Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Jej piękna twarz - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
8 września 2019
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Jej piękna twarz - ebook

Dwie przyjaciółki. Jedna z nich nie jest osobą, za którą się podaje. Obie mają mroczne tajemnice.

Dla Frances Metcalfe każdy dzień to walka o przetrwanie.
Frances nie pracuje zawodowo, a cały swój czas poświęca synowi, który od przedszkola sprawia problemy wychowawcze. Kiedy został przyjęty do prestiżowej prywatnej szkoły, kobieta miała nadzieję, że teraz będzie mogła żyć normalnie. Usilnie stara się dopasować i odnaleźć w gronie rodziców, pomimo swoich kompleksów związanych z nadwagą, samotnością i brakiem wiary w siebie. Wkrótce jednak niemiły incydent z udziałem jej syna stawia ich oboje poza nawiasem szkolnej społeczności. Frances czuje się samotna jak jeszcze nigdy w życiu.
To się zmienia, kiedy poznaje Kate Randolph.
Kate jest dokładnym przeciwieństwem Frances - piękna, bogata, silna i pewna siebie - ale z jakiegoś powodu chce przyjaźnić się tylko z nią. Łączy je lekceważenie dla snobek ze szkoły i gorąca miłość do swoich synów. Wkrótce jednak wyjdzie na jaw pewna mroczna tajemnica, która zachwieje tą wartościową znajomością.
Bo jedna z tych dwóch kobiet nie jest osobą, za którą się podaje. Nosiła kiedyś inne nazwisko. Nazwisko związane z głośnym morderstwem.

Robyn Harding, autorka "Złego towarzystwa", snuje na kartach swojej nowej powieści gęstą sieć kłamstw, mistyfikacji i zdrady, aby postawić przed czytelnikiem pytanie: czy człowiek jest w stanie się zmienić? A nawet jeśli tak, to czy można mu wybaczyć winy z przeszłości?

To może być thriller tego lata.
"Toronto Star"

Harding mistrzowsko buduje delikatne poczucie zagrożenia. Przeraża i robi wrażenie.
"Kirkus"

Harding odkrywa tajemnice powoli, niczym Liane Moriarty w "Wielkich kłamstewkach". Podobieństw między tymi dwiema książkami jest zresztą więcej.
"Booklist"

Domowy thriller, doskonały dla fanów B. A. Paris, Meg Mirandy i Liane Moriarty. Czyta się z przyjemnością. Napięcie serwowane jest w takich dawkach, że nie sposób się oderwać. A to, czego się powoli dowiadujemy, szokuje coraz bardziej.
"BookReporter"

Robyn Harding jest scenarzystką i pisarką, autorką między innymi międzynarodowego bestsellera "Złe towarzystwo". Mieszka w Vancouver z mężem i dwojgiem dzieci.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8169-779-8
Rozmiar pliku: 477 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

„Arizona Globe”, piątek, 1 marca 1996

POSZUKIWANIA ZAGINIONEJ NASTOLATKI WCIĄŻ TRWAJĄ

Zrozpaczeni rodzice od tygodnia czekają na powrót córki

PILAR HERNANDEZ

Phoenix

Wieczorem 23 lutego br. piętnastoletnia Courtney Carey, mieszkająca z rodzicami w Tolleson na przedmieściach Phoenix, wyszła z domu na spotkanie z koleżankami i od tamtej pory nikt jej nie widział. Jak twierdzą koleżanki, z którymi miała się spotkać, nie było jej w umówionym miejscu, co raczej rzadko jej się zdarzało.

Policja i rodzina wraz ze znajomymi przeszukali całą okolicę. Nie natrafiono na żaden ślad zaginionej. Jej rysopis: 15-latka rasy białej, wzrost 162 cm, brązowe włosy i oczy. Miała na sobie dżinsy, czerwoną flanelową koszulę i sportowe buty do biegania.

Policja prosi o kontakt każdego, kto widział Courtney Carey lub wie, gdzie można ją znaleźć.FRANCES

teraz

Frances Metcalfe nie przepadała za dużymi imprezami, w szczególności zaś nie lubiła balów kostiumowych. Zamiast uczestniczyć w czymś takim, wolałaby już zostać w domu i własnoręcznie przekłuć sobie sutki szydełkiem, ale cóż, jeśli ma się dziecko w Forrester Academy, to obecność na wydarzeniach, podczas których zbiera się fundusze dla szkoły, jest obowiązkowa. Placówka potrzebuje regularnych zastrzyków gotówki, mimo że czesne wynosi trzydzieści tysięcy dolarów.

Hasło przewodnie balu: LATA OSIEMDZIESIĄTE!

Czyli: TAK, TAK, PRZEBIERZ SIĘ ZA SWOJĄ ULUBIONĄ GWIAZDĘ Z TAMTEJ DEKADY!

Ona wzięła to całkiem dosłownie i przebrała się za Cyndi Lauper. Ceniła tę wokalistkę za działalność społeczną na rzecz osób LGBTQ, a jej piosenki były jak ścieżka dźwiękowa dawno minionego wieku niewinności. Niestety falbaniasta spódnica plus komplet dodatków – pasków, naszyjników i apaszek – to nie był najkorzystniejszy wybór dla kobiety o krągłych kształtach; w jaskrawoczerwonej peruce i kolorowym makijażu czuła się jak skrzyżowanie kopniętego klauna i zażywnej kloszardki.

Skulona z zażenowania błąkała się po sali gimnastycznej. Wszędzie wisiały pęki neonowych serpentyn, a ręcznie malowane plakaty biły po oczach krzykliwymi hasłami:

WIĘCEJ CZADU!

ALE SIARA!

ODLOT!

Dekoracje wykonane przez szóstoklasistów pani Waddell mocno kłóciły się z wyszukanym cateringiem i atrakcyjnymi kelnerkami w czarno-białych strojach, które krążyły pomiędzy gośćmi z tacami pełnymi porcelanowych miseczek z sałatką ceviche, kapeluszy grzybów faszerowanych owocami morza i kanapeczek z wołowiną wagyu. Frances obiecała sobie, że na balu nie weźmie do ust ani kęsa. Przed wyjściem z domu najadła się surowych warzyw, tak jak radziły wszystkie fitnessowe czasopisma. Tyle już było psychologicznych artykułów wyjaśniających, dlaczego ludzie się przejadają – Jak dokarmiamy emocjonalny ból, Jak jedzenie zastępuje nam miłość – a i tak każdy poradnik zalecał to samo: jeśli chcesz oprzeć się pokusom superkalorycznych przekąsek na imprezie, przed wyjściem napchaj się warzywami. Tyle że na imprezie wcale nie je się z głodu, lecz ze strachu.

Strach – to może nieco zbyt mocne określenie. Frances czuła ucisk w żołądku, lekko drżały jej ręce i miała spocony, swędzący kark. To była raczej fobia towarzyska, łagodna, niekiedy tylko nasilająca się mniej więcej do stanów średnich; cierpiała na nią od lat. Jeśli człowiek ma swoje tajemnice, jeśli jego przeszłość skrywa fakty, których trzeba pilnie strzec, to odechciewa się pogawędek. Do tego doszła jeszcze nadwaga – dziesięć kilo przy wzroście metr sześćdziesiąt pięć – no i ten skromniutki czek, który przed chwilą włożyła do ozdobnej skrzynki na datki, mając stuprocentową pewność, że organizatorki szkolnej zbiórki, wśród których było kilka żon multimilionerów z Microsoftu, będą się nad nim śmiały do rozpuku. Ani jedno, ani drugie bynajmniej nie dodawało jej wiary w siebie.

A jednak niepokój dręczący Frances tego właśnie wieczoru nie wziął się z przeszłości ani ze wstydu związanego z nadwagą i niefortunnym strojem. Zrodził się tu i teraz. Rodzice uczniów Forrestera nie akceptowali jej, a ich wrogość była wręcz namacalna. Krążąc w tłumie, widziała, jak kolejno, niczym na komendę, odwracają się do niej plecami; od czasów szkoły średniej nie czuła się tak otwarcie bojkotowana. Zgarnęła drugi kieliszek wina z tacy przechodzącej kelnerki i wepchnęła do ust arancini, ryżową kulkę nadziewaną truflami.

Kiedy jej syn Marcus dostał się do Forrester Academy, Frances wiele sobie po tym obiecywała. Była to w końcu jedna z elitarnych prywatnych szkół w obrębie metropolii Seattle. Marcus był już w wieku gimnazjalnym; stał się trochę dojrzalszy i spokojniejszy. ADHD plus zaburzenie opozycyjno-buntownicze, które rozpoznano u niego w pierwszych latach szkolnej nauki, powoli dawały się opanować. Terapie behawioralne, gorliwie przerabiane przez nią z synem przez kilka ostatnich lat, chyba się sprawdzały, a po odstawieniu cukru i glutenu chłopak niemalże spotulniał. Frances była pewna, że w nowoczes­nym budynku ze szkła i metalu syn znajdzie świetne warunki do rozwoju, że rozkwitnie w ramach prywatnego szkolnictwa, lepiej zorganizowanego i nastawionego na ucznia. Dla niej samej ta szkoła też miała być szansą, aby zacząć wszystko od nowa.

Mamy z Forrestera nie wiedziały, że Frances Metcalfe mieszka w skromnym jednopiętrowym domu, maleńkim jak na Clyde Hill, bo w tej ekskluzywnej północno-zachodniej dzielnicy miasta Bellevue było wiele wspaniałych rezydencji. Nie wiedziały też, że Jason, mąż Frances, kupił ten dom, zbudowany tanim kosztem jeszcze w latach osiemdziesiątych, od ciotki, siostry swojego ojca, za mniej więcej jedną piątą jego aktualnej wartości. Nie miały pojęcia, że oba samochody Metcalfe’ów – subaru outback i volkswagen jetta – były z leasingu, a Jason nie zarabiał aż tyle, żeby stać go było na prywatną szkołę dla syna, i musiał wziąć kredyt pod zastaw domu, który już się sypał i panował w nim wieczny rozgardiasz, bo Frances nie była w stanie utrzymać porządku. Szkołę średnią zaczynali więc jakby od zera. Miał to być nowy rozdział dla całej rodziny.

Ten rozdział dobiegł końca po trzech tygodniach nauki.

Awantura z Abbey Dumas pogrzebała ich na amen – i Marcusa, i Frances. Abbey czepiała się go i dokuczała mu tak długo, aż zemścił się na niej w sposób tyleż obrzydliwy, co pomysłowy: na którejś z przerw znalazł butelkę, z której piła jego dręczycielka, odkręcił ją i nasikał do środka. W sumie nic strasznego się nie stało. Abbey wyszła z tego właściwie bez szwanku (wypiła raptem łyk i od razu poleciała z krzykiem do wychowawczyni). Szkolna społeczność nie mogła darować czegoś zupełnie innego, tego mianowicie, że całe zajście miało „niepokojący charakter”. Niepokojący! Jakby każdy łobuziak z szóstej klasy miał wyrosnąć na dewianta, który podgląda ludzi w ubikacji, maltretuje koty, a w piwnicy trzyma pod kluczem gromadę seksualnych niewolnic. Frances od razu zapisała syna na regularne spotkania z psychologiem dziecięcym, ale rodzice Abbey zażądali usunięcia Marcusa ze szkoły. Dyrekcja wzięła jego stronę, wyjaśniając, że u Forrestera nie skreśla się uczniów tak od ręki. „Wszyscy, cała szkolna społeczność, musimy sobie z nimi radzić”, powiedzieli.

W oddali zamajaczyła czekoladowa fontanna, oaza na pustyni pełnej sobowtórów Madonny i Adama Anta. Frances wiedziała, że powinna panować nad swoim apetytem, ale maczając owoce w płynnej czekoladzie, miałaby przynajmniej zajęte ręce i wyglądałaby, jakby coś robiła. Nie mogła już wrócić do stolików, gdzie odbywały się ciche aukcje, bo już tam była, i zapisała się do licytacji karnetów do spa i koszyków z jedzeniem (oby tylko niczego nie wygrała!). Jason zniknął jej z oczu, pochłonął go tłum rodziców, zupełnie jednakowych w perukach typu „krótkie z przodu, długie z tyłu” i ciuchach mącących wzrok paletą neonowych barw. Ruszyła z miejsca, biorąc kurs prosto na gejzer opływający soczystym, połyskliwym brązem.

Mogła wziąć owoc – zmniejszyć siłę rażenia bomby kalorycznej – ale biszkopt leżący na półmisku tuż obok, wilgotny i kuszący, wyglądał tak apetycznie, że błyskawicznie porwała długi widelec z drewnianą rączką i nabiła na niego największy kawałek, aby zanurzyć go w słodkim strumieniu. W tej samej chwili, gdy lepki, gąbczasty kąsek zniknął w jej ustach, wyczuła czyjąś obecność. Ktoś stał tuż za nią.

– Cześć, Frances. – Powitanie zabrzmiało chłodno, dało się to zauważyć, ale przynajmniej nie było w nim słychać otwartej wrogości. Odwróciwszy się, zobaczyła Allison Moss. Szczupłe, sprężyste ciało opięte od stóp do głów spandeksem: Olivia Newton-John, żywcem wyjęta z teledysku Physical. No świetnie.

– Szef, Alifon – wymamrotała z ustami pełnymi ciasta.

– Ty jesteś… Boy George?

Frances jak szalona usiłowała przełknąć, ale nasiąknięty czekoladą biszkopt zmienił się w gęstą masę, która za nic w świecie nie chciała się odkleić od podniebienia.

– Syl-di Lam-peł – udało jej się wydukać.

– Śliczne te dekoracje, nie sądzisz? Bardzo mi się podoba, że dzieciaki zrobiły je same.

– Tak, supeł. – Wyszedł z tego raczej mało apetyczny bulgot.

Allison wzięła widelec, nabiła na niego truskawkę i wsunęła ją do ust, rezygnując z czekolady.

– No a jak tam Marcus? – zapytała. – Podoba mu się w szkole?

Czy w tym pytaniu słychać było szyderstwo? Szczyptę okrutnej ciekawości? A może przemawiała przez nią szczera troska o Marcusa? Od awantury z Abbey Dumas minął blisko miesiąc, może ludzie zaczęli już zapominać? Może życie po prostu toczy się dalej?

– Radzi sobie – odparła Frances. – Chyba się trochę zaaklimatyzował.

– W nowej szkole na początku bywa trudno – przytaknęła Allison z uśmiechem, a jej zrobiło się ciepło na sercu. Ta kobieta umiała ją zrozumieć. Tak, nowemu uczniowi jest ciężko i właśnie dlatego Marcus zrobił to, co zrobił. Abbey mu dokuczała, a jego poniosło. To było głupie. I obrzydliwe. Ale przecież to tylko dzieciak…

– A jak tam… – Urwała w pół słowa, nie mogąc przypomnieć sobie, jak ma na imię córka Allison. Lila? Lola? Leila? Była w wieku jej syna, ale nie uczyli się razem.

– Marcus to kawał chłopa. – Allison najwidoczniej nie chciała zmieniać tematu i rozmawiać o własnym dziecku. – Wzrost ma po ojcu, to widać.

– Tak, w rodzinie Jasona jest sporo wysokich osób.

– Miło, że się dzisiaj pokazał. Nieczęsto mamy przyjemność go widywać.

Nie wiedzieć czemu Jason nie był w tej społeczności wyrzutkiem jak jego żona i syn. Prezentował się świetnie: wysoki, ciemnowłosy i przystojny (wszystko, oprócz wzros­tu, po matce Meksykance, kobiecie wyjątkowej urody). „Z takim uśmiechem mógłby krew wypić i dziurki nie zrobić”, powiedziała kiedyś jedna z zauroczonych mężem Frances matek z Forrestera. Poza tym raczej odcinał się od swojego trudnego syna i nieudolnej żony. Uciekał w pracę. Był technikiem i kończył zmiany o ósmej wieczorem, a kilka razy w miesiącu musiał zostawać dłużej, aż do północy. Jako jedyny żywiciel rodziny nie mógł, ma się rozumieć, odpowiadać za problemy wychowawcze Marcusa. Ten ciężar spoczywał w całości na barkach prowadzącej dom matki.

Frances odwróciła głowę, podążając za wzrokiem Allison Moss. Dopiero po dobrej chwili rozpoznała męża w fedorze, którą włożył na tę okazję. Wyglądał jak spod igły: materiałowe spodnie z zaszewkami leżały jak ulał, marynarka z wiśniowego atłasu podkreślała mocne, szerokie ramiona (był przebrany za Johna Taylora z Duran Duran). Prowadził ożywioną rozmowę z drobną kobietą o azjatyckich rysach i lwiej grzywie sztucznych włosów, wystrojonej w króciusieńką skórzaną mini. Tina Turner, któż by inny. Akurat odrzuciła głowę do tyłu, śmiejąc się z czegoś, co powiedział: jej dłoń spoczywała lekko na lśniącym, czerwonym rękawie jego marynarki. Z daleka było widać, że mąż Frances jej się podoba.

– Chyba bawi się całkiem nieźle – zauważyła Allison. I to już było to: w tych słowach, subtelnie, lecz bez pudła, zabrzmiały protekcjonalność i drwina, coś, czego Frances nauczyła się oczekiwać od matek z Forrester Academy. Jednakże tym razem w znanej śpiewce pojawił się nowy wątek. Do tej pory miała wrażenie, że inni rodzice uważają ją po prostu za nieudolną matkę, ale teraz Allison Moss zmieniła taktykę, orzekając, że pani Metcalfe nie nadaje się również na żonę. Taktyka była skuteczna. Frances zdążyła się już w pewnym stopniu uodpornić na krytykę swoich metod wychowawczych, ale wobec zarzutów względem małżeństwa z Jasonem była całkiem bezbronna. Wiedziała, że obcy ludzie, zwłaszcza kobiety, dziwią się, słysząc, że jest jego żoną. Jason – towarzyski, atrakcyjny, wysportowany, i ona – pulchna, nudna mysz. „Taka ładna buzia…”. Nigdy nie słyszała nic okrutniejszego na swój temat.

Allison dalej przyglądała się z daleka rozmowie męża Frances i jego zalotnej adoratorki.

– May jest cudowna, nie sądzisz? – powiedziała. – A te nogi! Jej mąż został dyrektorem azjatyckiego działu Expedii i wyjechał do Hongkongu, a ona postanowiła zostać. Rozwód to trudna sprawa, ale poradziła sobie znakomicie.

Cudowna May stuknęła się z Jasonem kieliszkiem. Za co wypili? Może za to, co ich łączyło, czyli za bezdyskusyjną wyższość nad ślubnymi partnerami? Frances zdawała sobie sprawę, że doświadcza klasycznej projekcji: postrzegała męża poprzez swoje kompleksy. Jason regularnie zapewniał, że ją kocha, że w jego oczach jest atrakcyjna, że niczego nie żałuje, ale dla niej – i zresztą nie tylko dla niej, bo dla Allison i wszystkich innych też – było jasne, że mógłby mieć znacznie lepszą żonę. Patrzyła, jak trzęsie się ze śmiechu po czymś, co powiedziała May, i w gardle stanęła jej gorzka, trudna do przełknięcia gula.

– May znajdzie sobie kogoś lepszego. – Allison odwróciła się do niej z uśmiechem na ustach. – Nie Jasona, rzecz jasna. Ty jesteś jego żoną. – A potem, sięgając po następny krojony owoc, mruknęła pod nosem: – Szkoda.

Naprawdę to powiedziała? Naprawdę była aż tak okrutna? Frances nie wierzyła własnym uszom. Miała w głowie jeden wielki wir, w którym wszelkie klarowne myśli zostały wyparte przez czyste emocje – przykrość, zazdrość, złość. Czas jakby stanął w miejscu. Spojrzała z góry na filigranową Allison Moss, spokojną, doskonałą w każdym calu i tak bardzo zadowoloną z siebie. Chwila zawieszenia trwała, a ona, puściwszy wodze fantazji, napawała się myślą, jak dobrze by się poczuła, gdyby mogła zabić tę kobietę. Zatłuc ją na śmierć fontanną do czekolady. Urządzenie pewnie nawet nie ważyło dziesięciu kilo i po wyłączeniu z gniazdka dałoby się je z łatwością chwycić oburącz jak maczugę. Trudno sobie wyobrazić broń mogącą narobić większego bałaganu, ale była w tym jakaś smakowita ironia: wysportowana, smukła Allison Moss zamordowana narzędziem aż klejącym się od cukru i kalorii. W uszach Frances zabrzmiał trzask ptasiej czaszki tej kobiety od uderzenia metalową podstawą. Oczami wyobraźni zobaczyła kałużę krwi zmieszanej z płynną czekoladą: obrzydliwą, słodko-słoną maź. Ile razy trzeba by było walnąć, aby mieć pewność, że Allison nie żyje? Trzy? Na pewno nie więcej niż cztery. Przynajmniej raz miałabym pożytek z tej mojej tuszy, pomyślała Frances.

Mogłaby też, ewentualnie, udusić gwiazdkę rady rodziców gołymi rękami. Złapać ją za żylastą szyję, zacisnąć pulchne paluchy na jej gardle. Cóż by to była za przyjemność słuchać, jak rzęzi i charczy, walcząc o każdy oddech; co za rozkosz patrzeć, jak w jej oczach gaśnie okrutny blask, a chłopięce ciało wiotczeje i wreszcie osuwa się bezwładnie na parkiet sali gimnastycznej. Ten sposób był zdecydowanie bardziej higieniczny, ale i bardziej czasochłonny. Zachodziło ryzyko, że ktoś z kliki Allison zdążyłby doskoczyć i odciągnąć napastniczkę, zanim byłoby po sprawie.

Frances wiedziała, że nie jest chora psychicznie. To była fantazja, całkiem niegroźny mechanizm obronny. Tak w każdym razie sama o tym myślała z braku fachowej diagnozy, bo nigdy w życiu nie powiedziałaby o tych agresywnych myślach żadnemu psychologowi, a już na pewno nie takiemu, który znał jej przeszłość. Trudno jednak było się dziwić, że miewa mroczne fantazje, jeśli cała społeczność Forrester Academy traktowała ją w ten sposób. Nie posunęłaby się do morderstwa – z całą pewnością nie w szkole swojego syna i nie na oczach wszystkich rodziców. To byłby straszliwy skandal. Już widziała te nagłówki w gazetach:

MATKA SPOZA KRĘGÓW TOWARZYSKICH

MORDUJE POPULARNĄ MAMĘ

NA GIMNAZJALNEJ IMPREZIE CHARYTATYWNEJ

Potrząsnęła nieznacznie głową, odsuwając od siebie brutalne mrzonki. Uśmiechnąwszy się do Allison zaciś­niętymi ustami, odwróciła się, aby wziąć sobie drugi kawałek biszkoptu.

– Cześć, Allison – zabrzmiał nowy głos. Napięty, lodowaty. Znajomy.

Frances zamarła z dłonią wyciągniętą w powietrzu, a potem obejrzała się za siebie. Na widok wysokiej, smuk­łej sylwetki Kate Randolph górującej nad Allison Moss serce urosło jej w piersi. To była przyjaciółka – jedyna przyjaciółka, jaką Frances miała w szkole swojego syna. Biała koszula z przypinanymi rogami kołnierzyka, zawiązana tuż pod biustem, odsłaniała płaski, opalony brzuch. Stroju dopełniały sprane męskie lewisy i ciężkie czarne buty. Karmelowe włosy zaczesane do tyłu, seksownie utapirowane i utrwalone lakierem. Efekt: supermodelka z lat osiemdziesiątych (a nie bezdomny klaun, jak Frances).

– O, Kate. Cześć. – W głosie Allison nagle zabrzmiała powaga. – Świetnie wyglądasz.

– Dzięki. – Kate bezceremonialnie obrzuciła wzrokiem jej obcisłe spandeksy. – No, no… Odważna jesteś. Takie stroje w naszym wieku…

Allison nie przestała się uśmiechać, ale błysk w jej oczach zdradził nagły brak pewności siebie.

– Dużo ćwiczę – oznajmiła.

– No tak… A grawitacja robi swoje.

Filigranowa kobieta skrzyżowała ramiona na piersi i szybko zmieniła temat.

– Jak tam Charles? – zapytała. – Podoba mu się w szóstej klasie?

– Na razie nie narzeka. A twoja Lulu?

– Lila.

– No właśnie.

– Świetnie sobie radzi. Wręcz kwitnie.

Kate powiodła wzrokiem po sali gimnastycznej.

– Nie mogli wziąć jakiegoś profesjonalnego dekoratora? Za co płacimy tyle forsy?

Allison Moss drgnęła, co nie uszło uwagi Frances. Pewnie to jej genialna Lila sama malowała te „odjazdowe” plakaty. Wątła kopia Olivii Newton-John odłożyła widelec na stół.

– Muszę uciekać od tej czekoladowej pokusy. Miło cię widzieć, Kate.

Skinąwszy głową, szybko się oddaliła.

– To było niesamowite – zachłysnęła się Frances. Zjadliwe uwagi Kate były bardziej satysfakcjonujące niż prawdziwe morderstwo.

– Ach, dziękuję, Cyndi Lauper.

Frances uśmiechnęła się.

– Myślałam, że nie przyjdziesz. Mówiłaś, że nie znosisz takich imprez.

Kate wzięła sobie widelec do fondue.

– Nie mogłam pozwolić, żebyś sama użerała się z tymi nadętymi babami. Poza tym Robert powiedział, że jeśli się nie pokażemy, to Charles wyleci ze szkoły.

– I pewnie miał rację. – Frances odszukała wzrokiem męża Kate, wysportowanego pięćdziesięcioparolatka. Robert Randolph rozmawiał akurat z jej Jasonem. Był wysoki, pełen godności i całkiem przystojny, jeśli przymknąć oko na niewielki pionowy nagryz, który upodabniał go odrobinę do postaci z kreskówki. Jego kostium na ten wieczór składał się z szarej marynarki z mocno wypełnionymi ramionami, białego T-shirtu i czarnych dżinsów. (David Bowie? Czy może David Byrne?). Był kiedyś prawnikiem (najwidoczniej dobrze mu się wiodło, skoro ustrzelił taką seksowną, młodszą żonę) i przebieranki ewidentnie nie należały do jego codziennych zajęć. Jason i Robert rozmawiali, śmiejąc się serdecznie, a cudowna May nagle poszła w odstawkę i oddaliła się jakby od niechcenia.

– Tak się cieszę, że przyszłaś. – Frances odwróciła się z powrotem do Kate. – Z tych nudów już miałam wyżłopać całą czekoladę z fontanny.

Kate nabiła na widelec kawałek biszkoptu i zanurzyła w słodkiej cieczy. Jakim cudem zachowywała świetną figurę, jedząc takie rzeczy?

– Daisy zgodziła się posiedzieć z Charlesem, ale pod warunkiem, że będzie spał, zanim wyjdę z domu.

– To chyba nie jest najgorsza robota na świecie. Charles to słodki chłopiec.

– Daisy go nie znosi.

– Nieprawda. Ona po prostu ma czternaście lat.

– No, nie wiem – mruknęła Kate z ustami pełnymi cias­ta i czekolady; dwieście kalorii jak nic. – Rano Charles sam wypił cały sok pomarańczowy. Myślałam, że zadźga go nożem do masła.

Frances wybuchnęła śmiechem. Nagle dotarło do niej, że całkiem dobrze się bawi. Dzięki Kate. Miały podobne poczucie humoru, poza tym łączył je dystans wobec snobistycznej koterii bogatych fit-mamusiek z Forrestera. Mając po swojej stronie taką kobietę jak ona, o posągowych kształtach i niezachwianej pewności siebie, ona sama czuła się silniejsza, bardziej odporna na atak. Ich znajomość była na razie właściwie w powijakach, ale Kate już zdążyła zaskarbić sobie jej szczere oddanie.

– Gdzie tutaj dają wino? – zapytała, odkładając widelec do fondue. – Płacę Daisy dwanaście dolców za godzinę, muszę więc korzystać, ile się da.

– Chodź, zaprowadzę cię do baru – powiedziała Frances i ruszyły razem pomiędzy ludzi.DJ

wtedy

Upłynęło już jedenaście dni, odkąd zaginęła Courtney, siostra DJ-a. Wybiegła z domu po kłótni z rodzicami i od tamtej pory nikt jej nie widział.

– Musi ochłonąć – powiedział ojciec, kiedy nie wróciła pierwszego wieczoru.

– Pogrywa sobie z nami – stwierdził dzień później. – Chce, żebyśmy się martwili.

Trzeciego wieczoru mama zadzwoniła na policję.

Zaczęli jej szukać: policjanci z psami, helikoptery. Ludzie z sąsiedztwa zorganizowali poszukiwania, okleili całe miasto ulotkami ze zdjęciem zaginionej nastolatki. I nic. Rodzice odchodzili od zmysłów ze strachu i oskarżali się nawzajem. Było już późno, ale DJ, zamiast spać, leżał pod akrylową kołdrą podciągniętą aż pod samą brodę i słuchał, jak się kłócą.

– I co w tym dziwnego, że zachowuje się jak zdzira! – Wściekłe krzyki ojca trzęsły ścianami korytarza. – Jaka matka, taka córka.

– Ona cię nienawidzi! – odgryzła się mu matka. – To dlatego uciekła z domu. To dlatego wpadła w takie towarzystwo!

DJ zatykał uszy palcami, ale i tak wszystko było słychać. Wodząc wzrokiem po ścianach, zatrzymał oczy na plakacie z Power Rangersami. Błyszczący papier odbijał światło, które sączyło się zza zaciągniętej zasłonki i przez szparę pod zamkniętymi drzwiami. Chłopak dostał ten plakat od siostry w zeszłym miesiącu, na jedenaste urodziny.

– Czerwony jest najlepszy – powiedziała Courtney o Rangersach. DJ najbardziej lubił niebieskiego, teraz jednak zrozumiał, że siostra miała rację: czerwony był lepszy. Bardzo chciał w tej chwili zamienić się w Power Rangersa – obojętnie, czerwonego czy niebieskiego. Poszedłby na dół i skończył tę kłótnię. A potem znalazłby Courtney i przyprowadził z powrotem do domu. Gdyby był silny, gdyby miał supermoce, mógłby naprawić swoją rodzinę.

Siostra była szczęśliwym dzieckiem. DJ pamiętał, że często się śmiała i że chodziła tanecznym krokiem. Kiedyś bawiła się na dworze z koleżankami: skakały razem na skakankach, grały w klasy albo wymyślały sobie fantastyczne historie, w których były i księżniczki, i złe królowe, i rycerze na parskających rumakach. A potem, niemalże z dnia na dzień, całkowicie się zmieniła. Zaokrągliła się i wyładniała. Potrafiła godzinami siedzieć przed lustrem i kręcić sobie włosy albo nakładać mocny makijaż, w którym wyglądała, jakby chciało jej się spać i jakby miała więcej lat niż w rzeczywistości. Zaczęła nosić obcisłe szorty i kuse bluzeczki odsłaniające brzuch i piersi. DJ miał kolegę imieniem Carlos, który przychodził bawić się klockami Lego. Carlos bez przerwy gapił się na Courtney. DJ wstydził się tego i przestał go zapraszać.

Poza tym siostra stała się impulsywna. Ciągle kłóciła się z rodzicami, a potem wybiegała z domu, trzaskając drzwiami. Ojciec wyzywał ją od lafirynd, mówił, że skończy pod latarnią. Mama ze łzami w oczach błagała: zostań w domu, porozmawiaj z nami o swoich problemach, przestrzegaj naszych zasad. Ale ona nie chciała. Nigdy. Mówiła, że ma przyjaciół i to oni ją rozumieją. Kiedy DJ miał piętnaście lat, też chciał mieć takich przyjaciół, a nie zboków jak ten Carlos, który przychodził tylko po to, żeby pogapić się na cycki jego siostry.

Nagle ktoś zadzwonił do drzwi i w domu zapadła cisza. DJ wiedział, co myślą sobie teraz rodzice: któryś z sąsiadów usłyszał, jak się kłócą, i zadzwonił na policję. Był jednak pewien, że się mylą. Owszem, to policjanci stali pod drzwiami, ale przyszli w całkiem innej sprawie niż ich wrzaski. Courtney nie żyje. DJ był tego absolutnie pewien. Ta pewność rodziła ból, który przenikał aż do szpiku kości. Napełniała żołądek żrącym kwasem. Zmuszała do zgrzytania zębami. Kiedy ojciec otworzył drzwi, chłopak usłyszał stłumione męskie głosy. A potem głośny krzyk mamy. Nie dotarło do niego ani jedno słowo, a mimo to wiedział: ktoś zamordował jego siostrę.

Może więc jednak miał te supermoce.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij