Jak rozpętałam największą seksaferę w Polsce - ebook
To nie jest opowieść o zepsutych facetach i zachłannych kobietach. To opowieść o systemie, który działa jak dobrze naoliwiona maszyna do przerabiania ludzkich słabości na pieniądze. Mnóstwo pieniędzy.
Moimi klientami byli najpotężniejsi mężczyźni w Polsce i nie tylko. Znacie ich z mównic sejmowych, telewizji, estrady czy boisk piłkarskich. Ich nazwiska otwierają wszystkie drzwi, a uśmiechnięte twarze wzbudzają zaufanie i podziw. Tak, to oni zostawiali u mnie setki tysięcy złotych, w zamian oczekując tylko kobiet, które spełnią ich fantazje.
Który polityk płacił swojej utrzymance 200 tysięcy złotych miesięcznie?
Kto organizował imprezy, na których politycy dawali się chłostać pejczami i prowadzać na smyczy?
Który działacz sportowy odprężał się dopiero wtedy, gdy młodzi chłopcy przypalali go żarem z papierosa?
I kto jest prawdziwym rekinem, a kto tylko płotką rzuconą na ruszt w tej wartej miliony euro seksaferze?
Chcesz się dowiedzieć, co najbardziej cuchnie w tej historii? Proszę bardzo!
Pozwiesz mnie? Śmiało! Ja już w kryminale byłam i wiem, jak tam jest. Pytanie brzmi: czy ty sobie w nim poradzisz?
Świat wstrzymał oddech, gdy wypłynęły akta Epsteina. Ja też mam swoje akta. Swoje wspomnienia. Swoje nazwiska, swoje numery, swoje historie, swoje noce, o których rano nikt nie chciał pamiętać. I miła już byłam. Teraz wolę być skrupulatna.
Emi P. – główna bohaterka filmu i książki o dziewczynach w Dubaju. Słynna sutenerka, królowa największej seksafery w Polsce, przyjaciółka arabskich książąt i szejków oraz najpotężniejszych mężczyzn w naszym kraju. Właścicielka akt, których ujawnienie zniszczyłoby kariery wielu znanych mężczyzn i kobiet. Za działalność sutenerską skazana na dziewięć miesięcy więzienia i pobawiona wartego kilka milionów majątku.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8444-694-2 |
| Rozmiar pliku: | 392 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Współpraca: 2008–2009
(po tym czasie stała kochanka)
Cena: 20–40 tys. za noc
Opis: nudziarz, bezpieczny, seksualnie bez polotu,
pełna dyskrecja
W mojej pracy nauczyłam się nie oceniać ludzi. Rozumiem, że każdy ma swoje fantazje, tajemnicze zachcianki i mroczne sekreciki. Tak, dużo mrocznych sekrecików. Wszak ludzie to tylko ludzie. A ludzie, którzy piastują wysokie stanowiska, muszą się czymś regulować. Rzadko też coś budzi mój niesmak albo zdziwienie. Jednak ten mariaż zaskoczył nawet mnie. A konkretnie jego męska część.
A jeszcze konkretniej – niepozorność lica pana w kontrze do jego czynu i gestu. Nazwisko mężczyzny, o którym mowa, zna cała Polska, a to za sprawą jego wieloletniego politykowania i machania szabelką na prawo i lewo. I jak to zwykle bywa, połowa Polaków pana przecenia, a połowa nie docenia, zwłaszcza w kontekście mojego fachu. Ba, gdyby ta doceniająca część dowiedziała się, co ów dygnitarz wyczynia w łożu… uznałaby to za obrzydliwy zamach na dobre imię pana w imię Pana. Specjalnie spuszczę zasłonę milczenia na rodowód tego kocura, by nie ułatwiać rozwiązania zagadki przed puentą i morałem. Tak, w tej historii będzie morał, jak w prawdziwych bajkach o kobiecie znikąd i mężczyźnie namaszczonym.
Zacznijmy od krótkiej wycieczki faktograficznej.
Mężczyzna ma żonę i dzieci.
W polityce jego nazwisko jest znane od dekad.
Jego wygląd i zachowanie sugerują, że pan ani muchy nie skrzywdzi, ani notorycznie nie kłamie, bo umie liczyć, i to nie tylko na siebie.
Polki w pewnym wieku twierdzą, że dobrze mu z oczu patrzy.
Te same Polki uważają, że „oral” to pasta do zębów.
Tutaj może przyhamuję i opowiem, czym pan na początku zyskał moje uznanie. Nie, nie chodzi mi o pomoc dla polskich biznesmenów. To mam w dupie… przepraszam, w pupie. Kupił mnie dyskrecją i monogamiczną konsekwencją w wyborze dziewczyny. I to do tego stopnia, że gdyby nie wypłacał szczęściarze stu dwudziestu tysięcy złotych kieszonkowego miesięcznie (zapewne z naszych podatków) i nie dał do podpisania umowy grubszej od mojej pracy magisterskiej, można by uznać, że po prostu ma kochankę na boku. Jeden z wytłuszczonych punktów kontraktu mówił o tym, że pani nie może używać perfum, a kilka godzin przed „randką” nie może jeść niczego z czosnkiem. Zapachu tego ostatniego pan po prostu nie znosił.
Pan był z elity, więc zachowywał się, jak na elitę przystało. Opłacał na przykład wspomnianej blondynce, która za jego sprawą szybko stała się znana w środowisku, stumetrowe, raczej średnio skromne mieszkanko. Koszt: 10 tysięcy miesięcznie, bo lokal był w centrum, a pan lubił wietrzyć głowę w ramionach piękności między ważnymi spotkaniami. Sponsorował jej także prywatne studia: 20 tysięcy za rok, na które zresztą ją namówił, bo sama takich planów nie miała. Do tego dochodziły wikt i opierunek, które oczywiście wrzucał sobie w koszty. W końcu oszczędzanie to podstawa i jego drugie imię, zwłaszcza to publiczne. Chociaż jego wybranka – trzeba to powiedzieć wprost – oszczędna nie była. Od kiedy zaczęła spotykać się z Bobusiem, jak go pieszczotliwie nazywała, jadała tylko ostrygi i lobsterki, które popijała Moëtem. Ku niezadowoleniu ich właścicieli przesiadywała też godzinami w najbardziej topowych warszawskich restauracjach. A powiedzmy sobie szczerze: ładna była, ale na księgową nie wyglądała. Podobno raz nawet została kulturalnie wyproszona przez menedżera jednego z lokali. Pani oczywiście poskarżyła się swojemu Bobusiowi, ten zaś, oburzony, wysłał do menedżera wiadomość przez tajemniczego ochroniarza. Od tamtej pory pani piła w lokalu szampana na koszt firmy, i to zawsze przy tym samym stoliku. A że restauracja była w bardzo modnym miejscu, gdzie warto było się pokazać, rozochociło to inne dziewczyny po fachu do regularnego zaglądania tam. Po kilku miesiącach takich praktyk wszyscy biznesmeni i politycy wiedzieli, że jakby nieoczekiwanie przyszła chuć, tam znajdą rozwiązanie. Był tylko jeden minus – dziewczyny, które łowiły tam klientów, pracowały na własne konto, czyli nikt nad nimi nie panował i za nie nie ręczył. Właśnie w tym okresie powstało najwięcej filmików pokazujących, jak w specjalnej salce drobni biznesmeni i mali gangsterzy wciągają kreseczki. A o historiach toaletowych z tej restauracji słyszała chyba nawet moja babcia. Jedno jest pewne: pierwszy lepszy detektyw na tamtejszej podłodze, ścianach, umywalce, a nawet lustrze odkryłby DNA połowy Sejmu, licznych celebrytów i sportowców.
Ale wracając do Bobusia – w zamian za wspomniane profity wymagał on od swojej wybranki wyłączności, dyskrecji i fantazji. Ostatecznie jednak dziewczyna nie dowiozła. Dokładnie tak jak on nie dowiózł polskiej gospodarki do obiecanej mety.
Zanim pan stał się naprawdę znanym i wpływowym człowiekiem – takim, który nie mógł sobie ot tak podjechać na stację benzynową i kupić hot doga z musztardą albo kondomów, bo każdy jego ruch był dokładnie analizowany – pozwalał sobie na mniejszą dyskrecję. Jako że zaraz po studiach zaczął piąć się po szczeblach kariery, potrzebował wielu wyzwalaczy i dopalaczy. A że narkotyki czy alkohol, lubiane wśród wpływowych mężczyzn, to nie była jego bajka, zadowalał się pięknymi niewiastami. Najbardziej podobały mu się te, którym za usługi płacił. Na początku miłosne schadzki organizował w wynajętym specjalnie do tego celu apartamenciku, ale po skargach sąsiadów na dynamiczną rotację osobliwych pań, a także na „zbyt głośne zachowanie” polityk zrezygnował z wynajmowania apartamentu.
Ale z tego, co lubił najbardziej, zrezygnować nie mógł. A trzeba wspomnieć, że nasz dygnitarz bardzo lubił, kiedy ujeżdżające go panie głośno jęczały. Pisząc „głośno”, mam na myśli tak głośno, że raz – było to już za czasów jego spektakularnej kariery – nie usłyszał sygnału telefonu, gdy dzwoniła sama góra. Tak, ta góra! Od czasu słynnej afery z podsłuchem u Sowy większość prominentnych polityków nie tylko nie rozmawia o pracy w restauracjach, ale także w ważnych sprawach posługuje się telefonami sprzed dwóch dekad, czyli moją ukochaną Nokią 5110, podobno „góra” jest jeszcze bardziej vintage i używa tylko Nokii Cityman 1320. W każdym razie tego wieczoru dźwięk telefonu nie przeszkodził panu w dojściu na sam szczyt. Przeszkodzili mu borowcy, którzy nie zawracając sobie głowy pukaniem, wyważyli drzwi. Podobno tłumaczyli się później, że zaniepokoiły ich dochodzące z apartamentu odgłosy. Mogły one wszak oznaczać, że panu Bobusiowi ktoś odcina palec albo przypala go papierosem. Blondyna, opowiadając po czasie tę anegdotę w towarzystwie, biła się w pierś, że u niej takie atrakcje to tylko za dodatkową opłatą. Autentyczność tej opowieści kilka miesięcy później potwierdził inny wpływowy polityk, którego znam. W dodatku jego zaufanym źródłem nie była blondynka, tylko borowik. Ochroniarz podobno dodał, że pojemność tylnej części ciała pana zrobiła na nim ogromne wrażenie. Większe nawet niż telefon dzwoniący w tyłku innego znanego polityka. Tego polityka też znam i wiem, że tę sztuczkę ściągnął od celebryty szczycącego się oślepiającą klawiaturą na zębach.
Jest jeszcze jedna znana historia z udziałem naszego pana, chyba moja ulubiona. To właśnie po niej Bobuś zdecydował się ostatecznie na monogamię. Działo się to, kiedy znalazł się już „na celowniku góry”, a jego awans był tylko kwestią czasu. Dowiedział się o tym nieoficjalnie i z radości postanowił uczcić przyszły sukces wieczorem z dwiema dziewczynami. Panie wybrał skrupulatnie, kierując się swoją ulubioną zasadą kontrastu. Zadbał też o nastrój w sypialni, własnoręcznie posypując jedwabną pościel płatkami róż i zapalając drogie świece. Gdyby umiał skręcić łabędzia z ręcznika, pewnie by się nie zawahał. Jego odzienie miało być skąpe, lecz eleganckie, dlatego wybór padł na czarne bokserki Alexandra McQueena, które dostał od żony na rocznicę ślubu, i burgundowy szlafrok z jedwabiu nieznanej marki. Ten ostatni był pamiątką z wakacji. Bardzo drogą pamiątką. Pan w ogóle lubił ładne ubrania – i na kobietach, i na sobie. Gdyby nie był politykiem, i to już za chwilę bardzo znanym, jego garderoba pełna byłaby cudeniek z najlepszych tkanin od topowych krawców, szytych oczywiście na zamówienie. Ale że tak wystrojony na tle prezydenta czy innych ważnych osobistości wyglądałby podejrzanie, stawiał na skromność, by wyborcy jego partii widzieli w nim kumpla, a nie elitę. Jednak tego dnia świętował – i chciał być najlepszą wersją siebie. Nic więc dziwnego, że… wyszedł z siebie, gdy jedna z zamówionych pań, widząc go w jedwabnym szlafroku, od progu parsknęła śmiechem. Niewiele myśląc, pan zwyzywał ją od głupich dup, co niewątpliwie wpłynęło na przebieg tego wieczoru. Pan nie był już sobą – spięty i sfrustrowany, ciągle świdrował wzrokiem ową dziewczynę. Po dwóch godzinach ciężkiej pracy spocone i umęczone panie musiały stawić czoło brutalnej prawdzie: tego masztu dzisiaj nie da się postawić. Jak opowiadała jedna z nich, twarz pana, gdy usłyszał hiobowe wieści, stała się tak burgundowa jak jego szlafrok. Na początku powiedział, że w takim razie nie zapłaci, bo robota nie została wykonana. Ale zanim dziewczyny zdążyły się ubrać, zmienił zdanie i każdej z nich wypłacił potrójną stawkę. Widocznie liczył, że dzięki takiej premii jego wpadka pozostanie ich słodką tajemnicą. Cóż, przeliczył się. Jak widać, w tych rachunkach nie pomogła nawet edukacja na zagranicznych uczelniach.
Panu ta sytuacja dała jednak wiele do myślenia i ostatecznie zmusiła do oddania swojego przyrodzenia w ręce jednej zaufanej ślicznotki. Po wielu miesiącach szukania jej w polskich i zagranicznych katalogach wybrał piękną blondynkę o zmysłowych kształtach i twarzy… no nie, nie miała twarzy niewiniątka. Wcześniej pan nie miał sprecyzowanego gustu, przeciwnie – lubił zmieniać obiekty swojej erotycznej uwagi, bo przecież nie uczyć. Jeżeli w poniedziałek obsługiwała go wysoka blondynka z małym biustem, to w następny poniedziałek wybierał szatynkę, która miała czym oddychać. Lubił głównie młode dziewczyny, ale takie, które nie wyglądały na swój wiek. Czyli mogła mieć dwadzieścia trzy lata, ale dobrze, jak wyglądała na dwadzieścia siedem. Muszę przyznać, że to rzadka preferencja wśród klientów. Oprócz tego wymagał tylko jednego: pani musiała mieć duże usta, najlepiej nienaturalne. Kiedy pan odnosił zawodowy sukces, awansował lub dostawał premię, lubił być dominowany. Ale w granicach rozsądku. Generalnie zarówno wcześniej, jak i w czasach, gdy został Bobusiem, jego preferencje seksualne mieściły się w normach przyzwoitości. Nawet znane ze sporej fantazji dziewczyny na telefon mówiły o nim „nudziarz, który dobrze płaci”. Tylko jedna wyznała mi, że kiedyś, dawno temu, spędziła z nim weekend. Pan robił wtedy karierę w biznesie, a o polityce jedynie marzył nocami. Podobno zaprosił wspomnianą piękność na wyjazd służbowy do Paryża. W dzień miał liczne spotkania z biznesmenami, za to wieczory były tylko ich. Wieczory w Ritzu, dodajmy. Brzmi niewiarygodnie, prawda? A jednak to prawda – widziałam zrobione w tajemnicy zdjęcia słodko śpiącego Bobusia właśnie w tym hotelu. Ale kiedy nie spał, ponoć nie był już taki słodki. Mało tego – zachowywał się jak pieprzony Grey, przywiązując swoją towarzyszkę do łóżka krawatami od Ferragamo i Hermesa za dwa tysiące złotych jeden. Do tego smagał ją pejczem ze skóry krokodyla, który dostał w prezencie od kolegi ze studiów, swoją drogą miliardera. Dziewczyna twierdzi, że podczas pobytu w Paryżu miał ze sobą aż cztery garnitury od Zaremby i lakierki z dziwnym czubkiem. Kiedy zapytała go, co to za dziwne buty, odpowiedział, że kto ma wiedzieć, ten wie. Przestałam jej słuchać, kiedy zaczęła opowiadać, jak Bobuś zjadał z jej krocza ostrygi. Cóż, widocznie zadziałał urok Paryża, a może świadomość, że być może kiedyś właśnie w tym pokoju, kto wie, czy nie na tym samym łóżku, John Kennedy też luzował muchę.
A jakie jeszcze preferencje miał Bobuś, kiedy akurat nie był w stolicy Francji?
Lubił: delikatną zmysłową bieliznę, najchętniej anielsko białą, szpilki z czerwoną podeszwą (nuda), czerwone usta, pończochy, koronki i pluszowe kajdanki. Cenił sobie też porządek, punktualność i przestrzeganie scenariusza. Zwłaszcza kiedy już został TYM politykiem. Dlatego przed każdym tête-à-tête z blondynką wysyłał jej mały prezencik (najczęściej bieliznę od Victoria’s Secret lub niedużą torebusię z logo LV) z dokładną agendą spotkania. Uwzględniał w niej czas swojego przybycia i szybkie powitanie w holu – tutaj kilka linijek o tym, co pani ma mieć pod szlafroczkiem. Tak jak już zapewne zauważyliście, pan darzył szlafroczki wielką miłością. Jest nawet pewna anegdota dotycząca tego odzienia. Polityk bowiem tak ustawiał miłosne schadzki, żeby w tym czasie nikt mu nie przeszkadzał. Ani żona, ani dzieci telefonujące z prośbą, by wytłumaczył im zadanie z matematyki, ani sama góra. A jednak raz, gdy już prawie spenetrował panią analnie, zadzwonił jego syn. Jak na przykładnego ojca przystało, polityk natychmiast opuścił kochankę i odebrał telefon. A że w sypialni, zgodnie z wcześniejszymi wytycznymi, było zapalone światło, pan, próbując okryć swoje rozpalone ciało, szybko zarzucił na grzbiet biały, przezroczysty jak mgiełka, szlafroczek z puszkiem na rękawach i przy dekolcie. Widok Bobusia w tym wdzianku – ze sterczącym kutasem – tłumaczącego, czym jest wektor jednostkowy, podobno był bezcenny.
Swoją drogą nie bez powodu pan wolał włożyć damski szlafroczek, niż stać nago w świetle lamp. Były nawet dwa powody. Po pierwsze, polityk nie akceptował swojego ciała. Uważał, że jest za gruby, obły i ma zbyt masywne łydki, a jego bicepsy przypominają obwarzanki. Po drugie, podobno w chwilach zwątpienia w swoje supermoce pan szukał ukojenia swojego wewnętrznego dziecka w dotykaniu damskich fatałaszków, koronek, cekinów czy jedwabiu. Jak głosi plotka, największe ukojenie w stresujących sytuacjach przynosił mu seks wśród porozrzucanych damskich ubrań. A gdy jeszcze partnerka odgrywała scenkę dokonywanego na nim gwałtu, pan był w siódmym niebie. Precedens ten został brutalnie przerwany, gdy naszego kochasia przyłapano na niegrzecznych zabawach. Teraz pozwala sobie co najwyżej na przywiązanie go pończochami do łóżka lub smaganie bacikiem z piórek i tylko raz na jakiś czas da się namówić na erotyczny gadżet w postaci korka analnego czy dildo wibrującego w jego czterech literach.
Przyznam, że nazwisko akurat tego polityka na liście naszych klientów bardzo mnie zaskoczyło, mimo że politycy gustują w schadzkach z pięknymi dziewczynami, zarówno ci na niższych szczeblach, jak i prezydenci małych miast czy radni. Dlaczego? Bo ten gracz polityczny absolutnie nie pasuje mi na kogoś, kto dochodzi w zaciszu domowym, dotykając lakierowanych szpilek. Zwłaszcza że ma bardzo atrakcyjną żonę, która stoi u jego boku od lat. Nie raz też podkreślał publicznie, że połowica to nie tylko miłość jego życia, ale też bratnia dusza, przyjaciółka na dobre i złe. Że ma do niej bezgraniczne zaufanie, radzi się jej w licznych sprawach i dzieli się z nią majątkiem. Czy żona może posiadać wiedzę o innych przyjaciółkach pana? Nie wydaje mi się. Czy wie o jego erotycznych fantazjach i potrzebach? Tutaj ręki nie dam sobie odciąć. Kobiety często wiedzą takie rzeczy albo po prostu je wyczuwają. Zdarza się też, że po odpowiedniej porcji bąbelków pan zbiera się na odwagę i zdradza swojej żonie to i owo. Ta najczęściej jest tak zszokowana, że następnego dnia udaje, że rozmowa tylko przyśniła się jej ślubnemu, a po cichu daje mu nieformalne pozwolenie na realizowanie potrzeb poza domem. Czy tak było w tym wypadku? Tego nie wiem. Wiem tylko, że gdyby żona nie wiedziała, pan wyszedłby na Bobusia Kłamczusia. A przecież od polityków oczekujemy tylko pięknych kłamstw.
SMS-y. Polityk
Asystent: Szef potrzebuje dziewczynę
(świeże mięcho) na 20 maja.
Warunki jak zawsze.
Emi: To mało czasu, nie wiem czy znajdę
odpowiednią w trzy dni.
Asystent: Może być ta mała ruda
co w zeszłym miesiącu.
Emi: Nie ma jej w Polsce. Daj mi dwie godziny.
Wydzwonię najlepsze.
Emi: Ok, załatwiłam rakietę.
Szef będzie zadowolony.
Asystent: Dobra, to daj jej umowe
do podpisania.
Emi: Jasne.
Asystent: Ma nie być drętwa.
I niech ma duże cycki.
Emi: Spoko. Będzie jak zawsze.
Asystent: Git.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI