Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Jak (nie) zostać emigrantem - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 kwietnia 2026
42,60
4260 pkt
punktów Virtualo

Jak (nie) zostać emigrantem - ebook

Autor, emerytowany profesor informatyki mieszkający od lat w Amsterdamie, wyjechał z Polski ponad 50 lat temu. W Paryżu łączył pracę naukową z konspiracyjną pomocą dla Solidarności i administrowaniem „Zeszytów Literackich”. Pracował w sześciu krajach, m.in. w École Normale Supérieure w Paryżu i na Uniwersytecie Teksańskim w Austin.

„Krzysztofa poznałem na konferencji naukowej w St. Andrews w Kanadzie w roku 1977, dokąd przyjechał z Holandii. Był emigrantem, a ja zazdrościłem mu jego już wtedy wysokiej pozycji w świecie zachodniej nauki. W tamtych czasach my, polscy informatycy, byliśmy traktowani przez naszych zachodnich kolegów z pewną wyższością. Jednakże w kilka lat później, po wybuchu Rewolucji Solidarności w roku 1980, i wprowadzeniu stanu wojennego, „emigranckość” Krzysztofa nabrała nowych treści. Z pełnym zaangażowaniem wspierał krajową opozycję demokratyczną, stając się w krótkim czasie jednym z prominentnych członków naszej drugiej Wielkiej Emigracji. Ten ważny rozdział najnowszej historii Polski musi jeszcze poczekać na swoje podsumowanie, ale książka Krzysztofa stanowi już dziś ważne źródło wiedzy na temat pracy organicznej, która kolejny raz przyczyniła się do odzyskania przez nasz kraj niepodległości”. (Andrzej Jacek Blikle)

„Krzysztof uważa, że to rodzice wpoili mu najważniejsze wartości, dzięki którym zdołał utrzymać się „na powierzchni” po wyjeździe z kraju. To uczciwość, wykształcenie, rzetelność i determinacja. Ale pchają go też głód nowych doświadczeń i nienasycona ciekawość świata. Oraz odruch niesienia pomocy, gdziekolwiek jest. Ten informatyk i podróżnik osiadł na kilka lat w Paryżu, gdzie był informatykiem w najwyżej cenionej uczelni, jednocześnie pełniąc tajną funkcję przemytnika sprzętu dla Solidarności w Polsce stanu wojennego i – wydawcy „Zeszytów Literackich”. W istocie stworzył od podstaw to pismo. Przez 37 lat funkcjonowało ono na zasadach opracowanych przez Krzysztofa, najpierw w Paryżu, potem w Polsce, aż do końca. Był najlepszym dyrektorem wydawnictwa, jakiego kiedykolwiek mieliśmy. A teraz okazuje się, że jest też świetnym pisarzem”. (Barbara Toruńczyk)

„Biografia Krzysztofa Apta mogłaby być scenariuszem pasjonującego serialu. Ogniskuje ona wiele kluczowych momentów historycznych. To opowieść o drodze naukowca, opozycjonisty, emigranta, który umiał odnaleźć się w wielu krajach i wielu językach. Napisana ze swadą i lekkością, to niemal powieść przygodowa. Autor spotkał w swoim życiu wiele fascynujących postaci, którym udziela głosu. Przeczytamy tu m.in. o powstaniu w jego mieszkaniu w Paryżu legendarnych „Zeszytów Literackich”. Dyscyplina naukowca połączona z pasją humanisty przekładają się na świetny styl pisarski – lektura tej książki to przyjemność!”. (Agnieszka Drotkiewicz)

 

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Warszawa: 1972–1974

Nijmegen: 1974–1975

Amsterdam: 1975–1978

Rotterdam: 1978–1981

Paryż: 1981–1987

Paryż: 1981–1984

Stany Zjednoczone: 1984–1985

Paryż: 1981–1987

Amsterdam, Austin: 1987–1990

Amsterdam: 1990–2002

Singapur: 2002–2005

Amsterdam: 2005

Katowice: 1949–1967

Wrocław: 1967–1972

Postscriptum

Appendix

Podziękowania

Przypisy

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-244-1221-1
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Warszawa: 1972–1974

Wiele osób pyta mnie, dlaczego wyjechałem z Polski. Najkrótsza odpowiedź byłaby taka: na imię jej było Françoise.

Ale były też inne powody. Od jesieni 1972 roku byłem zatrudniony jako doktorant w Instytucie Matematycznym PAN (Polskiej Akademii Nauk) w Warszawie. Miałem wówczas dwadzieścia dwa lata. Na pierwszym roku studiów doktoranckich dzieliłem małe mieszkanie na Saskiej Kępie ze Staszkiem Krajewskim, z którym pięć lat wcześniej wziąłem udział w Międzynarodowej Olimpiadzie Matematycznej w Jugosławii (obecnie Czarnogóra).

Staszek był wówczas zaangażowany w działalność dysydencką, razem z Konradem Bielińskim, późniejszym członkiem KOR-u. Ja z kolei byłem wtedy wyjątkowo naiwnym politycznie i niedouczonym w historii. Zdawałem sobie oczywiście sprawę z absurdów i ograniczeń systemu politycznego w Polsce, ale nie znałem prawdziwej historii powojennej Polski, a polityka mało mnie ciekawiła.

Staszka przez parę dni otwarcie śledziła milicja. Czekała na niego rano w nieoznakowanym samochodzie na końcowym przystanku linii autobusowej, którą jeździliśmy do pracy. Ten samochód jechał wówczas ostentacyjnie za autobusem, aby zaparkować na cały dzień przed instytutem. Raz sprawdziliśmy, że nieoznakowane pojazdy czekały na końcowych przystankach obu linii, którymi mogliśmy udać się do pracy. Autobus, którym ja pojechałem, pozostawiono w spokoju. Staszek czasami przynosił do mieszkania jakieś „zakazane książki”, ale nie udostępniał mi ich do czytania.

Po obronie doktoratu Staszek zapłacił za swoją działalność polityczną zakazem pracy w Warszawie i z konieczności podjął na kilka lat pracę w Filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku.

Spotkaliśmy się znowu po czterdziestu latach, gdy Staszek już był szanowanym profesorem na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego i znaczącą postacią w społeczności żydowskiej w Polsce. Powiedziałem mu wówczas, że mam trochę żal, że nie udostępnił mi tych zakazanych książek, gdy mieszkaliśmy razem, na co odpowiedział, że nie mógł, bo sam je dostawał raptem na kilka dni. Te książki po prostu były ciągle w obiegu. Opowiedział mi też zabawną historię, że kiedyś zgłosił się do niego jakiś młody człowiek, który chciał dołączyć do działalności dysydenckiej. Staszek go zbył, sugerując, by się wpierw douczył. Tą osobą był późniejszy prezydent Bronisław Komorowski.

W trakcie pierwszego roku naszych studiów odbył się w Warszawie tak zwany semestr logiczny, w trakcie którego przyjechało wielu wybitnych specjalistów z logiki matematycznej, a także sporo młodszych logików. Wśród nich była pewna Françoise z Paryża. Ogromnie mi się spodobała, co skończyło się krótkim romansem. Byłem z nią nawet na weekend w Krakowie i w drodze powrotnej wstąpiliśmy do mojej Mamy w Katowicach. Spotkanie Mamy z Françoise bardzo mnie poruszyło. Mama od razu zwierzyła się jej ze swoich kłopotów w pracy i powiedziała, że straciła jakąkolwiek wiarę, by jej życie się poprawiło. Ten przejmujący fenomen zwierzania się ze swoich największych bolączek dopiero co poznanej osobie znam tylko z Polski i Rosji. We Françoise zakochałem się po uszy. Wiało od niej świeżością i pewną, nieznaną w komunizmie, swobodą, która w tamtych czasach odróżniała ludzi z „Zachodu” (krajów kapitalistycznych) od nas, szarych Polaków. Była drobnej budowy i chodziła bez żenady w T-shirtach, bez biustonosza, co w tamtych latach było w Polsce nie do pomyślenia.

Jej wyjazd po dwutygodniowym pobycie w Polsce był dla mnie osobistą tragedią, bo wówczas nie było możliwe od tak sobie odwiedzić kogoś w Paryżu. Paszport, jeśli już ktoś go dostał, był przechowywany w lokalnej komendzie milicji. Aby go z powrotem otrzymać na wyjazd do któregoś z krajów Zachodniej Europy, trzeba było mieć oficjalne zaproszenie z danego państwa i mały zasób „zachodniej waluty”, która była wtedy wyjątkowo droga. Na przykład, moja pensja w przeliczeniu na dolary wynosiła wówczas trzydzieści dolarów, a kiedy w 1975 roku wyjechałem z Polski na stałe, sprzedałem moje jednopokojowe mieszkanie we Wrocławiu o powierzchni dwudziestu czterech metrów kwadratowych za raptem tysiąc dwieście dolarów. Niemożność odwiedzenia Françoise odczułem jako wyjątkowo okrutną i poniżającą.

Jednak Françoise przyrzekła, że załatwi mi zaproszenie naukowe na krótki przyjazd do Paryża. I słowa dotrzymała. Z tym, że przed przyjazdem napisała mi, żebym potraktował nasz romans jako a non-recurring affair (jednorazowy romans). Sięgnąwszy po słownik, zrozumiałem, co miała na myśli. Wpadłem w rozpacz, ale podróży nie odwołałem. Do Paryża wyjechałem na tydzień w maju 1973 roku. Był to mój pierwszy wyjazd na Zachód. Zatrzymałem się w do dzisiaj istniejącej Stacji Naukowej PAN w Paryżu, gdzie osoba dzieląca ze mną pokój ostrzegła mnie, że jeden z gości nie jest naukowcem, tylko szpiclem.

Na mój wykład Françoise nie przyszła, ale wysłała, jak to sformułowała, „swojego agenta”, starszego, eleganckiego pana. Nazywał się Jean van Heijenoort. Zwróciłem na niego uwagę, bo na sali było raptem z dziesięć osób, a on odstawał wiekiem od reszty. Ale nie rozmawiałem z nim. Dużo później dowiedziałem się, że zanim został logikiem, był przez siedem lat sekretarzem i ochroniarzem („body-guard”) Trockiego w Meksyku, mieszkał u niego w domu i pomagał mu w pisaniu książek. Tak jak Trocki był krótko kochankiem malarki Fridy Kahlo i tak jak Trocki został zamordowany, również w Meksyku, ale dopiero w 1986 roku. Z tym, że w jego przypadku nie był to mord polityczny: zabiła go jego trzecia i czwarta żona (pobrali się dwa razy).

Dwa miesiące później wyjechałem na prestiżową konferencję z logiki do Wielkiej Brytanii. Odbyła się w Bristolu. Do wyjazdu udało mi się dokleić wizytę naukową w Leeds, a na koniec tygodniowy pobyt, jako turysta, w Londynie. Moja Mama pracowała wówczas w przedsiębiorstwie, które importowało maszyny dla górnictwa i dzięki temu miała kontakt z przedstawicielem jakiejś angielskiej firmy. Skontaktowała się z nim i to on opłacił mi tygodniowy pobyt w hoteliku w Londynie, zresztą w dobrej dzielnicy (chyba Finchley). Wcześniej Mama załatwiła mi przez niego niedostępną wówczas w Polsce do dzisiaj ważną książkę z logiki matematycznej, napisaną przez wybitnego amerykańskiego logika.

Pierwszym szokiem w Londynie była dla mnie jakaś demonstracja. Ze zdumieniem zobaczyłem, że była ochraniana, a nie atakowana przez policjantów. Z Polski demonstracje kojarzyły mi się raczej ze starciami studentów z milicją w marcu 1968 roku i tym, co przeczytałem w oficjalnej prasie o strzelaninach do strajkujących i demonstrujących robotników w Gdańsku, Gdyni i Szczecinie w grudniu 1970 roku, w czasie których według oficjalnych danych zginęło kilkadziesiąt osób.

W trakcie pobytu w Londynie poszedłem do Science Museum na Exhibition Road. W jednej z sal zobaczyłem zawieszony pod sufitem pierwszy na świecie samolot, Kitty Hawk, zbudowany przez braci Wright. Jako dziecko byłem bardzo zainteresowany wynalazkami, więc widok samolotu znanego mi ze zdjęć zrobił na mnie ogromne wrażenie.

W którymś momencie wbiegła do muzeum grupa angielskich nastolatków, w eleganckich garniturkach i krótkich spodenkach, i natychmiast rozpierzchła się po ogromnej sali. I nagle pomyślałem sobie: to oni do licha w wieku dziesięciu – dwunastu lat mogą sobie obejrzeć bez żadnych kłopotów ten pierwszy samolot, podczas gdy ja w ich wieku mogłem co najwyżej oglądać sobie jego zdjęcie w encyklopedii.

I może to dziwnie zabrzmi, ale bardzo mną to wstrząsnęło. Bo uświadomiłem sobie, ile jeszcze będzie w moim życiu takich sytuacji, że będę mógł najwyżej patrzeć na fotografie, podczas gdy inni będą podziwiać oryginał. I dojrzała we mnie decyzja, by jak najszybciej wyjechać z Polski. Do dzisiaj pamiętam, jak czekając w Londynie na Victoria Station na pociąg do Dover, chodziłem po peronie z zaciśniętymi pięściami, powtarzając sobie: „Muszę tu wrócić, muszę wrócić”.

Po powrocie z Londynu do Warszawy zapisałem się na intensywny kurs francuskiego od podstaw, piętnaście godzin w tygodniu, a resztę czasu poświęciłem na pisanie doktoratu. Zajęcia odbywały się wieczorami, pięć razy w tygodniu po trzy godziny. W czasie jednej z pierwszych lekcji dowiedziałem się ze zdziwieniem, że Francuzi jedzą też czwarty posiłek, souper, „po powrocie z teatru”. Gdy osiem lat potem zamieszkałem we Francji, z tym słowem się nie spotkałem. Pewnie obracałem się w nieodpowiednich (czytaj: emigranckich) sferach. Z tamtych czasów datuje się moja fascynacja muzyką Léo Ferrégo, niezwykłego francuskiego piosenkarza i poety, i zadeklarowanego anarchisty, którego płytę Il n’y a plus rien (Nic już nie zostało) pożyczyłem od znajomych i słuchałem na okrągło. Tytułowa piosenka jest szesnastominutowym deklamowanym atakiem na burżuazję. Zrozumienie jej niebywale długiego, liczącego ponad dwa tysiące trzysta słów, tekstu, który pracowicie przepisałem z okładki, zajęło mi ponad miesiąc. Do dzisiaj, gdy słucham piosenek Ferrégo, a właściwie jego traktatów muzycznych, przenoszę się myślami do czasów, gdy miałem dwadzieścia trzy lata i naiwnie sądziłem, że w życiu wszystko jest możliwe.

Umyśliłem sobie, że im szybciej skończę doktorat, tym większą będę miał szansę dostać jakieś stypendium na Zachodzie, najlepiej w Paryżu. I tak się stało.

Właścicielka małego mieszkania, w którym wynajmowałem pokój, zabroniła mi używać maszyny do pisania po dwudziestej pierwszej. Mimo tego, pracując na okrągło, udało mi się obronić pół roku później pracę doktorską z logiki matematycznej. Właśnie skończyłem dwadzieścia cztery lata i podobno zostałem najmłodszym doktorem w Polsce. Z tej okazji odbył się nawet ze mną jakiś wywiad do radia, w trakcie którego zapytano, jak to się stało, że tak szybko skończyłem doktorat. Rzecz jasna dałem jakąś wykrętną odpowiedź. Ale w głębi duszy już wiedziałem, że wielkich wyników w matematyce nie osiągnę. Czułem, że się do tego nie nadaję i że zabraknie mi talentu, wytrwałości i motywacji.

Parę miesięcy później zaoferowano mi stałą pracę w Instytucie Matematycznym PAN, co było wielkim wyróżnieniem, biorąc pod uwagę mój wiek. W tamtych czasach można było dostać pozwolenie na stały pobyt w Warszawie wyłącznie, gdy się tam urodziło lub gdy zostało się tam wydelegowanym do pracy.

Léo Ferré w 1972 roku

O tych przepisach dowiedziałem się w niemiły sposób, gdy po rozpoczęciu studiów doktoranckich złożyłem podanie o stały pobyt w Warszawie. Ponieważ powyższych warunków nie spełniałem, dostałem odmowę i przyznano mi tylko pozwolenie na pobyt czasowy, do ukończenia studiów doktoranckich. Gdy zaoferowano mi stałą pracę, by ominąć te przepisy, Instytut zarejestrował mnie jako pracownika w oddziale PAN-u we Wrocławiu, jako że miałem tam stałe zameldowanie. Doprowadziło to do sytuacji typu „Paragraf 22”, bo gdy znowu złożyłem podanie o stały pobyt, tym razem argumentując mój wniosek stałym zatrudnieniem, dostałem kolejną odmowę, umotywowaną tym, że „przecież” jestem zatrudniony na stałe we Wrocławiu.

Konsekwencją tej odmowy było, że nie mogłem się zapisać do spółdzielni mieszkaniowej, by móc za około dziesięć lat dostać jakąś kawalerkę. Czterdzieści lat potem wybrałem się – z banalnego powodu, który za chwilę wyjaśnię – na lunch z ówczesną wicedyrektor tego Instytutu, osobą z mojej generacji. Gdy dowiedziałem się, że pochodziła z Inowrocławia, zapytałem, jak sobie załatwiła stałe zameldowanie w Warszawie. „Pobrałam się” – odpowiedziała mi. (Jej mąż pochodził z Warszawy). To proste rozwiązanie nigdy nie przyszło mi na myśl.

Wkrótce po otrzymaniu stałego zatrudnienia, mój promotor, wybitny logik i wychowanek Alfreda Tarskiego, profesor Andrzej Mostowski, zaproponował mi, jak marzyłem, roczne stypendium za granicą, opłacone przez uniwersytet w nieznanym mi mieście Nijmegen w Holandii. Jak tylko się o tym dowiedziałem, poszedłem do księgarni, by sprawdzić w atlasie, jak daleko jest Nijmegen od Paryża. (Odpowiedź: około pięciuset kilometrów).

W lipcu udałem się pociągiem na konferencję w Finlandii, tranzytem przez Leningrad (obecnie Sankt Petersburg), w czasie którego miałem spędzić tam pół dnia. W tamtych czasach nie można było zakupić rosyjskich pieniędzy w Polsce. Zamiast tego dostałem voucher, który można było wymienić na pieniądze na granicy lub na końcowej stacji kolejowej w Leningradzie. Pociąg zatrzymał się na granicy na dwie godziny, ale nikt nie śmiał z niego wysiąść, bo nie wiadomo było, kiedy ruszy dalej. Po kilkunastu godzinach dojechaliśmy na miejsce o szóstej rano w niedzielę. Na stacji zastałem ogromne kolejki do zamkniętych okienek obsługi. Wiele osób spało pod ścianą lub siedziało na walizkach. W końcu ktoś mi powiedział, że mój voucher mogę zrealizować wyłącznie w jakimś hotelu w centrum miasta. Ruszyłem do niego metrem. Za bilet zapłaciłem drobnymi, które ktoś życzliwy wepchnął mi w dłoń, zrozumiawszy moją sytuację.

W metrze, na końcu niebywale długich ruchomych schodów, uderzył mnie niesłychany przepych, który kontrastował z zaniedbaną i brudną stacją kolejową. Marmurowe ściany błyszczały w świetle imponujących żyrandoli, a wszystkie teksty były napisane złoconymi literami. W pociągu wyglądało, że wielu pasażerów, zaopatrzonych w koszyki z jedzeniem i wędki, udawało się poza miasto. W przeciwieństwie do stacji kolejowej panowała kompletna, niepokojąca, cisza.

Po wymianie vouchera w hotelu ruszyłem na parogodzinne zwiedzanie miasta. Miałem ograniczony czas, dlatego musiałem wybrać, co obejrzeć. Wizytę w słynnym muzem Ermitaż odpuściłem, by zobaczyć drugą połowę historycznego finału w piłce nożnej między Holandią i Niemcami. Malutki telewizor w hotelowym holu był oblężony tłumem widzów, którzy głośno wspierali holenderską drużynę, raz po raz wykrzykując jakieś obraźliwe epitety na temat Niemców. Uzmysłowiło mi to, jak Rosjanie mogą nienawidzić Niemców. Gdy parę miesięcy potem wyjechałem do Holandii, zdałem sobie sprawę, że przegrana Holendrów w tym meczu stała się na lata przedmiotem ich narodowej traumy.

Ponieważ zostało mi trochę rosyjskich pieniędzy, których i tak nie wolno było wywozić, poprosiłem jakiegoś taksówkarza, by przewiózł mnie po mieście i pokazał najważniejsze zabytki. Zdziwił się, że jakiś dwudziestoczterolatek w ten sposób szasta pieniędzmi, a ja z kolei zdziwiłem się, że on tak dobrze zna historię swojego miasta.

Leningrad, pomimo imponujących zabytków, uderzył mnie swoją szarością, nawet w porównaniu do polskich warunków, długimi kolejkami przed nielicznymi restauracjami i zmęczonymi, często biednie ubranymi ludźmi. Ogromny baner z napisem „5 w 4” w końcu odszyfrowałem, interpretując go jako „Co należało stworzyć w obecnej pięciolatce, stworzymy przez cztery lata”.

Wieczorem dotarłem do słynnego Dworca Fińskiego, przez który Lenin potajemnie wrócił do Rosji w kwietniu 1917 roku, kilka miesięcy przed wybuchem Rewolucji Październikowej. Ja z kolei miałem za godzinę ruszyć z niego do Helsinek. Przynajmniej tak myślałem.

Do pociągu, pilnie strzeżonego przez żołnierzy, mnie nie wpuszczono, bo nie miałem miejscówki. Przywołałem całą moją znajomość języka rosyjskiego z obowiązkowych kilkunastu lat jego nauki w szkole i na uniwersytecie. Nic nie pomogło. Pociąg odjechał beze mnie i zostałem na peronie z wizą, której termin upływał o północy, i kilkoma kopiejkami w kieszeni. Ktoś zasugerował mi, bym pojechał na inną stację kolejową i zgłosił się tam do biura firmy Intourist.

W agencji Intourist zostałem skierowany do młodego Rosjanina, który doskonale mówił po angielsku i zajmował się już podobnym przypadkiem młodego Czecha. Aby nas przenocować, zabrał nas do wynajmowanego przez siebie pokoju. Od sąsiadów z drugiego pokoju pożyczył składane łóżko, które przydzielił Czechowi, jako że był z nas najwyższy, a ja wylądowałem razem z nim w jego łóżku.

Następnego dnia o szóstej rano załatwił nam obu bezpieczny wyjazd pociągiem do Helsinek. Na koniec pożegnaliśmy się serdecznie i wymieniliśmy adresy. W podziękowaniu wysłałem mu z Polski kilka książek w języku angielskim, niedostępnych w Związku Radzieckim. Nigdy go już nie spotkałem. Lata potem dowiedziałem się, że sowiecki Intourist miał obowiązek szpiegowania wszystkich turystów. Ciekaw jestem, czy KGB kiedykolwiek się dowiedziało, jak spędziliśmy noc.

Nijmegen: 1974–1975

Pod koniec sierpnia 1974 roku wyjechałem do Nijmegen pociągiem z Warszawy, z przesiadką w Utrechcie, z dwoma walizkami i... ciepłą kołdrą, przygotowaną przez moją Mamę. O dziwo, kołdra od razu mi się przydała, jako że pierwszą noc spędziłem na dmuchanym materacu w pokoju Guusa, doktoranta w instytucie, w którym miałem zacząć pracę. Guus pomógł mi w różnych drobnych, ale istotnych kwestiach, na przykład w zakupie używanego roweru. Wkrótce potem, któregoś wieczora wracałem rowerem pustą ulicą do domu, gdy znienacka zatrzymał mnie policjant przyczajony w dziecinny sposób za drzewem i wlepił mi mój pierwszy holenderski mandat: na pięć guldenów (w 1999 roku odpowiednik dwóch euro i dwudziestu siedmiu centów) za brak lampek. Po roku straciłem z Guusem kontakt, bo po doktoracie przestał parać się nauką. Niedawno sprawdziłem, co się z nim stało: był wówczas dyrektorem holenderskiego Biura Patentów (Octrooicentrum).

Nijmegen, miasto z około stu pięćdziesięcioma tysiącami mieszkańców, zrobiło na mnie, po pobycie w Warszawie, wrażenie dosyć prowincjonalnego. Pamiętam, że były tam raptem cztery kina, podczas gdy w Warszawie może z osiemdziesiąt. W Polsce często chodziłem do rozlicznych teatrów; w Nijmegen, z powodu nieznajomości holenderskiego, w jedynym teatrze nie byłem. Centrum było bardzo małe i życie toczyło się dużo wolniej. Miasto wyglądało na zadbane i robiło wrażenie spokojnego i statecznego. W przeciwieństwie do Polski, w sklepach można było wszystko dostać i nie widziałem nigdzie kolejek. Wieczorami paliły się neony sklepowe, a główne ulice były oświetlone działającymi latarniami.

Grupa, do której dołączyłem, składała się z profesora De Iongha, który nigdy nie ukończył doktoratu i którego ostatnia praca naukowa pochodziła z 1949 roku, i z może sześciu pracowników. Naukowo, w przeciwieństwie do Warszawy, gdzie w cotygodniowym seminarium brało udział ponad trzydzieści osób, nic się nie działo. Miałem wrażenie, że główną ambicją De Iongha było, by nikt z jego pracowników nie ukończył doktoratu. Był pretensjonalnym staromodnym dziwakiem i pasował bardziej do XIX wieku. Gdy raz zaprosił mnie na lunch do swojego mieszkania, zobaczyłem, że mieszkał z gospodynią, która do elegancko nakrytego stołu podała przygotowany przez siebie posiłek, po czym wycofała się usłużnie do kuchni. Słyszałem, że gdy pojechał na jakąś konferencję, walizkę niósł mu jeden z jego młodych pracowników.

Ale nie należy z tego wyciągać wniosku, że cały wydział matematyki tam tak funkcjonował. Lata potem, gdy zainteresowałem się teorią gier, poznałem przemiłego, niedawno zmarłego, profesora Stefa Tijsa, który mniej więcej w tym samym czasie napisał na uniwersytecie w Nijmegen doskonały doktorat z teorii gier. Wybór De Iongha na pozycję profesora był po prostu fatalną decyzją, która prawie doprowadziła do upadku logiki w Nijmegen.

Podczas pobytu w Nijmegen byłem z krótką wizytą na Uniwersytecie Oksfordzkim. Po przyjeździe zostałem serdecznie przyjęty przez dosyć ekscentrycznego Anglika, profesora Robina Gandy’ego, który – jak sprawdziłem – miał wówczas pięćdziesiąt sześć lat. Później dowiedziałem się, że Gandy był studentem Alana Turinga i podobno jego kochankiem (w Wikipedii jest tylko dyplomatycznie wspomniane, że Gandy był „a friend, student, and associate” – przyjacielem, studentem i współpracownikiem Alana Turinga). Kolejnego dnia zaproszono mnie na nieformalne party w jego mieszkaniu, gdzie poznałem wielu młodych naukowców z mojej dziedziny. Wszyscy byli bardzo mili, ale odczuwałem w tym jakąś formę współczucia dla nieszczęśnika, któremu wypadło żyć w komunistycznym kraju.

Znajoma Polka, mniej więcej w tym samym czasie będąca w Londynie, powiedziała mi, że raz ją zapytano, czy w Warszawie widzi się wielu komunistów na ulicach. Mnie się upiekło i podobnych pytań mi oszczędzono, chociaż wpadłem w innego typu pułapkę. Następnego dnia Gandy zaprosił mnie na spotkanie komitetu, który wybierał wina do jego college’u, tak zwanego wine tasting committee. W czasie spotkania tego – w moim komunistycznym odczuciu – wysoce ekscentrycznego komitetu, zajętego degustacją różnego rodzaju win, popełniłem wielką gafę, stwierdzając, że według mnie krykiet musi być wyjątkowo nudnym sportem. W odpowiedzi usłyszałem komentarz wypowiedziany wielce pretensjonalnym i pouczającym tonem, że jest subtelna (czytaj: nie dla każdego do zrozumienia) różnica między „nudnym” a „fascynującym” sportem.

O moim braku zrozumienia w tamtych czasach elementarnych podstaw funkcjonowania kapitalizmu może świadczyć moje zdziwienie, że na wydziale w Oksfordzie brakowało kopert, podczas gdy w Londynie ulica w pobliżu mojego hotelu była zasypana ulotkami: ciągle jeszcze nie rozumiałem, że ekonomia w kapitalizmie nie jest scentralizowana.

Naukowo, w przeciwieństwie do pracowitego okresu w Warszawie, w Nijmegen prawie niczego nie zrobiłem. Czas spędzałem głównie na planowaniu, jak zostać na stałe na Zachodzie. Zacząłem od sporządzenia czegoś, co obecnie nazywa się decision diagram, w którym przeanalizowałem różne możliwe scenariusze. Konsekwencją były listy, które wysłałem do kilkunastu osób rozproszonych po Zachodniej Europie, najczęściej znajomych mojej rodziny. Z napięciem oczekiwałem na odpowiedzi, naiwnie wierząc, że zasugerują mi jakieś cudowne rozwiązanie. Moim marzeniem było zamieszkanie w Paryżu, więc kontynuowałem studiowanie francuskiego kosztem nauki holenderskiego.

Gdy piszę o tym pięćdziesiąt lat później, trudno mi uwierzyć, jak byłem wówczas naiwny. Wydawało mi się, że przeprowadzając się do wymarzonego kraju, w moim przypadku Francji, po prostu stanę się po jakimś czasie Francuzem. Po siedmiu latach dopiąłem swego i przeprowadziłem się do Paryża, ale po następnych sześciu, zawiedziony moimi doświadczeniami, wróciłem do Holandii. W którymś momencie zrozumiałem, że zostanę emigrantem do końca życia, przede wszystkim w odczuciu innych.

W każdym obcym języku mówię z akcentem i gdziekolwiek mieszkałem po wyjeździe z Polski, byłem uważany za obcokrajowca. Łączy się to z różnymi, czasami zabawnymi sytuacjami. We Francji czasami uważano, że jestem Anglikiem, a w Holandii, że pochodzę z Niemiec. Raz w Stanach Zjednoczonych ktoś uznał, że jestem Francuzem, bo powiedziałem, że mieszkam w Paryżu. Osoby z lepszym słuchem orientują się, że pochodzę ze Wschodniej Europy. Od nich do niedawna dostawałem pełne troski pytanie, czy mi się tu podoba.

W Holandii niemal co tydzień spotykam się z pytaniem, czy nie przejść w rozmowie na angielski. Ostatnio często odpowiadam: mieszkam tutaj dłużej niż ty. Parę miesięcy temu, gdy po dziesięciu minutach rozmowy brat sąsiada stwierdził, że świetnie mówię po holendersku, odpowiedziałem z przymrużeniem oka, że on też. (Był to komentarz na temat jego akcentu z Brabancji, południowej prowincji Holandii, który chętnie komentują Amsterdamczycy). Niedawno miły turecki właściciel sklepu, gdzie kupuję warzywa, zdobył się na odwagę i zapytał, ile lat tu mieszkam, po czym pochwalił mnie za mój holenderski. Takie przykłady mogę mnożyć. Zwróciłem uwagę, że w Holandii im ktoś gorzej mówi po angielsku, tym chętniej chce rozmawiać w tym języku. Czasami ja kontynuuję rozmowę po holendersku, a druga osoba po angielsku.

Moje imię każdy obcokrajowiec wymawia inaczej, praktycznie nigdy poprawnie, a pisze je niemal zawsze błędnie. Najczęstszą wersją jest Krzystoff lub Krysztof (przykład na zdjęciu). Nigdy na to nie reaguję, co oszczędza dużo czasu.

By móc uchodzić za Holendra, nie wystarczy znać holenderski. Gdy dwadzieścia lat temu byłem w Wiedniu, zapytałem kogoś o drogę do muzeum. Na pytanie, skąd pochodzę, by nie komplikować sprawy, powiedziałem: „Mieszkam w Amsterdamie”. W odpowiedzi otrzymałem komentarz: „Ale nie jesteś Holendrem”. Gdy zapytałem, skąd ten wniosek, otrzymałem rozbrajającą odpowiedź: „Bo Twój niemiecki jest bardzo słaby”.

Dyplom stwierdzający, że zostałem w 2006 roku członkiem Academia Europaea, z błędną wersją mojego imienia

Ale wróćmy do 1974 roku. W tym czasie mieszkało w Holandii wyjątkowo mało Polaków. W Nijmegen poznałem chyba wszystkie pięć osób. Od jednej pary pożyczałem książki Wydawnictwa Instytutu Literackiego (potocznie zwanego „Kulturą Paryską”), w szczególności Zniewolony umysł Miłosza, Archipelag Gułag Sołżenicyna i 1984 Orwella. O Sołżenicynie było wówczas głośno również w Polsce, ale nie wiedziałem, że został przetłumaczony na polski. Czytałem te książki do trzeciej nad ranem. Zrobiły na mnie porażające wrażenie. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę ze skali zakłamania w Polsce i Związku Radzieckim, a także – do jakiego stopnia byłem naiwnym ignorantem w kwestiach polityki i historii komunizmu. I postanowiłem, że muszę coś zrobić, by udostępnić te książki czytelnikom w Polsce.

Pod koniec roku pojechałem do Paryża, rzecz jasna głównie po to, by móc spotkać się z Françoise (której jeszcze nie wybiłem sobie z głowy), ale też, aby rozeznać się, czy mógłbym tam znaleźć pracę na jakimś uniwersytecie. W tym celu sfałszowałem zaproszenie do Paryża na papierze firmowym mojego Instytutu z Warszawy, co pozwoliło mi uzyskać konieczną na taki wyjazd zgodę polskiego konsulatu w Hadze, która z kolei umożliwiła mi dostanie francuskiej wizy.

mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij