Jej osobisty cień - ebook
Valentina dorastała w cieniu mafijnego imperium swojego ojca, Dona Salvatore. Gdy otrzymuje od niego własne kasyno w Palermo, zamierza udowodnić, że w brutalnym, męskim świecie władza należy się właśnie jej. Nikt nie odbierze jej tego, co zbudowała. Wtedy u jej boku staje Enzo Conte — zimny zabójca i ochroniarz z przydziału, mający sprzątać jej bałagan. Miał być tylko jej cieniem, bronią i tarczą. Nikt nie przewidział jednak, że najtrudniej będzie ochronić Valentinę przed nim samym. Córkę Dona i jej ochroniarza dzieli przepaść, której nie wolno przekroczyć. Im mocniej walczą z zakazanym pragnieniem, tym mocniej zaciska się pętla mafijnych gier. Między rozkazem a obsesją rodzi się uczucie, które doprowadzi do zdrady, wymuszonego sojuszu spiętego obrączką i wojny o wszystko. „Jej osobisty cień” to pierwszy tom sagi „Imperium Morettich”. Romans mafijny dla dorosłych czytelniczek, kochających silne bohaterki i niebezpiecznych mężczyzn.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398189200 |
| Rozmiar pliku: | 9,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Ta książka jest przeznaczona wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+).
„Jej osobisty cień” to mroczny romans mafijny, który nie unika trudnych i brutalnych tematów. Zanim zaczniesz czytać, powinnaś/powinieneś wiedzieć, że powieść zawiera:
• przemoc fizyczną i opisy okrucieństwa (w tym tortury, strzelaniny, okaleczenia i zabójstwa),
• krew i drastyczne sceny śmierci,
• retrospekcję śmierci rodzica na oczach dziecka,
• wulgarny język,
• elementy świata przestępczego: handel narkotykami, wymuszenia, korupcję,
• przymusowe małżeństwo jako element fabuły,
• dynamikę władzy i kontroli między głównymi postaciami,
• jednoznaczne, eksplicytne sceny erotyczne.
Jeśli którykolwiek z tych elementów może być dla Cię trudny lub niekomfortowy, rozważ to przed rozpoczęciem lektury.
Wszystkie postaci i wydarzenia opisane w tej książce są fikcyjne.SPIS TREŚCI
OSTRZEŻENIE O TREŚCI
PROLOG
ROZDZIAŁ 1
ROZDZIAŁ 2
ROZDZIAŁ 3
ROZDZIAŁ 4
ROZDZIAŁ 5
ROZDZIAŁ 6
ROZDZIAŁ 7
ROZDZIAŁ 8
ROZDZIAŁ 9
ROZDZIAŁ 10
ROZDZIAŁ 11
ROZDZIAŁ 12
ROZDZIAŁ 13
ROZDZIAŁ 14
ROZDZIAŁ 15
ROZDZIAŁ 16
ROZDZIAŁ 17
ROZDZIAŁ 18
ROZDZIAŁ 19
ROZDZIAŁ 20
ROZDZIAŁ 21
ROZDZIAŁ 22
ROZDZIAŁ 23
ROZDZIAŁ 24
ROZDZIAŁ 25
ROZDZIAŁ 26
ROZDZIAŁ 27
ROZDZIAŁ 28
ROZDZIAŁ 29
ROZDZIAŁ 30
ROZDZIAŁ 31
ROZDZIAŁ 32
ROZDZIAŁ 33
ROZDZIAŁ 34
ROZDZIAŁ 35
ROZDZIAŁ 36
ROZDZIAŁ 37
ROZDZIAŁ 38
ROZDZIAŁ 39
ROZDZIAŁ 40
ROZDZIAŁ 41
ROZDZIAŁ 42
ROZDZIAŁ 43
ROZDZIAŁ 44
ROZDZIAŁ 45
ROZDZIAŁ 46
ROZDZIAŁ 47
ROZDZIAŁ 48
ROZDZIAŁ 49
ROZDZIAŁ 50
ROZDZIAŁ 51
ROZDZIAŁ 52
ROZDZIAŁ 53
ROZDZIAŁ 54
ROZDZIAŁ 55
ROZDZIAŁ 56
ROZDZIAŁ 57
ROZDZIAŁ 58
ROZDZIAŁ 59
ROZDZIAŁ 60
EPILOGPROLOG
VALENTINA — trzy lata wcześniej
Czarny SUV zatrzymał się gładko tuż przed głównym wejściem do „Paradiso”, a ja przez krótką chwilę pozwoliłam sobie na luksus nieśmiałego uśmiechu. Przez przyciemnianą szybę patrzyłam na nowoczesną fasadę i pulsujące na niej neony. W tym momencie, w moich żyłach, obok zawsze obecnej złości, zaczął krążyć zupełnie nowy narkotyk: władza. Po wczorajszym dniu to miejsce, to kasyno, przestało być kolejnym kamieniem w imperium mojego ojca i stało się czymś o wiele lepszym. Moim własnym królestwem.
Rocco zamknął za mną drzwi. Od moich dwunastych urodzin pilnował moich pleców z niebywałą dokładnością. Mój osobisty cień i egzekutor. Gdy miałam szesnaście lat, mój świat rozpadł się na ostre kawałki. Gdy moja matka dławiła się własną krwią — to właśnie jego szorstkie dłonie wyciągnęły mnie z tamtego zrujnowanego samochodu. To on wygrzebywał mnie z najgłębszego mroku, gdy wyłam z bólu na podłodze, i to on, bez jednego zbędnego słowa, nauczył mnie przekuwać rozpacz w zimną nienawiść — jedyne paliwo, które pozwoliło mi przetrwać każdy kolejny dzień.
Podniosłam głowę, chłonąc widok tego, co od dziś należy do mnie. Powietrze w Palermo lepiło się do skóry, ciężkie od wilgoci znad morza — a ja czułam się, jak nigdy, nie do zdarcia.
Podeszłam bliżej, a szklane drzwi kasyna rozsunęły się z cichym sykiem wpuszczając mnie do środka. Zatrzymałam się na sekundę w progu, żeby nacieszyć się tą chwilą. Dając mi „Paradiso”, ojciec złamał niepisane prawo mafijnych rodzin i wziął na siebie wszystkie spojrzenia, które krzyczały, że postradał zmysły. W naszym świecie kobieta wydziera sobie taką koronę siłą, najczęściej razem z czyjąś krwią. Mnie ojciec ją podał. I oboje wiedzieliśmy, że pasuje na moją głowę jak ulał.
Zrobiłam jeden powolny krok do przodu. Któryś z krupierów nerwowo poprawił rękaw. Ktoś z tyłu zakaszlał. Nikt nie patrzył na mnie wprost. Notowałam każdy z tych drobiazgów, bo od dziś musiałam czytać tych ludzi dwa razy uważniej.
Twardy stukot moich szpilek przecinał powietrze, w którym unosiła się ciężka mieszanka dymu z cygar, burbona i drogich perfum. Minęłam główną salę, czując na sobie wzrok podwładnych ojca. W tamtym momencie widzieli tylko rozpuszczoną gówniarę, której tatuś rzucił kasyno w prezencie, bo znudziły jej się zakupy w Mediolanie i kasowanie drogich aut o latarnie. Wymieniali ukradkowe, kpiące uśmieszki, obwąchując granice mojego terytorium jak sfora krążąca wokół obcego, silniejszego od siebie zwierzęcia. Chociaż w tamtej chwili nie zdawali sobie z tego sprawy.
Zwolniłam. Przy stole pokerowym ktoś śmiał się w głos, żetony stukały o blat w równym rytmie. W tle sączył się jazz, ledwie muskając zmysły na granicy ciszy.
Gdyby matka wciąż żyła, pewnie rozpłakałaby się na sam mój widok. Przez szesnaście lat mojego życia trzymała mnie pod kloszem, próbując za wszelką cenę chronić mnie przed brudem i krwią. Uczyła mnie, jak być damą, podczas gdy bracia uczyli się, jak łamać kości. Ale potem nadszedł ten jeden wieczór, ten, po którym zbierał mnie Rocco. Kiedy umierała na moich rękach, coś we mnie definitywnie pękło i odeszło wraz z nią, zostawiając po sobie wyłącznie czarną, ziejącą pustkę.
Mój ojciec, wielki Don Salvatore, też wtedy to pojął — dotarło do niego, że w naszym świecie niewinna, bezbronna dziewczynka to po prostu wyrok śmierci z opóźnionym zapłonem. Pozwolił mi dorastać w ciemności. A ja tę ciemność pokochałam. Szczerze, bez reszty.
Im bliżej środka sali, tym wyraźniej widziałam Aldo, jednego z kierowników. Rozpierał się o bar, flirtując z młodą kelnerką, a w dłoni obracał szklankę z whisky, nieostrożnie wylewając kilka kropel na moją podłogę. Podeszłam i zatrzymałam się tuż za jego plecami.
— Jesteś w pracy, Aldo — powiedziałam chłodno, nie podnosząc głosu.
Kelnerka lekko zbladła i uciekła wzrokiem w głąb baru. Aldo odwrócił się powoli, niemal leniwie, a jego usta wykrzywiły się w pewnym siebie uśmiechu.
— Spokojnie, signorina Valentina. Wszystko jest pod kontrolą — zamruczał, upijając łyk. — Twój ojciec nigdy nie miał problemu z tym, żebym lekko zwilżył gardło. My wiemy, co robimy. Ty po prostu ładnie wyglądaj.
Władzy nie dostaje się u notariusza. Władzę wyrywa się komuś z gardła. A ja — wbrew temu, co właśnie pomyślał sobie Aldo — bardzo lubię brudzić sobie ręce. I jednego byłam pewna: nikt od tej chwili nie miał prawa zwracać się do mnie w ten sposób. I z prawdziwą przyjemnością nauczę ich wszystkich tej różnicy. Serce przyspieszyło mi z czystej radości, gdy chwyciłam stalowy szpikulec do lodu, który barmanka zostawiła na blacie. Zanim Aldo zdążył mrugnąć, zanim jego rozmiękczony alkoholem i arogancją mózg w ogóle zarejestrował zagrożenie, wbiłam ostrze z całej siły, z góry w dół, przez wierzch jego dłoni. Kolana ugięły mi się ledwie zauważalnie — z podniecenia, nie ze strachu. Stal z chrzęstem przeszła przez skórę i z trzaskiem ugrzęzła w dębowym blacie, przyszpilając go do miejsca. Przełknęłam ślinę i owładnęło mną poczucie, że dotarłam na szczyt.
Aldo zaryczał nieludzko, osuwając się na kolana. Starałam się łapać jego wzrok, ale on swój konsekwentnie kierował w podłogę. Obserwowałam więc, jak ból zmienia jego mimikę.
Przez chwilę żadna z otaczających nas osób się nie poruszyła. Krew spływała powoli po drewnie, jakby sama nie wiedziała, czy powinna się zatrzymać. Może czekała właśnie na pozwolenie. Tak powinno być w tym miejscu, nic nie powinno się dziać bez mojej wyraźnej zgody. Zapatrzona na te kilka spadających kropel usłyszałam, jak ktoś wypuszcza szklankę na podłogę.
Krupier pomylił ruch, a ochroniarze byli tak cholernie zdziwieni sytuacją, że zachowywali się, jakby nic się nie wydarzyło.
Chociaż chyba nie tylko ja wiedziałam, że wszystko właśnie się zmieniło. Czułam bijący od nich strach i ukradkowe spojrzenia na karku. I bawiło mnie to bardziej, niż wypadało. Kiedyś obiecałam sobie, że nikt więcej nie sprawi, że poczuję się słaba. Jeśli ktoś miałby w tym świecie zadawać ból, to będę to ja.
Chwyciłam Aldo za starannie ułożone włosy i brutalnie poderwałam jego głowę.
— Mój ojciec nie miał z tym problemu, póki to było jego kasyno — szepnęłam mu w twarz. — Ale teraz to jest moje kasyno. Wytrzyj ten blat krawatem i wynoś się, zanim każę ci odciąć drugą rękę.
Zerknęłam na kelnerkę, wciąż wciśniętą w głąb baru, teraz już bladą jak kreda.
— A ty wracaj do pracy — rzuciłam już spokojniej. — Nie ty zawiniłaś i nie tobie się oberwało.
Puściłam go, wycierając palce o jego garnitur, i ruszyłam w stronę schodów prowadzących na antresolę.
Gwar powoli powracał i zaczął docierać do moich uszu, ale teraz brzmiał już jakby inaczej. Głosy zdawały się cichsze, ruchy krupierów bardziej nerwowe. Spojrzenia rzucane mi przez mężczyzn straciły kpiącą pobłażliwość. Czyżby przestali widzieć we mnie laleczkę, kolejną zabawkę do potłuczenia? U większości dawną wyższość zastąpił czysty strach. Dobrze. Strach rozumiem. Strachem da się rządzić.
W połowie schodów usłyszałam za plecami chropawe mruknięcie Rocco.
— Piękne zagranie, Val. Brakowało tu kogoś, kto wreszcie chwyci to towarzystwo za pysk.
Poczułam ciepłe ukłucie pod mostkiem — chyba tak właśnie smakuje robota zrobiona dobrze. Ludzie dookoła widzieli w nim tylko pracownika; ja widziałam przyjaciela. A uznanie od Rocco zawsze znaczyło dla mnie najwięcej. Popchnęłam dębowe drzwi i weszłam do gabinetu. Śmierdziało tu starym, mokrym drewnem i dymem z cygar. Mój ojciec całe życie palił te same cygara, a ja przyznaję, że całe życie starałam się zrozumieć jego zamiłowanie do tego, co stare i dobrze znane. Osobiście kochałam zmiany.
— To się nie nadaje. — Spojrzałam z niesmakiem na brązową kanapę, a potem na Rocco.
— Wyrzuć to wszystko. Chcę więcej czerni, skórę, stal i szkło. Tylko biurko zostaje i przesuńcie je bliżej szyby.
Rocco pokiwał głową i stanął przy drzwiach, zamieniając się z powrotem w milczący cień.
Opadłam na skórzany fotel, zarzucając nogi na wypolerowany blat i patrzyłam przed siebie przez weneckie lustro. Całe kasyno pulsowało pode mną jak żywy organizm, a moje serce bez wysiłku dostroiło się do jego rytmu. Uśmiechnęłam się do siebie w półmroku. To mój plac zabaw.
A to dopiero początek.ROZDZIAŁ 1
ENZO — obecnie
Deszcz w Mediolanie czy w Rzymie zmywał krew z betonu szybciej, niż zdążyła w niego wsiąknąć. Lubiłem deszcz. Odwalał za mnie połowę roboty. Przez większość dorosłego życia poruszałem się jak duch — wynajmowali mnie politycy w garniturach wartych więcej niż ich sumienia oraz biznesmeni, którym brakowało odwagi, żeby samodzielnie ubrudzić sobie ręce. Obserwacja, zastraszanie, a kiedy sytuacja tego wymagała — jeden szybki, czysty strzał i temat się zamykał. Wmawiałem sobie, że pozostaję niezależny. Pan własnego losu, wolny strzelec bez właściciela i bez smyczy. Pewnie trwałbym w tym przekonaniu do dziś, gdyby nie ten jeden cholerny błąd, który udowodnił mi, że instynkt potrafi być szybszy od chłodnej kalkulacji. A w moim fachu to żadna zaleta. To wyrok.
Tamtego wieczoru celem stał się drobny bankier, który pożyczył pieniądze nie od tych ludzi, od których powinien. Proste zlecenie — wyciągnąć go z klubu, dostarczyć zleceniodawcom, zainkasować premię. Zero komplikacji, dobra stawka, wieczór wolny. Wszedłem za nim w ślepy zaułek i wtedy z mroku wyłoniło się dwóch facetów z bronią. Szybcy. Profesjonalni. Dla przypadkowego przechodnia praktycznie niewidzialni. Bankier osunął się na kolana i zaczął skamleć tak żałośnie, że niemal zrobiło mi się go żal. Niemal. Współczucie wyciąłem z siebie wiele lat wcześniej, razem z kilkoma innymi zbędnymi odruchami.
I właśnie wtedy instynkt wyprzedził rozsądek. Zamiast wycofać się w cień i pozwolić sprawom potoczyć się własnym torem, wyciągnąłem broń. Oddałem dwa głuche strzały. Obaj egzekutorzy runęli na mokry asfalt, zanim ich palce zdążyły drgnąć na spustach. Czysto. Jak zawsze.
Uratowałem temu idiocie skórę i przez krótką, głupią chwilę uznałem sprawę za zamkniętą — zgarnę zapłakanego bankiera, odbiorę działkę, a wieczór spędzę nad szklanką czegoś mocnego, świętując kolejny przelew. Oj, jak bardzo się wtedy pomyliłem. Nie miałem pojęcia, że ci dwaj na ziemi to dopiero przedsmak. Awangarda. Żywa przynęta na wypadek, gdyby coś poszło nie po myśli zleceniodawcy. Zanim podniosłem bankiera na nogi, wylot zaułka zatarasowały dwa czarne SUV-y. Wysypało się z nich pół tuzina ludzi i wystarczyło mi jedno spojrzenie na ich ruchy — to milczenie, ten sposób trzymania broni, ta ekonomia gestów — żeby zrozumieć, z kim mam do czynienia. Południe. Sycylia. Cosa Nostra. Krótko mówiąc: przejebane.
Uniosłem ręce i przełknąłem ślinę. Wpakowałem się dokładnie między wódkę a zakąskę — przerwałem egzekucję zleconą przez samą organizację, z którą żaden rozsądny człowiek nie zadziera. Szans miałem mniej więcej tyle, co bankier upychany właśnie do bagażnika jak worek śmieci. Potem coś twardego trafiło mnie w tył głowy, kolba karabinu albo sam Bóg, i świat zgasł.
Ocknąłem się na ryflowanej blasze podłogi dostawczego vana. Plastikowe opaski wrzynały mi się w nadgarstki tak głęboko, że palce dawno przestały cokolwiek czuć. W ustach zalegał gęsty, metaliczny posmak własnej krwi i kurzu. Językiem przeliczyłem zęby — komplet. Drobna pociecha, ale w mojej sytuacji liczyła się każda. Oczy zakleili mi taśmą.
Sto szesnaście.
Tyle uderzeń opon o nierówności naliczyłem od chwili, gdy odzyskałem przytomność, do momentu, w którym auto zjechało na żwir. Liczę zawsze. Kroki, sekundy między wdechami, uderzenia serca. Ten nawyk towarzyszy mi, odkąd sięgam pamięcią, i nigdy mnie nie zawiódł — kiedy świat wymyka się spod kontroli, liczby zostają. Trzymają umysł w ryzach. Gdy silnik ucichł, nikt nie bawił się w uprzejmości. Rozcięli taśmę na oczach i wyrzucili mnie na ziemię jak bagaż.
Słońce oślepiło mnie na sekundę, a kiedy źrenice się przyzwyczaiły, zobaczyłem ją — ogromną fortecę rodziny Morettich. Z całej palety możliwości, jakie oferowała Cosa Nostra, trafiłem prosto w sam środek piekła. Podniosłem się z kolan, choć sam nie wiedziałem po co. Może liczyłem, że pionowa postawa odwlecze nieuniknione o kilka minut. Szczęście, które dotrzymywało mi towarzystwa przez ostatnie miesiące, najwyraźniej uznało, że dość się przy mnie napracowało. Wepchnęli mnie bocznym wejściem. Od progu do ciężkich, dębowych drzwi naliczyłem równe siedemdziesiąt osiem kroków. Skrzydła rozwarły się z głuchym jękiem zawiasów i wleciałem do środka, popchnięty czyjąś dłonią.
Kolana boleśnie zderzyły się z dywanem. Łapa goryla wbiła mi się w kark i przygniotła głowę do podłogi. Wspominałem już, jak fatalnie wyglądała moja sytuacja? Czekałem właściwie tylko na jeden dźwięk — cichy szczęk odbezpieczanego pistoletu tuż przy potylicy.
— Podnieście go. Rozetnijcie plastiki i posadźcie na fotelu — dobiegł mnie cichy głos.
Pchnięto mnie na skórzany mebel. Zanim podniosłem wzrok, odruchowo poprawiłem pogniecione mankiety koszuli. Najpierw prawy, potem lewy. Musiały wystawać symetrycznie na milimetr. Nie znoszę chaosu wizualnego.
— Jak się nazywasz?
— Enzo Conte.
— Masz talent, Conte.
Don Salvatore Moretti tkwił w półmroku, poza zasięgiem światła, jakby cień stanowił przedłużenie jego osoby. Nie podniósł głosu ani razu. A kiedy milkł, zapadała cisza, której nie dało się zlekceważyć.
— Zabiłeś dwóch moich żołnierzy, Conte — ciągnął spokojnie. — Zepsułeś mi interes. I humor.
— Nie wiedziałem, że pracują dla ciebie, Don Salvatore. — Spojrzałem mu prosto w oczy, bo ludzie tego pokroju czytają spuszczony wzrok jak przyznanie się do winy. — Odruch.
Kącik jego ust drgnął w czymś, co u kogokolwiek innego uznałbym za zalążek uśmiechu.
— Wierzę ci. Masz instynkt. Szkoda go marnować.
Splótł dłonie na blacie biurka, a powietrze wokół zgęstniało jeszcze bardziej.
— Ale musisz to odrobić. Popracujesz dla mnie. W Palermo. Moja Val niedawno przejęła stery nad miastem. Bystra dziewczyna, tylko wciąż młoda krew. Zadbasz o to, żeby jej królestwo lśniło. Posprzątasz po niej to, co pobrudzi.
Umysł zrobił to, co potrafi najlepiej — w mgnieniu oka obliczyłem odległość do drzwi, liczbę ludzi w pomieszczeniu i prawdopodobne drogi ucieczki. Wynik wyszedł okrągły. Zero. Albo przyjmę propozycję, albo wyniosą mnie stąd w czarnym worku. Po namyśle stwierdziłem — żadnego worka nie będzie. U Morettich sprząta się taniej: dół w lesie, dwie łopaty w ziemi i tyle mnie widzieli.
— Rozumiem — odpowiedziałem równym głosem.
Boss skinął głową.
I tak właśnie stałem się własnością rodziny Moretti.ROZDZIAŁ 2
VALENTINA
Tonęłam w skórzanym fotelu prywatnego salonu VIP, z głową opartą o miękki zagłówek i przez dziesięć, może piętnaście sekund po prostu wpatrywałam się w przestrzeń przed sobą. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Powieki powędrowały w dół. Świat się wyostrzył, a ja słyszałam już tylko własne serce. Czułam cichy szum krwi pulsującej w skroniach, miarowy pomruk klimatyzacji i przytłumiony, głuchy bas, który przebijał się przez podłogę z parkietu kasyna piętro niżej. Pod ścianą, nieruchomi jak dwa posągi, czekali moi goryle. Uwielbiałam ten widok. Porządek, który sama stworzyłam.
Wstałam powoli. Szpilki zatonęły bezgłośnie w grubym dywanie, gdy podeszłam do pierwszego z nich — góry mięśni, która gołymi rękami potrafiła skręcić człowiekowi kark jak kurczakowi. Stanęłam tak blisko, że biło od niego ciepło, a jego serce, zdradliwie głośne, przyspieszało z każdą sekundą. Wciągnęłam ten zapach. Strach ma swoją woń — ostrą, podszytą adrenaliną — i niewiele rzeczy na świecie sprawia mi większą przyjemność. Uniosłam dłonie i powolnym, niemal czułym ruchem wygładziłam klapy jego marynarki. Raz, drugi. Poprawiłam kołnierzyk, a palce powędrowały wyżej, do węzła krawata. Zmarszczyłam brwi.
— Krawat krzywy. Guzik ledwie trzyma się na nitce — wyszeptałam. — Jesteś moją wizytówką, a wyglądasz jak tani rzezimieszek z rynsztoka.
Żyła na jego szyi tętniła w szaleńczym rytmie. Pogłaskałam go po krótko ściętych włosach, jakbym uspokajała posłusznego psa, i nie umknęło mi, że na ułamek chwili przymknął oczy i z trudem przełknął ślinę.
Odwróciłam się do drugiego. Wyższy, z blizną w kształcie maleńkiego serca na skroni — detal, który za każdym razem budził we mnie coś na kształt czułości.
— Broń. — Wyciągnęłam otwartą dłoń.
Nie mrugnął nawet. Sięgnął pod pachę i położył mi na dłoni ciężkiego Glocka. Lojalność albo zwykła kalkulacja. Cofnęłam się o krok, przenosząc wzrok z jednego na drugiego. Zimny metal przyjemnie obciążał mi rękę. Kciukiem zsunęłam bezpiecznik i uniosłam ramię. Wymierzyłam prosto w czoło pierwszego. Potem płynnie przesunęłam lufę na drugiego. I znów na pierwszego.
— Ene, due, rike, fake… — zaczęłam nucić starą dziecięcą wyliczankę, przechadzając się przed nimi leniwym krokiem. — Torba, borba, ósmy smake…
Muszka wędrowała od jednej spoconej twarzy do drugiej. Oddychali coraz szybciej, na skroniach perliły im się krople potu, napięci do granic — a mimo to żaden nie wykonał ruchu zdradzającego chęć ucieczki. Zanotowałam to sobie z satysfakcją. Tresura przynosiła owoce.
— Eus, deus, kosmateus… — Lufa zatrzymała się na sercu tego niechlujnego. Opuszek palca musnął spust. — Ups…
Cisza, jaka zapadła, miała własny ciężar. Słyszałam ich serca, łomoczące jak u zwierzyny zapędzonej w róg. Opuściłam broń. Uśmiech zniknął mi z twarzy, a oczy pociemniały.
— Jeśli jeszcze raz — wycedziłam — zobaczę, że lekceważycie dress code i wyglądacie jak obdartusy, odstrzelę was. Jednego po drugim.
Obróciłam pistolet, chwyciłam za lufę i wcisnęłam rękojeść w pierś drugiego ochroniarza. Cofnął się odrobinę i odruchowo zacisnął na niej dłoń. Kiedy odwróciłam się plecami, usłyszałam, jak obaj wypuszczają z płuc drżące powietrze, dławiąc się własną ulgą.
Gdybym kiedykolwiek zdradziła im prawdę — że nigdy nie pociągnęłabym za spust przeciwko własnemu człowiekowi, chyba że naprawdę by sobie na to zasłużył — przestaliby się bać. A strach trzymał ich przy życiu skuteczniej niż kamizelki kuloodporne. Robił z nich najlepszą ochronę w mieście. Niech się więc boją.
Dopiero teraz, po tej leniwej rozgrzewce, przeniosłam spojrzenie na mężczyznę klęczącego na środku dywanu, który przyglądał się całej scenie z rosnącym przerażeniem.
Bianchi. Siwiejący biznesmen, który od lat prał u nas brudne pieniądze i najwyraźniej uznał, że skoro stery przejęła „dziewczynka”, to pięćdziesiąt tysięcy euro rozpłynie się w powietrzu, a nikt niczego nie zauważy. Ale ja zauważyłam. Moi ludzie tylko czekali na sygnał, żeby połamać mu kolana, ale widok wystających kości popsułby mi humor przed kolacją z braćmi, a spóźnić się nie zamierzałam. Wolałam złamać go po swojemu. Boleśniej i bez jednej kropli krwi na sukni.
— To pomyłka, signorina Valentina! Przysięgam na życie moich dzieci! — Bianchi pocił się tak obficie, że jedwabna koszula przylgnęła mu do brzucha. — Mój księgowy musiał coś źle zaksięgować! Oddam wszystko, co do centa!
Roześmiałam się cicho. Wzięłam ze stołu plik banknotów, podeszłam i przykucnęłam, żeby nasze oczy znalazły się na jednej wysokości.
— Oczywiście, że oddasz — powtórzyłam miękko.
Gruba kropla potu spłynęła mu po skroni i zawisła na żuchwie.
— Mój ojciec za taki numer kazałby odrąbać ci dłonie — ważyłam każde słowo, układając je powoli, jedno po drugim. — Ale ja, Bianchi… ja uczę pokory inaczej. Otwórz usta.
Zacisnął wargi i pokręcił głową.
— Otwórz usta — powtórzyłam. — Albo każę ci je rozerwać.
Zadrżał i rozchylił wargi. Wepchnęłam mu zwitek głęboko do gardła, aż zakołysał się i zakrztusił suchym papierem. Sięgnęłam po butelkę whisky z barku i z absolutnym spokojem wylałam jej zawartość na jego głowę oraz krocze. W nozdrza uderzył mnie ostry smród alkoholu.
Wyjęłam złotą zapalniczkę. Klik. Płomień zatańczył w półmroku. Przysunęłam go do przesiąkniętej spirytusem koszuli, a oczy niemal wyszły mu z orbit. Zakołysałam ogniem w przód i w tył.
— Masz dwadzieścia cztery godziny, żeby przynieść mi moje pieniądze. Plus dwadzieścia tysięcy za fatygę. A jeśli się spóźnisz, jutro ktoś będzie zdrapywał popiół z mojego dywanu.
Pokiwał głową tak gwałtownie, że omal jej nie urwał.
Zatrzasnęłam zapalniczkę z suchym szczękiem.
Przez kilka sekund w pokoju wisiała mieszanka ulgi i napięcia. Moi ludzie trwali w bezruchu. Słyszałam wyłącznie świszczący oddech Bianchiego i miarowy plusk whisky kapiącej z jego brody na dywan.
— Rocco, wypierdol go stąd. Smród jego strachu psuje mi apetyt — rzuciłam z odrazą.
Odwróciłam się i wyszłam.
Korytarzem szłam z uniesioną głową, dumna i nietykalna. Maska trzymała mnie w pionie dokładnie do chwili, w której skręciłam za róg, a stalowe drzwi łazienki na końcu holu zamknęły się za mną z cichym kliknięciem. Wtedy pojawiła się pierwsza rysa.
Oparłam się o marmurową umywalkę i łapałam urywany oddech. Powietrze nagle zrobiło się za rzadkie, jakby ktoś odessał z pokoju połowę tlenu. W nozdrzach wykwitł ten fantomowy, miedziany zapach, który prześladuje mnie od lat — wraca zawsze, gdy adrenalina sięga zenitu. Zapach krwi mojej matki. Odkręciłam kran. Woda lodowata. Wsunęłam pod nią dłonie, chwyciłam szczotkę i zaczęłam szorować. Mocniej. Jeszcze mocniej. W lustrze patrzyłam na własne rozszerzone źrenice, podczas gdy sztywne włosie zdzierało mi naskórek, a piana spływająca do odpływu różowiała. Musiałam to z siebie zmyć. Musiałam odzyskać kontrolę — choćby nad tym jednym centymetrem skóry.ROZDZIAŁ 3
ENZO
Osiem, dziewięć, dziesięć.
Liczę kroki, odkąd sięgam pamięcią. Już jako dziecko odkryłem, że ten prosty rytuał porządkuje emocje, wycisza i każe skupić uwagę na czymś poza kłębowiskiem myśli. Korytarz strefy VIP mierzył dokładnie dwadzieścia osiem kroków, od drzwi windy do samego końca. Rocco taksował mnie wzrokiem jak zło konieczne. Wielki, pokryty bliznami byk z Południa nie ufał ludziom z Północy — choć podejrzewałem, że dla zasady nie ufał nikomu, łącznie z własnym odbiciem w lustrze.
— Słuchaj uważnie, mediolańczyku — warknął, wpychając mi w ręce rolkę worków. — Młoda skończyła w czwórce. Idziesz, zbierasz, jeśli coś zostało, wynosisz tyłem i doprowadzasz pokój do porządku. Bezszelestnie.
Skinąłem głową bez słowa. Piętnaście lat szkolenia, dwie wojny, trzy kontynenty — a oto stoję z rolką worków na śmieci w garści i awansuję na sprzątacza. Ale przyszedłem tu jako nowy, więc najpierw musiałem poznać planszę i rozeznać się w grze. Worki mogły zaczekać.
Ruszyłem korytarzem tuż za nim. Po czterech krokach przystanął i wskazał mi dłonią metalowe drzwi. Dalej poszedłem sam.
Jedenaście, dwanaście, trzynaście.
Ciężkie, rzeźbione drzwi łazienki otworzyły się gwałtownie i uderzyły o ścianę z hukiem, który poniósł się echem.
Powietrze w wąskim korytarzu zgęstniało w jedną sekundę. Rocco — ten sam, który chwilę wcześniej szczerzył na mnie kły z nieukrywaną wyższością — spuścił wzrok na czubki własnych butów i cofnął się pod ścianę z pokorą zbesztanego psa. Gwar rozmów ucichł natychmiast. Cały korytarz wstrzymał oddech.
Zanim w ogóle wyłoniła się z cienia, dotarł do mnie jej zapach — ciężki, odurzający aromat czarnej orchidei, który osiadał w gardle i nie pozwalał o sobie zapomnieć.
Szła powoli, z gracją, w której kryła się obietnica przemocy. Moją uwagę przykuły jej czarne włosy spadające kaskadą na ramiona. Smukłe palce wygładzały zagniecenia na czarnym gorsecie, który opinał ją niczym zbroja. Uosobienie chaosu i zniszczenia — czyli dokładnie tego, co w moim poukładanym świecie budziło najsilniejszy odruch sprzeciwu. A jednak miała w sobie coś jeszcze, coś, przez co nie umiałem oderwać od niej wzroku, choć każda komórka rozsądku kazała mi patrzeć w inną stronę. Czarne spojrzenie potrafiło pochłonąć.
Wszyscy dookoła kładli po sobie uszy i pochylali głowy w geście bezwarunkowej uległości. Ja nie miałem najmniejszego zamiaru tego robić; spuszczanie wzroku nigdy nie należało do moich talentów.
Zatrzymałem się na osiemnastym kroku. Prawą dłoń opuściłem luźno tuż przy kaburze i po prostu na nią patrzyłem. Zmysły pracowały na najwyższych obrotach, chłonąc każdy detal — rytm jej bioder, delikatny rumieniec na wysokich kościach policzkowych, który zdradzał buzującą pod skórą adrenalinę. Czytałem ją tak, jak czytam każdy cel. Tyle że żaden cel nigdy wcześniej nie czytał mnie z powrotem.
Mijając mnie, skrzyżowała ze mną spojrzenie. Jedna ulotna, naelektryzowana chwila.
Zauważyła mnie. Trudno, żeby przeoczyła jedyny element tej żałosnej parady posłuszeństwa, który nie ugiął karku pod ciężarem jej obecności. W jej oczach mignęło coś na kształt zdziwienia, taki krótki błysk, jakby natknęła się na przedmiot leżący nie tam, gdzie go zostawiła.
A potem prześlizgnęła się obok, nie zwalniając kroku, ignorując mnie tak doszczętnie, jakbym był pyłkiem na jej drodze. Jednym chłodnym gestem dała mi do zrozumienia, że w jej królestwie pozostaję niewidzialny. Zniknęła za rogiem, a zapach orchidei wisiał w powietrzu jeszcze długo po niej.
W pokoju, na zrujnowanym dywanie, klęczał mężczyzna. Fizycznie nietknięty. Płakał jak dziecko i drżącymi palcami wyciągał z ust rozmokłe banknoty. Na widok tego bałaganu poczułem znajome ukłucie irytacji.
Zanim do niego podszedłem, wzrok zaczepił mi się o przewróconą kryształową szklankę na stoliku. Podniosłem ją i ustawiłem idealnie równolegle do krawędzi blatu. Dopiero gdy zapanował porządek, mogłem przejść do właściwego zadania i chwyciłem mężczyznę za kołnierz.
— Wstajesz, idziemy — mruknąłem.
Pociągnął nosem, dygocząc jak galareta. Wyglądał, jakby wolał oddać nerkę, niż jeszcze raz spojrzeć jej w oczy. Młoda krew, pomyślałem, oglądając jej robotę. No proszę. Ta kobieta rzeczywiście miała pazur.
Wyprowadzenie go na zewnątrz zajęło mi sto siedemdziesiąt cztery kroki. Przeszliśmy zapleczem, z dala od głównej sali, prosto do stalowych drzwi strefy dostaw. Wyrzuciłem go na bruk, a on zwinął się w kłębek między kontenerami, wciąż ściskając w garści wymięte, mokre od śliny pieniądze.
Rocco opierał się o ceglany mur, przypalając papierosa od taniej zapalniczki.
— Szybko poszło — rzucił, wypuszczając dym nosem.
— Prosta robota — odpowiedziałem obojętnie, wycierając dłonie chusteczką wyjętą z kieszeni. Zerknąłem na masywne, podwójne drzwi ewakuacyjne, przez które przed chwilą przeszliśmy. — Ten zamek pamięta chyba lata dziewięćdziesiąte. Zwykłym łomem wchodzi się tędy w piętnaście sekund.
Rocco zmrużył oczy. Gruba blizna na jego policzku drgnęła z irytacji. Odlepił się od ściany i stanął ze mną twarzą w twarz.
— Płacą ci za sprzątanie, nie za audyt. Wracaj na salę.
Skinąłem głową. Dyskusja z idiotami nie miała sensu — szkoda słów na kogoś, kto ma za sobą tylko siłę.
Wszedłem na główny poziom i dotarła do mnie fala dźwięków typowych dla takich miejsc: brzęk żetonów, szum ruletki, stłumione rozmowy, elektroniczne piski automatów. Dla większości gości to luksusowa świątynia hazardu, ucieczka od szarości. Dla mnie — taktyczny koszmar z tysiącem zmiennych.
Zacząłem obchód, trzymając się krawędzi sali. Umysł sam przeszedł w tryb skanowania; tak działa najlepiej. Odcinam emocje, zostają wyłącznie fakty.
Jeden. Dwa. Trzy.
Kamera w północnym rogu, ta tuż nad stołami do blackjacka, zostawiała martwe pole szerokie na dobre dwa metry. Ktoś ustawiony pod właściwym kątem mógłby tam wyciągnąć broń, a operator w monitoringu połapałby się dopiero po pierwszym wystrzale. Nie mój problem, rzecz jasna. A mimo to zapisałem to w pamięci, bo stare nawyki nie znikają na zawołanie.
Przy barze stało dwóch ochroniarzy. Jeden gapił się w dekolt kelnerki roznoszącej darmowe drinki, zamiast lustrować dłonie gości. Amator. To dłonie zabijają, nie twarze. Drugi przeniósł cały ciężar ciała na prawą nogę — przy ataku z lewej straciłby ułamek sekundy na odzyskanie równowagi. W moim fachu taki ułamek dzieli powrót do domu od wyjazdu w plastikowym worku.
Sunąłem dalej, wtapiając się w cień. Osiemdziesiąt dwa kroki od wschodniej ściany do zachodniej. Cztery wyjścia, dwa częściowo zastawione ciężkimi mosiężnymi donicami z palmami, które w razie paniki zmienią się w śmiertelną pułapkę dla tłumu rwącego do ucieczki. Ktoś tu wydał fortunę na palmy, a poskąpił na zdrowy rozsądek.
Z zewnątrz „Paradiso” prężyło się jak twierdza nie do zdobycia. W środku przypominało ser pełen dziur. Moretti mieli władzę, pieniądze i nazwisko, na którego dźwięk bladło pół Sycylii, ale, na Boga, ich ochrona ugrzęzła w poprzedniej epoce. Stawiali wyłącznie na brutalną siłę odstraszania, nie na strategię. Zatrzymałem się przy schodach prowadzących na antresolę i splotłem dłonie za plecami. Wszystko we mnie buntowało się przeciwko temu, co tu zastałem. A zastałem przede wszystkim bałagan.
Wzrok powędrował mi w górę, w stronę przyciemnionych szyb na piętrze. Tam, gdzie zniknęła ona. Dziewczyna pachnąca orchideą. Otaczało ją stado goryli wielkości dębów, takich jak Rocco, i ani jeden nie zdołałby jej osłonić przed naprawdę dobrze wyszkolonym zabójcą.
Ta świadomość zacisnęła mi się w żołądku nieprzyjemnym węzłem. Bez większego ryzyka pomyłki mogłem uznać ją za najniebezpieczniejszą osobę w tym budynku. A jednocześnie, z czysto taktycznego punktu widzenia, wystarczyłoby jedno dobrze opłacone zlecenie, żeby cała ta potęga rozsypała się jak domek z kart. Jedno zlecenie i ta lwica zostałaby zupełnie bezbronna.
Dziwne. Ta myśl wcale nie przyniosła mi satysfakcji.ROZDZIAŁ 4
ENZO
Trzydzieści siedem. Trzydzieści osiem.
Tyle kroków dzieliło windę towarową od stalowych drzwi ewakuacyjnych na tyłach kasyna. Nacisnąłem ciężką klamkę i w twarz uderzyło mnie chłodne, nocne powietrze Palermo, przesycone wonią gnijących śmieci. Odetchnąłem głęboko i pogratulowałem sobie w myślach: pierwszy dzień za mną. Ten smród i tak bił na głowę duszny zapach cygar i strachu, który dławił mnie na górze.
Przeszedłem przez ciemny zaułek, mijając dwóch palących ochroniarzy. Żaden nie zaszczycił mnie nawet spojrzeniem. W ich oczach pozostawałem kolesiem od ścierania rzygowin i krwi — i bardzo dobrze. Im mniej widzieli we mnie, tym więcej dostrzegałem ja.
Motocykl zostawiłem dwie przecznice dalej, w cieniu pod zepsutą latarnią. Czarny, zmatowiony Ducati Diavel to jedyna rzecz w moim życiu, którą uznawałem za piękną. Kosztował mnie sporą część żołdu z ostatniego kontraktu na Bliskim Wschodzie. Stojąc nad nim, w pełni pojąłem absurdalność swojego położenia. Na koncie miałem dość, żeby przez kilka lat żyć wygodnie i niczego nie tknąć — a tymczasem pieniądze nie znaczyły kompletnie nic. Zabiłem ludzi Dona Salvatore, a na Sycylii takich długów nie spłaca się gotówką. Spłaca się je krwią albo posłuszeństwem. Ojciec Valentiny wybrał dla mnie drugą opcję i, szczerze mówiąc, czułem coś na kształt wdzięczności — w posłuszeństwie zostawała przynajmniej iskierka nadziei na odzyskanie wolności. Przynajmniej tak to sobie tłumaczyłem.
Zrzuciłem tanią, roboczą kurtkę i wyciągnąłem ze schowka własną — ciężką, dobrze skrojoną skórę. Wcisnąłem na głowę kask z przyciemnianą szybą. Gdy opuściłem wizjer, świat dookoła wreszcie zamilkł. Przekręciłem kluczyk, a silnik zaryczał głęboko, wibrując mi między udami. Tylko w tej jednej chwili całego pieprzonego dnia odzyskałem poczucie, że nad czymkolwiek panuję.
Wyjechałem na puste ulice i odkręciłem manetkę. Uśpione Palermo przesuwało się obok jak teatralna dekoracja, a chłodny wiatr napierał mi na pierś.
Piętnaście minut później zatrzymałem się pod starym, odrapanym blokiem na obrzeżach. Wybrałem to miejsce nieprzypadkowo — anonimowe mury, dwa wyjścia ewakuacyjne i sąsiedzi, którzy z zasady nie zadają pytań.
Czterdzieści jeden. Czterdzieści dwa.
Tyle stopni dzieliło zaszczaną, ciemną klatkę od drzwi mojego wynajętego mieszkania na trzecim piętrze.
Wsunąłem klucz do zamka i przekręciłem dwa pełne obroty w lewo. Pchnąłem drzwi powoli, odczekałem sekundę, nasłuchując w ciemności i dopiero wtedy wszedłem.
Mieszkanie powitało mnie ciszą, która wdziera się pod skórę. Postronnemu skojarzyłaby się z grobem; mnie dawała jedyny azyl, jaki umiałem przyjąć. Nigdy nie miałem problemu ze zmianą adresu, bo nigdy nie obrastałem w rzeczy, które potrafią przywiązać człowieka do miejsca. Żadnych pamiątek czy zdjęć. Żadnych roślin, które trzeba podlewać. Każdy przedmiot trzymałem na swoim ściśle wyznaczonym miejscu.
Zdjąłem ciężką kurtkę i przerzuciłem ją przez oparcie krzesła. Podszedłem do okna i z nawyku, którego nie potrafię — a może podświadomie nie chcę — się pozbyć, uchyliłem żaluzję o dwa centymetry. Omiotłem wzrokiem tonącą w czerni ulicę w poszukiwaniu anomalii: nietypowo zaparkowanego auta albo sylwetki czającej się w głębi bramy naprzeciwko.
Ulica tonęła w spokoju. Pusta, czysta. Dopiero teraz poczułem namiastkę bezpieczeństwa.
Pokochałem samotność, bo jako jedyna w moim życiu zachowywała się logicznie i przewidywalnie — nie zadawała pytań, nie mamiła złudzeniami i, co najważniejsze, nie kazała mi sprzątać po kimś innym. W zupełności wystarczało mi sprzątanie swojego bałaganu.
Podszedłem do surowego, kuchennego stołu i wyłożyłem z kieszeni trzy przedmioty: kluczyki do motocykla, jednorazowy telefon na kartę i składany nóż taktyczny z matowym, czarnym ostrzem. Mój kciuk od razu przesunął telefon tak, żeby jego krawędź leżała idealnie równolegle do rantu blatu. Nie odszedłbym od stołu, dopóki bym tego nie poprawił. Trzy narzędzia mojej codzienności, rozdzielone równymi odstępami, układały się na gładkiej powierzchni w symetrię, która koiła mi nerwy.
Próbowałem nie myśleć o swoim położeniu i szło mi to fatalnie. Z głębi żołądka podnosiła się fala, a wraz z nią cały absurd tego cyrku, w którym wylądowałem przez jeden drobny błąd. Pół życia szkoliłem się w bezszelestnym eliminowaniu najtrudniejszych celów. A dzisiaj? Dzisiaj wynosiłem z luksusowego pokoju VIP zapłakanego, trzęsącego się ze strachu mężczyznę, wycierałem świeżą krew z drogiego dywanu i potakiwałem z kamienną twarzą Rocco. Wdepnąłem w to po kolana i nie miałem pojęcia, ile czasu zajmie mi przekonywanie samego siebie, żeby nie strzelić sobie w łeb dla skrócenia formalności.
Upokarzające. A jednak gdzieś pod żebrami tkwiła świadomość, że ten system kar rządzi się własnymi, bezwzględnymi prawami — układ przecież przyjąłem z pełnym rozeznaniem konsekwencji i innego wyjścia, niż przetrwać go za wszelką cenę, nie widziałem. Musiałem czym prędzej zresetować przeciążoną głowę.
Oderwałem się od stołu jednym ruchem, ściągnąłem przesiąkniętą dymem koszulkę, cisnąłem ją w kąt i ruszyłem do łazienki. Pod prysznicem pozwoliłem lodowatym strugom chłostać moje rozgrzane plecy. Cudownie trzeźwiące doznanie — i jedyna forma terapii, na jaką kiedykolwiek się zgodziłem.
Owinąłem biodra ręcznikiem, wyszedłem i skierowałem się do sypialni. Zgasiłem jedyne palące się w mieszkaniu światło i runąłem ciężko na twardy materac. Wyciągnąłem się płasko na plecach, splotłem ramiona pod głową i wbiłem wzrok w sufit.
Wieczory tuż przed snem rezerwuję na rozbiór dnia na czynniki pierwsze. Wygrzebuję z pamięci własne reakcje i poluję na błędy. Jeszcze raz prześledziłem rozmieszczenie kamer w kasynie, odnotowałem niepokojąco długi czas reakcji ochrony. Wszystko, co dziś zarejestrowałem, składało się w jedną spójną mapę słabych punktów i schematów.
A potem moje myśli zaczęły krążyć wokół jednego elementu, który nie pasował do żadnego wzoru — i jednym ruchem rozbił cały mój z trudem sklecony spokój.
Osiemnasty krok na korytarzu.
Valentina.
Zmarszczyłem brwi. Chodzące uosobienie chaosu. Wciąż miałem przed oczami sposób, w jaki się poruszała — z arogancją dziedziczki, która nigdy w życiu nie usłyszała słowa „nie”.
Najbardziej jednak uwierało mnie nie to. Nie strój, nie ten zapach, który przejął władzę nad powietrzem w korytarzu, lecz tamto ułamkowe spojrzenie, które mi rzuciła. W moich rachunkach nie istniało miejsce na kobiety jej pokroju — nieprzewidywalne, rozlewające się jak pożar po suchej trawie. A nic nie budziło we mnie większej niechęci niż rzeczy wymykające się spod kontroli. Zamknąłem oczy i siłą woli wymazałem jej obraz spod powiek.
Jutro znów zacznę liczyć kroki. Będę podnosił szklanki, ścierał cudzą krew i układał świat symetrycznie. Będę duchem. Niewidzialnym trybikiem w maszynie jej ojca. Aż do dnia, w którym ktoś uzna, że odrobiłem swój dług. Pod warunkiem, że wcześniej nie zanudzę się na śmierć.ROZDZIAŁ 6
ENZO
Radio w moim uchu zatrzeszczało. _„Conte. VIP room. Wyprowadź śmiecia”._
Ledwo zdążyłem zgasić silnik vana. Od kilku dni pełniłem wyłącznie funkcję jej pieprzonego sprzątacza. Przez głowę przemknęła mi jedna myśl: gdybym tak wybił ich wszystkich, czy moja kara skończyłaby się szybciej? Może powinienem po prostu zaproponować jej pomoc w przyspieszeniu tych wyroków — w ramach nadgodzin.
Wszedłem na półpiętro klubu. Zanim ją zobaczyłem, znów owinął mnie jej zapach. Ta cholerna czarna orchidea. Zdążyłem wychwycić jedynie rąbek gorsetu znikający za drzwiami ewakuacyjnymi. Wypuściłem powietrze z płuc i pchnąłem drzwi loży VIP, odruchowo kładąc dłoń na broni. Pokój wyglądał na czysty.
Fabbri — nadinspektor trzęsący prewencją w całym Palermo — siedział zgarbiony na kanapie, obejmując się ramionami, jakby zamarzał. Pocił się, dygotał. Nigdzie ani jednego zadrapania.
— Fabbri? — rzuciłem.
Podskoczył przerażony.
— Nie róbcie jej krzywdy… Powiedz jej, że zrozumiałem — mamrotał bez ładu, dławiąc się łzami.
Złapałem go za ramię. Miękkie jak wata. Zmarszczyłem brwi i chłodno omiotłem pokój. Żadnych śladów walki. Żadnych narzędzi. Stałem przez dłuższą chwilę w milczeniu, słuchając wyłącznie jego szlochu. W żołądku znów odezwała się tępa irytacja. Nie rozumiałem tej gry. Postawiłem go do pionu. Dopiero w drodze do wyjścia moja złość zaczęła parować. Patrząc na dygoczącego policjanta, powoli zaczynałem pojmować. Wzbudzić taki strach bez jednego uderzenia — to wymagało wybitnej precyzji. Don Salvatore wyhodował sobie szachistę. Kogoś, kto potrafił bezkrwawo obedrzeć człowieka z duszy i odesłać go do domu.
I nagle, zamiast buntu przeciwko roli sprzątacza, poczułem coś zupełnie innego. Ciemną, niebezpieczną fascynację. Zapragnąłem wreszcie stanąć z tym demonem twarzą w twarz — choć, znając życie, prawdopodobnie tego pożałuję.ROZDZIAŁ 7
VALENTINA
Raz w miesiącu, w niedzielę, budzik nie dzwonił. Jedyna umowa, jakiej w tym mieście nikt nigdy nie złamał — pewnie dlatego, że zawarłam ją sama ze sobą.
Wstałam o szóstej, kiedy niebo nad Palermo miało jeszcze kolor rozcieńczonego atramentu. Żadnych szpilek. Żadnej zbroi. Stare trampki, sprane jeansy, bluza z kapturem i włosy upięte byle jak. Kobieta w lustrze wyglądała jak studentka po nieprzespanej sesji. Uśmiechnęłam się do niej. Dawno się nie widziałyśmy.
W podziemnym garażu czekało osiem opancerzonych potworów z mojej kolumny. SUV-y i limuzyny, do których zawsze wsiadałam z tyłu: wożona, pilnowana, zamknięta za kuloodporną szybą. A obok nich, niskie i czarne, czekało jedyne auto, które prowadziłam sama. Wśliznęłam się za kierownicę Aventadora i drzwi opadły nade mną z cichym sykiem. Żadnego szofera, żadnego głosu w słuchawce meldującego, że cel się przemieszcza. Odchyliłam czerwoną klapkę i wcisnęłam starter, a dwanaście cylindrów obudziło się z gardłowym rykiem. Moja bestia, która słuchała wyłącznie mnie.
Rocco czekał przy wyjeździe, oparty o swój wysłużony jeep. Nie odezwał się ani słowem — nasza niedzielna umowa słów nie potrzebowała. Jedzie za mną, byle nie za blisko, i przez cały dzień udaje, że go nie ma. W te niedziele przestawał istnieć jako mój egzekutor. Zostawał cieniem cienia, sunącym gdzieś na granicy lusterka.
Zanim wyjechałam z miasta, skręciłam w wąską uliczkę, do której nie zaglądał już żaden przewodnik. Na rogu od zawsze tkwiła Lodziarnia starego Saveria. Pamiętam ją w najdrobniejszych szczegółach — te same dwa wąskie wejścia, ta sama wyblakła markiza, ta sama cynkowa lada, wytarta przez sto lat opierania na niej łokci. O tej porze świeciła jeszcze pustkami.
Saverio podniósł wzrok znad kuwet bez cienia zdziwienia, jakbym wpadała tu codziennie, a nie raz na kilka tygodni.
— Gelso? — zapytał tylko, sięgając już po brioche. Nie musiałam odpowiadać. Mama zawsze brała dla nas dwie porcje czarnej morwy wciśnięte w ciepłą bułkę i jadłyśmy je na schodku tuż przed wejściem, brudząc sobie usta i nosy na fioletowo.
Wzięłam brioche, usiadłam na tym samym kamiennym schodku, przejechałam dłonią po pustym miejscu obok mnie i ugryzłam. Smak był dokładnie taki sam jak lata temu — słodki, z tą jedną nutą goryczy, której nigdzie indziej nie potrafiłam odnaleźć. Przez chwilę miałam osiem lat, a obok mnie siedziała kobieta, która jeszcze nie wiedziała, że umrze na moich rękach.
Wytarłam usta wierzchem dłoni, zostawiłam na ladzie więcej niż trzeba, i wyjechałam z Palermo, zanim miasto zdążyło obudzić się na tyle, by mnie rozpoznać. Droga na południe pustoszała z każdym kilometrem. Asfalt, potem serpentyny, potem już tylko wzgórza. Te spalone słońcem, złote, pachnące dzikim koprem i nagrzaną ziemią. W lusterku, równo i wiernie, sunął jeep Rocco. Codziennie dziękowałam za niego. Nie wiem tylko komu. Bogu? Gwiazdom?
Winnica leżała tam, gdzie kończył się asfalt i zaczynało moje prawdziwe, spokojne życie. Stary kamienny dwór, szpaler cyprysów, rzędy winorośli schodzące w dolinę jak zielone żebra. Gdy zgasiłam silnik, otoczyła mnie cisza, jakiej w Palermo zwyczajnie nie ma. Pełna cykad i niczego ode mnie niewymagająca.
Zanim zdążyłam wysiąść, w moim kierunku zmierzały już dwa rude setery i obtańczyły auto, szczekając tak, jakbym wracała z wojny. Na ganku stanęła Elena, wycierając ręce w fartuch, a za nią Mario, z sekatorem w dłoni i słomkowym kapeluszem zsuniętym na tył głowy. Nie kłaniali się. Nigdy się nie kłaniali. Dla całej Sycylii byłam Valentiną Moretti; dla tych dwojga byłam dziewczynką, która rozbiła sobie kolano na ich podwórku i której matkę znali dłużej i lepiej, niż ja zdążyłam ją poznać.
Rocco zaparkował tuż za mną i wysiadł, tego dnia na moment przestając być cieniem. Elena rozpromieniła się na jego widok, złapała go za twarz obiema dłońmi i zaczęła łajać po sycylijsku, że schudł, że za mało śpi, że znowu nie był na niedzielnej mszy. Rocco, człowiek, na którego widok bledli dorośli mężczyźni, pochylił głowę jak skarcony chłopiec i pozwolił ucałować się w oba policzki. Znał to miejsce dłużej niż ja samą siebie. Woził tu mnie i moją matkę, jeszcze w dzieciństwie, kiedy nie wiedziałam, że świat potrafi rozpaść się w ciągu jednej nocy. Dla Maria i Eleny nigdy nie pozostał moim egzekutorem. Pozostał po prostu nasz.
✦ ✦ ✦
W dniu moich dwunastych urodzin ojciec nie dał mi konia ani pierścionka po babce. Dał mi człowieka.
Sala balowa naszej rezydencji tonęła w tym dniu w balonach i różowych kwiatach, których nie wybierałam. Dorośli ściskali mi policzki i powtarzali, jaka to ze mnie śliczna mała księżniczka, a ja, spięta do granic, udawałam, że nad wszystkim panuję. Pod tym „wszystkim” kryły się emocje, które tego dnia kotłowały się we mnie bez opamiętania. Stałam w sztywnej, koronkowej sukience i uśmiechałam się grzecznie, bo tak wypadało. Bo tak kazała mama. A jednak już wtedy wiedziałam, że dla większości z tych ludzi stanowię wyłącznie ładny dodatek do nazwiska Moretti.
Ojciec poprowadził mnie na bok, w stronę człowieka, który stał pod ścianą i wyglądał jak wykuty z kamienia.
Był ogromny. Naprawdę ogromny dla dwunastoletniej dziewczynki. Najwyższy mężczyzna, jakiego widziałam, z twarzą pooraną bliznami i dłońmi wielkimi jak bochny chleba. Dzieci omijały go szerokim łukiem. Nawet dwie moje młodsze kuzynki schowały się za matkami, kiedy tylko na nie spojrzał.
— To jest Rocco — powiedział ojciec, chwytając mnie mocniej za dłoń. — Od dzisiaj chodzi tam, gdzie ty. Śpi pod twoimi drzwiami. Masz go słuchać.
Kątem oka zobaczyłam, jak matka zaciska usta. Wiedziałam, co myśli. Chciała trzymać mnie pod kloszem jeszcze choć rok. Ale w naszym domu zdanie Dona Salvatore było ostatnie. Odwróciła wzrok. A ja, pomimo młodego wieku, doskonale wiedziałam, czym zajmuje się ojciec, nawet jeśli matka trzymała mnie od tego z daleka.
Dorośli czekali, aż się rozpłaczę albo schowam za jej spódnicą, jak tamte głupie kuzynki. Nie zrobiłam żadnej z tych rzeczy. Zadarłam głowę, spojrzałam olbrzymowi prosto w oczy i zadałam pytanie, od którego matce odpłynęła krew z twarzy.
— Zabiłeś kiedyś kogoś?
W sali zapadła cisza, a ojciec uniósł brew, na wpół rozbawiony.
Rocco się nie zaśmiał. Nie powiedział, że to nie pytanie dla małych dziewczynek. Nie skłamał. Przyklęknął na jedno kolano, żeby nasze oczy znalazły się na tej samej wysokości. Ten ogromny, przerażający człowiek uklęknął przede mną na oczach całej sali.
— Tak, principessa — odpowiedział cicho, tylko do mnie. — Wielu. I jeśli ktoś kiedyś spróbuje skrzywdzić ciebie, zabiję także jego. To moja jedyna praca.
Nie poczułam strachu. Wręcz przeciwnie, tego dnia wreszcie poczułam się bezpieczna.
— Nie mów do mnie „principessa” — oświadczyłam, krzyżując ramiona. — Tak mówią wszyscy ci fałszywi ludzie. Mam na imię Valentina.
Coś drgnęło w kąciku jego pokrytych bliznami ust. Nie był to uśmiech — Rocco nie uśmiechał się prawie nigdy — ale było blisko.