Jak przestać się martwić i zacząć żyć - ebook
Przestań się martwić – zacznij żyć pełnią życia!
Czy martwisz się o pracę, pieniądze, rodzinę lub relacje? Czy stres i niepokój odbierają Ci radość dnia codziennego? Czy zastanawiasz się, jak uwolnić się od nawyku ciągłego zamartwiania się i wreszcie poczuć spokój?
Dale Carnegie pokazuje praktyczne strategie, które pomogły milionom ludzi uwolnić się od destrukcyjnego nawyku martwienia się. W książce znajdziesz m.in. sposoby na ograniczenie codziennych zmartwień, metody radzenia sobie z krytyką, strategie poprawy samopoczucia i wskazówki na bardziej pozytywne, radosne życie.
Sięgnij po tę książkę i odkryj, jak kontrolować stres, odzyskać spokój i zbudować szczęśliwszą, wolną od zmartwień codzienność. Dale Carnegie, mistrz sztuki budowania relacji i rozwoju osobistego, dzieli się doświadczeniem, które zmieniło życie milionów czytelników na całym świecie.
Zmień swój sposób myślenia. Zmień swoje życie.
| Kategoria: | Poradniki |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-18021-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
O autorze
Dale Carnegie – amerykański pisarz, wykładowca oraz autor sławnych kursów z zakresu samodoskonalenia, sprzedaży, szkoleń firmowych, wygłaszania mów publicznych i rozwijania umiejętności interpersonalnych – był drugim synem ubogiego farmera Jamesa Williama Carnegiego i jego żony Amandy Elizabeth Harbison. Przyszedł na świat w 1888 roku w miejscowości Maryville w stanie Missouri. Choć wstawał co noc o czwartej, aby wydoić krowy, ukończył State Teacher’s College w Warrensburgu. Po ukończeniu studiów zajął się sprzedażą kursów korespondencyjnych, a następnie bekonu, mydła oraz smalcu, które produkowała firma Armour & Company.
W 1911 roku Carnegie zrezygnował z pracy sprzedawcy po odłożeniu pięciuset dolarów, zamierzając zaangażować się w ruch Chautauqua, lecz zamiast zostać wykładowcą, zapisał się na American Academy of Dramatic Arts. Nie odniósł jednak sukcesu na scenie i wrócił bez oszczędności do Nowego Jorku. Mieszkając w budynku należącym do YMCA, wpadł na pomysł poprowadzenia wykładów z nauki publicznych przemówień. W trakcie pierwszych zajęć omówił przed czasem cały przygotowany materiał i poprosił uczestniczące w nich osoby, aby opowiedziały o tym, co je denerwuje. Okazało się, że rozmawiając na ten temat, odczuwały one znacznie mniejszy lęk przed publicznymi wystąpieniami. Dzięki tej wiedzy poszerzył w 1912 roku zakres zagadnień omawianych na kursie, a zaledwie dwa lata później zarabiał pięćset dolarów tygodniowo, spełniając pragnienia wielu Amerykanów pragnących rozwijać własne umiejętności. W 1916 roku stać go już było na wynajęcie Carnegie Hall i wygłoszenie w wypełnionej po brzegi operze wykładu.
Swoją wiedzę Dale Carnegie zawarł w książce _Jak przemawiać publicznie. Praktyczny kurs dla ludzi biznesu_ (wydanej w 1926 roku), lecz zmienił kilka lat później jej tytuł na _Jak przemawiać publicznie i wpływać na ludzi biznesu_ (wydanie z 1932 roku). Opublikowana w 1936 roku przez wydawnictwo Simon & Schuster książka _Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi_ stała się bestsellerem, a zarazem najlepiej sprzedającą się pozycją w całym dorobku autora. Zawarł w niej praktyczne porady pomagające wieść udane życie zawodowe i osobiste. Do dziś korzystają z niej osoby korzystające z usług Dale Carnegie Training. Książka składa się z czterech części:
Część 1: Podstawowe techniki obchodzenia się z ludźmi.
Część 2: Sześć sposobów na to, aby inni nas lubili.
Część 3: Jak przekonać innych ludzi do naszych pomysłów i sposobu myślenia.
Część 4: Bądź liderem: jak zmieniać ludzi, nie obrażając ich i nie wzbudzając w nich niechęci.
W chwili śmierci autora przetłumaczono ją na trzydzieści jeden języków i sprzedano w pięciu milionach egzemplarzy.
Podczas I wojny światowej Dale Carnegie służył w amerykańskiej armii. W 1931 roku rozwiódł się z pierwszą żoną, a w 1944 ożenił ponownie, z Dorothy Price Vanderpool. _Jak przestać się martwić i zacząć żyć_ ukazało się po raz pierwszy w 1948 roku w Wielkiej Brytanii nakładem wydawnictwa Chaucer Press.
Carnegie zdał sobie sprawę, że większość dorosłych osób zmaga się z obawami. Przeczytał wszystkie dostępne mu książki na temat trosk, wysłuchał wielu wykładów na temat radzenia sobie ze zmartwieniami i wykonał stosowne eksperymenty w trakcie zajęć, które prowadził. Zebrane w ten sposób doświadczenia przełożyły się na książkę _Jak przestać się martwić i zacząć żyć_. Autor odniósł się w niej do subtelności codziennego życia, oferując praktyczne porady pomagające przezwyciężać obawy i wieść szczęśliwe oraz satysfakcjonujące życie. Zawarł też w niej najważniejsze informacje na temat poczucia troski wraz ze skutecznymi sposobami radzenia sobie z nim. Jego książka pomogła niezliczonym rzeszom czytelników oraz zainspirowała ich i do dziś pozostaje bestsellerem.
Zmarł w 1955 roku we własnym domu w Forest Hills, przeżywszy sześćdziesiąt sześć lat. Pochowano go na cmentarzu w mieście Belton w stanie Missouri.DZIEWIĘĆ WSKAZÓWEK I RAD NA TEMAT TEGO, JAK ODNIEŚĆ Z CZYTANIA TEJ KSIĄŻKI NAJWIĘKSZE KORZYŚCI
Dziewięć wskazówek i rad na temat tego, jak odnieść z czytania tej książki największe korzyści
1
Jeśli chcecie zyskać jak najwięcej na czytaniu niniejszej książki, musicie spełnić jeden bezwzględnie konieczny wymóg, znacznie istotniejszy niż jakiekolwiek zasady bądź techniki. Jeśli nie macie tej fundamentalnej cechy, nie pomoże wam stosowanie się nawet do tysiąca reguł. A jeśli macie tę wrodzoną zdolność, zdołacie osiągnąć cudowne rzeczy bez czytania rad na temat efektywnego korzystania z poradnika.
Jaki jest ten tajemniczy wymóg? Po prostu szczera i mocna chęć do nauki oraz wielka chęć, by przestać się martwić i zacząć żyć.
Jak można wykształcić w sobie powyższe cechy? Dzięki stałemu przypominaniu sobie, jak bardzo są dla nas istotne. Musimy wyobrazić sobie, jak ich udoskonalanie prowadzi nas ku bogatszemu i szczęśliwszemu życiu. Musimy powtarzać sobie raz po raz: „Mój spokój ducha, moje szczęście, zdrowie, a zapewne także i zarobek zależeć będą od stosowania oczywistych i odwiecznych prawd zawartych w tej książce”.
2
Czytajcie kolejne rozdziały bez zagłębiania się w szczegóły, aby zyskać właściwą perspektywę. Nie ulegajcie pokusie i nie przeskakujcie pospiesznie do następnych – chyba że czytacie wyłącznie dla przyjemności. Jeśli chcecie poprawić własne umiejętności nawiązywania relacji z innymi, wróćcie do początku rozdziału i przeczytajcie go uważniej raz jeszcze. W ten sposób zaoszczędzicie czas i szybciej osiągnięcie rezultaty.
3
Przerywajcie często czytanie, by zastanowić się nad tym, co przeczytaliście. Spróbujcie ustalić, jak i kiedy macie zastosować w praktyce zamieszczone w tekście sugestie. W ten sposób odniesiecie znacznie większe korzyści, niż pędząc do przodu niczym chart goniący zająca.
4
Czytajcie z kredką, ołówkiem, długopisem, markerem lub mazakiem w dłoni. Jeśli natraficie na radę, którą moglibyście waszym zdaniem wykorzystać, podkreślcie ją. Jeśli będzie to sugestia czterogwiazdkowa, podkreślcie lub zakreślcie każde zdanie albo postawcie przy nich ****. Zaznaczanie tekstu czyni proces czytania bardziej interesującym, a dodatkowo ułatwia i przyspiesza jego późniejsze przeglądanie.
5
Znałem pewnego mężczyznę, który przez 15 lat pracował jako kierownik w dużej firmie ubezpieczeniowej. Każdego miesiąca przeglądał wszystkie umowy zawarte w tym okresie z klientami. Oznaczało to, że miesiąc po miesiącu i rok po roku czytał często te same dokumenty. Dlaczego tak robił? Doświadczenie nauczyło go, iż tylko w ten sposób będzie w stanie zapamiętać wszystkie klauzule.
Książkę o wygłaszaniu przemów pisałem przez dwa lata, a mimo to zaglądałem do niej od czasu do czasu, aby przypomnieć sobie, co napisałem. Szybkość, z jaką zapominamy, jest zdumiewająca.
Jeśli chcecie wynieść z czytania tej książki jak najwięcej, przejrzenie jej pospiesznie raz z pewnością nie wystarczy. Po uważnym przeczytaniu każdego rozdziału powinniście wracać do niego każdego kolejnego miesiąca. Trzymajcie książkę na biurku, aby stale mieć ją przed oczami. Często ją przeglądajcie. Zaskakujcie samych siebie różnorodnymi możliwościami rozwoju, które czekają za horyzontem. Pamiętajcie przy tym, że stosowanie reguł wejdzie wam w nawyk tylko poprzez ich stałe i zdecydowane stosowanie.
6
Bernard Shaw powiedział: „Jeśli nauczysz człowieka czegokolwiek, niczego się nie nauczy”. I miał rację. Nauka to aktywny proces. Uczymy się poprzez działanie. Jeśli chcecie zdobyć umiejętności opisane w tej książce, musicie zacząć z nich korzystać i robić to przy każdej okazji. W przeciwnym razie szybko o nich zapomnicie. Zapamiętujemy tylko tę wiedzę, z której robimy użytek.
Zastosowanie wszystkich reguł będzie z pewnością trudne. Dobrze o tym wiem, bo chociaż napisałem o nich książkę, to sam miewam problemy z robieniem tego, do czego zachęcam czytelników. Czytając tę książkę, przypominajcie sobie, że nie robicie tego wyłącznie w celu zdobycia informacji. Próbujecie wykształcić w sobie nowe nawyki. Ba, próbujecie żyć w nowy sposób. A do tego będziecie potrzebowali czasu, uporu i codziennej praktyki.
Dlatego często wracajcie do przeczytanych już stron. Potraktujcie tę książkę jak podręcznik na temat radzenia sobie ze zmartwieniami, a gdy natkniecie się na konkretny problem, postarajcie się nie martwić. Nie ulegajcie impulsom, gdyż jest to zazwyczaj działanie niewłaściwe.
Zamiast tego sięgnijcie po tę książkę i przeczytajcie ponownie zakreślone wcześniej fragmenty, a następnie próbujcie zamieszczone w nich rady zastosować w praktyce i przyglądajcie się zaskakującym efektom podejmowanych decyzji.
7
Wręczajcie żonom po złotówce za każdym razem, gdy złamiecie którąś z zasad. Szybko zabraknie wam drobnych!
8
Zwróćcie szczególną uwagę na to, co na stronach 274–275 powiedzieli o korygowaniu własnych pomyłek bankier H.P. Howell i Benjamin Franklin. Spróbujcie odnieść przytoczone przez nich techniki do własnych prób stosowania zawartych w książce porad. Będzie to miało dwojaki skutek.
Po pierwsze, zaangażujecie się w proces nauki, zarówno ciekawy, jak i bezcenny.
Po drugie, szybko zorientujecie się, że wasze umiejętności radzenia sobie ze zmartwieniami i życia pełną piersią rozkwitną niczym wiosenna łąka.
9
Prowadźcie dziennik i zapisujcie w nim odnoszone sukcesy. Bądźcie szczegółowi w opisach zdarzeń. Notujcie nazwiska, daty, adresy, końcowe rezultaty. Taki rejestr zachęci was do większych wysiłków, a po latach zapewni fascynującą lekturę!
W skrócie:
1. Wykształć w sobie silną potrzebę stosowania reguł radzenia sobie ze zmartwieniami.
2. Czytaj każdy rozdział dwukrotnie przed przejściem do kolejnego.
3. Często przerywaj czytanie, aby zastanowić się nad zastosowaniem podawanych rad.
4. Podkreślaj w tekście najważniejsze fragmenty.
5. Wracaj do tej książki każdego miesiąca.
6. Stosuj opisane w niej reguły przy każdej okazji. Korzystaj z niej jak z poradnika pomagającego w rozwiązywaniu codziennych problemów.
7. Przekształć proces nauki w grę, prezentując znajomym lub bliskim drobne za każde złamanie którejś z reguł.
8. Sprawdzaj co tydzień czynione postępy. Zastanawiaj się nad popełnionymi błędami, rzeczami do poprawy i tym, czego już się nauczyłeś.
9. Sporządzaj notatki na końcu książki, zapisując przypadki zastosowania przez siebie zasad.Rozdział 1. Żyj w „dziennych przedziałach”
Rozdział 1
Żyj w „dziennych przedziałach”
Wiosną 1871 roku pewien młody mężczyzna wziął do ręki książkę i przeczytał dwadzieścia jeden słów, które w istotny sposób wpłynęły na jego późniejsze życie. Mieszkał w Montrealu, był studentem medycyny, pracował w miejscowym szpitalu i stale zamartwiał się końcowymi egzaminami, najbliższą przyszłością, rozpoczęciem praktyki lekarskiej, zarabianiem na życie.
Wspomniane powyżej dwadzieścia jeden słów pomogło temu młodemu człowiekowi stać się najsłynniejszym lekarzem swojego pokolenia. Współtworzył wydział medyczny na Uniwersytecie Johna Hopkinsa i uzyskał tytuł profesora królewskiego na wydziale medycznym Uniwersytetu Oksfordzkiego, co jest największym zaszczytem, jakiego może dostąpić lekarz praktykujący w Królestwie Brytyjskim. Otrzymał ponadto od monarchy tytuł szlachecki. Do opisania jego życia w pełni potrzebne było aż tysiąc czterysta sześćdziesiąt sześć stron.
Ów młodzieniec nazywał się William Osler. Wiosną 1871 roku miał dwadzieścia jeden lat, a ustęp, który wówczas przeczytał, pochodził z dzieła Thomasa Carlyle’a i brzmiał: „Naszym głównym celem nie powinno być wypatrywanie tego, co odległe i niewyraźne, lecz czynienie tego, co leży w zasięgu naszej ręki”.
Pewnego wiosennego wieczoru, czterdzieści dwa lata później, gdy na terenie kampusu rozkwitały tulipany, sir William Osler wygłosił przemowę do studentów Uniwersytetu Yale. Zapewnił ich, że nawet taki mózg jak jego – profesora czterech szkół wyższych i autora bardzo popularnej książki – nie odznaczał się „niczym szczególnym”. Dodał nawet, że jego przyjaciele wiedzieli, iż „był on jak najbardziej przeciętny”.
W czym tkwiła zatem tajemnica odniesionego przez Oslera sukcesu? Profesor wyznał studentom, że osiągnął go dzięki życiu w „dziennych przedziałach”. Co miał przez to na myśli? Kilka miesięcy przed wygłoszeniem mowy na Uniwersytecie Yale Osler przebył na pokładzie pasażerskiego liniowca Atlantyk. W trakcie tej podróży dowiedział się, że stojący na mostku kapitan mógł za pomocą jednego tylko przycisku – przy wtórze pobrzękującej maszynerii – oddzielić od siebie poszczególne części statku, czyniąc je w ten sposób wodoszczelnymi. „Wy wszyscy jesteście strukturami znacznie bardziej cudownymi niż oceaniczny liniowiec i odbywającymi o wiele dłuższe podróże – zwrócił się do studentów Osler. – Zachęcam was, abyście nauczyli się kontrolować własne maszynerie, aby żyć w «dziennych przedziałach», gdyż w ten sposób zagwarantujecie sobie bezpieczne wojaże. Stańcie na mostku i upewnijcie się, że grodzie działa bez zarzutu. Wciśnijcie przycisk i posłuchajcie, jak żelazne drzwi zamykają się, oddzielając was od Przeszłości i minionych dni na każdym poziomie waszego życia. Dotknijcie kolejnego i spuśćcie w myślach kurtynę na Przyszłość i nienarodzone jutra. Wówczas będziecie bezpieczni. Bezpieczni na dziś (…)! Oddzielcie przeszłość! Niech martwa pogrzebie swoje zwłoki (…). Oddzielcie minione dni, które rozświetliły drogę głupcom do szarawej śmierci (…). Niesiony stale ciężar jutra i ciężar wczorajszych dni sprawiają trudności nawet najsilniejszym z nas. Oddzielcie się od przyszłości równie szczelnie jak od przeszłości (…). Przyszłość dzieje się teraz (…). Nie ma jutra. Nastał dzień zbawienia ludzkości. Utrata zapału, mentalne bolączki, niepokoje, obawy towarzyszą ludziom martwiącym się o przyszłość (…). Zamknijcie szczelnie przednie i tylne grodzie i wyróbcie w sobie nawyk życia w dziennych przedziałach”.
Czy doktor Osler miał w takim razie na myśli, że nie powinniśmy w ogóle szykować się na to, co przyniesie przyszłość? Oczywiście, że nie. Stwierdził jednakże, że najlepszym sposobem na dbanie o przyszłość jest skupienie całego zapału i całej inteligencji na jak najlepszym wykonywaniu bieżących czynności, gdyż w ten sposób skutecznie się do niej przygotujemy.
Sir William Osler zachęcał studentów Uniwersytetu Yale, aby rozpoczynali dzień od słów modlitwy: „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”.
Zwróćcie uwagę, że jest w niej mowa wyłącznie o chlebie „powszednim”. Nie ma w niej utyskiwań na czerstwy chleb zjedzony wczoraj. Nie znajdziecie w niej też słów: „O, dobry Boże, mamy strasznie gorącą porę roku i szykuje się kolejna susza. A jeśli do niej dojdzie, to jak kupię chleb na jesieni? A jeśli stracę do tego pracę? Dobry Boże, za co wtedy kupię chleb?”.
Modlitwa uczy nas, aby prosić wyłącznie o strawę na dziś. Przecież i tak możemy zjeść tylko ten chleb, który mamy.
Wiele lat temu pewien niemający grosza przy duszy filozof wybrał się na wędrówkę przez kamienistą i równie ubogą co on krainę, której mieszkańcy z trudem wiązali koniec z końcem. Któregoś dnia przystanął na wzgórzu i wówczas zebrał się wokół niego tłum gapiów. Mężczyzna wygłosił wówczas najsławniejszą i najczęściej cytowaną mowę w historii całej ludzkości. Znalazło się w niej następujące dwadzieścia jeden słów, które powtarzano potem przez wieki: „Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy”¹.
Wielu ludzi odrzucało nauki Jezusa o nietroszczeniu się o przyszłość, dopatrując się w nich wpływu orientalnego mistycyzmu. „Przecież muszę myśleć o jutrze – stwierdzali. – Muszę zabezpieczyć byt mojej rodziny. Muszę odłożyć pieniądze na starość. Muszę zaplanować przyszłość i się do niej przygotować”.
I mieli przy tym rację! Myślenie, snucie planów o przyszłości i przygotowywanie się na to, co nadejdzie, są zachowaniem normalnym. Nie jest nim jednakże troska.
W trakcie wojen dowódcy armii _tworzą plany_ na przyszłość. Nie mogą sobie jednak pozwolić na to, aby dopuścić do głosu własne obawy. „Zaopatrzyłem najlepszych ludzi w najlepszy dostępny sprzęt – stwierdził admirał Ernest J. King, który w trakcie II wojny światowej piastował stanowisko szefa sztabu Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. – Powierzyłem im najbardziej sensowne zadania. Tylko tyle mogę zrobić”.
„Kiedy okręt idzie na dno, nie odzyskam go – powiedział również King. – Nie zapobiegnę jego zatopieniu. Znacznie lepiej spożytkuję czas, pracując nad przyszłymi problemami, niż zamartwiając się tym, co było wczoraj. Co więcej, gdybym na to sobie pozwolił, długo bym nie wytrzymał”.
Zarówno w czasach wojny, jak i w czasach pokoju różnica pomiędzy dobrym a złym myśleniem polega na tym, że myśląc właściwie, skupiamy się na skutkach i przyczynach, co skutkuje logicznymi oraz konstruktywnymi planami, myśląc zaś źle, dopuszczamy do głosu obawy, co prowadzi do powstania napięć i nerwowych załamań.
Miałem niedawno zaszczyt przeprowadzić wywiad z Arthurem Haysem Sulzbergerem, wydawcą jednej z najsławniejszych gazet na całym świecie – „The New York Times”. Wyznał, że gdy wojenna pożoga objęła Europę, tak bardzo obawiał się o przyszłość, że nie mógł w ogóle zasnąć. Regularnie wstawał z łóżka w środku nocy, po czym siadał do sztalug i spoglądając w lustro, próbował namalować autoportret. Nie umiał malować, ale robił to, aby oddalić od siebie obawy. Pan Sulzberger dodał, że wyzbył się trosk i odnalazł spokój ducha, dopiero gdy wziął sobie do serca słowa śpiewanego w kościele hymnu:
_Prowadź mnie, Światło, swą błogą opieką (…)_
_Nie proszę rajów odległych widoku,_
_Starczy promyczek dla jednego kroku²._
Mniej więcej w tym samym czasie podobną lekcję przyswajał sobie pewien odziany w mundur i przebywający w Europie młodzieniec. Zwał się Ted Bengermino i mieszkał w Baltimore pod adresem Newholme Road 5716. Ted zamartwiał się tak bardzo, że nabawił się nerwicy frontowej.
„W kwietniu 1945 roku zamartwiałem się tak bardzo, że zdaniem lekarzy dostałem spazmów okrężnicy poprzecznej, które wywoływały straszliwy ból” – napisał Ted Bengermino.
„Gdyby wojna zakończyła się później, a nie wtedy, kiedy się zakończyła, moje ciało z pewnością odmówiłoby posłuszeństwa.
Byłem całkowicie wyczerpany. Służyłem w stopniu podoficerskim w 94 Dywizji Piechoty i odpowiadałem za rejestrację grobów. Moja praca polegała na prowadzeniu spisów wszystkich poległych, zaginionych i hospitalizowanych żołnierzy. Pomagałem też przy ekshumacji zwłok zarówno alianckich, jak i nieprzyjacielskich żołnierzy pochowanych pośpiesznie w płytkich grobach w trakcie toczonych bitew. Zbierałem ich osobiste rzeczy i odsyłałem najbliższym osobom, rodzicom, krewnym. Stale obawiałem się, że popełnię jakiś poważny i wstydliwy błąd. Bałem się też, czy zdołam przeżyć wojnę. Martwiłem się, czy dane mi będzie potrzymać na rękach moje jedyne dziecko – szesnastomiesięcznego synka, którego nie widziałem nawet na oczy. Zamartwiałem się tak bardzo, że schudłem piętnaście kilogramów. Wręcz odchodziłem od zmysłów. Gdy spoglądałem na swoje dłonie, widziałem tylko skórę i kości. Przerażała mnie myśl, że wrócę do domu, będąc wrakiem człowieka. Załamałem się i łkałem jak dziecko. Za każdym razem, gdy zostawałem sam, łzy napływały mi do oczu. Po bitwie o Ardeny płakałem już tak często, że straciłem resztki nadziei na to, że będę jeszcze kiedyś normalnie funkcjonował.
Trafiłem do wojskowego ambulatorium. Służący w nim lekarz dał mi pewną radę, która odmieniła całkowicie moje życie. Najpierw starannie mnie przebadał, po czym uznał, że moje problemy zdrowotne mają podłoże psychiczne. A potem powiedział: «Ted, wyobraź sobie, że twoje życie to klepsydra. Wiesz, że w jej górnej bańce spoczywa tysiąc ziarenek piasku przesypujących się powoli przez wąską szyjkę na spód. Ani ty, ani ja nie jesteśmy w stanie przyspieszyć tego procesu bez uszkadzania samego zegara. Każdy z nas jest taką klepsydrą. Rozpoczynamy kolejne dni, myśląc o dziesiątku zadań i obowiązków, jakie musimy wykonać, ale jeśli nie zabierzemy się do nich pojedynczo i powoli, na podobieństwo przesypujących się ziarenek piasku, to z całą pewnością uszkodzimy własne ciała i umysły».
Od tamtej pory stosuję się do tej życiowej filozofii, którą usłyszałem z ust wojskowego lekarza. «Jedno ziarenko piasku na raz. Jedna czynność na raz». Dzięki tej radzie przetrwałem wojnę fizycznie i psychicznie, a po jej zakończeniu poradziłem sobie w nowej pracy – odpowiadam za kontrolę zasobów w firmie Commercial Credit Company. Mierzę się w niej z podobnymi problemami co na wojnie, czyli koniecznością wykonywania wielu zadań jednocześnie w połączeniu z brakiem czasu – kupowanie brakujących akcji, wypełnianie nowych formularzy, zawieranie nowych umów, zmienianie adresów, otwieranie i zamykanie biur i tak dalej. Zamiast się denerwować i martwić, myślałem o tym, co powiedział mi lekarz: «Jedno ziarenko piasku na raz. Jedna czynność na raz». Powtarzając w myślach te słowa, wykonywałem kolejne zadania sprawnie, efektywnie i bez obaw, które na wojnie uczyniły ze mnie wraka”.
Fakt, że ponad połowę szpitalnych łóżek zajmują dziś osoby zmagające się z nerwowymi i psychicznymi dolegliwościami, czyli ludzie przygnieceni ciężarem obaw o przyszłość oraz przyszłość, jest zatrważającym komentarzem współczesnego świata. Większość z tych pacjentów spacerowałaby radośnie po chodnikach, wiodąc szczęśliwe życia, gdyby wsłuchała się w słowa Jezusa: „Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro”, albo sir Williama Oslera: „Żyjcie w dziennych przedziałach”.
Wszyscy stoimy w tej chwili w punkcie, w którym stykają się dwie nieskończoności – bezkresna i odwieczna przeszłość oraz przyszłość sięgająca ostatniej sylaby czasu. Nie możemy w nich żyć nawet przez ułamek sekundy. Próbując tego dokonać, niszczymy własne ciała i umysły. Zadowalajmy się zatem tym, co jest nam dane, czyli dniem trwającym od chwili, gdy wstajemy z łóżka, po chwilę, w której się do niego ponownie kładziemy. „Każdy z nas jest w stanie dźwigać swój ciężar, bez względu na to, jak jest duży, aż do zapadnięcia zmroku – napisał Robert Louis Stevenson. – Każdy może wykonywać powierzoną mu pracę, bez względu na to, jak jest ona trudna, przez jeden dzień. Każdy może wieść słodkie, spokojne, czyste i pełne miłości życie od wschodu do zachodu słońca. Bo na tym polega właśnie życie”.
Zanim rady te przyswoiła sobie pani E.K. Shields z Saginaw w stanie Michigan, troski i obawy sprawiły, że zaczęła myśleć o popełnieniu samobójstwa.
„W 1937 roku straciłam męża – wyznała, opowiadając mi swoją historię. – Byłam zrozpaczona i bez grosza przy duszy. Napisałam list do byłego pracodawcy – pana Leona Roacha z firmy Roach-Fowler w Kansas City – a ten ponownie mnie zatrudnił. Przed laty sprzedawałam podręczniki, odwiedzając szkoły na wsiach i w małych miasteczkach. Dwa lata temu, kiedy zachorował mój mąż, sprzedałam samochód, ale zdołałam zebrać wystarczającą sumę na zaliczkę i kupiłam używane auto, aby wrócić do pracy.
Myślałam, że dzięki służbowym podróżom poczuję się mniej przygnębiona, lecz samotna jazda autem i spożywane w samotności posiłki sprawiły, że popadłam w jeszcze większą depresję. Sprzedawałam niewiele książek i choć raty za samochód były niewielkie, miałam coraz większe problemy z ich spłatą.
Wiosną 1938 roku zatrzymałam się w Versailles w stanie Missouri. Okoliczne szkoły były biedne, a drogi znajdowały się w fatalnym stanie. Samotność i zniechęcenie doskwierały mi tak bardzo, że zaczęłam myśleć o samobójstwie. Sukces wydawał się niemożliwy od osiągnięcia. Nie miałam powodu, by dalej żyć. Bałam się każdego poranka, bo zmuszał mnie do konfrontacji z życiem. Obawiałam się o wszystko – że nie zdołam spłacić rat za samochód, że zabraknie mi pieniędzy na czynsz, że nie będę miała za co kupić jedzenia. Bałam się, że podupadnę na zdrowiu i że nie stać mnie będzie na wizytę u lekarza. Od targnięcia się na własne życie powstrzymywała mnie jedynie myśl o siostrze i smutku, w którym z pewnością by się pogrążyła, a także braku pieniędzy na pochówek.
Pewnego dnia przeczytałam jednak artykuł, który dodał mi odwagi i rozwiał przygnębienie. Do końca swoich dni będę wdzięczna za zamieszczone w nim zdanie: «Dla mądrego człowieka każdy nowy dzień jest nowym życiem». Przepisałam je na maszynie i przykleiłam kartkę do szyby samochodu tak, aby spoglądać na nią w trakcie jazdy. Szybko przekonałam się, że życie dzień po dniu nie jest takie trudne. Nauczyłam się zapominać o tym, co minęło, i nie myśleć o tym, co nadejdzie. Każdego ranka powtarzałam sobie: «Dziś zaczyna się nowe życie».
Zdołałam przezwyciężyć lęk przed samotnością i obawy o niedostatek. Dziś jestem kobietą szczęśliwą i odnoszącą umiarkowane sukcesy. Podchodzę do życia z wielkim entuzjazmem i miłością. Wiem, że bez względu na to, co stanie na mojej drodze, nie będę się już bała. Wiem, że nie muszę się obawiać przyszłości. Wiem, że mogę żyć dzień po dniu, a dla mądrego człowieka każdy z nich to początek nowego życia”.
Kto waszym zdaniem jest autorem poniższych wersów?
_Szczęśliwy ten, w samotności szczęśliwy,_
_Kto dzień dzisiejszy swoim nazwać może,_
_I ten, kto bez wahania stwierdzić może:_
_Czyń ze mną, co chcesz, jutro, dzisiaj żywym._
Choć brzmią całkiem współcześnie, wyszły spod pióra siedemnastowiecznego poety i dramaturga Johna Drydena.
To okropne, jak wielu z nas odkłada życie na później. Wszyscy marzymy o różanym ogrodzie majaczącym za linią horyzontu i nie zwracamy uwagi na pojedyncze róże kwitnące pod oknami naszych domów.
Dlaczego zachowujemy się tak straszliwie głupio?
„Jakże dziwna jest ta procesja nazywana życiem – zanotował pisarz Stephen Leacock. – Dziecko mawia: kiedy będę dużym chłopcem… Lecz cóż to znaczy? Duży chłopiec mówi: kiedy dorosnę… A gdy dorasta, stwierdza: kiedy się ożenię… A cóż znaczy ożenek? A potem myśli: kiedy przejdę na emeryturę… A kiedy to robi, odwraca się i spogląda na przebytą drogę, po której hula mroźny wiatr. Przegapił wszystko i nic już nie ma. Życie, o czym dowiadujemy się zbyt późno, polega na przeżywaniu, tkwi w tkance każdego dnia i każdej godziny”.
Zanim Edward S. Evans z Detroit przeczytał te zdania, omal nie umarł z troski. Dorastał w ubogiej rodzinie i pierwsze pieniądze zarobił, sprzedając gazety i pracując w sklepie spożywczym. Kiedy od jego zarobków zaczęło zależeć życie siedmiu osób, zatrudnił się w bibliotece. Choć zarabiał mało, nie chciał rezygnować z pracy. Musiało upłynąć osiem lat, nim zebrał się na odwagę i otworzył własny interes. Za pożyczone pięćdziesiąt pięć dolarów rozwinął firmę przynoszącą co roku zyski w wysokości dwudziestu tysięcy dolarów. I wtedy przyszły straszliwe przymrozki. Przyjaciel, któremu pan Evans podżyrował kredyt, ogłosił bankructwo. Niebawem w jego ślady poszedł również bank, w którym Edward deponował oszczędności. W krótkim czasie stracił nie tylko wszystkie pieniądze, ale stał się dodatkowo dłużnikiem na sumę szesnastu tysięcy dolarów. Niedziwne, że załamał się nerwowo. „Nie mogłem spać ani jeść – wyznał w rozmowie ze mną. – Rozchorowałem się z troski i obaw. Pewnego dnia zemdlałem i upadłem na chodnik. Nie miałem siły się podnieść. Wylądowałem w łóżku, a moje ciało pokryły dziwne czyraki. Nawet leżenie w bezruchu sprawiało mi okropny ból. Słabłem z dnia na dzień. W końcu lekarz powiedział mi, że zostały mi dwa tygodnie życia. Wstrząśnięty tymi słowami spisałem testament i cierpliwie czekałem końca. Dalsze zamartwianie się straciło wszelki sens. Uspokoiłem się i w końcu zasnąłem. Od tygodni przesypiałem co najwyżej dwie godziny, lecz tym razem spałem niczym niemowlę. Zacząłem odczuwać mniejsze zmęczenie. Wrócił mi apetyt, zyskałem na wadze.
Po upływie kilku tygodni mogłem stanąć o kulach. Sześć tygodni później wróciłem do pracy. Choć nie tak dawno zarabiałem rocznie dwadzieścia tysięcy dolarów, to teraz byłem szczęśliwy, otrzymując co tydzień wynagrodzenie w wysokości trzydziestu. Sprzedawałem klocki do blokowania kół aut podczas ich transportu. I wyciągnąłem naukę ze swoich doświadczeń. Przestałem się martwić, przestałem tęsknie wspominać przeszłość i zamartwiać się o przyszłość. Poświęciłem czas, energię i entuzjazm na sprzedawanie klocków”.
Edward S. Evans szybko awansował, a kilka lat później został nawet dyrektorem firmy. Założona przez niego Evans Product Company trafiła na nowojorską giełdę. Kiedy zmarł w 1945 roku, uznawano go za jednego z najbardziej postępowych biznesmenów w Stanach Zjednoczonych. Jeśli zdarzy się wam podróżować do Grenlandii, możecie wylądować na lotnisku nazwanym od jego imienia. A oto morał tej opowieści – jej bohater nie odniósłby żadnego sukcesu w życiu zawodowym i prywatnym, gdyby nie dostrzegł, jak bezużyteczne i szkodliwe jest zamartwianie się. Innymi słowy, gdyby nie nauczył się żyć w „dziennych przedziałach”.
Pięćset lat przed narodzinami Chrystusa grecki filozof Heraklit z Efezu wpajał swoim uczniom, że „wszystko podlega zmianom, prócz prawa zmiany”. Stwierdził również, iż „niepodobna wstąpić dwukrotnie do tej samej rzeki”³, gdyż z upływem każdej kolejnej sekundy zmienia się nie tylko rzeka, ale i wchodzący do niej człowiek. Tym samym życie to bezustanna zmiana, a jedynym pewnikiem jest dzień dzisiejszy. Po co w takim razie szpecić jego piękno, próbując rozwiązywać problemy przyszłości obleczonej zmianą i niepewnością, czyli takiej, której nie sposób przewidzieć?
Starożytnych Rzymian charakteryzowało podobne podejście. Chętnie powtarzali maksymę _carpe diem_, czyli „chwytaj dzień”, co oznaczało ni mniej, ni więcej: „ciesz się każdym dniem”.
Ta sama filozofia życiowa przyświeca od zawsze Lowellowi Thomasowi. Całkiem niedawno spędziłem na jego farmie weekend i zauważyłem, że na ścianach swojego studia powiesił oprawiony w ramkę ustęp z Psalmu 118 tak, by często na niego spoglądać:
_Oto, dzień, który Pan uczynił:_
_Radujmy się zeń i weselmy!⁴_
John Ruskin trzymał na biurku zwykły kamień, na którym wyryto tylko jedno słowo: DZIŚ. Sam nie korzystam z kamieni, ale na lustrze, przy którym golę się każdego ranka, powiesiłem kartkę z wierszem autorstwa sławnego indyjskiego poety Kalidasy. Tym samym, który na swoim biurku trzymał sir William Osler:
POCHWAŁA PORANKA
_Wyglądaj kolejnego dnia!_
_Gdyż jest on życia, samym sednem życia._
_W jego krótkim trwaniu_
_Drzemią wszystkie prawdy i realia twojej egzystencji:_
_Błogość rozwoju_
_Chwała działania_
_Splendor dokonań._
_Bo dzień miniony jest jedynie snem,_
_A jutrzejszy tylko wizją._
_Lecz dobrze przeżyty dzień sprawia, że wczoraj staje się snem szczęścia._
_A każde jutro wizją nadziei._
_Wyglądaj zatem następnego dnia!_
_Oto pochwała poranka._
Pierwsza ważna informacja na temat zmartwień brzmi: jeśli chcecie pozbyć się ich z własnego życia, postępujcie jak sir William Osler, czyli zatrzaśnijcie żelazne drzwi prowadzące do przeszłości i przyszłości. Żyjcie w dziennych przedziałach.
Zadajcie sobie następujące pytania i zanotujcie odpowiedzi:
1. Żyję dniem dzisiejszym czy raczej martwię się o własną przyszłość lub marzę o „magicznym różanym ogrodzie czekającym za linią horyzontu”?
2. Czy zatruwam sobie dzień dzisiejszy, żałując tego, co wydarzyło się w przeszłości, wypominając rzeczy, na które nie mam już wpływu?
3. Czy wstaję każdego ranka z chęcią „pochwycenia dnia”, aby jak najlepiej wykorzystać kolejne dwadzieścia cztery godziny?
4. Czy mogę odnieść większe korzyści, żyjąc w „dziennych przedziałach”?
5. Kiedy mam zacząć to robić? Za tydzień? Jutro? _Dziś?_