Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo - ebook
Pierwszy tom serii Cosy Crime wakacje z mordercą
Do Sasina, malowniczej nadbałtyckiej wsi, w związku z wyrokiem sądowym trafiają sfrustrowana pisarka Roma Nowacka, amator trawki, krewka fryzjerka i zakręcony nerd z uroczym psem o nienachalnej urodzie. Mają towarzyszyć grupie ekscentrycznych seniorów przebywających na turnusie wypoczynkowym. Wkrótce okazuje się, że łączy ich więcej, niż się spodziewali. Z pobliskiej latarni Stilo spada kobieta. To samobójstwo, wypadek, a może morderstwo? Czy z tym zdarzeniem ma związek ktoś z miejscowej elity? I jak ma się do tego sprawa powstającej nieopodal elektrowni atomowej? Roma i jej przyjaciele wszczynają śledztwo. Co nie spotyka się z aprobatą zgorzkniałej komisarz Gertrudy Florek...
"Marta niezmiennie dowodzi, że da się połączyć dwa, pozornie skrajne bieguny: komedię i kryminał, co więcej – stworzyć z tego wyjątkowe uniwersum. Ta książka to czytelnicza jazda bez trzymanki: na przemian śmieszy i wzrusza, w jednej chwili trzyma w napięciu, a w innej otula jak ciepły koc w jesienny wieczór. I jak tu teraz nie czekać na kolejny tom?"
Sławek Gortych
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-133-1 |
| Rozmiar pliku: | 4,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dumni i wściekli, reż. _Matthew Warchus_
Sobota zawsze była dniem samobójstw, a kto kiedyś przez dłuższy czas chodził na procesy sądowe, wie, że osiemdziesiąt procent morderstw popełnia się w soboty. Wszystko, co sprawia, że człowiek musi być niezadowolony i nieszczęśliwy, bo tak bardzo koncentruje się na niezadowoleniu i nieszczęściu, tłumione jest w ciągu całego tygodnia, w sobotę jednak, po zakończeniu pracy, niezadowolenie i nieszczęście pojawiają się znowu, i to z coraz większą bezwzględnością. Toteż wszyscy usiłują w soboty wyładować swoje niezadowolenie i nieszczęście na innych.
Thomas Bernhard, AutobiografiePROLOG
2 SIERPNIA 2025. WIECZÓR
Latarnia morska Stilo
Po sosnowych lasach, ponad którymi wznosiła się wieża latarni morskiej Stilo, poniósł się wrzask przerażenia. Jeszcze nie wybrzmiał do końca, a zawtórował mu łopot ptasich skrzydeł. Zbudzeni mieszkańcy wydm rzucili się lotem do ucieczki.
W pierwszej chwili Władysława Bork pomyślała, że to znowu te cholerne dziki zrobiły podkop pod siatką, wlazły na teren latarni i urządziły tu sobie chlew. Wywlekły przelewającą się po całym dniu odwiedzin turystów zawartość koszy na śmieci – które jej syn miał opróżnić, ale oczywiście zapomniał! Co więcej, nie zamknął także drzwi wejściowych do latarni na klucz! Te odpadki świnie zostawiły na urywającej się w połowie ścieżce z kocich łbów, prowadzącej od ceglanego budynku służbowego w stronę latarni. I ona, Władysława Bork – wracając niejako na oślep do Stilo w tej niemal całkowitej ciemności, która nastała w czasie, gdy latarniczka zasiedziała się w pomieszczeniu dla personelu, do którego poszła po swój dzierżony właśnie w dłoni telefon – się teraz o to paskudztwo potknęła. W mgnieniu oka jednak Bork doszła do wniosku, że to, co stanęło na jej drodze, to nie są żadne śmieci.
Tylko ciało.
I wtedy właśnie z jej gardła wydobył się schrypnięty krzyk.
Bork była tuż przed emeryturą i naprawdę się cieszyła, że już nie musi brać nocnych zmian, jak to miało miejsce przez większość jej kariery. Dwanaście godzin siedzenia w odosobnieniu, w martwej niemal ciszy i mroku, o nieludzkich godzinach, podczas których człowiekowi przychodzą do głowy najmniej wesołe myśli – to nie były warunki dla starszej pani, nawet tak zaprawionej w bojach jak Władysława Bork. Latarnię już całkowicie zautomatyzowano, wystarczyło więc przychodzić do pracy w ciągu dnia – sprzedawać turystom bilety na wieżę, opowiedzieć o jej historii, że uruchomiona w tysiąc dziewięćset szóstym, o gotowych elementach żeliwnych i tak dalej, posprzątać w środku, dbać o utrzymanie terenu wokół. Tyle że jeden ze stałych wczasowiczów, przyjeżdżający co roku na pole campingowe Stilo, ten cholerny pijak – a zarazem, przez co nie można go było olać, darczyńca wspierającego Stilo Towarzystwa Przyjaciół Latarni Morskich – Roman Gałczyński, zostawił w latarni swój telefon i ubłagał ją, by po niego przyjechała już po zamknięciu wieży. Władysława była kiedyś tak nieroztropna, że podała Romanowi swój prywatny numer, i teraz miała się z pyszna. Zadzwonił do niej wieczorem i wręcz błagał o zwrot smartfona, napomykając coś jednocześnie na temat przyszłorocznej dotacji. Upierał się też, że wręcz na gwałt potrzebuje komórki. No, jego życie od tego zależy. To się zlitowała i przyjechała. Lepiej było nie ryzykować utraty finansowego wsparcia. Tyle że teraz nigdzie nie potrafiła znaleźć aparatu. Wróciła więc do budynku służbowego po swój i zamierzała zadzwonić na numer Romana w nadziei, że usłyszy melodyjkę dobiegającą z zaginionego urządzenia. Nie zdążyła jednak przejść do czynów, bo oto pod jej stopami leżał trup! Kwestia telefonu zeszła więc na margines.
Władysława z trudem i chrzęstem stawów przykucnęła przy tarasującym ścieżkę ciele. Przyjrzała mu się na tyle, na ile pozwalała na to niezmącona nawet światłem latarni ciemność. To była kobieta. Niemłoda. Ubrana w turystyczną kurtkę przeciwdeszczową ze śliskiego materiału w jakieś jasne ciapki. Bork sprawdziła jej puls. Dla zasady. Nie wyczuła go. Niczego innego jednak się nie spodziewała. Trudno poszczycić się pulsującą w żyłach krwią, gdy ma się roztrzaskaną głowę, przetrącony kark i każdą kończynę wygiętą pod nienaturalnym kątem.
Latarniczka łapczywie nabrała powietrza w płuca. Spojrzała w górę ku laternie. Stilo nadawała swoistym kodem: trzy dziesiąte sekundy światła, potem dwie i dwie dziesiąte przerwy. Jeszcze raz to samo. Znów błysk, a na koniec sześć i siedem dziesiątych sekundy przerwy. Cały cykl trwał dwanaście sekund, po czym powtarzał się od początku. Wąskie snopy światła latarni sięgały daleko w Bałtyk – na dwadzieścia trzy i pół mili morskiej – na wypadek gdyby na statkach czy rybackich kutrach GPS odmówił posłuszeństwa. Czasy swojego monopolu na bycie stałym punktem nawigacyjnym Stilo miała już dawno za sobą. Tak ona, jak i czternaście jej koleżanek na polskim wybrzeżu nie odeszły jeszcze całkowicie do lamusa, jednak w obliczu rozwoju technologii coraz bardziej przypominały muzealne relikty.
Wzrok Bork padł na tarasik poniżej laterny, na dziesiątym piętrze, na które przez cały dzień, po pokonaniu stu dwudziestu ośmiu stopni, wdrapywali się odwiedzający. I nagle nabrała pewności. To stamtąd, z tych jakichś trzydziestu paru metrów wysokości, musiała spaść kobieta. Albo zostać wypchnięta…
Co więcej, doszło do tego wtedy, gdy Władysława szukała swojego smartfona w ceglanym budynku służbowym. Jak długo mogło jej nie być w latarni? Wprawdzie zadzwoniła jeszcze do córki i pogadały przez chwilę. Skorzystała też z toalety. No tak, i obejrzała fragment tego programu ogrodniczego na YouTubie. Koniec końców nie było tu przecież mowy o jakichś długich godzinach!
Co oznaczało, że jeżeli kobieta sama nie skoczyła z latarni albo nie wypadła przez barierkę przez przypadek, tylko ktoś jej w tym pomógł, to morderca mógł znajdować się w tej chwili całkiem niedaleko. Władysława Bork przeskanowała wzrokiem okolicę. Już wcześniej zdawało jej się, że słyszy odgłosy, do których nie przywykła. Dobrze znała melodię lasu, jego zwierzęcych mieszkańców i falującego w odległości kilometra morza. Teraz jednak, gdy się nad tym zastanowiła, te dzisiejsze hałasy brzmiały jakoś dziwnie. Nieswojo.
Bork najchętniej znów by wrzasnęła. Powstrzymała się jednak, przykładając sobie zaciśniętą w pięść dłoń do ust. Jeszcze raz przyjrzała się tej biednej kobiecie. Mimo ewidentnie utrudniającego identyfikację położenia wyglądała jakoś znajomo… Latarniczka nie zastanawiała się dłużej.
Wyjęła z kieszeni telefon i zadzwoniła pod numer alarmowy.10 MAJA 2025
Sąd Rejonowy Katowice-Zachód
– Otwieram posiedzenie Sądu Rejonowego Katowice-Zachód! – obwieściła sędzia Aneta Zawada z wyraźnym zniecierpliwieniem i przewróciła oczami. Maj był wyjątkowo upalny tego roku i Aneta wręcz gotowała się w swojej todze. Bała się, że wraz z potem spłynie jej z twarzy makijaż. Jeśli tak się stanie, pozwie producenta kosmetyków! Zapłaciła za nie tyle, że mogłaby za to pojechać na urlop! – Będzie rozpoznana sprawa… – Zawiesiła głos i poszukała informacji na dzierżonych w wypielęgnowanej dłoni papierach – Romy Nowackiej.
Spojrzała na dziewczynę z rudymi, kręconymi włosami sięgającymi jej do ramion. Lat dwadzieścia pięć, zawód: pisarka. Ubrana była w różowe ogrodniczki, spod których wystawał T-shirt w kolorowe paski. W tęczową flagę? Wzrok miała wbity we własne stopy obute w pomarańczowe Crocsy. Sędzia Zawada westchnęła i postukała skuwką pióra w drewniany blat. Naprawdę chciała mieć już ten dzień pracy za sobą. Przyprowadzono jej tu dzisiaj na wokandę same dziwadła. A i wyroku, który obmyśliła dla tej bandy młodocianych wykolejeńców, nie będzie można nazwać standardowym.
– Jako oskarżyciel publiczny stawił się prokurator… – Sędzia Aneta Zawada kontynuowała niemal na autopilocie odczytywanie zwyczajowych formułek. – Proszę oskarżoną o powstanie – zwróciła się wreszcie do Romy Nowackiej. Dziewczyna, trzeba jej przyznać, nie wyglądała na przestępczynię. Jednak czy ktokolwiek z nich wyglądał? W więzieniach kiblują sami niewinni. Nie można się dać zwieść pozorom. Teraz Roma wpatrywała się w sędzię z mieszaniną przerażenia i… kpiny? Piegi na jej kształtnym nosie były wyjątkowo widoczne. Czyżby je sobie dorysowała? Albo dokleiła? – Czy zrozumiała pani zarzuty stawiane w akcie oskarżenia? – zapytała Zawada.
W pierwszej chwili Aneta pomyślała, że Roma zaprzeczy. Ta jednak nabrała rumieńców, oczy jej się zaszkliły, po czym trysnęły z nich strumienie łez.PRELUDIUM PIERWSZE
15 PAŹDZIERNIKA 2024
Jak w tę kabałę wpadła Roma Nowacka?
Mimo że do weekendu było jeszcze daleko – nastała środa, pieprzona środa premier książkowych! – w okolicach katowickiego Rynku kręciło się pełno ludzi. Roześmianymi grupkami pielgrzymowali w kierunku ulicy Mariackiej, gdzie w położonych ściana w ścianę knajpach wszelkiej maści na dobre rozkręcały się imprezy. Jednak idąca od strony Teatru Śląskiego Roma Nowacka swoje żwawe kroki kierowała w inną stronę.
Nie była ani specjalnie wysoka, ani też niska. Ani szczupła, ani gruba. Cholerna przeciętność! Była za to wkurzona na maksa. Wściekłość wyciskała z jej oczu łzy, rujnując warstwowo nałożone cienie i niby to wodoodporną maskarę, która teraz nadawała jej twarzy wygląd misia pandy. Poły uciapanego jakąś czerwoną mazią płaszcza furgotały jej po bokach niczym żagle, a spod okrycia wierzchniego wyłaziła falbaniasta sukienka uszyta, jak by się tak nad tym głębiej zastanowić, z firanki w kolorze majtkowego różu. Miało być ekstrawagancko, a wyszło jak zawsze. Zresztą to nie strój był największym problemem Romy.
Nowacka wparowała do bramy pod dziesiątką przy ulicy Świętego Jana, w mig znalazła się na wewnętrznym, zakrytym szklanym dachem dziedzińcu, wskoczyła na kilka schodków po lewej i już wdzierała się do Upojonych. Przy drewnianych stolikach na parterze siedziało sporo klientów. Część pewnie przyszła na szklaneczkę czegoś mocniejszego po wizycie w pobliskim teatrze. Za długaśnym barem uwijały się dwie pracownice. Z góry zaś dochodziły odgłosy hucznej zabawy. Roma weszła po schodach na piętro. Atakowała po dwa stopnie naraz. U ich szczytu przystanęła. Złapała oddech.
W nieco większej sali niż ta na dole kłębiło się kilkadziesiąt osób. Część nie załapała się nawet na miejsce siedzące. Pomieszczenie udekorowano złotymi balonami, na których widniał napis: „Devil and his Princess”. Z głośników dudniła Billie Eilish. Między zgromadzonymi przeciskał się kelner i dolewał do kieliszków prosecco. Pod sufitem Roma zauważyła mieniące się cekinami hasło: „Happy Book Release Day, Aldona!".
Czy tu już nikt nie potrafi mówić po polsku?!
– Szampana? – Wściekłe myśli Romy przerwał facet z obsługi.
Nowacka zdjęła z tacy kieliszek i osuszyła go jednym haustem. Chłopak zmarszczył czoło i prychnął pod nosem. Nowacka zignorowała go, bo właśnie na przeciwległym krańcu sali namierzyła Aldonę Hammer. Długie blond pasma spływały jej niby to niedbałymi falami na chude ramiona. Ciemne, grube brwi dawały jasno znać, że blond nie jest jej naturalnym kolorem włosów. Czarna, obcisła sukienka bez ramiączek wyglądała zarówno elegancko, jak i prowokacyjnie. Na głowie jej była już przyjaciółka nosiła złoty diadem, a w ręku trzymała nóż. Uniosła go wysoko, po czym wbiła w złoty (a jakże!) trzypiętrowy tort, z którego buchały fontanny zimnych ogni. Wokół rozległy się brawa, gwizdy uznania i wiwaty.
Romie na moment pociemniało przed oczami. Gdy tylko odzyskała wizję, ruszyła przed siebie. Rozpychała się łokciami, warczała na zawalidrogi, jednej nawet zasadziła kopa w łydkę – była nie do zatrzymania. Wreszcie stanęła naprzeciwko Aldony Hammer. Której na jej widok, trzeba to przyznać, zrzedła mina. Szybko jednak odzyskała rezon i uśmiechnęła się sztucznie, odsłaniając białe i wielkie jak u konia zęby.
– Roma! – powiedziała. – Co za niespodzianka!
Więcej już jednak nie zdołała rzec, bo Nowacka najpierw przezornie wytrąciła jej nóż z dłoni, po czym doskoczyła do ekskoleżanki i chwyciła ją za kark. Nawet samą Romę zakoczyła moc, z jaką wepchnęła twarz Hammer prosto w tort.
Weszła jak w pozostawione na kuchennym blacie w upalny dzień masło.
Dwie sprawy.
Po pierwsze, fontanny ognia szczęśliwie (dla Aldony) zdążyły już wygasnąć.
Po drugie, poruszająca się na podobieństwo tarana głowa Hammer całkowicie zrujnowała powierzchnię ciasta, na której jakiś zdolny cukiernik odwzorował okładkę mającej dziś premierę powieści Devil and his Princess autorstwa Aldony Hammer właśnie. Zanim do tej tragedii doszło, Roma przyjrzała się granatowemu tłu usianemu złotymi gwiazdkami, na którym widać było kształt splecionej w miłosnym uścisku pary. Teraz nie było po niej śladu.
W sali zapanowała martwa cisza. Nawet Billie Eilish się zamknęła. Aldona wyjęła twarz z tortu i jęcząc doprawdy mało elegancko i jeszcze mniej prowokacyjnie, ścierała dłońmi słodką masę z facjaty.
– Wiem, że to ty! – poinformowała ją Roma głosem zbliżonym do syku węża.
Po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła do wyjścia. Ludzie się przed nią rozstępowali. Jakby była trędowata! W połowie drogi Nowacka się zatrzymała.
– A tak w ogóle – oznajmiła podniesionym głosem, by każdy, ale to każdy w Upojonych ją usłyszał – to ona nie ma na nazwisko Hammer. Tylko Młotczyńska! – wyjawiła słodką tajemnicę, skrywaną przez znajomą pisarkę od samego początku kariery.
Po czym wreszcie, ukontentowana, skierowała się ku wyjściu.
Jakiś chyba szósty zmysł zaalarmował ją przed zbliżającym się zagrożeniem. Już miała zrobić pierwszy krok w dół schodów, gdy zatrzymała się i w ostatniej chwili uchyliła przed pędzącą w jej stronę kulą gradową w postaci umazanej tortem, skompromitowanej koleżanki po piórze. Zamiast ostrza noża Hammer szczęśliwie (tym razem dla Romy) wystawiała w kierunku Nowackiej pewnie także nieźle żgające paznokcie tytanowe w kolorze dopasowanym do barw tortu. Roma w geście samoobrony wysunęła przed siebie przedramię i odepchnęła napierającą Aldonę.
Następny obraz, jaki zarejestrowała, to Młotczyńska leżąca bez ruchu u dołu schodów. Z głową w kałuży krwi. Naprawdę nie rozumiała, jakim cudem sprawy przybrały taki obrót.10 MAJA 2025
Katowice
ZNÓW W SĄDZIE
– Aldona Hammer odniosła poważne obrażenia – mówiła sędzia Aneta Zawada, po raz enty przeglądając akta i co rusz spoglądając potępiająco na oskarżoną. – Lekarze nie potrafią precyzyjnie określić, kiedy wróci do zdrowia. No, niechże się pani przestanie mazać! – Sędzia wypadła z roli, bo doprawdy nie mogła znieść tego użalania się nad sobą Romy Nowackiej. Do jej fatalnego samopoczucia dokładała się duchota. Dekoncentrowało ją brzęczenie tramwajów dobiegające przez uchylone okno z Placu Wolności. Czy naprawdę nie można tu było zainstalować klimatyzacji? – Ponieważ jednak biegli nie ustalili jednoznacznie, czy oskarżona intencjonalnie zepchnęła Aldonę Hammer ze schodów, czy tylko działała w obronie własnej, sąd postanowił potraktować tę okoliczność jako łagodzącą – kontynuowała.
– Dziękuję! – wyrwało się rozszlochanej na dobre Romie Nowackiej.
– I skierować oskarżoną – odczytywała dalej wyrok Zawada – do udziału w pionierskim programie resocjalizacyjnym „Porozumienie Międzypokoleniowe”.
Aneta zauważyła, że Nowacka wybałuszyła na nią oczy i ukradkiem wytarła nos w rękaw tego swojego T-shirtu.
– O jego szczegółach oskarżona zostanie poinformowana po rozprawie wraz z innymi skazanymi. Rozprawę uważam za zamkniętą! – Zawada walnęła młotkiem w blat. Najchętniej poszłaby w ślady tej dziewuchy i otarła twarz togą.
Czuła się, jakby własnoręcznie wykopała fundamenty pod dom jednorodzinny. Podpiwniczony!
W gabinecie sędzi Zawady nie było wcale chłodniej. Mimo że oba okna otworzyła na oścież. Nie pomagała też liczba osób zgromadzonych na tej stosunkowo niewielkiej przestrzeni. Zazwyczaj sędzia przesiadywała sama w tym wypełnionym regałami z książkami i szafami z aktami spraw pomieszczeniu. A teraz oprócz niej władowało się tu jeszcze ośmioro ludzi! Czterech skazanych plus ich obrońcy. Zabierali tlen. I przestrzeń życiową. Aneta Zawada najchętniej wypchnęłaby ich przez te okna, ale mogłoby to nie zostać właściwie przyjęte przez jej przełożonych. Dlatego postanowiła się streszczać.
– Jak już mówiłam, zostaliście skierowani do pionierskiego programu resocjalizacyjnego „Porozumienie Międzypokoleniowe” – oznajmiła i wetknęła sobie do ust elektronicznego papierosa. Zasady zasadami, ale sędzia miała granice wytrzymałości, a te zostały tego dnia przekroczone. Wielokrotnie! Trzeba było wspomóc swój system nerwowy. – Ponieważ stopnie waszych przewinień nie są ciężkie i żadne z was nie skończyło jeszcze trzydziestu lat, po konsultacji z prokuratorem, kuratorką i prezesem fundacji Porozumienie Międzypokoleniowe oraz stowarzyszeniem Piękne Pomorze dbającym o prawidłowy przepływ turystów…
– Przepraszam! – Jej wywód przerwał ten ubrany w rozchełstany garnitur kudłaty typek w okularach. Mikołaj Reszka, lat dwadzieścia jeden, skazany za pobicie. – Z całym szacunkiem, ale mówiła pani, że to nazwa programu, a nie jakiejś fundacji.
– Proszę sobie wyobrazić, że nazwali tak jedno i drugie – westchnęła Aneta Zawada. Uznała, że dłużej tego nie zdzierży. Jednym płynnym ruchem zdjęła togę, odsłaniając nienaganny komplet od Diora, który kupiła sobie podczas ostatniego wypadu do Mediolanu. Rzuciła strój służbowy na oparcie fotela. Od razu poczuła się lepiej. – W każdym razie – kontynuowała, poprawiając sobie włosy – pojedziecie na trzytygodniowy turnus rehabilitacyjny do Pałacu w Sasinie.
– A gdzie to? – Tym razem wtrąciła się druga z kobiet. Kama Kowal, lat dwadzieścia sześć, skazana za oszpecenie i kradzież. Wyglądała, jakby jej włosy przyciął robot sprzątający. Miała wyłupiaste oczy i wystające jedynki, jedną nieco dłuższą od drugiej.
– W Sasinie – powtórzyła sędzia. – W województwie pomorskim, powiecie wejherowskim, gminie Choczewo. – Kama nadal patrzyła na nią jak cielę na malowane wrota. – Nad morzem! – uściśliła.
– Zajebiście! – ucieszyła się skazana. – Śródziemnym?
Aneta Zawada zmilczała.
– Nie wy będziecie rehabilitowani, tylko rezydenci osiedla dla osób starszych Senior Luxury Paradise Residence.
– Czego? – wyrwało się ostatniemu z jej dzisiejszych petentów, Bolesławowi Chrobokowi, lat dwadzieścia pięć, skazanemu za handel marihuaną. Wysokie czoło, przedwczesne łysienie androgenowe, miękkie, przyćmione pewnie przez używki spojrzenie.
– Pojedziecie z grupą starszych osób – Chroboka sędzia zignorowała – jako ich opiekunowie.
– Z całym szacunkiem! – znów wszedł jej w słowo Reszka. – Ale my nie mamy kwalifikacji.
– No właśnie! – dołączyła Kowal. – Taki dziadek upadnie, złamie biodro i ja mam za to odpowiadać? To jakiś absurd!
– Proszę pozwolić pani sędzi dokończyć. – Uratował ją adwokat tej pisareczki, która dotąd, o dziwo, siedziała cicho. Może mocniejsza niż w gębie była w piórze.
– Fundacja Porozumienie Międzypokoleniowe i stowarzyszenie Piękne Pomorze opracowały szczegółowy program. Będziecie występować w charakterze osób towarzyszących tym starszym ludziom. Krótko mówiąc: jeśli będą chcieli z wami grać w bierki, z uśmiechem na ustach zagracie z nimi w bierki. – Postanowiła wyrażać się najjaśniej, jak się da. – Jeżeli któremuś z nich zabrudzą się pieluchomajtki, to je wymienicie.
– Fuuuj! – sarknął Mikołaj Reszka.
– Będziecie na każde ich zawołanie. Oczywiście pod nadzorem specjalistów. Nie myślcie, że jedziecie na wakacje! – zastrzegła. – To jest wasza kara. Ale i szansa na rehabilitację. Oraz resocjalizację. Powrót na łono społeczeństwa z czystym kontem.
– Czyste konto to ja już mam – burknęła Roma Nowacka. – Bankowe, w sensie – wyjaśniła, gdy się zorientowała, że wszyscy jej się przyglądają.
– Wyjazd w sierpniu! – oznajmiła Aneta Zawada. – Szczegółową rozpiskę dostaniecie od swoich obrońców. No to żegnam! I obym was już więcej nie spotkała! – życzyła sama sobie.
Gdy intruzi wreszcie opuścili jej gabinet, sędzia pomyślała, że jej też przydałby się wyjazd nad morze. Choć najchętniej, jak zasugerowała Kama Kowal, Śródziemne!