Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Jannik Sinner. Narodziny mistrza - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 maja 2026
36,90
3690 pkt
punktów Virtualo

Jannik Sinner. Narodziny mistrza - ebook

Jeden z najwybitniejszych tenisistów wszech czasów. Wygrał z reprezentacją Włoch Puchar Davisa, zdobył tytuły wielkoszlemowe, w tym Wimbledon, oraz dotarł na pierwsze miejsce światowego rankingu. Książka opowiada o etapach rozwoju zawodowego Jannika Sinnera, począwszy od lat dzieciństwa, kiedy był mistrzem Włoch w slalomie gigancie, aż po decyzję o porzuceniu narciarstwa na rzecz tenisa.

Autorzy przedstawiają drogę, jaką przebył Sinner – od rozgrywek drużynowych na szczeblu prowincjonalnym i regionalnym po najważniejsze turnieje międzynarodowe.

Całość uzupełniają techniczne wskazówki Michelangela Dell’Edery odpowiedzialnego za szkolenie włoskich trenerów skierowane do wszystkich tych, którzy marzą o tym, by pójść w ślady Jannika Sinnera.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68758-76-4
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WPROWADZENIE

Popro­wa­dził Wło­chy do odzy­ska­nia Pucharu Davisa po 47 latach prze­rwy w zwy­cię­stwach, poko­nu­jąc mię­dzy innymi naj­lep­szego zawod­nika na świe­cie, Serba Novaka Djo­ko­vi­cia. Wygrał swój pierw­szy tur­niej wiel­kosz­le­mowy pod­czas Austra­lian Open, 48 lat po ostat­nim suk­ce­sie Wło­chów na tym pozio­mie, gdy ponow­nie (w pół­fi­nale) poko­nał ówcze­snego naj­lep­szego teni­si­stę Djo­ko­vi­cia, dwu­dzie­stocz­te­ro­krot­nego zdo­bywcę naj­więk­szej liczby tytu­łów tego rodzaju w histo­rii, który naj­dłu­żej ze wszyst­kich gra­czy pozo­sta­wał na czele ran­kingu pro­fe­sjo­nal­nego tenisa. 10 czerwca 2024 roku wyprze­dził Serba w ran­kingu ATP¹ i stał się naj­lep­szym teni­si­stą na świe­cie. Jan­nik Sin­ner jest praw­dzi­wym mistrzem.

Mistrzem, który zwy­cię­żył w US Open i na Wim­ble­do­nie, aspi­ruje do kolej­nych tro­feów i osią­gnięć oraz może jesz­cze dużo popra­wić, a jed­no­cze­śnie osią­gnął już wszystko: pierw­sze miej­sce w ran­kingu, któ­rego wcze­śniej nie zdo­był żaden wło­ski teni­si­sta.

Sin­ner to młody spor­to­wiec, który stał się wzo­rem nie tylko dzięki swoim wyni­kom i posta­wie, lecz także ze względu na kon­se­kwentną i line­arną ścieżkę roz­woju – stały, stop­niowy postęp, z natu­ral­nymi przy­spie­sze­niami i rów­nie natu­ral­nymi okre­sami spo­wol­nie­nia, dzie­siątki zwy­cięstw i pora­żek, poczy­na­jąc od pierw­szego ofi­cjal­nego meczu w kate­go­rii poni­żej 10 lat z kartą Fede­ra­cji (dzi­siaj FITP²), koń­cząc na tym roze­gra­nym 28 stycz­nia 2024 roku, w któ­rym wygrał Puchar Nor­mana Bro­okesa w Mel­bo­urne. Prze­śle­dze­nie tej drogi jest tro­chę jak powrót do genezy arcy­dzieła sztuki, powie­ści, fre­sku czy rzeźby. Ozna­cza próbę ziden­ty­fi­ko­wa­nia szcze­gól­nych cech, które osta­tecz­nie zade­cy­do­wały o suk­ce­sie. W ten spo­sób możemy sobie uświa­do­mić, że jeśli w naszym kraju panuje okre­ślona kul­tura spor­towa, szkoła teni­sowa sto­suje wyso­kiej jako­ści metody szko­le­niowe, a droga do dosko­na­ło­ści jest jasno wyty­czona, staje się ona dostępna dla każ­dego, kto zde­cy­duje się pod­jąć wyzwa­nie.

Czy mistrzem się rodzi, czy staje? Dla­czego ni­gdy nie mie­li­śmy kogoś na miarę Fede­rera? Były to naj­częst­sze pyta­nia zada­wane w śro­do­wi­sku wło­skiego tenisa w latach 1981–2010, w nie­mal trzy­dzie­sto­let­nim okre­sie, w któ­rym męż­czyźni wygrali łącz­nie 25 tur­nie­jów (żaden z nich nie nale­żał do serii Masters 1000) i trzy­krot­nie dotarli do ćwierć­fi­nału tur­nie­jów wiel­kosz­le­mo­wych: Cri­stiano Caratti w Austra­lian Open w 1991 roku, Renzo Fur­lan w Paryżu w 1995 roku i Davide San­gu­inetti na Wim­ble­do­nie w 1998 roku. To 30 z 47 lat mię­dzy zdo­by­ciem pierw­szego Pucharu Davisa w 1976 roku a dru­gim suk­ce­sem świa­to­wym osią­gnię­tym dru­ży­nowo w listo­pa­dzie 2023 roku w Mala­dze lub z 48 lat – od zwy­cię­stwa Adriana Panatty w Rolan­dzie Gar­ro­sie do triumfu Jan­nika Sin­nera w Austra­lian Open w stycz­niu 2024 roku.

Odpo­wiedź na pierw­sze pyta­nie jest prost­sza, niż mogłoby się wyda­wać. Ewo­lu­cja sportu zawo­do­wego i porów­na­nie róż­nych kul­tur i doświad­czeń poka­zały, że mistrzami, czyli odno­szą­cymi suk­cesy spor­tow­cami zdol­nymi do zdo­by­cia wiel­kich tytu­łów, zostaje się dzięki pracy. Ogromu pracy, i to wyko­na­nej we wła­ściwy spo­sób, zaczy­na­jąc od oczy­wi­stych pre­dys­po­zy­cji, które jed­nak nie są zastrze­żone jedy­nie dla naj­bar­dziej zna­nych super­gwiazd. Zwy­cięz­cami są nie tylko Björn Borg i John McEn­roe, Andre Agassi i Pete Sam­pras, Roger Fede­rer, Rafael Na­dal i Novak Djo­ko­vić. Należą do nich rów­nież Lley­ton Hewitt, Juan Car­los Fer­rero czy Daniił Mie­dwie­diew, któ­rzy wygrali tur­nieje wiel­kosz­le­mowe i byli nume­rami jeden. Potwier­dzają to księgi zwy­cięz­ców i archiwa ran­kin­gów świa­to­wych.

Oka­zuje się jed­nak, że dru­gie pyta­nie jest mylące. Roz­wa­ża­nia nad tym, dla­czego teni­si­sta o mistrzow­skim talen­cie nie uro­dził się w naszym kraju, pro­wa­dziły na fał­szywy trop: uspo­ka­jały sumie­nie, wią­żąc suk­ces z prze­zna­cze­niem, szczę­ściem lub pechem. Tym­cza­sem takie myśle­nie znie­kształ­cało rze­czy­wi­stość, ponie­waż poten­cjalni mistrzo­wie rodzili się rów­nież we Wło­szech, nawet w latach posu­chy.

Wystar­czy pomy­śleć o nie­ma­łych pre­sti­żo­wych suk­ce­sach mło­dzie­żo­wych, które Wło­chy odnio­sły w latach 1981–2010 (Clau­dio Pisto­lesi – mistrz świata junio­rów w 1985 roku, Diego Nargiso – zwy­cięzca Wim­ble­donu junio­rów w 1987 roku, Andrea Gau­denzi – numer jeden świata junio­rów, zwy­cięzca Rolanda Gar­rosa i US Open w kate­go­rii do lat 18 w 1990 roku). Te wiel­kie nadzieje nie speł­niły się jed­nak na rów­nie wyso­kim pozio­mie w pro­fe­sjo­nal­nym cyklu tur­nie­jo­wym.

Praw­dziwe pyta­nie, które nale­żało sobie zadać, nie brzmiało zatem: dla­czego u nas ni­gdy nie rodzi się ktoś jak Fede­rer (Na­dal czy Djo­ko­vić)? Nale­żało raczej zapy­tać: jeśli nowy Roger uro­dzi się u nas, to czy sta­nie się Fede­rerem?

Przez ostat­nie 20 lat insty­tu­cja zarzą­dza­jąca wło­skim teni­sem, FITP, pro­wa­dziła sys­te­ma­tyczne prace nad jego odbu­dową i ewo­lu­cją. Wciąż pró­bo­wano udzie­lić odpo­wie­dzi na powyż­sze pyta­nie. Zda­wano sobie sprawę, jak istotne jest posze­rze­nie bazy i zagęsz­cze­nie sieci wyła­nia­nia mło­dych spor­tow­ców – aspi­ru­ją­cych mistrzów z nie­zbęd­nymi cechami, by marzyć o pozy­cji numer jeden.

Ist­niało rów­nież prze­ko­na­nie, że praw­dziwy suk­ces nadej­dzie, jeśli wszy­scy, któ­rzy z pasją i deter­mi­na­cją podej­mują przy­godę z teni­sem wyczy­no­wym, zdo­łają stać się „mistrzami samych sie­bie”. Mając moż­li­wość wyko­rzy­sta­nia całego swego poten­cjału przez codzienne dosko­na­le­nie się jako spor­towcy, ale też jako zwy­kli ludzie, mogliby przejść nie­zwy­kłą drogę roz­woju oso­bi­stego, by osią­gnąć swój punkt kul­mi­na­cyjny na pozio­mie regio­nal­nym lub kra­jo­wym. Lub w ran­kingu ATP.

Prze­śle­dze­nie histo­rii spor­to­wej Jan­nika Sin­nera, ze szcze­gól­nym zwró­ce­niem uwagi na okres, w któ­rym nie był jesz­cze „Sin­ne­rem”, czyli nie uzna­wano go za poten­cjal­nego zawod­nika numer jeden, pozwala nam pod­kre­ślić wyjąt­ko­wość zarówno jego samego, jak i drogi, jaką prze­szedł, a także to, co obec­nie jest normą we Wło­szech dla tego roz­wi­ja­ją­cego się teni­si­sty. Zostać mistrzem Sin­ne­rem można tylko wtedy, gdy jest się Jan­ni­kiem, gdy codzien­nie się tre­nuje i pra­cuje nad sobą, tak jak on, wyko­rzy­stu­jąc swoje wiel­kie zdol­no­ści fizyczne i umy­słowe. Jeśli jed­nak podą­żymy jego śla­dami na kor­tach teni­so­wych (a na początku także na sto­kach nar­ciar­skich lub boiskach pił­kar­skich), odkry­jemy, że grunt, na któ­rym sta­wiał pierw­sze kroki, był dobrze przy­go­to­wany i bogaty w skład­niki odżyw­cze: ide­alny, aby wszyst­kie nasiona przy­nio­sły owoce.

To nie przy­pa­dek, że gdy Jan­nik stał się Sin­ne­rem i na­dal się dosko­nali, wokół niego dora­sta, osią­ga­jąc abso­lutną świet­ność, wielu jego rówie­śni­ków lub osób w podob­nym wieku. To chłopcy, z któ­rymi podą­żał tą samą drogą – począw­szy od pierw­szych tur­nie­jów FITP, zgru­po­wań tech­nicz­nych, poprzez zawody dru­ży­nowe na szcze­blach pro­win­cjo­nal­nym, regio­nal­nym i kra­jo­wym (Puchar Pro­win­cji czy Puchar Belar­di­nel­lego), mistrzo­stwa Włoch junio­rów, powo­ła­nia do mło­dzie­żo­wych repre­zen­ta­cji naro­do­wych, pierw­sze mię­dzy­na­ro­dowe próby w ramach cyklu Ten­nis Europe, a następ­nie ITF³, skoń­czyw­szy na pierw­szych punk­tach ATP.

To nie przy­pa­dek, że w dra­bince mistrzostw Włoch w kate­go­rii do lat 12, kla­sycz­nym Pucha­rze Lam­ber­ten­ghiego w sezo­nie 2013, zna­leźli się Jan­nik Sin­ner, świetny pół­fi­na­li­sta, ale też Mat­teo Arnaldi (naj­lep­sza pozy­cja w ran­kingu ATP – numer 30⁴) i Lorenzo Musetti (numer 6), jego kole­dzy z mistrzow­skiej dru­żyny wło­skiej pod­czas fina­łów Pucharu Davisa 2023. Znaj­dziemy tu rów­nież Fla­via Cobol­lego (numer 19), który w 2024 roku dołą­czył do Top 100, podob­nie jak Giu­lia Zep­pie­riego (numer 110) i Mat­tię Bel­luc­ciego (numer 63), któ­rzy mają wszel­kie pre­dys­po­zy­cje, aby także zostać mistrzami. To chłopcy wycho­wani w Lacjum, Ligu­rii lub Lom­bar­dii, a nie w Tyrolu Połu­dnio­wym, przez innych nauczy­cieli i tre­ne­rów niż Sin­ner, któ­rzy stwo­rzyli młody i bar­dzo silny zespół mający przed sobą świe­tlaną przy­szłość, do któ­rego, dzięki sprzy­ja­ją­cym powyż­szym oko­licz­no­ściom, z pew­no­ścią dołą­czy wielu nowych poten­cjal­nych mistrzów. To poko­le­nie może liczyć na coś, czego wcze­śniej nie było: można stać się mistrzem Sin­nerem, a Jan­nik jest na to dowo­dem.CZĘŚĆ PIERWSZA. DZIECKO, KTÓRE NIGDY NIE SIEDZI SPOKOJNIE

Część pierw­sza

Dziecko, które ni­gdy nie sie­dzi spo­koj­nie

To dziecko o gęstej, rudej czu­pry­nie ni­gdy nie sie­dzi w miej­scu. Nie ma jesz­cze czte­rech lat, kiedy Andreas Schönegger, nauczy­ciel, któ­remu powie­rzyli go rodzice, wrę­cza mu pierw­szą, nieco za dużą rakietę teni­sową.

Jan­nik chwyta ją obiema rękami i mię­dzy kolej­nymi pró­bami ude­rze­nia piłki kła­dzie ją na ziemi, bo jest zbyt ciężka dla tak chu­dego chłopca, któ­rego ramiona i nóżki przy­po­mi­nają wszyst­kim mło­dego aspi­ru­ją­cego króla Artura z kla­sycz­nej disney­ow­skiej kre­skówki _Miecz w kamie­niu_.

Kiedy jed­nak wyko­nuje pierw­sze zagra­nia, staje się psot­ni­kiem: celuje nie w kort, ale nauczy­ciela. Jan­nik trzyma rakietę zawsze w dwóch rękach, zarówno przy ude­rze­niu z pra­wej, jak i z lewej strony, i celuje w Andre­asa, przy­ja­ciela jego taty. Ude­rza w niego z całej siły i jeśli trafi, lub pra­wie trafi, śmieje się. Świet­nie się bawi.

To począt­kowe wspo­mnie­nie Jan­nika Sin­nera na kor­cie teni­so­wym, o któ­rym opo­wiada nam Andreas Schönegger, jego pierw­szy tre­ner tenisa. Miej­sce: Sesto Puste­ria. Data: czerw­cowy dzień 2005 roku.

Face­book i YouTube dopiero racz­kują, iPhone jesz­cze nie ist­nieje. Nume­rem jeden świa­to­wego tenisa jest Roger Fede­rer, który w wieku 23 lat zdo­był już dwa tytuły Wim­ble­donu i wkrótce zdo­bę­dzie trzeci z rzędu. Jed­nak wła­śnie wtedy poja­wia się nie­jaki Rafael Na­dal, dzie­więt­na­sto­la­tek, który wygrywa swoje pierw­sze Inter­na­zio­nali BNL d’Ita­lia (IBI)⁵ oraz pierw­szego Rolanda Gar­rosa.

Naj­lep­szym Wło­chem, który w ran­kingu ATP zaj­muje 32. pozy­cję, jest dwu­dzie­sto­trzy­letni Filippo Volan­dri. W pierw­szej setce znaj­dują się rów­nież: trzy­dzie­sto­dwu­la­tek Davide San­gu­inetti (numer 64), dwu­dzie­sto­trzy­la­tek Potito Sta­race (numer 86) i dwu­dzie­sto­jed­no­la­tek Andreas Seppi (numer 88).

Sesto, a raczej Sexten, jak nazy­wają miej­sco­wość jej miesz­kańcy, to 1860-oso­bowa wio­ska, w któ­rej Jan­nik Sin­ner mieszka od dnia swo­ich naro­dzin, 16 sierp­nia 2001 roku. Wła­ści­wie uro­dził się w pobli­skim San Can­dido (Inni­chen), ponie­waż tam znaj­duje się szpi­tal z oddzia­łem położ­ni­czym, który jest punk­tem odnie­sie­nia dla miesz­kań­ców Alta Puste­ria (Gór­nej Puste­rii).

Znaj­du­jemy się w nie­wiel­kim zakątku Włoch, sły­ną­cym z nie­zwy­kłego piękna Dolo­mi­tów, jed­nego z sze­ściu obsza­rów przy­rod­ni­czych naszego kraju uzna­nych za świa­towe dzie­dzic­two UNE­SCO. Jeste­śmy w naj­bar­dziej na wschód wysu­nię­tej gmi­nie regionu Tren­tino-Alto Adige (Try­dent-Górna Adyga). Leży ona po dru­giej stro­nie alpej­skiego działu wod­nego, oddzie­la­ją­cego zle­wi­sko Adria­tyku od dorze­cza Dunaju. To wła­śnie tu bie­rze począ­tek Rio Bianco (Weißbach), wypły­wa­jąca spod masywu Croda Rossa, w pobliżu prze­łę­czy Monte Croce di Come­lico. Rzeka pły­nie przez dolinę, przyj­mu­jąc dalej nazwę Rio Sesto (Sext­ner Bach), by w San Can­dido zasi­lić Drawę, dopływ Dunaju, wiel­kiej środ­ko­wo­eu­ro­pej­skiej rzeki, która prze­pływa przez Wie­deń i Buda­peszt i ucho­dzi do Morza Czar­nego.

Poło­że­nie Sesto spra­wiło, że po pierw­szej woj­nie świa­to­wej pozo­stało ono na tery­to­rium Austrii. Pod­czas kon­fe­ren­cji poko­jo­wej w Paryżu usta­lono bowiem, że pod­stawę podziału tery­to­rial­nego sta­no­wić będą gra­nice fizyczne. Sesto znaj­do­wało się za prze­łę­czą Sella di Dob­biaco, którą Austria chciała zatrzy­mać. Armia wło­ska zdo­łała ją jed­nak zdo­być w listo­pa­dzie 1918 roku, pod­czas zej­ścia z prze­łę­czy Monte Croce di Come­lico, więc w 1920 roku ofi­cjal­nie prze­szła ona pod zwierzch­nic­two wło­skie.

Ta krótka dygre­sja histo­ryczno-geo­gra­ficzna nie jest popi­sem eru­dy­cji. Ma jedy­nie osa­dzić w prze­strzeni pierw­sze ude­rze­nia rakietą i wyja­śnić, dla­czego Jan­nik, który w wieku 14 lat wyjeż­dżał, by speł­nić marze­nie o teni­so­wej karie­rze, posłu­gi­wał się nie­mal wyłącz­nie języ­kiem nie­miec­kim. Języ­kiem swo­jego domu, dziad­ków i rodzi­ców, śro­do­wi­ska, w któ­rym się uro­dził i wycho­wał, któ­rego przed­sta­wi­ciele wyzna­wali pro­ste i ważne war­to­ści. Przez wieki sprzy­jało im natu­ralne oto­cze­nie, gdzie skały sta­no­wią nie tylko uro­czy ele­ment kra­jo­brazu, lecz także kształ­tują cha­rak­ter tych, któ­rzy na co dzień żyją w ich sąsiedz­twie.

W Sesto, a dokład­niej w Moso, swój począ­tek bie­rze Val Fisca­lina – wspa­niała dolina prze­ci­na­jąca Park Przy­rod­ni­czy Tre Cime di Lava­redo. Po nieco ponad czte­rech kilo­me­trach, które latem można przejść pod­czas przy­jem­nego spa­ceru, a zimą poko­nać tę malow­ni­czą trasę na nar­tach bie­go­wych, dociera się do Schro­ni­ska Rifu­gio Fon­do­valle, zna­nego po nie­miecku jako Talschlusshütte. Nie­całe pięć kilo­me­trów od domu Sin­ne­rów znaj­duje się droga, którą codzien­nie poko­ny­wali rodzice Jan­nika, Han­spe­ter i Siglinde, aby dostać się do pracy – on jako kucharz w reno­mo­wa­nym schro­ni­sku, a ona obsłu­gu­jąca gości w sali restau­ra­cyj­nej.

Obec­nie ojciec ogra­ni­czył nieco swą pracę i jako czło­nek zespołu towa­rzy­szy synowi pod­czas nie­któ­rych tur­nie­jów roz­gry­wa­nych na całym świe­cie, pod­czas gdy mama została na miej­scu i zarzą­dza Haus Sin­ner – domem, który ofe­ruje tury­stom przy­tulne apar­ta­menty waka­cyjne.

Jeśli więc chcemy wyobra­zić sobie atmos­ferę, w jakiej Jan­nik sta­wiał pierw­sze kroki w teni­sie, to wła­śnie ten świat powin­ni­śmy wziąć za punkt odnie­sie­nia. Świat nor­mal­nej rodziny, miesz­ka­ją­cej w małej gór­skiej miej­sco­wo­ści, będą­cej jed­no­cze­śnie zna­nym kuror­tem tury­stycz­nym. Rodzice pra­cu­jący w wyma­ga­ją­cej branży hote­lar­sko-gastro­no­micz­nej i dwoje dzieci do wycho­wa­nia z pomocą dziad­ków, Josefa i Marii, któ­rzy opie­ko­wali się wnu­kami, gdy mama i tata byli w pracy.

Pań­stwo Sin­ne­ro­wie mają dwóch synów. Trzy lata przed naro­dzi­nami Jan­nika, w 1998 roku, jego rodzice adop­to­wali dzie­wię­cio­mie­sięcz­nego Marka, uro­dzo­nego w rosyj­skim Rosto­wie. Han­spe­ter i Siglinde, rocz­niki 1964 i 1966, uwa­żali wów­czas, że nie mogą mieć dzieci, więc adop­cja Marka była dla nich wielką rado­ścią. Nie­spo­dzie­wane poja­wie­nie się Jan­nika wzbo­ga­ciło rodzinę Sin­ne­rów, któ­rzy zawsze mówili, że są „szczę­śliw­cami”.

Pierwszy trener narciarstwa i tenisa

Dom tętni życiem rów­nież dla­tego, że Sin­ne­ro­wie szybko zro­zu­mieli, że Jan­nik jest dziec­kiem, nazwijmy to, „bar­dzo aktyw­nym”. Potrze­buje ruchu, zabawy, aktyw­no­ści fizycz­nej. Dla­tego też, gdy syn osiąga wiek przed­szkolny, Siglinde prosi o pomoc przy­ja­ciela rodziny, Andre­asa Schöneggera, któ­rego pozna­jemy w San Can­dido, gdzie na­dal pra­cuje, i który w histo­rii spor­to­wej kariery Sin­nera pozo­sta­nie jego „pierw­szym nauczy­cie­lem”.

Schönegger opo­wiada, że pierw­szym spor­tem, w który wpro­wa­dził „rudego dia­bełka”, nie był jed­nak tenis:

Wszystko zaczęło się od tego, że dobrze zna­łem jego rodzi­ców. Wiele lat temu pra­co­wa­łem z nimi w restau­ra­cji Hotelu Kreu­zberg, poło­żo­nego na prze­łę­czy Monte Croce. Han­spe­ter jest świet­nym kucha­rzem, jed­nym z naj­lep­szych w oko­licy, pra­co­wał w kuchni, a Siglinde wraz ze mną obsłu­gi­wała gości w sali restau­ra­cyj­nej. Uczęsz­cza­łem do szkoły hote­lar­skiej i roz­po­czą­łem pracę w zawo­dzie kel­nera. Po połu­dniu, po pracy, pra­wie zawsze jeź­dzi­łem z nimi na narty, zwłasz­cza z Han­spe­terem. Byli­śmy przy­ja­ciółmi. Kiedy uro­dził się Jan­nik, jego rodzice prze­jęli zarzą­dza­nie schro­ni­skiem w Val Fisca­lina, a ja zmie­ni­łem zawód – zosta­łem instruk­to­rem nar­ciar­stwa i uczy­łem gry w tenisa. Gdy Jan­nik miał około trzech lat, Siglinde zapy­tała mnie, czy mógł­bym zabie­rać go na narty na godzinę lub dwie w tygo­dniu. Nie mogę powie­dzieć, że to ja go w pełni wyszko­li­łem. Ze mną sta­wiał pierw­sze kroki na śniegu, ale to instruk­to­rzy klubu nar­ciar­skiego spra­wili, że w wieku sied­miu lat stał się małym mistrzem.

I tu roz­po­czyna się pierw­szy roz­dział dosko­na­ło­ści Jan­nika Sin­nera, ale na­dal nie mówimy o teni­sie. To nar­ciar­stwo zaj­muje mu więk­szość wol­nego czasu. Po szkole spę­dza resztę dnia na nar­tach. Jest to naj­nor­mal­niej­sza rzecz dla dzie­cia­ków z doliny, żyją­cych pośród gór i śniegu. Zima to czas spę­dzany na sto­kach, wio­sna i lato to pory roku innych spor­tów: piłki noż­nej, tenisa oraz jazdy na rowe­rze (także gór­skim).

Dla Schöneggera natu­ral­nym kro­kiem jest zapi­sa­nie pię­cio­let­niego Jan­nika do lokal­nego klubu nar­ciar­skiego, gdzie pod opiekę bie­rze go Eli­sa­beth Egar­ter, zwana przez przy­ja­ciół „Lee”, która wraz z innym instruk­to­rem, Rober­tem Amho­fem, tre­nuje naj­młod­szych zawod­ni­ków.

Na stokach z instruktorką aż do ostatniego wyciągu

Trudno nie zauwa­żyć talentu Jan­nika, który już od pierw­szej klasy nie może się docze­kać dzwonka koń­czą­cego lek­cje, aby pobiec do domu i zjeść to, co przy­go­to­wała mu bab­cia (być może jej spe­cjal­ność – _wie­ner schnit­zel_, kotlet po wie­deń­sku, który uwiel­bia), a następ­nie szybko zało­żyć kom­bi­ne­zon, buty nar­ciar­skie oraz różne ochra­nia­cze, by zdą­żyć na auto­bus, któ­rym dotrze do wycią­gów. „Lee” Egar­ter opo­wiada:

Pierw­sze zawody roze­grał, gdy był w pierw­szej kla­sie szkoły pod­sta­wo­wej. Dzieci w tym wieku zazwy­czaj tre­nują dwa razy w tygo­dniu, ale ponie­waż on cią­gle chciał jeź­dzić na nar­tach, zda­rzało się, że przy­cho­dził trzy, a nawet cztery razy. Sta­rał się jeź­dzić jak naj­wię­cej. Nie prze­sta­wał aż do ostat­niego prze­jazdu wyciągu nar­ciar­skiego. W klu­bie nar­ciar­skim mie­li­śmy dwie grupy: star­szych i młod­szych. Starsi jeź­dzili na nar­tach trzy lub cztery razy w tygo­dniu, w zależ­no­ści od tego, ile mieli wol­nego czasu, a on, ponie­waż dobrze to robił, mimo że był mały, cza­sami dołą­czał do ich tre­nin­gów.

Już wtedy naro­dziła się kon­cep­cja pracy, dosko­na­le­nia się poprzez tre­ning, którą Sin­ner do dziś powta­rza jak man­trę. W wywia­dzie dla „La Repub­bliki” z 2019 roku jego ojciec Han­spe­ter powie­dział o Jan­niku, że „był dziec­kiem, które dużo myślało”. A kole­dzy ze szkoły pod­sta­wo­wej twier­dzą, że jego spo­sób gry był zawsze poważny, nawet gdy żar­to­wał.

Sta­wiał czoła światu bez stra­chu, z pod­nie­sioną głową, pomimo nie­wiel­kiego wypadku, do któ­rego doszło, gdy uczęsz­czał do przed­szkola, o czym opo­wie­dział Gianni Cle­rici w książce _Il ten­nis facile_ autor­stwa chi­ro­prak­tyka Alfia Caron­tiego:

W wieku pię­ciu lat Jan­nik prze­żył przy­kry wypa­dek. Jeden z jego kole­gów z podwórka popchnął go dość mocno, przez co ude­rzył głową o ścianę i doznał obra­że­nia wyma­ga­ją­cego kilku szwów. To doświad­cze­nie odci­snęło na nim piętno – pod pew­nymi wzglę­dami pozy­tywne, pod innymi nieco mniej. Od czasu tego nie­przy­jem­nego wypadku zaczął bowiem zwra­cać uwagę na wszystko, co poru­szało się przed nim lub w jego kie­runku. Jed­no­cze­śnie wzmoc­niło to jego deter­mi­na­cję, by ni­gdy się nie wyco­fy­wać, bez względu na oko­licz­no­ści. Dla teni­si­sty takiego jak on to bar­dzo pozy­tywny aspekt, który z cza­sem dopro­wa­dził go do roz­wi­nię­cia dużej skłon­no­ści do ataku, do pój­ścia naprzód i głę­bo­kiej nie­chęci do cofa­nia się poza pole gry.

Czapka na gło­wie zawsze spra­wiała, że czuł się bez­piecz­niej, a ponadto poma­gała mu kon­tro­lo­wać rudą czu­prynę, która potem stała się jego zna­kiem roz­po­znaw­czym i powo­dem, dla któ­rego kole­dzy ze szkoły nadali mu przy­do­mek „lis”, co następ­nie stało się pod­stawą pro­jektu jego logo. Men­tal­ność tego małego ucznia-mistrza jesz­cze lepiej oddaje reflek­sja Andre­asa Schöneggera, który zasta­na­wia się, co takiego szcze­gól­nego było w małym Jan­niku, powie­rzo­nym mu przez rodzi­ców pod opiekę spor­tową: „Szybko zda­łem sobie sprawę, że róż­nił się od innych dzieci. Kiedy jeź­dził na nar­tach lub grał w tenisa, nie szu­kał roz­rywki: chciał się uczyć”.

Każda sesja tre­nin­gowa na sto­kach trwała dwie godziny, jak wyja­śnia tre­nerka „Lee” Egar­ter:

Zazwy­czaj jeź­dzi­li­śmy na nar­tach od 14.00 do 16.00. Każda sesja była inna. Tre­no­wał sla­lom i gigant, a tre­ningi były dosto­so­wane do zawo­dów, które cze­kały nas w week­end. Poza ćwi­cze­niem sla­lomu jeź­dzi­li­śmy też na nar­tach rekre­acyj­nie. Kla­syczny sche­mat orga­ni­za­cyjny pole­gał na tym, że jeden tre­ner usta­wiał słupki, przy­go­to­wu­jąc trasę, a drugi jeź­dził z dziećmi poza nią. Chłopcy prze­jeż­dżali potem trasę mię­dzy słup­kami sie­dem lub osiem razy, a następ­nie znów zjeż­dżali dla przy­jem­no­ści, cza­sami wyko­nu­jąc zabawne ćwi­cze­nia, takie jak zjazdy na jed­nej nar­cie lub jazda na świe­żym śniegu poza trasą. Ćwi­czy­li­śmy bez kij­ków lub trzy­ma­jąc je w okre­ślony spo­sób. Oczy­wi­ście obser­wo­wa­li­śmy ich pod­czas zjazdu i udzie­la­li­śmy odpo­wied­nich wska­zó­wek tech­nicz­nych.

Nar­ciar­stwo wymaga dużej koor­dy­na­cji i szyb­ko­ści reak­cji, zwłasz­cza w sla­lo­mie. Trzeba być szyb­kim w nogach, a wiele mię­śni musi pra­co­wać jed­no­cze­śnie. Należy wie­dzieć, jak szybko prze­no­sić cię­żar ciała z jed­nej nogi na drugą. Nar­ciar­stwo i tenis mają wiele wspól­nego – nawet pre­sję pod­czas zawo­dów. W nar­ciar­stwie trzeba radzić sobie z nie­po­ko­jem, który zwy­kle poja­wia się przed star­tem. To pomaga przy­zwy­czaić się do napię­cia, które może towa­rzy­szyć meczowi teni­so­wemu, zwłasz­cza w waż­nych momen­tach, które są naj­trud­niej­sze do opa­no­wa­nia.

W dzie­ciń­stwie Jan­nik zawsze śmiał się i żar­to­wał z kole­gami. Pod­czas tre­nin­gów jed­nak zawsze był bar­dzo uważny. Widać było, że chce się dosko­na­lić i na tym mu zależy. Po każ­dym zjeź­dzie zatrzy­my­wał się i pytał: „Jak mi poszło? Dobrze mi poszło?”. Działo się tak już, gdy miał pięć lub sześć lat, a zatem w wieku, w któ­rym zazwy­czaj poprawki i wska­zówki udzie­lane dzie­ciom wpa­dają jed­nym uchem, a wypa­dają dru­gim. Pod wzglę­dem men­tal­no­ści naprawdę wyprze­dzał inne dzieci. Chciał wygry­wać, chciał być naj­lep­szy i wkła­dał w to ogromny wysi­łek.

Chcia­ła­bym potwier­dzić to, o czym wie­lo­krot­nie pisano o nim w wywia­dach pra­so­wych, gdy po zwy­cię­stwie w Pucha­rze Davisa i Austra­lian Open sku­piono na nim wielką uwagę: jego rodzice ni­gdy nie wywie­rali na nim pre­sji. Jeź­dził na nar­tach, brał udział w zawo­dach. Jeśli szło mu dobrze, to dobrze. Jeśli szło mu źle, mówili mu, że to część gry i że następ­nym razem będzie lepiej.

Chęć dosko­na­le­nia się wyni­kała z jego wła­snej woli, z jego aspi­ra­cji.

Siedmioletni mistrz Włoch w narciarstwie

Jan­nik od razu osiąga dobre, a nawet bar­dzo dobre wyniki. Tak dobre, że nie można osią­gnąć lep­szych. W klu­bie nar­ciar­skim Sci Club di Sesto potra­fią doce­nić umie­jęt­no­ści swo­ich małych pod­opiecz­nych. Tre­ne­rzy posta­na­wiają zabrać Jan­nika na naj­bar­dziej pre­sti­żowe zawody na pozio­mie kra­jo­wym – Gran­Pre­mio Gio­va­nis­simi – które odby­wają się już po raz 32., a zwy­cięzca zostaje mistrzem Włoch. Co roku roz­gry­wają się w innej miej­sco­wo­ści. 5 kwiet­nia 2009 roku mło­dzi nar­cia­rze z rocz­nika 2001 rywa­li­zo­wali w sla­lo­mie gigan­cie w San­si­ca­rio, zna­nym ośrodku nar­ciar­skim w Pie­mon­cie, miej­scu roz­gry­wek wielu zawo­dów Pucharu Świata, a także kon­ku­ren­cji zjazdu i super­gi­ganta pod­czas XX Zimo­wych Igrzysk Olim­pij­skich w Tury­nie w 2006 roku.

W zawo­dach bie­rze udział 152 zawod­ni­ków i 148 zawod­ni­czek. W pro­to­kole z roz­gry­wek odno­to­wano wio­senny śnieg, tem­pe­ra­turę zera stopni Cel­sju­sza na star­cie na wyso­ko­ści 2190 metrów nad pozio­mem morza i dwa stop­nie powy­żej zera na mecie na wyso­ko­ści 2050 metrów.

Zwy­cięzca ma numer star­towy 152 i prze­kra­cza linię mety z cza­sem 0´45´´15, pra­wie sekundę przed następ­nym chłop­cem, który koń­czy trasę z cza­sem 0´46´´01. W pro­to­kole (na­dal dostęp­nym w bazie danych Wło­skiej Fede­ra­cji Spor­tów Zimo­wych) pierw­szy z męskich zawod­ni­ków figu­ruje pod błęd­nym imie­niem i nazwi­skiem, jako Yan­nick Sinn, ale i tak wszy­scy wie­dzą, o kim mowa.

Jan­nik jest mistrzem Włoch, naj­sil­niej­szym w swo­jej gru­pie wie­ko­wej. W tym momen­cie wszystko staje się jasne. Jego droga nabiera wyraź­nego tempa. Nar­ciar­stwo pozo­staje jego naj­więk­szym prio­ry­te­tem, i tak będzie przez następne lata. W 2010 roku Sin­ner wygrywa trzy zawody na pozio­mie pro­win­cji (a w trzech innych zaj­muje dru­gie miej­sce), jest szó­sty w mistrzo­stwach regio­nal­nych i Włoch, a w 33. Gran­Pre­mio Gio­va­nis­simi, zor­ga­ni­zo­wa­nym w Livi­gno, ponow­nie pla­suje się wśród naj­lep­szych, zaj­mu­jąc piąte miej­sce w kla­sy­fi­ka­cji gene­ral­nej. Z nume­rem star­to­wym 180 koń­czy wyścig z cza­sem 0´48´´85, mniej niż sekundę za zwy­cięzcą, Tom­ma­sem Sac­car­dim. Tym razem w pro­to­kole poja­wia się pełne nazwi­sko: Sin­ner, imię to jed­nak na­dal Yan­nic. Nad per­fek­cją trzeba jesz­cze popra­co­wać.

W 2011 roku ponow­nie błysz­czy: dwu­krot­nie wygrywa, po dwa razy zdo­bywa dru­gie i czwarte miej­sca na pozio­mie pro­win­cji oraz brą­zowy medal na mistrzo­stwach regio­nal­nych, pod­czas któ­rych oka­zuje się naj­lep­szy wśród rocz­nika 2001. W następ­nym, 2012 roku popra­wia swoje wyniki, zaj­mu­jąc dru­gie miej­sce zarówno w mistrzo­stwach regio­nal­nych, jak i w mistrzo­stwach Włoch, 35. Gran­Pre­mio Gio­va­nis­simi, które tym razem odbyły się w Fal­cade w pro­win­cji Bel­luno.

Jan­nik, który w sierp­niu skoń­czy 11 lat, jest jed­nym z naj­lep­szych wło­skich nar­cia­rzy. Wśród 150 zawod­ni­ków, któ­rzy dotarli do mety, znaj­duje się na dru­giej pozy­cji, poko­nany zale­d­wie o 66 set­nych sekundy przez Gof­freda Mam­ma­rellę z Rocca di Cam­bio w Abru­zji (który został powo­łany do repre­zen­ta­cji naro­do­wej w roz­gryw­kach o Puchar Europy i uzy­skał tytuł instruk­tora naro­do­wego, któ­rym wyróż­nia się osoby szko­lące i dosko­na­lące instruk­to­rów nar­ciar­stwa, zare­zer­wo­wany dla elity nar­cia­rzy – w 2021 roku było ich 158). Wszystko wska­zuje na począ­tek spek­ta­ku­lar­nej kariery zawod­nika podą­ża­ją­cego śla­dami wiel­kich spor­tow­ców. W tym fakt, że tre­nuje rów­nież w Monte Croce pod okiem doświad­czo­nego instruk­tora Klausa Hap­pa­chera, nar­cia­rza zjaz­do­wego w cza­sach Her­berta Planka, Gustava Tho­eniego i wiel­kiego austriac­kiego rywala Franza Klam­mera.

Podą­ża­jąc śla­dami Jan­nika na sto­kach nar­ciar­skich, wycho­dzimy poza dzie­ciń­stwo, okres nauki i pierw­szy abso­lutny suk­ces w San Sica­rio, który wyrwał go z „nor­mal­nego” nar­ciar­stwa. Oczy­wi­ście jego codzienne życie, zacho­wa­nie i postawa jego bli­skich pozo­stają cał­kiem zwy­czajne. Jan­nik jeź­dzi na nar­tach dużo, tyle, ile może, przede wszyst­kim dla­tego, że spra­wia mu to przy­jem­ność. Ale śli­zga­nie się po śniegu i sla­lom mię­dzy słup­kami, kiedy czuje powiew świe­żego powie­trza na twa­rzy, mimo piękna i szcze­gól­nego doświad­cze­nia, już mu nie wystar­czają.

Nar­ciar­stwo ma wyraź­nie okre­śloną sezo­no­wość, nawet dla tych, któ­rzy miesz­kają na wyso­ko­ści 1310 metrów nad pozio­mem morza. Kiedy więc pola pokryte śnie­giem znowu stają się łąkami, jest mnó­stwo czasu, który można wypeł­nić zaba­wami rucho­wymi na świe­żym powie­trzu.

O teni­sie już wspo­mnie­li­śmy: od lata 2005 roku, raz lub dwa razy w tygo­dniu, Andreas Schönegger uczy Jan­nika pod­staw gry. Może też ćwi­czyć dodat­kowo z tatą, Han­spe­te­rem. Schönegger opo­wiada:

Wtedy razem z innym tre­ne­rem zor­ga­ni­zo­wa­łem kurs, czę­ściowo w Sesto, czę­ściowo w San Can­dido, cho­dzi­li­śmy na tre­ningi dwa razy w tygo­dniu. Pozo­stałe dzieci były star­sze, nie było nikogo w jego wieku – zwy­kle zaczyna się tre­no­wać w wieku pię­ciu, może sze­ściu lat. Ale Jan­ni­kowi pół­to­ra­go­dzinny tre­ning nie wystar­czał – jego ojciec musiał przyjść po pracy, żeby jesz­cze z nim pograć. Gdy teraz patrzę na niego, kiedy jest jed­nym z naj­lep­szych na świe­cie, ni­gdy się nie pod­daje, w wywia­dach za każ­dym razem mówi, że wciąż musi się uczyć i wiele jesz­cze zro­zu­mieć, przy­po­mina mi się siła, jaką miał już jako mały chło­piec. Pamię­tam, że pew­nego dnia po lek­cji tenisa sie­dział na scho­dach pro­wa­dzą­cych do cen­trum spor­to­wego. Spy­ta­łem go: „Nie idziesz do domu?”. „Nie – odpo­wie­dział – cze­kam, aż przyj­dzie mój tata, bo muszę jesz­cze godzinę potre­no­wać”. Dzieci w jego wieku zwy­kle po zakoń­cze­niu zajęć rzu­cają rakietę i bie­gną do domu, by się poba­wić. On chciał zostać, nie był zado­wo­lony z tego, co zro­bił. I to samo doty­czyło nar­ciar­stwa. Jeź­dził, dopóki wyciąg nar­ciar­ski nie prze­sta­wał dzia­łać, nawet gdy tre­ning się skoń­czył. Trzeba go było zatrzy­my­wać, zawsze był aktywny.

Zdaje się, że Jan­nik był aktywny także w domu, gdy bawił się w gasze­nie świa­tła, celu­jąc piłką w wyłącz­nik, do czego uży­wał for­hendu. Ta cią­gła chęć spraw­dza­nia się i nie­ustan­nego dosko­na­le­nia to cecha, która sta­nowi ogromną róż­nicę, nawet przy tych samych począt­ko­wych warun­kach wszyst­kich zawod­ni­ków.

Na początku Jan­nik radził sobie tak jak inni. Zwy­kle w tym wieku mijają dwa, trzy lata, zanim dzieci tro­chę opa­nują ude­rze­nia i kon­trolę nad piłką. On już w dru­gim roku zaczął ude­rzać piłkę cał­kiem dobrze, bo ćwi­czył z tatą. W wieku pię­ciu lat wziął udział w pierw­szym tur­nieju – zawo­dach na małym kor­cie z pił­kami o obni­żo­nym ciśnie­niu. W naszych oko­li­cach są to imprezy pro­mo­cyjne pod auspi­cjami VSS, Ver­band der Spor­tve­re­ine Südtirols⁶, fede­ra­cji sto­wa­rzy­szeń spor­to­wych dla nie­miecko- i ladyń­sko­ję­zycz­nych miesz­kań­ców auto­no­micz­nej pro­win­cji Bol­zano. Jan­nik wów­czas jesz­cze nie potra­fił liczyć punk­tów. Pamię­tam, że powie­dzia­łem mu, gdy wygrał pierw­szy mecz: „Teraz musisz podać prze­ciw­ni­kowi rękę”. A on na to: „Nie, nie, dla­czego?”. „Bo wygra­łeś”. „Jak to wygra­łem?”. Nie wie­dział nawet, że zwy­cię­żył.

Talent również z piłką przy nodze

Pod­czas gdy w nar­ciar­stwie zdo­by­wał mistrzo­stwo kraju, w tenisa grał rekre­acyj­nie – latem i na pozio­mie lokal­nym. Choć już wtedy dobrze radził sobie z rakietą, mimo że pra­wie zawsze musiał mie­rzyć się ze star­szymi dziećmi. Ale i to mu nie wystar­czało. W piękne let­nie dni było dużo czasu na zabawy na świe­żym powie­trzu z przy­ja­ciółmi, a w Sesto piłka nożna była nie­od­partą atrak­cją, grą numer jeden.

Rów­nież dla Jan­nika, który dopóki miesz­kał w górach, wszyst­kie wolne popo­łu­dnia spę­dzał, roz­gry­wa­jąc pił­kar­skie mecze i potyczki. Był to jeden ze spor­tów rodzin­nych. Jego tata był wiel­kim pasjo­na­tem fut­bolu – grał w lokal­nym klu­bie ASC Sexten, zało­żo­nym w 1984 roku, który wysta­wiał wiele zespo­łów w róż­nych ligach, począw­szy od kate­go­rii mło­dzie­żo­wych.

Opo­wiada nam o tym Wol­fram Egar­ter, pre­zes klubu w cza­sach, gdy Jan­nik nosił ogni­sto­czer­wony strój dru­żyny, a także brat Eli­sa­beth „Lee”, tre­nerki nar­ciar­stwa. Nie­za­leż­nie więc, co upra­wiał – nar­ciar­stwo czy piłkę nożną – mały Sin­ner zawsze był pod opieką rodziny Egar­terów. „Wolfi” uśmie­cha się, wyja­śnia­jąc ten cie­kawy zbieg oko­licz­no­ści:

Nasza miej­sco­wość liczy mniej niż 2000 miesz­kań­ców. Ja i Han­spe­ter byli­śmy kole­gami z dru­żyny, gra­li­śmy razem w naj­niż­szej lidze ama­tor­skiej. Ja byłem środ­ko­wym pomoc­ni­kiem, on bocz­nym obrońcą. Jan­nik zaczął grać w piłkę w wieku ośmiu lat, w kate­go­rii Pul­cini, potem prze­szedł do Esor­dienti, aż zagrał kilka meczów w kate­go­rii Gio­va­nis­simi, zanim opu­ścił Sesto i prze­niósł się do Bor­di­ghery. Roz­grywki dla młod­szych dzieci były orga­ni­zo­wane przez VSS, a w kate­go­rii Gio­va­nis­simi obo­wią­zy­wała już fede­ra­cja FIGC⁷. W pierw­szych dwóch sezo­nach w kate­go­rii do lat dzie­się­ciu grało się na boisku sied­mio­oso­bo­wym, ale w ostat­nich trzech latach, gdy Jan­nik był star­szy, spró­bo­wał gry w kla­sycz­nej jede­na­stce.

Gra­jąc z rówie­śni­kami, Jan­nik musiał zacząć oswa­jać się z piłką, jesz­cze zanim wziął do ręki rakietę teni­sową. W grupce dzieci w jego wieku był zde­cy­do­wa­nie naj­bar­dziej uta­len­to­wany: potra­fił grać obiema nogami, choć pre­fe­ro­wał lewą. Kiedy nie jeź­dził na nar­tach, spę­dzał czas, kopiąc piłkę o ścianę domu. Nic dziw­nego więc, że dziecko o ponad­prze­cięt­nych zdol­no­ściach koor­dy­na­cyj­nych (przy grze w piłkę szcze­gól­nie ważne są zdol­no­ści wzro­kowo-ruchowe) szybko stało się lide­rem dru­żyny. Na boisku, bie­ga­jąc w koszulce z nume­rem sie­dem, grał na pozy­cji środ­ko­wego pomoc­nika – miał duże umie­jęt­no­ści strze­lec­kie, świetną kon­trolę piłki i zna­ko­mitą wizję gry. Wszystko to, jak zwy­kle, wzmoc­nione było ogromną pra­co­wi­to­ścią pod­czas tre­nin­gów. Jak wspo­mina Egar­ter:

Nie był Mara­doną, ale z pew­no­ścią był naj­lep­szy w dru­ży­nie. To, co od razu wyróż­niało go spo­śród innych, to umie­jęt­ność natych­mia­sto­wego zasto­so­wa­nia w prak­tyce tego, czego wyma­gał od niego tre­ner, pod­czas gdy reszta potrze­bo­wała tro­chę czasu, by się wdro­żyć. Miał dłu­gie i szczu­płe nogi, nie­zwy­kłą pre­cy­zję w poda­niach i strza­łach, a po tre­ningu zosta­wał, by je ćwi­czyć, zawsze celu­jąc w naroż­niki bramki. Dodat­kowo na boisku wyka­zy­wał ponad­prze­ciętną inte­li­gen­cję.

Ści­słe kry­cie „rudego” w czer­wo­nej koszulce było pierw­szą wska­zówką tre­ne­rów prze­ciw­ni­ków, ponie­waż kiedy przej­mo­wał piłkę, zawsze koń­czyło się to dla nich źle. We wszyst­kich sezo­nach, w któ­rych grał z mło­dzie­żówką AFC Sexten, strze­lił co naj­mniej 25 bra­mek. Naj­bar­dziej spek­ta­ku­larną z nich zdo­był w roku, w któ­rym grał w dru­ży­nie Pul­cini, kiedy to strze­lił gola, omi­nąw­szy prak­tycz­nie całą dru­żynę prze­ciwną. Tre­ner jed­nak, któ­rym był sam Han­spe­ter Sin­ner, jego ojciec, zamiast nagro­dzić go za umie­jęt­no­ści, zastą­pił go innym zawod­ni­kiem, sadza­jąc go na ławkę, aby prze­my­ślał swoje nie­al­tru­istyczne zacho­wa­nie.

Pod­su­mo­wu­jąc, pod­czas gdy w nar­ciar­stwie był już małym mistrzem, a w teni­sie wyka­zy­wał się dobrymi pre­dys­po­zy­cjami, to w piłce noż­nej nie pozo­sta­wał w tyle. Ta umie­jęt­ność była jed­nak tylko pasją reali­zo­waną w gro­nie przy­ja­ciół, dla zabawy, a zatem wiele osób wąt­piło, że Sin­ner mógłby kie­dyś zostać wiel­kim talen­tem w Serie A. On sam w pew­nym momen­cie (mię­dzy 12. a 13. rokiem życia) wybrał ina­czej.

Pewne jest nato­miast, że w latach poprze­dza­ją­cych jego pierw­szy ofi­cjalny mecz teni­sowy (roze­grany w Bol­zano w okre­sie świąt Bożego Naro­dze­nia mię­dzy 2009 a 2010 rokiem pod­czas tur­nieju dla zawod­ni­ków do 10 lat) Jan­nik był wyróż­nia­ją­cym się dziec­kiem, które bar­dzo kochało sport, trak­to­wało go jak swoją ulu­bioną zabawę, a radość z jego upra­wia­nia łączyła się z pra­gnie­niem osią­ga­nia jak naj­lep­szych wyni­ków i bycia naj­lep­szym. I naj­wy­raź­niej czę­sto mu się to uda­wało.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książkiZapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Asso­cia­tion of Ten­nis Pro­fes­sio­nals – Sto­wa­rzy­sze­nie Zawo­do­wych Teni­si­stów (przyp. tłum.).

2. Fede­ra­zione Ita­liana Ten­nis e Padel – Wło­ska Fede­ra­cja Tenisa i Padla (przyp. tłum.).

3. Inter­na­tio­nal Ten­nis Fede­ra­tion – Mię­dzy­na­ro­dowa Fede­ra­cja Teni­sowa (przyp. tłum.).

4. Dane z 14 lipca 2025 roku.

5. Mię­dzy­na­ro­dowe Mistrzo­stwa Włoch. Inna nazwa to Ita­lian Open (przyp. tłum.).

6. Zwią­zek Sto­wa­rzy­szeń Spor­to­wych Połu­dnio­wego Tyrolu (przyp. tłum.).

7. Fede­ra­zione Ita­liana Giu­oco Cal­cio – Wło­ska Fede­ra­cja Piłki Noż­nej (przyp. tłum.).
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij