-
nowość
-
promocja
Jeden dzień z tobą - ebook
Jeden dzień z tobą - ebook
Poruszający romans z serii Czułe Strony – książka na dobry czas
Jeden dzień. Pięcioro ludzi. Czyje serce zostanie złamane, nim zapadnie noc?
W malowniczym Weirbridge zaczyna się dzień jak co dzień. Tress Walker żegna rano ukochanego męża, nie wiedząc, że za kilka godzin zacznie rodzić ich pierwsze dziecko. Kiedy jednak próbuje odnaleźć Maxa, odkrywa, że nie ma go tam, gdzie miał rzekomo być. Tymczasem Noah Clark, najlepszy przyjaciel Maxa, dowiaduje się, że Anya, kobieta, której bezgranicznie ufał, od lat go okłamuje. Owdowiała niedawno Nancy Jenkins szykuje się zaś na spotkanie z Eddiem, swoją pierwszą miłością, której nie widziała od czasów szkolnych. Czy los da im drugą szansę? A może tego dnia ktoś inny będzie potrzebował Nancy bardziej?
Dwa pożegnania, dwa niespodziewane powitania i zaledwie dwadzieścia cztery godziny, które zmienią wszystko.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68921-84-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
TRESS WALKER, 42 LATA – projektantka wnętrz, pochodzi z Newcastle. W dniu, w którym poznała swojego męża, Maxa, pracowała w Glasgow. Obecnie spodziewa się ich pierwszego, długo wyczekiwanego dziecka.
MAX WALKER, 35 LAT – dyrektor finansowy w Bralatech. Wychował się w Weirbridge, dokąd wrócił, by zamieszkać z żoną, Tress.
NOAH CLARK, 35 LAT – pediatra w Glasgow Central Hospital. Najlepszy przyjaciel Maxa od dzieciństwa. Niedawno świętował jedenastą rocznicę ślubu z żoną, Anyą.
ANYA CLARK, 34 LATA – dyrektorka sprzedaży w Bralatech. Córka Amerykanina i Szkotki. Poznała Noaha i Maxa pierwszego dnia studiów na Uniwersytecie w Glasgow i od tamtej pory jest z Noahem.
NANCY JENKINS, 66 LAT – wdowa; jej mąż, Peter, z którym przeżyła ponad czterdzieści lat, zmarł na raka. Pracownica szkolnej stołówki, przewodnicząca programu Straży Sąsiedzkiej, kobieta żywioł.
EDDIE MACKIE, 66 LAT – chłopak Nancy z czasów nastoletnich.
VAL MURRAY, 66 LAT – przyjaciółka Nancy od chwili, gdy poznały się w szkole podstawowej w Weirbridge, całe wieki temu. Żona Dona, miłości swojego życia, ze złamanym sercem patrząca, jak jej ukochany zmaga się z demencją.
BIG ANGIE, 50 LAT – kolejna przyjaciółka i sąsiadka Nancy. Kierowczyni autobusu, która uwielbia opowiadać całemu światu o swoich dolegliwościach związanych z menopauzą.
JOHNNY ROBERTS, 66 LAT – dawny szkolny kolega Val i Nancy.
DR CHESKA AYTON, 35 LAT – ordynatorka oddziału ratunkowego w Glasgow Central Hospital i przyjaciółka Noaha jeszcze z czasów studiów medycznych.
DR RICHARD CAMPBELL, 44 LATA – ordynator oddziału intensywnej terapii w Glasgow Central Hospital.
GEORGINA I COLIN WALKEROWIE, OBOJE 66 LAT – pełni fantazji rodzice Maxa. Mieszkają na Cyprze i uwielbiają dobrą zabawę.Rozdział 1. Tress
Rozdział 1
Tress
Dwie pionowe zmarszczki między brwiami męża, wyżłobione przez stres, wywołały u Tress uśmiech. Jeśli dalej będzie się tak zamartwiał, Max Walker zdąży się postarzeć o dziesięć lat, zanim ich dziecko przyjdzie na świat.
Odstawił niewielką torbę podróżną na podłogę w przedpokoju i wyciągnął do niej ręce. W jego głosie pobrzmiewał ten sam niepokój, który malował się na jego przystojnej twarzy.
– Cholera, nie chcę cię zostawiać. To naprawdę beznadziejny moment. Ale jutro wieczorem wracam, więc pilnuj, żeby ten mały gość siedział tam bezpiecznie i w ciepełku, i powiedz mu, żeby się nie spieszył.
Dźwięk klaksonu czekającej na zewnątrz taksówki wymusił pauzę, zanim zdołała odpowiedzieć. Odruchowo położyła dłoń na swoim brzuchu, okrągłym jak piłka do skakania.
– Przestań się martwić. Zostały nam jeszcze trzy tygodnie, a jeśli jest choć trochę podobny do mnie, to i tak się spóźni, bo teraz pewnie tylko dryfuje sobie tam w środku i błogo się relaksuje.
Wypowiadanie słowa „on” wciąż sprawiało jej dreszcz radości. Przez jakieś pięć minut zastanawiali się, czy nie poczekać z poznaniem płci dziecka do porodu, ale szybko porzucili ten pomysł. Max rozpaczliwie chciał wiedzieć, bo nie znosił niepewności, a drzemiąca w Tress projektantka wnętrz chciała wiedzieć wcześniej, by móc już zacząć planować idealny pokoik dziecięcy.
– A teraz idź. Baw się dobrze. Przestań się zamartwiać. Pokaż, jaki jesteś genialny. A jutro wieczorem wróć do domu i wyściskaj swoją żonę – zażartowała, pochylając się nad brzuchem, żeby pocałować go w usta.
Położył dłoń na jej karku, obejmując go delikatnie, a kciukiem musnął jej policzek.
– Masz pojęcie, jak bardzo cię kocham, Tress Walker? – wymruczał, pozostając tak blisko, że czuła jeszcze miętowy zapach jego pasty do zębów.
– Na tyle, żeby zrobić mi dziecko i skazać się na mnie do końca życia.
Uśmiechnął się szeroko, po czym znów ją pocałował.
– Właśnie tak. To twoje romantyczne podejście do życia i te czułe wyznania miłości tak mnie urzekły.
Z zewnątrz ponownie rozległ się klakson.
Parsknęła śmiechem i lekko go odepchnęła.
– Cóż, wygląda na to, że twój taksówkarz nie podziela tego miłosnego nastroju, więc rusz ten swój wyjątkowo jędrny tyłek, żeby przestał wreszcie trąbić. Nancy z sąsiedztwa zaraz go znokautuje prawym prostym, jeśli będzie tak dalej hałasował.
Nie przesadzała. Nie bez powodu od chwili, gdy Nancy Jenkins została szefową Straży Sąsiedzkiej w tej części Weirbridge, na ich ulicy praktycznie nie zdarzały się przestępstwa. Dawniej Weirbridge było uroczą wioską pod Glasgow, ale z czasem rozrosło się do rozmiarów niewielkiego miasteczka, a wraz z tym pojawiła się także sporadyczna przestępczość. Nancy, kobieta o największym sercu pod słońcem – dopóki ktoś nie wszedł jej w drogę – znała w okolicy każdego. Choć formalnie przysługiwała jej już emerytura, darmowe przejazdy autobusem i spokojne życie, zgłosiła się na ochotnika, by pilnować bezpieczeństwa na ulicach. Nawet miejscowe łobuzy bały się kobiety, która kiedyś przyłapała złodzieja próbującego włamać się do jej domu i zagroziła, że jeśli jeszcze raz go zobaczy, przebije mu nerki drutami do robótek. Kiedy policja zabrała go do aresztu, odetchnął z ulgą.
Klakson zabrzmiał po raz kolejny.
– Dobra, dobra! – krzyknął Max, wychylając głowę przez otwarte drzwi wejściowe.
Na widok jego wciąż zmarszczonego czoła serce Tress zmiękło. Ta konferencja nie mogła przypaść w gorszym momencie. Jako dyrektor finansowy stosunkowo młodego technologicznego start-upu na co dzień pracował w biurze w Glasgow, a do centrali w Londynie jeździł zwykle raz lub dwa razy w miesiącu. Dzisiejszy wyjazd był dodatkową podróżą na południe z okazji dorocznej konferencji firmy, ale oboje uzgodnili już wcześniej, że będzie to jego ostatnia podróż przed narodzinami dziecka.
Tress wciąż nie mogła się nadziwić, że tak seksowny facet wykonuje tak mało seksowny zawód. Najbardziej niezwykłe było jednak to, że człowiek, który z powodzeniem mógłby dorabiać jako model do katalogów, nie miał w sobie ani odrobiny zarozumiałości czy rozdętego ego. Jego autentyczna serdeczność i zaraźliwy śmiech były pierwszymi rzeczami, jakie w nim zauważyła – zaraz po dobrych oczach i uśmiechu, od którego aż kręciło jej się w głowie – kiedy kilka lat wcześniej dosłownie na niego wpadła w Greggs w centrum Glasgow. Przyjechała wtedy do Szkocji szukać tweedu dla firmy zajmującej się projektowaniem komercyjnych wnętrz, w której pracowała. Wyszła na krótki spacer po George Square z biura dostawcy znajdującego się w centrum miasta, a potem wstąpiła do piekarni, żeby coś przekąsić. To był najbardziej oklepany banał świata. Oboje jednocześnie sięgnęli po bagietkę z pastą z tuńczyka i chrupiącą sałatką, a potem przez dobrą minutę przerzucali się uprzejmościami:
– Weź ją.
– Nie, ty weź.
W końcu ustąpiła jego rycerskości. Tego dnia zdobyła jednocześnie bagietkę z tuńczykiem i faceta. Poznanie miłości swojego życia, ślub w ciągu niespełna roku i przeprowadzka do Szkocji nie znajdowały się w życiowym bingo, a jednak właśnie tutaj była. I ani przez sekundę tego nie żałowała.
Opierała się ramieniem o framugę drzwi i patrzyła, jak jej mąż schodzi ścieżką. Zanim wsiadł do Skody kombi, by udać się w piętnastominutową drogę na lotnisko w Glasgow, pomachał jej i posłał całusa. Taksówka ruszyła ulicą, a Tress westchnęła i wróciła do kuchni. Sięgnęła po telefon komórkowy, żeby zadzwonić do zastępczyni swojego męża w czasie jego nieobecności.
Nancy odebrała po pierwszym sygnale.
– Zaczęło się? Dziecko się rodzi?
– To pierwsze, o co pytasz za każdym razem, kiedy od trzech miesięcy odbierasz telefon. Nie, jeszcze się nie rodzi.
– Och, dzięki Bogu. – W głosie Nancy zabrzmiała szczera ulga. – Właśnie nałożyłam płyn do trwałej i gdybym teraz musiała go zmyć, wyglądałabym tak, jakby poraził mnie prąd podczas wymiany wtyczki w ładowarce do mojego Dysona. Wspominałam już, że mam nowego Dysona? – dodała swoim najlepszym, udawanie wytwornym tonem.
– Raz czy dwa. Albo właściwie za każdym razem, kiedy od tamtej pory ze sobą rozmawiamy – odparła z uśmiechem Tress.
Bez trudu wyobraziła sobie, co dzieje się w kuchni Nancy, w sąsiednim domku. Ten obraz przypominał jej kuchnię rodzinnego domu w Newcastle. Przeprowadzili się tam na nowo wybudowane osiedle, kiedy była jeszcze mała, razem z innymi rodzinami, które od lat czekały na mieszkania komunalne. Jej mama, Julie, mieszkała tam aż do swojej śmierci kilka lat wcześniej. Przez całe życie otaczali ją ci sami sąsiedzi – rodziny, które wspólnie wychowywały dzieci, matki, które stały się dla siebie przyjaciółkami i oparciem podczas wzlotów i upadków, rozwodów, ponownych małżeństw, łez, świętowania, bólu, szczęścia, strat i miłości. Wiele z nich, podobnie jak Julie, samotnie wychowywało dzieci. Większość pracowała przynajmniej na jednym etacie, a czasem nawet na dwóch lub trzech. Wszystkie pomagały sobie nawzajem. Nie było idealnie, ale Tress była wdzięczna każdej z tych kobiet. Współtworzyły jej dzieciństwo, zrobiły wszystko, by było szczęśliwe, i troszczyły się o jej mamę aż do dnia, gdy rak piersi odebrał ją światu w zdecydowanie zbyt młodym wieku pięćdziesięciu pięciu lat.
Nancy miała podobną paczkę przyjaciółek. Tress była wręcz pewna, że jej koleżanka Angie siedzi właśnie przy kuchennym stole, podając papierki do trwałej ondulacji drugiej przyjaciółce, Val, która nawija wałki na siwiejące włosy Nancy. Nancy nigdy nie zastąpi mamy, ale od chwili, gdy Tress przeprowadziła się do Weirbridge, otoczyła ją opieką. Tress była jej ogromnie wdzięczna za troskę, za śmiech i za nieposkromioną miłość do ręcznie robionych ubranek dla niemowląt.
– Właśnie mówiłam Val i Angie, że przez ostatnie tygodnie dziergam ze stresu jak szalona. Mam nadzieję, że lato będzie beznadziejne, bo to dziecko ma już czternaście sweterków, dwadzieścia dwie czapeczki i tyle rękawiczek, że mogłoby bez problemu przetrwać dzieciństwo na Syberii.
Tress parsknęła śmiechem, aż zakuło ją z boku. Skrzywiła się.
– Co? Co to było? – natychmiast zapytała Nancy.
– Nic! – zapewniła szybko Tress.
– Coś było. Zmienił ci się oddech.
– Nancy, marnujesz się w szkolnej stołówce. Nie jest jeszcze za późno, żebyś została policyjną śledczą?
– Pewnie nie, ale brakowałoby mi ciasta karmelowego. A tak w ogóle, kochanie, na pewno wszystko w porządku?
– Tak, wszystko dobrze. Dzwonię tylko powiedzieć, że Max już pojechał na lotnisko, więc teraz ty dowodzisz.
Nancy nawet nie próbowała ukryć dezaprobaty.
– Nadal nie mogę uwierzyć, że zostawia cię w takim momencie.
– Nic się nie stanie! Do terminu zostały jeszcze trzy tygodnie, a nie będzie go tylko do jutrzejszego wieczora. Będzie dobrze.
– Wiem, ale to nie znaczy, że przez resztę dnia nie będę narzekać na tego twojego przystojnego dryblasa razem z Val i Angie.
– Nie spodziewałabym się po tobie niczego innego…
– Chociaż Angie twierdzi, że jeśli kiedykolwiek ci się znudzi, to chętnie go od ciebie przejmie.
To znowu rozbawiło Tress. Angie była pięćdziesięcioletnią kierowczynią autobusu, która nie dawała sobie wejść na głowę i wszędzie chodziła z dwoma wachlarzami, narzekając każdemu, kto chciał słuchać, na „to całe przekwitanie”. Łagodny i uprzejmy Max nie wytrzymałby z nią nawet do obiadu – po prostu by go przeżuła i wypluła.
– Powiedz jej, że dziękuję za propozycję, ale na razie go sobie zatrzymam.
– Przykro mi, Angie, zostaje z nią – oznajmiła Nancy jednej ze swoich samozwańczych fryzjerek, po czym wróciła do rozmowy z Tress. – A teraz słuchaj. Dzwoń do mnie co dwie godziny i nie waż się robić niczego męczącego. Dziś wieczorem wychodzę, ale przedtem zajrzę do ciebie. A jutro przyniosę obiad i urządzimy sobie maraton Netflixa i chill, jak to wy, młodzi, mówicie.
– Nancy, to znaczy coś zupełnie innego, niż ci się wydaje…
Nancy już jej nie słuchała.
– Val mówiła, że pojawił się tam jakiś nowy film z tym Pierce’em Brosnanem. Och, powiem ci, nie wyrzuciłabym go z łóżka za to, że nakruszył herbatnikami.
Tress usłyszała w tle wybuch śmiechu.
– Jesteście niereformowalne. Kończę już, bo jeszcze moje dziecko słyszy przez brzuch to, co wygadujecie, i właśnie się demoralizuje. Dzięki, Nancy.
– Zawsze do usług, kochanie. Do zobaczenia później. I nie zapomnij powiedzieć, jaka piękna wyszła mi trwała. Dodatkowe punkty dostaniesz, jeśli stwierdzisz, że wyglądam jak Madonna. Jesteśmy prawie w tym samym wieku i myślę, że gdyby zdjąć z niej cały ten wypełniacz i skórzane gacie, wyglądałybyśmy jak bliźniaczki. Trzymaj się.
Po tym kolejnym, wypowiedzianym z kamienną twarzą życiowym aforyzmie Nancy się rozłączyła, zostawiając Tress jak zwykle rozbawioną.
Po śmierci mamy bywały chwile, kiedy Tress była przekonana, że już nigdy więcej nie poczuje, że gdzieś naprawdę przynależy. Julie była jedynaczką. Tress również. Nie miały nikogo poza sobą, więc przez całe życie były tylko we dwie. Wszystko zmieniło się, kiedy poznała Maxa. Od rodzinnego miasta dzieliły ją setki kilometrów, ale teraz miała męża, jego przyjaciele przyjęli ją z otwartymi ramionami, a kobiety z miasteczka stały się jej przyjaciółkami. To był świat Maxa, lecz z czasem stał się także jej światem.
Tress odłożyła telefon na kuchenny stół i zaparzyła sobie herbatę. Dużo mleka. Bez cukru. Była dopiero ósma rano, ale nie spała już od godziny i czuła się wykończona. Zmęczona, ale szczęśliwa – tak najkrócej można było podsumować całą jej ciążę. Z kubkiem z napisem _Nie jestem w ciąży, po prostu zjadłam wszystkie ciastka_ – oczywiście prezentem od Nancy – przeszła do biurka, które urządziła w oranżerii z widokiem na ogród. Na blacie starego mahoniowego biurka – jej ulubionego znaleziska z wyprawy po sklepach charytatywnych przy głównej ulicy Weirbridge – leżały porozkładane projekty wnętrz.
Maxowi ani trochę nie przeszkadzało, że chciała urządzić dom po swojemu. Kupił go od rodziców za bezcen, kiedy kilka miesięcy przed ich poznaniem przenieśli się na emeryturę na Cypr. Idealny moment. On wrócił z mieszkania w centrum Glasgow do domu, w którym dorastał, a Tress rzuciła pracę i przeprowadziła się z Newcastle do Szkocji.
Kiedy zamieszkała w Weirbridge, Max nadal pracował, a ona, wykorzystując swój talent do projektowania wnętrz, zajęła się domem. Przekształciła zwyczajny, wolno stojący dom z trzema sypialniami w przepiękne, otwarte wnętrze w stylu nowoczesnej stodoły. Większość prac wykonała sama – tapetowała, układała płytki, malowała ściany, remontowała starą kuchnię i łazienki, odnawiała tapicerkę i przywracała świetność pięknym starym meblom wyszukanym w antykwariatach i sklepach z używanymi rzeczami. Jeśli czegoś nie umiała, po prostu się tego uczyła. Pracowała nawet fizycznie razem z ekipą budowlaną, kiedy zdzierali stropy, burzyli ściany, układali w całym domu podłogi z orzecha włoskiego i odsłaniali oryginalną cegłę. Efekt końcowy zachwycał. Czasem wciąż nie mogła uwierzyć, że naprawdę tu mieszka. Ani że zainspirowana domem, który stworzyła, i wieloletnim doświadczeniem zdobytym przy projektowaniu przestrzeni biurowych oraz hoteli, odeszła z firmy, w której pracowała jeszcze w dniu Wielkiej Walki o Bagietkę z Tuńczykiem, i założyła własną pracownię projektowania wnętrz.
Na początku miała tylko jednego klienta, ale dzięki poleceniom firma z roku na rok się rozwijała. Teraz miała stałą bazę klientów i zlecenia rozpisane na kilka kolejnych miesięcy. Specjalizowała się w kreatywnych rozwiązaniach przy niewielkich budżetach. Projektowała wszystko – od nowych dekoracji okien po kompleksowe aranżacje całych domów. Co prawda jeszcze nie zarabiała tyle, ile w poprzedniej pracy, ale razem z dochodami Maxa żyli bardzo komfortowo. Pojawienie się dziecka miało wiele zmienić, jednak planowali, że będzie pracowała z domu, dopasowując obowiązki do rytmu dnia malucha. Nancy zgłosiła się na ochotnika do opieki nad dzieckiem podczas spotkań z klientami, pod warunkiem że będą odbywały się po południu, kiedy skończy pracę jako kucharka w liceum w Weirbridge.
Tress właśnie miała naszkicować kilka nowych pomysłów na aranżację wykusza w domku pani Galbraith, Cloverleaf Cottage, kiedy kolejne ziewnięcie wywołało kłucie w boku. Potarła bolące miejsce, a chwilę później poczuła mocne kopnięcie w brzuch. Projekt wykusza pani Galbraith mógł poczekać. Najwyraźniej jej mały lokator domagał się krótkiej drzemki, zanim pozwoli mamie zabrać się do pracy.
Na kuchennym stole telefon zapiszczał, informując, że bateria jest już na wyczerpaniu. Tress podniosła go, podłączyła do ładowarki przy biurku, po czym ostrożnie położyła się na kremowej, lnianej sofie (pięćdziesiąt funtów za sofę z drugiej ręki i kolejne pięćdziesiąt za materiał, którym własnoręcznie ją obiła) i zamknęła oczy…
Nie była pewna, czy obudził ją ostry ból, czy dzwonek telefonu stacjonarnego, bo w półśnie oba te zdarzenia wydawały się nastąpić dokładnie w tej samej chwili.
Tress mimowolnie krzyknęła, gwałtownie podrywając się do pozycji siedzącej. W tej samej chwili odeszły jej wody. O Jezu. Nie. Jeszcze nie. To nie był czas. Do terminu zostały jeszcze trzy tygodnie. Za wcześnie. Za wcześnie. CHOLERNIE ZA WCZEŚNIE. Serce waliło jej jak oszalałe. Strach sparaliżował reakcje, unieruchomił ciało i wyczyścił umysł. To nie mogło się dziać. Nie teraz. Potrzebowała pomocy.
– Max!
Imię wyrwało się z jej ust, zanim przypomniała sobie, że Maxa tu nie ma. Był w drodze do Londynu. I dlaczego ten przeklęty telefon wciąż dzwonił?
Głęboki oddech. Głęboki oddech. Uspokój się. Oddychaj. Zmuś płuca do pracy. Wdech. Wydech. Będzie dobrze. To na pewno Max dzwonił przed wejściem do samolotu. Powie mu, żeby wracał, że dziecko już się rodzi. Dobrze. Da radę. Nie miała przecież wyboru.
Z całej siły odepchnęła się rękami od sofy i zdołała wstać. Zrobiła zaledwie dwa kroki, kiedy telefon przestał dzwonić, a włączyła się automatyczna sekretarka.
– Dzień dobry. Z tej strony Agnes Wellington ze Stonybridge Place. Nancy Jenkins dała mi pani numer, bo chciałabym odnowić salon i dodać mu odrobiny blasku. Byłabym wdzięczna za telefon pod ten numer. To jest…
Tress nie usłyszała reszty wiadomości, bo dokładnie w tej chwili kolejna fala lęku niemal odebrała jej władzę w nogach. Chwyciła się krawędzi biurka i spojrzała na zegar wiszący nad nim.
9.50.
Dzięki Bogu. Samolot Maxa odlatywał dopiero o 10.40. Nadal był na lotnisku.
Sięgnęła po telefon komórkowy i… Cholera. Ekran był całkowicie czarny. Przesunęła dłonią wzdłuż przewodu i zobaczyła, że kabel wysunął się z gniazda USB w ścianie. Ta cała nowoczesna technologia zdecydowanie nie była jej sprzymierzeńcem.
Porwała telefon stacjonarny i… Szlag. Jaki był jego numer? Miała go zapisanego w komórce, ale miesiąc wcześniej firma, w której pracował, zmieniła operatora telefonicznego i nie zdążyła jeszcze zapamiętać nowego numeru.
Drżącymi rękami zaczęła gorączkowo szukać kartki, na której go zapisała, gdy przeszył ją kolejny ostry ból.
O jasna cholera.
To nie wyglądało dobrze.
Zacisnęła zęby i próbowała oddychać zgodnie z zaleceniami, ale doszła do wniosku, że ktokolwiek twierdził, iż to pomaga, najwyraźniej nigdy nie próbował oddychać z kulą do kręgli zaklinowaną między narządami wewnętrznymi.
Kiedy najgorszy ból minął, sięgnęła po notatnik i zdołała wystukać numer z pierwszej strony na telefonie stacjonarnym.
– Cześć – odebrał natychmiast, zanim u niej zdążył zabrzmieć pierwszy sygnał.
– Max, to ja! Chyba zaczyna się poród…
Przerwał jej głos męża.
– Tu Max Walker z Bralatech. Przykro mi, że nie mogę teraz odebrać telefonu. Zostaw wiadomość, a oddzwonię najszybciej, jak to będzie możliwe.
Nieee!
Rozpaczliwie walcząc z paniką ściskającą gardło, Tress już miała powtórzyć swoją pilną wiadomość, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. To może być on. Może czegoś zapomniał. Albo po prostu coś przeczuł i zawrócił. Odłożyła słuchawkę. W tej samej chwili coś z głuchym stukiem spadło na podłogę w przedpokoju. Poczta. To był tylko listonosz.
Ostrożnie opadła z powrotem na sofę i jęknęła, powstrzymując łzy, gdy próbowała uspokoić oddech.
To. Nie. Mogło. Się. Dziać.
Gdzie był Max? Dlaczego nie odbierał telefonu? Jak miała się z nim skontaktować? Potrzebowała go tutaj. Natychmiast. Bo była niemal pewna, że właśnie dziś przyjdzie na świat ich dziecko.Rozdział 2. Noah
Rozdział 2
Noah
Żadna ilość kawy nie mogła dziś poprawić samopoczucia Noaha Clarka, ale i tak zamierzał spróbować. Postawił kubek na chromowanej podstawce ekspresu, włożył kapsułkę z espresso i nacisnął przycisk. Zacisnął zęby, a od dźwięku pracującego urządzenia niemal zatętniło mu w skroniach.
O ósmej rano zdecydowanie nie nadawał się do funkcjonowania, a przyczyn tego stanu było wiele. Wszystko zaczęło się od tygodnia nocnych dyżurów na oddziale pediatrycznym Szpitala Centralnego w Glasgow, a potem doszło jeszcze o kilka piw za dużo wypitych wczoraj, podczas pierwszego wolnego dnia. Sam kac dałoby się jeszcze przeżyć, gdyby poprzedniego wieczoru, po potężnej kłótni z Anyą, nie zasnął na kanapie. Sam był sobie winien. Narobił sobie nadziei. Myślał, że wreszcie dowie się, co dzieje się z jego żoną. Że uda im się naprawić dystans, który wyrósł między nimi. Sądząc po tym, że całą noc próbował ułożyć swoje sto osiemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu na dwuosobowej sofie, najwyraźniej nic z tego nie wyszło.
Opuścił czoło na chłodny marmur wyspy kuchennej, lecz natychmiast poderwał głowę, gdy do kuchni wkroczyła Anya. Wysokie obcasy wystukiwały o granitową posadzkę ostre _klik, klik_, brzmiące niczym seria z karabinu szturmowego. A może tylko jego skacowany mózg odbierał to właśnie w ten sposób.
Dopiero po chwili zorientował się, skąd bierze się drugi dźwięk. Zmrużył oczy i spojrzał w jej stronę. To kółka białej kabinowej walizki Samsonite turkotały po podłodze. Na walizce spoczywała dopasowana kolorystycznie torba podróżna, na wysuwanej rączce wisiała torebka, a obok stała jeszcze torba na laptopa.
No tak.
Dziś wyjeżdżała… na… na…
Nie.
Nic.
Kompletnie nic nie przychodziło mu do głowy.
Jakiś wyjazd służbowy.
Był niemal pewien, że widniał w kalendarzu, a skoro tak, był też stuprocentowo pewien, że nie zamierza o niego pytać. To tylko otworzyłoby kolejny rozdział niekończącej się kłótni pod tytułem: „Nigdy nie interesujesz się moją karierą”.
Ostatnio wracali do niej niemal równie często jak do jeszcze bardziej przygnębiającego tematu założenia rodziny. Ta dyskusja również pojawiała się zdecydowanie zbyt często, a wczoraj skończyła się kolejną wersją dobrze znanego:
– To jest mój czas i nie zamierzam rezygnować ze swojego życia tylko po to, żeby przez następne dwa lata siedzieć w domu, nabawić się hemoroidów i być wiecznie oblepioną marchewkowym purée.
Tak.
Znowu wypłynął ten sam stary argument.
Noah nie miał pojęcia, jak w ogóle do tego doszło. Zresztą nie miało to już znaczenia. Ostatnio potrafili zamienić zwykłe „dzień dobry” w apokaliptyczną bitwę na śmierć i życie.
Dlatego zaczął pojednawczo, łagodnym tonem:
– Cześć.
– Cześć – odpowiedziała chłodno, równie ostro, jak stukały jej obcasy.
– Posłuchaj, możemy porozmawiać? Naprawdę przepraszam za wczoraj.
I naprawdę przepraszał.
Wieczór zaczął się przecież tak dobrze. Przygotował kolację z okazji rocznicy ślubu. Zapalił świece. W tle grał John Legend. Wszystko, co Anya uwielbiała. Ugotował swoje popisowe danie – fantastyczny gulasz rybny, którego nauczyła go ghańska babcia i który Anya wręcz uwielbiała. Wszystko było gotowe na ósmą, bo uznał, że do tej godziny na pewno wróci do domu. Ich rocznica również widniała w kalendarzu. Jedenaście lat małżeństwa. Prawie piętnaście lat od dnia, kiedy poznali się podczas pierwszego dnia Anyi na Uniwersytecie w Glasgow. Noah był wtedy na drugim roku medycyny, a Max kończył drugi rok finansów, gdy nowa studentka biznesu weszła na spotkanie dla pierwszorocznych z nieukrywaną ciekawością wymalowaną na swojej pięknej twarzy. W tamtych czasach nosiła długie aż do pasa warkoczyki, a w jej szeroko otwartych oczach malowało się niedowierzanie, że naprawdę tam jest.
Max Walker, jego najlepszy przyjaciel od dzieciństwa, zauważył ją pierwszy i szturchnął Noaha łokciem w żebra.
– Chyba właśnie się zakochałem – zagwizdał, próbując otrząsnąć się z kaca po Jaeger Bombach, kiedy dziewczyna zbliżała się do ich stolika.
Obaj należeli do uniwersyteckiej drużyny koszykarskiej i trafili na dwugodzinny dyżur przy stanowisku rekrutującym nowych zawodników do sekcji sportowych.
– Tak, już chyba dziesiąty raz od rana – odparł Noah z uśmiechem, odsuwając Maxa za siebie i posyłając dziewczynie swój najbardziej ujmujący uśmiech.
Była olśniewająca.
Miała prawie metr osiemdziesiąt wzrostu. Poruszała się z naturalną swobodą sportsmenki. Długie rzęsy okalały brązowe oczy, w które Noah mógłby patrzeć co najmniej przez następną godzinę.
Oczywiście Max natychmiast uruchomił cały swój urok osobisty i przeszedł do flirtu na poziomie kwalifikacji olimpijskich. Tak było od zawsze. We wszystkim był pierwszy. Najpierw działał, dopiero potem myślał. To on pierwszy zapraszał dziewczyny na randki, pierwszy zapisywał ich na skoki spadochronowe, pierwszy organizował spontaniczne imprezy, a Noah zwykle dowiadywał się o wszystkim dopiero wtedy, gdy pod drzwi ich wspólnego mieszkania zjawiało się dwadzieścia osób z boomboksem.
Tym razem jednak Anya nie dała się uwieść jego urodzie ani całym pokładom uroku osobistego. Zamiast tego spojrzała na Noaha z zaciekawieniem.
– A co z tobą? – zapytała z rozbawieniem pobrzmiewającym w głosie. – Uważasz, że powinnam poświęcić całe swoje życie sportowi?
Jej seksowny amerykański akcent przesądził sprawę.
Później dowiedział się, że jej ojciec był Amerykaninem, a matka Szkotką. Poznali się, gdy ojciec Anyi przyjechał do Szkocji pracować przy wspólnym projekcie z RAF-em w bazie Leuchars niedaleko St Andrews. Zakochali się w sobie, pobrali i zostali w Szkocji tak długo, jak długo trwało jego oddelegowanie. Kiedy Anya miała trzy lata, wrócili do Stanów Zjednoczonych, ale kilka razy w roku przylatywali do Szkocji, by odwiedzić rodzinę jej mamy w Fife. Jej rodzice nadal mieszkali w Ameryce, jednak gdy przyszło do wyboru studiów, Anya postanowiła wrócić do korzeni swojej matki. Noah już wtedy wiedział, że do końca życia będzie wdzięczny za tę decyzję.
Nigdy nie flirtował z kobietami, które dopiero co poznał. A już na pewno nie z kimś, kim wyraźnie zainteresował się Max. Ale tej kobiecie po prostu nie sposób było się oprzeć.
– Absolutnie nie – odpowiedział Noah, podczas gdy Max patrzył na niego z otwartymi ustami. – Uważam, że powinnaś zostawić sobie przynajmniej jeden wieczór w tygodniu, żeby gdzieś wyjść ze mną.
Max teatralnie rozłożył ręce.
– To był najgorszy tekst na podryw, jaki w życiu słyszałem. Nie daj się nabrać – ostrzegł Anyę. – Bo potem będziesz musiała słuchać jego beznadziejnych gadek. Ostatnia kobieta, z którą się spotykał, umarła z nudów. Naprawdę. Tragiczna historia. Nawet napisali o tym artykuły medyczne.
– Cóż… – Anya przeciągnęła słowo, trzymając ich obu w niepewności. – Mam całkiem wysoki próg bólu, więc chyba zaryzykuję.
Przywołując w pamięci całe dwa tygodnie, które kiedyś wytrzymał na zajęciach teatralnych, Max dosłownie spadł z krzesła, udając omdlenie, podczas gdy Noah poderwał się na nogi i triumfalnie wyrzucił pięść w górę. Anya wybuchnęła śmiechem.
– Wy zawsze tacy jesteście?
Noah nie potrafił przestać się uśmiechać.
– Nie. Przeważnie spławiam go, kiedy trafia mi się coś lepszego. Napijesz się ze mną czegoś w barze?
Porzucili Maxa, a pod koniec popołudnia Noah zapytał Anyę, czy może ją pocałować.
Nie odmówiła.
I tak właśnie się zaczęło.
Noah.
Anya.
Razem od tamtej pory.
Mimo całego tego przedstawienia Max naprawdę cieszył się ich szczęściem, a przez następnych piętnaście lat Noah każdego dnia był wdzięczny, że tamtego ranka wybrała właśnie jego.
Poprzedniego wieczoru, gdy zegar wybił dwudziestą, wracał myślami do tamtego pierwszego dnia. O wpół do dziewiątej próbował jeszcze uratować gulasz rybny. O dziewiątej otworzył piwo i wyrzucił całą potrawę do kosza, dochodząc do wniosku, że Anya raczej nie zamierza wpaść do domu na rocznicową kolację. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie zadzwonić do Maxa i nie sprawdzić, czy jest na siłowni, żeby do niego dołączyć na ich codziennym treningu, ale po raz pierwszy od dawna nie miał na to najmniejszej ochoty. Nawet przemknęło mu przez myśl, żeby wpaść do Tress, zjeść z nią ciasto i obejrzeć kilka odcinków programów o urządzaniu wnętrz, ale nie chciał swoim rozgoryczeniem i zawodem przebijać bańki szczęścia, w której żyła podczas ciąży. Zamiast tego wrócił do diety z czasów studiów medycznych – wrzucił pizzę do piekarnika, przełączał kanały w telewizji i ostatecznie zatrzymał się na starym filmie wojennym. Wszystko było lepsze niż własne życie, które przy nim wydawało się jeszcze bardziej do bani.
Kiedy Anya wróciła do domu o dwudziestej drugiej, ledwie potrafił na nią spojrzeć.
Zatrzymała się w progu, ogarniając wzrokiem to, co zobaczyła.
Opuszczony romantyczny stół.
Brudne garnki i talerze przy zlewie.
Wypalone świece.
– Noah… Przepraszam, powinieneś mnie uprzedzić…
– Nie sądziłem, że muszę. Wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy – odparł, nienawidząc chłodu, który zabrzmiał w jego głosie.
To nie był on.
Nigdy nie zachowywał się w taki małostkowy sposób.
Max przez całe życie powtarzał mu, że jest aż nazbyt wyluzowany.
Ale nie tego wieczoru.
Anya wciąż przyjmowała postawę obronną.
– Musiałam zostać dłużej w pracy. W przyszłym tygodniu mamy ważną prezentację, a jutro jadę na konferencję, więc…
Przestał jej słuchać.
Po narastającym zdenerwowaniu w jej głosie wiedział już, że wysiadła z pociągu pod nazwą „przeprosiny” i właśnie wsiadła do ekspresu „obrona za wszelką cenę”.
– Anya… Ty w ogóle jeszcze tego chcesz?
Schyliła się i zdjęła swoje czarne lakierowane szpilki, jedną po drugiej, tracąc przy tym dobre dziesięć centymetrów wzrostu. Obcisła spódnica kostiumu krępowała jej ruchy, gdy podeszła do stołu i nalała do kieliszka resztkę czerwonego wina z butelki. Odkąd objęła stanowisko dyrektorki sprzedaży i marketingu w Bralatechu, jej styl ubierania zdecydowanie wszedł na wyższy poziom. To Max uprzedził ją, że zwolni się tam takie stanowisko, a ona sama zgłosiła się do zarządu i zdobyła tę pracę, zanim jeszcze ogłoszenie o rekrutacji zdążyło się ukazać.
Noah widział, że zwleka z odpowiedzią, więc cztery piwa, które zdążył już wypić, przejęły nad nim kontrolę i popchnęły go do dalszych pytań.
– Nadal chcesz nas? Małżeństwa? Dzieci? Wspólnego życia? Zestarzeć się razem?
– Oczywiście, że chcę – odpowiedziała znużonym głosem, ledwie na niego patrząc, gdy przysiadła na podłokietniku kanapy. – Po prostu ta praca wiele dla mnie znaczy. Jestem w niej dobra, Noah. Kocham ją. I na razie pochłania mnie bez reszty.
– A nasza rodzina?
Wiedział, że zabrzmiał dziecinnie, ale od dwóch lat czekał, aż do niego wróci. Od dwóch lat odkładali swoje życie na później przez pracę, która zabierała jej cały czas.
– Noah, nie mogę teraz o tym rozmawiać. Jestem zbyt zmęczona. Tak, chcę być z tobą w małżeństwie. Nie, nadal nie jestem gotowa na dzieci.
– A jeśli ja jestem? Przecież ustaliliśmy, że zaczniemy się starać już w zeszłym roku, a ty od tamtej pory ciągle to odkładasz. Jeśli naprawdę tego chcesz, poczekam. Tylko… nie jestem już pewien, czy ty nadal tego chcesz. Teraz. Albo kiedykolwiek.
Ile razy w ciągu ostatniego roku odbyli tę samą rozmowę? Za każdym razem odpowiadała tak samo: Tak, nadal chcę założyć z tobą rodzinę. Nie, jeszcze nie teraz, ale wkrótce. Każdego dnia w pracy otaczały go dzieci i ich rodziny i każdego dnia coraz mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że właśnie tego pragnie. Zawsze mówili, że założą rodzinę tuż po trzydziestce. Oboje mieli już trzydzieści pięć lat, a on był na to gotowy od dawna. Najwyraźniej Anya wciąż nie.
– W takim razie może powinniśmy porozmawiać o tym, czy w ogóle mamy jeszcze wspólną przyszłość – wypaliła.
Zamarł.
Szok sprawił, że gwałtownie uniósł głowę.
– Co?
– Sama już nie wiem, czy w ogóle chcę mieć dzieci. Po prostu… nie jestem pewna, czy widzę siebie w tej roli. A jeśli dla ciebie to warunek nie do negocjacji…
Urwała, ale reszta wybrzmiała aż nadto wyraźnie. Mimo że piwo szumiało mu w głowie ugryzł się w język. Za wszelką cenę nie chciał powiedzieć czegoś, czego później będzie żałował. Z jednej strony przynajmniej była szczera. I to przyniosło mu ulgę…
…dopóki nie zaczęła się wycofywać.
– Przepraszam, nie to miałam na myśli. Posłuchaj, nie mogę teraz o tym rozmawiać. Jestem zmęczona.
Wstała z kanapy. Jej wysportowane, smukłe ciało poruszało się z taką naturalną gracją, że aż ścisnęło go w sercu.
Boże, jak bardzo ją kochał.
– Nie odchodź, Anya. Zostań. Porozmawiaj ze mną.
Szła dalej. Po chwili usłyszał tylko ciche kroki na schodach prowadzących do ich sypialni. Nie poszedł za nią.
Zamiast tego wyciągnął z lodówki pierwszą z kilku kolejnych puszek piwa i wpatrywał się w telewizor, nawet nie rejestrując, co leci na ekranie. Potrzebował tylko jakiegoś dźwięku. Czegokolwiek, co nie pozwoli mu rozsypać się na kawałki.
Telewizor wciąż grał osiem godzin później, kiedy obudził się z jękiem po nocy spędzonej na kanapie.
W myślach raz po raz odtwarzał ich rozmowę. Od początku do końca. Potem od końca do początku. Analizował każde słowo, rozpaczliwie pragnąc do niej wrócić i wszystko wyjaśnić.
Ale widok Anyi z walizką mówił jasno, że ta rozmowa jeszcze długo się nie odbędzie.
Teraz, mimo pulsującego bólu głowy i obolałego ciała, musiał spróbować.
Kiedy podniosła z wyspy kuchennej kluczyki do samochodu, zrobił ostatnią próbę znalezienia choć odrobiny porozumienia.
– Anya, zaczekaj… Przepraszam. Możemy porozmawiać? Pięć minut…
– Nie. Muszę zdążyć na samolot i nie zamierzam go przegapić. Jadę swoim samochodem i zostawię go na lotnisku. Porozmawiamy, kiedy wrócę.
I to było wszystko. Jeszcze raz stukot jej szpilek rozległ się po kafelkach niczym seria z karabinu maszynowego. Odeszła. Zniknęła.
Cholera.
Noah nalał sobie kolejną kawę i wyszedł z kubkiem na zewnątrz. Chłodne lutowe powietrze przyniosło ulgę jego pulsującej głowie. Dopiero gdy wrócił do kuchni po następną dolewkę, zauważył stojącą na podłodze torbę na laptopa. Anya musiała ją przeoczyć, gdy chwyciła pozostałe bagaże i wybiegła z domu. Natychmiast do niej zadzwonił, żeby dać jej znać, ale połączenie od razu przekierowało go na pocztę głosową. Nie zostawił wiadomości. Jeśli była na niego zła, istniała spora szansa, że nawet by jej nie odsłuchała.
Spróbował innego sposobu.
Anya nigdy nie wsiadała do samolotu, nie rozmawiając tuż przed odlotem i zaraz po lądowaniu ze swoją asystentką, Carą. Praca była dla niej zbyt ważna, żeby zaryzykować przeoczenie wiadomości od klienta.
Noah odszukał numer Cary w kontaktach i wybrał połączenie.
– Dzień dobry, dział sprzedaży Bralatech, z tej strony Cara, asystentka Anyi Clark. W czym mogę pomóc?
Rany, biedna kobieta musiała wypowiadać tę formułkę przy każdym odebranym telefonie.
– Cześć, Cara, tu Noah.
Przez lata kilka razy spotkali się na firmowych imprezach. Rozmawiał z nią też dość regularnie – zwykle wtedy, gdy dzwoniła poinformować go, że Anya znowu wróci późno albo nie dotrze na coś, co wcześniej zaplanowali, bo utknęła w pracy. Najwyraźniej łatwiej było jej zlecać komuś innemu przekazywanie takich wiadomości. Cara o tym wiedziała. On też. A jasną stroną było to, że z czasem stworzyli coś w rodzaju cichego porozumienia.
– Cześć, Noah. Jak się masz?
Najchętniej odpowiedziałby, że ma kaca, jest wściekły i ma poważne podejrzenia, że właśnie rozpada mu się życie, ale zamiast tego powiedział:
– Świetnie. Tak, wszystko dobrze. A ty?
– Ach, sam wiesz. Za dużo pracy, za mało pieniędzy. Tylko nie mów tego swojej żonie.
Mimo pulsującego bólu głowy kąciki jego ust lekko się uniosły.
– Trafiłaś pod właściwy adres. Słuchaj, możesz przekazać Anyi wiadomość?
Zapadła chwila ciszy i domyślił się, że Cara zastanawia się, dlaczego nie zadzwoni po prostu do własnej żony.
– Po prostu… eee… jej telefon od razu przełącza na pocztę głosową, a ja zaraz wychodzę pobiegać, więc pomyślałem, że pewnie porozmawiasz z nią wcześniej niż ja.
Kłamał jak z nut, ale pozostawało mu tylko mieć nadzieję, że Cara nie posiada zdolności telepatycznych.
– Eee… tak, tylko… rzecz w tym, że nie będę mogła przekazać jej wiadomości, dopóki w poniedziałek nie wróci do pracy.
Nie dało się nie usłyszeć w jej głosie wahania. To był ton człowieka, który właśnie mówi coś, co nieuchronnie wywoła problemy, ale nie ma innego wyjścia.
– Tak, wiem, że dziś jej nie ma.
– Och, całe szczęście! – wyrwało się Carze z wyraźną ulgą. – Przepraszam. Przez moment myślałam, że właśnie mamy jedną z tych filmowych scen, w których przypadkiem mówię mężowi, że jego żona wcale nie jest tam, gdzie on myśli, i wybucha wielka afera. Już widziałam się na bezrobociu w najbliższej przyszłości.
Noah zmusił się do śmiechu.
– Nie, jesteś bezpieczna. Wiedziałem, że dziś nie będzie jej w biurze. Po prostu pomyślałem, że pewnie będzie do ciebie dzwonić.
To zaczynało robić się znacznie bardziej skomplikowane, niż przypuszczał, i coraz mniej rozumiał dlaczego.
– Raczej nie. Mówiła, że w spa, do którego jadą, nie ma zasięgu, więc nie będzie się odzywać. Bardzo się cieszę, że wreszcie może trochę odpocząć z siostrą. Mam wrażenie, że ona nigdy nie wychodzi z pracy, więc ten wyjazd naprawdę dobrze jej zrobi. A tak w ogóle… jaką wiadomość mam jej przekazać?
Zapadła cisza. Trwała pełne pięć sekund. Potem rozległo się spanikowane:
– To było…
Zastygł. Znów zapadła cisza. Jego mózg odmawiał współpracy, a on rozpaczliwie próbował zrozumieć, co właśnie usłyszał. Cara była niezwykle kompetentna i nigdy niczego nie myliła. To oznaczało, że przekazała mu prawdziwe informacje. Był tylko jeden problem. Żona powiedziała mu, że leci do Londynu na konferencję służbową.
Jego żona nienawidziła spa.
Jego żona nie miała siostry.
A skoro nie była na konferencji ani w miejscu, którego nie znosiła, z fikcyjną członkinią rodziny, to gdzie, do cholery, była?
– Masz rację! Zupełnie o tym zapomniałem. Nie ma sprawy, ale jeśli będzie się odzywać, poproś ją, żeby do mnie zadzwoniła.
Noah zakończył połączenie i opuścił głowę, aż ponownie oparła się o blat kuchennej wyspy.
A więc to miał być właśnie ten dzień. Dzień, w którym wreszcie dowie się, co naprawdę dzieje się z jego żoną.