie­bie bła­zna.

Wszy­scy robią to lepiej od cie­bie.

Jeśli będziesz taki, nikt nie będzie cię kochał. Nic nie będzie z tego dziecka.

Więk­szość rodzi­ców chce, by ich dzieci dobrze się zacho­wy­wały, a przy­naj­mniej nie spra­wiały więk­szych kło­po­tów. Miarą suk­cesu ojców i matek jest poziom posłu­szeń­stwa, jaki uzy­skują u swo­jego potom­stwa. Dla­tego z satys­fak­cją chwalą się, że mają dobre dzieci: „nie spra­wiają nam kło­po­tów, zacho­wują się bar­dzo dobrze, są bar­dzo posłuszne”. Tak oto dobro jest koja­rzone z adap­ta­cyj­nym, nie­kon­fron­ta­cyj­nym i ule­głym zacho­wa­niem. Z dru­giej strony jego prze­ci­wień­stwo jest pro­ble­mem i sygna­łem, że dziecko nie radzi sobie dobrze. Jeśli za dużo pła­cze, jeśli jest bar­dzo wyma­ga­jące, jeśli wyka­zuje bun­tow­ni­cze postawy, jeśli jest zbyt aktywne, jeśli nie prze­staje… Wszystko to spra­wia, że jest „nie­wy­god­nym” dziec­kiem. Nie zacho­wuje się dobrze, więc jest kry­ty­ko­wane, kar­cone, nie­ak­cep­to­wane lub odrzu­cane. W tym momen­cie roz­po­czyna się budowa sce­na­riu­sza jego życia.

Pisa­nie tego, co nazy­wamy życio­wymi sce­na­riu­szami, zaczyna się, gdy mama i tata, w ogóle rodzina, z naj­praw­dziw­szą spon­ta­nicz­no­ścią, wyra­żają opi­nie, czy­nią osą­dza­jące komen­ta­rze i ety­kie­tują zacho­wa­nie swo­ich potom­ków, nie zda­jąc sobie sprawy, jakie to ma zna­cze­nie dla psy­chiki dzieci, pozor­nie roz­pro­szo­nych, zaję­tych odgry­wa­niem ról leka­rzy, stra­ża­ków, poli­cjan­tów lub nauczy­cieli.

Kiedy dziś rano piłem her­batę w kawiarni, przy sąsied­nim sto­liku rodzice sta­rali się jak mogli, by uspo­koić swoją trzy­let­nią córkę, która sie­działa w wózku. Gdy im się to nie udało, ojciec wstał, mówiąc ze zło­ścią: „Nie możemy ni­gdzie iść z takim dziec­kiem; nie wiem, po co mia­łem córkę, skoro ma tak się zacho­wy­wać”.

Matka rów­nież wstała, ale nic nie powie­działa, a pła­czące dziecko nagle zamil­kło. Ojciec cią­gnął wózek, coś mam­ro­cząc, matka szła z tyłu, dziecko znów zaczęło pła­kać. Szcze­rze mówiąc, ów widok zła­mał mi serce.

Z takich dro­bia­zgów wypo­wia­da­nych wśród żar­tów, zło­ści i nie­istot­nych czyn­no­ści rodzi się obraz sie­bie, który dziecko roz­wi­nie w sobie i który położy pod­wa­liny pod jego poczu­cie wła­snej war­to­ści, a także doświad­cze­nie, które będzie mu towa­rzy­szyć przez całe życie i które będzie jego udręką: roz­pro­szony strach przed poczu­ciem zagu­bie­nia, samot­no­ści, pustki i porzu­ce­nia.

Jak powie­działby Oscar Wilde, „naj­lep­sze inten­cje spo­wo­do­wały naj­gor­sze kata­strofy”. Jedną z nich jest bez wąt­pie­nia okre­śle­nie tego, kim możemy się stać jako ludzie.

Ja rów­nież cier­pia­łem dla­tego, że byłem dobrym dziec­kiem. Pamię­tam sie­bie z tam­tych lat jako dziecko, które spę­dzało dużo czasu samot­nie – pierw­sza z moich sióstr poja­wiła się, dopiero gdy ukoń­czy­łem sześć lat. Ten czas, który spę­dzi­łem jako jedy­nak, nie­mal bez socja­li­za­cji – nie było żłob­ków ani przed­szkoli – wyostrzył moją wyobraź­nię. Żyłem w swoim wła­snym świe­cie.

Gdyby nie psy­cho­lo­gia i moje zgłę­bia­nie umy­słu, myślę, że na­dal funk­cjo­no­wał­bym tak jak w dzie­ciń­stwie. Żył­bym w swoim świe­cie z dala od wyda­rzeń i rela­cji mię­dzy­ludz­kich. I doprawdy czę­sto odczu­wam potrzebę, by choć na chwilę schro­nić się w swej norze.

Pro­dukty pro­jek­cji w moim umy­śle napo­tkały jed­nak świat, który nie był taki, jak go sobie wyobra­ża­łem. To, co brało się z mojej spon­ta­nicz­no­ści, nie paso­wało do kon­tek­stów ani rela­cji, które nawią­za­łem. Czę­sto czu­łem się nie na miej­scu, nie­zręcz­nie, żar­to­wa­łem nie­cel­nie. Nie paso­wa­łem. Świat i ja byli­śmy sobie obcy. Tak więc moja socja­li­za­cja pole­gała na roz­wi­ja­niu oso­bo­wo­ści podob­nej do kame­le­ona, pozwa­la­ją­cej ide­al­nie dopa­so­wać się do oto­cze­nia.

W domu dwie kobiety stwo­rzyły mi nie­złe warunki do tre­no­wa­nia się w sztuce robie­nia dobrego wra­że­nia: moja kochana matka oraz kobieta, która przy­gar­nęła moją matkę w okre­sie doj­rze­wa­nia, stała się dla mnie „matką chrzestną”. Miała ary­sto­kra­tyczną urodę i wyko­ny­wała zawód kraw­co­wej. Chciała ukształ­to­wać mnie na swój obraz i podo­bień­stwo, zakła­da­jąc mi mary­nar­skie ubranka i prze­ko­nu­jąc, że moje zba­wie­nie polega na tym, bym „nie był jak mój ojciec”.

Kobieta, któ­rej udało się poskro­mić w mojej matce pre­ten­sje do bycia księż­niczką i zmie­nić ją w posłuszną i dobrą osobę, pomocną i ule­głą, teraz robiła to samo ze mną. Skoro ojciec jako wzór auto­ry­tetu i męsko­ści nie był potrzebny, moja pro­jek­cja na świat zewnętrzny pole­gała na byciu miłym, pomoc­nym, uprzej­mym i posłusz­nym. Ksią­żątko o dobrym guście, wyra­fi­no­wany chło­piec powo­łany do bycia „zwy­cięzcą”, aby zado­wo­lić matkę, która marzyła o tym, by móc chwa­lić się sław­nym synem.

Moje zwie­rzę skryło się wewnątrz, na zewnątrz lśni­łem jak czy­sta por­ce­lana. Wewnątrz był walec parowy, na zewnątrz aż nadto grzeczny chło­piec. Pomię­dzy tymi dwoma świa­tami jedyną rze­czą, która wyda­wała się praw­dziwa, było moje dobre serce, tylko że zaczą­łem go słu­chać za późno, ponie­waż zbyt absor­bo­wały mnie sta­ra­nia, by nie mówić głu­pich rze­czy, tylko takie, jakich się po mnie w danej sytu­acji spo­dzie­wano.

Sta­łem się wtedy osobą, która robiąc wszystko dla innych, była jed­no­cze­śnie sztywna, wyma­ga­jąca, per­fek­cjo­ni­styczna, a przede wszyst­kim cie­szyła się uzna­niem w oczach świata – z racji dość wyjąt­ko­wej zdol­no­ści komu­ni­ko­wa­nia się, która mnie rato­wała lub uspra­wie­dli­wiała moje dzi­wac­twa. Naj­wię­cej wysiłku wkła­da­łem w to, by postę­po­wać zgod­nie ze „zdro­wym roz­sąd­kiem”, a także by nie ujaw­niać mych lęków i skrę­po­wa­nia, choć i tak zdra­dzały mnie emo­cje, które spra­wiały, że przy lada oka­zji czer­wie­ni­łem się jak pomi­dor.

Nie­wąt­pli­wie sta­ra­łam się być osobą ide­alną i z cha­rak­te­rem, kosz­tem zapo­mi­na­nia o sobie. Nie mogło być ina­czej, skoro zawsze byłem porów­ny­wany do tych, do któ­rych mia­łem być podobny. Porów­na­nie, jak zoba­czymy, poka­zuje nam, co nie jest w nas „odpo­wied­nie”, a to unie­moż­li­wia nam prze­ję­cie odpo­wie­dzial­no­ści za wła­sną oso­bo­wość. Tak wła­śnie spę­dzi­łem okres doj­rze­wa­nia i wcze­snej doro­sło­ści. Wspa­niały cha­rak­ter, który skry­wał ranę zwaną „nie­spra­wie­dli­wo­ścią”.

Wszystko, co prze­czy­tasz w tej książce, sam prze­ży­łem, cho­ciaż nie chcę pisać auto­bio­gra­fii o moich neu­ro­zach. Zacho­wuję to na oka­zję pisa­nia opo­wia­dań. Moją inten­cją jest infor­ma­cja, a jej celem roz­wi­kła­nie wielu kom­plek­sów ludzi, któ­rym wpo­jono ów skrypt posłu­szeń­stwa. Bo koniec koń­ców naj­waż­niej­sze prze­sła­nie, jakie otrzy­mu­jemy, brzmi: bądź dobry!

Czy więc wszy­scy ludzie rodzą się wewnętrz­nie dobrzy, czy może uczymy się być dobrymi ludźmi? Jedno i dru­gie jest prawdą. Posta­wię się na chwilę w sytu­acji sto­ika. Dla Zenona z Kition i jego uczniów pier­wotny instynkt był skie­ro­wany na utrzy­ma­nie i roz­wój naszej istoty danej nam przez naturę. Nie tylko postrze­gamy rze­czy na zewnątrz, ale także odno­simy je do naszej wła­snej esen­cji i cenimy je zależ­nie od tego, czy są dla nas korzystne, czy nie.

Innymi słowy, od naj­młod­szych lat odróż­niamy to, co „poży­teczne” i „dobre”, od tego, co szko­dliwe i złe. Uczymy się nada­wać war­tość temu, co sprzyja utrzy­ma­niu naszej egzy­sten­cji, nie tylko w kate­go­riach prze­trwa­nia czy zmy­sło­wych, ale i w kate­go­riach tego, co czyni nas zasad­ni­czo ludźmi.

W ten spo­sób prze­cho­dzimy od pierw­szego etapu „natu­ral­nego ego­izmu”, w któ­rym liczą się tylko nasze potrzeby, do sta­nia się isto­tami, które osią­gną mak­sy­malne speł­nie­nie, kie­ru­jąc się w życiu war­to­ściami etycz­nymi oraz ducho­wymi.

Innymi słowy, od momentu naro­dzin nasze natu­ralne pre­dys­po­zy­cje zmie­rzają do jed­nego celu: cał­ko­wi­tego roz­woju. Całe stwo­rze­nie – a my sta­no­wimy jego część – jest cią­głą mani­fe­sta­cją owej oczy­wi­sto­ści – że wszystko dąży do peł­nego wyra­że­nia samego sie­bie. Dla nas wyra­zem naszej esen­cji jest _areté –_ cnota i odsło­nię­cie źró­dła całego stwo­rze­nia.1. Dwa słowa na temat bytu i obowiązku

1

Dwa słowa na temat bytu i obo­wiązku

Zanim zaczniemy ana­li­zo­wać pokłady złej dobroci, konieczna jest krótka uwaga, która pozwoli zro­zu­mieć dal­szy ciąg. Przy­po­mi­nam sobie wzor­cowy przy­pa­dek z mojej prak­tyki, kobietę, która twier­dziła, że nic nie robiła z chęci, lecz wszystko z obo­wiązku.

Była jesz­cze młoda, więc tym bar­dziej zasko­czyło mnie jej stwier­dze­nie. Potem powie­działa mi, że w domu nauczono ją, że wszystko należy robić z poczu­cia obo­wiązku. Żadne inne prze­sła­nie nie było tak czę­sto powta­rzane jak to, że masz żyć, robiąc to, co musisz.

To nic nowego – wiele osób mówiło mi, że ich rodzice byli bar­dzo surowi, że kazali im postę­po­wać przy­zwo­icie i że obo­wią­zek oraz posłu­szeń­stwo ukształ­to­wały ich dzie­ciń­stwo. Nie­któ­rzy wspo­mi­nają to z dumą. Dla kobiety sto­ją­cej przede mną w gabi­ne­cie był to kosz­mar, który nawet dziś nie pozwala jej żyć w spo­koju.

Ana­li­zu­jąc jej przy­pa­dek, odkry­li­śmy, że w rze­czy­wi­sto­ści miała takie same uczu­cia jak reszta z nas: były rze­czy, które lubiła, i rze­czy, któ­rych nie lubiła. Miała związki z męż­czy­znami, w któ­rych się zako­chi­wała, i była wysoce kom­pe­tentna w pracy. Ale było coś jesz­cze: wszyst­kie te „nor­malne” uczu­cia były dla niej obo­wiąz­kami.

Gdy jej part­ner cokol­wiek jej zarzu­cił, sądziła, że należy wyco­fać się ze związku, nawet jeśli bar­dzo lubiła tego męż­czy­znę. Jeśli nie była wystar­cza­jąco doce­niana w pracy, uwa­żała, że ma obo­wią­zek z niej zre­zy­gno­wać. Działo się tak zazwy­czaj, gdyż źle się czuła z powodu nie­wy­ko­na­nia swo­jego obo­wiązku. Karała się, zamy­ka­jąc się w sobie i odczu­wa­jąc nie­na­wiść do samej sie­bie, pod­czas gdy w tle poja­wiał się wszech­obecny obraz jej ojca.

W moim zawo­dzie mia­łem do czy­nie­nia z wie­loma, wie­loma ludźmi, któ­rzy byli wyma­ga­jący wobec sie­bie, ale ten przy­pa­dek był zaska­ku­jący ze względu na sto­pień moral­nego obo­wiązku, który został owej kobie­cie narzu­cony. Nasze sesje tera­peu­tyczne rów­nież pod­le­gały kry­zy­som, ponie­waż gdy tylko poja­wiało się naj­mniej­sze poczu­cie braku postępu w tera­pii, pacjentka uwa­żała, że należy ją prze­rwać. Wszystko mie­rzyła bar­dziej poczu­ciem moral­nym niż ambi­wa­lent­nymi emo­cjami.

Dyle­mat, z któ­rym musiała się zma­gać, pole­gał na tym, komu być posłuszną: czy powinna być wierna sobie, czy być posłuszna temu, co narzu­cali jej inni, tak jak to było w jej domu rodzin­nym, bo to rów­nież był jej obo­wią­zek? Zasu­ge­ro­wa­łem, aby nie prze­strze­gała wszyst­kich narzu­co­nych sobie obo­wiąz­ków i zba­dała swoje uwię­zione emo­cje. Na szczę­ście pro­ces ów oka­zał się kon­struk­tywny.

Oma­wiam pokrótce ten przy­kład, ponie­waż pro­blemy z byciem zbyt dobrym, które nazy­wam złą dobro­cią, są zako­rze­nione w toż­sa­mo­ści moral­nej, która nie pozwala na żaden inny spo­sób bycia niż czu­cie się dobrą osobą. Innymi słowy, ist­nie­nie i moralny obo­wią­zek łączą się, by powstała oso­bo­wość drę­czona nie­moż­no­ścią bycia tym, czym jest, i przy­mu­sem bycia tym, czym być powinna.

U więk­szo­ści ludzi sumie­nie buduje się od dzie­ciń­stwa i dosto­so­wuje do kano­nów kul­tu­ro­wych, spo­łecz­nych i reli­gij­nych. Już jako dzieci uczymy się, co jest dobre, a co złe. Naj­bar­dziej udane seriale i filmy czę­sto opie­rają się na walce dobra ze złem. Nie możemy uciec od tego, co Hume nazwał uczu­ciami moral­nymi. Pyta­nie „czy postę­puję wła­ści­wie” jest stale w nas obecne.

Jed­nak życie moralne idzie w parze z róż­nymi zja­wi­skami, takimi jak poczu­cie winy, wstyd, odrzu­ce­nie, orien­ta­cja na ide­ali­za­cję i obo­wią­zek sta­nia się kimś, kto wyróż­nia się swo­imi cno­tami. Wszystko to szcze­gó­łowo prze­ana­li­zu­jemy. Z dru­giej strony są ludzie, u któ­rych bunt i nie­chęć stają się spo­so­bem prze­ciw­sta­wia­nia się obo­wiąz­kowi bycia dobrym z nakazu. Nie cho­dzi o to, że są źli, tylko nie są ule­gli. Nie bun­tują się prze­ciwko dobroci, ale prze­ciwko byciu dobrym, co jest czymś innym. Cho­dzi o to, że muszą reago­wać lub sprze­ci­wiać się temu, co nie jest zgodne z ich oso­bo­wo­ścią.

Kiedy jaźń jest zalana obo­wiąz­kami, czło­wiek prze­staje być sobą. Staje się wyko­nawcą roz­ka­zów i nie­wol­ni­kiem obo­wiąz­ków. Nie­świa­do­mość ode­brała mu zdol­ność decy­do­wa­nia, kie­ro­wa­nia się wła­sną wolą, po to, by stał się przy­kła­dem moral­no­ści.

Praw­do­po­dob­nie ode­brała mu rów­nież zdol­ność do cie­sze­nia się otwar­cie. Ten, kto pod­po­rząd­ko­wuje się obo­wiąz­kom, nie może wymknąć się spod kon­troli, nie może stra­cić głowy ani pozwo­lić sobie na zbyt wiele szczę­ścia. Kiedy jego radość nara­sta, hamuje ją, by nie uchy­bić swoim obo­wiąz­kom i nie być postrze­ga­nym jako osoba bez­tro­ska. Kiedy zaczyna się dobrze bawić, sam przy­wo­łuje obo­wią­zek, który na niego czeka.

Wypeł­nia­nie obo­wiąz­ków nie czyni jed­nak czło­wieka dobrym, lecz jedy­nie posłusz­nym. Aby ist­niała dobroć, trzeba dzia­łać, czy­niąc dobro, nawet kosz­tem nie­po­słu­szeń­stwa. A dobro jest nie tylko dla nas samych, ale zawsze dla więk­szego dobra. Okru­cień­stwa były popeł­niane w imię obo­wiązku, nim też na­dal uza­sad­nia się wojny i wszel­kiego rodzaju fun­da­men­ta­lizm.

Cała ta struk­tura opiera się na nie­po­ro­zu­mie­niu: nie­zro­zu­mie­niu natury bytu. Dobro i stwo­rze­nie to prak­tycz­nie to samo. Nazy­wamy to rów­nież miło­ścią, jed­no­ścią, źró­dłem, osta­teczną naturą lub Bogiem. Taka jest nasza wewnętrzna natura i jeste­śmy powo­łani, by jej doświad­czać, ponie­waż tym wła­śnie jeste­śmy.

Tym­cza­sem gdy odłą­czamy się od źró­dła, gdy ogra­ni­czamy tę porząd­ku­jącą zasadę ist­nie­nia, powstaje pomie­sza­nie mię­dzy byciem a naszymi „spo­so­bami” bycia, takimi jak bycie zbyt dobrym. Z tego połą­cze­nia rodzi się toż­sa­mość lub oso­bo­wość, którą prze­ana­li­zu­jemy poni­żej, wie­dząc, że nie jest tym, czym jeste­śmy, ale tym, czym myślimy, że powin­ni­śmy być.

Oso­bo­wość ta nie została do tej pory dogłęb­nie zba­dana. Nazy­wamy ją złą dobro­cią lub złym dobrem; jak powie­dział mój przy­ja­ciel Anto­nio Boli­ches w publicz­nym wystą­pie­niu: „Cza­sami dobrzy ludzie mogą repre­zen­to­wać złą dobroć”. Mój dobry przy­ja­ciel Fran­ce­sco Miral­les rów­nież był u mojego boku pod­czas tej dys­ku­sji i spoj­rzał na mnie, jakby chciał powie­dzieć: „Masz temat do swo­jej książki”. Poroz­ma­wiamy o tym wszyst­kim póź­niej.2. Cztery zasady złej dobroci

2

Cztery zasady złej dobroci

Oto cztery filary, na któ­rych wspiera się zła dobroć.

ZASADA POSŁU­SZEŃ­STWA. Aby być dobrym czło­wie­kiem, musisz speł­niać wszyst­kie wyma­ga­nia, jakie sta­wiają wobec cie­bie inni, nie­za­leż­nie od tego, czy ci się to podoba. Wszystko opiera się na „obo­wiązku…”. Nie­po­słu­szeń­stwo jest nie­moż­liwe, gdyż nie będąc posłusz­nym, nie był­byś dobry. Tym, na co z pew­no­ścią kła­dziono nacisk w twoim dzie­ciń­stwie, było posłu­szeń­stwo.

NAKAZ DOBREGO ZACHO­WA­NIA. Dobre zacho­wa­nie doty­czy manier, widocz­nej na zewnątrz postawy, dla­tego wszystko musi być wyko­nane z nale­żytą sta­ran­no­ścią, schlud­no­ścią, przy­zwo­ito­ścią i per­fek­cją. Dobre zacho­wa­nie jest syno­ni­mem dokła­da­nia wszel­kich sta­rań, aby wszystko wyszło ide­al­nie, i cier­pie­nia aż do udręki z obawy przed popeł­nie­niem błędu. Zacho­wy­wać się dobrze to być dosko­na­łym dla innych.

UDRĘKA NIE­BY­CIA DOBRYM. Udręka dobro­dusz­nych oso­bo­wo­ści poja­wia się z dwóch powo­dów. Pierw­szym, naj­gor­szym z nie­szczęść jest poczu­cie odrzu­ce­nia, bycia pomi­ja­nym za to, że się jest innym, wra­że­nie, że inni się z nami nie liczą. Druga udręka polega na złym samo­po­czu­ciu z powodu bycia nie­wy­star­cza­jąco dobrym. Poja­wia się poczu­cie winy i strach. Musimy być stale czujni, by mieć pew­ność, że jeste­śmy wystar­cza­jąco dobrzy.

HAMO­WANY GNIEW. Jedną z naj­więk­szych kon­se­kwen­cji prak­tyk złej dobroci jest nagro­ma­dze­nie nie­wy­ra­żo­nego gniewu, który nie pozwala nam być sobą. Nie­spra­wie­dliwe trak­to­wa­nie, któ­rego nie­kiedy doświad­czamy, wszystko, co zno­simy i prze­ły­kamy, aby dobrze wypaść, zamie­nia się w nie­na­wiść do samych sie­bie, która nas nisz­czy od wewnątrz, nie­rzadko uze­wnętrz­nia­jąc się w postaci cho­rób psy­cho­so­ma­tycz­nych.

Przyj­rzyjmy się teraz bar­dziej szcze­gó­łowo każ­demu z tych fila­rów.

Posłuszeństwo jako zasada porządkująca

Jak sobie radzisz z byciem posłusz­nym? Więk­szość ludzi twier­dzi, że nie lubi, gdy im się mówi, co mają robić. Ty to lubisz? Ja nie. Jed­nak zde­cy­do­wana więk­szość, gdy nadej­dzie czas, będzie prak­ty­ko­wać posłu­szeń­stwo w róż­nym stop­niu. Jak widzie­li­śmy wcze­śniej, dwie ocze­ki­wane cechy skryptu dobrego dziecka to posłu­szeń­stwo i dobre zacho­wa­nie. Może się wyda­wać, że są one toż­same, ale tak nie jest i opo­wiem o tym poni­żej.

Na czym polega bycie posłusz­nym?

Aby zro­zu­mieć zna­cze­nie posłu­szeń­stwa w złej dobroci, musimy roz­wa­żyć impli­ka­cję cią­głej inte­rak­cji mię­dzy aspek­tami wewnętrz­nymi i zewnętrz­nymi. Ujmijmy to w ten spo­sób: osoba żyje z wewnętrz­nym obo­wiąz­kiem bycia zawsze w pełni dobrym. Aby być w pełni dobrym, musi być posłuszna domi­nu­ją­cym mode­lom spo­łecz­nym. Ten aspekt jest klu­czowy, gdyż posłu­szeń­stwo rodzi się nie tylko z zasad i praw, ale także z nie­moż­no­ści nieposłu­szeń­stwa.

Oto, co mi powie­dział jeden z pacjen­tów:

Spę­dzam cały dzień, obser­wu­jąc sie­bie i kon­tro­lu­jąc wszystko, aby się upew­nić, że jestem dobry. Cią­gle spraw­dzam, czy wszystko robię dobrze.

Wiele osób tak ma. Nie­któ­rzy nie popa­dają w aż takie skraj­no­ści, ale są na dobrej dro­dze. Każdy dobro­czyńca czuje się zobo­wią­zany do prze­strze­ga­nia i bycia dosko­na­łym reali­za­to­rem nastę­pu­ją­cych zasad:

Trak­to­wać jako obo­wią­zek wszel­kie nakazy wyni­ka­jące z przy­wią­za­nia, auto­ry­tetu lub bli­sko­ści. Prze­strze­gać prawa cał­ko­wi­cie. Pod­po­rząd­ko­wać się wszyst­kim zasa­dom moral­nym danej spo­łecz­no­ści. Wypa­dać dobrze w oczach innych: odwza­jem­niać się, zga­dzać się z nimi, nie roz­cza­ro­wy­wać ich. Robić to, czego ocze­kują od nas inni.

Jedy­nie wów­czas, gdy dobro­wol­nie przyj­mu­jemy jakiś nakaz – z sza­cunku lub z wła­snej woli – żyjemy w spo­sób satys­fak­cjo­nu­jący. Innymi słowy, tylko wtedy, gdy świa­do­mie podej­mu­jemy decy­zję, możemy swo­bod­nie decy­do­wać o naszym postę­po­wa­niu.

Jeśli się nad tym zasta­no­wisz, zdasz sobie sprawę, że ludzie, któ­rzy mają ten­den­cję do buntu, robią dokład­nie odwrot­nie, niż to przed­sta­wiono na powyż­szej liście. Przede wszyst­kim nie słu­chają roz­ka­zów. W życiu posłusz­nych ludzi jest ina­czej:

1. Pra­wie wszystko staje się obo­wiąz­kiem, ponie­waż trak­tują życze­nia i pole­ce­nia innych jako obo­wią­zek, na który muszą reago­wać, zwłasz­cza jeśli są to osoby repre­zen­tu­jące jakiś rodzaj auto­ry­tetu. Im więk­szy auto­ry­tet, tym więk­szy obo­wią­zek.

2. Posłuszni ludzie pod­po­rząd­ko­wują się każ­dej oso­bie, która ma na nich duży wpływ. Mogą to być rodzice, dzieci, przy­ja­ciele, prze­ło­żeni, modni guru lub Bóg Ojciec. Fak­tem jest, że cokol­wiek ktoś taki powie, natych­miast staje się to roz­ka­zem do wyko­na­nia, obo­wiąz­kiem do speł­nie­nia. Ludzie nauczyli się tak robić, a posłu­szeń­stwo jest czę­ścią ich oso­bo­wo­ści.

3. Posłuszne osoby oka­zują posłu­szeń­stwo, by pozo­stać w dobrych sto­sun­kach z tymi, któ­rzy mogą nawet nie mieć dużego auto­ry­tetu, ale repre­zen­tują jakiś inte­res, z któ­rym należy się liczyć. Czy to ze względu na to, „co ludzie powie­dzą”, czy po to, by „dobrze wypaść”, czy też po to, by nie popsuć wła­snego wize­runku.

4. Posłuszni ludzie mil­czą, godzą się lub pod­po­rząd­ko­wują, byle tylko nie wywo­łać kon­fliktu, który by im zaszko­dził. Nie mogą znieść myśli o byciu postrze­ga­nym w złym świe­tle, ponie­waż wtedy nie byliby już dobrzy. A jeśli nie są dobrzy, to wręcz prze­ciw­nie: są dziwni, nie­od­po­wiedni, kon­flik­towi lub samo­lubni.

Przypadek andrésa

Andrés przy­szedł do mojego biura z pro­ble­mem, który mnie poru­szył. Od kilku lat był człon­kiem wspól­noty ducho­wej, w któ­rej prze­cho­dził pro­ces samo­po­zna­nia. Poza godzi­nami pracy więk­szość czasu poświę­cał życiu wspól­noty; był osobą, do któ­rej można się zwró­cić o pomoc we wszyst­kim. Dobrze doga­dy­wał się z innymi i uwa­żał, że cie­szy się sym­pa­tią przy­wódcy.

Pew­nego dnia jego nauczy­ciel zadzwo­nił do niego pry­wat­nie, co spra­wiło mu wielką radość, ponie­waż poczuł się uprzy­wi­le­jo­wany takim zbli­że­niem się do postaci, którą tak podzi­wiał. To, co wyda­rzyło się póź­niej, zmro­ziło go do szpiku kości. Jego uko­chany mistrz, leżąc w łóżku, ogło­sił, że jest chory i oba­wia się, że nie wyzdro­wieje. Andrés poczuł się zara­zem prze­ra­żony i wzru­szony. Zapy­tał, co może dla niego zro­bić. I wtedy nade­szła nie­spo­dzianka:

– Chcę, żebyś zosta­wił wszystko i zamiesz­kał we wspól­no­cie. Wszyst­kie swoje pie­nią­dze prze­znacz na utrzy­ma­nie domu i cokol­wiek innego, co może się przy­da­rzyć. Chcę też, byś wziął Amandę za żonę i zaopie­ko­wał się jej synem. Jest naj­bar­dziej oddaną kobietą w spo­łecz­no­ści i jeśli mnie nie będzie, oboje będzie­cie mogli kon­ty­nu­ować moją pracę. O to cię pro­szę. I mam nadzieję, że tym razem się zaan­ga­żu­jesz, bo źle się dzieje i nad­szedł czas, byś porzu­cił swą uni­kową postawę. Tym razem nie uciek­niesz, rozu­miesz mnie? Taką mam nadzieję. A teraz zostaw mnie, muszę odpo­cząć.

Andrés odszedł zroz­pa­czony. Nagle świat zawa­lił mu się na głowę, a droga do domu stała się pie­kłem. Nie przy­szło mu nawet do głowy, że taka prośba może być rów­nież żar­tem. Lub jedną z metod mistrza, który potra­fił dopro­wa­dzać poszcze­gólne osoby do gra­nic moż­li­wo­ści, aby je obu­dzić.

Dla wielu ludzi odrzu­ce­nie takiej prośby byłoby oczy­wi­ste ze względu na jej nie­pro­por­cjo­nal­ność lub dla­tego, że daleko odbie­gała od zobo­wią­zań, które byli w sta­nie pod­jąć. Dla Andrésa jed­nak słowa mistrza stały się obo­wiąz­kiem, który musiał na sie­bie wziąć; była to jego odpo­wie­dzial­ność, bez względu na wią­żące się z nią obcią­że­nia. Jego życie zaczęło dry­fo­wać w kie­runku nie­po­żą­da­nego prze­zna­cze­nia.

Po powro­cie do domu przez kolejne godziny i dni Andrés czuł się przy­gnę­biony. Był rów­nież ziry­to­wany, nie na nauczy­ciela, ale na sie­bie. Czuł się jak dziecko, które zostało uka­rane za to, że sta­rało się być miłe. Był zły, ponie­waż w swo­jej naiw­no­ści posu­nął się za daleko, a teraz jego nauczy­ciel dawał mu lek­cję, na którą zasłu­żył.

Wresz­cie Andrés przy­szedł do mojego gabi­netu, gdyż nie mógł już tego znieść. Był zablo­ko­wany. Opo­wie­dział mi o sytu­acji, a ja zapy­ta­łem go: „Dla­czego musisz być mu posłuszny?”. Wtedy zdał sobie sprawę, że nie wziął pod uwagę „nie­po­słu­szeń­stwa”, czyli po pro­stu odmó­wie­nia pro­po­zy­cji lub prze­dys­ku­to­wa­nia jej, na wypa­dek gdyby była praw­dziwa.

Naj­więk­szą rewe­la­cją było dla niego zda­nie sobie sprawy, że cały czas funk­cjo­no­wał zapro­gra­mo­wany jako dobre, posłuszne dziecko, nie­zdolne do sprze­ci­wia­nia się naka­zom lub rozu­mie­nia ich jako pro­blemu do roz­wią­za­nia. Jego życiem ste­ro­wano z cen­trum dowo­dze­nia, które wdru­ko­wało mu posłu­szeń­stwo i nie­moż­ność spra­wie­nia zawodu, poka­za­nia się ze złej strony czy zanie­dba­nia obo­wiąz­ków.

Jeśli ten przy­pa­dek wydaje ci się eks­tre­malny lub nie­ty­powy, podam ci trzy przy­kłady z rodzaju tych, z jakimi sty­kam się co pewien czas w moim gabi­ne­cie. Doty­czą one osób, które pra­cują w sek­to­rach wyma­ga­ją­cych dużej wydaj­no­ści. Jed­nym z nich jest ban­ko­wość, innym praca dla mię­dzy­na­ro­do­wej firmy, a ostat­nim sek­tor edu­ka­cji.

Wspólną cechą owych trzech osób było to, że pra­co­wały w śro­do­wi­skach uwa­ża­nych za tok­syczne, czy to z powodu hie­rar­chii wła­dzy, dłu­go­trwa­łych wadli­wych rela­cji, czy też przy­wódz­twa skon­cen­tro­wa­nego na wyni­kach, a nie na pro­ce­sach. Śro­do­wi­skach, w któ­rych na porządku dzien­nym było złe trak­to­wa­nie, żąda­nia, obawy i groźby w rodzaju „uwa­żaj, bo na ulicy jest zimno”. Śro­do­wi­skach, w któ­rych jest mnó­stwo zwol­nień lekar­skich z powodu depre­sji i lęku, gdzie więk­szość ludzi cierpi na stres i bez­sen­ność oraz musi wspo­ma­gać się lekami.

Owe trzy osoby łączyła wewnętrzna potrzeba dopa­so­wa­nia się i dal­szego utrzy­my­wa­nia wyso­kich stan­dar­dów zawo­do­wych, pomimo faktu, że nie­które z wyma­gań, jakie przed nimi sta­wiano, ocie­rały się o nie­le­gal­ność. Wal­czyły naj­le­piej jak potra­fiły z nie­zno­śnym pozio­mem cier­pie­nia, ponie­waż oprócz stresu były nara­żone na brak sza­cunku, umniej­sza­nie i dia­bo­liczną stra­te­gię spra­wia­jącą, że czuły się nie­pewne, złe i zbędne.

Inte­re­su­jące w przy­padku, z któ­rym mamy do czy­nie­nia, jest to, że żadne z nich nawet nie pomy­ślało o nie­po­słu­szeń­stwie i to nie z poczu­cia obo­wiązku, lecz dla­tego, że nie byli w sta­nie zlek­ce­wa­żyć wewnętrz­nego nakazu, aby stale dawać z sie­bie wszystko, anga­żo­wać się tak bar­dzo, jak to moż­liwe, i nagi­nać się do sytu­acji, nawet jeśli się jej nie rozu­mie. Innymi słowy, żad­nemu z nich nie przy­szło do głowy, by spoj­rzeć na to ina­czej, wyco­fać się lub nawet odejść ze sta­no­wi­ska w sytu­acji, gdy ich zdro­wie tak bar­dzo cierpi.

W kon­tak­tach z nimi zda­łem sobie sprawę, że podą­żali za wzor­cem „dobrych ludzi”. Wszystko zno­sili ze sto­ic­kim spo­ko­jem, nie prze­sta­wali sztywno od sie­bie wyma­gać, uni­kali kon­flik­tów i żyli w udręce lub stra­chu przed tym, co może się wyda­rzyć. Innymi słowy, nie umieli zmie­nić swo­jej ule­głej postawy i sta­wić czoła sytu­acji, którą uwa­żali za prze­graną i nara­ża­jącą ich na upo­ko­rze­nie.

Warto zazna­czyć, że w tok­sycz­nych śro­do­wi­skach two­rzo­nych przez osoby lub grupy, które wyka­zują tok­syczne zacho­wa­nia, pierw­szymi i pre­fe­ro­wa­nymi ofia­rami są dobrzy ludzie, ponie­waż psy goń­cze, które ich tro­pią, wie­dzą, że ci się im nie prze­ciw­sta­wią, wręcz prze­ciw­nie – zro­bią wszystko, co w ich mocy, aby być posłusz­nymi, więc nękają ich aż do upodle­nia.

Nie jest łatwo radzić sobie z takimi przy­wód­cami lub gru­pami naci­sku, które naj­pierw grożą, by po chwili cię pozdro­wić. Wiemy już, że lepiej trzy­mać się jak naj­da­lej od osób pre­zen­tu­ją­cych tego rodzaju zacho­wa­nia. Pro­blem polega na tym, że cza­sami nie można wydo­stać się z pułapki na myszy, ponie­waż stawka jest zbyt wysoka. Co robić?

_Jeśli oko­licz­no­ści nie mogą się zmie­nić, zmień sie­bie. I wszystko się zmieni._

Pozwól, że wyja­śnię ci ten aspekt, ponie­waż cza­sami nie jest on popraw­nie inter­pre­to­wany. Mamy ten­den­cję do wie­rze­nia, że jeśli ty się zmie­nisz, inni też się zmie­nią, a to nie do końca jest prawda. Ty możesz się zmie­nić, ale inni nie zawsze się zmie­niają.

Jeśli się zmie­niasz, w pew­nym sen­sie zmu­szasz drugą osobę do zmiany swo­jego nasta­wie­nia do cie­bie. Inną rze­czą jest to, że ona to robi na zasa­dzie zna­nego w psy­cho­lo­gii efektu „śle­poty na zmiany”, czyli trud­no­ści w doce­nia­niu małych zmian, nie­na­da­wa­nia im zna­cze­nia, a tym samym utrzy­my­wa­nia sta­łego obrazu dru­giej osoby.

Co się dzieje, gdy się zmie­niasz? Zmie­nia się per­spek­tywa, z któ­rej postrze­gasz sie­bie, innych i świat. Po zmia­nie per­spek­tywy nie będziesz już odno­sić się w ten sam spo­sób do innych lub do wielu sytu­acji, któ­rych doświad­czasz. I to wła­śnie spra­wia, że wszystko wydaje się zmie­niać, ponie­waż naprawdę się zmie­niło. Nie jesteś tą samą osobą, przy­naj­mniej w niektó­rych aspek­tach.

Kiedy roz­ma­wia­łem o tym z moimi pacjen­tami, zaczy­nali rozu­mieć potrzebę zmiany per­spek­tywy, ale nie dzia­ła­nia. A prze­cież nie musieli z nikim wal­czyć ani się zma­gać. Jed­nak na­dal tkwili w miej­scu, bo dzia­łali pod wpły­wem zaska­ku­jąco ogra­ni­cza­ją­cego prze­ko­na­nia: „Nie mogli uwie­rzyć w to, co się z nimi dzieje. Nie mie­ściło im się to w gło­wach”.

Nie mogło im się to pomie­ścić w gło­wach, bo ni­gdy nie zro­bili cze­goś takiego w sto­sunku do innego czło­wieka. Dla­tego źle odczy­ty­wali sytu­ację. Ponie­waż tego nie rozu­mieli, nie mogli w to uwie­rzyć. Byli ofia­rami złej dobroci, wie­rząc, że czy­nią dobro.

Jeden z nich powie­dział mi: „Ale czy nie lepiej jest poma­gać sobie nawza­jem w pracy?”. Jak mógł­bym z nim dys­ku­to­wać, miał rację! Jed­nak taka godna pochwały zasada zde­rza się z nie­zdol­no­ścią do zro­zu­mie­nia – by nie powie­dzieć naiw­no­ścią – że nie wszy­scy są tacy sami, nie myślą ani nie czują w ten sam spo­sób i nie rozu­mieją pracy w taki sam spo­sób.

Kiedy mu to powie­dzia­łem, omal nie spa­dłem z krze­sła, sły­sząc jego odpo­wiedź: „Wiem, że każdy jest inny, dosko­nale to rozu­miem… Ale czy nie lepiej, żeby­śmy poma­gali sobie nawza­jem w pracy?”.

Nie ma wyj­ścia z impasu, jeśli ludzie, jak to się mówi, „nie mogą sobie tego wybić z głowy”. Cią­gle narzu­cają sobie obo­wią­zek bycia dobrym. Dla­tego pra­cuję z moimi pacjen­tami nad zmianą ich prze­ko­nań, wspie­ra­jąc się pew­nymi wska­zów­kami, które stary sto­icyzm pozo­sta­wił nam w spadku:

Rób to, co jest w two­jej gestii, i nie martw się o to, co od cie­bie nie zależy.

Jedy­nym praw­dzi­wym obsza­rem kon­troli, jaki masz nad sytu­acją, jest to, jak zde­cy­du­jesz się ją prze­żyć.

Skup się na tym, co dla cie­bie naprawdę ważne.

Tok­syczna osoba swoim zacho­wa­niem daje świa­dec­two o sobie, nie bierz tego do sie­bie.

Zło nie tkwi w oko­licz­no­ściach, ale w spo­so­bie, w jaki je postrze­gamy.

Te idee nie są kaza­niami do zapa­mię­ta­nia, ale posta­wami do przy­ję­cia. Praca polega na powstrzy­ma­niu tych „dobrych chłop­ców i dziew­cząt”, któ­rzy auto­ma­tycz­nie poja­wiają się w naszej oso­bo­wo­ści, byciu świa­do­mym ich ist­nie­nia i doko­ny­wa­niu wybo­rów, takich jak nie­pod­da­wa­nie się uczu­ciu stra­chu, które kształ­to­wało naszą prze­szłość.

Jeśli nie możemy unik­nąć danej sytu­acji, możemy przy­naj­mniej mak­sy­mal­nie się z niej wyłą­czyć, nie waha­jąc się ujaw­niać naszych ogra­ni­czeń, ale też nie pro­sząc nikogo o łaskę, bez żądań, ale mając bacze­nie na to, w jakim stop­niu wpływa ona na nasze zdro­wie.

I na koniec: wydo­stań się z niej jak naj­szyb­ciej, przy naj­bliż­szej oka­zji. Nie musimy dzia­łać odważ­nie ani być naj­le­piej przy­sto­so­wani w sys­te­mie, który pozwala nam otrzeć się o ludzką nędzę, dzi­siaj bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek.

Jak widać, duża część dys­kom­fortu, bez­sen­no­ści lub zło­ści wielu ludzi wynika z faktu, że nie wie­dzą, jak odpo­wie­dzieć na to, czego wyma­gają od nich inni. Boli ich porażka lub roz­cza­ro­wa­nie innych.

Nie potra­fię powie­dzieć „nie”.

Spra­wia­nie przy­kro­ści spra­wia mi ból. Ufają mi i nie mogę ich zawieść.

Byli dla mnie bar­dzo dobrzy. Zawsze się ze mną liczą. Muszę dobrze się zacho­wać.

Co oni sobie o mnie pomy­ślą?

Posłu­szeń­stwo może wnik­nąć w oso­bo­wość tak głę­boko, że dana osoba trak­tuje je jako coś oczy­wi­stego, jakby była to cecha, która nie może być inna. Wiele osób narzeka, wyraża iry­ta­cję z tego powodu, że robi coś z musu, ale co cie­kawe, nie bie­rze pod uwagę moż­li­wo­ści odmowy posłu­szeń­stwa, kwe­stio­no­wa­nia roz­kazu lub wyzna­cze­nia ogra­ni­czeń swo­jej dostęp­no­ści.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij