Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Jak wysadzić Księżyc i inne szalone pomysły szpiegów, wojskowych i naukowców - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 czerwca 2020
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Jak wysadzić Księżyc i inne szalone pomysły szpiegów, wojskowych i naukowców - ebook

W 1942 roku brytyjska marynarka skonstruowała odporny na ataki torped lotniskowiec zbudowany z lodu i trocin.

W 1958 roku amerykańskie siły zbrojne chciały zbombardować powierzchnię Księżyca bombą atomową.

W 1967 roku CIA rozpoczęło w radzieckich ambasadach operację podsłuchów za pomocą żywych kotów z wszczepionymi mikrofonami.

Choć brzmi to nieprawdopodobnie, wszystkie te projekty były w fazie zaawansowanych testów. Zajmowali się nimi szefowie agencji wywiadowczych, generałowie i naukowcy gotowi wydać miliony na szalone eksperymenty. Na ile jednak ostatecznie je zrealizowano? Może nie wszystkie teorie spiskowe to tylko stek bzdur?

Vince Houghton – kurator Międzynarodowego Muzeum Szpiegostwa w Waszyngtonie i twórca podcastu SpyCast – pokazuje, co się dzieje, gdy innowacja idzie pod rękę z desperacją. W błyskotliwy sposób opowiada, jak za pomocą bomby atomowej chciano zmieniać kierunek tornad, żywymi kurami ogrzewać nuklearne miny, a kozie kupy wykorzystać jako śmiercionośną broń biologiczną. Ta książka to fascynująca opowieść o szalonych i dziwnych, ale zawsze prawdziwych pomysłach szpiegów i wojskowych.

„Dziwne, pouczające, przezabawne i naprawdę przerażające”

/Robert Wade, scenarzysta filmów o Jamesie Bondzie/

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-240-7274-3
Rozmiar pliku: 1,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP
TO, CO ZOSTAŁO NA PAPIERZE

To jest książka o desperacji.

Tak wiele osób nadużywa albo błędnie używa tego słowa, że straciło ono sporo ze swojej mocy. Mnóstwo jest historii o lokalnych drużynach sportowych „desperacko” pragnących wygranej albo o „desperacji” gotowych na wszystko kobiet, które chciały… Sam nie wiem, o czym był ten serial. Przez takie zawłaszczanie strywializowało się słowo, po które powinno się sięgać tylko w najbardziej wyjątkowych okolicznościach. Powinien to być mocny wyraz zarezerwowany dla opisów dojmującego, wszechogarniającego przeświadczenia, że nasze życie jest zagrożone. Chodzi mi o prawdziwe zagrożenia (kolejne błędnie używane słowo) dla kraju, rodziny, przyjaciół czy życia. Kiedy stawka jest najwyższa, a możliwości – najbardziej ograniczone. Desperacja to przekonanie, że nie ma dobrego wyjścia, że wszystko, czego już próbowano albo czego można by spróbować, musi przynieść porażkę. Desperacja sprawia, że rozważamy pomysły, które w normalnych okolicznościach nawet nie przyszłyby nam do głowy – bo desperaci podejmują desperackie decyzje.

To także książka o innowacjach.

Twórcze myślenie o tym, jak działają i jak mogłyby działać różne rzeczy w świecie, stanowiło katalizator zadziwiająco dynamicznej rewolucji technologicznej ostatniego stulecia. Od pierwszych lotów jednostkami lżejszymi od powietrza po samoloty hipersoniczne, od karabinów samopowtarzalnych po działa elektromagnetyczne, od komputera ENIAC po komputery kwantowe, od jednego biednego zmarzniętego żołnierza słuchającego w okopie przechwyconych komunikatów przekazywanych bezprzewodowo po superkomputery amerykańskiego wywiadu tworzące raporty z miliardów wiadomości – genialni ludzie oraz ich innowacyjne pomysły wciąż kształtują nasz świat i robią to znacznie szybciej niż poprzednie pokolenia.

Ale gdy spotykają się innowacja i desperacja, zwykle pojawiają się kłopoty. Jeśli potrzeba jest matką wynalazku, to desperacja jest jego podpitym wujkiem. Facetem, który dzwoni tylko raz do roku, o trzeciej w nocy w twoje urodziny, z najlepszym pomysłem wszech czasów. Nieważne, jakie argumenty wysuwasz przeciw jego logice, nieważne, ile błędów dostrzegasz w jego rozumowaniu, on się nie poddaje.

To się uda. Musi się udać – on jest zdesperowany.

Co jakiś czas jesteśmy zaskakiwani, kiedy któryś z tych pomysłów rzeczywiście wypali. Stworzenie samolotów rozpoznawczych U2 i SR-71 – bodajże najbardziej innowacyjnych maszyn lotniczych, jakie kiedykolwiek zaprojektowano – było rezultatem desperackiego pragnienia Amerykanów, by podejrzeć, co się dzieje w Związku Radzieckim. Energia jądrowa, komputery, internet, współczesne tekstylia, szyfrowanie danych osobistych, a nawet niektóre produkty spożywcze mają źródło w desperackim lęku narodu, że zostanie w tyle za zagrażającym mu rywalem. Sporą część tej historii już wcześniej spisano. Opublikowano niezliczone książki o zadziwiających technologiach minionego stulecia opracowanych z powodzeniem przez rządy w celu zapewnienia bezpieczeństwa narodowego.

To nie jest jedna z takich książek.

Większość książek historycznych wypełniają opowieści o tym, co się zdarzyło – to jest książka historyczna opowiadająca o tym, do czego nie doszło.

Przyjrzymy się projektom, misjom, operacjom i technologiom, które naprawdę rozważano, ale jednak je sobie odpuszczono. Niektóre ostatecznie uznano za zbyt ryzykowne, drogie, niebezpieczne, wyprzedzające swoje czasy – albo nawet za zupełnie szalone. Innych zaniechano po prostu dlatego, że w ich realizacji przeszkodził bieg wydarzeń: broń jądrowa zadziałała, wojna się skończyła, przeciwnik poznał plany, technologia się zestarzała.

Ogólnie rzecz biorąc, książki historyczne opisują zdarzenia z przeszłości, by przekonująco opowiadać o motywacjach ważnych postaci, ich osobowości i stanach umysłu. I słusznie – po części właśnie taka jest ich rola. Ja jednak uważam, że ocena historycznych zdarzeń nie wystarcza. Równie ważna może być ocena regulacji, decyzji i technologii branych pod uwagę przez ludzi na najwyższych stanowiskach, ale skreślonych potem z różnych powodów. Poznanie zamierzeń postaci historycznych może być (i uważam, że jest) o wiele bardziej pouczające i lepiej objaśniać stan rzeczy niż skupianie się wyłącznie na efektach ich planów.

Historia rezultatów to tradycyjny sposób postrzegania zdarzeń historycznych, ale pozostawia ona wiele do życzenia. Ma pewne istotne wady, przede wszystkim taką, że płynące z niej lekcje wynikają ze zjawisk, których nie da się odpowiednio oszacować – losu, szczęścia, pecha, jakkolwiek by to nazwać. Gdyby lądowanie w Normandii nie powiodło się ze względu na nagłą zmianę pogody albo szczęśliwy strzał niemieckiego żołnierza, który zabiłby na plaży ważnego amerykańskiego dowódcę (lub gdyby zdarzenia z innego powodu potoczyły się niepomyślnie), czy gorzej ocenialibyśmy plan Eisenhowera? Na podstawie historii rezultatów – tak. I w tym właśnie tkwi problem. Zamierzenia mogą być dla historyków ważnym narzędziem.

Zatem odłóżcie na bok spoglądanie z perspektywy czasu. Zignorujcie fakt, że niektóre regulacje, technologie, programy i misje zostały wrzucone do szuflady, zanim stały się „prawdziwe”. Aby jak najwięcej wyciągnąć z tej książki, zastosujcie się do rady mistrza Yody: „Musisz oduczyć się tego, czego się nauczyłeś”. Rezultaty tych programów nie mają znaczenia dla ogólnego przesłania opowieści. Efekt naprawdę się tu nie liczy. Dlatego w książce drwię sobie z historii alternatywnej – zabawy w „co by było, gdyby” – bezlitośnie ją atakuję i wykpiwam. Historia alternatywna jest naszym wrogiem. Nie będziemy tu grać do upadłego w „co by było, gdyby”, próbując napisać przeszłość na nowo i robiąc z niej ahistoryczną sieczkę.

Głęboki wdech. Może trochę się zagalopowałem. Historia alternatywna może być niezłą zabawą – kiedy siedząc z rodziną i przyjaciółmi, dyskutujemy o tym, jak mogłyby potoczyć się zdarzenia: zabójstwo Kennedy’ego, wojna secesyjna czy reformacja, prequele _Gwiezdnych wojen_ czy rozgrywki baseballowe World Series w 1986 roku. (Ja ci wybaczam, Billu Bucknerze. Prawie). Z radością kiedyś do was dołączę i odbędę ożywioną debatę o historii alternatywnej, może przy waszym ulubionym napoju alkoholowym lub kubku kakao. Ale tutaj nie ma na to miejsca.

Zamiast tego przy każdej takiej historii powinniście zadawać sobie pytanie: co oni sobie myśleli? Najlepiej czytać tę książkę z umysłem otwartym na to, w jaki sposób ludzie podejmujący decyzje mierzyli się ze stojącymi przed nimi problemami. Prawie zawsze osoby u władzy ogarniało desperackie pragnienie, by zrobić coś (cokolwiek), co pozwoli pokonać przeciwnika. Zatem „co oni sobie myśleli?” to rzeczywiście właściwe pytanie – ale mam nadzieję, że będziecie w stanie naprawdę się na nie otworzyć, zamiast widzieć w nim sposób na okazanie lekceważenia czy pochopnej pogardy. We wszystkich opisanych przypadkach osoby bardzo inteligentne były gotowe zrobić wszystko (albo niemal wszystko), żeby ich kraj zyskał lub utrzymał władzę. Poskutkowało to skrajnym wykraczaniem poza schematy – ale nie tak skrajnym, by zmienić fakt, że byli to poważni ludzie podejmujący decyzje w kwestiach życia i śmierci. Ich zamierzenia są równie ważne jak działania, dlatego warto skupić się na tym zadaniu – czytelnicy i historycy zyskują rzadką okazję, by zajrzeć do umysłów postaci historycznych i zrozumieć wyjątkowe, onieśmielające wyzwania, jakim stawiały czoło.

W niektórych przypadkach pozwala nam to spojrzeć w nietypowy sposób na znane osobistości. Być może już nigdy nie spojrzycie tak samo na Johna F. Kennedy’ego, Dwighta Eisenhowera, Winstona Churchilla, Franklina Roosevelta czy nawet Carla Sagana. W innych przypadkach opowieści wydobywają na światło dzienne zapomnianych przez historię ludzi, którzy mogliby stać się rozpoznawalni, gdyby ich pomysły zrealizowano.

Książka podzielona jest na cztery części, a każda z nich ma własny motyw przewodni. Jednak u źródła każdej historii tkwi desperacja – skutek potworności drugiej wojny światowej lub ideologicznego ferworu i podejrzliwości zimnej wojny. We wszystkich przypadkach pomysłodawcy naprawdę byli przekonani, że zagrożone jest ich życie. A ich desperacja doprowadziła do… ciekawych decyzji.

Część pierwsza skupia się na naszych włochatych i upierzonych przyjaciołach z królestwa zwierząt, którzy znosili rzeczy naprawdę niewyobrażalne – a to wszystko dla nas i dlatego, że stworzenia te „ochotniczo podejmowały się” zadań, których my nie chcieliśmy lub nie mogliśmy wykonać. Na pewno kojarzycie frazę pojawiającą się w napisach końcowych takich filmów, jak _Koszykarz Buddy_, _Turner i Hooch_ czy _Apartament dla orangutana_: „Podczas kręcenia filmu nie ucierpiało żadne zwierzę”. Nie można powiedzieć tego o zwierzętach z pierwszej części książki. Były one rozcinane, oplątywane kablami, przejeżdżane, podpalane, wysadzane, ogłuszane i zrzucane z wysokości kilkuset metrów, zarażane patogenami, malowane żrącą (i prawdopodobnie rakotwórczą) farbą oraz wpychane do taktycznej broni nuklearnej. Wszystko to w imię bezpieczeństwa
narodowego.

Część druga opowiada o sekretnym świecie tajnych i konspiracyjnych operacji. To skarbnica ekscytujących historii o agentach i intrygach – są tu próby zabójstw, operacje specjalne, tajne misje, szpiedzy i szpiegostwo, szemrane umowy, nikczemne czarne charaktery, oszuści i morderczynie. Fakt, że do tych operacji nigdy nie doszło, nie umniejsza w żaden sposób znaczenia opracowanych na ich potrzeby niezwykłych planów. Są nielogiczne, nieracjonalne, absurdalne, dziwaczne, śmiechu warte i szalone. Ale zupełnie prawdziwe.

Część trzecia rzuca światło na najbardziej pomysłowe i innowacyjne technologie drugiej wojny światowej i zimnej wojny. Nie, nie na te. Ani też nie na tamte. Mam na myśli te naprawdę innowacyjne. Rzeczy tak kreatywne, że wykraczają nie tylko poza ramy, ale w ogóle opuszczają pomieszczenia, budynki, dzielnice, miasta. Niektóre z nich oczywiście wyprzedzały swoje czasy. Inne – miejmy nadzieję – chyba nigdy nie doczekają „swoich czasów”.

Część czwarta to pewnego rodzaju odgałęzienie części trzeciej. Broń jądrowa stanowi oczywiście rezultat opracowania nowatorskiej technologii. A jednak ułudą byłoby uznanie bomby atomowej po prostu za kolejny wynalazek. Przekształcenie energii jądrowej w broń było przełomem w historii zimnej wojny. Stworzyliśmy najbardziej niszczycielską technologię w historii ludzkości, ale w wielu przypadkach nie mieliśmy pojęcia, co zrobić z nowo odkrytą mocą. Czy wykorzystać ją tak samo jak każdą inną broń? Czy może zachować ją tylko na najbardziej niezwykłe okoliczności albo nawet wykorzystać jedynie psychologiczny efekt jej posiadania? Czy w ogóle da się znaleźć sposób wykorzystania broni jądrowej dla dobra ludzkości? Jakie są najbardziej absurdalne i idiotyczne rzeczy, które można zrobić z bronią jądrową? Te pytania zadawano sobie nieustannie w czasie zimnej wojny. Na niektóre odpowiedziano, inne do dziś pozostają bez odpowiedzi. Ja postaram się odpowiedzieć na to ostatnie.

Chcę też powiedzieć, że chociaż gromadzenie informacji do książki polegało na dogłębnej lekturze źródeł pierwotnych i wtórnych, archiwów, wywiadów z ekspertami oraz najróżniejszych tekstów naukowych, wywiadowczych, związanych z polityką zagraniczną i polityką bezpieczeństwa narodowego, to napisałem tę książkę, żebyście mogli zdobyć wiedzę i dobrze się bawić. Przy okazji sam chciałem trochę się pośmiać. Bo te historie są nadzwyczajne. Zatem znajdźcie sobie fotel, rozsiądźcie się wygodnie i rozluźnijcie.

Ruszamy ku przygodzie.1
AKUSTYCZNA KICIA

Dlaczego zaczynam od tej historii? Po pierwsze – uwielbiam ją. Gdy tylko mogę, wplatam ją w każdy wykład lub przemówienie w Międzynarodowym Muzeum Szpiegostwa w Waszyngtonie. A mogę to robić, ponieważ w tej historii jest wszystkiego po trochu. Dzieje wywiadu – Akustyczna Kicia. Dzieje dyplomacji – Akustyczna Kicia. Przebieg zimnej wojny – Akustyczna Kicia. Historia nauki, technologii, CIA, KGB, podsłuchów, inwigilacji – zgadliście: Akustyczna Kicia. Działa na każdą grupę wiekową. Dzieci ją uwielbiają (kotki!), nastoletni i dwudziestoparoletni słuchacze są nią zafascynowani (koty-roboty!), rozczula ona nawet dorosłych (kotki!). Jest to i będzie historia, którą trzymam w zanadrzu na niemal każdą okazję.

Tak naprawdę jednak Akustyczna Kicia to nie historia, ale raczej historie. Bo widzicie, ta opowieść ma dwie różne wersje.

Pierwsza zawiera wszystkie niezbędne elementy udanego dramatu – świetne postaci, niezwykłe widowisko, narastającą akcję, punkt zwrotny, który szokuje i zachwyca, niezapomniane zakończenie.

Druga wersja jest, cóż… zapewne prawdziwa.

Ale nie obawiajcie się, różnice między opowieściami są raczej drobne. Stanowią tylko niewielką część szerszej perspektywy i w żaden sposób nie zmieniają najważniejszego faktu w historii o akustycznej kici: CIA próbowała zmienić domowego kota w tajne urządzenie podsłuchowe.

Ludzie od wieków potajemnie przechwytują wiadomości. Jednym z najsłynniejszych przykładów w historii był _cabinet noir_ francuskiego kardynała Armanda Jeana du Plessis, diuka Richelieu i Fronsac (to znany z _Trzech muszkieterów_ kardynał Richelieu) na początku XVII wieku. W tym „czarnym pokoju” czy też „czarnej komnacie” przechwytywano listy francuskich obywateli i osób z zagranicy podejrzewanych o spiskowanie przeciw królowi. Listy były potajemnie otwierane, czytane, na nowo zaklejane, a następnie wysyłane do odbiorców, którzy nie mieli pojęcia, co się wydarzyło przed ich dostarczeniem. Zniweczono w ten sposób niejeden nikczemny spisek przeciw królowi i krajowi – były też takie, które jeszcze nie osiągnęły poziomu „nikczemnych”. Richelieu miał gdzieś, czy stłamsi jakąś swobodę (albo dwie). Najważniejsza była ochrona monarchy: „Dajcie mi dwa wersy spisane czyjąkolwiek ręką, a znajdę w nich coś, co doprowadzi tego człowieka na szubienicę”.

Przeskoczmy do XX wieku, kiedy rozwój nowych form komunikacji w nieunikniony sposób doprowadził do stworzenia metod przechwytywania komunikatów przy użyciu elektroniki. I tak zaczyna się era pluskwy – ukrytego urządzenia umożliwiającego podsłuchiwanie. Jednak urządzenia podsłuchowe z lat 40. i 50. minionego stulecia nie przypominały tego, co być może sobie wyobrażacie, gdy przypominacie sobie filmowe sceny, w których bohater nakłania szefa mafii do zdradzenia, gdzie ukrył zwłoki, a po chwili wpada policja. To były pokraczne urządzenia wielkości puszki coli i można było je ukryć tylko w meblach albo odpowiednio dużych sprzętach domowych – lampach, fotelach czy regałach.

Do lat 60. rozwikłano niektóre problemy związane z wielkością dzięki naturalnej ewolucji urządzeń elektronicznych, ale technologia podsłuchu wciąż nie zdołała przeskoczyć najważniejszej przeszkody: pluskwy wychwytywały wszystko. Może się wydawać, że to dobrze. Im więcej, tym lepiej, prawda? Nie. Kiedy mówię wszystko, mam na myśli wszystko. Pluskwa umieszczona na ławce w parku rejestrowała nie tylko rozmowę ludzi, którzy na niej siedzieli. Wyłapywała też szczekanie psów, ćwierkanie ptaków, uliczne odgłosy, trąbienie samochodów, syreny karetek, ciężkie kroki, wzdychanie. Dźwięki te skutecznie maskowały rozmowę. Biedacy, których zadaniem było zrozumienie czegoś z nagranej na taśmie kolosalnej kakofonii, marnowali tylko czas.

Pomyślcie, jak to jest, gdy próbujecie rozmawiać w zatłoczonym barze, gwarnej restauracji albo na ogłuszającym koncercie rockowym. Chociaż muzyk na scenie daje czadu miażdżącą solówką gitarową, udaje wam się jakoś porozumieć z kolegą. Na pewno wrzeszczycie do siebie nawzajem z odległości paru centymetrów, ale i tak dociera do ciebie jego idiotyczny wywód o tym, że Van Halen za czasów Sammy’ego Hagara był lepszy niż z Davidem Lee Rothem. To dlatego, że ludzie (podobnie jak wiele zwierząt) mają w uchu wewnętrznym element zwany ślimakiem i właśnie tam dochodzi do transdukcji, czyli przekształcania jednej formy energii w inną. W tym przypadku ślimak transdukuje fale dźwiękowe na impulsy elektryczne postrzegane przez mózg jako dźwięki. Co najważniejsze, proces ten pozwala mózgowi rozróżnić rodzaje dźwięków – możecie się skupić na idiotycznej gadaninie kolegi (Hagar? Serio?), gdy zalewa was 120 decybeli heavymetalowej masakry.

W latach 60. inżynierowie pracujący dla amerykańskiego wywiadu na próżno głowili się nad opracowaniem sztucznego ślimaka ucha, nadającego się do używania w urządzeniach podsłuchowych. Po jakimś czasie zrozumieli, że technologia tamtych czasów nie pozwala na realizację takiego przedsięwzięcia. I nie można ich za to winić. Ślimak jest bardzo skomplikowany, do tego stopnia, że dopiero na przełomie lat 50. i 60. XX wieku udało nam się naprawdę pojąć jego formę i funkcje. Jest on wyposażony w coś, co nazywa się błoną podstawową, a pokrywają ją tysiące komórek rzęsatych. Poszczególne komórki położone w określonych miejscach reagują na różne częstotliwości dźwięku. Niektóre z nich wychwytują niskie częstotliwości, a inne są stymulowane przez te wysokie. Dlatego niektórzy ludzie z niewielkim ubytkiem słuchu nie słyszą już bardzo wysokich albo bardzo niskich dźwięków – komórki rzęsate dla tych konkretnych częstotliwości zostały uszkodzone, ale reszta ślimaka jest na chodzie.

To zrozumiałe, że skomplikowana konstrukcja była poza zasięgiem nawet najwybitniejszych naukowców i inżynierów lat 60. XX wieku – a należeli do nich ci pracujący w CIA. Wielu zajmowało stanowiska w wydziale, który dzisiaj znamy jako Biuro Służb Technicznych (Office of Technical Service, OTS, wtedy noszące nazwę Wydziału Służb Technicznych – Technical Services Division, TSD). Ich nieoficjalne motto brzmi: „Tu szpieg znów może być dzieckiem”. Złożoność ślimaka ucha jest skutkiem milionów lat ewolucji, a wynalazcy i inżynierowie tamtych czasów dopiero co udoskonalili znikopisy, flamastry, sztuczną trawę, farbę akrylową i kasety magnetofonowe. Wciąż dzieliło nas kilka lat od kieszonkowego kalkulatora, elektronicznego wtrysku paliwa w samochodach i pierwszego sztucznego serca (które, choć o wiele dla nas ważniejsze niż ślimak ucha, jest o wiele mniej skomplikowane). Dlatego odpuśćcie im. Wykorzystali to, co było dla nich osiągalne, tak jak mogli.

W tym właśnie momencie któryś naukowiec z TSD w CIA – jego nazwisko niestety (niestety dla nas; dla niego chyba na szczęście) zaginęło w mrokach historii – postanowił pójść w zupełnie innym kierunku. Powiedział (parafrazuję):

‒ Co za głupota. Po co się zamęczamy, próbując zbudować sztucznego ślimaka do podsłuchów? Lepiej weźmy coś, co ma już świetnie działającego ślimaka, i zmieńmy to coś w urządzenie do podsłuchu!

‒ Eureka, co za genialny pomysł! – zawołali jego koledzy naukowcy z CIA. (Chcę zaznaczyć, że zmyśliłem całą tę rozmowę, tak ją sobie wyobrażam. Oczywiście równie prawdopodobne jest to, że koledzy kazali mu się zapisać do programu leczenia uzależnień. Ale nie psujcie zabawy). ‒ Jakie zwierzę powinniśmy wykorzystać? Pies za bardzo rzucałby się w oczy. Nawet ci paskudni komuniści zatrzymaliby się, by poszukać właściciela zabłąkanego psa. Szczura albo wiewiórkę by przepędzono, zanim zdołałyby się zbliżyć do kogokolwiek toczącego ważną rozmowę. Małpy łatwo jest wytresować, ale kto nie zrobiłby się podejrzliwy, gdyby w trakcie tajnego spotkania nagle podszedł jakiś makak? Jedynym zwierzęciem, z którym na pewno nie powinniśmy tego próbować, bo nie da się go wytresować, jest kot.

‒ Kot! Idealnie!

Tego dnia narodził się projekt Akustyczna Kicia – i to naprawdę jest jego oficjalna nazwa. Ale nie jesteśmy jeszcze gotowi, by opowiedzieć resztę historii. Jak pewnie się domyślacie, moja dramatyzacja procesu decyzyjnego, który doprowadził do powstania projektu, jest szalenie niesprawiedliwa wobec ludzi w służbie kraju, którzy pracowali w TSD – umysłów odpowiadających za kicię. Razem z będącym częścią CIA Biurem Badań i Rozwoju (Office of Research and Development, ORD) naukowcy i inżynierowie z TSD dostrzegali całkiem realną przydatność kociego tajnego agenta. Koty są wszechobecne w wielu dużych miastach. Przychodzą i odchodzą, kiedy chcą, nikt nie zwraca uwagi na samotnego dachowca spacerującego po publicznym parku. A nawet przeciskającego się przez bramę ambasady. To idealna przykrywka dla idealnej tajnej operacji.

Ale jak wszyscy wiemy, koty bywają kapryśne. Zwykle robią, co chcą, kiedy chcą i jak chcą, mimo błagań, łagodnego przyzywania, łapówek w postaci smakołyków, a nawet gróźb. Oczywiście naukowcy i inżynierowie z TSD i ORD również to rozumieli, lecz całkiem uzasadnione było ich przekonanie, że rozwój nauki o mózgu przetarł szlak ku czemuś, co wydawało się niemożliwe. Częścią renesansu neurobiologii był naturalny postęp w zakresie odkryć naukowych typowy dla początku i połowy XX wieku. To okres w historii, gdy nauka rewolucjonizowała nasze pojęcie dosłownie o wszystkim.

Po części wynikało to z wewnętrznych badań CIA. Przez półtorej dekady przed Akustyczną Kicią CIA przesuwała granicę tego, co „możliwe” – w naukach stosowanych, technologii, badaniach medycznych, a nawet w parapsychologii. Wiele spośród tych działań mieściło się w obejmującym różne pomysły programie nazywanym MKUltra.

MKUltra zyskał zasłużoną sławę dzięki eksperymentom w zakresie „kontroli umysłu” i testowaniu najróżniejszych halucynogenów – pamiętamy dziś przede wszystkim o LSD – zarówno na powiadomionych, jak i niepowiadomionych o eksperymencie uczestnikach. Krytykowano także fakt, że w ramach programu prowadzone były prace nad bronią biologiczną i chemiczną (nie sposób opisać tego inaczej) na potrzeby operacji CIA obejmujących zabójstwa i inne „akcje wykonawcze”. Wiele osób nie wie jednak, że MKUltra to tak naprawdę około 150 programów objętych jednym kryptonimem, a część z nich nie miała żadnego związku z toksynami biologicznymi, chemikaliami czy narkotykami psychodelicznymi. Trzeba przyznać, że o większości podprojektów składających się na MKUltra nie mamy pojęcia. Wiemy tylko o niektórych. Dokumenty MKUltra celowo zniszczono parę dziesięcioleci temu i o ile ktoś nie zachował gdzieś potajemnie kopii, nigdy nie poznamy w całości tego konkretnego rozdziału w historii CIA.

Wiemy jednak, że w ramach co najmniej dwóch podprojektów zajmowano się elektroniczną stymulacją mózgu i kontrolą zachowania zwierząt. Zgodnie z raportem CIA opracowanym pod koniec 1960 roku rezultaty jednego z nich, Podprojektu 94, świadczyły o wykonalności elektronicznych implantów i możliwości manipulacji zachowaniem „kilku gatunków” zwierząt. Koty nie są wymienione wprost, ale wyniki eksperymentów wystarczały, by skłonić agencję do „opracowania przyszłych zastosowań”. Jednym z tych zastosowań jest bohaterka naszej historii: akustyczna kicia.

Pamiętacie, jak pisałem, że ta historia ma dwie wersje? Do tego miejsca obie z nich są mniej więcej takie same. Teraz jednak każda z dwóch opowieści o akustycznej kici pójdzie (po kociemu) własną drogą, w zupełnie innym kierunku. Zajmiemy się nimi po kolei, a potem pod koniec je połączymy – bo najistotniejsze elementy zakończenia są zasadniczo takie same. A środek? Niezupełnie.

Pierwszą wersję poznamy dzięki uprzejmości Boba Wallace’a, który był dyrektorem OTS na przełomie XX i XXI wieku. Bob pokrótce opisał projekt Akustyczna Kicia w swojej książce _Spycraft_ (Sztuka szpiegowska) i chociaż czytałem ją kilka razy¹, zawsze gdy się spotykamy, staram się wyciągnąć z niego coś więcej. Kilkakrotnie pytałem Boba o Akustyczną Kicię, a on za każdym razem reagował tak samo: szyderczy uśmiech, chytry chichot, potem pełen rezygnacji wyraz twarzy, gdy docierało do niego, że nie uda mu się mnie zbyć. Myślę, że Bob jest gotów rozmawiać ze mną o Akustycznej Kici, bo jest niezwykle sympatycznym człowiekiem. Myślę też, że chętniej porozmawiałby ze mną o zadziwiających osiągnięciach TSS/TSD/OTS, o które nie pytam. Choćby o stworzeniu setek, może nawet tysięcy technologii szpiegowskich, które przez wiele dekad wspomagały działania funkcjonariuszy amerykańskiego wywiadu na całym świecie; albo o istotnej roli biura w opracowaniu samolotu szpiegowskiego U-2, który został użyty po raz pierwszy w latach 50. XX wieku, ale był tak rewolucyjny, że lata do dziś; albo o ich udziale w uratowaniu sześciu amerykańskich dyplomatów z Teheranu (zdarzenie to przedstawiono w filmie _Operacja Argo_); albo może o pracach biura nad tajną łącznością, które pozwoliły agentom na działania na „nieprzyjaznych obszarach”, daleko za żelazną kurtyną i w Azji Wschodniej. Ale ja nie chcę rozmawiać o szpiegowskich gadżetach, tajnych maszynach lotniczych, Benie Afflecku czy niewidzialnym tuszu. Chcę rozmawiać o kotach.

Jak twierdzi Bob, naukowcy i technicy CIA od początku rozumieli, że projekt z pewnością należy do grupy wysoce ryzykownych. Instalowanie urządzeń elektronicznych w żywym organizmie nie było tak powszechne jak dzisiaj (pierwszy przeszczep serca przeprowadzono dopiero kilka lat później). Żywe organizmy nie są środowiskiem przyjaznym dla elektroniki. Jest w nich gorąco i wilgotno. Mają naturalne mechanizmy obronne, które zwalczają ciała obce. Przez miliony lat ewolucji projekt kota był starannie udoskonalany. Koty to niezwykle sprawne futrzaste maszyny. Wszystko, co znajduje się w kocie, ma ważną biologiczną funkcję. Nie ma za dużo miejsca na implanty, kable i baterie. Na nic zdałby się CIA kot-podsłuch, który działa idealnie, ale zdradza swoją obecność – albo uszkadza sprzęt, ciągle się drapiąc czy liżąc, albo nie może prosto chodzić, bo jest dodatkowo obciążony zamontowanym urządzeniem.

Mając to na uwadze, zespół CIA robił, co mógł, by trzymać się jak najwyższych standardów etycznych i medycznych zapewniających bezbolesne (oczywiście względnie) traktowanie poddawanego testom zwierzęcia, szaro-białej kotki, której rasy nie odnotowano. Weterynarz wykonał zabieg w czystym, sterylnym otoczeniu w klinice dla zwierząt. Dwucentymetrowy nadajnik opracowany przez TSD oraz zewnętrznego wykonawcę został wszczepiony u podstawy czaszki samicy. Kojarzycie tę luźną skórę tuż za głową kota, za którą właściciel (albo matka) może go podnosić i przenosić, nie sprawiając mu bólu? Idealne miejsce na nadajnik dźwiękowy. Mały mikrofon w formie przewodu został oczywiście umieszczony w kanale słuchowym, co miało pozwolić na łatwy i sprawny przepływ dźwięku. Antena wykonana z cienkiego drutu musiała wychodzić poza izolowane wnętrze kota, by móc efektywnie działać. Ale nie mogła przecież po prostu sterczeć w powietrzu. Ukryto ją, wplatając w futro kotki wzdłuż kręgosłupa.

Po zabiegu akustyczną kicię umieszczono w strefie pooperacyjnej, gdzie technicy CIA niecierpliwie czekali, aż znieczulenie przestanie działać. Gdy kotka stanęła na nogi, została poddana serii testów. Ku zadowoleniu naukowców i techników mikrofon działał zgodnie z oczekiwaniami i pozwalał na uzyskanie sygnału nadającego się do użytku. Pojawiły się jednak inne problemy. Pomimo usilnych prób wytresowania zwierzęcia, by poruszało się w sposób zorganizowany, zgodnie z założeniami misji, wyniki były „nierówne”, a operacyjna użyteczność akustycznej kici – „wątpliwa” nawet po kilku tygodniach ćwiczeń i testów. Z jakiegoś powodu (oczywistego dla każdego, kto kiedykolwiek miał do czynienia z kotem) CIA nie zdołała wpoić kotce właściwego zachowania. Ponieważ wyniki nie poprawiały się, a zespół CIA wahał się, czy wypuścić nowego robokota w środowisku operacyjnym bez gwarancji choćby częściowej kontroli, projekt w końcu zamknięto.

Ambitnie, ale rozsądnie. Wykraczanie poza schematy, ale bez przesady. Balansowanie na granicy bez jej przekraczania. Gdyby to była jedyna wersja historii, nie znalazłaby się w tej książce.

Ale nie jest jedyna.

Drugą wersję losów akustycznej kici znamy dzięki Victorowi Marchettiemu. Był on asystentem dyrektora CIA Richarda Helmsa w połowie i pod koniec lat 60. XX wieku, jest też współautorem książki _The CIA and the Cult of Intelligence_ (CIA i kult wywiadu). Jak wskazuje jej tytuł, Marchetti rozczarował się agencją, a jego nastawienie mogło wpłynąć na wersję historii o akustycznej kici, którą przedstawia. Dlatego warto czytać ją z dystansem (co najmniej kilkumetrowym). Możliwe, że to kompletna bzdura. Ale historia jest świetna.

Marchetti twierdzi, że Akustyczną Kicię można opisać jednym słowem: potworność. Jednak historie Marchettiego i Boba na temat stworzenia okablowanego kota nie różnią się aż tak bardzo – tyle tylko, że zdaniem Marchettiego jako antenę wykorzystano ogon zwierzęcia (domyślam się, że chodziło mu o wplecenie drutu w ogon lub umieszczenie go na nim, nie podał jednak szczegółów) i że był to kocur, a nie kotka. Prawdziwe różnice pojawiają się, gdy skupimy się na tresurze, testach oraz – jak twierdzi Marchetti – próbnej operacji w autentycznym, żywym środowisku miejskim.

Testowanie i tresura przebiegały powoli, ale w końcu przyniosły owoce. Kot słuchał poleceń, radził sobie z przeszkodami, jakie stawiali na jego drodze naukowcy, i realizował krótkie misje (idź stąd tam, zatrzymaj się na komendę, usiądź tam i tak dalej), które stopniowo stawały się coraz trudniejsze i bardziej skomplikowane. Jedyną przeszkodą było coś, co zespół powinien był przewidzieć. Koty od czasu do czasu potrzebują pokarmu. Kiciuś robił postępy w czasie testów, ale potem nachodził go głód, więc oddalał się w poszukiwaniu jedzenia. Właśnie tu rolę miały odegrać eksperymenty MKUltra w zakresie elektrycznej stymulacji mózgów zwierząt. Oczywiście CIA nie mogła pozwolić, żeby wynalazek znikał w środku zadania i rozglądał się za miską karmy, dlatego akustyczną kicią znów zajęli się weterynarze i technicy mający zmanipulować naturalny instynkt poszukiwania pożywienia. Po udanej drugiej operacji i równie udanych dalszych eksperymentach zwierzę było gotowe do pełnowymiarowego testu w terenie.

Marchetti nie przedstawił szczegółowego sprawozdania minuta po minucie z pierwszego (i jedynego) testu akustycznej kici w terenie. Opowiedział o zakończeniu, i to wszystko. Zatem witajcie z powrotem w mojej głowie.

Wyobrażam sobie, że test terenowy ma miejsce w jakiejś sennej uliczce w północno-zachodniej części stolicy. Technicy CIA parkują szpiegowską furgonetkę równolegle do krawężnika, dokładnie naprzeciw jednego z licznych parków rozsianych po całym mieście. Być może auto jest białe, bez żadnych napisów. A może jest na nim logo „Hydraulik Bob”, „Phil Złota Rączka” albo „Kwiaty u Irene” mające zapewnić wiarygodną przykrywkę. W furgonetce siedzi dwóch techników otoczonych technologią lat 60. XX wieku: mrugające światełka, pokrętła, przełączniki, guziki. Oscyloskop w rogu oscyloskopuje. Monitory wyświetlające obraz z wielu ukrytych kamer podwieszone są w rzędzie u góry. Pozwoli to agentom na obserwowanie testu z każdej perspektywy. Jeden z techników wyciąga akustyczną kicię z klatki i sprawdza, czy wszystko jest na swoim miejscu, drugi obraca pokrętłami, pstryka przełącznikami i wciska przyciski aktywujące najnowsze ściśle tajne urządzenie podsłuchowe agencji. Kot jest stawiany na asfalcie, a technik wskazuje dwóch mężczyzn pogrążonych w rozmowie siedzących na ławce w parku.

Ku zaskoczeniu i zadowoleniu techników CIA zwierzę rusza prosto w kierunku celu – bez wahania, nie zbaczając z drogi, nie zatrzymując się w poszukiwaniu jedzenia. Idzie jak po sznurku. Nietrudno sobie wyobrazić, co mogli wtedy myśleć agenci: „To będzie przełom w mojej karierze. Dostanę awans i podwyżkę. Może będę mógł w tym roku pojechać na wakacje nad morzem. Może kupię jacht. Albo motocykl! Jak kupię harleya, to wyjdę na fajnego gościa przed kumplami od tajnych operacji. Dostanę, co tylko sobie zamarzę”. Gdy patrzą na bohaterskiego futrzaka przechodzącego przez podwójną linię na ulicy, puchną z dumy. To pięćdziesiąt małych kroków dla kota, ale wielki skok dla ludzkości.

Ale tu wracamy do wersji Marchettiego. Zaledwie parę kroków od bezpiecznego krawężnika akustyczną kicię potrąciła taksówka.

Nie będzie awansu. Nie będzie podwyżki. Nie będzie jachtu. Nie będzie harleya. Tylko upokarzający obowiązek zdrapania wciąż jeszcze iskrzącej akustycznej kici z chodnika, zanim Sowieci – albo, co gorsza, „Washington Post” – dowiedzą się, co knuła CIA.

Niezależnie od tego, w którą wersję zdarzeń wierzymy – albo w którą bardzo, ale to bardzo chcemy wierzyć – mamy dość mocne potwierdzenie ostatecznego rezultatu projektu. CIA zostawiła po sobie dowody. W mocno okrojonym dokumencie zatytułowanym „ ocena tresowanych kotów w celach” CIA przedstawiła werdykt. Chociaż autorzy raportu przyznają, że nastąpił „znaczny naukowy postęp” w zakresie tresury kotów umożliwiający przemieszczanie się na krótkich dystansach oraz że za wieloletnią pracę nad tym projektem „należy się pochwała personelowi, który nim kierował, zwłaszcza , którego energia i wyobraźnia mogłyby być wzorem dla pionierów nauki”, CIA postanowiła, że program jest niepraktyczny i na zawsze zrezygnowano z akustycznej kici. Ale czy na pewno?

I CO BYŁO DALEJ?

Dowody z ostatniej dekady wskazują, że zdaniem niektórych program Akustyczna Kicia być może nigdy się nie zakończył – albo może został zakończony w Stanach Zjednoczonych, ale kontynuował go jeden z krajów sojuszniczych. Potwierdzają to nagłówki gazet z całego świata: _Irańczycy aresztują 14 wiewiórek za szpiegostwo_; _Rekin „wysłany do Egiptu przez Mosad”_; _Hamas aresztuje delfina – „izraelskiego szpiega”_; _Hezbollah: schwytaliśmy izraelskiego „orła-szpiega” w Libanie_; _W Arabii Saudyjskiej „złapano oznakowanego w Izraelu sępa za szpiegowanie dla Mosadu”_; _Turcja uniewinnia ptaka oskarżonego o szpiegowanie dla Izraela_; _Abbas oskarża Izrael o wykorzystanie dzików przeciw Palestyńczykom_.

Oraz mój ulubiony, niezwiązany z Izraelem nagłówek: _Policja w Indiach przyskrzyniła gołębia – więzienny ptaszek może być pakistańskim agentem_.

Ten trend stał się tak silny, że w Wikipedii pojawiła się nawet strona zatytułowana _Teorie spiskowe na temat wykorzystywania zwierząt przez Izrael w celach militarnych i szpiegowskich_. Naprawdę. Sami sprawdźcie.

Nie da się znaleźć powiązań tych historii z CIA i programem Akustyczna Kicia, a jako historyk nie chcę mylić korelacji z przyczynowością, no i oczywiście całą tę manię napędza sporo wrogich uczuć wobec Izraela – ale trudno nie dostrzec logicznego ciągu między laboratoriami i salami operacyjnymi CIA a biednymi wiewiórczymi tajniakami Mosadu gnijącymi w irańskiej celi więziennej.

Na koniec powiedzmy parę słów o ślimaku ucha, bo od niego wszystko się zaczęło. Do dziś nie udało nam się w pełni odtworzyć zawiłości tego złożonego narządu, ale jesteśmy coraz bliżej. Urządzenie znane jako implant ślimakowy jest w stanie częściowo spełniać funkcję uszkodzonych albo nienadających się do zoperowania komórek rzęsatych dzięki sztucznemu przetwarzaniu dźwięku na impulsy elektryczne, które może wykryć mózg. Jakość dźwięku nie jest doskonała, ale technologia rozwija się coraz bardziej z roku na rok.

Nie ma konkretnych (czyli odtajnionych) dowodów na to, że eksperymenty CIA w zakresie inżynierii słuchu i neurobiologii miały bezpośredni wpływ na współczesny technologiczny przełom związany z powstaniem sztucznego ślimaka. Ale jest szansa, że naukowcy cywile, których praca pomaga w leczeniu osób z wadami słuchu, w jakimś stopniu kontynuują marzenie naukowców i inżynierów CIA z lat 60. XX wieku.

Bardzo chciałbym, aby tak było.

Śmierć akustycznej kici nie poszłaby wtedy na marne.

(O ile kotka rzeczywiście zginęła).

¹ Bob jest członkiem komitetu doradczego w Międzynarodowym Muzeum Szpiegostwa. Współautorem książki _Spycraft_ jest Keith Melton, członek komitetu zarządzającego muzeum. Myślicie, że uszłoby mi na sucho, gdybym nie znał – i to bardzo dobrze – książki napisanej przez dwóch członków komitetów w moim miejscu pracy? To lektura obowiązkowa, ale na szczęście także świetna książka (o ile nie zaznaczono inaczej, wszystkie przypisy pochodzą od autora).2
OPERACJA CAPRICIOUS

Jednakże ma dziedziczne skłonności o wyjątkowo diabolicznych cechach. Zamiast złagodnieć, jego zbrodnicza natura doszła w pełni do głosu, stając się jeszcze bardziej groźna dzięki nadzwyczajnej potędze umysłu. W mieście, gdzie jest uniwersytet, otaczały go ponure pogłoski i ostatecznie zmuszony został do rezygnacji z katedry. Przeniósł się do Londynu (…). To Napoleon zbrodni, Watsonie. Jest odpowiedzialny za połowę zła dziejącego się w naszym mieście i stoi za prawie wszystkimi przypadkami, które pozostają niewyjaśnione. Jest geniuszem, filozofem, myślicielem. Ma najwspanialszy umysł².

Sherlock Holmes o profesorze Jamesie Moriartym
w _Ostatnim zadaniu_

To jest historia o stolcu.

Nie, wróć. „Stolec” brzmi zbyt oficjalnie. Takie słowo można usłyszeć u lekarza.

To historia łajna.

Nie. To też źle brzmi. Zbyt zoologicznie.

Załatwianie grubszej sprawy? Na litość boską, przecież ja mam doktorat.

~~Gówno. Defekacja. Ekskrementy. Obornik. Odchody. Nieczystości. Bobki. Łąkowe placki. Nawóz. Pastwiskowe poduszeczki. Preriowe miny.~~

Dobra. Poddaję się.

To jest historia o kupie. Koziej kupie. A konkretnie o sztucznej koziej kupie.

W dużych ilościach.

Stanley Lovell był chemikiem, i to świetnym. Jak wielu amerykańskich patriotów zgłosił się do pomocy, gdy Stany Zjednoczone przystąpiły do drugiej wojny światowej. Jego talent i umiejętności zostały od razu dostrzeżone przez doktora Vannevara Busha, dyrektora amerykańskiej agencji z czasów wojny, znanej jako Narodowy Komitet Badań w zakresie Obronności (NDRC, czyli National Defense Research Committee), który zlecił Lovellowi zadanie – miał on pomóc Korpusowi Kwatermistrzowskiemu w wymyśleniu innowacyjnych chemicznych sposobów rozwiązania częstych wojskowych problemów, jakie stwarzała prawdziwa globalna wojna. Niektóre z nich polegały na robieniu przelotek (czyli oczek w butach czy plandekach) z plastiku zamiast z metalu (by zaoszczędzony metal można było wykorzystać do innych celów) albo na produkcji odpornych na pleśń namiotów, butów, getrów itd., które są szczególnie potrzebne w dżungli wysp Pacyfiku, albo na wyprodukowaniu peleryny odpowiedniej do działań wojennych na pustyni, gdzie w nocy może być bardzo mroźno, a w ciągu dnia – potwornie gorąco.

Była to niezwykle ważna praca. Miała pomóc w wygraniu wojny.

Lovell robił coś istotnego.

Ale nudziło go to.

Miał szczęście, bo ta nuda nie trwała zbyt długo. Doktor Bush zaczął rekrutować naukowców do innej organizacji. Tajnej organizacji. Pełnej szpiegów – oraz ludzi mających opracować technologie, które pomogą szpiegom wygrać wojnę. Pewnego dnia Bush zaproponował swoim nowym pracownikom pozornie prosty eksperyment myślowy:

Jest ciemna noc, masz przybić na gumowej tratwie do wybrzeża opanowanego przez Niemców. Twoją misją jest zniszczenie ważnej wrogiej instalacji bezprzewodowej, chronionej przez uzbrojonych strażników, psy i reflektory. Możesz mieć przy sobie jedną dowolną broń, jaką tylko sobie wyobrazisz. Opisz tę broń.

Lovell nie mógł po prostu powiedzieć „taktyczna broń jądrowa” (to byłaby moja automatyczna odpowiedź, gdyby dzisiaj zadano mi to pytanie, ale niestety wówczas jeszcze jej nie wynaleziono), dlatego przez jakiś tydzień obmyślał rozwiązanie. Jego odpowiedź była już przejawem przyszłej smykałki do nieczystych zagrań i tajnych wybryków. A brzmiała tak:

Chcę dostać zupełnie cichą bezbłyskową broń – automat Colta albo pistolet maszynowy – albo jedno i drugie . Będę mógł zabić pierwszego wartownika bez hałasu i błysku, który wyjaśniałby jego upadek, dlatego kolejny wartownik podbiegnie do niego, zamiast wszczynać alarm. Potem zdejmę ich jednego po drugim i przejmę kontrolę nad bezprzewodową stacją.

Dość przebiegłe jak na chemika. Wystarczyło to, aby przyciągnąć uwagę Busha. Niedługo potem Lovell otrzymał polecenie, by zgłosić się pod wskazany adres w północno-wschodniej dzielnicy Waszyngtonu. To właśnie tam po raz pierwszy spotkał Williama Donovana, Dzikiego Billa – prawnika, polityka, żołnierza z największą liczbą odznaczeń w historii Ameryki oraz dyrektora nowo powstałej agencji wywiadowczej, Biura Służb Strategicznych (OSS, od Office of Strategic Services).

Donovan powiedział po prostu:

– Oczywiście znasz Sherlocka Holmesa. Profesor Moriarty jest kimś, kogo chcę mieć w swoim zespole w OSS. Myślę, że ty nim jesteś.

Potem dodał:

– Potrzebuję każdego subtelnego podstępu i każdej pokrętnej sztuczki, jaką mogą zastosować przeciw Niemcom i Japończykom nasi ludzie, ale przede wszystkim podziemne grupy oporu w okupowanych krajach. Będziesz musiał je wszystkie wynaleźć, Lovell, bo zostaniesz moim człowiekiem.

Jak pisał we wspomnieniach Lovell, Donovan tak naprawdę mówił: „Wyrzuć do kosza całe swoje normalne pojęcie o przestrzeganiu prawa. Mamy tu okazję, żeby narobić rabanu. Chodź, pomóż mi w tym”.

Lovell znalazł swoją wojnę. Wszedł w to.

Bill Donovan mocno wierzył w moc nauki i jej rolę w wygraniu wojny. Uważał, że ta strona konfliktu, która najskuteczniej i najefektywniej zastosuje osiągnięcia naukowo-technologiczne w operacjach wywiadu i na polu walki, będzie miała decydującą przewagę. Skutek był taki, że w październiku 1942 roku, zaledwie cztery miesiące po utworzeniu OSS, Donovan powołał do życia jednostkę badawczo-rozwojową OSS (OSS/R&D, czyli Research & Development), a na jej czele postawił Lovella. OSS/R&D miała szeroki zakres działań: kamuflaż; narzędzia chemiczne, mechaniczne i elektryczne; fałszowanie dokumentów; maskowanie; leki, toksyny i śmiercionośna broń; kryptografia; środki chemiczne i biologiczne służące do obrony… i do ataku. Oraz oczywiście broń specjalna i specjalne urządzenia – sprytne szpiegowskie gadżety, tak atrakcyjne dla tych, którzy odwiedzają nas w Muzeum Szpiegostwa.

Tak jak całe OSS, jednostka OSS/R&D miała na swoim koncie zadziwiające sukcesy… oraz haniebne porażki.

Oto parę punktów z listy wstydu:

1. Kocia bomba, pomysł opierający się na niezbitych założeniach: (a) koty zawsze spadają na cztery łapy, (b) koty nienawidzą wody. Zgodnie z planem biedny kiciuś miał być zawieszony w uprzęży pod bombą wraz z jakimś urządzeniem, które pozwoli, by ruchy rzeczonego kiciusia pokierowały bombą, gdy będzie on spadać. Jeśli zostałby spuszczony niedaleko jednostki morskiej (na przykład niemieckiego okrętu wojennego), naturalny instynkt kazałby mu pomyśleć: „Niech to szlag, spadam do wody. Nie znoszę wody, więc spróbuję wylądować gdzieś, gdzie jest sucho. Na przykład o tam, na tym niemieckim okręcie”. I wtedy BUM. Kot samobójca zostaje męczennikiem za sprawę. Oczywiście pomysł był absurdalny. Podczas eksperymentów kot testowy tracił przytomność (a zarazem skuteczność), jeszcze zanim zdążył przelecieć piętnaście metrów. Nie wiemy, czy urządzenie sterujące zadziałałoby, ponieważ kot mdlał, zanim technologię udało się do końca sprawdzić.

2. OSS uzyskało informację, że Hitler i Mussolini odbędą naradę wojenną na przełęczy Brenner położonej w Alpach między Włochami a Austrią. Lovell zaproponował „atak nie do przewidzenia”. Pewnie miał rację – nie sposób było się tego spodziewać. Plan Lovella polegał na przemyceniu do sali wazonu z ciętymi kwiatami i postawieniu go na stole między Hitlerem a Mussolinim. W wodzie w wazonie miał się znajdować bezzapachowy, bezbarwny związek chemiczny, który przeniknąłby do ciał dwóch tyranów przez gałki oczne. Hitler i Mussolini (oraz wszyscy obecni w sali) zostaliby trwale oślepieni, ponieważ substancja powodowała zanik nerwu wzrokowego, sprawiając, że nieodwracalnie tracił on sprawność. Ale była to tylko część planu – a przy tym, co zaskakujące, ta mniej absurdalna. Część druga wymagała pomocy papieża – pomimo tego, że Watykan oficjalnie pozostawał neutralny w trakcie wojny – który miał wydać bullę głoszącą, że sam Bóg ukarał dwóch przywódców za ich potworne czyny. OSS prosiło zatem papieża, by skłamał. Jednak Lovell uważał, że dałoby się to usprawiedliwić: wystarczyłby jeden dokument, by papież przerwał wojnę i „pomógł misji chrześcijaństwa bardziej niż jakikolwiek człowiek na Ziemi”. No dobrze. Może i tak. Niestety dla Lovella (ale na szczęście dla nieskazitelnej reputacji Kościoła) plan upadł, gdy narada została przeniesiona do prywatnego wagonu kolejowego Hitlera, który otoczyły jego najlepsze oddziały. OSS było dobre, ale nie aż tak.

_Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji_

² A.C. Doyle, _Ostatnie zadanie_, w: tegoż, _Pamiętniki Sherlocka Holmesa_, tłum. Bartłomiej Madejski, Wrocław 2010, s. 215‒216.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij