Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Jeden dzień Iwana Denisowicza i inne opowiadania - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
17 marca 2021
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Jeden dzień Iwana Denisowicza i inne opowiadania - ebook

Jedno z pierwszych literackich świadectw dotyczących obozów pracy.

Na tom ten składają się trzy głośne utwory: Jeden dzień Iwana Denisowicza, Zagroda Matriony oraz Zdarzenie na stacji Koczetowka. Więzień łagru, który każdego dnia musi walczyć o przetrwanie; prosta i dobra kobieta, „człek sprawiedliwy”, biernie poddająca się temu, co przyniesie los; młody lejtnant, prawdziwy „człowiek radziecki”, który bez wahania wydaje na pewną śmierć zbiegłego jeńca. Czy coś łączy bohaterów tak różnych opowiadań? Jeśli tak, to jest to poszukiwanie przestrzeni dla siebie – u każdego na własny sposób – w represyjnym, totalitarnym państwie, które każdemu wyznacza miejsce w szeregu.

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8188-825-7
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

JEDEN DZIEŃ IWANA DENI­SO­WI­CZA

O pią­tej rano, jak zawsze, młot­kiem o szynę koło baraku komendy wydzwo­nili pobudkę. Drga­jący dźwięk słabo prze­ni­kał przez szyby, oszro­nione na dwa palce, i rychło zacichł – było zimno i straż­ni­kowi nie chciało się za długo machać ręką.

Dźwięk ucichł, a za oknem na­dal, jak nocą, kiedy Szu­chow wsta­wał na kibel, było ciemno i tylko wpa­dało w okno żółte świa­tło trzech latarń, dwu na zonie i jed­nej w samym łagrze.

Jakoś nikt nie przy­cho­dził otwo­rzyć baraku ani nie było sły­chać, żeby dyżurni brali para­szę na drągi, do wyla­nia.

Szu­chow ni­gdy nie prze­sy­piał pobudki, zawsze wsta­wał natych­miast. Do roz­pro­wa­dza­nia więź­niów było pół­to­rej godziny czasu wła­snego, nie pań­stwo­wego, i każdy, kto się nauczył żyć w łagrze, może sobie doro­bić – uszyć komu ze sta­rej pod­szewki pokro­wiec na ręka­wice, zamoż­nemu więź­niowi podać na pry­czę suche walonki, żeby się tam­ten nie musiał faty­go­wać na bosaka, wyszu­ki­wać ich ze sterty, albo prze­le­cieć się pod maga­zyny, a nuż się komu uda przy­słu­żyć, może co pod­nieść albo pole­cieć do sto­łówki zbie­rać ze sto­łów miski i zno­sić je do mycia – można pod­jeść, ale tam chęt­nych wielu, walą tłu­mem, a naj­gor­sze, że jeśli co zostało, to nie strzy­masz, zaczniesz miski wyli­zy­wać. A Szu­chow dobrze sobie zapa­mię­tał słowa pierw­szego swego bry­ga­dzi­sty, Kuzie­mina – sta­rego wygi łagro­wego, w czter­dzie­stym trze­cim sie­dział już dwu­na­sty rok, i kie­dyś przy ogni­sku na pustym wyrę­bie powie­dział do swo­ich przy­wie­zio­nych z frontu uzu­peł­nień:

– Tutaj, chłopcy, jest tylko jedno prawo – tajga. Ale ludzie i tutaj żyją. Wie­cie, kto w łagrze zdy­cha? Ten, co miski wyli­zuje, ten, co liczy, że się w szpi­talu zade­kuje, a także kapuś.

Co do kapu­siów, to oczy­wi­ście zasu­nął. Ci to się ucho­wają. Ale ucho­wają się za cenę ludz­kiej krwi.

Na pobudkę Szu­chow zawsze wsta­wał natych­miast, a dziś nie wstał. Już z wie­czora czuł się nie naj­le­piej, ni to go trzę­sło, ni to łamało. Nawet w nocy nie zdo­łał się zagrzać. We śnie raz mu się zda­wało, że się na dobre roz­cho­ro­wał, raz, że mu się polep­sza. Bar­dzo nie chciał, żeby nad­szedł ranek.

Ale nad­szedł o zwy­kłej porze.

No i jakże się tu ugrzać? Okno lodem zaszło, po ścia­nach na styku z sufi­tem przez cały barak – a barak nie byle jaki! – biała paję­czyna. Szron.

Szu­chow nie wsta­wał. Leżał na gór­nej pry­czy, przy­kryty z głową kocem i buszła­tem, a w pod­wi­nięty rękaw waciaka wsu­nął obie stopy naraz. Nie patrzył, ale sły­szał wszystko, co się działo, tam gdzie spała jego bry­gada i w całym baraku. Oto cięż­kie kroki w kory­ta­rzu, dyżurni wyno­szą jeden z osiem­dzie­się­cio­li­tro­wych kibli. Lekka niby robota, jak raz dla inwa­li­dów, ale spró­buj no wynieść, żeby się nie prze­lało! Teraz w sie­dem­dzie­sią­tej pią­tej bry­ga­dzie zwa­lili na pod­łogę przy­nie­sione z suszarni walonki. A teraz w naszej. (Bo i naszej wypa­dła kolej suszyć walonki). Bry­ga­dzi­sta i zastępca bry­ga­dzi­sty ubie­rają się w mil­cze­niu, tylko pry­cza skrzypi. Zastępca bry­ga­dzi­sty pój­dzie teraz do maga­zynu po chleb, a bry­ga­dzi­sta do baraku, do dys­po­zy­to­rów.

Ale nie ot tak, po pro­stu po przy­dział pracy, jak cho­dzi co dzień. Szu­chow przy­po­mniał sobie, że dziś ważą się losy – ich, sto czwartą bry­gadę, chcą z budowy warsz­ta­tów wyko­pać na nowy obiekt – Soc­go­ro­dok. A ten Soc­go­ro­dok to szczere pole, zaspy śnieżne i zanim coś się tam zacznie, trzeba będzie robić wykopy, usta­wiać słupy, nacią­gać drut kol­cza­sty – dla samych sie­bie, żeby nikt nie uciekł. A potem budo­wać.

Jasna sprawa, że przez mie­siąc nie będzie się tam gdzie zagrzać, nic, tylko szczere pole. I ogni­ska się nie roz­pali, bo i z czego? Tyraj do upa­dłego – jedyny ratu­nek.

Bry­ga­dzi­sta zatro­skany idzie zała­twiać. Żeby tam jakąś inną, mniej roz­tropną bry­gadę wepchnąć zamiast naszej. Jasne, że nie doga­dasz się, przy­cho­dząc z pustymi rękami. Pół kilo sło­niny star­szemu dys­po­zy­to­rowi trzeba zanieść. Albo i kilo­gram.

Spró­bo­wać nie kosz­tuje, a nuż się uda w izbie cho­rych urwać cho­ciaż jeden dzień? Łamie we wszyst­kich kościach.

I jesz­cze jedno: który straż­nik ma dzi­siaj służbę?

Przy­po­mniał sobie – służbę ma Pół­tora Iwana, chudy i długi czar­no­oki plu­to­nowy. Na pierw­szy rzut oka aż strach patrzeć, a kiedy pozna się go bli­żej – naj­bar­dziej ludzki ze wszyst­kich straż­ni­ków: do kar­ceru nie sadza, nie donosi na więź­niów. Więc można jesz­cze pole­żeć, póki dzie­wiąty barak nie wyj­dzie do sto­łówki.

Pry­cza zatrzę­sła się, zachwiała. Dwóch wsta­wało naraz – nad Szu­cho­wem bap­ty­sta Aloszka, a na dole Buj­now­ski, kapi­tan żeglugi wiel­kiej, były.

Sta­rusz­ko­wie dyżurni wynie­śli już oby­dwa kible i zaczęli się wykłó­cać, który ma iść po wrzą­tek. Wykłó­cali się jazgo­tli­wie jak baby. Spa­wacz z dwu­dzie­stej bry­gady wark­nął:

– Ej, zde­chlaki! – i rzu­cił w nich walon­kiem. – Ja was pogo­dzę!

Walo­nek głu­cho stuk­nął o słup. Zamil­kli.

W sąsied­niej bry­ga­dzie bur­czał zastępca bry­ga­dzi­sty:

– Wasyl Fio­do­rycz! W żyw­no­ścio­wym pod­pie­przyli, gady – były cztery dzie­więć­setki, a są tylko trzy. Komu urwać?

Powie­dział to cicho, ale cała bry­gada dobrze usły­szała, przy­ta­iła się – komuś wie­czo­rem od gęby odejmą.

A Szu­chow leżał i leżał na spra­so­wa­nych tro­ci­nach swo­jego sien­nika. Żeby się jakoś prze­mo­gło: albo niech już na dobre zacznie trząść, albo niech prze­sta­nie łamać. A to ni tak, ni siak.

Póki bap­ty­sta szep­tał modli­twy, Buj­now­ski wró­cił z dworu, gdzie cho­dził za małą potrzebą, i oświad­czył, niby do nikogo, ale zło­wiesz­czo:

– No, trzy­maj­cie się, matrosy! Trzy­dzie­ści stopni gwa­ran­to­wane!

I Szu­chow zde­cy­do­wał – pój­dzie do ambu­la­to­rium.

W tym momen­cie czy­jaś upraw­niona do tego ręka zerwała z niego waciak i koc. Szu­chow ścią­gnął buszłat z głowy, uniósł się. Stał przy nim chudy Tata­rin, się­ga­jący głową gór­nej pry­czy.

Miał widać służbę poza kolejką i skra­dał się po cichu.

– Sz-osiem­set pięć­dzie­siąt cztery! – prze­czy­tał Tata­rin z bia­łej łaty na grzbie­cie czar­nego buszłatu. – Trzy doby karcu z wycho­dze­niem do pracy!

I jak tylko się roz­legł jego cha­rak­te­ry­styczny przy­tłu­miony głos, w całym mrocz­nym baraku, w któ­rym nie wszyst­kie żarówki się paliły i w któ­rym na pięć­dzie­się­ciu zaplu­skwio­nych pry­czach spało dwu­stu ludzi, wszy­scy, któ­rzy dotąd nie wstali, od razu ożyli i zaczęli się spiesz­nie ubie­rać.

– Za co, oby­wa­telu naczel­niku? – zapy­tał Szu­chow, przy­da­jąc swemu gło­sowi wię­cej żało­ści, niż odczu­wał.

Z wycho­dze­niem do pracy to jesz­cze pół kar­ceru. I jedze­nie gorące, jak dla wszyst­kich, i za bar­dzo myśleć nie ma kiedy. Praw­dziwy kar­cer to taki bez wycho­dze­nia do pracy.

– Nie wsta­łeś na pobudkę? Idziemy do komen­dan­tury – leni­wie wyja­śnił Tata­rin.

I on, i Szu­chow, i wszy­scy dobrze wie­dzieli, za co kar­cer.

Wymięta, pozba­wiona zaro­stu twarz Tata­rina nie wyra­żała niczego. Rozej­rzał się, szu­ka­jąc następ­nej ofiary, ale już wszy­scy, jedni w pół­mroku, inni przy żarówce, na dole prycz i na górze, nacią­gali czarne wato­wane spodnie z nume­rem na lewym kola­nie, a już ubrani opa­tu­lali się i spie­szyli do wyj­ścia, żeby Tata­rina prze­cze­kać na dwo­rze.

Gdyby Szu­chow dostał kar­cer za co innego, jeśliby rze­czy­wi­ście zasłu­żył, nie byłoby mu tak przy­kro. A było mu przy­kro, bo prze­cież zawsze wsta­wał jeden z pierw­szych. Wie­dział, że u Tata­rina żadne prośby nie pomogą. Więc nie prze­ry­wa­jąc próśb – po pro­stu dla zasady, nacią­gnął wato­wane spodnie (nad lewym kola­nem także była naszyta przy­bru­dzona, znisz­czona szmatka, a na niej czarną zbla­kłą farbą wyma­lo­wany numer Sz-854), wło­żył waciak (były na nim dwa takie numery – na piersi i na ple­cach), odna­lazł swoje walonki w ster­cie na pod­ło­dze, wło­żył czapkę (z taką samą szmatką z nume­rem pośrodku) i wyszedł za Tata­ri­nem.

Cała sto czwarta bry­gada widziała, jak wypro­wa­dzano Szu­chowa, ale nikt nie powie­dział słowa – bo i po co? Bry­ga­dzi­sta może mógłby się wsta­wić, ale już go nie było. Szu­chow też do nikogo się nie ode­zwał, żeby Tata­rina nie draż­nić. Zosta­wią mu śnia­da­nie, domy­ślą się.

I wyszli we dwóch.

Była mgła, mróz zapie­rał dech. Dwa silne reflek­tory z odle­głych krań­co­wych wie­ży­czek biły na krzyż po zonie. Paliły się latar­nie zony i latar­nie wewnątrz obozu. Było ich tyle, że cał­kiem zaćmie­wały gwiazdy.

Skrzy­piał śnieg pod walon­kami, więź­nio­wie szybko prze­bie­gali, zała­twia­jąc swoje sprawy – jedni do latryny, inni do maga­zynu, ten po paczkę, a tam­ten oddać kaszę do indy­wi­du­al­nej kuchni. Wszy­scy z gło­wami wci­śnię­tymi w ramiona, zapa­tu­leni w buszłaty, zimno im nie tyle od mrozu, ile od myśli, że przez cały dzień oprócz mrozu nic ich nie czeka.

A Tata­rin w sta­rym szy­nelu z zaszar­ga­nymi błę­kit­nymi nara­mien­ni­kami szedł rów­nym kro­kiem, jakby mróz się go nie imał.

Minęli wysoki płot z desek wokół BUR-u, muro­wa­nego wewnątrz­ła­gro­wego wię­zie­nia, minęli druty kol­cza­ste zabez­pie­cza­jące obo­zową pie­kar­nię przed więź­niami, naroż­nik baraku komen­dan­tury, gdzie na gru­bym dru­cie na słu­pie wisiała pokryta szro­nem szyna, minęli i drugi słup, na któ­rym osło­nięty od wia­tru, żeby nie poka­zy­wał za nisko, cały osy­pany igłami szronu wisiał ter­mo­metr. Szu­chow popa­trzył z nadzieją na mlecz­no­białą rurkę – gdyby poka­zała czter­dzie­ści jeden, nie pogo­ni­liby do pracy. Ale dzi­siaj na pewno nie docią­gnęło do czter­dzie­stu.

Weszli do baraku komen­dan­tury, pro­sto na war­tow­nię. I tam się wyja­śniło – a Szu­chow ska­po­wał to już po dro­dze – że o żad­nym kar­ce­rze nie ma mowy, po pro­stu trzeba umyć pod­łogę na war­towni. Tata­rin oświad­czył teraz, że wyba­cza Szu­chowowi, i kazał wyszo­ro­wać pod­łogę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij