Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 marca 2026
32,31
3231 pkt
punktów Virtualo

Jego teren - ebook

Są związki które dają bezpieczeństwo. I takie, które odbierają oddech. Lata u boku Darka nauczyły Ali, że miłość nie musi być szalona, wystarczy, że jest. Czas mija, a zaręczyny stają się obietnicą bez pokrycia. Wtedy pojawia się Jakub. Ma żelazne zasady, pokorną żonę i nabitą strzelbę. Kobieta przypomina mu sarnę, wzbudza instynkt łowczy. Pragnienie. Jakub musi nagiąć zasady, by się zbliżyć. Oboje będą musieli zadać sobie pytanie: “Czy mam odwagę żyć naprawdę?” Książka dla osób pełnoletnich.


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-926-8
Rozmiar pliku: 2,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Playlista

— Anna of the North „Lovers”

— Elvis Drew „Where are you”

— The Weekend „Timless”

— Thomas Rhett, Teddy Swims „Somethin About A Woman”

— Two Feet „I Want It”

— Austin Giorgio „You Put a Spell on Me”

— Teddy Swims „Bad Dreams”

— Ginuwine „Pony”

— The Weeknd „Baptized In Fear”

— Plvtinum, Chris Grey „The Vultures”

— Alan Walker, Dash Berlin „Better Of Alone”

— Ash Minor „Fall Like The Rain”

— Jeremih, Lil Wayne „All the time”

— Igor Herbut, Natalia Szroeder „RemProlog

Pragnęłam jego obecności, choć siedział tuż obok. Od jakiegoś czasu żyliśmy daleko, jak dwa magnesy po przeciwnych polach, które nie mogą się zetknąć. To, co dobre zawsze trwało zbyt krótko. Mknęliśmy prosto do domu, a ja siedziałam najedzona na fotelu pasażera w najlepszej sukience, którą miałam w szafie — dopasowana, szmaragdowa kreacja przed kolano z dekoltem w serek i krótkim rękawkiem — i chciałam więcej. Co chwilę zerkałam na ostro zarysowaną szczękę mojego mężczyzny. Obserwował drogę. Trzymał kierownicę nonszalancko jednym palcem, druga ręka swobodnie spoczywała na skrzyni biegów. Jego cała postawa emanowała czystą męskością.

Darek zawsze wyglądał dobrze, ale dziś prezentował się wyjątkowo atrakcyjnie i nieziemsko pachniał. _Mój powalająco przystojny trener personalny_. Należał do mnie i dziś był tylko do mojej dyspozycji. Sporo trudu i wyrzeczeń kosztowało mnie zdobycie go i zatrzymanie przy sobie. Zawsze starałam się stworzyć dla niego bezpieczną przystań pełną miłości i zrozumienia, do której chętnie by wracał i ładował baterie. W końcu prowadził bardzo wyczerpujący tryb życia.

Wracaliśmy właśnie z naszej piątej rocznicowej kolacji. Mój kochany zawsze pamiętał o naszych rocznicach i celebrował je z wyjątkowym pietyzmem. Naszą rutyną było spożywanie posiłku w „Panteonie”, jednej z najbardziej luksusowych restauracji kilkadziesiąt kilometrów od Wrocławia. Ja tradycyjnie zamawiałam krem z zielonego groszku i szparagów oraz wybitny stek z kalafiora z chipsem truflowym. Mój narzeczony, jak zawsze, zajadał się — z bólem mego serca — stekiem z Bogu ducha winnego stworzenia, które jeszcze niedawno cieszyło się życiem, dopóki nie zostało bestialsko zamordowane i położone na talerzu pod dachem tego ekskluzywnego lokalu.

Byłam wegetarianką; od 8 lat wiernie podążałam za głosem serca, który nakazywał mi nie uczestniczyć w aktach okrucieństwa wobec istot żywych, ale miałam na tyle wyrozumiałości, by nie potępiać, i nie zmuszać innych ludzi do swojego światopoglądu. Skrzywiłam się lekko, gdy wspomnienie Darka zajadającego się stekiem wyłoniło się z pamięci. Swoją karierę zawodową związał z tężyzną fizyczną, co wymagało od niego odpowiedniej diety. Potrzebował też dużo białka, stąd zamiłowanie do mięsa. W domu gotowaliśmy swoje potrawy osobno, dlatego tak ceniłam nasze wspólne wyjścia i spożywanie posiłków razem. Na tyle, by przymknąć oczy na zapach i wygląd tego, co miał na talerzu.

Jego muskularny biceps opięty przez zwykłą, białą koszulkę prezentował się fenomenalnie. Zerknęłam wymownie na jego rozluźnione palce spoczywające spokojnie na skrzyni biegów i, nie zastanawiając się zbytnio, nakryłam je swoją dłonią. Poczułam gorąco jego ciała. Promieniowało od niego do mnie. Przenikało mnie.

Przystojniak uśmiechnął się i rzucił krótkim, acz wymownym spojrzeniem. Takim, które mówiło: wiem, o czym myślisz niegrzeczna dziewczynko. Udając zawstydzoną, spuściłam lekko wzrok. Wiedziałam, że zadziała.

Darek przełknął głośno ślinę, uwolnił dłoń i wyćwiczonym gestem przeczesał swoje gęste, ciemne włosy. Zapach, który otulał jego ciało, wypełnił niewielką przestrzeń z nową mocą. _Mmm, te moje ulubione perfumy…_

Prawe kolano lekko się uniosło, a samochód zaczął tracić na prędkości. Ostry skręt w lewo wbił mnie w drzwi pojazdu, napięte pasy zatrzymały w miejscu. Nim się zorientowałam znaleźliśmy się na leśnej drodze.

— Kochanie? — zapytałam niepewnie, gdy odetchnęłam głębiej.

Odpowiedział szelmowskim uśmiechem. Tyle. Nie dał mi żadnego wyjaśnienia, gdy podążaliśmy niebezpiecznie szybko pofalowaną, leśną drogą w głąb lasu. Lekkie niebezpieczeństwo nieznanego terenu i oczekiwanie mnie podniecały. Gdyby ta koszmarna droga nie ciągnęła się w nieskończoność, byłoby jeszcze lepiej. Darek zahamował ostro, wznosząc za nami chmury kurzu. Zaciągnął hamulec ręczny i płynnym ruchem pochylił się ku mnie, wyszczerzając białe zęby.

— Zaczniemy świętować kocico? — gardłowe mruknięcie zawibrowało w małej przestrzeni. Czułam się tak, jakbyśmy siedzieli Microcarze Lizardzie, a nie w pełnowymiarowym aucie.

Przechyliłam lekko głowę, udając niedostępną. Darek lubił takie gierki, zresztą ja również. Musiałam przygryźć wargę, żeby powstrzymać się od uniesienia kącików ust. Byłam spragniona jego dotyku i, choć spodziewałam się, że nasze celebracyjne zbliżenie nastąpi w godniejszych warunkach, to wciąż go pragnęłam. Chciałam odnowić żar, który był między nami na początku, poczuć jeszcze raz ogień, który nas połączył.

Darek zdawał sobie sprawę, że szanuje naturę i zwierzęta, ale nie mam ochoty być aktywnie jej częścią. Ceniłam wygody i komfort, a nie… dzicz. Nie chciałam dopuszczać do siebie negatywnych myśli, ale odnosiłam nieoparte wrażenie, że Darek coraz mniej się o mnie stara. _Pieprzyć to._

Mężczyzna dotknął wargami mojego policzka, a ten mały gest rozgrzał moje serce. Spojrzał mi głęboko w oczy i pocałował namiętnie, napierając nachalnie na moje wargi. Nasze języki przeplatały się ze sobą w namiętnym tańcu, którego kroki znaliśmy doskonale. Smaki naszych ust mieszały się ze sobą w kulinarną symfonię. Nie było mowy o sprzeciwie, nawet, gdy obcy, inwazyjny posmak niczym zbój gwałcący dziewkę, zdominował moje kubki smakowe.

Z otwartymi ramionami powitałam jego rwącą żądzę. Złapał moją dolną wargę zębami, kończąc niedosytem namiętny pocałunek i przygryzł ją, wydzierając z mojego gardła bolesny pomruk. Warga pulsowała lekkim bólem. Oblizałam ją, podczas gdy mój ukochany, przeniósł aktywność ust w dół szyi. Zaczął ssać i kąsać wrażliwe miejsce, a po każdym ugryzieniu lizał i całował czule obrzmiałą skórę. Wiedział, co na mnie działa.

Ciało oblała fala gorąca. Traciłam kontrolę, miękły mi kolana, brakowało oddechu. W ostatnim odruchu trzeźwości wplotłam dłonie w jego ułożone na żel włosy i odsunęłam go od siebie, robiąc głębszy wdech. Dając dojść do głosu mojej prozaicznej naturze, powiedziałam:

— Wracajmy czym prędzej do domu, tak bardzo cię pragnę, że dłużej nie wytrzymam.

To, co wyszło z moich ust, nie brzmiało jak argument, bardziej jak błaganie. Darek doskonale to wykorzystał.

— Kotku nie musimy czekać — szepnął mi zalotnie do ucha. — Chcę mieć cię TU i TERAZ.

Zadrżałam od siły tego przekazu. Kogo ja oszukiwałam? Wiedziałam, że mu ulegnę. Zawsze mu ulegałam; czegokolwiek chciał, nieważne jak bardzo nierozsądne to było, zawsze mu to dawałam.

— Jesteś pewien, że nikt nas tutaj nie zobaczy?

To była jawna kapitulacja i mężczyzna doskonale o tym wiedział.

— Wejdźmy głębiej w las, to na pewno na nikogo się nie natkniemy — zaproponował w ramach hojnego kompromisu.

Ogarnęło mnie coś na kształt ulgi. Kochany jednak dbał o mój komfort, a lekkie innowacje przecież nie były niczym złym. Nie zamierzałam wybrzydzać. Rozgrzana do czerwoności łechtaczka domagała się podjęcia natychmiastowych akcji. Kiedy był nasz poprzedni raz? Miesiąc temu? Mgła mózgowa powodowana podnieceniem przesłaniała mi rozsądek.

Otworzyłam drzwi zdecydowanym pchnięciem i chętnie podążyłam za moim ukochanym w nieprzyjemne czeluści lasu. Chwycił mnie za rękę, a jego silny, męski uścisk dawał mi poczucie bezpieczeństwa w tym ponurym środowisku. Trzymając mnie ciasno, prowadził nas coraz głębiej w las. Samochód już dawno zniknął w oddali, a ja drżałam po równo z niepokoju i podniecenia. Nigdy nie myślałam, że poczuje jednocześnie żądze i stęchliznę otoczenia, że doświadczę ich fizycznie i to jednocześnie. Szybko wyjaśniło się skąd ten nieprzyjemny, wodny zapach. Moim oczom ukazał się duży potok z szerokim rozlewiskiem otoczonym trawami. Kilka spróchniałych drzew zanurzyło swe zwłoki w tafli wody — jak martwe posągi minionego życia. Lekko wystraszona odwróciłam uwagę od ukochanego. A to bardzo mu się nie spodobało.

Oplótł silnym uściskiem moje ramiona, palce wbiły się w ciało. Zalała mnie fala bólu. Zostałam przygnieciona do drzewa, a krzyk zamarł w gardle. Chropowata kora otarła beznamiętnie moje plecy. Dała mi oparcie, którego potrzebowałam. Nie zdążyłam zaczerpnąć oddechu, nim źródło powietrza zostało odcięte przez gorące wargi kochanka. Całował namiętnie, wodząc rękami po moich biodrach, i sięgając coraz niżej. Moje ciało zalewały naprzemiennie fale gorąca i bólu, gdy chropowata powierzchnia kory odrapywała mi plecy.

Spomiędzy naszych splecionych warg ledwo słyszalnie wydarł się mój jęk. Darek przywarł do mnie swoją pobudzoną męskością coraz twardszą z sekundy na sekundę. Chwycił mnie za pośladki i, unosząc do góry, zmusił do oplecenia go w pasie nogami. Rozległ się głośny dźwięk rozrywanych szwów, gdy dół sukienki pękł po prawej stronie. Dopasowana tkanina nie wytrzymała naprężenia i dała za wygraną zupełnie jak mój rozsądek.

Uwolniona spod czaru jego warg oparłam płonący policzek na jego ramieniu. Niósł mnie w niewiadomym kierunku jak cygan, który porywa sobie niewiastę. A ja chciałam być porwana, niesiona. Nie bałam się, że spadnę. Siła tych mięśni nie służyła tylko na pokaz.

Darek oparł mnie na pobliskim kamieniu. Pewnym ruchem chwycił za krawędzie rozerwanej sukienki i pogłębił rozdarcie aż do kości miedniczej. Zerwał ze mnie koronkowe brazyliany, co opatrzyłam niecierpliwym westchnieniem. Ujął swoją męskość w dłoń, przygotowując się na mnie. Oblizałam łakomie wargi, uwielbiałam jego penisa; zawsze przygotowany, wygolony i niesamowicie apetyczny. Rozwarłam nogi w niecierpliwym oczekiwaniu, zapraszając tego ogiera do środka. Darek wszedł we mnie sprawnym szybkim pchnięciem, a moje ciało powitało go druzgocącą rozkoszą. Krzyknęłam głośno, odchylając głowę do tyłu. Byłam tak wyposzczona, że kompletnie zapomniałam, jak przyjemna może być zwykła penetracja.

W moje uniesienie wdarł się przemocą szorstki, męski ryk:

— Co do kurwy?!

Serce zerwało się do biegu w przeciwieństwie do ciała, które zastygło. Oddech zamarł na chwilę. Wzrok podążył za źródłem dźwięku. Byłabym przysięgła, że przed chwilą nikogo tu nie było!

Och!

Wszystkie myśli natychmiast uleciały z głowy.

Zanurzony po pas w wodzie spoglądał na nas istny Zeus — bóg wody i potoków. Wzrostem górował nad zwykłym śmiertelnikiem, rosły i potężny. Jego muskularną klatkę piersiową pokrywał ciemny zarost i liczne tatuaże, w pojedynczych włosach tańczyły refleksy słoneczne. Gdyby nie sposób, w jaki brnął w wodzie, gotowa bym była przysięgnąć, że nie był człowiekiem. Poczułam, jak uścisk mojego kochanka zelżał, a jego męskość szybko zaczęła się kurczyć. Po pięciu sekundach byłam już wolna. Ukryłam się natychmiast za kamieniem zawstydzona i wystraszona, ale wychyliłam się obrobię kierowana ciekawością. To nic złego, że chciałam tylko zerknąć.

Brodził ku nam gniewnym, żmudnym krokiem. Wyglądał na surowego mężczyznę nie tylko z wyglądu, ale też z charakteru. Jego ciemne oczy spozierały złowrogo spod regularnych, grubych brwi, ostro zarysowana szczęka napinała się przy żuchwie, zdradzając zaciśnięte zęby. Muskularne ramiona obleczone w liczne tatuaże napinały się, nadając rytm jego krokom. Nie odrywał od Darka wrogiego spojrzenia i rozkazał obcesowo:

— Wypierdalać z mojego lasu.

Darek miał już naciągnięte bokserki i właśnie zapinał rozporek. W gniewie przybrał jedną ze swoich bardziej męskich i kogucich póz. Ja za to zawstydzona i oświecona przebłyskiem rozsądku szybko zlokalizowałam swoje majtki i naciągnęłam je na tyłek. Z jakiegoś powodu policzki płonęły mi czerwienią. Z jakiegoś powodu też nie mogłam powstrzymać się od zerkania na mężczyznę zza swojej kamiennej tarczy. I z jakiegoś powodu moje podniecenie wcale nie ostygło.

Leśna sceneria mnie omamiła: to był tylko zwykły człowiek. Ale jaki!

Powinnam chwycić Darka za rękę i uciec, jednak coś trzymało mnie w miejscu. Darek lekko uniósł brew, doceniając niemo swojego przeciwnika. Miał zamiar się bić? Bezsensownie byłoby wdawać się w sprzeczkę z dala od cywilizacji, zwłaszcza że aura, którą niósł ze sobą przybysz, była podobna do szarży niedźwiedzia. Nie żebym wiedziała, jak wygląda szarża niedźwiedzia, ale gdybym miała sobie ją wyobrazić, to pewnie wyglądałaby podobnie. Darek trzymała się zawsze po stronie rozsądku, więc i tym razem szukał porozumienia. Uniósł ręce do góry w geście kapitulacji i rzucił, siląc się na swobodę:

— Koleś, wyluzuj, już stąd spadamy.

Który już raz na niego zerknęłam? Setny? Mężczyzna wbijał spojrzenie ciemnych oczu w odsłoniętego przeciwnika — Darka — z wyrazem politowania i potępienia na twarzy. Nieoczekiwanie przeniósł je na mnie.

Nie mogłam odwrócić spojrzenia. Nie mogłam też patrzeć. Błądziłam wzrokiem gdzieś po jego twarzy, omijając oczy. Wzbudzał we mnie potężną ciekawość i przerażenie, magnetyzm, którego nie mogłam zignorować. Mogłabym trwać tam do końca świata, gdyby Darek nie wyrwał mnie z letargu. Chwycił mnie za łokieć i pociągnął do siebie silnym ruchem. Moje ciało zderzyło się z górą mięśni kochanka. Zostałam objęta w pasie i pociągnięta w drogę powrotną. Nie odważyłam się obejrzeć się za siebie, choć kurewsko mnie to kusiło. Westchnęłam ciężko.

Nie rozumiałam reakcji swojego ciała. Wiedziałam tylko jedno — czar prysł.Rozdział 1

Wstałem jak co dzień, rozpoczynając poranną rutynę — szybkie 5km dookoła zagajnika za domem, zimny prysznic i śniadanie z Magdą. Moja żona codziennie dbała o zbilansowane posiłki dla naszej dwuosobowej rodziny. Sama piekła chleb, robiła masło a nawet sery. Po 10 latach traktowałem starania, jakie wnosiła, jako coś oczywistego. Sam wiele razy karałem się w myślach, że nie potrafię dać jej więcej niż to minimum o poranku. Nigdy o nic nie pytała, zgadzała się na wszystko. Brała z pokorą i szacunkiem to, co mogłem jej dać. Wkurwiało mnie to coraz bardziej, bo naprawdę była poczciwą kobietą, która zasługuje na więcej. Coraz częściej podejrzewałem, że jedyne co nas łączy to wzajemny sentyment.

— Kuba, wyjeżdżam na tydzień. Leszek zaproponował mi wyjazd do Krakowa. Mamy przygotować wystawę mobilną obrazów z XX–lecia polskiej wsi.

Mruknąłem na znak, że usłyszałem.

— Na pewno nie przygotujesz sobie nic ciepłego, więc gulasz masz w lodówce. — Powiedziała informacyjnie, spoglądając na mnie powątpiewająco, jakbym mógł mieć problem nawet z odgrzaniem posiłku.

— Spokojnie, będę miał dużo pracy, mam spore zlecenie na lisie futra. Tomek przyjedzie mi pomóc, na pewno jego żona przygotuje coś do zjedzenia.

Wydała z siebie ciche westchnienie i zaczęła zmywać naczynia. Wziąłem swój ulubiony kubek z kawą i udałem się na taras, za którym rozpościerał się widok na ścianę lasu. Patrzyłem na mieszany, strzelisty drzewostan, kiedy coś zarysowało się na zielonym tle; biały puchowy kuper. Piękna, ruda sarna wyłoniła się w całej okazałości na skraj lasu i spoglądała na mnie niespokojnym wzrokiem jak na największego drapieżnika, jakiego miała okazje widzieć. Tym właśnie byłem dla tych wszystkich istot — drapieżnikiem, ich chodzącym końcem.

Cholera, kochałem to miejsce te widoki, równowagę, jaka tutaj panowała. Stworzyłem sobie miejsce wręcz idealne do życia. Myśliwym zostałem 8 lat temu, wtedy też poznałem Tomka i zacząłem mu towarzyszyć w polowaniach. To on zaszczepił we mnie bakcyla, żeby zrobić uprawnienia i samemu chwycić strzelbę w dłoń. W międzyczasie bardziej się ze sobą zaprzyjaźniliśmy, a mi niezmiernie spodobała się taka forma obcowania z przyrodą. Zgłębiłem wiedzę na temat tradycji i zwyczajów łowiectwa. Wróciłem do kuchni, podszedłem do wyspy kuchennej i zostawiłem pusty kubek na blacie.

Wsiadłem do auta i pojechałem nad ulubiony potok zażyć relaksującej kąpieli. Miejsce to było piękne w swojej naturze; dookoła lasy, wszędzie szum wody i nieziemski zapach. Uwielbiałem woń mokrego lasu. Zaciągając się głęboko wilgotnym powietrzem, wszedłem do wody. Kiedy już znajdowałem się dość głęboko i pozwoliłem rwącemu potokowi obijać się o moje plecy, spojrzawszy na drugi brzeg, wspominałem pewne zdarzenie. Sam się do siebie zaśmiałem. Niespełna 2 miesiące temu miała miejsce scena wręcz komiczna; jakiś pajac posuwał laskę na kamieniu. Jej krzyk zaburzył mój komfort. Kto się pierdoli na mokrym kamieniu przy potoku? Musiała być szalona i bardzo kochać naturę, zgadzając się na taką niedogodność, albo darzyć wielkim uczuciem swego kochanka.

Nigdy nie zapomnę miny tego złamasa na mój widok. Stał napompowany niczym byczek już prawie zrywający się do ataku tylko ze z sflaczałym kutasem między nogami. Poza nim coś szczególnego przykuło mój wzrok. Piękne zielone oczy lustrujące mnie z każdej strony. Nigdy nie widziałem, aby ktoś miał takie wyjątkowe tęczówki, hipnotyzujące, pełne świeżości. Ich odcień przypominał młode liście wiosną, dopiero co budzące się do życia. Ich właścicielka przeszywała wzrokiem każdy kawałek mojego ciała. Pochłaniała mnie całego, tak, jak stałem — obnażonego przed nią i przed naturą.

To było dziwne doświadczenie, ale jakie inne i zatrważające. Nigdy nie myślałem o niczym w sposób romantyczny. Ja w ogóle nie byłem typem romantyka. Lubię konkrety; jest albo czarne, albo białe. Wszystko ma swoje miejsce i swój określony porządek. Żadna kobieta też nie spojrzała na mnie tak jak ona tamtego dnia.

Magda, miałem wrażenie, od początku była ślepo we mnie wpatrzona, a później pojawił się owy sentyment w naszej relacji. Wszystko przez pożar, który miał miejsce w muzeum, gdzie pracowała. Wyciągnęli ją z poparzoną całą ręką i dekoltem. Leczenie było długie i kosztowne. Jej rodzice dużo pomagali, a ja czułem się w obowiązku, aby zapewnić jej wszelki komfort, na jaki zasługiwała. Ponad rok zabiegów, potem 2 lata terapii, by mogła odzyskać dawną pewność siebie. Wiele razy chciałem rozwodu, ale potem łapał mnie moralniak i ostatecznie nigdy nie podjąłem kroków w tym kierunku. Doszedłem do wniosku, że skoro jest taka poczciwa i dobroduszna, to należy jej się szacunek, do którego z czasem dołączyła rutyna. Dla niej byłem bezpieczną bańką do egzystencji.

Wróciłem do domu. Magda była już w pracy. Zawsze przed wyjściem zostawiała nieskazitelny porządek, a ja to szanowałem. Według mnie wszystko powinno mieć swoje miejsce. Nigdy nie mogłem jej zarzucić, że nie dbała o dom. Kupiłem go za grosze 10 lat temu. W całym tym procesie pomógł mi Tomek, użyczając drobnej pożyczki, miałem też trochę własnego grosza, dorabiałem wtedy w lesie dzięki zdobytym uprawnieniom na znienawidzonych studiach. Technologia drewna — marzenie mojego ojca. Zawsze myślał, że pójdę w jego ślady i będę pracował w Lasach Państwowych. Potem z czasem zostałbym leśniczym, zamieszkałbym w leśniczówce niedaleko rodziców, a on mógłby się do woli wpierdalać w moje życie.

Inaczej sprawy się miały z moim starszym bratem Wiktorem. Skończył Akademie Morską i udało mu się od razu po studiach dostać pracę na morzu. Dziś jest kapitanem statku badawczego w Dubaju. Ma pozycję, wysokie stanowisko, wszystkie przymioty, jakie dają mu uznanie w oczach rodziców. Ja nigdy nie byłem dumą ojca, jestem indywidualistą i zawsze nim byłem. Te studia były dla mamy. Ona sama tkwi w spirali, jaką ojciec stworzył w domu. Może i ja z wiekiem stawałem się tak samo apodyktyczny? Magda tego nie dostrzegała, albo nie mówiła mi, że dostrzega, i tkwiła przy moim boku z wygody i przyzwyczajenia.

Całe życie dążyłem do spokoju, harmonii, pasji i spełnienia, ale na swoich zasadach. Dlatego zawsze wyłamywałem się z wszelakich schematów. Chciałem być sam sobie szefem, sterem i okrętem. Stąd 7 lat temu zacząłem inwestować i grać na giełdzie z całkiem dobrymi wynikami. Dzięki kasie mogłem z kawałka rudery, jaką kupiłem, stworzyć przestrzeń do życia w rustykalnym stylu, pełną drewna i naturalnych materiałów.

Zrobiłem sobie kawę i wyszedłem, do swojego „raju”. Miałem obok domu swoją małą przestrzeń, w której trzymałem broń, trofea z polowań, a także sprzęt do sprawiania futer. Tym ostatnim zajmowałem się rzadko, kiedy miałem nadmiar czasu. Dzisiaj musiałem się trochę przygotować, ponieważ Tomek dostał dobrze płatną fuchę na lisie futra i obiecałem, że mu pomogę się z tym uporać.

Kiedy wszystko przygotowałem, chwyciłem za broń i postanowiłem udać się na polowanie. Dzików w lasach było co nie miara, a ja potrzebowałem trochę rozrywki. Dojechałem na miejsce, usadowiłem się w swojej miejscówce i czekałem. Czułem, że dziś jest mój dzień, totalnie.

Był początek czerwca, cała polana kapała się w soczystej zieleni, którą podbijały przedzierające się przez ścianę drzew promienie słońca. Te oczy, kurwa, często wracałem do nich myślami. Zapadły mi w pamięć jak nic dotąd. Nie pamiętam nawet twarzy tej dziewczyny. Kurwa, to jak jakaś pierdolona obsesja. Sam seks na kamieniu nawet nie był złym pomysłem, tylko ten koleś nie pasował mi do obrazka. Może wcale nie wściekłem się z powodu zaburzonego spokoju? Może ten ryk, żeby wypierdalali, był spowodowany tęsknotą za takimi doznaniami?

Nie kochałem się z żoną od 2 lat. Najgorętszy okres mieliśmy do momentu, kiedy nie byliśmy jeszcze małżeństwem. Potem szybko wkradła się proza szarego życia i rutyna, ale to nie było jeszcze najgorsze. Następnie przydarzył się ten pieprzony wypadek, który sprawił, że szliśmy do łóżka z absolutnej potrzeby zaspokojenia. Odkąd doszła do siebie po pożarze, nawet jej nie pocałowałem. Wiem, jak to wygląda, jakbym był niezłym chujem i trzymał sobie darmową pomoc domową. Nie umiem zaproponować jej rozwodu. Podczas terapii byłem jej jedyną stałą, dzięki której znalazła punkt zaczepienia. Bałem się jej reakcji, czułem, że jestem jej potrzebny.

Mogłem ją zdradzić w każdej chwili. Miałem częste ku temu okazje, bo doskonale zdaję sobie sprawę, jak działam na kobiety. Od 10 lat miałem też swoje twarde zasady, których się trzymałem, dlatego, rezygnując z przelotnych podniet, nigdy tego nie zrobiłem. Wolę sam ulżyć swoim lędźwiom niż wtykać kutasa w przypadkowe dziury. Z mojego wewnętrznego monologu wyrwał mnie charakterystyczny rumor.

Po chwili spoglądałem na około stukilogramowego odyńca. Dawno nie widziałem takiego okazu. Skierowałem na niego broń, biorąc go na celownik. Zdecydowanym ruchem nacisnąłem spust. Po sekundzie padł. Podszedłem do niego, gdy byłem absolutnie pewny, że ruchy pośmiertne ustały całkowicie. Wziąłem go na plecy jak pierwotny samiec i zaniosłem do bagażnika swojego auta. Pick up–y to najlepsze samochody, jakie ludzkość wymyśliła, dlatego właśnie takim na co dzień jeździłem. Uwaliłem się krwią dzika, więc zdjąłem koszulę i wrzuciłem ją na pakę.

Po niecałej godzinie byłem już na podwórku u Tomka. Postanowiłem dać mu dzika z dzisiejszego polowania. Nie miałem weny, żeby go oprawiać. Przywitała mnie jego córka, dwudziestoletnia Julia. Była piękną blondynką o niebieskich oczach. Czyste uosobienie młodzieńczej fantazji.

— Dzień dobry, panie Jakubie, taty niestety nie ma — wykrzyknęła, wybiegając na podwórze.

— Dzień dobry, szkoda, przywiozłem dzika — odpowiedziałem.

— Będzie pan musiał się chyba nim zająć sam, wiem, gdzie, co jest. Wiele razy widziałam ojca, jak się do tego zabierał, mogę pomóc.

— Widocznie nie mamy wyjścia, ale nie będę cię kłopotać. Poradzę sobie.

Wyszedłem z samochodu, dochodziła 13, niezbyt gorące, ale przyjemnie ciepłe popołudnie. Temperatura nie przeszkadzała kontynuować sprawunku zwierzyny bez odzienia. Byłem mniej wrażliwy na pogodę, ponieważ od 9 lat pływałem bardzo często w zimnych, górskich potokach i moje ciało dzięki temu nabyło umiejętności utrzymywania stałej temperatury. Czerpałem z wody siłę jak i oczyszczałem dzięki niej umysł. Cały czas byłem tylko w jeansach, bez koszuli. Widziałem kątem oka, jak Julia spogląda na mnie i lubieżnie się uśmiecha.

— Możesz iść do domu, sam sobie ze wszystkim poradzę.

Wiedziałem, że krew i widok skórowanego dzika to nie obraz, który spodobałby się młodej dziewczynie, nawet, jeśli nie jest to jej pierwszy raz.

— Proszę mi pozwolić sobie pomóc, albo chociaż popatrzeć, obiecuję, że nie będę przeszkadzać. — Przewróciła oczami, a ja dałem znać głową, że ma spadać.

Wziąłem zdobycz na plecy i zaniosłem ją pod wiatę. Położyłem na stole, usunąłem umiejętnie wnętrzności, następnie powiesiłem na haku, aby Tomek mógł ją potem oskórować. Przygotowałem truchło w taki sposób, by spokojnie zmieściło się w niewielkiej chłodni przyjaciela. Byłem cały ujebany. Podszedłem więc do węża ogrodowego leżącego w rabacie lawendy i postanowiłem się nim opłukać. Kiedy myłem ręce, poczułem, że ktoś obłapia mnie od tyłu, a smukłe palce gładzą tatuaż wilka ma moim torsie.

— Co do kurwy! — wrzasnąłem, strącając ręce z mojego ciała.

— Pomyślałam, że pomogę ci się umyć — odpowiedziała zalotnie Julia.

Obeszła mnie dookoła, chwyciła za szlauch i, wyrywając mi go z ręki, skierowała strumień wody na siebie. Nie powiem, zrobiło to na mnie wrażenie. Spływająca po niej woda, zmoczyła białą koszulkę i podkreśliła jej młode, sterczące piersi. Zdecydowanie nie miała stanika. Jej ciemne, nabrzmiałe sutki jak szczyty Łysicy prześwitywały przez jasny materiał. Zbliżyła się do mnie i zaczęła gładzić mnie po torsie, brzuchu, aż zahaczyła o moje nabrzmiałe krocze. Ja pierdolę, nie byłem z kamienia, a widok młodej napalonej dziewczyny działałby na każdego podniecająco. Ująłem jej ręce, spojrzałem głęboko w oczy i powiedziałem:

— Nigdy więcej mnie nie dotykaj.

— Przecież widzę, że też mnie pragniesz. Po co z tym walczysz?

— Pragnę? Po pierwsze, mam żonę, po drugie, jesteś, kurwa, 15 lat młodszą ode mnie córką mojego przyjaciela. Pamiętam, jak biegałaś szczerbata, a ty śmiesz mnie teraz dotykać w ten sposób? Nigdy więcej, kurwa, tego nie rób! — warknąłem wkurzony do granic.

— Kuba, kocham cię! — zaczęła płakać.

— Wypierdalaj do domu i nie waż się więcej podchodzić do mnie w ten sposób — wycedziłem przez zęby.

— Proszę, pozwól mi chociaż wziąć cię do ust, fantazjuję o tobie, odkąd skończyłam 15 lat. Jesteś dla mnie idealny, pragnę tylko ciebie. Chcę ci dać wszystko, czego nie daje ci żona. — błagała.

— Czy ciebie kurwa do reszty popierdoliło? Chuj mnie obchodzi, o kim myślisz, jak ujeżdżasz się palcem. Odpierdol się ode mnie. — Odetchnąłem, starając się nad sobą zapanować. — Ta sytuacja nie powinna mieć miejsca — wytłumaczyłem już spokojniej. — Celuj w kogoś w swoim wieku albo będę musiał pogadać z twoim ojcem.

— Tata zaraz wróci, zastanie nas w dwuznacznej sytuacji. Ty bez koszulki mokry, ja też cała mokra. Jak myślisz, komu uwierzy? To oczywiste, że swojej jedynej córeczce — zaczęła mi grozić.

— Nie próbuj — ostrzegłem.

Po chwili zaczęły dochodzić odgłosy nadjeżdżającego auta. To zapewne Tomek z Krysią. Stanąłem z dala od Julki. To i tak już chujowo wyglądało.

— Kubuś! — krzyknął Tomek, wysiadając i trzaskając drzwiami.

— Hej, przywiozłem ci odyńca z dzisiejszego polowania, pozwoliłem sobie go oprawić. Nie wiedziałem, o której wrócisz, więc mięso masz w chłodni.

— Dziękuję, zaskoczyłeś mnie. Julka, co ty stoisz taka mokra? — skierował pytanie do dziewczyny.

— Ja pomagałam panu Jakubowi tak jak tobie tatusiu. Trochę się ubrudziłam i chciałam umyć ręce. Ciśnienie w wężu było nie równe i się ochlapałam. Niezdara ze mnie, przepraszam. — Zrobiła słodką minkę.

— Nic nie szkodzi kochanie, idź do domu i przebierz się, zanim się przeziębisz — ze spokojem odparł Tomek.

— Słuchaj, wiem, że cała sytuacja musi wyglądać nieciekawie, ale naprawdę nic złego się nie wydarzyło — zacząłem tłumaczyć scenę, jaką zastał.

— Daj spokój, nie tłumacz mi się. Nie macie z Madzią dzieci, wiem, że Julkę traktujecie jak swoją. Ostania rzecz, jaka miałaby miejsce, to mój osąd o twoje złe intencje wobec mojej córki.

Zdecydowanie miał rację, nigdy nie widziałem w Julce kobiety, od zawsze była dzieckiem, ukochaną córeczką mojego przyjaciela, która kręciła się czasami pod nogami. Nie spodziewałem się, że może zainicjować taką sytuację. Zdecydowanie był to posrany pomysł.

Zjadłem z nimi podwieczorek. Basia upiekła tartę z truskawkami. Była tak przemiłą kobietą, że sama odmowa złamałaby jej serce. Przypominała w pewnym stopniu moją matkę, ona też dbała o to, aby brzuchy wszystkich domowników były pełne. Nie przeciwstawiała się ojcu, uznawała jego rację za nadrzędną, ale jeżeli chodzi o dbanie o domowe ognisko, sama wytyczała na tym polu wartości i nikt nie śmiał się jej przeciwstawiać. Nawet ojciec, choć uważał takie prozaiczne rzeczy za mało wartościowe. Rodzina według niego powinna wyglądać wzorowo, nieważne na jakiej stopie odbywają się relację. To instytucja, w której należy wyznawać racje narzucane przez głowę rodziny. Jakakolwiek forma indywidualizmu jest duszona w zarodku.

Dla mnie rodzina to zupełnie co innego; to osoby, nie ważne, czy spokrewnione biologicznie, czy też połączone więziami emocjonalnymi, wspólnymi doświadczeniami i przeżyciami. Taka też była Krysia, była mi tutaj jak druga matka, od razu przyjęła mnie jak swojego i ja również przyjąłem ją do rodziny.

Zachowanie tej gówniary wybiło mnie dziś z rytmu. Najbardziej wkurwiało mnie to, że osiągnęła zamierzony, jak mniemam, przez siebie cel. Ja pierdolę, miałem namiot przy córce swojego przyjaciela. Miała 20 lat, co czyniło ją pełnoletnią, młodą kobietą, ale to nie zmienia faktu, że czułem się przez tę sytuację jak jebany pedofil. Byłem wkurwiony na siebie, na nią, na wszystko. Musiałem dać upust emocjom. Skierowałem samochód w stronę rezerwatu. Dochodziła już 20, idealny czas na polowanie. Niebo było czyste, słońce już zachodziło. Ubrałem brudną koszulę rzuconą wcześniej na pakę, niestety nie miałem nic innego. Usiadłem na większym kamieniu pomiędzy drzewami. W lesie panował spokój, który tak ceniłem, kos w pobliżu zaczynał swój wieczorny koncert.

Minęło dziesięć minut, może dwadzieścia. Wyciszyłem się, skupiałem na swoim oddechu i dźwiękach. Nagle coś zaszeleściło. Spojrzałem w lewo i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Piękna i elegancka w każdym swoim ruchu, powolnie posuwała się przed moimi oczami czerwonobrązowa, obłędnie ruda sarna. Nie bała się, zapewne nie widziała, że nieopodal czai się drapieżnik tych lasów.

Coś pojawiło się w mojej głowie, znowu byłem w wodzie, stałem i patrzyłem, zanim kazałem im wypierdalać. Oczy, znowu te nęcące oczy, wbijające się w moje ciało. Kurwa, zwariowałem. Nigdy nie podejrzewałbym siebie o tak romantyczne porywy.

Nagle mnie olśniło — oczami wyobraźni odtwarzałem scenę, w której się oddalali, zapadł mi w pamięci także kolor jej włosów. Były tak samo rude jak sierść stworzenia, które stało nieopodal mnie. Nie podobało mi się te myśli. Nigdy nie fantazjowałem o innej kobiecie. Dobra, może moje małżeństwo nie tryskało namiętnością, ale miałem, kurwa, jebane zasady. Dla mnie każda zdrada zaczyna się w głowie. Albo jesteś ciałem i duchem komuś oddany albo nie. Nie lubię łamać zasad. One przez lata mnie ukształtowały. Mój własny kodeks, niewzruszony niczym niezdobyta twierdza.

Muszę się pozbyć tych myśli, zanim wezmą nade mną górę. Skierowałem lufę wprost na sarnę. Nagle złamałem pod butem gałąź. Usłyszała mnie. To były sekundy. Wpatrywała się z przerażeniem w oczach gotowa do ucieczki. Nie zdążyła. Byłem szybszy. Padła od razu.

Zamknąłem na chwile oczy, rozkoszując się kolejnym triumfem. Zapach mokrego mchu mieszał się z metalicznym zapachem krwi, oczyszczał głowę. Podszedłem do jodły rosnącej niedaleko, zerwałem kilka gałązek i włożyłem je do pyska mojej rudej ofierze w podzięce za oddane mi życie. Etykieta łowiecka była dla mnie fundamentalnie ważna. Zawsze jej przestrzegałem. Ceremoniał ostatniego kęsa był piękną tradycją, stosowaną do dziś. Robiono to, aby podziękować zwierzęciu za dostarczanie pożywienia. Ja widziałem w tym coś głębszego, wyposażenie w zwierzęce zaświaty. Nikt nie powinien kończyć bytu na tym łez padole nieuhonorowany ostatnim posiłkiem. Nawet skazani na karę śmierci mają taką możliwość.

Po załadowaniu jej na pakę, udałem się do domu, a dokładnie do swojego miejsca pracy. Stół już był przygotowany. Ułożyłem zwierzę na grzbiecie. Chwyciłem za nóż do patroszenia i ze spokojem i starannością zatopiłem ostrze w skórze szyi i sunąłem nim w stronę mostka. Myśli łapały balans, jakbym upuszczał z siebie emocje, wszystko to, co mi nie służy. Następnie sprawnym ruchem odciąłem przełyk i tchawicę razem z krtanią. Chwyciłem za oddzielone części i umiejętnie zawiązałem je, aby uniknąć wydostania się treści z żołądka. Po chwili znowu sięgnąłem nóż i zgrabnym ruchem otworzyłem swoją piękną ofiarę od spojenia łonowego do samego mostka.

Zanim przeszedłem do dalszego etapu pozbyłem się koszuli, wytarłem nią pot z czoła i rzuciłem na podłogę. Zatopiłem z całą przyjemnością ręce w klatce piersiowej i zacząłem rozcinać przeponę wzdłuż żeber. Szybkim ruchem wyciągnąłem przełyk wraz z tchawicą do jamy brzusznej. Potem zacząłem pozbywać się kolejno płuc, nerek, wątroby, żołądka z jelitami. Zawsze na koniec zostawiałem sobie serce. Może byłem w tym pojebany, ale dla mnie ofiara dopiero stawała się zwykłym truchłem, kiedy wyzbywałem się z niej serca.

Zacząłem się zastanawiać, czy ja mam jeszcze serce, czy to ja przez lata nie stałem się uczuciowym trupem. Potrzebowałem jakiegoś pierdolonego zapalnika, kolejnego kroku. Czułem, że zaczynam stać w miejscu. Niesamowicie mnie to irytowało.

Zawsze szukałem swojej drogi, robiłem, co chciałem i jak chciałem, a teraz pojawiło się pękniecie w stalowej ścianie moich przekonań. Bo tak naprawdę od dawna nie chciałem być z Magdą, ale czułem, że powinienem. Wyrwałem się z zamyślenia i zabrałem swoją Bambi do mojej małej chłodni. Nie była zbyt wielka, ale dla mnie wystarczająca. Powiesiłem ją na haku. Zostanie tutaj na co najmniej 8 godzin. Jutro rano przyjdę i ją oskóruję.

Kiedy szedłem w stronę domu, dostrzegłem samochód Magdy na podjeździe. Liczyłem po cichu, że tym razem nie będzie jeszcze spała, kiedy wrócę. Zazwyczaj wracałem późnym wieczorem, często zaszywałem się w swoim gabinecie na piętrze. Miałem tam dokładnie taki sam widok jak z tarasu; mój dziki, ciemny, nieodkryty las. Znużony, często tam kończyłem dzień, ewentualnie i nader rzadko przychodziłem do sypialni. Żona nie miała o to do mnie pretensji, tak było nam wygodniej.

Kiedyś mój pokój miał być pokojem dziecięcym, ale przy okazji badań po wypadku dowiedzieliśmy się, że Magda jest bezpłodna. Ta wiadomość połączona z traumą po pożarze sprawiła, że potrzebowała terapii, by móc na nowo się zaakceptować. Czuła się wybrakowana jako kobieta, niewystarczająca, niepotrzebna, bezużyteczna. Można by było wymieniać bez końca. Już przed tamtymi wydarzeniami coś się między nami psuło, każde szło we własną stronę, ale w jakimś stopniu tragedia nas znowu połączyła, tyle że nie uczuciowo. Byliśmy małżeństwem, a jak wiadomo ta instytucja niesie za sobą także obowiązki, które w dużej mierze mną kierowały.

Kiedy wszedłem, siedziała na kanapie w salonie i czytała książkę, w domu panowała cisza. Spojrzała na mnie pustym wzrokiem i powiedziała:

— Znowu polowałeś? Czemu dziś skróciłeś żywot? Dzik?

— Też.

— Jak to też? — zapytała.

— Przed południem strzeliłem odyńca, zawiozłem go do Tomka. Na powrocie trafiła się jeszcze sarna — odpowiedziałem, pomijając szczegóły wizyty u przyjaciela.

Stałem przed nią brudny, cuchnący i pełen żądzy, z pełną świadomością, że Magda nienawidzi, kiedy śmierdzę. Wszedłem pod prysznic. Nierówne kamienie pod stopami przyjemnie masowały stopy. Zamknąłem na chwilę oczy, byłem prawie odprężony, kiedy nagle w głowie zobaczyłem te cudne, zielone oczy wpatrujące się we mnie. Tym razem patrzyły na mnie z dołu. Kurwa, wyobraziłem sobie ją, jak klęczy tuż przede mną, jak liże mnie po całej długości mojego nabrzmiałego kutasa i bierze mnie głęboko.

Ja pierdolę, czułem, jak na samą myśl o tym robię się kurewsko twardy. Ja trzymałem ręką jej piękne, miedziane włosy, kosmyki zalotnie opadały na mój nadgarstek. Brała mnie tak jak żadna inna kobieta, dławiła się moim przyrodzeniem, ale nie przestawała. Jej oczy zaszły łzami niczym szmaragdy skąpane w najczystszym oceanie. Nie chciałem jeszcze kończyć, wysunąłem się z jej ust i kciukiem omiotłem jej seksowne, pełne apetytu wargi. Kiedy chciałem wejść w nie jeszcze raz, nagle rozeszło się po łazience pukanie do drzwi.

— Kuba wszystko w porządku?! — zawołała Magda.

Otworzyłem oczy, stałem pod strumieniem wody, nie wiem nawet ile czasu, ale musiało minąć go niemało, skoro się zaniepokoiła.

— Tak, już wychodzę, chwilka i jestem na dole — odpowiedziałem lekko poddenerwowany, jakby matka przyłapała mnie na waleniu konia.

Nie zmiękłem do reszty. Ja pierdolę, muszę sobie ulżyć, nie wytrzymam dłużej bez ciepłej cipki. Wyszedłem spod prysznica, nałożyłem balsam na brodę, uczesałem włosy i spojrzałem na siebie. W sumie nie było jeszcze ze mną tak tragicznie. Moja sylwetka prezentowała się nienajgorszej, naturalnie wyrzeźbiona, ale bez przesady. Nie chciałem wyglądać jak napompowane mięśniaki z siłowni, wolałem treningi w naturalnych okolicznościach. Gdzieniegdzie w mojej brązowej czuprynie błyszczały już siwe włosy. Tomek kiedyś powiedział, że to oznaka mądrości — tak sobie tłumaczył starość.

Ubrałem spodenki i zszedłem na dół. Podszedłem do stolika przy kanapie i nalałem sobie szklaneczkę whisky. Miałem swoją ulubioną, raz w roku kupowałem kilka butelek ze Szkocji. Upiłem łyk, bursztynowy napój rozlał się przyjemnym ciepłem po gardle. Zajrzałem do lodówki, wziąłem kawałek kiełbasy z dzika, którego upolowałem w zeszłym miesiącu, i oderwałem kawałek sera. Sprawdziłem pocztę, która zawsze czekała na wyspie kuchennej. Zaprojektowałem ją sam, a zręczny stolarz z okolicy wykonał ją z drewna, które wydobyłem z pobliskiego jeziora. Wiele w tym domu zrobiłem sam. Królowało tutaj drewno, kamienie naturalne i czerń. Było swojsko, po mojemu. Magda przynosiła czasami jakieś pierdy z muzeum i ustawiała tu i ówdzie. Nie przeszkadzało mi to, tyle byłem w stanie tolerować. Lubiłem tą przestrzeń, ten dom, tę okolice.

Wśród rachunków za prąd i media znalazła się złota koperta. Domyślałem się, co to może być i kto jest jej adresatem, otworzyłem czarny lak i moim oczom ukazało się zaproszenie na 67 urodziny Igora Zalewskiego planowane na 15 lipca. Prychnąłem pod nosem, taa, już kurwa pędzę, żeby złożyć życzenia ojcu, a potem całą imprezę słuchać jakie sukcesy odnosi Wiktor. Jak co roku wyślę mu kosz wędlin i dobrego alkoholu. Co jak co, ale ojciec lubi dobrze zjeść, czego nie ukrywa. Matka mówi, że zawsze zjada wszystko ze smakiem, ale osobiście nigdy nie usłyszałem pochwały.

Odłożyłem wszystko na miejsce i zgasiłem światło na dole. Wspiąłem się po schodach. Magda jeszcze nie spała, a ja zajrzałem do sypialni.

— Popracuję chwilkę u siebie — poinformowałem.

— Nie siedź za długo — odparła automatycznie.

Zawsze kończyło się tak samo, zostawałem tam na noc. Nie na darmo kupiłem sobie kawał wygodnej kanapy. Poszedłem do gabinetu, zapaliłem lampkę na biurku, chciałem włączyć laptop, ale nie czułem się na siłach, aby jeszcze pracować. Położyłem głowę na oparciu fotela, zamknąłem oczy i znowu widziałem te dwa obłędne szmaragdy, tym razem między moimi nogami. Znowu mi stanął. Kurwa. Dość. Wparowałem do sypialni. Magda była zaskoczona moim wtargnięciem. Zdjąłem spodenki i stanąłem w nogach łóżka.

— Weźmiesz go? — zapytałem zdecydowanie.

— Co? Co ty? — zaczęła się jąkać.

— Kurwa pytam własną żonę, czy mi obciągnie, co cię w tym dziwi? — zacząłem się trochę irytować.

— Ale co się stało, że ty tak nagle… Zaskoczyłeś mnie — zaczęła się tłumaczyć ze swojej reakcji.

Stałem z nabrzmiałym kutasem gotowym do akcji, a ona zadaje tysiąc pytań.

— Podejdź bliżej — rozkazałem. — Chcę, żebyś zrobiła mi pierdolonego loda, co w tym dziwnego?

— Nic, tylko wiesz, my dawno nic, nie… — urwała.

Wszedłem do łóżka i chwyciłem ją w tali. Położyłem ją, zerwałem z niej spodenki i rozwarłem nogi. Zacząłem lizać wnętrze jej ud. Zamknąłem oczy i znowu je widziałem, coś jakby uruchomiło się w mojej głowie. Zacząłem kąsać jej nogi, podążając w górę. Nagle zatopiłem się w jej cipkę.

— Co ty robisz? — zaczęła dyszeć, czułem, że było jej dobrze.

Od razu się ocknąłem, ale musiałem dojść, podbrzusze mnie już za bardzo napierdalało. Chwyciłem ją za nogi i oplotłem je sobie wokół talii, ująłem jej kształtne pośladki i wbiłem się w nią od razu. Krzyknęła.

— Przypominam ci, że masz męża kochanie — zacząłem się w niej rytmicznie poruszać. Była dość ciasna i nie za bardzo na mnie gotowa, a chciałem, żeby też coś z tego miała. Wyciągnąłem kutasa i splunąłem na niego, po czym oblizałem swoje palce i włożyłem w jej cipkę, aby ją bardziej rozluźnić. Zadziałało. Jej jęki przeszły w delikatne westchnienia. Wszedłem w nią znowu i pierdoliłem. Nie chciałem niczego innego tylko w końcu opróżnić jaja. Poruszałem się w niej miarowo, ściskając jej pośladki. Pot płynął mi po plecach, a Magda jęczała z rozkoszy. Zamknąłem oczy, widziałem znowu te niespotykane oczy i wystrzeliłem w rozgrzaną kobiecość mojej żony. Kutas pulsował miarowo, a ja czułem, że osiągnąłem fizyczne spełnienie. Pochyliłem się nad nią i szepnąłem do ucha:

— Dziękuję.

Wyciągnąłem z niej penisa, wytarłem go w swoje spodenki i wyszedłem. Usiadłem w salonie przy zgaszonych światłach. Siedziałem z kolejną szklaneczką płynnego złota i rozmyślałem. Czy był powód do tego, abym analizował swoje małżeństwo na tylu płaszczyznach? Nie było tragicznie, emocje wywołane dniem dzisiejszym zadziałały jak plaster na sączące się rany całego naszego związku. Czy gdybym żywił do niej tylko sentyment, wziąłbym ją tak jak dzisiaj? Nigdy nie byłem wobec niej tak brutalny. A może zawsze chciałem taki być, tylko Magda nigdy mnie takiego nie chciała? Może gdyby moje pożycie spełniało standardy, które tkwiły w moje głowie, lasy zamieszkiwałoby więcej zwierzyny? Próbowałem się oszukiwać, jednak prawda, której tak nie chciałem dopuścić do świadomości, zaczęła do mnie dochodzić. 20 minut temu w sypialni nie brałem żony, mentalnie pieprzyłem Rudowłosą o szmaragdowych oczach.Rozdział 5

Droga do domu rodzinnego minęła mi przyjemnie. Jadąc, układałem sobie w głowie odpowiedzi na prowokacyjne teksty ojca. Tym razem nie dam się sprowokować. Za długo pracowałem nad sobą, żeby się uodpornić na jego toksyczne zachowanie i denne zaczepki. Tak, mogę to powiedzieć z pełną świadomością, Igor Zalewski był największym toksykiem jakiego znałem. Nieważne co się działo i z czyjego powodu zawsze musiał znaleźć się ktoś, kto poniesie jebane konsekwencje, rzecz jasna, nie swoich czynów. Taki już był, ale tylko poza pracą dla najbliższych. W sferze zawodowej zawsze otaczał go wianuszek życzliwych mu ludzi skorych do pomocy, kiedy będzie tego potrzebował. Zaskarbił sobie nawet przychylność księdza proboszcza. Dyrekcja szkoły, wójt gminy, banda komunistów, która grała do jednej bramki.

Dzieliło nas tylko 100 kilometrów albo aż tyle. Nie żyłem z rodzicami zbyt blisko, ale starałem się dzwonić do matki raz w miesiącu. Nie zjawiałem się na uroczystościach rodzinnych, jednak zawsze dbałem by zaznaczyć swoją pamięć o nich, wysyłając kwiaty, czy też drobne upominki. Z Magdą byłem u nich tylko dwa razy, nie akceptowali mojego wyboru, ponieważ nie wziąłem ślubu kościelnego — Magda była ateistką. Mnie wychowali w obrządku katolickim, ale po przyjęciu sakramentu bierzmowania jak większość młodych odszedłem od Kościoła. Nie zależało mi. Może dlatego, że ksiądz był częstym gościem w moim domu rodzinnym i, słysząc to i owo, coraz bardziej się zniechęcałem. Nie było mowy o rodzinnych świętach, dla mnie i mojej żony była to raczej tradycja, a nie aspekt wiary. Najprzyjemniejsza dla mnie była Wigilia, co roku w kole mieliśmy polowanie tego dnia. Piękna tradycja sięgająca czasów przed II Wojną Światową. Boże Narodzenie spędzaliśmy oboje na obiedzie u Krysi i Tomasza. Później zazwyczaj moja żona jechała do swoich rodziców, ja natomiast zostawałem w domu, zasłaniając się pracą. Nie miałem nic do teściów, ale jakoś nie darzyłem ich szczególną sympatią, im też raczej nie zależało na bliższej relacji z zięciem.

Miałem ok 5 kilometrów do celu. Pomyślałem, że kupię mamie kwiaty. Na pewno będzie jej miło w chorobie. Kochała je, miała piękny zadbany ogród pełen rzadkich okazów roślin. Tam spędzała każdą wolną chwilę, czuła się szczęśliwa, kiedy ktoś zapytał o któryś z nich. Mogła opowiadać o swej pasji godzinami.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij