Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Jak w korcu maku - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 lipca 2026
3799 pkt
punktów Virtualo

Jak w korcu maku - ebook

Lipiec, rok 1947

Familia Dąbrowskich zostaje brutalnie wyrwana z rodzinnych stron i w ramach akcji „Wisła” trafia na obce, nieprzyjazne Mazury. Wśród biedy, nieufności i wrogości mieszkańców próbują odnaleźć swoje miejsce i odbudować normalne życie.
Współcześnie poznajemy Karolinę – matkę dwóch córek, uwikłaną w toksyczny związek. Ucieczka od oprawcy doprowadza ją do starego domu na Mazurach, gdzie przypadkowo odkrywa ślady dawnych wydarzeń i rodzinnych sekretów.

Czy można odnaleźć własną tożsamość, poznając historię innych? Czy odkrycie prawdy przyniesie ukojenie, czy jedynie otworzy dawne rany?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8441-604-4
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

_22 listopada 1944 roku, okolice Tuckum_

_Moja ukochana Margarethe!_

_Nie wiem, czy kiedykolwiek przeczytasz ten list. Nie mogę go wysłać, Bałtyk jest odcięty od reszty świata. Każdy statek, który do nas płynie, zostaje zatopiony, zanim dotrze do brzegu. Piszę w nadziei, iż zdarzy się cud, inaczej zwariuję._

_Dowództwo każe nam utrzymywać pozycje, lecz wszyscy wiemy, że jesteśmy więźniami tego miejsca. Wszyscy nadrabiamy miną, niemniej nasza sytuacja jest tragiczna. Nie mamy żadnych perspektyw: nie możemy walczyć ani się poddać. Jesteśmy jak płatki śniegu na wietrze. Niesie nas tam, gdzie silniej powieje. Jeszcze trwamy, próbujemy być silni, choć powoli zaczynamy ulegać zwątpieniu._

_Każdej nocy myślę o Tobie. Widzę Cię, jak siedzisz w naszej sypialni, opierając się o poduszki. Dłonie masz splecione na brzuchu. Wiem, że nasze dziecko rośnie. Już niedługo przyjdzie na świat. Czasem wyobrażam sobie, że jesteśmy razem, a ja gładzę Twój brzuch. Czuję ruchy naszego dziecka, mówię do niego. A za chwilę otwieram oczy i znów jestem w wilgotnych okopach albo ziemiance, która pachnie stęchlizną i strachem._

_Wiesz, czego boję się najbardziej? Że wojna dotrze do Ciebie szybciej niż ja. Tu, w okopach, słyszy się straszne rzeczy. Mówią, co się dzieje na terenach zajmowanych przez Armię Czerwoną. Wiem, jaki los spotyka kobiety i dzieci. Mam nadzieję, że opuściłaś Hohenwald. Wierzę, że kiedy nadejdzie pora, nasze dziecko urodzi się w bezpiecznym miejscu. Zrób wszystko, żeby tak było. Ja nie mogę już nic. Stoję nad brzegiem morza i patrzę na fale. Widzę w nich Ciebie, Twoje oczy, uśmiech. Czasem odnoszę wrażenie, że śnię, a za chwilę otworzę powieki i znów będę przy Tobie, a może już przy Was._

_Jeśli nie wrócę – żyj. Mów o mnie naszemu dziecku. Prawdę. O moim strachu, pragnieniu bycia razem z Wami, nienawiści do tych, którzy wywołali tę wojnę._

_Jeśli się nie spotkamy, chcę, żebyś wiedziała, że Cię kochałem ponad wszystko, czego nauczyły mnie moje nazwisko, mój ród, honor, moja przysięga. Kochałem Cię bardziej niż swoje życie._

_Jeśli Bóg pozwoli, odnajdę Was. Jeśli nie, żyj. Dla mnie, dla siebie, dla dziecka, dla nas._

_Na zawsze Twój_

_Gustav_PROLOG

południowo-wschodnia Polska, lipiec 1947

Zapowiadał się gorący dzień. Ostre słońce rozbijało swe promienie o dachy wiejskich chat, krytych strzechą. Ciepłymi ramionami oplątywało poczerniałe drewno ścian, schodząc łagodnie w dół, przenikając przez brudne szyby do wnętrz. Pomieszczenia mieszkalne we wszystkich domach we wsi wyglądały podobnie. Ich skromne wyposażenie stanowiły drewniane stoły, ławy i łóżka, przykrywane na dzień tkanymi na krosnach narzutami. Ściany zdobiły święte obrazy, przed którymi co wieczór klękali domownicy i w skupieniu modlili się o zdrowie i urodzaj.

Na kuchni gotowały się kartofle, chwilę wcześniej podebrane spod dorodnych krzaków. W powietrzu unosił się zapach piekącego się chleba, który gospodyni niedawno zdążyła wsunąć do pieca. Po izbie plątało się troje drobiazgu, jeszcze niezdolnego do żadnej roboty. Dzieci co chwilę zaglądały matce w oczy z niemym zapytaniem, kiedy dostaną po skibce świeżego chleba, którego skórkę można było tak długo ssać, aż się zupełnie rozpuściła na podniebieniu. Starsze dzieci, dziewczęta, pasły krowy za wsią, a chłopcy pomagali ojcu szykować się do żniw. Przy sprzyjającej pogodzie za tydzień, góra dwa, można było zacząć żąć zboże. Wystarczyło jeszcze przygotować stodołę do omłotów, oczyścić sąsieki, ocenić sprawność wozu. Gdy to wszystko zostanie zrobione, będą mogli zająć się żniwami.

Łóżko w najdalszym kącie izby zajmowała staruszka z dłońmi i twarzą pomarszczonymi upływem czasu. Rzadko kiedy siedziała bezczynnie, bo pomimo podeszłego wieku chciała uczciwie zarobić na swoje utrzymanie u córki, a zresztą w chałupie przy siódemce dzieci ciągle było co robić. Starsze już niby sobie radziły i nie wymagały tyle uwagi, co młodsze, ale tylko babcia umiała je pocieszyć, gdy działa się krzywda. Czasem nawet po jakimś cukierku niepostrzeżenie wcisnęła w garść, gdy matka nie widziała.

Maluchy, niepocieszone, że wciąż muszą czekać, aż upiecze się chleb, wdrapały się na ławę i wlepiły nosy w brudną szybę okienną. Na dworze nie działo się nic ciekawego, bo widok wychodził na łąkę i las, a najbardziej intrygujące rzeczy rozgrywały się w obejściu. A to na wóz można było się wspiąć, a to koguta z kijem pogonić czy psa na łańcuchu podrażnić. Dziś matka miała dużo roboty w chałupie, bo i chleb piekła, i pranie zamiarowała robić. Obawiając się, żeby dzieci nie właziły jej pod nogi, gdy będzie lać gorącą wodę do balii, zakazała im wychodzić na podwórze. Babce zaś poleciła mieć je na oku. Staruszka, z dłońmi splecionymi na wysuszonym brzuchu, modliła się, poruszając bezgłośnie bezzębnymi wargami. Co chwilę spoglądała na wnuczęta tłoczące się przy niewielkim oknie. Dzieci, popiskując swawolnie, próbowały łapać w dłonie natrętnie brzęczące muchy chodzące po szybie. Za każdym razem, gdy się im to udawało, wybuchały głośnym śmiechem, by po chwili z obrzydzeniem rzucać zgniecione owady na podłogę.

– Babciu, las idzie! – zawołał naraz mały chłopiec z rozczochraną, płową czupryną, wskazując brudną rączką widok za oknem.

Starowina tylko pokiwała głową, by dalej poruszać bezgłośnie ustami.

Zza otwartych na oścież drzwi dochodziły odgłosy podwórza. Głośno gdaczące kury, rwący się na łańcuchu pies, miarowe stukanie w stodole, rozmowy, krowa rycząca gdzieś w oddali. Na kuchni zaczęły kipieć gotujące się kartofle. Staruszka, nie przestając się modlić, podniosła się z łóżka, na którym siedziała, i wolno poczłapała w kierunku gorącego pieca. Chwyciła przez fartuch ucho wysokiego sagana i zsunęła go nieco z płyty, po czym zakrzywionym pogrzebaczem przeciągnęła osmoloną fajerkę na palenisko, zmniejszając ogień pod garem. Upewniwszy się, że kartofle nie wykipią, podeszła do uchylonych drzwi, by zobaczyć, co się dzieje na zewnątrz.

W głębi podwórza, przy studni, niemłoda już córka kobiety mocno tarła na drewnianej tarze męskie koszule, dziecięce spodenki, sukieneczki, damskie bluzki. Stała boso, miała na sobie samą koszulę i wysoko podkasaną spódnicę. Była cała mokra. Spieszyła się, by dokończyć pranie, bo trzeba było naciągnąć ze studni wody dla krów, zielska naciąć na wieczór dla świń, zajrzeć do piekącego się chleba. Głośno wzdychając, tarła na tarze sztuki odzieży, raniąc sobie dłonie do krwi.

Usłyszawszy za sobą jakiś hałas, wyprostowała na chwilę zmęczone plecy i się obejrzała. Ostre promienie słońca oślepiły jej oczy, więc przysłoniła oczy daszkiem zrobionym z dłoni. Coś jej się nie zgadzało w widoku podwórza. Odłożyła do balii trzymaną w ręku lnianą koszulę i jeszcze raz popatrzyła. Pomiędzy chatą a budynkami gospodarczymi ciągnęła się miedza prowadząca na łąki. Zwykle była to pusta przestrzeń, czasem stał tam wóz gotowy do wyruszenia na pole. Teraz znajdował się tam szpaler drzew. Kobieta zamrugała szybko powiekami, myśląc, że ma jakieś zwidy. Nic bardziej mylnego. Był tam las. Mało tego, drzewa w szybkim tempie zbliżały się do podwórza. Gospodyni głośno krzyknęła.

Na jej głos zareagowali pozostali członkowie rodziny. Ze stodoły wychylił się mąż, za nim dwóch nastoletnich wyrostków.

– Co się stało?! – krzyknął zaniepokojony. Nie lubił, gdy ktoś przerywał mu robotę.

– Patrz! – rzekła drżącym głosem, wskazując poruszające się drzewa. Szybko obciągnęła spódnicę, chwyciła leżącą na ziemi bluzkę i zaczęła ją na siebie zakładać. Czuła, że zaczyna się dziać coś niedobrego. Zerknęła w kierunku chałupy. Na progu stała stara matka, patrząc ze spokojem na kury grzebiące przed domem.

Drzewa były coraz bliżej. Zanim zaskoczony gospodarz ruszył się z miejsca, na podwórze wjechał wojskowy gazik, podnosząc tuman kurzu. Wystraszone ptaki uciekły z głośnym wrzaskiem. Auto przez chwilę było niewidoczne w szarym obłoku pyłu.

– Co tu się dzieje?! – krzyknął mężczyzna. Trzymając w ręku siekierę, którą przed momentem coś ciął w stodole, rzucił się biegiem w kierunku wojskowych.

Nim kurz zdążył opaść, z samochodu wysiadło dwóch żołnierzy. Starszy z nich, trzymając dłoń na kaburze z bronią, rozejrzał się uważnie po obejściu. Jego wzrok zaledwie prześlizgnął się po sylwetce gospodyni, po czym namierzył jej męża podążającego w jego kierunku z siekierą w ręku. Młodszy wojskowy natychmiast doskoczył do swojego towarzysza, który musiał być jego przełożonym. Chciał wyciągnąć broń, lecz starszy stopniem powstrzymał go gestem, po czym złożył dwa palce prawej ręki i przyłożył je do daszka czapki, którą miał na głowie.

– Decyzją najwyższych władz państwowych zostajecie wysiedleni ze swojego gospodarstwa! – rzucił przez zęby wojskowy. – Dziś do godziny siedemnastej macie opuścić dom!

– Co…? Co wy gadacie, panie…?! – W gospodarza jakby grom z jasnego nieba trafił. Stał z wrośniętymi w ziemię stopami, nie mogąc zrobić kroku. – Jak to?! Dlaczego?!

Usłyszawszy wszystko, co powiedział wojskowy, kobieta dopad­ła do męża i spojrzała na przybyszów z niemym przestrachem.

– Możecie zabrać ze sobą inwentarz żywy, maszyny rolnicze i sprzęty domowe! Wszystko ma się pomieścić na jednej furmance! – krzyknął młodszy z żołnierzy. – Reszty dowiecie się na placu przy kościele!

– Ale dlaczego, panie oficerze?! Za co?! – zawołała śpiewną mową kobieta i złapała wojskowego za rękę, lecz ten ją agresywnie wyszarpnął.

– Bo jesteście Ukraińcami posądzonymi o współpracę z UPA¹!

– Panie oficerze, ja jestem Polakiem, tylko moja kobieta…! Nazywam się Dąbrowski Stanisław, a to moja żona Dąbrowska Anna! – Mężczyzna uderzył się w piersi, jakby tym gestem chciał dowieść swojej narodowości. – Nie wysiedlajcie nas, mamy siedmioro dzieci! I żniwa za pasem, zboże dojrzewa na polu!

Kobieta zaczęła rozpaczliwie płakać, lecz niewzruszony dowódca tego dwuosobowego zespołu bez słowa wsiadł do auta. Gdy już się wygodnie usadowił, jeszcze raz spojrzał surowo na zawodzącą Ukrainkę.

– Panie oficerze, a dokąd nas wysiedlacie? – Stanisław Dąbrowski położył dłoń na klamce samochodu.

– Daleko, bardzo daleko! Nie będzie dla was stamtąd powrotu, Dąbrowski! – zaśmiał się pogardliwie wojskowy. – I pamiętajcie, każdorazowa próba niepodporządkowania się rozkazom władz państwowych będzie surowo ukarana! – krzyknął i dał znać kierowcy do odjazdu.

Po chwili na podwórzu nie został ślad po wojskowym pojeździe, jakby to, co się wydarzyło, było tylko niedobrym snem. Dąbrowscy, oniemiali z przerażenia, wciąż patrzyli za odjeżdżającym samochodem, choć nie było go widać. Dopiero po chwili otrząsnęli się z odrętwienia i spojrzeli po sobie.

– Uciekać nam w las, Stanisław, pozostało – szepnęła zrozpaczona kobieta. – Zabrać dzieci i ukryć się na jakiś czas, może później uda się wrócić.

Stanisław westchnął i pokręcił głową z rezygnacją, a potem wskazał dłonią na szereg drzew nieruchomo stojących na miedzy w przejściu pomiędzy budynkami. Kobieta powiodła po nich wzrokiem i splunęła z pogardą.

– Na nic się zda wojowanie z nimi… Chodźmy pod kościół, może co więcej powiedzą. – Mężczyzna przygarnął ramieniem płaczącą żonę.

Żołnierze, zamaskowani gałęziami, wyglądający jak las, patrzyli bezlitośnie na rozgrywającą się na podwórzu tragedię. Nie wzruszyła ich. Od kilku miesięcy widzieli dużo ludzkiego nieszczęścia i zdążyli się na nie uodpornić. Ich zadaniem było dopilnować, by nikt z wysiedlanych ludzi nie uciekł.

***

Pociąg zatrzymał się z ciężkim szarpnięciem. Złożone w kącie sprzęty rolnicze i meble zakołysały się niebezpiecznie, wprawiając pasażerów w niemą konsternację. W nieludzkich warunkach podróżowali już drugi tydzień. W jednym wagonie jechały trzy rodziny, grubo ponad dwadzieścia osób, oraz cały ich żywy inwentarz w postaci kilku krów, dwóch koni, trzody oraz drobiu. Smród w tym, pożal się Boże, środku transportu był okrutny. Skład zatrzymywał się raz na dzień, czasem nawet raz na dwa dni, by napoić i nakarmić zwierzynę. Ryk wtenczas w wagonie był ogromny, bo o ile dzieciom jakoś z biedą można było wytłumaczyć, dlaczego nie mogą opuścić pociągu, to zwierzęta w żaden sposób tego nie rozumiały. Czasem skład stał w polu cały dzień i wyruszał w dalszą trasę dopiero na noc. Nikt nie wiedział, dlaczego nie mogą jechać, a maszynista tylko wzruszał ramionami, żując w zamyśleniu źdźbło trawy.

Któregoś dnia mężczyźni, naradziwszy się, wręczyli maszyniście kilka butelek samogonu, wtedy pociąg ruszył. Robili tak za każdym razem, gdy ich postój niebezpiecznie się przedłużał.

Najgorsze było to, że pod koniec pierwszego tygodnia podróżnym zaczęło brakować jedzenia, a z brudu dokuczały im wszy. Matki musiały mieć się stale na baczności, bo znudzona dziatwa często skakała sobie do gardeł. Każdemu doskwierała ta podróż. Początkowa rozpacz szybko zaczęła przeradzać się w bezradność i rezygnację. Tyle dni jazdy w nieludzkich warunkach. W nieznane. Martwili się, bo krowy w wyniku nieregularnego jedzenia przestały dawać mleko. Chleb dawno się skończył, słonina też. Kobiety bały się, że jeśli ich mordęga prędko nie ustanie, to poumierają z głodu.

Głowy podróżnych podniosły się, gdy usłyszeli jakieś poruszenie na zewnątrz. Po chwili drzwi wagonu ustąpiły i do środka wlał się snop promieni słonecznych.

– Postój – mruknął Dąbrowski i podniósł się, by wyjrzeć.

Tymczasem na zewnątrz zrobiło się jakieś zamieszanie. Głośne krzyki przemieszały się z odgłosami wydawanymi przez zwierzęta i gwizdem lokomotywy.

Zanim Dąbrowski zbliżył się do krawędzi wagonu, usłyszał głośno wywołane jego nazwisko. Serce zabiło mu mocniej. Przyszło mu do głowy, że może właśnie nastąpił kres ich podróży.

– Tu jestem! – zawołał, wymachując rękoma w kierunku, skąd dobiegło wołanie. Po chwili zbliżył się do niego jakiś wojskowy.

– Dąbrowski Stanisław, Dąbrowska Anna, dzieci: Helena lat siedemnaście, Jan lat szesnaście, Paweł lat szesnaście, Danuta lat piętnaście, Bronisław lat pięć, Irena lat cztery, Marianna lat trzy oraz Gonczaruk Jadwiga! – wymieniał członków jego rodziny.

– Dąbrowski Stanisław to ja – powiedział mężczyzna, czując, że pocą mu się dłonie.

– Koniec waszej podróży, Dąbrowski – oznajmił żołnierz. – Zabierać swoje rzeczy i wysiadać!

Dąbrowski przełknął ślinę. Spojrzał skonsternowany na wojskowego, po czym przeniósł wzrok na towarzyszących mu w udręce sąsiadów.

– A my? – spytał Antoni Kościuk, ojciec trzech dorastających córek. Wyskoczył z wagonu i wziąwszy się pod boki, czekał na odpowiedź wojskowego. Ten zaś machnął ręką.

– Wymieniłem tych, co wysiadają. Setka ich wszystkich będzie – rzucił. – Oni zostają, reszta jedzie dalej.

Dąbrowski, zatrwożony, że zostają tu sami z rodziną, rozejrzał się dookoła. Wprawdzie w oddali widniały jakieś zabudowania, ale wszystko było tu jakieś obce i nieprzyjazne.

– Domy murowane! – dodał wojskowy, wskazując ręką na budynki z czerwonej cegły. – Nie to co u was, chałupy kryte strzechą! Cieszyć się, żeście z tej swojej biedy wyszli!

– A gdzieśmy przyjechali? Jeśli można spytać pana oficera… – powiedział Dąbrowski, ociągając się z wynoszeniem rzeczy z wagonu. Czuł się nieswojo i najchętniej pojechałby dalej, razem z sąsiadami.

– Na Ziemie Odzyskane! No już, wynosić wszystko ze składu, bo za chwilę ruszamy dalej! – ponaglił wojskowy.

1 Ukraińska Powstańcza Armia.ROZDZIAŁ 1

Szczytno, listopad obecnie

Zmrok już całkiem zapadł, gdy na parkingu przychodni lekarskiej Karolina Jasińska wsiadła do srebrnego auta marki Opel Astra. Spieszyła się, bo dziewczynki od kilku godzin były same w domu. Wprawdzie tuż obok, w warsztacie, był ich ojciec, lecz Jasińska nie mogła na niego liczyć, bo albo był tak zapracowany, że zapominał o Bożym świecie, albo pił. Ostatnio coraz częściej zdarzało mu się to drugie. Opatuliła się szczelnie kurtką, bo przeniknęło ją nieprzyjemne zimno. Gdy dotknęła dłonią ramienia, skrzywiła się z bólu. Nie miała czasu się nad sobą rozczulać, musiała zrobić zakupy. Odpaliła silnik, uruchomiło się radio, z którego popłynęła jakaś skoczna melodia. Wycofała z miejsca parkingowego i płynnie włączyła się do ruchu. O tej porze nie było za dużo aut na drodze, więc dość szybko dotarła do supermarketu.

Postanowiła kupić tylko kilka podstawowych artykułów spożywczych na kolację i śniadanie dla dziewczynek. Jutro i tak miała wolne, więc rano odwiezie dzieci do szkoły, a potem na spokojnie zajedzie do sklepu, żeby zrobić większe zakupy. Wrzuciwszy do koszyka chleb, masło, mleko i płatki, skierowała kroki w stronę kasy. Spojrzała na wyświetlacz smartwatcha. Miała trzy nieodebrane połączenia od Helenki. Szybko wyłożyła zakupy na taśmę i wybrała numer córki. Ośmiolatka nie odebrała, więc zadzwoniła jeszcze raz.

– Mama, kiedy wracasz? – usłyszała zaniepokojony głos dziewczynki.

– Będę za kilka minut, a co się dzieje, kochanie? – spytała, podając kasjerce banknot.

– Niiic, nudzi się nam – odparła wymijająco córka.

– Rozłącz się i pobaw się z siostrą, skończę robić zakupy i za chwilę do was przyjadę – odrzekła Karolina, pakując artykuły spożywcze do torby.

– Mamooo, ale tata… – jęknęła Helenka.

– Co?! – Poczuła, że serce podchodzi jej do gardła.

W tym samym momencie coś przerwało połączenie. Zdenerwowana kobieta szybko schowała resztę wydaną przez kasjerkę, a następnie rzuciła się biegiem na parking. Zaczął padać deszcz, ale nie miała czasu, by naciągnąć kaptur na głowę. Drżącymi dłońmi uruchomiła auto i trochę za szybko wyjechała na drogę.

W ciągu dziesięciu minut była pod domem. Na dole, u rodziców partnera, świeciło się światło w oknie kuchennym, u nich, na piętrze, rozświetlone były wszystkie okna. Dodatkowo drzwi prowadzące do warsztatu samochodowego Andrzeja były otwarte na oścież, nikogo jednak w środku nie zauważyła. Wbiegła po trzy stopnie naraz i rzuciła na podłogę torbę z zakupami. Z salonu dochodziły pijackie okrzyki. Chciała się wycofać i przemknąć do dziewczynek, ale Andrzej ją zauważył. Siedział na kanapie w towarzystwie Przemka, kolegi od kieliszka. Przed nimi, na niskim stoliku, stały opróżnione butelki po piwie.

– Kupiłaś?! – Andrzej podniósł się z kanapy i chwiejnym krokiem ruszył w jej kierunku.

– Co miałam kupić? – Karolina zacisnęła pięści. Miała ochotę wybuchnąć, ale ostatkiem sił się powstrzymała. – I dlaczego drzwi od warsztatu są otwarte na szeroko, a w środku pali się światło? Nie mamy fotowoltaiki, a rachunki za prąd są i tak wystarczająco duże!

– Napisałem ci SMS-a, żebyś kupiła czteropak Żywca! – Andrzej był w zaczepnym nastroju.

– Byłam w pracy i nie odczytałam twojego SMS-a! – rzekła podniesionym głosem. – Przemek, zbieraj się do domu! Muszę się zająć dziećmi!

Przemek, pijany tak samo jak jej partner, podniósł na nią szklisty wzrok, ale dalej siedział nieporuszony na kanapie. Zauważyła, że na podłodze leżały rozsypane i wdeptane w dywan orzeszki i krakersy. Zagotowało się w niej. Wiedziała, że ryzykuje, lecz nie mogła sobie na to pozwolić.

– Przemek, zbieraj się stąd! – powtórzyła.

– On zostaje! – Andrzej zrobił krok w jej stronę. – A ty jedź dla nas po ten czteropak!

– Nigdzie nie jadę! – odparła, ściągając kurtkę. – Idź zamknąć warsztat, a ja muszę zająć się dziećmi!

Zwabione hałasem dziewczynki wyszły ze swojego pokoju. Siedmioletnia Mania trzymała się kurczowo siostry.

– Idźcie do siebie, zaraz do was przyjdę. – Karolina próbowała się uśmiechnąć do córek, ale na jej ustach pojawił się tylko grymas.

– Pojedziesz po piwo! – powtórzył Andrzej.

Karolina bez słowa odwróciła się, popchnęła przed sobą dziewczynki i w tym momencie spadło na jej plecy pierwsze uderzenie. Było tak silne, że zabrakło jej powietrza. Głośno krzyknęła i odepchnęła mężczyznę, lecz ten uderzył po raz drugi. Zasłaniając się od razów, wepchnęła dzieci do pokoju, ale sama nie zdążyła tam wejść, bo rozjuszony partner uderzał ją raz za razem.

– Zostaw mnie! – krzyknęła najgłośniej, jak mogła, i z całej siły go popchnęła.

Zachwiał się i runął jak długi na podłogę. Zrobił się hałas, Przemek poderwał się z kanapy i przybiegł na pomoc przyjacielowi. Zaczął podnosić go z paneli, lecz był tak pijany, że przewrócił się na niego.

– Ty suko! – Andrzej zaczął się gramolić, by wstać. – Nie daruję ci tego, że podniosłaś na mnie rękę!

Wiedziała, że to nie są czcze obietnice. Andrzej potrafił być nieobliczalny, zwłaszcza po spożyciu alkoholu, co zdarzało mu się coraz częściej. Najgorsze w tym wszystkim było to, że jego rodzice udawali, że problem nie istnieje. Kiedy Karolina próbowała rozmawiać o tym z jego ojcem, ten obracał wszystko w żart, mówiąc, że Andrzej, jak każdy chłop, musi czasem popić. A że jest jeszcze młody, musi się wyszumieć.

Jasińska nie uważała, że czterdzieści lat to wiek, w którym trzeba się wyszumieć, mógł to robić, gdy nie było dzieci. Zresztą robił to od dawna, tylko że od kilku lat ich związek staczał się jak na równi pochyłej. Tych dobrych chwil, kiedy wspólnie zajmowali się dziećmi, było proporcjonalnie niewiele w stosunku do tych, gdy przepijał ciężko zarobione pieniądze i się awanturował. A od jakiegoś czasu podnosił na nią rękę. Miała dość.

Postanowiła od niego odejść, choć bała się wprowadzić swój plan w życie. Wiedziała, że powinna to uciąć raz na zawsze, bo Andrzej nie nadaje się na partnera i ojca. Im częściej w domu dochodziło do awantur, tym bardziej była przeświadczona, że trzeba to zrobić. Nie wiedziała jednak, jak się do tego zabrać. Formalnie niczego nie miała, bo mieszkali u jego rodziców, a oni jakoś się nie kwapili, by przepisać na nich piętro domu, które i tak Karolina i Andrzej remontowali ze wspólnych pieniędzy. W przychodni lekarskiej, jako pielęgniarka, nie zarabiała wiele i nie byłoby jej stać, żeby coś wynająć. Mogła iść do rodziców, ale tam nie dostałaby wsparcia. Raczej byłaby krytykowana, że zrezygnowała z takiego związku. Matka widziała w Andrzeju tylko jego pieniądze i fach, który miał w rękach.

– Ty suko! – powtórzył Andrzej.

Oparł się dłońmi o framugę drzwi i zaczął się podnosić do pionu. Nie mogła czekać. Z całej siły popchnęła go, aż się przewrócił na gramolącego się przyjaciela, i wbiegła do pokoju dzieci.

– Bierzcie kurtki i plecaki, szybko! – zakomenderowała.

Bolało ją całe ciało, ale nie mogła się teraz nad sobą użalać. Dziewczynki, wystraszone, zaczęły naciągać na siebie kurtki. Karolina skonstatowała, że nie mają czasu. Złapała rzeczy dzieci, po czym popchnęła je do wyjścia. Po drodze chwyciła swoją torebkę i zbiegła na dół za córkami.

Gdy była na wysokości drzwi prowadzących do rodziców partnera, te uchyliły się i wyjrzała zza nich nalana twarz jego ojca.

– Co tak hałasujesz na tych schodach?! – burknął nieprzyjemnym głosem. – Obiadu byś lepiej ugotowała dla rodziny, a nie się włóczysz!

Nawet nie spojrzała w kierunku mężczyzny. Nigdy nie obdarzył jej dobrym słowem, nie pochwalił. Zawsze krytykował, zresztą robili to po równo z matką Andrzeja. Nie czuła się dobrze w ich domu. Wiele razy prosiła partnera, żeby kupili mieszkanie. Wtedy Karolina czułaby się gospodynią we własnym domu, a tak o wszystko musiała pytać. Nawet o to, czy dziewczynki mogą wychodzić na podwórze, żeby się pobawić.

Matka partnera uwielbiała prace w ogrodzie i wokół domu, gdzie każdy skrawek terenu miała zagospodarowany i obsadzony roślinnością, bardzo zaś nie lubiła, gdy dzieci deptały jej trawę czy nawet wąchały kwiatki. Karolina zabierała więc córki na pobliski plac zabaw czy na wycieczki rowerowe, aby tylko nie przeszkadzały na podwórzu. Czasem babcia w swej wspaniałomyślności zapraszała dziewczynki na zakupy lub do sali zabaw, ale stawiała im warunek, żeby podczas wspólnych wyjść zwracały się do niej „ciociu”, nie „babciu”.

– Dokąd jedziemy, mamusiu? – spytała drżącym głosem Mania, gdy Karolina trochę ostrzejszym tonem kazała im wsiadać do auta i dopiero tam włożyć kurtki.

– Cicho bądź, Mańka, widzisz, że mama jest zdenerwowana?! – Helena próbowała uciszyć siostrę, jednakże sama była przestraszona.

– Dziewczynki, jedziemy na wycieczkę. – Karolina starała się, by jej głos brzmiał normalnie, lecz była pewna, że dzieci słyszały, co się działo przy drzwiach ich pokoju. – Zobaczcie, jest ciemno i pada deszcz, muszę się bardzo skoncentrować na prowadzeniu auta. Weźcie mój telefon ode mnie z torebki i włączcie sobie jakąś bajkę.

– Ale dziś jest środa… – zauważyła inteligentnie Helena. Była bardzo zdyscyplinowanym dzieckiem i nigdy nie łamała wprowadzonych przez matkę zasad. Przecież w ich domu od zawsze istniała reguła, że niedziela jest od oglądania bajek w telewizji czy na komputerze.

– Dziś wam pozwalam – powiedziała Karolina. Mani nie trzeba było dwa razy powtarzać, od razu wygrzebała z torebki matki smartfon i włączyła aplikację z bajkami.

Usłyszawszy odgłosy oglądanej kreskówki, Karolina skupiła się na prowadzeniu auta. Czuła się strasznie. Nie dość, że od razów bolało ją całe ciało, to miała wyrzuty sumienia, że tak późno zdecydowała się na ten desperacki krok. Nie miała pojęcia, dokąd się udać z dwójką małych dzieci, żeby bezpiecznie spędziły noc. Nocleg u rodziców w ogóle nie wchodził w rachubę, bo matka od razu zadzwoniłaby do Andrzeja. Uważała, że skoro córka zdecydowała się założyć rodzinę, nie biorąc ślubu ze swoim wybrankiem, to teraz powinna ponosić tego konsekwencje. Niezależnie, czy układa się im w tym związku, czy też nie. Z jednej strony rodzice Karoliny byli zadowoleni, że córka związała się z przystojnym i dosyć majętnym mężczyzną, ale z drugiej nie potrafili jej wybaczyć, że żyła w grzechu, bez ślubu oraz że z tego związku przyszły na świat dzieci. Nie mogła prosić ich o pomoc i już. Zwłaszcza matka trwała przy swoim stanowisku, że skoro Karolina tak ułożyła sobie życie, to musi cierpliwie znosić wszelkie niedogodności – za niedogodności uważała bowiem pijackie awantury.

Jedyny brat Karoliny dawno wyemigrował do Anglii. Przyjeżdżał do domu sporadycznie, ale jak już tu był, zawsze odwiedzał siostrę. Jasińskiej nawet przemknęło przez myśl, żeby zadzwonić do niego i prosić, by załatwił jej jakąś pracę w Londynie. Wyjechałaby z dziećmi, żeby uwolnić się od tego pijaka i awanturnika, ale co dalej…? Jej znajomość angielskiego była raczej na słabym poziomie, w związku z czym nie dałaby rady pracować w zawodzie pielęgniarki. Zresztą studiowała pielęgniarstwo przez tyle lat nie po to, by teraz rezygnować z pracy.

Karolina pociągnęła cicho nosem. Nie mogła sobie pozwolić, by się rozkleić przy dzieciach. Odkąd Andrzej z dobrego i czułego partnera stał się obrzydliwym pijakiem, ona też się zmieniła. Zaczęła przyoblekać się w pancerz, który z biegiem czasu twardniał na niej, sprawiając, że uodparniała się coraz bardziej na obelgi i wyzwiska. Kiedy zaś partner posunął się do rękoczynów, ogarnął ją strach, że może coś zrobić dzieciom. Wtedy zaczęła się intensywnie zastanawiać, co dalej z ich związkiem.

Próbowała rozmawiać z Andrzejem, gdy był trzeźwy, ale zawsze ją zbywał jakimiś półsłówkami. Wyraźnie widziała, że się wstydził, tylko że nigdy jej nie przeprosił, mało tego, nie zaniechał swoich wyczynów. Wszystko się zaczęło, gdy Helena poszła do szkoły. Karolina bała się, że nauczycielka coś zauważy u dziecka, ale mała była nad wyraz dojrzała jak na swój wiek i nigdy nie pisnęła słówka, że w domu dzieje się coś złego. Jasińska wyrzucała sobie, że zachowuje się jak osoba współuzależniona i kiedyś z tego powodu może wybuchnąć jakaś bomba, ale wciąż zbierała się, żeby zawalczyć o szczęście swoje i dzieci. Aż do teraz.

– Mamo, siku… – Głos młodszej córeczki wyrwał ją z zamyślenia.

– Wytrzymasz jeszcze chwilę, kochanie? – Prędko wytarła twarz mokrą od łez. – Zaraz się gdzieś zatrzymamy.

– A dokąd my w ogóle jedziemy? – spytała starsza córka.

Za oknem rozciągał się ciemny las. Karolina dopiero teraz zorientowała się, że już dawno wyjechała z miasteczka. Po drodze nie widziała żadnych zabudowań czy stacji benzynowej. Nie mogła sobie przypomnieć w którym kierunku pojechała. Zaklęła w duchu. Spojrzawszy na wyświetlacz na kokpicie auta, stwierdziła, że jest dwudziesta. Musiała jeździć po okolicy ponad godzinę, może półtorej.

– To… niespodzianka! – wykrzyknęła, lecz Helenka nie wyczuła w jej głosie radości.

– Mamo, muszę siku – powtórzyła Mania. – I jeszcze jestem głodna.

Ciemny las ciągnął się po obu stronach jezdni. Karolina próbowała wypatrzeć jakąś drogę poprzeczną, na której mogłaby zawrócić, lecz nigdzie takiej nie dostrzegła. Przycisnęła mocniej pedał gazu i w tym samym momencie jej wzrok ponownie padł na deskę rozdzielczą. Zauważyła ze zgrozą, że wskaźnik paliwa dochodzi do zera. Cholera jasna, zaklęła w duchu, to się popisałam.

– Dziewczynki, wyłączcie telefon – poleciła. – Zaraz będę musiała gdzieś zadzwonić.

– Mamusiu, telefon się nam rozładował – pisnęła Mania.

Naprawdę chciało się jej siusiu.

– Helenko, masz swój telefon? – Karolina starała się mówić normalnym tonem, choć czuła, że w gardle rośnie jej gula.

– Został w domu, nie zdążyłam go zabrać – powiedziała starsza córka i zaczęła płakać.

– Nie płacz, kochanie. Zaraz znajdę jakieś miejsce, żeby się zatrzymać – mówiła gorączkowo Jasińska.

Rozglądała się uważnie po obu stronach drogi w nadziei, że dostrzeże jakieś zabudowania. Niczego jednak nie było widać, a wskaźnik paliwa niebezpiecznie zbliżał się do zera. W pewnym momencie zauważyła coś na środku jezdni. Zahamowała ostro, auto prawie stanęło dęba, ale się zatrzymało. W świetle reflektorów dostrzegła ogromnego łosia. Zwierzę zwróciło łeb w kierunku samochodu, ale się nie zatrzymało, lecz dostojnym krokiem zeszło z drogi.

– Mamo, co to? – wykrzyknęły obie córki.

– To tylko łoś – wyjąkała przestraszona Karolina. Drżącymi dłońmi odgarnęła włosy z czoła i głośno przełknęła ślinę. Prawie zabiła swoje dzieci!

– Mamo, mamo, zobacz, tu jest jakiś dom! – zauważyła jedna z dziewczynek.

Jasińska podniosła głowę i rozejrzała się dookoła. Rzeczywiście, w świetle reflektorów majaczyły jakieś kształty, które przypominały zabudowania.

Odetchnęła z ulgą, lecz z obawą pomyślała o tym, że ma zapukać do obcych ludzi. Ona, samotna kobieta, z dwójką małych dzieci. Nie miała jednak wyboru tu, na tym pustkowiu. Musiała poprosić kogoś o pomoc. Wcisnęła gaz, puściła sprzęgło i auto wolno potoczyło się w kierunku zabudowań. Do celu miała dwadzieścia metrów, może mniej. Gdy podjeżdżała pod posesję, w pewnym momencie pojazd się zatrzymał, a silnik zgasł. Jęknęła cicho i pomyślała, że chyba Opatrzność nad nimi czuwa.

– Dziewczynki, pójdziecie ze mną – rzekła, nadając swojemu głosowi beztroski ton.

Posiadłość tonęła w ciemnościach. Nie wiadomo, czy ktoś był w środku, czy może był to dom letniskowy, w którym życie tętniło jedynie latem, a jesienią i zimą stał zamknięty na cztery spusty. Wiele takich domów stało tu, na Mazurach.

– Będę mogła zrobić siusiu? – spytała błagalnie Mania. – Ja już dłużej nie wytrzymam.

– Załóżcie kurtki i wysiadamy! – zarządziła Karolina. – Wysiusiasz się przy aucie.

Młodsza z córek przykucnęła przy samochodzie, by załatwić swoją potrzebę, tymczasem Karolina próbowała dostrzec jakieś światło w głębi podwórza, niczego jednak nie zauważyła. Chwyciwszy dzieci za ręce, udała się w kierunku domu. Obawiała się, czy nie wybiegnie do nich jakiś pies, więc położyła dłoń na furtce i potrząsnęła nią parę razy, robiąc trochę hałasu. Odpowiedziała jej cisza, w oknie nie zabłysło żadne światło.

– Chodźmy – powiedziała półgłosem i pchnęła furtkę. Dziewczynki szły razem z nią krok w krok, trzymając się kurczowo jej kurtki.

– Boję się – wyszeptała Mania, więc w odpowiedzi Jasińska przygarnęła obie córki do siebie. Szły w zupełnych ciemnościach. Reflektory auta, których celowo nie wyłączyła, nie obejmowały całego podwórza, ale doświetlały front domu.

– Tu powinny być drzwi, zaraz zapukamy i na pewno ktoś nas wpuści. – Chciała dodać otuchy nie tylko dzieciom, ale również sobie.

Do wejścia prowadziła stara weranda. Karolina mocno trzymała córki, bo czuła pod stopami, że podłoga jest podziurawiona, ze szczelinami. Po chwili zastukała mocno w drzwi, lecz odpowiedziała jej cisza. Zrobiła to ponownie, jednak nie łudziła się, że w domu ktoś jest. W pewnej chwili Helenka złapała za klamkę i ją nacisnęła. Drzwi ustąpiły.ROZDZIAŁ 2

Barwiny, lipiec 1947

Wóz konny załadowany po brzegi klatkami z drobiem, parą podrośniętych prosiąt, meblami i sprzętem rolniczym toczył się wolno po wyboistym dukcie. Rodzina Dąbrowskich piechotą podążała za zaprzęgiem, pilnując, by ich Mućka szła równo i nie zbaczała do pobliskiego rowu w poszukiwaniu trawy. Na wozie podróżowały jedynie babcia Jadzia i najmłodsze dziecko, trzyletnia Marysia. Czteroletnia Irenka i pięcioletni Broniś byli niesieni na zmianę przez starsze rodzeństwo.

Opuściwszy pociąg w Szczytnie, mieli do wyboru zostać w miasteczku lub osiedlić się w pobliskiej wiosce, oddalonej od stacji kolejowej o czternaście kilometrów. Było oczywiste, że małżonkowie wybiorą pracę na roli, wszak nie znali innego życia i tylko takie wydawało się jedynie słuszne. Co by mieli robić w mieście, kiedy byli przyzwyczajeni do wsi. Zresztą chyba nikt z przesiedleńców nie zdecydował się osiąść w miasteczku. Urzędnik wytłumaczył Dąbrowskiemu, w którym kierunku mają iść, i dalej musieli radzić sobie sami. Już na miejscu mieli się zgłosić do sołtysa, by ten przydzielił im jakieś wolne gospodarstwo. Targały nimi niepewność i strach, ale nie było odwrotu. Musieli się jakoś urządzić na tej nowej, obcej ziemi, a jak Bóg da, może kiedyś wrócą do siebie.

Cała rodzina z zaciekawieniem patrzyła na te Ziemie Odzyskane, które tak im wychwalali żołnierze, że niby domy murowane, kryte dachówką, oświetlenie elektryczne w środku, woda w chałupie. Budynki rzeczywiście były tu inne, wyglądały na bogatsze niż u nich, na Lubelszczyźnie, ale po drodze mijali też wiele zniszczonych w pożodze wojennej. Widząc te ruiny, babcia Jadzia tylko kręciła głową i mruczała pod nosem, że wcale takiego bogactwa tu nie zastali, jak im obiecywali. Gonczarukowa przez całą podróż mało się odzywała, siedziała tylko, wpatrując się tępym wzrokiem przed siebie. Jej córka z przestrachem spoglądała na matkę, mod­ląc się, żeby ta nie umarła w podróży, bo cóż oni by z nią zrobili i gdzie z należnym szacunkiem pochowali. Na szczęście dotarli do celu i teraz nawet jak babcia umrze, to będzie gdzie ją pochować. Wprawdzie na obcej ziemi, ale będą mogli to zrobić z godnością, a nie porzucić po drodze jak jakiegoś kociaka.

Po kilku godzinach marszu wyłoniła się przed podróżnymi wioska, do której zmierzali. Dzieciaki ożywiły się, widząc po drodze jezioro. Zaczęły się przekrzykiwać jedno przez drugie, po wielu dniach podróży widać było na ich twarzach podniecenie. Gęsty las ciągnący się po obu stronach drogi zaczął się przerzedzać. Pojawiły się pierwsze zabudowania. Wyglądały podobnie jak w miasteczku – z czerwonej cegły, kryte dachówką. Na posesjach kręcili się mieszkańcy. Na zaprzęg konny, wyładowany rozmaitym dobrem, oraz idących po jego obu stronach ludzi patrzyli z zaciekawieniem. Dąbrowski co i rusz uchylał czapki, pozdrawiając głośnym „szczęść Boże”, lecz nikt mu nie odpowiadał, a ten czy ów nawet splunął na ziemię i odwrócił się z odrazą, jakby trędowatych zobaczył.

– Sołtysa szukam – zagadnął Dąbrowski jakiegoś przyzwoicie wyglądającego mieszkańca, który stał przy płocie i obserwował przejeżdżający transport.

Mężczyzna, na oko rówieśnik Stanisława, powoli wyszedł ze swojej posesji i stanął na wprost przybysza. Był od niego niższy o głowę, toteż musiał zadrzeć brodę, by spojrzeć mu w oczy.

– A kto szuka? – spytał zaczepnym tonem. Miał na sobie spodnie bryczesy i koszulę, do połowy na piersi rozpiętą.

– Mamy się tu osiedlić – rzekł krótko Stanisław.

– Znaczy się Ukraińcy z akcji „Wisła”? – Mężczyzna zmrużył oczy i uważnie obserwował Dąbrowskiego.

– Ja jestem Polakiem – odparł tamten zgodnie z prawdą. – Nie słyszycie u mnie polskiej mowy?

– Na końcu wsi po prawej stronie mieszka sołtys – oznajmił mężczyzna.

– Wy też osiedleńcy…? – spytał Stanisław. – Bo chyba nie Niemcy?

Tamten nic nie odrzekł, tylko odwrócił się na pięcie i odszedł wolnym krokiem. Dąbrowski uchylił czapki i potrząsnął lejcami. Koń ruszył naprzód. Podążali dalej w milczeniu, przeświadczeni, że nie będzie im tu łatwo. Na odległość czuło się wrogość płynącą od mieszkańców wioski.

Nie musieli szukać sołtysa, bo ten wyjechał im naprzeciw rowerem. Wieści o nowych przybyszach musiały dotrzeć do niego, zanim go odnaleźli. Zajechał im drogę i podniósł dłoń na znak, by się zatrzymali.

– Jesteście tymi przesiedleńcami z akcji „Wisła”? – spytał bez powitania.

– Tak, nazywam się Stanisław Dąbrowski, a to moja rodzina. Miałem się do was zgłosić po przydział gospodarstwa.

– Zanim powiem, gdzie wasza chałupa, musicie mnie wysłuchać – powiedział sołtys, odkładając rower na pobocze drogi. Podszedł dość blisko do Dąbrowskiego i wyciągnął w jego kierunku palec wskazujący. – Tu jest spokojna wioska, my tu nie chcemy spać z siekierami pod poduszką. Pamiętajcie, żadnych rozrób.

– Panie, ja jestem Polakiem – przekonywał Dąbrowski. – Mnie nie w głowie awantury, toć dzieci mam całą gromadę.

Sołtys jakby w ogóle nie słuchał tego, co mówi przybysz. Stał dalej z wyciągniętym w jego stronę palcem.

– Mamy we wsi różnych ludzi. I z centralnej Polski, i zza Buga, i Niemców – ciągnął. – I różnie o was gadają. Najgorzej to ci zza Buga, a konkretnie z Wołynia. Powtarzam, tu jest spokojna wieś. Jak będziecie grandzić, wezwę milicję, zgłoszę was do Urzędu Bezpieczeństwa!

– My spokojni ludzie, panie, chcemy jechać do gospodarstwa, które nam przydzieliliście, bo mamy za sobą długą drogę… – powtórzył Stanisław.

– Pojedziecie prosto, za trochę będzie młodnik, skręcicie w prawo i tam het, na końcu drogi będzie wasze gospodarstwo. A za kilka dni przyjadę do was i resztę ustalimy. Ziemię przydzielą wam w urzędzie – dodał sołtys.

Dąbrowski podziękował skinieniem głowy i nie zadając więcej żadnych pytań, ruszył w drogę.

***

Po trudach i znojach podróży przed Dąbrowskimi nareszcie wyłonił się przydzielony im dom. Dostrzegłszy go już z daleka, Anna Dąbrowska poczuła, że coś chwyta ją za gardło. Nie było to wzruszenie, że oto widzi ich nowe miejsce na ziemi, do którego przez tyle dni podróżowali. Ogarnęła ją ulga, że nareszcie nadszedł koniec ich gehenny, a teraz będzie już tylko lepiej. Będzie mogła wykąpać dzieci, wyczyścić im głowy, położyć spać w czystej pościeli, ugotować strawę. Niech już będzie to, co ma być, aby nareszcie spokój zagościł w ich sercach, by przestali się bać.

– Ot i nasza ziemia obiecana – zażartował Stanisław, obejmując żonę ramieniem. I on się denerwował, nie wiedząc, co ich czeka. Oto zamiast w Uhrynowie kosić zboże, którego ziarna wysypywały się z pełnych, dojrzałych kłosów, musieli zostawić cały plon, a tutaj zimą mogą przymierać z głodu, bo skąd wezmą kartofle i mąkę… Nie tak miało być, nie tak. Tam, na Lubelszczyźnie, Stanisław był dobrym gospodarzem i jego dzieci nie klepały biedy. Przeczuwał, że tu może być inaczej.

– Niech tylko będzie spokój, Stanisław – rzekła swym śpiewnym głosem Anna. – Niech Bóg obdarzy nas zdrowiem i spokojem, reszta w naszych rękach.

– Chodźcie, dzieciaki! – zawołał Dąbrowski. – Odpoczniemy po trudach podróży.

Gdy dotarli do celu, Paweł zatrzymał konia. Wszyscy patrzyli na nieduży budynek z czerwonej cegły, który miał być ich domem. Pierwsze, co rzuciło się im w oczy, to że wszystkie szyby w oknach były powybijane, a po drzwiach wejściowych nie było śladu.

– Ot i bogactwo – mruknęła milcząca do tej pory Jadwiga.

– Naprawi się i jakoś to będzie – stwierdził Stanisław, choć widok zrobił na nim przygnębiające wrażenie. – Wejdźmy do środka. Paweł, przywiąż konia do płotu, zaraz się nim zajmiemy.

Wchodząc do nowego domu, każdy z członków rodziny zrobił znak krzyża. Pomieszczenia wyglądały tu na rozszabrowane. Z niewielkiej sieni weszli do kuchni. Na środku leżały kupa połamanych mebli, jakieś deski, trochę gruzu. Wiszące w oknie brudne zasłonki powiewały smętnie, targane letnim wiatrem. W kącie stała kuchnia kaflowa, brakowało w niej drzwiczek do paleniska i popielnika. Płyta kuchenna zionęła czarnymi otworami, z których ktoś zabrał fajerki. Z kuchni wchodziło się do dwóch pokoi. Tu na szczęście został choć tapczan, a w ostatnim pomieszczeniu była szafa z oberwanymi drzwiami.

– Nie ma co czekać, trzeba wnosić cały dobytek i zwierzęta gdzieś rozlokować, żeby odpoczęły – zarządził Stanisław. – Poszukam jakiej słomy, bo i my musimy jakoś tu przenocować. Dawajcie, dziewczęta, sprzątnąć ten bałagan w kuchni, a potem zacząć nosić sprzęty do domu, chłopcy zająć się zwierzyną, napoić i nakarmić. Trzeba jeszcze sprawdzić pomieszczenia gospodarcze, może jakie sprzęty rolnicze się ostały, chociaż wątpię.

Pomimo smutku, jaki towarzyszył Stanisławowi od początku ich podróży, teraz wstąpiła w niego energia. Dąbrowski miał nadzieję, że nareszcie zagości u nich spokój. Spojrzał na żonę. Pobrali się kiedyś z wielkiej miłości. I teraz, pomimo swoich czterdziestu lat, wzajemnie bardzo się szanowali. Przeżyli ze sobą osiemnaście lat, dorobili się gromady dzieci. Wspólnie wiele przeszli: okupację, biedę, teraz wysiedlenie. Byli silni i ta siła trzymała ich przy życiu. W serce Stanisława wstąpiła nadzieja, że kiedyś wrócą na ojcowiznę i wszystko będzie jak dawniej. Teraz zaś musieli przetrwać najgorsze.

Wszyscy gorączkowo pracowali, by wieczorem móc nareszcie odpocząć. Mężczyźni zajęli się żywym inwentarzem. Okazało się, że na podwórzu jest studnia i woda w niej nawet nie była zamulona, co miało im znacznie ułatwić życie. Dziewczęta wyniosły z domu połamane meble, omiotły z pajęczyny ściany i sufity, a potem wniosły dobytek do środka. Maluchy plątały się matce i rodzeństwu pod nogami, badając w nowym domu każdy kąt. Tylko babcia Jadwiga, wziąwszy swój tobołek z rzeczami, siadła w kucki na progu i patrzyła zamyślonym wzrokiem przed siebie.ROZDZIAŁ 5

Barwiny, lipiec 1947

Słońce stało wysoko na niebie, gdy zaprzęg konny ciągnięty przez gniadego ogiera wjechał do wsi. Stanisław z żoną wracali z miasteczka z Powiatowego Oddziału Państwowego Urzędu Repatriacyjnego, gdzie odebrali swoją kartę przesiedleńczą oraz została im przydzielona ziemia rolna. Jechali do domu w nienajlepszych humorach. Powiedziano im w urzędzie, że zdali swoją ziemię i dom w Uhrynowie na skarb państwa i w zamian dostali tutaj budynek mieszkalny i grunt.

– Psia ich mać – klął Stanisław, poganiając batem konia. – Tam zostało osiem i pół hektara ziemi, trzy hektary lasu, a w zamian dają ci tu, człowieku, ochłapy i jeszcze masz im dziękować. Co za czasy nadeszły, Anno, nawet nie ma się komu poskarżyć.

Anna siedziała obok męża z pochyloną głową. Dobry humor, który miał Stanisław zaraz po przyjeździe na Mazury, prysł bezpowrotnie. Ze zrujnowanym domem, który dostali, poradziliby sobie, lecz kiedy dziś dowiedzieli się, że otrzymują w zamian za odebrane ziemie niecałe cztery hektary, Stanisław się załamał. Tłumaczył urzędnikowi, że z tego kawałka gruntu nie wyżywi całej rodziny, na co tamten tylko rozłożył ręce, dodając, że ta ziemia jest lepsza niż na Lubelszczyźnie, więc musi być wdzięczny.

– Nie denerwuj się, Stanisław – westchnęła Dąbrowska, kładąc spracowaną dłoń na jego kolanie. – Może choć spokój tu będzie i żadni upowcy nie będą nas nawiedzać po nocach. Miałam tam dość strachu, że kiedyś poderżną gardła tobie i dzieciom.

– Nigdy mi o tym nie mówiłaś. – Stanisław spojrzał z wyrzutem na żonę.

– A co ci miałam mówić? – zapytała łagodnie. – Co by ci to dało, gdybym ci powiedziała o swoich lękach? A tak będzie spokój. Da Bóg, to za parę lat wrócimy do Uhrynowa…

– Mnie już niewiara, że wrócimy… – Stanisław pokręcił przecząco głową. – Do czego tam wrócimy, jak już domu i ziemi nie mamy? Teraz myśleć nam, jak przetrwamy zimę, skąd weźmiemy zboże i ziemniaki…

– Wczoraj tak sobie myślałam, że trzeba się tobie i chłopcom nająć do gospodarzy do roboty. Żniwa w pełni, może potrzeba rąk do pracy, a jako zapłatę przyjąć plony – tłumaczyła. – Nadchodząca zima będzie dla nas bardzo trudna. Wszystko, co dadzą, przyda się.

Stanisław pokiwał głową. Zdawał sobie sprawę, że jakoś będzie musiał zdobyć zboże i kartofle, bo swoich plonów w tym roku nie będą mieli. A tam, w Uhrynowie, zostawili tyle dobra na polu. Niedługo powinni kończyć żniwa, a zaraz po tym przy ładnej pogodzie przystępować do zwózki. Tu będą zdani na łaskę i niełaskę sąsiadów. Stanisław wątpił w tę pomoc sąsiedzką, bo już sołtys go ostrzegł, że nikt tu z otwartymi ramionami na nich nie czekał.

– Masz rację, Anno. Przejdę się później po gospodarzach, popytam – rzekł Stanisław.

Minęli wiejskie zabudowania, ale nikt z mieszkańców, których widzieli, do nich nie zagadał. Wszyscy patrzyli z jawną wrogością.

Reszta drogi upłynęła małżonkom w milczeniu. Każde było zatopione we własnych, niewesołych myślach. Jednak musieli je porzucić, bo w domu czekało na nich mnóstwo obowiązków. Gdy wjechali na podwórze, dostrzegli chłopców kręcących się w obejściu. Stanisław odetchnął z ulgą, widząc synów zaangażowanych w prace na nowym gospodarstwie. Nie musiał im mówić, co mają robić, bo od małego byli nauczeni roboty. W zasadzie i sami by sobie dali już radę z oporządzaniem zwierząt i bieżącymi pracami.

Gdy tylko wysiedli z wozu, Janek zajął się wyprzęganiem konia. Oboje małżonkowie skierowali kroki w stronę domu. Na progu w kucki siedziała babcia Jadzia. Staruszka trzymała na kolanach tobołek z chusty wypełniony swoimi osobistymi rzeczami.

– Mamo, co tu robicie? – spytała matkę Anna po ukraińsku.

– Czekam na transport do Uhrynowa – odparła ze spokojem starowina. – Tu nie da się żyć. Co mnie tu robić? Toć ja tu umrzeć nawet nie mogę, bo w obcej ziemi nie dam się pochować! – dodała z wyrzutem.

– Mamo! Oddajcie ten tobołek, dziećmi trzeba się zająć, bo jeszcze mi do jakiej studni wpadną czy na minę gdzie wlezą. Różnie może tu być, nie znamy tych terenów. Nie czas jeszcze myśleć o śmierci! – Anna odebrała rzeczy matce. Kobieta jednak nie poruszyła się ze swego miejsca. – Mamo, gdzie są Irenka i Marysia?

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij