Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Jak przestać się martwić i zacząć żyć - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 kwietnia 2026
E-book: EPUB, MOBI
32,00 zł
32,00
3200 pkt
punktów Virtualo

Jak przestać się martwić i zacząć żyć - ebook

Przestań się martwić – zacznij żyć pełnią życia!

Czy martwisz się o pracę, pieniądze, rodzinę lub relacje? Czy stres i niepokój odbierają Ci radość dnia codziennego? Czy zastanawiasz się, jak uwolnić się od nawyku ciągłego zamartwiania się i wreszcie poczuć spokój?

Dale Carnegie pokazuje praktyczne strategie, które pomogły milionom ludzi uwolnić się od destrukcyjnego nawyku martwienia się. W książce znajdziesz m.in. sposoby na ograniczenie codziennych zmartwień, metody radzenia sobie z krytyką, strategie poprawy samopoczucia i wskazówki na bardziej pozytywne, radosne życie.

Sięgnij po tę książkę i odkryj, jak kontrolować stres, odzyskać spokój i zbudować szczęśliwszą, wolną od zmartwień codzienność. Dale Carnegie, mistrz sztuki budowania relacji i rozwoju osobistego, dzieli się doświadczeniem, które zmieniło życie milionów czytelników na całym świecie.

Zmień swój sposób myślenia. Zmień swoje życie.

Kategoria: Poradniki
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18021-5
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

O AUTORZE

O auto­rze

Dale Car­ne­gie – ame­ry­kań­ski pisarz, wykła­dowca oraz autor sław­nych kur­sów z zakresu samo­do­sko­na­le­nia, sprze­daży, szko­leń fir­mo­wych, wygła­sza­nia mów publicz­nych i roz­wi­ja­nia umie­jęt­no­ści inter­per­so­nal­nych – był dru­gim synem ubo­giego far­mera Jamesa Wil­liama Car­ne­giego i jego żony Amandy Eli­za­beth Har­bi­son. Przy­szedł na świat w 1888 roku w miej­sco­wo­ści Mary­ville w sta­nie Mis­so­uri. Choć wsta­wał co noc o czwar­tej, aby wydoić krowy, ukoń­czył State Teacher’s Col­lege w War­rens­burgu. Po ukoń­cze­niu stu­diów zajął się sprze­dażą kur­sów kore­spon­den­cyj­nych, a następ­nie bekonu, mydła oraz smalcu, które pro­du­ko­wała firma Armour & Com­pany.

W 1911 roku Car­ne­gie zre­zy­gno­wał z pracy sprze­dawcy po odło­że­niu pię­ciu­set dola­rów, zamie­rza­jąc zaan­ga­żo­wać się w ruch Chau­tau­qua, lecz zamiast zostać wykła­dowcą, zapi­sał się na Ame­ri­can Aca­demy of Dra­ma­tic Arts. Nie odniósł jed­nak suk­cesu na sce­nie i wró­cił bez oszczęd­no­ści do Nowego Jorku. Miesz­ka­jąc w budynku nale­żą­cym do YMCA, wpadł na pomysł popro­wa­dze­nia wykła­dów z nauki publicz­nych prze­mó­wień. W trak­cie pierw­szych zajęć omó­wił przed cza­sem cały przy­go­to­wany mate­riał i popro­sił uczest­ni­czące w nich osoby, aby opo­wie­działy o tym, co je dener­wuje. Oka­zało się, że roz­ma­wia­jąc na ten temat, odczu­wały one znacz­nie mniej­szy lęk przed publicz­nymi wystą­pie­niami. Dzięki tej wie­dzy posze­rzył w 1912 roku zakres zagad­nień oma­wia­nych na kur­sie, a zale­d­wie dwa lata póź­niej zara­biał pięć­set dola­rów tygo­dniowo, speł­nia­jąc pra­gnie­nia wielu Ame­ry­ka­nów pra­gną­cych roz­wi­jać wła­sne umie­jęt­no­ści. W 1916 roku stać go już było na wyna­ję­cie Car­ne­gie Hall i wygło­sze­nie w wypeł­nio­nej po brzegi ope­rze wykładu.

Swoją wie­dzę Dale Car­ne­gie zawarł w książce _Jak prze­ma­wiać publicz­nie. Prak­tyczny kurs dla ludzi biz­nesu_ (wyda­nej w 1926 roku), lecz zmie­nił kilka lat póź­niej jej tytuł na _Jak prze­ma­wiać publicz­nie i wpły­wać na ludzi biz­nesu_ (wyda­nie z 1932 roku). Opu­bli­ko­wana w 1936 roku przez wydaw­nic­two Simon & Schu­s­ter książka _Jak zdo­być przy­ja­ciół i zjed­nać sobie ludzi_ stała się best­sel­le­rem, a zara­zem naj­le­piej sprze­da­jącą się pozy­cją w całym dorobku autora. Zawarł w niej prak­tyczne porady poma­ga­jące wieść udane życie zawo­dowe i oso­bi­ste. Do dziś korzy­stają z niej osoby korzy­stające z usług Dale Car­ne­gie Tra­ining. Książka składa się z czte­rech czę­ści:

Część 1: Pod­sta­wowe tech­niki obcho­dze­nia się z ludźmi.

Część 2: Sześć spo­so­bów na to, aby inni nas lubili.

Część 3: Jak prze­ko­nać innych ludzi do naszych pomy­słów i spo­sobu myśle­nia.

Część 4: Bądź lide­rem: jak zmie­niać ludzi, nie obra­ża­jąc ich i nie wzbu­dza­jąc w nich nie­chęci.

W chwili śmierci autora prze­tłu­ma­czono ją na trzy­dzie­ści jeden języ­ków i sprze­dano w pię­ciu milio­nach egzem­pla­rzy.

Pod­czas I wojny świa­to­wej Dale Car­ne­gie słu­żył w ame­ry­kań­skiej armii. W 1931 roku roz­wiódł się z pierw­szą żoną, a w 1944 oże­nił ponow­nie, z Doro­thy Price Van­der­pool. _Jak prze­stać się mar­twić i zacząć żyć_ uka­zało się po raz pierw­szy w 1948 roku w Wiel­kiej Bry­ta­nii nakła­dem wydaw­nic­twa Chau­cer Press.

Car­ne­gie zdał sobie sprawę, że więk­szość doro­słych osób zmaga się z oba­wami. Prze­czy­tał wszyst­kie dostępne mu książki na temat trosk, wysłu­chał wielu wykła­dów na temat radze­nia sobie ze zmar­twie­niami i wyko­nał sto­sowne eks­pe­ry­menty w trak­cie zajęć, które pro­wa­dził. Zebrane w ten spo­sób doświad­cze­nia prze­ło­żyły się na książkę _Jak prze­stać się mar­twić i zacząć żyć_. Autor odniósł się w niej do sub­tel­no­ści codzien­nego życia, ofe­ru­jąc prak­tyczne porady poma­ga­jące prze­zwy­cię­żać obawy i wieść szczę­śliwe oraz satys­fak­cjo­nu­jące życie. Zawarł też w niej naj­waż­niej­sze infor­ma­cje na temat poczu­cia tro­ski wraz ze sku­tecz­nymi spo­so­bami radze­nia sobie z nim. Jego książka pomo­gła nie­zli­czo­nym rze­szom czy­tel­ni­ków oraz zain­spi­ro­wała ich i do dziś pozo­staje best­sel­le­rem.

Zmarł w 1955 roku we wła­snym domu w Forest Hills, prze­żyw­szy sześć­dzie­siąt sześć lat. Pocho­wano go na cmen­ta­rzu w mie­ście Bel­ton w sta­nie Mis­so­uri.DZIEWIĘĆ WSKAZÓWEK I RAD NA TEMAT TEGO, JAK ODNIEŚĆ Z CZYTANIA TEJ KSIĄŻKI NAJWIĘKSZE KORZYŚCI

Dzie­więć wska­zó­wek i rad na temat tego, jak odnieść z czy­ta­nia tej książki naj­więk­sze korzy­ści

1

Jeśli chce­cie zyskać jak naj­wię­cej na czy­ta­niu niniej­szej książki, musi­cie speł­nić jeden bez­względ­nie konieczny wymóg, znacz­nie istot­niej­szy niż jakie­kol­wiek zasady bądź tech­niki. Jeśli nie macie tej fun­da­men­tal­nej cechy, nie pomoże wam sto­so­wa­nie się nawet do tysiąca reguł. A jeśli macie tę wro­dzoną zdol­ność, zdo­ła­cie osią­gnąć cudowne rze­czy bez czy­ta­nia rad na temat efek­tyw­nego korzy­sta­nia z porad­nika.

Jaki jest ten tajem­ni­czy wymóg? Po pro­stu szczera i mocna chęć do nauki oraz wielka chęć, by prze­stać się mar­twić i zacząć żyć.

Jak można wykształ­cić w sobie powyż­sze cechy? Dzięki sta­łemu przy­po­mi­na­niu sobie, jak bar­dzo są dla nas istotne. Musimy wyobra­zić sobie, jak ich udo­sko­na­la­nie pro­wa­dzi nas ku bogat­szemu i szczę­śliw­szemu życiu. Musimy powta­rzać sobie raz po raz: „Mój spo­kój ducha, moje szczę­ście, zdro­wie, a zapewne także i zaro­bek zale­żeć będą od sto­so­wa­nia oczy­wi­stych i odwiecz­nych prawd zawar­tych w tej książce”.

2

Czy­taj­cie kolejne roz­działy bez zagłę­bia­nia się w szcze­góły, aby zyskać wła­ściwą per­spek­tywę. Nie ule­gaj­cie poku­sie i nie prze­ska­kuj­cie pospiesz­nie do następ­nych – chyba że czy­ta­cie wyłącz­nie dla przy­jem­no­ści. Jeśli chce­cie popra­wić wła­sne umie­jęt­no­ści nawią­zy­wa­nia rela­cji z innymi, wróć­cie do początku roz­działu i prze­czy­taj­cie go uważ­niej raz jesz­cze. W ten spo­sób zaosz­czę­dzi­cie czas i szyb­ciej osią­gnię­cie rezul­taty.

3

Prze­ry­waj­cie czę­sto czy­ta­nie, by zasta­no­wić się nad tym, co prze­czy­ta­li­ście. Spró­buj­cie usta­lić, jak i kiedy macie zasto­so­wać w prak­tyce zamiesz­czone w tek­ście suge­stie. W ten spo­sób odnie­sie­cie znacz­nie więk­sze korzy­ści, niż pędząc do przodu niczym chart goniący zająca.

4

Czy­taj­cie z kredką, ołów­kiem, dłu­go­pi­sem, mar­ke­rem lub maza­kiem w dłoni. Jeśli natra­fi­cie na radę, którą mogli­by­ście waszym zda­niem wyko­rzy­stać, pod­kre­śl­cie ją. Jeśli będzie to suge­stia czte­ro­gwiazd­kowa, pod­kre­śl­cie lub zakre­śl­cie każde zda­nie albo postaw­cie przy nich ****. Zazna­cza­nie tek­stu czyni pro­ces czy­ta­nia bar­dziej inte­re­su­ją­cym, a dodat­kowo uła­twia i przy­spie­sza jego póź­niej­sze prze­glą­da­nie.

5

Zna­łem pew­nego męż­czy­znę, który przez 15 lat pra­co­wał jako kie­row­nik w dużej fir­mie ubez­pie­cze­nio­wej. Każ­dego mie­siąca prze­glą­dał wszyst­kie umowy zawarte w tym okre­sie z klien­tami. Ozna­czało to, że mie­siąc po mie­siącu i rok po roku czy­tał czę­sto te same doku­menty. Dla­czego tak robił? Doświad­cze­nie nauczyło go, iż tylko w ten spo­sób będzie w sta­nie zapa­mię­tać wszyst­kie klau­zule.

Książkę o wygła­sza­niu prze­mów pisa­łem przez dwa lata, a mimo to zaglą­da­łem do niej od czasu do czasu, aby przy­po­mnieć sobie, co napisa­łem. Szyb­kość, z jaką zapo­mi­namy, jest zdu­mie­wa­jąca.

Jeśli chce­cie wynieść z czy­ta­nia tej książki jak naj­wię­cej, przej­rze­nie jej pospiesz­nie raz z pew­no­ścią nie wystar­czy. Po uważ­nym prze­czy­ta­niu każ­dego roz­działu powin­ni­ście wra­cać do niego każ­dego kolej­nego mie­siąca. Trzy­maj­cie książkę na biurku, aby stale mieć ją przed oczami. Czę­sto ją prze­glą­daj­cie. Zaska­kuj­cie samych sie­bie róż­no­rod­nymi moż­li­wo­ściami roz­woju, które cze­kają za hory­zon­tem. Pamię­taj­cie przy tym, że sto­so­wa­nie reguł wej­dzie wam w nawyk tylko poprzez ich stałe i zde­cy­do­wane sto­so­wa­nie.

6

Ber­nard Shaw powie­dział: „Jeśli nauczysz czło­wieka cze­go­kol­wiek, niczego się nie nauczy”. I miał rację. Nauka to aktywny pro­ces. Uczymy się poprzez dzia­ła­nie. Jeśli chce­cie zdo­być umie­jęt­no­ści opi­sane w tej książce, musi­cie zacząć z nich korzy­stać i robić to przy każ­dej oka­zji. W prze­ciw­nym razie szybko o nich zapo­mni­cie. Zapa­mię­tu­jemy tylko tę wie­dzę, z któ­rej robimy uży­tek.

Zasto­so­wa­nie wszyst­kich reguł będzie z pew­no­ścią trudne. Dobrze o tym wiem, bo cho­ciaż napi­sa­łem o nich książkę, to sam mie­wam pro­blemy z robie­niem tego, do czego zachę­cam czy­tel­ni­ków. Czy­ta­jąc tę książkę, przy­po­mi­naj­cie sobie, że nie robi­cie tego wyłącz­nie w celu zdo­by­cia infor­ma­cji. Pró­bu­je­cie wykształ­cić w sobie nowe nawyki. Ba, pró­bu­je­cie żyć w nowy spo­sób. A do tego będzie­cie potrze­bo­wali czasu, uporu i codzien­nej prak­tyki.

Dla­tego czę­sto wra­caj­cie do prze­czy­ta­nych już stron. Potrak­tuj­cie tę książkę jak pod­ręcz­nik na temat radze­nia sobie ze zmar­twie­niami, a gdy natknie­cie się na kon­kretny pro­blem, posta­raj­cie się nie mar­twić. Nie ule­gaj­cie impul­som, gdyż jest to zazwy­czaj dzia­ła­nie nie­wła­ściwe.

Zamiast tego się­gnij­cie po tę książkę i prze­czy­taj­cie ponow­nie zakre­ślone wcze­śniej frag­menty, a następ­nie pró­buj­cie zamiesz­czone w nich rady zasto­so­wać w prak­tyce i przy­glą­daj­cie się zaska­ku­ją­cym efek­tom podej­mo­wa­nych decy­zji.

7

Wrę­czaj­cie żonom po zło­tówce za każ­dym razem, gdy zła­mie­cie któ­rąś z zasad. Szybko zabrak­nie wam drob­nych!

8

Zwróć­cie szcze­gólną uwagę na to, co na stro­nach 274–275 powie­dzieli o kory­go­wa­niu wła­snych pomy­łek ban­kier H.P. Howell i Ben­ja­min Fran­klin. Spró­buj­cie odnieść przy­to­czone przez nich tech­niki do wła­snych prób sto­so­wa­nia zawar­tych w książce porad. Będzie to miało dwo­jaki sku­tek.

Po pierw­sze, zaan­ga­żu­je­cie się w pro­ces nauki, zarówno cie­kawy, jak i bez­cenny.

Po dru­gie, szybko zorien­tu­je­cie się, że wasze umie­jęt­no­ści radze­nia sobie ze zmar­twie­niami i życia pełną pier­sią roz­kwitną niczym wio­senna łąka.

9

Pro­wadź­cie dzien­nik i zapi­suj­cie w nim odno­szone suk­cesy. Bądź­cie szcze­gó­łowi w opi­sach zda­rzeń. Notuj­cie nazwi­ska, daty, adresy, koń­cowe rezul­taty. Taki rejestr zachęci was do więk­szych wysił­ków, a po latach zapewni fascy­nu­jącą lek­turę!

W skró­cie:

1. Wykształć w sobie silną potrzebę sto­so­wa­nia reguł radze­nia sobie ze zmar­twie­niami.

2. Czy­taj każdy roz­dział dwu­krot­nie przed przej­ściem do kolej­nego.

3. Czę­sto prze­ry­waj czy­ta­nie, aby zasta­no­wić się nad zasto­so­wa­niem poda­wa­nych rad.

4. Pod­kre­ślaj w tek­ście naj­waż­niej­sze frag­menty.

5. Wra­caj do tej książki każ­dego mie­siąca.

6. Sto­suj opi­sane w niej reguły przy każ­dej oka­zji. Korzy­staj z niej jak z porad­nika poma­ga­ją­cego w roz­wią­zy­wa­niu codzien­nych pro­ble­mów.

7. Prze­kształć pro­ces nauki w grę, pre­zen­tu­jąc zna­jo­mym lub bli­skim drobne za każde zła­ma­nie któ­rejś z reguł.

8. Spraw­dzaj co tydzień czy­nione postępy. Zasta­na­wiaj się nad popeł­nio­nymi błę­dami, rze­czami do poprawy i tym, czego już się nauczy­łeś.

9. Spo­rzą­dzaj notatki na końcu książki, zapi­su­jąc przy­padki zasto­so­wa­nia przez sie­bie zasad.Rozdział 1. Żyj w „dziennych przedziałach”

Roz­dział 1

Żyj w „dzien­nych prze­dzia­łach”

Wio­sną 1871 roku pewien młody męż­czy­zna wziął do ręki książkę i prze­czy­tał dwa­dzie­ścia jeden słów, które w istotny spo­sób wpły­nęły na jego póź­niej­sze życie. Miesz­kał w Mont­re­alu, był stu­den­tem medy­cyny, pra­co­wał w miej­sco­wym szpi­talu i stale zamar­twiał się koń­co­wymi egza­mi­nami, naj­bliż­szą przy­szło­ścią, roz­po­czę­ciem prak­tyki lekar­skiej, zara­bia­niem na życie.

Wspo­mniane powy­żej dwa­dzie­ścia jeden słów pomo­gło temu mło­demu czło­wie­kowi stać się naj­słyn­niej­szym leka­rzem swo­jego poko­le­nia. Współ­two­rzył wydział medyczny na Uni­wer­sy­te­cie Johna Hop­kinsa i uzy­skał tytuł pro­fe­sora kró­lew­skiego na wydziale medycz­nym Uni­wer­sy­tetu Oks­fordz­kiego, co jest naj­więk­szym zaszczy­tem, jakiego może dostą­pić lekarz prak­ty­ku­jący w Kró­le­stwie Bry­tyj­skim. Otrzy­mał ponadto od monar­chy tytuł szla­checki. Do opi­sa­nia jego życia w pełni potrzebne było aż tysiąc czte­ry­sta sześć­dzie­siąt sześć stron.

Ów mło­dzie­niec nazy­wał się Wil­liam Osler. Wio­sną 1871 roku miał dwa­dzie­ścia jeden lat, a ustęp, który wów­czas prze­czy­tał, pocho­dził z dzieła Tho­masa Car­lyle’a i brzmiał: „Naszym głów­nym celem nie powinno być wypa­try­wa­nie tego, co odle­głe i nie­wy­raźne, lecz czy­nie­nie tego, co leży w zasięgu naszej ręki”.

Pew­nego wio­sen­nego wie­czoru, czter­dzie­ści dwa lata póź­niej, gdy na tere­nie kam­pusu roz­kwi­tały tuli­pany, sir Wil­liam Osler wygło­sił prze­mowę do stu­den­tów Uni­wer­sy­tetu Yale. Zapew­nił ich, że nawet taki mózg jak jego – pro­fe­sora czte­rech szkół wyż­szych i autora bar­dzo popu­lar­nej książki – nie odzna­czał się „niczym szcze­gól­nym”. Dodał nawet, że jego przy­ja­ciele wie­dzieli, iż „był on jak naj­bar­dziej prze­ciętny”.

W czym tkwiła zatem tajem­nica odnie­sio­nego przez Oslera suk­cesu? Pro­fe­sor wyznał stu­den­tom, że osią­gnął go dzięki życiu w „dzien­nych prze­dzia­łach”. Co miał przez to na myśli? Kilka mie­sięcy przed wygło­sze­niem mowy na Uni­wer­sy­te­cie Yale Osler prze­był na pokła­dzie pasa­żer­skiego liniowca Atlan­tyk. W trak­cie tej podróży dowie­dział się, że sto­jący na mostku kapi­tan mógł za pomocą jed­nego tylko przy­ci­sku – przy wtó­rze pobrzę­ku­ją­cej maszy­ne­rii – oddzie­lić od sie­bie poszcze­gólne czę­ści statku, czy­niąc je w ten spo­sób wodosz­czel­nymi. „Wy wszy­scy jeste­ście struk­tu­rami znacz­nie bar­dziej cudow­nymi niż oce­aniczny linio­wiec i odby­wa­ją­cymi o wiele dłuż­sze podróże – zwró­cił się do stu­den­tów Osler. – Zachę­cam was, aby­ście nauczyli się kon­tro­lo­wać wła­sne maszy­ne­rie, aby żyć w «dzien­nych prze­dzia­łach», gdyż w ten spo­sób zagwa­ran­tu­je­cie sobie bez­pieczne wojaże. Stań­cie na mostku i upew­nij­cie się, że gro­dzie działa bez zarzutu. Wci­śnij­cie przy­cisk i posłu­chaj­cie, jak żela­zne drzwi zamy­kają się, oddzie­la­jąc was od Prze­szło­ści i minio­nych dni na każ­dym pozio­mie waszego życia. Dotknij­cie kolej­nego i spuść­cie w myślach kur­tynę na Przy­szłość i nie­na­ro­dzone jutra. Wów­czas będzie­cie bez­pieczni. Bez­pieczni na dziś (…)! Oddziel­cie prze­szłość! Niech mar­twa pogrze­bie swoje zwłoki (…). Oddziel­cie minione dni, które roz­świe­tliły drogę głup­com do sza­ra­wej śmierci (…). Nie­siony stale cię­żar jutra i cię­żar wczo­raj­szych dni spra­wiają trud­no­ści nawet naj­sil­niej­szym z nas. Oddziel­cie się od przy­szło­ści rów­nie szczel­nie jak od prze­szło­ści (…). Przy­szłość dzieje się teraz (…). Nie ma jutra. Nastał dzień zba­wie­nia ludz­ko­ści. Utrata zapału, men­talne bolączki, nie­po­koje, obawy towa­rzy­szą ludziom mar­twią­cym się o przy­szłość (…). Zamknij­cie szczel­nie przed­nie i tylne gro­dzie i wyrób­cie w sobie nawyk życia w dzien­nych prze­dzia­łach”.

Czy dok­tor Osler miał w takim razie na myśli, że nie powin­ni­śmy w ogóle szy­ko­wać się na to, co przy­nie­sie przy­szłość? Oczy­wi­ście, że nie. Stwier­dził jed­nakże, że naj­lep­szym spo­so­bem na dba­nie o przy­szłość jest sku­pie­nie całego zapału i całej inte­li­gen­cji na jak naj­lep­szym wyko­ny­wa­niu bie­żą­cych czyn­no­ści, gdyż w ten spo­sób sku­tecz­nie się do niej przy­go­tu­jemy.

Sir Wil­liam Osler zachę­cał stu­den­tów Uni­wer­sy­tetu Yale, aby roz­po­czy­nali dzień od słów modli­twy: „Chleba naszego powsze­dniego daj nam dzi­siaj”.

Zwróć­cie uwagę, że jest w niej mowa wyłącz­nie o chle­bie „powsze­dnim”. Nie ma w niej uty­ski­wań na czer­stwy chleb zje­dzony wczo­raj. Nie znaj­dzie­cie w niej też słów: „O, dobry Boże, mamy strasz­nie gorącą porę roku i szy­kuje się kolejna susza. A jeśli do niej doj­dzie, to jak kupię chleb na jesieni? A jeśli stracę do tego pracę? Dobry Boże, za co wtedy kupię chleb?”.

Modli­twa uczy nas, aby pro­sić wyłącz­nie o strawę na dziś. Prze­cież i tak możemy zjeść tylko ten chleb, który mamy.

Wiele lat temu pewien nie­ma­jący gro­sza przy duszy filo­zof wybrał się na wędrówkę przez kamie­ni­stą i rów­nie ubogą co on kra­inę, któ­rej miesz­kańcy z tru­dem wią­zali koniec z koń­cem. Któ­re­goś dnia przy­sta­nął na wzgó­rzu i wów­czas zebrał się wokół niego tłum gapiów. Męż­czy­zna wygło­sił wów­czas naj­sław­niej­szą i naj­czę­ściej cyto­waną mowę w histo­rii całej ludz­ko­ści. Zna­la­zło się w niej nastę­pu­jące dwa­dzie­ścia jeden słów, które powta­rzano potem przez wieki: „Nie troszcz­cie się więc zbyt­nio o jutro, bo jutrzej­szy dzień sam o sie­bie trosz­czyć się będzie. Dosyć ma dzień swo­jej biedy”¹.

Wielu ludzi odrzu­cało nauki Jezusa o nie­trosz­cze­niu się o przy­szłość, dopa­tru­jąc się w nich wpływu orien­tal­nego misty­cy­zmu. „Prze­cież muszę myśleć o jutrze – stwier­dzali. – Muszę zabez­pie­czyć byt mojej rodziny. Muszę odło­żyć pie­nią­dze na sta­rość. Muszę zapla­no­wać przy­szłość i się do niej przy­go­to­wać”.

I mieli przy tym rację! Myśle­nie, snu­cie pla­nów o przy­szło­ści i przy­go­to­wy­wa­nie się na to, co nadej­dzie, są zacho­wa­niem nor­mal­nym. Nie jest nim jed­nakże tro­ska.

W trak­cie wojen dowódcy armii _two­rzą plany_ na przy­szłość. Nie mogą sobie jed­nak pozwo­lić na to, aby dopu­ścić do głosu wła­sne obawy. „Zaopa­trzy­łem naj­lep­szych ludzi w naj­lep­szy dostępny sprzęt – stwier­dził admi­rał Ernest J. King, który w trak­cie II wojny świa­to­wej pia­sto­wał sta­no­wi­sko szefa sztabu Mary­narki Wojen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych. – Powie­rzy­łem im naj­bar­dziej sen­sowne zada­nia. Tylko tyle mogę zro­bić”.

„Kiedy okręt idzie na dno, nie odzy­skam go – powie­dział rów­nież King. – Nie zapo­bie­gnę jego zato­pie­niu. Znacz­nie lepiej spo­żyt­kuję czas, pra­cu­jąc nad przy­szłymi pro­ble­mami, niż zamar­twia­jąc się tym, co było wczo­raj. Co wię­cej, gdy­bym na to sobie pozwo­lił, długo bym nie wytrzy­mał”.

Zarówno w cza­sach wojny, jak i w cza­sach pokoju róż­nica pomię­dzy dobrym a złym myśle­niem polega na tym, że myśląc wła­ści­wie, sku­piamy się na skut­kach i przy­czy­nach, co skut­kuje logicz­nymi oraz kon­struk­tyw­nymi pla­nami, myśląc zaś źle, dopusz­czamy do głosu obawy, co pro­wa­dzi do powsta­nia napięć i ner­wo­wych zała­mań.

Mia­łem nie­dawno zaszczyt prze­pro­wa­dzić wywiad z Arthu­rem Hay­sem Sul­zber­ge­rem, wydawcą jed­nej z naj­sław­niej­szych gazet na całym świe­cie – „The New York Times”. Wyznał, że gdy wojenna pożoga objęła Europę, tak bar­dzo oba­wiał się o przy­szłość, że nie mógł w ogóle zasnąć. Regu­lar­nie wsta­wał z łóżka w środku nocy, po czym sia­dał do szta­lug i spo­glą­da­jąc w lustro, pró­bo­wał nama­lo­wać auto­por­tret. Nie umiał malo­wać, ale robił to, aby odda­lić od sie­bie obawy. Pan Sul­zber­ger dodał, że wyzbył się trosk i odna­lazł spo­kój ducha, dopiero gdy wziął sobie do serca słowa śpie­wa­nego w kościele hymnu:

_Pro­wadź mnie, Świa­tło, swą błogą opieką (…)_

_Nie pro­szę rajów odle­głych widoku,_

_Star­czy pro­my­czek dla jed­nego kroku²._

Mniej wię­cej w tym samym cza­sie podobną lek­cję przy­swa­jał sobie pewien odziany w mun­dur i prze­by­wa­jący w Euro­pie mło­dzie­niec. Zwał się Ted Ben­ger­mino i miesz­kał w Bal­ti­more pod adre­sem Newholme Road 5716. Ted zamar­twiał się tak bar­dzo, że naba­wił się ner­wicy fron­to­wej.

„W kwiet­niu 1945 roku zamar­twia­łem się tak bar­dzo, że zda­niem leka­rzy dosta­łem spa­zmów okręż­nicy poprzecz­nej, które wywo­ły­wały strasz­liwy ból” – napi­sał Ted Ben­ger­mino.

„Gdyby wojna zakoń­czyła się póź­niej, a nie wtedy, kiedy się zakoń­czyła, moje ciało z pew­no­ścią odmó­wi­łoby posłu­szeń­stwa.

Byłem cał­ko­wi­cie wyczer­pany. Słu­ży­łem w stop­niu pod­ofi­cer­skim w 94 Dywi­zji Pie­choty i odpo­wia­da­łem za reje­stra­cję gro­bów. Moja praca pole­gała na pro­wa­dze­niu spi­sów wszyst­kich pole­głych, zagi­nio­nych i hospi­ta­li­zo­wa­nych żoł­nie­rzy. Poma­ga­łem też przy eks­hu­ma­cji zwłok zarówno alianc­kich, jak i nie­przy­ja­ciel­skich żoł­nie­rzy pocho­wa­nych pośpiesz­nie w płyt­kich gro­bach w trak­cie toczo­nych bitew. Zbie­ra­łem ich oso­bi­ste rze­czy i odsy­ła­łem naj­bliż­szym oso­bom, rodzi­com, krew­nym. Stale oba­wia­łem się, że popeł­nię jakiś poważny i wsty­dliwy błąd. Bałem się też, czy zdo­łam prze­żyć wojnę. Mar­twi­łem się, czy dane mi będzie potrzy­mać na rękach moje jedyne dziecko – szes­na­sto­mie­sięcz­nego synka, któ­rego nie widzia­łem nawet na oczy. Zamar­twia­łem się tak bar­dzo, że schu­dłem pięt­na­ście kilo­gra­mów. Wręcz odcho­dzi­łem od zmy­słów. Gdy spo­glą­da­łem na swoje dło­nie, widzia­łem tylko skórę i kości. Prze­ra­żała mnie myśl, że wrócę do domu, będąc wra­kiem czło­wieka. Zała­ma­łem się i łka­łem jak dziecko. Za każ­dym razem, gdy zosta­wa­łem sam, łzy napły­wały mi do oczu. Po bitwie o Ardeny pła­ka­łem już tak czę­sto, że stra­ci­łem resztki nadziei na to, że będę jesz­cze kie­dyś nor­mal­nie funk­cjo­no­wał.

Tra­fi­łem do woj­sko­wego ambu­la­to­rium. Słu­żący w nim lekarz dał mi pewną radę, która odmie­niła cał­ko­wi­cie moje życie. Naj­pierw sta­ran­nie mnie prze­ba­dał, po czym uznał, że moje pro­blemy zdro­wotne mają pod­łoże psy­chiczne. A potem powie­dział: «Ted, wyobraź sobie, że twoje życie to klep­sy­dra. Wiesz, że w jej gór­nej bańce spo­czywa tysiąc zia­re­nek pia­sku prze­sy­pu­ją­cych się powoli przez wąską szyjkę na spód. Ani ty, ani ja nie jeste­śmy w sta­nie przy­spie­szyć tego pro­cesu bez uszka­dza­nia samego zegara. Każdy z nas jest taką klep­sy­drą. Roz­po­czy­namy kolejne dni, myśląc o dzie­siątku zadań i obo­wiąz­ków, jakie musimy wyko­nać, ale jeśli nie zabie­rzemy się do nich poje­dyn­czo i powoli, na podo­bień­stwo prze­sy­pu­ją­cych się zia­re­nek pia­sku, to z całą pew­no­ścią uszko­dzimy wła­sne ciała i umy­sły».

Od tam­tej pory sto­suję się do tej życio­wej filo­zo­fii, którą usły­sza­łem z ust woj­sko­wego leka­rza. «Jedno zia­renko pia­sku na raz. Jedna czyn­ność na raz». Dzięki tej radzie prze­trwa­łem wojnę fizycz­nie i psy­chicz­nie, a po jej zakoń­cze­niu pora­dzi­łem sobie w nowej pracy – odpo­wia­dam za kon­trolę zaso­bów w fir­mie Com­mer­cial Cre­dit Com­pany. Mie­rzę się w niej z podob­nymi pro­ble­mami co na woj­nie, czyli koniecz­no­ścią wyko­ny­wa­nia wielu zadań jed­no­cze­śnie w połą­cze­niu z bra­kiem czasu – kupo­wa­nie bra­ku­ją­cych akcji, wypeł­nia­nie nowych for­mu­la­rzy, zawie­ra­nie nowych umów, zmie­nia­nie adre­sów, otwie­ra­nie i zamy­ka­nie biur i tak dalej. Zamiast się dener­wo­wać i mar­twić, myśla­łem o tym, co powie­dział mi lekarz: «Jedno zia­renko pia­sku na raz. Jedna czyn­ność na raz». Powta­rza­jąc w myślach te słowa, wyko­ny­wa­łem kolejne zada­nia spraw­nie, efek­tyw­nie i bez obaw, które na woj­nie uczy­niły ze mnie wraka”.

Fakt, że ponad połowę szpi­tal­nych łóżek zaj­mują dziś osoby zma­ga­jące się z ner­wo­wymi i psy­chicz­nymi dole­gli­wo­ściami, czyli ludzie przy­gnie­ceni cię­ża­rem obaw o przy­szłość oraz przy­szłość, jest zatrwa­ża­ją­cym komen­ta­rzem współ­cze­snego świata. Więk­szość z tych pacjen­tów spa­ce­ro­wa­łaby rado­śnie po chod­ni­kach, wio­dąc szczę­śliwe życia, gdyby wsłu­chała się w słowa Jezusa: „Nie troszcz­cie się więc zbyt­nio o jutro”, albo sir Wil­liama Oslera: „Żyj­cie w dzien­nych prze­dzia­łach”.

Wszy­scy sto­imy w tej chwili w punk­cie, w któ­rym sty­kają się dwie nie­skoń­czo­no­ści – bez­kre­sna i odwieczna prze­szłość oraz przy­szłość się­ga­jąca ostat­niej sylaby czasu. Nie możemy w nich żyć nawet przez uła­mek sekundy. Pró­bu­jąc tego doko­nać, nisz­czymy wła­sne ciała i umy­sły. Zado­wa­lajmy się zatem tym, co jest nam dane, czyli dniem trwa­ją­cym od chwili, gdy wsta­jemy z łóżka, po chwilę, w któ­rej się do niego ponow­nie kła­dziemy. „Każdy z nas jest w sta­nie dźwi­gać swój cię­żar, bez względu na to, jak jest duży, aż do zapad­nię­cia zmroku – napi­sał Robert Louis Ste­ven­son. – Każdy może wyko­ny­wać powie­rzoną mu pracę, bez względu na to, jak jest ona trudna, przez jeden dzień. Każdy może wieść słod­kie, spo­kojne, czy­ste i pełne miło­ści życie od wschodu do zachodu słońca. Bo na tym polega wła­śnie życie”.

Zanim rady te przy­swo­iła sobie pani E.K. Shields z Sagi­naw w sta­nie Michi­gan, tro­ski i obawy spra­wiły, że zaczęła myśleć o popeł­nie­niu samo­bój­stwa.

„W 1937 roku stra­ci­łam męża – wyznała, opo­wia­da­jąc mi swoją histo­rię. – Byłam zroz­pa­czona i bez gro­sza przy duszy. Napi­sa­łam list do byłego pra­co­dawcy – pana Leona Roacha z firmy Roach-Fow­ler w Kan­sas City – a ten ponow­nie mnie zatrud­nił. Przed laty sprze­da­wa­łam pod­ręcz­niki, odwie­dza­jąc szkoły na wsiach i w małych mia­stecz­kach. Dwa lata temu, kiedy zacho­ro­wał mój mąż, sprze­da­łam samo­chód, ale zdo­ła­łam zebrać wystar­cza­jącą sumę na zaliczkę i kupi­łam uży­wane auto, aby wró­cić do pracy.

Myśla­łam, że dzięki służ­bo­wym podró­żom poczuję się mniej przy­gnę­biona, lecz samotna jazda autem i spo­ży­wane w samot­no­ści posiłki spra­wiły, że popa­dłam w jesz­cze więk­szą depre­sję. Sprze­da­wa­łam nie­wiele ksią­żek i choć raty za samo­chód były nie­wiel­kie, mia­łam coraz więk­sze pro­blemy z ich spłatą.

Wio­sną 1938 roku zatrzy­ma­łam się w Ver­sa­il­les w sta­nie Mis­so­uri. Oko­liczne szkoły były biedne, a drogi znaj­do­wały się w fatal­nym sta­nie. Samot­ność i znie­chę­ce­nie doskwie­rały mi tak bar­dzo, że zaczę­łam myśleć o samo­bój­stwie. Suk­ces wyda­wał się nie­moż­liwy od osią­gnię­cia. Nie mia­łam powodu, by dalej żyć. Bałam się każ­dego poranka, bo zmu­szał mnie do kon­fron­ta­cji z życiem. Oba­wia­łam się o wszystko – że nie zdo­łam spła­cić rat za samo­chód, że zabrak­nie mi pie­nię­dzy na czynsz, że nie będę miała za co kupić jedze­nia. Bałam się, że pod­upadnę na zdro­wiu i że nie stać mnie będzie na wizytę u leka­rza. Od tar­gnię­cia się na wła­sne życie powstrzy­my­wała mnie jedy­nie myśl o sio­strze i smutku, w któ­rym z pew­no­ścią by się pogrą­żyła, a także braku pie­nię­dzy na pochó­wek.

Pew­nego dnia prze­czy­ta­łam jed­nak arty­kuł, który dodał mi odwagi i roz­wiał przy­gnę­bie­nie. Do końca swo­ich dni będę wdzięczna za zamiesz­czone w nim zda­nie: «Dla mądrego czło­wieka każdy nowy dzień jest nowym życiem». Prze­pi­sa­łam je na maszy­nie i przy­kle­iłam kartkę do szyby samo­chodu tak, aby spo­glą­dać na nią w trak­cie jazdy. Szybko prze­ko­na­łam się, że życie dzień po dniu nie jest takie trudne. Nauczy­łam się zapo­mi­nać o tym, co minęło, i nie myśleć o tym, co nadej­dzie. Każ­dego ranka powta­rza­łam sobie: «Dziś zaczyna się nowe życie».

Zdo­ła­łam prze­zwy­cię­żyć lęk przed samot­no­ścią i obawy o nie­do­sta­tek. Dziś jestem kobietą szczę­śliwą i odno­szącą umiar­ko­wane suk­cesy. Pod­cho­dzę do życia z wiel­kim entu­zja­zmem i miło­ścią. Wiem, że bez względu na to, co sta­nie na mojej dro­dze, nie będę się już bała. Wiem, że nie muszę się oba­wiać przy­szło­ści. Wiem, że mogę żyć dzień po dniu, a dla mądrego czło­wieka każdy z nich to począ­tek nowego życia”.

Kto waszym zda­niem jest auto­rem poniż­szych wer­sów?

_Szczę­śliwy ten, w samot­no­ści szczę­śliwy,_

_Kto dzień dzi­siej­szy swoim nazwać może,_

_I ten, kto bez waha­nia stwier­dzić może:_

_Czyń ze mną, co chcesz, jutro, dzi­siaj żywym._

Choć brzmią cał­kiem współ­cze­śnie, wyszły spod pióra sie­dem­na­sto­wiecz­nego poety i dra­ma­turga Johna Dry­dena.

To okropne, jak wielu z nas odkłada życie na póź­niej. Wszy­scy marzymy o róża­nym ogro­dzie maja­czą­cym za linią hory­zontu i nie zwra­camy uwagi na poje­dyn­cze róże kwit­nące pod oknami naszych domów.

Dla­czego zacho­wu­jemy się tak strasz­li­wie głu­pio?

„Jakże dziwna jest ta pro­ce­sja nazy­wana życiem – zano­to­wał pisarz Ste­phen Leacock. – Dziecko mawia: kiedy będę dużym chłop­cem… Lecz cóż to zna­czy? Duży chło­piec mówi: kiedy doro­snę… A gdy dora­sta, stwier­dza: kiedy się oże­nię… A cóż zna­czy oże­nek? A potem myśli: kiedy przejdę na eme­ry­turę… A kiedy to robi, odwraca się i spo­gląda na prze­bytą drogę, po któ­rej hula mroźny wiatr. Prze­ga­pił wszystko i nic już nie ma. Życie, o czym dowia­du­jemy się zbyt późno, polega na prze­ży­wa­niu, tkwi w tkance każ­dego dnia i każ­dej godziny”.

Zanim Edward S. Evans z Detroit prze­czy­tał te zda­nia, omal nie umarł z tro­ski. Dora­stał w ubo­giej rodzi­nie i pierw­sze pie­nią­dze zaro­bił, sprze­da­jąc gazety i pra­cu­jąc w skle­pie spo­żyw­czym. Kiedy od jego zarob­ków zaczęło zale­żeć życie sied­miu osób, zatrud­nił się w biblio­tece. Choć zara­biał mało, nie chciał rezy­gno­wać z pracy. Musiało upły­nąć osiem lat, nim zebrał się na odwagę i otwo­rzył wła­sny inte­res. Za poży­czone pięć­dzie­siąt pięć dola­rów roz­wi­nął firmę przy­no­szącą co roku zyski w wyso­ko­ści dwu­dzie­stu tysięcy dola­rów. I wtedy przy­szły strasz­liwe przy­mrozki. Przy­ja­ciel, któ­remu pan Evans pod­ży­ro­wał kre­dyt, ogło­sił ban­kruc­two. Nie­ba­wem w jego ślady poszedł rów­nież bank, w któ­rym Edward depo­no­wał oszczęd­no­ści. W krót­kim cza­sie stra­cił nie tylko wszyst­kie pie­nią­dze, ale stał się dodat­kowo dłuż­ni­kiem na sumę szes­na­stu tysięcy dola­rów. Nie­dziwne, że zała­mał się ner­wowo. „Nie mogłem spać ani jeść – wyznał w roz­mo­wie ze mną. – Roz­cho­ro­wa­łem się z tro­ski i obaw. Pew­nego dnia zemdla­łem i upa­dłem na chod­nik. Nie mia­łem siły się pod­nieść. Wylą­do­wa­łem w łóżku, a moje ciało pokryły dziwne czy­raki. Nawet leże­nie w bez­ru­chu spra­wiało mi okropny ból. Sła­błem z dnia na dzień. W końcu lekarz powie­dział mi, że zostały mi dwa tygo­dnie życia. Wstrzą­śnięty tymi sło­wami spi­sa­łem testa­ment i cier­pli­wie cze­ka­łem końca. Dal­sze zamar­twia­nie się stra­ciło wszelki sens. Uspo­ko­iłem się i w końcu zasną­łem. Od tygo­dni prze­sy­pia­łem co naj­wy­żej dwie godziny, lecz tym razem spa­łem niczym nie­mowlę. Zaczą­łem odczu­wać mniej­sze zmę­cze­nie. Wró­cił mi ape­tyt, zyska­łem na wadze.

Po upły­wie kilku tygo­dni mogłem sta­nąć o kulach. Sześć tygo­dni póź­niej wró­ci­łem do pracy. Choć nie tak dawno zara­bia­łem rocz­nie dwa­dzie­ścia tysięcy dola­rów, to teraz byłem szczę­śliwy, otrzy­mu­jąc co tydzień wyna­gro­dze­nie w wyso­ko­ści trzy­dzie­stu. Sprze­da­wa­łem klocki do blo­ko­wa­nia kół aut pod­czas ich trans­portu. I wycią­gną­łem naukę ze swo­ich doświad­czeń. Prze­sta­łem się mar­twić, prze­sta­łem tęsk­nie wspo­mi­nać prze­szłość i zamar­twiać się o przy­szłość. Poświę­ci­łem czas, ener­gię i entu­zjazm na sprze­da­wa­nie kloc­ków”.

Edward S. Evans szybko awan­so­wał, a kilka lat póź­niej został nawet dyrek­to­rem firmy. Zało­żona przez niego Evans Pro­duct Com­pany tra­fiła na nowo­jor­ską giełdę. Kiedy zmarł w 1945 roku, uzna­wano go za jed­nego z naj­bar­dziej postę­po­wych biz­nes­me­nów w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Jeśli zda­rzy się wam podró­żo­wać do Gren­lan­dii, może­cie wylą­do­wać na lot­ni­sku nazwa­nym od jego imie­nia. A oto morał tej opo­wie­ści – jej boha­ter nie odniósłby żad­nego suk­cesu w życiu zawo­do­wym i pry­wat­nym, gdyby nie dostrzegł, jak bez­u­ży­teczne i szko­dliwe jest zamar­twia­nie się. Innymi słowy, gdyby nie nauczył się żyć w „dzien­nych prze­dzia­łach”.

Pięć­set lat przed naro­dzi­nami Chry­stusa grecki filo­zof Hera­klit z Efezu wpa­jał swoim uczniom, że „wszystko pod­lega zmia­nom, prócz prawa zmiany”. Stwier­dził rów­nież, iż „nie­po­dobna wstą­pić dwu­krot­nie do tej samej rzeki”³, gdyż z upły­wem każ­dej kolej­nej sekundy zmie­nia się nie tylko rzeka, ale i wcho­dzący do niej czło­wiek. Tym samym życie to bez­u­stanna zmiana, a jedy­nym pew­ni­kiem jest dzień dzi­siej­szy. Po co w takim razie szpe­cić jego piękno, pró­bu­jąc roz­wią­zy­wać pro­blemy przy­szło­ści oble­czo­nej zmianą i nie­pew­no­ścią, czyli takiej, któ­rej nie spo­sób prze­wi­dzieć?

Sta­ro­żyt­nych Rzy­mian cha­rak­te­ry­zo­wało podobne podej­ście. Chęt­nie powta­rzali mak­symę _carpe diem_, czyli „chwy­taj dzień”, co ozna­czało ni mniej, ni wię­cej: „ciesz się każ­dym dniem”.

Ta sama filo­zo­fia życiowa przy­świeca od zawsze Lowel­lowi Tho­ma­sowi. Cał­kiem nie­dawno spę­dzi­łem na jego far­mie week­end i zauwa­ży­łem, że na ścia­nach swo­jego stu­dia powie­sił opra­wiony w ramkę ustęp z Psalmu 118 tak, by czę­sto na niego spo­glą­dać:

_Oto, dzień, który Pan uczy­nił:_

_Radujmy się zeń i weselmy!⁴_

John Ruskin trzy­mał na biurku zwy­kły kamień, na któ­rym wyryto tylko jedno słowo: DZIŚ. Sam nie korzy­stam z kamieni, ale na lustrze, przy któ­rym golę się każ­dego ranka, powie­si­łem kartkę z wier­szem autor­stwa sław­nego indyj­skiego poety Kali­dasy. Tym samym, który na swoim biurku trzy­mał sir Wil­liam Osler:

POCHWAŁA PORANKA

_Wyglą­daj kolej­nego dnia!_

_Gdyż jest on życia, samym sed­nem życia._

_W jego krót­kim trwa­niu_

_Drze­mią wszyst­kie prawdy i realia two­jej egzy­sten­cji:_

_Bło­gość roz­woju_

_Chwała dzia­ła­nia_

_Splen­dor doko­nań._

_Bo dzień miniony jest jedy­nie snem,_

_A jutrzej­szy tylko wizją._

_Lecz dobrze prze­żyty dzień spra­wia, że wczo­raj staje się snem szczę­ścia._

_A każde jutro wizją nadziei._

_Wyglą­daj zatem następ­nego dnia!_

_Oto pochwała poranka._

Pierw­sza ważna infor­ma­cja na temat zmar­twień brzmi: jeśli chce­cie pozbyć się ich z wła­snego życia, postę­puj­cie jak sir Wil­liam Osler, czyli zatrza­śnij­cie żela­zne drzwi pro­wa­dzące do prze­szło­ści i przy­szło­ści. Żyj­cie w dzien­nych prze­dzia­łach.

Zadaj­cie sobie nastę­pu­jące pyta­nia i zano­tuj­cie odpo­wie­dzi:

1. Żyję dniem dzi­siej­szym czy raczej mar­twię się o wła­sną przy­szłość lub marzę o „magicz­nym róża­nym ogro­dzie cze­ka­ją­cym za linią hory­zontu”?

2. Czy zatru­wam sobie dzień dzi­siej­szy, żału­jąc tego, co wyda­rzyło się w prze­szło­ści, wypo­mi­na­jąc rze­czy, na które nie mam już wpływu?

3. Czy wstaję każ­dego ranka z chę­cią „pochwy­ce­nia dnia”, aby jak naj­le­piej wyko­rzy­stać kolejne dwa­dzie­ścia cztery godziny?

4. Czy mogę odnieść więk­sze korzy­ści, żyjąc w „dzien­nych prze­dzia­łach”?

5. Kiedy mam zacząć to robić? Za tydzień? Jutro? _Dziś?_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij