-
nowość
-
promocja
Jednym Uchem: O tym, dlaczego konsumujemy wiele i pamiętamy mało - ebook
Jednym Uchem: O tym, dlaczego konsumujemy wiele i pamiętamy mało - ebook
Włączasz podcast, otwierasz newsletter, przewijasz feed. Następnego dnia nie pamiętasz, o czym właściwie była audycja. Nie pamiętasz nawet, czemu ci się podobała. *Jednym uchem* jest esejem o tej powszechnej, codziennej dziwności — o iluzji wiedzy w czasach algorytmicznego feedu. Pierwsza część książki opisuje kłopot: skąd wzięła się nieskończona podaż informacji i dlaczego nasz mózg nie radzi sobie z nią tak, jak nam się wydaje. Druga pokazuje, co ten kłopot z nas zrobił. Trzecia jest o tym, co możemy z tym zrobić — uważnie, bez poradnikowych obietnic i bez paniki nad smartfonem
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Popularnonaukowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 456 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Nigdy nie mieliśmy dostępu do tak wielkiej wiedzy. Nigdy nie zatrzymywaliśmy tak małej.
Jest to książka o tej dziwnej nowej sytuacji — o codziennym doświadczeniu, w którym czytamy i słuchamy więcej poważnego materiału niż jakiekolwiek pokolenie w historii, a następnego ranka nie potrafimy dokładnie przywołać, o czym to wszystko właściwie było. Zdarza się to niemal każdemu, kogo znam. Mnie również — gdy uczciwie się sobie przyjrzę — uderza to bardzo mocno.
Książka oferuje trzy rzeczy.
Pierwszą jest trzeźwa diagnoza — nie wersja katastroficzna (smartfon roztopił nam mózgi), nie lekceważąca (każde pokolenie panikuje na widok nowej technologii), lecz staranna, oparta na tym, co kognitywistyka i długa historia mediów mówią razem. Jesteśmy w dziwnym nowym miejscu. Warto je opisać dokładnie.
Drugą jest niewielki zestaw oryginalnych pojęć — _gest zamiast aktu_, _ciekawość czynna i ozdobna_, _tryb posiadania zastosowany do konsumpcji_, _trzy warstwy pod FOMO_ — które raz zobaczone trudno odzobaczyć. Dają nazwy rzeczom, które prawdopodobnie czułeś od lat.
Trzecią jest garść praktyk — skromnych i pradawnych — dzięki którym moje życie stało się odrobinę bardziej życzliwe dla tego rodzaju myślenia, którego zawsze pragnąłem. Nie są hackami produktywności. Są starsze. Działają.
------------------------------------------------------------------------
Książka zaczęła się przy kuchennym stole zaraz po mojej czterdziestce, gdy zauważyłem, że nie umiem dokładniej wskazać niczego, czego rzeczywiście dogłębnie nauczyłem się w poprzednim roku — mimo że spędziłem więcej godzin nad poważnym materiałem niż kiedykolwiek w życiu. Zapytałem przyjaciół. Ten sam obraz wszędzie — wykształceni, życzliwi, inteligentni ludzie, którzy starannie konsumują i niewiele z tego pamiętają. Staliśmy się czytelnikami bez zatrzymywania, słuchaczami bez myślenia, uczestnikami czegoś, co przypominało życie intelektualne, ale od wewnątrz było rodzajem przyjemnej mgły.
Próbowałem tego, co podpowiadają poradniki: lepszych notatek, szybszego czytania, systemów produktywnościowych. Nic z tego nie pomogło. Im usilniej próbowałem konsumować sprytniej, tym wyraźniej czułem, że to sama konsumpcja jest problemem.
Usiadłem więc, by o tym pisać. Jest pewna rada — czasem przypisywana fizykowi Richardowi Feynmanowi — która brzmi: _jeśli nie umiesz wyjaśnić czegoś prosto, nie rozumiesz tego dostatecznie dobrze_. Pisanie książki jest dla mnie najdłuższą wersją tego testu. Pisanie o czymś to przymus odkrywania przez miesiące, czasem lata, co się o tym naprawdę myśli. Pisałem, by przez to pytanie przejść, a książka jest tym, co z niego wróciło.
------------------------------------------------------------------------
Drobna uwaga, tytułem powitania.
Zwykle nie czytałem wstępów. Pomijałem je. Chciałem dotrzeć do pierwszego _prawdziwego_ rozdziału, do tej części książki, po którą przyszedłem. To mój niecierpliwy umysł, który chce tylko prześlizgnąć się po temacie. Jeśli Ty wciąż czytasz ten wstęp, to robisz to, o co reszta książki będzie Cię łagodnie prosić: zostajesz z tekstem przez chwilę i dajesz mu trwać, zamiast iść dalej. Jest to praktyka w miniaturze. Brawo!
Książka jest w trzech częściach. Pierwsza opisuje kłopot. Druga pokazuje, co ten kłopot z nas zrobił. Trzecia jest o tym, co z tym możemy robić.
Nie zatrzymam cię dłużej. Książka zaczyna się na następnej stronie.ROZDZIAŁ 1. JEDNYM UCHEM
Nie umiem powiedzieć z pełnym przekonaniem, czego właściwie nauczyłem się wczoraj.
Czytałem co najmniej trzy godziny, wysłuchałem dwóch podcastów, obejrzałem większą część długiego wykładu i kliknąłem w kilkanaście artykułów — taki dzień nie jest dla mnie niczym niezwykłym, większość znajomych spędza dni podobnie, a większość z was, podejrzewam, też. Komuś, kto patrzyłby z boku, z kąta pokoju, wyglądałoby to wszystko na zajęcia poważnego dorosłego, który nad sobą pracuje.
Gdyby ktoś zapytał mnie dziś rano, O CZYM to wszystko właściwie było — naprawdę było — mógłbym wymienić tematy i tylko garść szczegółów, ale dalej już bym zgadywał. Rozmowa, która wczoraj wydawała mi się najważniejsza, ta, którą po cichu zamierzałem przemyśleć dalej, rozpłynęła się w tej samej mgle co reszta i do końca tygodnia zniknie zupełnie.
Konsumuję więcej materiału niż jakiekolwiek pokolenie przede mną i prawie nic z tego nie zostaje.
Jest to centralne spostrzeżenie tej książki, takie, które — coś mi mówi — miliony z nas ma po cichu, gdy są ze sobą szczerzy przy kuchennym stole, pod koniec zwyczajnego wieczoru. Nie chodzi tu o skargę na wiek ani na zmęczenie; chodzi o coś innego, a to coś innego, gdy się przyjrzeć uważniej, okazuje się i większe, i dziwniejsze, niż sugerują popularne wyjaśnienia.
Gdy to do mnie dotarło, stało się oczywiste i straciłem niestety wcześniejszy komfort nieświadomości. Pierwszy raz, gdy próbowałem napisać ten rozdział, zauważyłem, że w drugiej karcie przeglądarki gra mi podcast, i pomyślałem kurdę, chyba powinienem go wyłączyć. Wyłączyłem go wtedy i wyłączałem wielokrotnie potem; ta książka jest, po części, zapisem tego wyłączania.
Pod koniec tego rozdziału, po przeprowadzeniu cię przez trzy krótkie spojrzenia — osobiste, historyczne i poznawcze — to, z czym mamy do czynienia, powinno stać się wyraźniejsze.
I. Cicha nieobecność
Spróbuj ze mną krótkiego ćwiczenia; zajmie to minutę, a oszczędzi nam wielu stron argumentacji.
Bez przewijania, bez sprawdzania kolejki, bez otwierania żadnej aplikacji, wymień pięć ostatnich rzeczy, które oglądałeś, słuchałeś albo czytałeś _po to, żeby się czegoś nauczyć_. Nie chodzi o rozrywkę, nie o film z przyjaciółmi ani powieść przed snem, ale o to, co uważałeś za poważne: podcast, który włączyłeś, bo chciałeś coś zrozumieć lepiej, filmik, który zapisałeś, bo tytuł obiecywał coś użytecznego, artykuł, który kliknąłeś, bo nagłówek dotykał pytania, które naprawdę cię nurtowało.
Pięć rzeczy. Daj sobie chwilę.
Teraz, dla każdej z tych pięciu, zapisz sobie — choćby tylko w głowie — jaka była główna teza. Nie temat, ale to, co właściwie tam _powiedziano_; co było tezą.
Jeśli jesteś podobny do mnie, na trzeciej zaczniesz się gubić, przy czwartej będziesz musiał zmyślać, a przy piątej możesz zorientować się, że nie pamiętasz nawet tytułu. Temat — owszem; nazwisko prelegenta — być może; teza zniknęła, a temat to etykieta, która już do niczego nie odsyła.
Robiłem to ćwiczenie z trzydziestoma czy czterdziestoma znajomymi, formalnie i nieformalnie, przy stole obiadowym, na ulicy, w kuchni, i wyniki są uderzające, ale uderzające w sposób zastanawiająco cichy. Nie ma w tym dramatu ani zaskoczenia: ludzie wyglądają lekko rozbawieni, lekko zmęczeni, lekko zawstydzeni, robią żarty z własnej zapominalskości, zaczynają zdania od _„No, chyba to było o…“_, i milkną. Rzadko kogoś to porusza — i to, jak chcę zasugerować, jest częścią problemu.
Bo o to właśnie chodzi: cisza w tym ćwiczeniu nie jest oznaką, że nic się nie dzieje, lecz oznaką, że _przestaliśmy się_ czegokolwiek po nim _spodziewać_. Przestaliśmy oczekiwać, że to, co czytamy, oglądamy i słuchamy, _zostanie_. Stara umowa z poważnym materiałem, ta, w której wykonywaliśmy trochę pracy w zamian za pewną trwałą zmianę w nas samych, została po cichu renegocjowana — wykonujemy mniej pracy i oczekujemy mniejszej zmiany. Kłopot polega na tym, że nadal nazywamy tę czynność jej dawnym imieniem; nazywamy ją _nauką_, a przepaść między tym słowem a tym, co rzeczywiście robimy, jest tematem tej książki.
Chcę spróbować, w tym i następnym rozdziale, naciskać na tę przepaść — nie po to, żeby kogoś za nią ganić (sam, dla porządku, zrobiłem to ćwiczenie na sobie i wyniki były, jeśli już, gorsze niż u moich znajomych), ale po to, żeby potraktować ją poważnie, jak każde inne ciche, powszechne niedotrzymywanie własnych deklaracji. Nie jesteśmy leniwi ani głupi, nie jesteśmy też, według żadnej rozsądnej miary, mniej ciekawi świata niż ludzie sprzed nas; dzieje się coś innego. Kształt tego _czegoś_, jak zobaczymy, narastał przez stulecia, a _natężenie_ jest nowe, i to właśnie natężenie sprawia, jak myślę, że nie możemy już polegać na starych zdroworozsądkowych radach — _„czytaj więcej”_, _„skup się bardziej”_ — żeby zrobiły swoje. Stary zdrowy rozsądek powstał dla świata, w którym podaż rzeczy odwracających uwagę była ograniczona, nasz zaś jest pierwszym, w którym jest ona praktycznie nieskończona, a nowe warunki w końcu wymagają nowego zdrowego rozsądku.
II. Więcej niż kiedykolwiek
Pisząc książkę taką jak ta, łatwo ulec pokusie operowania liczbami: _„przeciętny dorosły spędza jedenaście godzin dziennie z mediami; nastolatki sprawdzają telefon co osiem minut; codziennie konsumujemy ekwiwalent stu siedemdziesięciu czterech gazet”_. Te liczby są, mniej więcej, prawdziwe, i są też, w moim doświadczeniu, bezużyteczne, bo spływają po czytelniku — są zbyt wielkie, żeby je poczuć. Umysł zgadza się, że są duże, i wraca do swoich spraw.
Bardziej użyteczne jest, jak myślę, porównanie, którego nikt do końca nie umie pokazać. Człowiek w miarę oczytany w 1850 roku miał dostęp maksymalnie do kilku tysięcy książek w największej bibliotece, do której mógł dotrzeć, a książki te były starannie wyselekcjonowanym dorobkiem rynku wydawniczego na tyle małego, że dało się, w ciągu jednego życia, przejrzeć jego najważniejsze pozycje. Ten sam człowiek dzisiaj ma — w dosłownym znaczeniu _dostępnego_ — więcej tekstu niż jakakolwiek dotąd zbudowana biblioteka, a w gruncie rzeczy nieskończenie więcej, bo podaż jest uzupełniana co minutę, bez żadnego kuratora. To nie jest inna _ilość_ materiału do czytania, to różnica kategorii, taka jak między _bardzo dużym_ a _nieskończonym_.
Wyobraź sobie na chwilę oczytanego mężczyznę w prowincjonalnym mieście Europy Środkowej w 1850 roku — na przykład lekarza albo miejscowego adwokata. Ma do dyspozycji własną skromną kolekcję książek, może dwie, trzy setki tomów, oraz większy zbiór w regionalnej bibliotece, do której zachodzi w niedzielne popołudnia, gdy pogoda dopisuje. Gazeta ze stolicy przychodzi pocztą dwa dni spóźniona, kuzyn z Wiednia raz na dwa miesiące przysyła długi list o najnowszej kontrowersji w pewnym kręgu intelektualnym, i to wszystko składa się — w gruncie rzeczy — na jego środowisko informacyjne. Jest ono małe, jest ograniczone, i — to właśnie trudno nam dziś wyobrazić — _wystarcza na całe życie uważnej, cierpliwej pracy umysłu_. Nasz lekarz przeczyta na przestrzeni swoich sześćdziesięciu lat może tysiąc książek, napisze może kilka, i będzie głęboko zadomowiony w niewielkim, ale poważnym zbiorze sporów. Pod koniec życia będzie miał umysł, który podchodzi do rzeczy powoli, z wielu stron, z bezpieczeństwem długiej zażyłości; nie będzie wiedział wszystkiego, ale to, co będzie wiedział, będzie _wiedział_.
Nasze umysły zostały zbudowane do takiego właśnie środowiska. Umiemy ogarnąć może z setkę książek na ścianie, umiemy z wysiłkiem wypracować roboczą mapę głównych debat w jakiejś dziedzinie, a z większym wysiłkiem nawet znaleźć w nich swoje miejsce. Nie umiemy natomiast, w żadnym poważnym sensie, ogarnąć rzeki, do której każdej minuty wpływa więcej nowych treści, niż przeczytamy w ciągu życia, bo nie ma jej mapy ani miejsca, na którym można by stanąć. Reagujemy, bo cóż mamy robić, _próbkując_ — pijemy w przelocie z tego, co rzeka akurat niesie, potem znowu, i znowu, a pod koniec dnia próbkowania nie nasyciliśmy pragnienia; tylko przepłukaliśmy usta.
Stanisław Lem, który spędził drugą połowę swojego pisarskiego życia na esejach o niezwykłej przenikliwości w sprawach techniki, widział to nadchodzące z wyjątkową jasnością. W serii tekstów napisanych pod koniec lat dziewięćdziesiątych, jeszcze przed YouTube’em, podcastami i którymkolwiek z narzędzi, które dziś uważamy za naszą codzienną dietę, wskazywał, że tempo produkcji nowej informacji przyspieszało przez większość dwudziestego wieku, a wzrost ten dekady wcześniej przekroczył punkt, w którym pojedynczy człowiek mógłby nadążyć choćby za literaturą własnej wąskiej specjalności. Istotnym brakiem we współczesnym życiu, mówił, nie jest informacja, lecz uwaga; jest nim czas; jest nim — choć nie ujmował tego dokładnie tak — _to, na co możemy sobie pozwolić, by myśleć_.
Lem nie dożył chwili, w której jego prognoza staje się uczuciem w piersi prawie każdego człowieka na świecie, ale uczucie się pojawiło i nosimy je z sobą za każdym razem, gdy odblokowujemy telefon z półświadomą myślą _„powinienem czytać więcej, powinienem słuchać tego podcastu, o którym wszyscy mówią, powinienem wiedzieć o tej historii, o której wszyscy chyba wiedzą”_. To uczucie nie jest dokładnie lękiem, choć lęk jest jego częścią — jest czymś cichszym i bardziej chronicznym, ledwie tlącym się poczuciem zostawania w tyle, w wyścigu, którego zasad nikt nigdy nie wyjaśnił, z ludźmi, którzy z daleka biegną z gracją. Wszyscy zostajemy w tyle, każdy w innych sprawach, ale wszyscy, a jedyna odpowiedź dostępna w tak zbudowanym systemie to konsumować więcej, szybciej, z coraz mniejszą trwałością tego, co konsumujemy.
Jest fragment, do którego ciągle wracam, w _Bombie megabitowej_ — zbiorze późnych esejów Lema: weszliśmy w epokę, w której informacja stała się _de facto_ nieskończona, podczas gdy czas dostępny, by się z nią zmagać, w ogóle się nie zmienił. Sprzeczność w jego ujęciu jest _eksplozją_ — tą samą, którą czujesz, gdy odkładasz telefon i orientujesz się, że spędziłeś czterdzieści minut, przewijając, nie umiejąc — gdyby ktoś nacisnął — odpisać ze szczegółami ani jednej rzeczy, którą widziałeś.
Warto powiedzieć, zanim pójdziemy dalej, że nie jest to, ściśle mówiąc, nowy problem. Zobaczymy w następnym rozdziale, że zaniepokojone głosy zawsze podnosiły się przy każdej istotnej zmianie w sposobie zapisywania myśli — najpierw przy samym piśmie (Platon uważał, że pismo zniszczy pamięć), potem przy druku (Erazm narzekał, że za dużo książek się wydaje), później przy gazetach, radiu, telewizji. Każde pokolenie czuło, że następne jest zalewane, i każde, generalnie, przeżyło zalanie; jest tu prawdziwa ciągłość i nie chcę jej ignorować.
A jednak stałe podwajanie informacji co kilka lat to, jak myślę, zupełnie inne zjawisko niż powodzie sprzed niego. Powódź ustępuje, a warunki, w których jesteśmy teraz, nie ustąpiły — stwardniały, narosły, _znormalizowały_ się w stałe, wszechobecne nasycenie, które trwa wystarczająco długo, by ukształtować nawyki poznawcze całego pokolenia, w tym nawyki większości czytelników tej książki. Nie jesteśmy pierwsi, którzy mają znacznie więcej informacji, niż wiedzą, co z nią zrobić, ale możemy być pierwsi, którzy zrobili z tego _sposób życia_.
III. Wrażenie wiedzy
Najdziwniejsza rzecz w konsumowaniu informacji bez jej zatrzymywania to nie to, że zostawia nas w niewiedzy — zostawia, oczywiście, ale to oskarżenie jest oczywiste. Dziwniejsze jest to, że zostawia nas z _wrażeniem_, że wiemy więcej niż wcześniej.
Trafiamy tu na jedną z subtelniejszych pułapek, jakie umysł zastawia sam na siebie. Kognitywiści mają na nią nazwę, choć nazwa nie jest tu istotna; pułapka działa tak, że gdy wysłuchaliśmy kompetentnej dyskusji o jakimś temacie, mamy skłonność czuć, że teraz go _rozumiemy_ — nawet jeśli, gdyby się zastanowić, nie odtworzylibyśmy żadnego z faktycznych argumentów. Wrażenie zrozumienia przenosi się, w cichy sposób, z mówiącego na nas: _byliśmy blisko_ zrozumienia, coś z niego, na pewno, otarło się o nas.
Nie otarło.
To najgłębsze i najbardziej żenujące spostrzeżenie z całego obszaru, na który zaraz wkraczamy. Mózg ma bardzo stare urządzenie do oceniania, ile wie, i ten mechanizm jest zły — kalibruje się nie przez sprawdzanie, co rzeczywiście zatrzymano, ale przez coś bliższego uczuciu _znajomości_, wrażeniu _„słyszałem to wcześniej, znam ten rodzaj rzeczy”_. Znajomość jest tym, co godzina słuchania dwóch elokwentnych ludzi w dyskusji daje w obfitości, ale wiedza — coś, co pozwoliłoby rekonstruować argument, bronić stanowiska, zastosować ideę — jest czymś innym; jest rzeczą, która, jak mięsień, formuje się tylko pod obciążeniem, a samego obciążenia słuchanie nie dostarcza.
Cały rozdział poświęcę później temu, co nauka wykazała o tym, jak wiedza utrzymuje się dzień po napotkaniu. Obraz jest, w zarysie, brutalny. Stuletnie odkrycie niemieckiego psychologa Hermanna Ebbinghausa — człowieka, który zapamiętywał listy bezsensownych sylab, a następnie wielokrotnie sprawdzał, ile pamięta — ustanowiło podstawowy kształt ludzkiego zapominania: w ciągu dnia od poznania nowego materiału, bez powtórki, tracimy mniej więcej połowę, w ciągu tygodnia większość tego, co zostało, znika, a krzywa dalej opada, choć wolniej. To nie jest niepowodzenie konkretnego mózgu, lecz to, co mózgi po prostu _robią_, i ewolucyjnie niemal na pewno cecha pożądana: mózg słusznie podejrzewa, że materiał, który widzi raz i do którego nigdy nie wraca, jest nieistotny, i go wyrzuca.
Ebbinghaus nie mógł wiedzieć — pracował na papierze, przy świecy, w latach osiemdziesiątych XIX wieku — że warunki dające najtrwalsze zatrzymanie są, mówiąc oględnie, _przeciwieństwem_ warunków, w których większość z nas dziś konsumuje informację. Żeby zostać, materiał musi być nawracany, przespany, stosowany, sprawdzany, kwestionowany, rekonstruowany; niemal nic zaś w naszej codziennej diecie nie jest rekonstruowane i rzadko kwestionowane. Warunki zatrzymywania zostały zastąpione, niemal w całości, warunkami _ekspozycji_ — nie zmieniliśmy mózgów, zmieniliśmy to, czego od nich wymagamy, i jesteśmy zaskoczeni, gdy tego nie potrafią.
A jednak — i to chcę tu odnotować, zanim pójdziemy dalej — nawet gdy zatrzymanie zawodzi, _uczucie_, że więcej wiemy, nie zawodzi. Czujemy, że wiemy o większej liczbie tematów niż rok temu, że jesteśmy obeznani z większą liczbą debat, że jesteśmy — i tu zbliżamy się do prawdziwej rany — _dobrze poinformowani_. Uczucie jest rzeczywiste, ale samo w sobie nieprawdziwe, a przepaść między nim a stanem rzeczywistym jest, jak myślę, centralną patologią naszego osobliwego stanu poznawczego — tym właśnie, czemu wczesne rozdziały tej książki poświęcą uwagę, zanim w późniejszych spróbujemy zaproponować sposób życia, który tę przepaść zamyka.
Jedno małe zastrzeżenie, zanim ruszymy dalej. Nic z tego, co opisałem, nie jest winą mózgu ani — ściśle rzecz biorąc — winą żadnego pojedynczego użytkownika nowoczesnego internetu. System został zbudowany, bardzo starannie, by optymalizować naszą ciągłą _ekspozycję_, a nie nasze _zatrzymywanie_, i nie jest to twierdzenie paranoiczne — to opis tego, co platformy otwarcie mówią o sobie. Miarą sukcesu jest _czas w aplikacji_, miarą sukcesu jest _współczynnik powrotu_, miarą zaś nie jest, i nie mogłaby spójnie być, _czy użytkownik zrozumiał i zapamiętał to, na co natrafił_, bo gdyby tak było, platformy przegrywałyby z cichym wieczorem z książką za każdym razem. Wrócimy do tego później; na razie chcę tylko zaznaczyć, że znikanie, które tu opisujemy, nie jest twoim osobistym uchybieniem — jest tym, co _miało się stać_.
IV. Czym ta książka nie jest
To jest książka o tym, jak się uczymy i jak nie uczymy w epoce nasycenia, ale stawia też kilka tez, które przy szybkim przejrzeniu mogą zabrzmieć jak coś, co inne książki już mówiły. Zanim więc pójdziemy dalej, chcę wyjaśnić parę rzeczy, którymi ta książka _nie_ jest — częściowo dlatego, że teren został już wystarczająco przepracowany, by zasługiwał na mapę, częściowo zaś dlatego, że jeśli szukasz jednej z książek, które za chwilę odrzucisz, wolałbym, żebyś teraz wiedział i odłożył tę bez urazy.
Nie jest to poradnik ani system, nie jest to _„sześć kroków do lepszego skupienia”_ ani _„poranny rytuał ludzi efektywnych”_, ani żadna z pokrewnych pozycji, które do dziś zajęły swoją własną ogromną półkę w każdej dobrze zaopatrzonej księgarni. Powód jest prosty: teren, na który wkraczamy, został zmapowany wcześniej przez ludzi piszących poradniki, a w moim własnym życiu, jedynym, o którym mogę mówić, poradniki nie zadziałały. Nie zadziałały, bo problem, który opisują — w sposób, w jaki opisałby go poradnik — nie jest problemem, który _naprawdę_ mam: mój problem nie polega na tym, że nie odkryłem właściwego systemu produktywności, lecz na tym, że spędziłem ostatnich kilka lat, gromadząc systemy produktywności _zamiast_ podstawowej czynności, którą miały umożliwić. Wrócimy do tego ze szczegółami później; będzie to, w istocie, główna teza szóstego rozdziału. Na razie powiem tylko, że nie ufam rozwiązaniom, które przychodzą z logo.
Nie jest to również jeremiada. Istnieje już duży gatunek książek argumentujących, że smartfon zniszczył nasze umysły, że algorytm pożarł nasze dzieci, że żyjemy w wyjątkowo zdegradowanym momencie historii uwagi — część tego pisania jest dobra, część histeryczna, niemal każda zaś ma podtekst smutku, który ostatecznie uważam za mało przydatny. Tak, rzeczy się zmieniły, i tak, zmiany są realne, ale nikt z nas nie wyrzuci telefonu do rzeki. Technologia, która umożliwia naszą kłopotliwą sytuację poznawczą, jest tą samą technologią, która daje nam niemal darmowy dostęp do najlepszej myśli każdej kultury na ziemi, więc życzyć sobie jej zniknięcia to życzyć sobie zniknięcia daru wraz z kosztem. Ta książka przyjmuje technologię jako daną i pyta, co robimy _wewnątrz_ technologii oraz co moglibyśmy robić inaczej.
Nie jest to wreszcie książka naukowa. Będę odwoływał się do badań tam, gdzie to pomocne, i postaram się robić to z rozsądną dokładnością, ale nie jestem naukowcem i nie udaję, że jestem; ta książka jest esejem — długim, w starszym sensie słowa, wytrwałą próbą myślenia o problemie zwykłym językiem przy pomocy narzędzi, które okazują się przydatne. Tam, gdzie nauka jest solidna, oprę się na niej; tam, gdzie jest sporna, powiem o tym; tam, gdzie po prostu zgaduję, oznaczę zgadywanie. Najbardziej interesuje mnie nie _co_ się dzieje, lecz _co z tym zrobić_ — pytanie, na które sama nauka nigdy, w żadnej epoce, nie umiała odpowiedzieć, bo odpowiedź wymaga rodzaju osądu, który mieszka w esejach, nie w studiach.
A więc: nie poradnik, nie kazanie, nie rozprawa naukowa. Co zostaje?
Zostaje coś bliższego dziennikowi — dziennikowi prowadzonemu z rozmysłem przez kogoś, kto zamartwia się tym pytaniem od kilku lat i postanowił w końcu przemyśleć je publicznie. Pisany jest, na całej długości, jak rozmowa: czasem z czytelnikiem, czasem ze sobą, czasem z książkami i ludźmi, których idee okazały się dla mnie najbardziej użyteczne. Będzie się posuwać powoli i będzie się zatrzymywać; nie skłamie, mam nadzieję, na temat tego, jak trudne są te pytania, ani na temat tego, jak często sam nie sprostałem własnym wnioskom, gdy je spisywałem. Jeśli chcesz szybkiej odpowiedzi, hacka, systemu, sięgnij — proszę, bez ironii — po Cala Newporta, amerykańskiego informatyka i autora _Pracy głębokiej_, który robi to znakomicie i któremu ta książka jest winna więcej, niż umie podać. Jeśli wolisz natomiast spędzić kilkaset stron, spokojnie myśląc razem ze mną, dlaczego jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, i co — jeśli cokolwiek — możemy z tym zrobić, to za chwilę zaczniemy spędzać czas, robiąc dokładnie to.
Książka jest podzielona na trzy części. Pierwsza, pod tytułem _Zalew_, jest częścią diagnostyczną i próbuje opisać, co się dzieje, skąd to przyszło i jak na nas oddziałuje. Druga, pod tytułem _Pułapka_, jest częścią refleksyjną i próbuje nazwać głębsze mechanizmy psychologiczne, dzięki którym sami staliśmy się współsprawcami sytuacji, na którą teraz narzekamy. Trzecia, pod tytułem _Wybór_, jest częścią praktyczną — choć słowa _praktyczny_ używam z wahaniem, bo nie wierzę w proste praktyczne rozwiązania problemów duchowych, a większość tego, z czym tu się mierzymy, jest, w starszym sensie, duchowa. Mimo to, pod koniec książki, mam nadzieję zaproponować małą garść kierunków — _nie technik_ — dzięki którym moje życie, w miesiącach pisania, stało się odrobinę bardziej życzliwe dla tego rodzaju myślenia, którego zawsze pragnąłem.
Taki jest plan.
V. Wieczór wraca
Jest teraz parę minut po dziesiątej tego samego wieczoru, w którym zacząłem pisać ten rozdział. Niebo za oknem przybrało powolny granatowo-fioletowy odcień późnej zimy, a centralne ogrzewanie zrobiło swoje małe kliknięcie poddania się, jak co wieczór o tej porze. Mój telefon leży na stole na lewo ode mnie, ekranem do dołu, a na biurku są dwie książki, które miałem przeczytać w tym tygodniu i nie przeczytałem, oraz lista artykułów, które miałem opisać. W laptopie czeka kolejka podcastów z jedenastoma godzinami nieodsłuchanego materiału, z których każdy został dodany w przekonaniu, że warto wiedzieć, o czym jest. Przekonanie zniknęło. Nieodsłuchany materiał został.
Ten wieczór skończy się, niemal na pewno, tak, jak kończy się większość moich wieczorów: wybiorę coś do słuchania, włożę słuchawkę, wykonam jedną czy dwie domowe czynności, podczas gdy głosy w uchu będą mówić, i pójdę do łóżka lekko zmęczony, z miłym uczuciem, że spędziłem wieczór _blisko czegoś poważnego_. Jutro rano prawie na pewno nie będę w stanie, z mocnym przekonaniem, powiedzieć ci, czego praktycznego się nauczyłem.
To jest wieczór, do którego chciałbym wrócić, na końcu tej książki.
Nie dlatego, że spodziewam się go obalić — wieczory będą nadal nadchodzić, a większość z nich, nawet po dużym wysiłku, będzie wyglądać z zewnątrz mniej więcej tak samo: ktoś w kuchni, słuchawka, głosy, światło gasnące w oknie. Zmiana, jeśli będzie zmiana, będzie wewnątrz; będzie w tym, co robię z wieczorem, i w tym, jak skłonny jestem go nazwać. Pisząc tę książkę, nie celuję w życie naprawione, lecz w życie bardziej szczere — w życie, które pozwala cichemu wieczorowi być cichym, podcastowi być podcastem, nieprzeczytanej książce nie być ani cnotą, ani winą, a prawdziwej pracy być rzeczą, dla której reszta jest co najwyżej oprawą.
Mamy długą drogę, zanim tam dojdziemy. Diagnoza najpierw; wyjście, jeśli jest, pokaże się dopiero dość późno. Tymczasem będę prosić o cierpliwość czytelnika — tę samą cierpliwość, o której w pewnym sensie jest ta książka. Będziemy szli powoli, w niektórych miejscach, wokół pytań, których świat nauczył nas pomijać, i będziemy spędzać z niektórymi z nich dłużej, niż świat ze swoim systemem nagród sugerowałby, że to rozsądne. Pod koniec, z odrobiną szczęścia, sam ten fakt — że spędziliśmy razem kilka cichych godzin nad jednym zestawem trudnych pytań i wyszliśmy z nich z czymś nieco innym w głowie — będzie małą, działającą odpowiedzią na problem, który książka opisuje.
Czajnik kliknął przed chwilą w kuchni. Zaczynamy.ROZDZIAŁ 2. ZANIM PRZYSZEDŁ FEED
Jest późny ranek w Atenach, gdzieś około 370 roku przed naszą erą. Dwóch mężczyzn opuściło mury miasta i idzie razem brzegiem rzeki Ilissos, szukając cienia. Młodszy z nich, niejaki Fajdros, niesie pod pachą zwój — niedawno napisaną mowę modnego retora Lizjasza, którą całe przedpołudnie studiował i którą koniecznie chce omówić. Starszy, Sokrates, zauważył wybrzuszenie pod opończą towarzysza i z pogodnym uporem dopytuje, co się tam kryje. Ostatecznie zgodził się posłuchać, pod warunkiem że usiądą pod pewnym platanem nad wodą, gdzie wieje przyjemny wiatr i cykady jeszcze nie są zbyt głośne.
To, co następuje — zapisane przez Platona i znane nam dziś jako dialog _Fajdros_ — jest jednym z najdziwniejszych i najbardziej proroczych tekstów w historii europejskiej myśli. Dwaj mężczyźni spędzają ranek na analizie mowy Lizjasza (Sokrates jest niespecjalnie poruszony), po czym przechodzą do znacznie dłuższej dyskusji o naturze retoryki, o właściwej miłości do rzeczy pięknych i, niemal jakby od niechcenia, o pewnej nowej technologii, która od kilku dziesięcioleci docierała do Aten i co do której Sokrates wcale nie jest pewien, czy im służy.
Tą technologią jest pismo.
Pod koniec dialogu Sokrates opowiada towarzyszowi pewną historię osadzoną w starożytnym Egipcie. Bóg imieniem Theut, egipski wynalazca liter i liczb, staje przed królem bogów, Thamuzem, by przedstawić wielki dar — nową sztukę pisania, którą właśnie obmyślił. _„Królu, ta nauka uczyni Egipcjan mądrzejszymi i sprawniejszymi w pamiętaniu”_ — mówi Theut w polskim przekładzie Władysława Witwickiego — _„wynalazek ten jest lekarstwem na pamięć i mądrość”_. Thamuz słucha uważnie, a potem się nie zgadza. _„Ten wynalazek niepamięć w duszach ludzkich posieje”_, odpowiada król, _„bo człowiek, który się tego wyuczy, przestanie ćwiczyć pamięć… Więc to nie jest lekarstwo na pamięć, tylko środek na przypominanie sobie… Uczniom swoim dasz tylko pozór mądrości, a nie mądrość prawdziwą”_. Posiądą bowiem wielkie oczytanie bez nauki — kończy Thamuz — i będzie się im zdawało, że wiele umieją, _„a po większej części nie będą umieli nic”_. Będą mędrcami z pozoru, a nie ludźmi mądrymi naprawdę.
Nie wiem, jak często we współczesnych sporach o smartfon ktokolwiek zadaje sobie trud, by przypomnieć, że ten spór ma dwadzieścia cztery wieki. Ale ma. I forma sporu prawie się nie zmieniła. W tej czy innej postaci — przy pergaminie, druku, gazecie, radiu, telewizji, domowym komputerze, telefonie komórkowym — ten sam zaniepokojony argument podnoszony był przez poważnych ludzi w każdym kolejnym stuleciu: _ten nowy sposób docierania do informacji da nam pozór wiedzy zamiast wiedzy samej_.
Pojawia się tu pokusa, żeby wyciągnąć łatwy wniosek: _każde pokolenie panikuje z powodu nowej technologii, każde wychodzi z tego cało_. To jest w połowie prawdą. Lament Platona nad słowem mówionym, niszczonym przez pismo, nie powstrzymał stopniowego rozprzestrzeniania się pisma w basenie Morza Śródziemnego, a my czytamy go teraz, dwa i pół tysiąclecia później, tylko dlatego, że ktoś go zapisał. Pismo nie zniszczyło pamięci; w większości ją rozszerzyło.
Ale zrobiło też cicho dokładnie to, co Thamuz przepowiedział. Zmieniło to, co umysły noszą w sobie, oraz to, co powierzają stronie. Greccy poeci pokolenia Homera potrafili recytować z pamięci dziesięć tysięcy wersów; prawie nikt z żyjących dziś tego nie potrafi i, ogólnie rzecz biorąc, nie ubolewamy nad tym. Zawarliśmy wymianę. Kupiliśmy jeden zestaw zdolności poznawczych kosztem innego, a to, czy była to dobra wymiana, zależy od tego, co mierzymy. Zarzut Platona, jeśli go właściwie rozumieć, nie jest odrzuceniem nowej technologii, lecz przypomnieniem, że _każda_ taka wymiana niesie koszty łatwe do przeoczenia w pierwszych entuzjazmach.
Ten rozdział jest o długiej historii takich wymian — o powolnym, stopniowym i nieodwracalnym gromadzeniu się mediów, które po wielu pośrednich krokach doprowadziło nas do chwili opisanej w poprzednim rozdziale: chwili, w której podaż informacji dostępnej dla każdego piśmiennego człowieka na ziemi stała się praktycznie nieskończona, podczas gdy czas dostępny, by się z nią zmagać, w ogóle się nie zmienił. Rozdział jest, po części, próbą odpowiedzi na łatwą wersję argumentu _„każde pokolenie panikuje”_ — pokazaniem, co było inne w każdej kolejnej panice i co, w szczególności, jest inne w naszej. W długiej historii istnieje rzeczywista ciągłość, ale istnieje też, jak będę argumentował, rzeczywiste pęknięcie, gdzieś w ostatnich dwudziestu latach, które zmieniło rodzaj kłopotu, w jakim się znaleźliśmy. Musimy zrozumieć ciągłość, by potraktować to pęknięcie poważnie.
Zaczynamy więc w Atenach, nad rzeką, z dwoma mężczyznami i zwojem.
I. Pierwotna panika
Czego właściwie obawiał się Sokrates?
Nie tego, mimo że tak czasem się tę historię streszcza, że pismo było _złe_. Sam pisma używał, sam ponoć trochę pisał (choć większość jego słów dotarła do nas tylko dlatego, że spisał je Platon), czytał to, co mu podawano. Historia o Theucie i Thamuzie, w której król nie aprobuje daru, opowiedziana jest wewnątrz spisanego dialogu, a Platon, który ją zapisał, na pewno dostrzegłby ironię. Sens mitu jest subtelniejszy niż odrzucenie nowego medium — to ostrzeżenie przed _rodzajem umysłu_, jaki nowe medium ma skłonność wytwarzać.
Świat Sokratesa był światem słowa mówionego: zapamiętywania, dialogu, starannego rozumowania toczonego między ludźmi w czasie rzeczywistym, w którym na pytanie można było odpowiedzieć innym pytaniem, a argument można było sprawdzić, kierując go do mówiącego. _Pismo_, mówi mit, _jest martwe_. Nie umie odpowiedzieć na pytania, nie umie się dostosować do swojego czytelnika, mówi te same słowa do mądrego i do głupca i nie potrafi rozróżnić, kto zasłużył sobie na jego prawdy, a kto je tylko przekartkował. Co gorsza, piszący nigdy nie wie, kto czyta — słowa raz spisane mogą trafić wszędzie, do czyichkolwiek rąk, i udawać więcej, niż są. Mogą dawać _pozór_ mądrości, a czytelnik, odszyfrowawszy je, może odejść w przekonaniu, że zrozumiał, gdy tymczasem był jedynie _blisko_ zrozumienia.
Jest to, gdy się przyjrzeć, dokładnie ta sama skarga co w poprzednim rozdziale. Byliśmy gdzieś blisko zrozumienia i odeszliśmy z przekonaniem, że je posiadamy.
Sokrates miał i nie miał racji w określonych miejscach, a uczciwa ocena tego uczy, jak należy oceniać każdą kolejną panikę. Nie miał racji w tym, że pismo zniszczy pamięć w jakimkolwiek katastrofalnym sensie. Świat grecki i rzymski, który przyjął pismo, nie stał się głupszy. Pamięć, owszem, się przesunęła — bohaterskie wyczyny pamięciowe kultywowane przez kultury preliterackie zanikły i my już ich nie potrafimy — ale pismo umożliwiło z kolei długą, staranną, warstwową myśl filozofii, nauki i prawa, z których żadna nie mogłaby się rozwinąć w granicach pamięci ustnej. _Rodzaj_ umysłu, jaki produkuje kultura piśmienna, nie jest lepszy ani gorszy od tego, jaki produkuje kultura ustna; jest inny, i daje inne możliwości.
Ale w jednej, cichszej sprawie miał Sokrates rację. Pismo wytworzyło w czytelnikach pewną _postawę_ zrozumienia, która często była substytutem rzeczy prawdziwej. Czytelnicy, którzy spotkali się z argumentem na stronie, często odchodzili w przekonaniu, że go zrozumieli, nawet gdy nie umieliby, gdyby ich sprawdzić, odtworzyć go własnymi słowami. Nowe medium miało własną uwodzicielską formę _pozoru_, a pozór nie zawsze pokrywał się z rzeczywistością pod spodem. Jest to lęk strukturalny, który dał nam Platon, i okazał się on użyteczny w każdej późniejszej dyskusji o każdej późniejszej technologii. Każdy nowy sposób uczynienia informacji tanią i obfitą przychodzi z własnym charakterystycznym pozorem — własnym sposobem pozwalania nam _czuć się poinformowanymi, nie będąc poinformowanymi_.
Taki jest wzór. Obserwuj go teraz, gdy będą przewijać się stulecia.
II. Wstrząs druku
Mniej więcej tysiąc sześćset lat po tym, jak Sokrates i Fajdros szli brzegiem Ilissosu, ten sam niepokój wypłynął na powierzchnię, w innym języku, na drugim końcu Europy.
Do roku 1500, pięćdziesiąt lat po tym, jak Jan Gutenberg skończył drukować swoje Biblie w Moguncji, w Europie pracowało już ponad tysiąc pras drukarskich. Wytworzyły one — według historycznych szacunków wahających się gdzieś między ośmioma a dwudziestoma milionami druków — więcej książek w pół wieku niż wszyscy skrybowie Europy w poprzednim tysiącleciu razem wziętym. Zmiana była tak gwałtowna i tak dezorientująca, że słusznie nazywamy ją wstrząsem. Aż do naszej własnej chwili była to najgwałtowniejsza ekspansja dostępnej informacji w udokumentowanej historii Zachodu.
Pierwsze pokolenia czytelników w tym nowym zalewie nie były, ogólnie rzecz biorąc, zachwycone. Erazm z Rotterdamu, wielki humanista, narzekał w listach i przedmowach z lat dwudziestych XVI wieku, że świat zostaje zalewany pospiesznie napisanymi książkami — przez ludzi, jak mawiał, którzy nie mają nic do powiedzenia, lecz mają dostęp do prasy. Obawiał się, że liczba tytułów uniemożliwi poważnym czytelnikom znalezienie wartościowej pracy, a poważnym autorom przebicie się przez hałas. Dwadzieścia lat później, w 1545, szwajcarski przyrodnik i bibliograf Konrad Gessner opublikował ogromny katalog _Bibliotheca universalis_, w którym próbował wymienić każdą drukowaną książkę istniejącą wówczas na świecie. We wstępie użył wyrażenia, któremu dziś szeroko przypisuje się rolę pierwszej artykulacji nowoczesnej idei _przeciążenia informacyjnego_ — tego, co dziś moglibyśmy nazwać szkodliwą nadwyżką książek. Świat, mówił, jest teraz zbyt pełen pism, by ktokolwiek mógł nadążyć.
Miał rację. Szesnastowieczna Europa była pierwszym społeczeństwem, w którym piśmienny człowiek nie mógł, w zasadzie, przeczytać znaczącej części tego, co opublikowano za jego życia. Aż do druku było to możliwe — ledwie, z wysiłkiem, dla Cycerona czy Bedy, ludzi mających czas i środki. Po druku nie było to już możliwe w ogóle. Relacja między czytelnikiem a zasobem dostępnej wiedzy została trwale przeorganizowana — odtąd, dla każdego, było tam więcej, niż można było wziąć w siebie.
W historii katalogu Gessnera jest pewien użyteczny detal. Pracował nad nim obsesyjnie przez lata, ręcznie wymieniając książki, organizując je tematycznie, sporządzając odsyłacze; katalog był na swój sposób rodzajem wyszukiwarki — drukowaną próbą uczynienia nowego zalewu nawigowalnym. Był też przyznaniem porażki, bo zanim się ukazał, dziesiątki nowych książek, które powinny się w nim znaleźć, już się pojawiły, a Gessner spędził resztę życia, próbując bezskutecznie nadążyć. Pierwsza odpowiedź na przeciążenie informacyjne, w roku 1545, była dokładnie taka sama jak w naszych czasach — zbudować system, który tym wszystkim zarządzi, by odkryć z czasem, że sam system stał się zbyt wielki, by nad nim zapanować.