Jak przestać się martwić i zacząć żyć - ebook
Życie pełne jest przeszkód, ale sztuką jest nauczyć się, jak je omijać i kroczyć pewnym krokiem ku wewnętrznemu spokojowi. Nie warto tracić czasu na zamartwianie się tym, na co nie mamy wpływu. Dale Carnegie, autor bestsellerowego poradnika Jak przestać się martwić i zacząć żyć, pokazuje drogę ku wolności od lęków i niepokojów – drogę, którą Ty również możesz obrać.
Zamartwianie się – nałóg, który warto rzucić
Czy wiesz, że ciągłe martwienie się to nałóg równie zgubny jak palenie papierosów czy picie nadmiaru kawy? Carnegie odkrywa przed nami mechanizmy tego destrukcyjnego przyzwyczajenia i pokazuje, jak skutecznie się od niego uwolnić. Nie musisz już żyć w cieniu negatywnych myśli – możesz odzyskać kontrolę nad swoim umysłem.
Praktyczne wskazówki, które zmieniają życie
Ta książka to nie tylko inspiracja, ale przede wszystkim konkretne narzędzia do walki z lękiem i niepewnością. Jeśli strach odbiera Ci radość z drobnych, codziennych przyjemności, sięgnij po ten poradnik i poznaj metody, dzięki którym nauczysz się rozwiązywać problemy zamiast je wyolbrzymiać.
Odkryj sekret życia bez zbędnych zmartwień i zacznij patrzeć na świat z nową, optymistyczną perspektywą. Już teraz możesz zrobić pierwszy krok ku pełni życia, wolnej od lęków i niepotrzebnych obaw.
„Jak przestać się martwić i zacząć żyć” to klasyczny, inspirujący poradnik rozwoju osobistego, w którym Dale Carnegie łączy elementy psychologii praktycznej, samodoskonalenia, zarządzania stresem, motywacji, psychologii emocji, narracji o dobrostanie, literatury o zdrowiu psychicznym, kompetencji miękkich, etyki relacji, psychologii społecznej oraz praktycznych strategii radzenia sobie z lękiem, tworząc książkę, która od dekad pomaga ludziom odzyskać spokój i równowagę.
Carnegie prowadzi czytelnika przez zestaw zasad, ćwiczeń i przykładów, które pokazują, jak ograniczyć nadmierne zamartwianie się, jak radzić sobie z negatywnymi myślami, jak budować odporność psychiczną, jak rozwijać pozytywne nawyki, jak wzmacniać poczucie sprawczości, a także jak przekształcać stres w konstruktywne działanie. Autor opiera się na historiach ludzi, którzy zmagali się z lękiem, przytłoczeniem, poczuciem winy, perfekcjonizmem, kryzysami życiowymi i trudnymi emocjami, pokazując, że zmiana jest możliwa dla każdego.
Książka łączy konwencje poradnika psychologicznego, literatury motywacyjnej, narracji o dobrostanie, psychologii emocji, podręcznika zarządzania stresem, literatury o zdrowiu psychicznym, psychologii społecznej, narracji o budowaniu odporności, a także praktycznego przewodnika po codziennych nawykach, wplatając w nie motywy uważności, samoregulacji emocjonalnej, racjonalnego myślenia, pracy z nawykami, zarządzania czasem, budowania pewności siebie, etycznej perswazji, motywacji wewnętrznej, psychologii sukcesu, relacji interpersonalnych, wdzięczności, akceptacji, a także symboliki życia tu i teraz, która stanowi fundament filozofii Carnegiego.
W tle pobrzmiewają tematy psychologii stresu, mechanizmów lęku, kultury pracy, zdrowia psychicznego, samopomocy, rozwoju osobistego, motywacji, zarządzania emocjami, budowania odporności psychicznej, etyki komunikacji, psychologii relacji, kultury organizacyjnej, a także symboliki pozytywnego nastawienia, które Carnegie uznaje za klucz do spokojniejszego, bardziej świadomego życia.
To książka, która łączy praktyczność, psychologiczną głębię, motywacyjny ton, przystępny styl, liczne przykłady z życia, strategiczne wskazówki i ponadczasową mądrość, tworząc przewodnik, który pomaga nie tylko przestać się martwić, lecz także zacząć naprawdę żyć – z większą lekkością, spokojem i poczuciem sensu.
© 2026 Wydawnictwo Błysk (E-book): 9788368676204
Tłumaczy: Noemi Cis
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Poradniki |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368676204 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
1. Da ci liczne praktyczne, wypróbowane rozwiązania dla trudnych sytuacji
2. Pokaże ci, jak pozbyć się natychmiast połowy problemów w pracy
3. Da ci siedem sposobów by ćwiczyć nastawienie umysłu, które przyniesie ci pokój i szczęście
4. Pokaże jak zminimalizować finansowe zmartwienia
5. Wytłumaczy jak działa prawo, które wyeliminuje wiele twoich zmartwień
6. Powie ci, jak zamienić krytykę na przygodę
7. Pokaże jak jako gospodyni domowa unikać zmęczenia i zachować młody wygląd
8. Poda ci cztery nawyki, które pomogą ci unikać zmęczenia i zmartwień w pracy
9. Powie ci jak dodać godzinę dziennie do swojej pracy
10. Pokaże jak unikać rozterek emocjonalnych
11. Poda historie dziesiątek zwykłych mężczyzn i kobiet, którzy opowiadają własnymi słowami jak przestali się martwić i zaczęli żyć.
12. Poda receptę Alfreda Adlera na wyleczenie z melancholii w czternaście dni
13. Da Ci 21 słów, które pozwoliły światowej sławy lekarzowi, dr. Williamowi Osier pozbyć się zmartwień
14. Wytłumaczy, na czym polegają trzy magiczne kroki, których Willis H. Carrier, założyciel przemysłu związanego z klimatyzacją używa, by przezwyciężyć zmartwienia
15. Pokazuje jak stosować to, co William James nazywa “najlepszym lekarstwem na zmartwienia”
16. Daje szczegółowe przykłady wielu znanych ludzi, którzy przezwyciężyli zmartwienia - ludzki takich jak Arthur Hays Sulzberger - wydawca New York Times, Herberta E. Hawke’a - byłego dziekana Uniwersytetu Kolumbia, Ordway Tead’a - Przewodniczącego Rady Wyższej Edukacji w Nowym Jorku, Jack’a Dempsey’a, Conniego Mack’a, Roger’a W. Babson’a, Admiral’a Byrd’a, Henry’iego Ford’a, Gene Autry’iego, J.C. Penney’ego i John’a D. Rockefeller’a.PRZEDMOWA
Jak ta książka została napisana i dlaczego?
Trzydzieści trzy lata temu byłem jednym z najbardziej nieszczęśliwych chłopaków w Nowym Jorku. Zarabiałem na sprzedaży samochodów ciężarowych, choć nie wiedziałem jak one działają. Co więcej - nie chciałem wiedzieć. Nienawidziłem swojej pracy. Nienawidziłem mieszkania w niewielkim kosztem urządzonym pokoju na West Fifty-sixth Street - mieszkania pełnego karaluchów. Do dziś pamiętam, że miałem sporą liczbę krawatów, które wisiały na ścianie i kiedy sięgałem po jeden z nich co rano, karaluchy rozbiegały się we wszystkie strony. Nienawidziłem jadania w tanich, brudnych restauracjach, które najprawdopodobniej także były pełne karaluchów.
Każdego wieczoru wracałem do mojego samotnego pokoju z bólem głowy - głowy pełnej rozczarowań, zmartwień, zgorzknienia i buntu. Buntowałem się, ponieważ moje sny z czasów szkoły średniej zamieniły się w koszmar. Czy o to chodziło w życiu? Czy na taką przygodę tak niecierpliwie czekałem? Czy takie będzie moje życie - znienawidzona praca, mieszkanie z karaluchami, jedzenie ohydnego żarcia - bez żadnej nadziei na przyszłość?... Tęskniłem za wolnym czasem, kiedy mógłbym czytać i pisać książki - o tym marzyłem w moich młodzieńczych czasach.
Wiedziałem, że mogę zyskać wszystko i nic nie stracić, jeśli rzucę pracę, której nienawidziłem. Nie interesowało mnie zarabianie kasy, chciałem po prostu żyć. Krótko mówiąc - doszedłem do Rubikonu - miejsca decyzji, którą musi podjąć każdy młody człowiek, kiedy startuje w dorosłe życie. Tak więc podjąłem decyzję - decyzję, która całkowicie odmieniła moją przyszłość. Uczyniła ostatnie trzydzieści pięć lat szczęśliwymi i satysfakcjonującymi ponad moje najbardziej utopijne aspiracje.
Moja decyzja była taka: porzucam moją znienawidzoną pracę i, ponieważ cztery lata studiowałem w Stanowym Collegu Nauczycielskim w Warrensburgu w stanie Missouri przygotowując się do bycia nauczycielem, będę zarabiał ucząc dorosłych w szkole wieczorowej. Będę miał czas w trakcie dnia na czytanie książek, przygotowanie wykładów, pisanie nowych i krótkich historii. Chciałem “żyć by pisać i pisać by żyć”.
Jakiego przedmiotu mógłbym uczyć dorosłych w szkole wieczorowej? Kiedy spojrzałem wstecz i oszacowałem to, czego sam się nauczyłem w collegu zobaczyłem, że szkolenia i doświadczenie, jakie zdobyłem jeśli chodzi o wystąpienia publiczne, miały dla mnie większą wartość praktyczną w biznesie - i w życiu - niż wszystko inne, czego uczyłem się na studiach razem wzięte. Dlaczego? Ponieważ wymazały moją nieśmiałość, brak pewności siebie, a także dały mi odwagę i pewność siebie w kontaktach z ludźmi. Dały mi także jasno do zrozumienia, że przywództwo zwykle spoczywa na ludziach, którzy potrafią wstać i powiedzieć co myślą.
Złożyłem podanie na stanowisko nauczyciela przemówień publicznych w ramach rozszerzonych kursów zarówno na Uniwersytecie Kolumbia jak i na Uniwersytecie w Nowym Jorku, oba miejsca jednak zdecydowały, że jakoś poradzą sobie beze mnie.
Byłem rozczarowany - jednak dzięki Bogu wiedziałem, że odrzucono moją propozycję, ponieważ zacząłem uczyć w Y.M.C.A - szkole wieczorowej, gdzie musiałem wykazać się konkretnymi wynikami i to bardzo szybko. Co to było za wyzwanie! Ci dorośli uczniowie nie przychodzili na moje zajęcia, bo chcieli zdobyć punkty lub społeczne uznanie. Przychodzili z jednego powodu - chcieli rozwiązania dla swoich problemów. Chcieli być w stanie stanąć na własnych nogach i powiedzieć kilka słów na spotkaniu biznesowym nie mdlejąc przy tym ze strachu. Sprzedawcy chcieli nauczyć się rozmawiać z trudnymi klientami bez wcześniejszego łażenia w kółko dla nabrania odwagi. Chcieli nauczyć się opanowania i pewności siebie. Chcieli rozwijać swoje biznesy. Chcieli zarabiać pieniądze na utrzymanie swoich rodzin. A ponieważ moi słuchacze opłacali naukę w systemie ratalnym – i przestawali płacić, jeśli nie widzieli efektów – a ja sam nie otrzymywałem pensji, lecz procent od zysków, musiałem być praktyczny, jeśli chciałem mieć co jeść.
W tamtym czasie miałem poczucie, że uczę w trudnych warunkach, ale dziś wiem, że była to bezcenna szkoła. Musiałem motywować moich słuchaczy. Musiałem pomagać im rozwiązywać ich problemy.
Każde zajęcia musiałem prowadzić inspirująco, żeby chcieli wracać.
To była ekscytująca praca. Kochałem ją. Byłem zdumiony, jak szybko ci biznesmeni nabierali pewności siebie i jak wielu z nich w krótkim czasie awansowało i otrzymało podwyżki. Kursy przynosiły rezultaty znacznie przekraczające moje najśmielsze oczekiwania. W ciągu zaledwie trzech sezonów Y.M.C.A., które wcześniej nie chciały płacić mi nawet pięciu dolarów za wieczór, zaczęły wypłacać mi trzydzieści dolarów – na zasadzie procentu od zysków. Na początku uczyłem wyłącznie wystąpień publicznych, ale z biegiem lat zauważyłem, że dorośli potrzebują także umiejętności zdobywania przyjaciół i wywierania wpływu na innych. Ponieważ nie mogłem znaleźć odpowiedniego podręcznika na temat relacji międzyludzkich – napisałem go sam. Nie, on nie został po prostu _napisany_ w tradycyjny sposób. On wyrósł i ukształtował się z doświadczeń dorosłych uczestników moich kursów. Nazwałem go „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi”.
Ponieważ był pisany wyłącznie jako podręcznik do moich własnych zajęć dla dorosłych – i ponieważ wcześniej napisałem cztery książki, o których nikt nigdy nie słyszał – nie marzyłem nawet, że ta książka odniesie sukces. Prawdopodobnie jestem jednym z najbardziej zaskoczonych autorów, jacy dziś żyją.
Z biegiem lat uświadomiłem sobie, że innym ogromnym problemem moich słuchaczy są zmartwienia. Większość z nich to byli biznesmeni – menedżerowie, sprzedawcy, inżynierowie, księgowi – przekrój wszystkich branż i zawodów i prawie każdy miał jakieś problemy! W kursach uczestniczyły też kobiety – bizneswoman i gospodynie domowe. One również miały swoje troski! Wyraźnie potrzebowałem podręcznika o tym, jak pokonywać zmartwienia – więc ponownie zacząłem szukać. Udałem się do wielkiej Biblioteki Publicznej w Nowym Jorku przy Piątej Alei i 42. Ulicy – i ku mojemu zdumieniu odkryłem, że znajdują się tam zaledwie 22 książki pod hasłem „ZMARTWIENIA”. Zauważyłem też z rozbawieniem, że pod hasłem „ROBAKI” widniało aż 189 tytułów. Prawie dziewięć razy więcej książek o robakach niż o zmartwieniach! Zadziwiające, prawda? Skoro zmartwienia to jeden z największych problemów ludzkości, można by pomyśleć, że każda szkoła średnia i uczelnia w kraju oferowałaby kurs pt. „Jak przestać się martwić” – czyż nie?
Jeśli jednak istniałby choć jeden kurs na ten temat na jakimkolwiek uniwersytecie w tym kraju, nigdy o nim nie usłyszałem. Nic dziwnego, że David Seabury w swojej książce “Jak skutecznie się martwić” pisze: “Wchodzimy w dorosłość z tak minimalnym przygotowaniem do stawiania czoła presji doświadczeń jak mole książkowe uczące się baletu.”
Rezultat? Ponad połowa szpitalnych łóżek zajęta jest dziś przez ludzi, którzy zmagają się z nerwicą i problemami emocjonalnymi.
Przejrzałem wszystkie dwadzieścia dwie pozycje dotyczące zmartwień, jakie znalazłem na półkach publicznej biblioteki w Nowym Jorku. Dodatkowo zakupiłem wszystkie książki na temat martwienia się jakie zdołałem znaleźć, mimo to nie odkryłem ani jednej, która mogłaby posłużyć mi jako podręcznik podczas moich kursów dla dorosłych. Postanowiłem więc sam go napisać.
Zacząłem się przygotowywać do napisania tej książki siedem lat wcześniej. Jak? Czytając co filozofowie na przestrzeni wieków powiedzieli na temat martwienia się. Przeczytałem także setki biografii, od Konfucjusza po Churchila. Przeprowadziłem również wywiady z wieloma wybitnymi ludźmi z różnych środowisk, takimi jak Jack Dempsey, generał Omar Bradley, generał Mark Clark, Henry Ford, Eleanor Roosevelt i Dorothy Dix. Ale to był dopiero początek.
Zrobiłem jeszcze coś, co było daleko ważniejsze niż przeprowadzenie wywiadów i czytanie.Rozpocząłem pięcioletnie badania nad przezwyciężaniem zmartwień - badania prowadziłem podczas moich kursów w szkole dla dorosłych. Z tego co wiem, są to jedyne tego typu badania na całym świecie. Oto co robiliśmy. Daliśmy studentom zestaw wytycznych w jaki sposób przestać się martwić i poprosiliśmy ich, by zastosowali je w swoim własnym życiu, a potem opowiedzieli podczas zajęć jakie osiągnęli rezultaty. Inni opowiadali o technikach, jakie stosowali w przeszłości.
W wyniku tych doświadczeń wysłuchałem więcej opowiadań o tym “Jak pokonałem zmartwienia” niż jakikolwiek inny człowiek na tej ziemi. Ponadto przeczytałem setki innych opowieści na temat “Jak pokonałem zmartwienia”, które zostały mi przesłane mailem, opowieści, które zdobyły nagrody na naszych zajęciach odbywających się w ponad stu siedemdziesięciu miastach w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Książka ta nie powstała z wieży z kości słoniowej. Nie jest też akademickim wykładem na temat tego, jak można pokonać zmartwienia. Chciałem raczej napisać zwięzły, treściwy, udokumentowany raport na temat tego, jak tysiące dorosłych pokonało zmartwienia. Jedno jest pewne: ta książka jest praktyczna. Można wbić w nią zęby.
Z przyjemnością stwierdzam, że w tej książce nie znajdziecie opowieści o wyimaginowanym Panu B. ani o niejasnych “Mary i John”, których nikt nie potrafi zidentyfikować. Poza kilkoma rzadkimi przypadkami, ta książka wymienia nazwiska i podaje adresy. Jest autentyczna. Jest udokumentowana. Jest potwierdzona i certyfikowana.
Francuski filozof Valery powiedział: “Nauka a zbiór przepisów na sukces”. Tym właśnie jest ta książka. Zbiorem przetestowanych przepisów na sukces, w jaki sposób pozbyć się zmartwień. Jakkolwiek - chcę cię ostrzec: nie znajdziesz tu niczego nowego, znajdziesz za to wiele tego, co często nie jest stosowane. Jeśli o to chodzi, to ani ja ani ty nie potrzebujemy jakiś szczególnych odkryć. Wiemy wystarczająco dużo, by prowadzić doskonałe życie. Wszyscy znamy złotą zasadę i przeczytaliśmy Kazanie na Górze. Naszym problemem nie jest brak wiedzy, ale brak jej zastosowania. Celem tej książki jest ponowne przypomnienie, zilustrowanie, usprawnienie, usystematyzowanie i podniesienie wielu starożytnych i podstawowych prawd - a także kopnięcie cię w piszczele i zmuszenie do zrobienia czegoś, aby te prawdy zastosować.
Nie wybrałeś tej książki, żeby czytać o tym jak została napisana. Szukasz działania. W porządku, zacznijmy zatem. Przeczytaj proszę pierwsze czterdzieści cztery strony tej książki - jeśli do tego czasu nie poczujesz, że posiadłeś nową moc i inspirację, by przestać się martwić i cieszyć życiem - wyrzuć tę książkę do kosza. Ona nie jest dla ciebie.
_DALE CARNEGIE_
—----------------CZĘŚĆ PIERWSZA - PODSTAWOWE FAKTY, KTÓRE POWINIENEŚ ZNAĆ NA TEMAT MARTWIENIA SIĘ
ROZDZIAŁ 1 - Mieszkanie w “szczelnych dziennych przedziałach”
Wiosną 1871 roku pewien młody człowiek wziął do ręki książkę, a pierwsze dwadzieścia jeden słów, które przeczytał, wywarły ogromny wpływ na jego przyszłość. Jako student medycyny w Szpitalu Ogólnym w Monteralu, martwił się końcowymi egzaminami, przyszłością - co dalej, dokąd pójść, jak ruszyć z własną praktyką, jak się utrzymać.
Te dwadzieścia jeden słów, które wówczas przeczytał pomogło mu stać się najbardziej znanym lekarzem swojego pokolenia. To on założył znaną na całym świecie Szkołę Medyczną Johna Hopkinsa. Został profesorem medycyny na Uniwersytecie Oksfordzkim - było to najwyższe wyróżnienie, jakie mógł otrzymać lekarz w Imperium Brytyjskim. Został pasowany na rycerza przez króla Anglii. Kiedy zmarł, potrzeba było dwóch ogromnych tomów zawierających 1466 strony, by opowiedzieć historię jego życia.
Chodzi o Sir Williama Osiera. A oto te dwadzieścia jeden słów, które przeczytał wiosną 1871 roku, dwadzieścia jeden słów z książki Thomasa Carlyle’a, które pomogły mu wieść życie wolne od zmartwień: „Naszym głównym zadaniem nie jest dostrzegać to, co ledwo widoczne w oddali, lecz działać w tym, co jasno leży przed nami.”
Czterdzieści dwa lata później, w ciepłą wiosenną noc, gdy na uniwersyteckim kampusie kwitły tulipany, ten człowiek — sir William Osler — wygłosił przemowę do studentów Uniwersytetu Yale. Powiedział im, że ktoś taki jak on — profesor na czterech uczelniach, autor popularnej książki — powszechnie uznawany jest za osobę o „szczególnych zdolnościach umysłowych”. Stwierdził jednak, że to nieprawda. Wyjawił, że jego najbliżsi przyjaciele dobrze wiedzą, iż jego umysł jest „najzwyklejszego, przeciętnego rodzaju”.
Co więc było tajemnicą jego sukcesu? Wyjaśnił, że zawdzięcza to temu, co sam nazwał życiem w „szczelnych dziennych przedziałach”. Co miał na myśli? Kilka miesięcy wcześniej sir William Osler płynął przez Atlantyk na wielkim liniowcu. Na mostku kapitańskim wystarczyło wcisnąć guzik i — _presto!_ — zgrzyt mechanizmów zamykał szczelnie poszczególne części statku, oddzielając je od siebie wodoszczelnymi grodziami. „Każdy z was” — powiedział doktor Osler do studentów Yale — „jest cudowniejszą konstrukcją niż ten wspaniały statek i płynie w dłuższy rejs. To, do czego was zachęcam, to nauczyć się tak sterować swoim życiem, by funkcjonować w hermetycznie szczelnych przedziałach dnia — bo to najpewniejszy sposób, by zapewnić sobie bezpieczeństwo podczas podróży. Stańcie na własnym mostku i zadbajcie, by wasze przegrody były w pełni sprawne. Wciśnijcie guzik i usłyszcie, jak na każdym poziomie waszego życia zamykają się stalowe drzwi, odcinając przeszłość — martwe wczorajsze dni. Wciśnijcie kolejny przycisk i odetnijcie stalową kurtyną przyszłość — jeszcze nie narodzone jutro. Wtedy jesteście bezpieczni — bezpieczni na dziś!
Odetnijcie przeszłość! Pozwólcie, by martwa przeszłość pochowała swoich zmarłych.
Zamknijcie drzwi przed wczorajszymi dniami, które prowadziły głupców ku śmierci w kurzu. Ciężar jutra, dołożony do ciężaru z wczoraj, niesiony dziś — przytłacza nawet najsilniejszych. Odetnijcie przyszłość tak szczelnie, jak przeszłość…Przyszłość to dzisiaj… Nie istnieje żadne jutro. Dziś jest dzień zbawienia. Marnowanie energii, napięcie nerwowe i niepokój podążają krok w krok za tym, kto boi się przyszłości. Dlatego zamknijcie szczelnie wielkie grodzie dziobowe i rufowe — i zacznijcie wyrabiać w sobie nawyk życia w hermetycznie szczelnych dziennych przedziałach.”
Czy Sir William Osler chciał powiedzieć, że mamy nie myśleć o przyszłości? Nie. Absolutnie nie. Odniósł się raczej do tego, że najlepszym sposobem, żeby przygotować się do jutrzejszego dnia to skupienie dziś całej swojej inteligencji, entuzjazmu na wykonaniu jak najlepiej dzisiejszych zadań. To najlepszy sposób na przygotowanie się na przyszłość.
Sir William Osler namawiał studentów Yale, by zaczynali dzień modlitwą pańską: “Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”.
Zauważ, że jest to prośba jedynie o dzisiejszy chleb. Nie skarży się na czerstwy chleb z wczoraj i nie mówi: “O Boże, ostatnio mało pada i możemy mieć suszę - jak wtedy zdobędę chleb na kolejny sezon, albo przypuśćmy, że stracę pracę - o Boże, skąd wtedy będę miał chleb?”
Nie, ta modlitwa uczy nas prosić jedynie o dzisiejszy chleb. Dzisiejszy chleb jest jedynym rodzajem chleba, który jest możliwy do zjedzenia dzisiaj.
Lata temu pewien biedny filozof wędrował przez kamienisty kraj, gdzie ludziom żyło się bardzo trudno. Pewnego dnia wokół filozofa zgromadził się tłum ludzi, do których mędrzec wypowiedział jedne z najczęściej cytowanych na świecie słów. Ta krótka przemowa, złożona z dwudziestu sześciu słów rozbrzmiewała przez całe stulecia: _“Nie troszczcie się więc o dzień jutrzejszy, bo on będzie miał swoje troski. Dosyć ma dzień swego utrapienia.”_
Wielu ludzi odrzuciło te słowa wypowiedziane przez Jezusa: “Nie troszczcie się o jutro.” Odrzucili je jako radę odnośnie perfekcjonizmu z domieszką odrobiny orientalnego mistycyzmu. “Muszę myśleć o jutrzejszym dniu - mówią - muszę wykupić ubezpieczenie, aby chronić moją rodzinę. Muszę odłożyć pieniądze na starość. Muszę zaplanować i przygotować się, by przeć do przodu.”
Tak! Oczywiście, że musisz. Prawda jest taka, że te słowa, przetłumaczone ponad trzysta lat temu, nie oznaczają dziś tego samego, co znaczyły za rządów króla Jakuba. Trzysta lat temu słowo, myśl często oznaczało niepokój. Współczesne wersje Biblii cytują Jezusa bardziej precyzyjnie, mówiąc: “Nie troszczcie się o jutro.”
Za wszelką cenę myśl o jutrze, tak, rozważnie myśl, planuj i przygotowywuj się. Ale się nie troszcz.
Podczas wojny nasi wojskowi liderzy robili plany na jutro, ale nie mogli pozwolić sobie na zamartwianie się. “Wyposażyłem najlepszych ludzi w najlepszy sprzęt jaki mamy” - powiedział admirał Ernest J. King, który dowodził marynarką wojenną Stanów Zjednoczonych, “powierzyliśmy im najlepszą w naszej ocenie misję. To wszystko, co możemy zrobić.”
“Jeśli statek tonie” - kontynuował admirał King - “Nie mogę go wyciągnąć. Jeśli ma zatonąć, nie mogę tego zatrzymać. Mogę wykorzystać swój czas o wiele lepiej pracując nad jutrzejszym problemem, niż martwiąc się wczorajszym. Poza tym, jeśli pozwolę, żeby te rzeczy mną zawładnęły, nie przetrwałbym długo.”
Niezależnie od tego, czy jest wojna czy pokój, podstawowa różnica pomiędzy dobrym a złym sposobem myślenia polega na tym, że dobre rozprawia się z przyczynami i skutkami i prowadzi do logicznego, konstruktywnego planowania, a złe często prowadzi do napięć i załamań nerwowych.
Niedawno miałem przywilej przeprowadzić wywiad z Arthurem Hayesem Sulzberger, wydawcą jednego z najbardziej znanych czasopism na świecie, The New York Times. Pan Sulzberg powiedział mi, że kiedy w Europie szalała II wojna światowa był tym tak oszołomiony, tak martwił się o przyszłość, że prawie w ogóle nie mógł spać. Często wstawał w środku nocy, brał płótno i farby, stawał przed lustrem i próbował namalować swój portret. Nie wiedział nic o malowaniu, robił to jednak, żeby zająć głowę. Pan Sulzberg powiedział mi, że przez długi czas nie był w stanie uwolnić się od zmartwień i znaleźć spokoju, dopóki nie przyjął za swoją życiową dewizę pięciu słów z kościelnego hymnu: “Jeden krok zupełnie mi wystarczy.”
Prowadź, światłości łaskawa…
Strzeż moich stóp: nie proszę Cię, bym widział odległy czas,
jeden krok zupełnie mi wystarczy.
Mniej więcej w tym samym czasie młody żołnierz w mundurze — gdzieś w Europie — uczył się tej samej lekcji. Nazywał się Ted Bengermino, mieszkał przy 5716 Newholme Road w Baltimore, w stanie Maryland — i zamartwianie się doprowadziło go do poważnego załamania nerwowego związanego z wojną.
„W kwietniu 1945 roku” — pisze Ted Bengermino — „zamartwiałem się tak długo, aż doprowadziłem się do stanu, który lekarze określają jako spastyczne rozdęcie okrężnicy poprzecznej — schorzenie wywołujące niezwykle silne bóle. Gdyby wojna nie skończyła się wtedy, kiedy się skończyła, jestem pewien, że całkowicie bym się załamał fizycznie.
Byłem całkowicie wyczerpany. Pracowałem jako podoficer w dziale ewidencji grobów w 94. Dywizji Piechoty. Moim zadaniem było prowadzenie i aktualizowanie dokumentacji wszystkich żołnierzy poległych, zaginionych oraz hospitalizowanych. Musiałem również pomagać w ekshumacji ciał zarówno alianckich, jak i wrogich żołnierzy, którzy zostali pochowani prowizorycznie podczas zaciekłych walk. Zbierałem także rzeczy osobiste tych ludzi i dbałem o to, by trafiły do ich rodziców lub najbliższych, dla których stanowiły ogromną wartość. Ciągle dręczył mnie strach, że możemy popełnić poważne i kompromitujące błędy. Martwiłem się, czy sam to wszystko przetrwam. Martwiłem się, czy kiedykolwiek ujrzę swoje jedyne dziecko — szesnastomiesięcznego synka, którego jeszcze nigdy nie widziałem. Byłem tak zmartwiony i wyczerpany, że schudłem trzydzieści cztery funty. Byłem na skraju szaleństwa. Gdy patrzyłem na swoje ręce, widziałem tylko skórę i kości. Przerażała mnie myśl, że wrócę do domu jako fizyczny wrak. Załamałem się i płakałem jak dziecko. Byłem tak rozbity, że łzy napływały mi do oczu za każdym razem, gdy byłem sam. W pewnym momencie — tuż po rozpoczęciu ofensywy w Ardenach — płakałem tak często, że niemal straciłem nadzieję, iż kiedykolwiek będę jeszcze normalnym człowiekiem.
W końcu trafiłem do wojskowego ambulatorium. Tam pewien lekarz udzielił mi rady, która całkowicie odmieniła moje życie. Po dokładnym przebadaniu mnie powiedział, że moje problemy mają podłoże psychiczne. ‘Ted’ — powiedział — ‘chcę, abyś wyobraził sobie swoje życie jak klepsydrę. Wiesz, że w górnej części klepsydry znajduje się tysiące ziarenek piasku — i wszystkie powoli i równomiernie przesypują się przez wąskie gardło do dolnej części. Nic, co ty ani ja moglibyśmy zrobić, nie sprawi, by więcej niż jedno ziarenko piasku przeszło naraz przez to wąskie przejście — nie niszcząc przy tym klepsydry. Ty, ja i każdy z nas jesteśmy jak ta klepsydra. Każdego ranka mamy wrażenie, że czeka nas setki spraw do załatwienia. Ale jeśli nie będziemy ich podejmować pojedynczo — pozwalając, by przechodziły przez dzień powoli i równomiernie, tak jak piasek przesypuje się przez szyjkę klepsydry — w końcu zniszczymy swoją psychikę albo ciało.’”
„Od tamtego pamiętnego dnia, kiedy wojskowy lekarz udzielił mi tej rady, stosuję tę filozofię w praktyce. ‘Jedno ziarenko piasku na raz… Jedno zadanie na raz.’ Ta rada uratowała mnie fizycznie i psychicznie podczas wojny; pomogła mi również później, gdy rozpocząłem pracę zawodową. Pracuję jako referent ds. kontroli stanów magazynowych w firmie Commercial Credit Company w Baltimore. Szybko przekonałem się, że w pracy pojawiają się te same problemy, co w czasie wojny: mnóstwo spraw do załatwienia naraz — a czasu niewiele. Brakowało nam towarów w magazynie. Pojawiały się nowe formularze do obsługi, nowe zasady składowania, zmiany adresów, otwieranie i zamykanie biur — i tak dalej. Zamiast się spinać i denerwować, przypominałem sobie słowa lekarza: ‘Jedno ziarenko piasku na raz. Jedno zadanie na raz.’ Powtarzając sobie te słowa wciąż i wciąż, wykonywałem swoje obowiązki znacznie sprawniej i uniknąłem tego pomieszania i zamętu, które niemal doprowadziły mnie do ruiny na polu bitwy.”
Jednym z najbardziej przerażających komentarzy co do aktualnego stylu życia jest to, że połowa szpitalnych łóżek jest dziś zajętych przez pacjentów z nerwicami i chorobami psychicznymi, pacjentów, którzy załamali się pod miażdżącym ciężarem skumulowanych dni przeszłych i obaw o jutro. Wielu z tych ludzi mogłoby spokojnie chodzić sobie ulicami prowadząc szczęśliwe, użyteczne życie, jeśli tylko wzięliby sobie do serca słowa Jezusa: “Nie troszcz się o jutro” lub słowa Sir Williama Oslera: “Żyj w szczelnych przedziałach dziennych.”
Ty i ja stoimy w tej sekundzie na styku dwóch wieczności: minionej przeszłości, która już nigdy nie wróci i przyszłości, która zmierza ku ostatniej sylabie zapisanej w czasie. Nie jest możliwe, by żyć w którejkolwiek z tych wieczności - nie, nawet przez ułamek sekundy. Próbując to robić doprowadzamy do ruiny zarówno nasze ciało jak i umysł. Bądźmy więc zadowoleni z życia w jedynym czasie, w którym możemy żyć: od teraz aż do pójścia do łóżka. „Każdy może unieść swój ciężar, choćby był bardzo ciężki — aż do zmierzchu,” napisał Robert Louis Stevenson. „Każdy może wykonać swoją pracę, choćby była bardzo trudna — przez jeden dzień. Każdy może żyć łagodnie, cierpliwie, z miłością i czystością — dopóki nie zajdzie słońce. I właśnie to tak naprawdę znaczy życie.”
Tak, tego właśnie wymaga od nas życie, jednak Pani E.K. Shields mieszkająca przy Court Street 815 w Saginaw w stanie Michigan żyła na krawędzi rozpaczy - wręcz samobójstwa, zanim nauczyła się żyć jedynie do zmierzchu. “W 1937 roku straciłam męża” - powiedziała mi kiedy opowiadała swoją historię. “Byłam przygnębiona, bez grosza. Napisałam do mojego byłego pracodawcy, Pana Leona Roach z Roach-Fowler w Kansas City i ponownie dostałam u nich pracę. Wcześniej utrzymywałam się ze sprzedaży książek do wiejskich i miejskich szkół. Dwa lata wcześniej sprzedałam samochód, kiedy mój mąż zachorował, jednak udało mi się zebrać wystarczająco dużo pieniędzy, aby wpłacić zaliczkę na używany samochód i znowu zaczęłam sprzedawać książki.
Myślałam, że pomoże mi to uwolnić się od depresji, ale samotne podróże, samotne posiłki w drodze okazały się ponad moje siły. Pewne tereny, na których pracowałam nie przynosiły żadnych zysków i okazało się, że miałam problem opłacać samochód nawet przy tak małych ratach.
Wiosną 1938 roku pracowałam na terenie Versailles w Missouri. Szkoły tam były bardzo biedne, drogi bardzo złe, byłam tak samotna i zniechęcona, że pewnego dnia zaczęłam myśleć ,aby ze sobą skończyć. Jakikolwiek sukces wydawał się niemożliwy do osiągnięcia. Nie miałam po co żyć. Trudno mi było co rano wstawać i stawiać czoła życiu. Bałam się wszystkiego: że nie wystarczy mi na opłacenie samochodu, że nie będę w stanie zapłacić czynszu, że nie będę miała za co kupić jedzenia. Bałam się, że zacznę podupadać na zdrowiu i nie będzie stać mnie na lekarza. Przed popełnieniem samobójstwa powstrzymywała mnie jedynie myśl o tym, że moja siostra będzie bardzo smutna i że nie mam pieniędzy na własny pogrzeb.
Wtedy pewnego dnia przeczytałam artykuł, który pomógł mi wygrzebać się z tego przygnębienia i dał mi odwagę, by żyć. Nigdy nie przestanę być wdzięczna za to jedno inspirujące zdanie z tego tekstu. Brzmiało ono: “Dla mądrego człowieka, każdy dzień oznacza nowe życie”. Zapisałam sobie to zdanie na karteczce i powiesiłam na widocznym miejscu w samochodzie. Odkryłam, że to wcale nie jest takie trudne, by żyć jednym dniem na raz. Nauczyłam się zapominać o dniach wczorajszych i nie myśleć o dniach jutrzejszych. Każdego ranka mówiłam do siebie: “Dziś jest nowe życie.”
Udało mi się pokonać strach przed samotnością, przed tym, że nie dam rady. Jestem szczęśliwa, odniosłam spory sukces, mam mnóstwo entuzjazmu i miłości do życia. Teraz wiem, że nie muszę się już bać, niezależnie od tego, co przyniesie mi życie. Już wiem, że nie muszę bać się przyszłości. Wiem, że mogę żyć tylko tym jednym dniem i że “Każdy dzień oznacza nowe życie dla mądrego człowieka.”
Jak myślisz kto powiedział te słowa?:
Szczęśliwy ten, kto w sercu wie,
że dzisiejszy dzień tylko trwa.
Może rzec śmiało: „Już żyłem dziś,
jutro niech będzie — czym zechce być.
Te słowa brzmią całkiem współcześnie prawda? Mimo to, zostały napisane przez rzymskiego poetę Horacego, trzydzieści lat przed narodzinami Chrystusa.
Jedną z najbardziej tragicznych rzeczy jeśli chodzi o ludzką naturę jest to, że odkładamy życie. Wszyscy marzymy o jakimś magicznym różanym ogrodzie gdzieś za horyzontem zamiast cieszyć się różami kwitnącymi tuż za naszym oknem dzisiaj.
Dlaczego jesteśmy takimi głupcami - tak strasznymi głupcami?
„Jakże dziwny, ten nasz mały pochód życia!” — napisał Stephen Leacock. „Dziecko mówi: «Gdy będę duży.» Ale cóż to znaczy? Chłopiec, gdy już dorośnie, mówi: «Gdy będę dorosły.» A gdy dorosły — mówi: «Gdy się ożenię.» Ale małżeństwo — czymże jest naprawdę? Myśl przesuwa się dalej: «Gdy przejdę na emeryturę.» A gdy wreszcie nadchodzi emerytura, człowiek patrzy wstecz na przebytą drogę, zimny wiatr zdaje się przez nią wiać — i nagle uświadamia sobie, że wszystko umknęło, że wszystko minęło. Życie — jak uczymy się zbyt późno — tkwi w samym przeżywaniu, w tkance każdego dnia i każdej godziny.”
Nieżyjący już Edward S. Evans z Detroit, prawie popełnił samobójstwo zanim nauczył się, że życie “tkwi w samym przeżywaniu, w tkance każdego dnia i każdej godziny.” Wychowany w biedzie, Edward Evans zarobił swoje pierwsze pieniądze sprzedając gazety, potem pracował jako sprzedawca w sklepie spożywczym. Później, z siedmioma ludźmi zależnymi od niego na pokładzie, dostał pracę jako asystent bibliotekarza. Zarabiał mało, ale bał się zrezygnować. Minęło osiem lat nim nabrał odwagi, by zacząć robić coś na własny rachunek. Kiedy jednak zaczął, zbudował swój biznes na inwestycji pięćdziesięciu pięciu pożyczonych dolarów, który ostatecznie przynosił mu dwadzieścia tysięcy dolarów rocznie. Potem przyszły zabójcze mrozy. Wystawił swojemu przyjacielowi duży weksel - a przyjaciel zbankrutował.
Szybko za tą klęską przyszła kolejna - zbankrutował bank, w którym trzymał wszystkiego swoje pieniądze. Nie tylko stracił wszystko co do centa, ale pogrążył się w długach na szesnaście tysięcy dolarów. Nie mógł tego nerwowo znieść. “Nie mogłem spać ani jeść” - powiedział mi. “Zacząłem dziwnie chorować. Cały czas się martwiłem” - powiedział - “i to wywołało moją chorobę. Któregoś dnia kiedy szedłem ulicą, potknąłem się i przewróciłem na chodnik. Nie byłem w stanie dalej iść. Położono mnie do łóżka, a całe moje ciało pokryły wrzody. Następnie wrzody zaczęły pojawiać się na organach wewnętrznych i leżenie w łóżku stało się męczarnią. Każdego dnia byłem coraz słabszy. W końcu lekarz powiedział, że zostało mi kilka tygodni życia. Byłem w szoku. Sporządziłem testament i położyłem się z powrotem do łóżka w oczekiwaniu na swój koniec. Nie było sensu walczyć ani się martwić. Poddałem się, zrelaksowałem i poszedłem spać. Od tygodni nie udało mi się przespać choć dwóch godzin, ale teraz, kiedy moje ziemskie problemy dobiegły końca, zasnąłem jak dziecko. Moje wyczerpujące zmęczenie zaczęło zanikać. Wrócił mi apetyt. Przytyłem.
Kilka tygodni później byłem w stanie chodzić o kulach. Sześć tygodni później mogłem wrócić do pracy. Zarabiałem dwadzieścia tysięcy dolarów rocznie, teraz jednak cieszyłem się z trzydziestu dolarów na tydzień. Dostałem pracę jako sprzedawca klocków, które umieszczało się pod kołami transportowanych frachtowcami samochodów. Odrobiłem moją lekcję. Nigdy więcej żadnych zmartwień - żadnych żalów odnośnie tego, co się wydarzyło w przeszłości i żadnych obaw o jutro. Skoncentrowałem cały swój czas, energię i entuzjazm na sprzedaży tych klocków.
Kariera Edwarda wystrzeliła. W ciągu kilku lat został dyrektorem firmy Evans Product Company, która przez lata notowana była na nowojorskiej giełdzie. Kiedy Edward S. Evans zmarł w 1945 roku był jednym z najbardziej postępowych biznesmenów w Stanach Zjednoczonych. Jeśli kiedykolwiek będziesz przelatywał nad Grenlandią, być może wylądujesz na Polach Evansa - lotnisku nazwanym jego imieniem.
Oto sedno tej historii: Edward S. Evans nigdy nie zaznałby dreszczyku emocji związanego z osiągnięciem tych zwycięstw w biznesie i życiu, gdyby nie dostrzegł głupoty zamartwiania się - gdyby nie nauczył się żyć w ciasnych dziennych przedziałach.
Pięćset lat przed narodzeniem Chrystusa, grecki filozof Heraklit powiedział swoim uczniom, że “jedyna stała rzecz to zmiana”. Powiedział: “Nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki.” Rzeka zmienia się co sekundę, podobnie jest z człowiekiem, który do niej wchodzi. Życie jest nieustanną zmianą. Jedyną pewną rzeczą jest dzień dzisiejszy. Po co psuć piękno dzisiejszego życia próbując rozwiązać problemy przyszłości, która spowita jest nieustanną zmianą i niepewnością - przyszłości, której nikt nie jest w stanie przewidzieć?
Starożytni Rzymianie mieli na to dwa słowa - CARPE DIEM. “Ciesz się dniem dzisiejszym” lub “Chwytaj dzień dzisiejszy”. Tak, chwytaj dzień, wyciągnij z niego ile się da.
To jest filozofia Lowella Thomasa. Ostatnio spędziłem weekend na jego farmie i zauważyłem, że nad drzwiami wejściowymi do swojego studia wiszą oprawione w ramkę słowa z Psalmu 118:
“Oto dzień, który uczynił Pan, cieszmy i radujmy się nim.”
John Ruskin miał na swoim biurku kamień, na którym wygrawerował słowo: DZISIAJ. Ja nie mam kamienia na swoim biurku, mam za to na lustrze, przed którym co rano się golę zawieszony wiersz, który Sir William Osler także trzymał w widocznym miejscu na biurku. Wiersz napisany przez znanego indiańskiego dramatopisarza, Kalidasa:
_Pozdrowienie Poranka_
Spójrz na ten dzień!
Bo on jest życiem - samą istotą życia.
W jego krótkim biegu
Skrywa się cała prawda i rzeczywistość twojego istnienia:
Błogość wzrastania,
Chwała działania,
Blask spełnienia.
Bo wczoraj jest już tylko snem,
A jutro - jedynie wizją.
Lecz dobrze przeżyte dziś
czyni wczoraj snem szczęścia,
a każde jutro - wizją nadziei.
Patrz więc uważnie na ten dzień!
Oto pozdrowienie poranka.
Zatem pierwszą rzeczą, jaką powinieneś wiedzieć ,jeśli chodzi o martwienie się: jeśli chcesz trzymać je z dala od swojego życia, rób to, co robił Sir William Osler:
1. Zamknij żelazne drzwi do przeszłości i przyszłości. Żyj w szczelnych przedziałach dziennych.
Może zadasz sobie poniższe pytania i zapiszesz odpowiedzi:
1. Czy mam tendencję do odkładania życia w teraźniejszości na rzecz martwienia się o przyszłość lub tęsknoty za jakimś “magicznym ogrodem różanym za horyzontem”?
2. Czy czasem zatruwam sobie teraźniejszość żałowaniem rzeczy, które wydarzyły się w przeszłości, które już się skończyły i nigdy nie wrócą?
3. Czy wstaję rano zdeterminowany, żeby “Chwytać dzień” - wyciągać to, co najlepsze z kolejnych dwudziestu czterech godzin?
4. Czy mogę wziąć z życia więcej dzięki temu, że będę żył w “szczelnych przedziałach dziennych”?
5. Kiedy powinienem zacząć? W następnym tygodniu?... Jutro?... Dzisiaj?...
—------------------------ROZDZIAŁ 2 - Magiczne zaklęcie rozwiązujące trudne sytuacje
Czy chciałbyś poznać szybką, sprawdzoną receptę na radzenie sobie z trudnymi sytuacjami - coś, co będziesz mógł zastosować natychmiast, bez dalszego czytania tej książki?
Pozwól więc, że powiem ci o metodzie wypracowanej przez Willisa H. Carrier’a, genialnego inżyniera, który rozpropagował przemysł urządzeń do klimatyzacji i który aktualnie stoi na czele światowej sławy korporacji Carrier Corporation w Syracuse w stanie Nowy Jork. Jest to jedna z najlepszych technik o jakich można usłyszeć w kwestii rozwiązywania problemu zmarwień, a ja dowiedziałem się o niej bezpośrednio od Pana Carriera, kiedy jedliśmy razem lunch pewnego dnia w jednym z nowojorskich klubów.
“Kiedy byłem młodym człowiekiem” - powiedział mi Pan Carrier - “Pracowałem dla firmy Buffalo Forge Company w Buffalo, w stanie Nowy Jork. Powierzono mi zadanie zainstalowania urządzenia do oczyszczania gazu w zakładzie Pittsburgh Plate Glass Company w Crystal City, w Missouri — fabryce wartej miliony dolarów. Celem tej instalacji było usunięcie zanieczyszczeń z gazu, aby można go było spalać bez uszkadzania silników. Metoda oczyszczania gazu była nowa. Zastosowano ją wcześniej tylko raz — i to w odmiennych warunkach. Podczas mojej pracy w Crystal City pojawiły się nieprzewidziane trudności. Instalacja działała… w pewnym stopniu — ale nie na tyle dobrze, by spełnić gwarancję, jakiej udzieliliśmy.
Byłem oszołomiony tą porażką. Czułem się jakby mnie ktoś zdzielił po głowie. Mój żołądek, moje wnętrzności zaczęły się skręcać i zaciskać. Przez jakiś czas tak bardzo się martwiłem, że nie mogłem spać.
Ostatecznie zdrowe zmysły przypomniały mi, że martwienie nie zaprowadzi mnie do nikąd, wymyśliłem więc sposób na radzenie sobie z moimi problemami bez martwienia się. Zadziałało znakomicie. Od ponad trzydziestu lat korzystam z tej samej techniki.
Jest prosta. Każdy może z niej korzystać. Zawiera trzy kroki:
KROK 1. Analizuję sytuację uczciwie i bez obaw i wymyślam scenariusze, co najgorszego może się wydarzyć w wyniku tej porażki. Nikt nie zamierza wsadzić mnie do więzienia ani mnie zastrzelić. To pewne. Fakt, jest szansa, że stracę moją pozycję, a moi pracodawcy będą musieli usunąć urządzenie i stracą dwadzieścia tysięcy dolarów, które zainwestowali.
KROK 2. Po tym jak wymyślę, co najgorszego może się wydarzyć, godzę się zaakceptować to, co konieczne. Mówię sobie: ta porażka będzie ciosem w mojej karierze i może oznaczać, że stracę pracę, jeśli jednak tak się stanie, mogę znaleźć inną pracę. Warunki mogły być znacznie gorsze, póki moi przełożeni zdali sobie sprawę, że eksperymentujemy z nową metodą oczyszczania gazu i jeśli to doświadczenie będzie ich kosztowało dwadzieścia tysięcy dolarów, to mogą to unieść. Mogą to wrzucić w koszty badań, bo jest to eksperyment.
Kiedy odkryłem jaki może być najgorszy scenariusz i pogodziłem się z nim, jeśli będzie to konieczne, stała się niesłychanie ważna rzecz: natychmiast się odprężyłem i poczułem spokój, jakiego nie doświadczałem od wielu dni.
KROK 3. Od tego momentu z zupełnym spokojem poświęciłem swój czas i energię próbując poprawić najgorszy scenariusz, z którym już się w myślach pogodziłem.
Teraz próbowałem znaleźć sposób i środki, dzięki którym mógłbym zmniejszyć stratę dwudziestu tysięcy dolarów, z którą przyszło nam się zmierzyć. Przeprowadziłem kilka testów i w końcu doszedłem do wniosku, że jeśli wydamy kolejne pięć tysięcy na dodatkowy sprzęt, nasz problem się rozwiąże. Zrobiliśmy to i zamiast straty dwudziestu tysięcy zarobiliśmy piętnaście tysięcy.
Prawdopodobnie nigdy nie zdołałbym tego dokonać, gdybym wciąż się zamartwiał —
ponieważ jedną z najgorszych cech troski jest to, że niszczy naszą zdolność do koncentracji.
Kiedy się martwimy, nasz umysł skacze tu i tam, w każdą stronę — i tracimy zdolność podejmowania decyzji. Jednak gdy zmusimy się, by stanąć twarzą w twarz z najgorszym możliwym scenariuszem i zaakceptujemy go w myślach, eliminujemy wszystkie te mgliste wyobrażenia i znajdujemy się w położeniu, w którym jesteśmy w stanie skupić się na rozwiązaniu problemu.
Opisana przeze mnie sytuacja miała miejsce wiele lat temu. Sprawdziła się tak znakomicie, że od tamtej pory stale stosuję tę metodę — a w efekcie moje życie jest niemal całkowicie wolne od zmartwień.”
Dlaczego więc „magiczna formuła” Willisa H. Carriera jest tak cenna i praktyczna z psychologicznego punktu widzenia? Ponieważ ściąga nas na ziemię z szarych obłoków, w których błądzimy oślepieni niepokojem. Stawia nasze stopy mocno na gruncie. Wiemy, gdzie stoimy. A jeśli nie mamy pod sobą stabilnej ziemi — to jakże mielibyśmy cokolwiek logicznie rozważyć?
Profesor William James, ojciec psychologii stosowanej, nie żyje już od trzydziestu ośmiu lat. Lecz gdyby żył dziś i usłyszał tę metodę stawiania czoła najgorszemu, z pewnością przyjąłby ją z entuzjazmem. Skąd to wiem? Ponieważ sam mówił do swoich studentów:
„Bądź gotów, by przyjąć rzeczy takimi, jakie są… Bądź gotów, by je przyjąć” — ponieważ, jak twierdził, „…akceptacja tego, co się wydarzyło, jest pierwszym krokiem do przezwyciężenia skutków każdego nieszczęścia.”
Ta sama idea wyrażona została przez Lin’a Yutang’a w jego szeroko poczytnej książce “Znaczenie Życia”: “Prawdziwy pokój umysłu” - powiedział ten chiński filozof “pochodzi z akceptacji najgorszego. Z psychologicznego punktu widzenia, myślę, że oznacza to uwolnienie energii.”
To jest dokładnie to! Z psychologicznego punktu widzenia oznacza to uwolnienie energii! Kiedy pogodzimy się z najgorszym, nie mamy nic więcej do stracenia. A to automatycznie oznacza, że możemy zyskać wszystko! “Kiedy zmierzyłem się z najgorszym scenariuszem” - powiedział Willis H. Carrier, “natychmiast przyszła ulga i poczucie pokoju, którego nie doświadczałem od wielu dni. Od tego momentu byłem w stanie znów myśleć.”
To ma sens, prawda? Mimo to miliony ludzi zniszczyło sobie życie przez gniew i zamęt, ponieważ nie chcieli pogodzić się z najgorszym, nie chcieli nawet spróbować zacząć od tego, nie chcieli ratować tego, co się jeszcze dało. Zamiast starać się wpłynąć na swój los, pogrążyli się w zgorzknieniu i “brutalnej walce z doświadczeniem” - i skończyli jako ofiary ponurej obsesji zwanej melancholią.
Chciałbyś zobaczyć jak jeszcze ktoś inny przyjmuje magiczną formułę Willisa H. Carrier’a i aplikuje ją w swojej sytuacji? Oto kolejny przykład sprzedawcy paliw z Nowego Jorku, który był jednym z uczniów na moich wykładach.
“Szantażowano mnie!” - zaczął swoją opowieść. “Nie wierzyłem, że to w ogóle możliwe, nie wierzyłem, że coś takiego może mieć miejsce gdzieś poza kinem - tak, przydarzyło się to mnie. Oto co się wydarzyło: firma paliwowa, której byłem szefem miała całe mnóstwo własnych cystern i zatrudnionych kierowców. W tamtym czasie przepisy OPA były ściśle przestrzegane i byliśmy reglamentowani na podstawie ilości oleju, jaką mogliśmy dostarczyć każdemu z naszych klientów. Nie wiedziałem o tym, ale okazało się, że niektórzy nasi kierowcy dostarczali naszym stałym klientom tylko część paliwa, a nadwyżki odsprzedawali swoim własnym klientom.
Po raz pierwszy dowiedziałem się o tych nielegalnych działaniach, gdy pewnego dnia przyszedł do mnie człowiek podający się za inspektora rządowego i zażądał łapówki za milczenie. Miał w rękach dokumenty potwierdzające, co robili nasi kierowcy i groził, że przekaże je prokuraturze, jeśli nie zapłacę.
Wiedziałem oczywiście, że osobiście nie mam się czego obawiać. Ale też wiedziałem, że prawo stanowi, iż firma ponosi odpowiedzialność za działania swoich pracowników. A co gorsza – gdyby sprawa trafiła do sądu i została nagłośniona w prasie, zła reputacja mogłaby doszczętnie zniszczyć mój biznes. A byłem z niego dumny – założył go mój ojciec dwadzieścia cztery lata wcześniej.
Tak się zamartwiałem, że aż zachorowałem! Przez trzy dni i noce nie jadłem ani nie spałem. Chodziłem w kółko, myśląc wciąż to samo. Czy zapłacić – pięć tysięcy dolarów – czy też powiedzieć temu człowiekowi: „Rób, co chcesz”? Cokolwiek próbowałem postanowić, kończyło się to koszmarem.
W niedzielę wieczorem sięgnąłem po broszurę „Jak przestać się martwić”, którą dostałem kiedyś na kursie przemawiania publicznego Carnegiego. Zacząłem czytać i trafiłem na historię Willisa H. Carriera. „Zmień podejście – stań twarzą w twarz z najgorszym” – głosił tekst. Więc zadałem sobie pytanie: „Co najgorszego może się wydarzyć, jeśli odmówię zapłaty, a szantażyści przekażą dokumenty prokuraturze?”
Odpowiedź była jasna: ruina firmy – oto co najgorszego może się zdarzyć. Do więzienia nie trafię. Po prostu zostanę zniszczony przez medialny szum.
Wtedy powiedziałem sobie: „Dobrze, firma upadła. Pogódź się z tym. Co dalej?”
Jeśli stracę firmę, będę musiał szukać pracy. Ale przecież znam się na branży paliwowej – kilka firm z pewnością chętnie mnie zatrudni. ... Zaczynałem czuć się lepiej. Ustępował czarny obłok, który wisiał nade mną przez trzy dni i noce. Emocje się uspokoiły... I – ku mojemu zaskoczeniu – byłem w stanie logicznie myśleć.
Byłem wystarczająco spokojny, by przejść do kroku trzeciego – jak poprawić najgorszy scenariusz. Gdy zacząłem szukać rozwiązań, przyszedł mi do głowy zupełnie nowy pomysł: a co jeśli opowiem wszystko mojemu adwokatowi? Może znajdzie sposób, którego ja nie widzę. Wiem, że to brzmi banalnie – ale wcześniej nie byłem w stanie myśleć, tylko się zamartwiałem! Natychmiast postanowiłem, że z samego rana spotkam się z prawnikiem – a potem poszedłem spać i przespałem noc jak dziecko!
Jak się to wszystko skończyło? Rano adwokat poradził mi, bym sam poszedł do prokuratora i powiedział mu prawdę. Zrobiłem tak. Kiedy skończyłem opowiadać, prokurator powiedział mi coś, co mnie oszołomiło: ten szantażysta działał już od miesięcy, a rzekomy „agent rządowy” był zwykłym oszustem poszukiwanym przez policję! Co za ulga po trzech dniach udręki i zastanawiania się, czy dać temu naciągaczowi pięć tysięcy dolarów!
To doświadczenie dało mi lekcję na całe życie. Teraz, gdy tylko pojawia się problem, który grozi mi zmartwieniem, stosuję tzw. „starą formułę Willisa H. Carriera”.
W mniej więcej tym samym czasie, gdy Willis H. Carrier zamartwiał się instalacją urządzenia do oczyszczania gazu w Crystal City w Missouri, pewien człowiek z Broken Bow w Nebrasce pisał swój testament. Nazywał się Earl P. Haney i cierpiał na wrzody dwunastnicy. Trzech lekarzy – w tym słynny specjalista od wrzodów – orzekło, że jego przypadek jest nieuleczalny. Zakazali mu jeść to i tamto, nie denerwować się, nie przemęczać – i… sporządzić testament.
Choroba już wcześniej zmusiła go do porzucenia dobrze płatnej, prestiżowej posady. Zostało mu tylko czekanie na powolną śmierć.
Wtedy podjął decyzję – rzadką i wspaniałą. „Skoro zostało mi niewiele czasu – powiedział – zrobię z niego jak najlepszy użytek. Zawsze marzyłem o podróży dookoła świata. Jeśli kiedykolwiek mam to zrobić, muszę to zrobić teraz.” I kupił bilet.
Lekarze byli zszokowani. „Ostrzegamy pana – powiedzieli – jeśli wyruszy pan w tę podróż, zostanie pan pochowany w morzu.”
„Nie – odparł – obiecałem rodzinie, że spocznę w rodzinnym grobie w Broken Bow. Dlatego kupię trumnę i zabiorę ją ze sobą.”
I tak zrobił – kupił trumnę, załadował ją na statek i uzgodnił ze spółką pasażerską, że jeśli umrze w podróży, jego ciało zostanie zamrożone i wróci liniowcem do domu. Wyruszył w drogę, mając w sercu ducha starego Omara:
Żyjmy póki czas – nim pył nas pogrzebie,
Pył do pyłu – i już nikt nie wspomni nas;
Bez pieśni, bez wina, bez śmiechu, bez ludzi –
W bezkresnym milczeniu, gdzie nic się nie budzi.
Jednak nie odbył podróży “bez wina”. “Piłem drinki i paliłem cygara podczas tej podróży” - mówi Pan Haney w swoim liście, który mam przed sobą. “Jadłem wszelkiego rodzaju jedzenie - nawet dziwne, regionalne potrawy, które z pewnością były dla mnie zabójcze. Bawiłem się jak nigdy wcześniej! Napotkaliśmy monsuny i tajfuny, które powinny były mnie wpędzić do trumny, choćby ze strachu - jednak wszystkie te przygody dały mi ogromną frajdę.
Bawiłem się na statku, śpiewałem, nawiązywałem nowe przyjaźnie, balowałem do późnej nocy. Kiedy dobiliśmy do Chin i Indii zdałem sobie sprawę, że moje troski i problemy z pracą, z którymi zmagałem się w domu były rajem w porównaniu do biedy i głodu w tej części świata. Przestałem się bezsensownie zamartwiać i poczułem się dobrze. Kiedy wróciłem do Ameryki, okazało się, że przytyłem dziewięćdziesiąt funtów. Prawie zapomniałem o moich wrzodach. Nigdy w życiu nie czułem się lepiej. Bezzwłocznie sprzedałem trumnę i wróciłem do pracy. Od tego czasu byłem zupełnie zdrowy”
Kiedy to wszystko się działo, Earl P. Haney nie słyszał nawet o Willisie H. Carrier’ze i jego technice radzenia sobie ze zmartwieniami. “Zdałem sobie teraz sprawę” - powiedział mi niedawno - „że nieświadomie użyłem podobnej zasady. Pogodziłem się z tym, co mogło wydarzyć się najgorszego - w moim przypadku była to śmierć. Potem zacząłem od działania na tym gruncie, starając się wyciągnąć jak najwięcej z życia, które mi jeszcze zostało…. jeśli nadal bym się martwił wsiadając na ten statek, nie mam wątpliwości, że wróciłbym z tej wyprawy w mojej trumnie. Odpuściłem jednak - zapomniałem o zmartwieniach. I to uspokojenie umysłu dało początek nowej energii, która właściwie uratowała mi życie.” (Earl P. Haney żyje obecnie w Winchester w stanie Massachuset).
Jeśli zatem Willis H. Carrier mógł ocalić dwudziestotysięczny kontrakt, jeśli nowojorski przedsiębiorca mógł uratować się przed szantażystą, a Earl P. Haney mógł umknąć śmierci stosując magiczną formułę, czyż nie jest możliwe, że jest to także odpowiedź na twoje problemy? Może jest to rozwiązanie dla twoich problemów, które dotąd postrzegałeś jako nierozwiązywalne?
Tak więc ZASADA DRUGA: jeśli masz problemy, zastosuj magiczną formułę Willisa H. Carriera robiąc te trzy rzeczy:
1. Zadaj sobie pytanie: Co najgorszego może się stać?
2. Przygotuj się, by to zaakceptować.
3. Następnie spokojnie przejdź do poprawiania tego, co najgorsze.